Bladźkrieg

 Rosyjska inwazja na Ukrainę miała być blitzkriegiem, który szybkimi atakami kolumn pancernych rozniesie ukraińską armię, wschodnia część kraju z Kijowem zostanie zajęta w ciągu 2-3 dni, a potem utworzona jakaś kolaboracyjna administracja, formalne "wycofanie" wojsk i uniknięcie poważniejszych sankcji dzięki współpracy z Chinami. 

Taki był plan, nie wyszło zasadniczo nic. Ukraińska armia, przywództwo wojskowe i polityczne okazało znakomite i zadanie zatrzymania najazdu i zadania solidnych strat wykonało. Zauważmy, że tak naprawdę rakcja i pomoc międzynarodowa w ogóle się zaczęła po tych pierwszych 3 dniach. Dopiero wtedy, kiedy świat zobaczył, że trwa wojna, że to nie była krótka operacja zajęcia sypiącego się państwa. I w tym zakresie kalkulacje Kremla były zupełnie dobre. Gdyby plan wojskowy został zrealizowany, to dziś nie tylko Ukraińcy, ale i cały świat żyłby w innej rzeczywistości. Bez wojny dziś, ale z przerażającymi perspektywami na jutro.

Tak czy inaczej, okazało się dokładnie to samo co zawsze, od co najmniej 200 lat. Że Rosja ma świetną propagandę, ale prawdziwej wojny z zachodniego stylu armią toczyć nie jest w wstanie. Oraz że wbrew propagandzie i militaryzacji społeczeństwa, armia wcale nie jest przez władzę utrzymywana w jakimkolwiek porządku. 

A tymczasem ta armia w czasie pierwszego ataku dostała wp... jakiego świat nie pamięta. Co więcej, wygląda na to, że przez następne już prawie 3 tygodnie nic się nie uczy. Nie ma zmian taktyki, organizacji, konsolidacji frontu. Nic. Jak się pokazały pierwsze zdjęcia, to trole się rzuciły z hasłem "to był pierwszy rzut, takie marne jednostki, aby sprawdzić obronę i zaraz przyjdzie drugi rzut, ta prawdziwa potężna rosyjska armia". To mam dla was trochę zdjęć tego drugiego rzutu:



Tak, to jest dokładnie to na co wygląda. Armia rosyjska mobilizuje cywilne ciężarówki. Wydaje mi się, że generalnie komunalne. Oczywiście nie ma nic złego w mobilizowaniu sprzętu dla poważnej wojny, Ukraina właściwie zawiesiła działanie całego państwa i wszystko co mogło być przestawione na wysiłek wojenny, to jest. Ale jak "druga armia świata" po dwóch tygodniach "operacji specjalnej" potrzebuje komunalnych wywrotek do transportu wojska, które zasadniczo utknęło na stepie bez żadnych istotnych sukcesów, to chyba nie jest zbyt dobrze, nieprawdaż?

Dla rozrywki tu macie linki do filmików- wygląda jak przypadkowa zbieranina kryminalistów, widoczny sprzęt z 2 w.ś. Tak. Już nie z czasów masowego zbrojenia się ZSRR w latach 70-tych, tylko po prostu z 2 wś. OK, Mosin w wersji snajperskiej był jeszcze normalną rzeczą w latach 80-tych, ale rusznica ppanc z 1941 roku to naprawdę jest żenada. Tu i tu.

Na dziś, 14 marca, jednostki rosyjskie w okolicach Kijowa są prawdopodobnie rozbite, w sensie że nie stanowią już kompletnego zorganizowanego organizmu zdolnego do działań operacyjnych. Są podzielone na mniejsze fragmenty, pozbawione logistyki, łączności czy zorganizowanego dowództwa lub tego wszystkiego na raz. Bez poważnej odsieczy, na którą Rosja nie ma sił, te jednostki są po prostu stracone. Na południu ofensywy na zachód i północ wyglądają na powstrzymane, jedynie w okolicach Mariupola armia rosyjska jeszcze ma jakikolwiek realny potencjał ofensywny.

Co się teraz może stać?

Otóż jeśli reżim rozkradający cały kraj w imię szowinizmu i militaryzacji przegrywa z kretesem "operację specjalną" to jest skończony. Kropka. Putin jest chodzącym trupem, większość jego kolegów czekają procesy o zbrodnie wojenne. Jedyna szansa jest taka, że skończyłaby się "remisem ze wskazaniem", który mógłby sprzedać jako zwycięstwo. Na dziś ostatnim takim miejscem mogłoby być uzyskanie połączenia Donbasu z Krymem (i nie stracenie jednego ani drugiego...), czyli zajęcie Mariupola i zawieszenie broni na tej linii. Z każdym dniem jest to coraz mniej możliwe, ale może, gdyby podjąć decyzję o natychmiastowym wycofaniu i skróceniu linii na pozostałych kierunkach południowego frontu, użyciu tych wojsk, razem z wszystkim rezerwami armii, lotnictwa i floty, to może jakimś cudem by to miasto zdobyli. I natychmiast ogłaszać (i przestrzegać) jednostronne zawieszenie broni, licząc na to, że Ukraińcy też tak postąpią. Ale to by wymagało trzeźwej oceny sytuacji na najwyższych szczeblach i szybkiego podejmowania bardzo ryzykownych militarnie (i jednocześnie trafnych) decyzji. Next to impossible.

W takim razie możemy spokojnie dyskutować o politycznych skutkach katastrofalnej przegranej Rosji, z prawdopodobną utratą większości armii. Wynik nieporównywalnie gorszy niż w Afganistanie czy wojnie rosyjsko-japońskiej, a oba te konflikty spowodowały dezintegrację państwa moskiewskiego. 

I taka też nastąpi tym razem. Znaczy niekoniecznie pełna dezintegracja, ale bardzo duże wzmożenie sił odśrodkowych, zupełnie oczywiste w przypadku drastycznego osłabienia centrum. To centrum oczywiście może się tymczasowo utrzymać, tak jak w latach 1905-1917, ale po pierwsze bez społecznej legitymacji i po drugie tylko poprzez sterroryzowanie populacji. 

Czy jest alternatywa?

Jak najbardziej. Rząd, który będzie mieć legitymację. I taki przyjdzie. Czy za miesiąc, czy za 10 lat- nie mam pojęcia, ale brak legitymacji to koniec każdej władzy. A w Rosji brak siły to brak legitymacji.

Otwartym pozostanie pytanie, czy decentralizacja nastąpi po liniach rzeczywistej kontroli nad źródłami dochodów (czyli miejscami ekstrakcji dochodowych surowców) czy po liniach narodowościowych i lokalnej władzy politycznej. Tego też nie wiemy i dziś nie zgadniemy. Ale przypomnę, że źródła bogactwa Rosji są skoncentrowane w regionach nie-rosyjskich. Ropa i resztki działającego przemysłu w Tatarstanie i Baszkiri, Nie tak istotne ilości, ale też ropa w Czeczenii, sporo różnych minerałów z Jakucji, jedynie na europejskich terenach zamieszkałych przez Rosjan nie ma prawie nic. 

I tak czy inaczej rozpad, nieważne w jaki sposób będzie poprzedzony pewnym czasem gnicia i faktycznej decentralizacji, przez uzurpowanie władzy przez lokalnych aktorów. 

Ale wiemy, że istnienie obecnego reżimu w Rosji nie bardzo stoi pod znakiem zapytania- on jest stracony. Pod znakiem zapytania stoi istnienie Rosji w obecnych granicach (i Krymu do nich nie wliczam). I patrząc na potencjalną opozycję, tą "liberalną", w stylu Nawalnego, etc. chyba czas powiedzieć jasno- to państwo nie powinno istnieć w obecnych granicach, bo jest ciągłym zagrożeniem dla światowego bezpieczeństwa. Spektakularnie przegrana przez Rosję wojna to jest najlepsze co może się dla tego światowego bezpieczeństwa wydarzyć. 


Ostatnia wojna Rosji

 Toczy się wojna rosyjsko- ukraińska. Tak dokładnie to toczy się od 8 lat, a sam konflikt dotyczący suwerenności Ukrainy bądź rosyjskiej nad nią dominacji w wyrazistej fazie trwa od 2003 roku, bo sama dyskusja polityczna i walka o suwerenności narodu ukraińskiego jest oczywiście znacznie dłuższa niż to się Putlerowi wydaje.

Zacznijmy od tego o co w ogóle Kacapom chodzi. 

Wbrew pozorom, mają w tej całej awanturze bardzo poważny interes strategiczny. Na tyle poważny, że są dziś w stanie postawić na szali istnienie swojego państwa w obecnej formie, bo pozostawienie Ukrainy w obecnych granicach jako niezależnego i neutralnego bądź wrogiego państwa jak najbardziej oznacza właśnie upadek Rosji w obecnej formie. Dlaczego?

Otóż dlatego, że fundamentem obecnej Rosji, jej bazą, spoiwem i paliwem politycznym jest mit o mocarstwowości- "co prawda gówno mamy, ale wszyscy się nas boją". Gdyby przestali się bać, to zaczęłyby się pojawiać pytania- "właściwie dlaczego gówno mamy?". I prędzej czy później te pytania by zaczęto adresować do władzy. 

A co jest kluczem do bycia mocarstwem? 

Nie żadna potęga ekonomiczna, flota, przemysł czy takie. Kluczem jest to, że nie można cię pokonać. Że nie da się zająć ani podbić. USA są mocarstwem, bo atak i okupacja, nawet ograniczona do głównych miast na wybrzeżach jest niemożliwa. Flota i trudności logistyczne pokonają każdego. A teraz spójrzmy na mapę. Od atlantyckiego wybrzeża północnej Francji/Belgii aż do Uralu jest teren generalnie nizinny, bez większych przeszkód naturalnych. Gór nie ma, rzeki wcale nie są aż tak szerokie, mnóstwo dróg, teren całkiem idealny do prowadzenia wojny. Ale, idąc z zachodu na wschód, jest coraz szerzej, coraz mniej infrastruktury i coraz mniejsza gęstość zaludnienia. To wszystko ma taki wpływ na wojnę, a za tym politykę, że w zachodniej część, państwa tam się znajdujące mają ludność i zasoby, aby obsadzić cały front, stworzyć linie obronne i odpierać ataki miesiącami. Co się w istocie wydarzyło w 1 w.ś. Im dalej na wschód tym to jest dalsze od realności i wojna musi się toczyć w oparciu o nieliczne miasta i szlaki komunikacyjne. Które można też obejść. I dlatego tam wojna się toczy na znacznie większych terytoriach i odległości armie pokonują znacznie szybciej. Spójrzmy jeszcze raz na mapę. Rosja, z granicą na Wiśle, mogła się bronić w czasie też 1 w.ś długo i bez zagrożenia dla swojego centrum gospodarczego. ZSRR, z granicą zdominowanych państw na Łabie był niemożliwy do podbicia, nawet Rosja w 2000 roku, co prawda z państwami nadbałtyckimi w NATO, ale przyjaznymi rządami na Białorusi i Ukrainie też mogła nadal czuć się imperialnie. Rosja z granicami nawet nie otwarcie wrogich, ale zaledwie neutralnych Białorusi i Ukrainy jest państwem już całkiem trudnym do obrony. A na pewno nie niemożliwym do pokonania. I w tej konfiguracji mocarstwem być nie może. Jeśli do tego dodać Kazachstan, to nagle okazuje się, że wątpliwa do obrony byłby nie tylko Petersburg oraz Moskwa, ale także dostęp do Kaukazu i główne rejony rolnicze na południu. Czyli właściwie wszystkie istotne elementy państwa leżą na niemożliwych do obrony granicach.  

Taka Rosja już by nie mogła być państwem imperialnym. Nikt by się ich nie bał, bo każdy by mógł naklepać w razie potrzeby. To by wymusiło zmianę modelu państwa. Może na kleptokrację naftową w afrykańskim stylu, a może na kraj który próbuje rozliczyć się ze swoją przeszłością i szuka cywilizowanego współżycia? 

Jednak warunkiem, aby to w ogóle mogło nastąpić jest po pierwsze- wygranie przez Ukrainę wojny, całkowite, z odzyskaniem wszystkich terytoriów, po drugie niezawisłe rządy w demokratycznej Białorusi, po trzecie przyjęcie obu tych państw do zachodnich sojuszy, a co najmniej jednego z nich (NATO lub UE). I po czwarte- rozbrojenie atomowe Rosji. Dopóki ma broń atomową, to te złudzenia imperialne mogą trwać. 

Czy jest alternatywa? Jest, i owszem. Otóż może jeszcze być tak, że co prawda Rosja straci kontrolę i jakąkolwiek możliwość wpływu na Ukrainę i Białoruś, ale zwyczajnie o tym nie powie mieszkańcom, a ci się nie dowiedzą z powodu całkowitego przejęcia dostępu do informacji przez kremlowską klikę. W ten sposób znikną jakiekolwiek pozory pluralizmu, kraj zmieni się w drugą Koreę Północną, a rządząca klika skupi się na rabowaniu czego się da, a społeczeństwu będzie nadal wciskać imperialną bajkę, choć w rzeczywistości kraj nie będzie stanowił już zagrożenia dla nikogo. I patrząc na błyskawiczne zaciśnięcie pętli nad obiegiem informacji (bo już nie tylko mediami, właśnie wprowadzono drakońskie kary nawet za plotkowanie o wojnie) to jest scenariusz na który się przygotowują, albo może robią co lubią, a wyjdzie przez przypadek. 

Czyli jeden z wyników: Rosja przegra wojnę, ale o tym nie powie mieszkańcom. Kraj się zmieni wewnętrznie w imitację Korei Północnej, a zewnętrznie w kleptokrację w afrykańskim stylu, zamordystyczną, ale niegroźną dla sąsiadów.

Albo byłaby niegroźna gdyby nie broń atomowa.

No dobra, ale jak to się właściwie stało, że w zakresie koszt/efekt wyczyny armii rosyjskiej przypominają WP w 1939, czy inne epickie kompromitacje, zamiast reprezentować choć przeciętną siłę bojową. Odpowiedzi są w sumie te same co zawsze: korupcja, olewactwo i głupota bez hamulców (znaczy jak debil na górze cos wymyśli, to nie ma jak tego skorygować).

A wszystko się sprowadza zasadniczo nawet nie do systemów uzbrojenia, bo te są w miarę OK, a do nieudolności taktycznej, niesprawnego sprzętu, generalnego braku tego sprzętu oraz idiotycznej organizacji. Systemy uzbrojenia pozostały po ZSRR i dlatego w miarę działa (jak też rozpoczęte wtedy programy modernizacji) . Osiągnięcia kapitalistycznej Rosji są komicznie żenujące. 

Zacznijmy od stanu technicznego ciężarówek (reszty dotyczy analogicznie). Otóż wszystko wskazuje na to, że od czasu ich przywiezienia na pozycję wyjściowe, niektórych rok temu, w ogóle nie były odpalane ani ruszane. Słońce padało na opony z jednej strony, mechanizmy się zapiekały, etc. To co okazało się najwyraźniej najbardziej zawodne po takim traktowaniu to mechanizmy kontrolowania ciśnienia kół. One służą do tego, aby można było obniżyć ciśnienie i jechać po bardzo miękkim, grząskim terenie, a potem dopompować po powrocie na twardą drogę. Efekt jest taki, że w sezonie błota (który się właśnie zaczyna) ciężarówki są całkowicie przywiązane do dróg i nie mogą nawet awaryjnie zjechać na bok, bo dalej nie pojadą. A nawet jeśli ten system działa, to przy jego używaniu rozpadają się opony. 

Ciekawą informację znalazłem też o poborowych

Którzy np. pod faktycznym przymusem, lub zupełnie bez swojej wiedzy zostawali żołnierzami kontraktowymi. Tu mam teorię, że w jednostkach mieli być kontraktowi, ale ich nie było, a pensje przytulał dowódca. Jak się okazało, że stan ma się zgadzać, to wzięto chłopaków co akurat byli. Generalnie w Rosji od armii wykręca się kto może, więc trafiają tylko ci, co nie mogą się wykręcić- bez pieniędzy i znajomości. Więc się nikt nimi nie będzie przejmował. Ale nawet jeśli nie było tak z ludźmi, to na pewno miało to miejsce z częściami, paliwem, utrzymaniem pojazdów, odbytymi szkoleniami, etc. I zauważmy, że części zamienne do ciężarówek są znacznie bardziej chodliwym towarem niż te do czołgów. 

I wreszcie trzecia sprawa- zwyczajna głupota. Najpoważniejszym jej przejawem było oczywiście rozpoczęcie wojny z założeniem, że przeciwnik się nie będzie bronił. Z takim założeniem to możemy napadać na skarbiec Rezerwy Federalnej, ale osobiście bym jednak w to nie wierzył. I każde normalne planowanie też nie powinno zakładać absurdalnie pozytywnego rozwoju wydarzeń. To musiał robić ktoś całkowicie oderwany od rzeczywistości.

A po drodze, w ramach poprawy efektywności sił zbrojnych FR armię zreorganizowano w tzw. Batalionowe Grupy Bojowe. Jednostki składające się z batalionu (500-1000 żołnierzy) i jego wsparcia, czyli artylerii, łączności, transportu, etc., aby stworzyć jednostkę zdolną do samodzielnego i autonomicznego działania.  Wygląda racjonalnie, prawda? Cóż, nikt w historii czegoś takiego nie robił i teraz widać, że nie bez powodu. Zawsze, kiedy tworzono samodzielne jednostki (od czasów rzymskich, serio) to przybierały one jedną z dwóch postaci: dywizji, składającej się z 6-9 batalionów i używanej w miejscach gdzie ważniejsza była siłą niż manewrowość i sprawność dowodzenia lub brygady, składającej się prawie zawsze z 3 batalionów, podobna ilość wsparcia, logistyki i oficerów sztabowych może się skupić na mniejszej ilości zadań, stąd brygady są używane jako wojska bardziej mobilne, etc. 

Rosjanie faktycznie zrobili 1-batalionowe brygady, ale dołożyli do nich wsparcia na jeden batalion. To w żaden sposób nie może być samodzielne, ma homeopatyczną ilość artylerii,  brakuje łączności, logistyki i możliwości remontowych. Krótko mówiąc pomysł,  który wyglądał dziwnie, a dziś wiadomo, że jest dyletancki i skończył się katastrofą.

I właściwie wszystko wygląda dokładnie tak samo. Spadek postsowiecki jakoś działa, po modernizacjach OK, ale to co robiono w obecnej Rosji sprowadza się do trzech rzeczy- złodziejstwo, dyletanctwo, olewactwo.

Bardzo ciekawie przebiegają walki po zachodniej stronie Kijowa

Chodzi o atak który szedł z Białorusi i przez dwie noce był zatrzymywany dopiero na ulicach Kijowa. Cały atak, jak i zaopatrzenie do niego musiało iść dwoma, dość wąskimi i krętymi drogami przez las. Po wyczerpaniu pierwszych zapasów okazało się, że ciężarówki z zaopatrzeniem tak raczej gdzieś znikają po drodze. Wobec czego rosyjskie dowództwo zorganizowała wielki konwój, dość potężny militarnie i z dużą ilością zaopatrzenia. I tak, ruszył najkrótszą trasą, czyli drogą z Czernobyla do Kijowa. Wąską, krętą, wśród lasów i mokradeł. Żeby się jakoś zmieścić ciężarówki jechały równolegle po całej szerokości. Zgadnijcie się się stało- tak, dokładnie to co musiało. Różne pojazdy w różnych miejscach konwoju są uszkadzane. Czasem przez ukraińskich snajperów, czasem przez rosyjskich żołnierzy. Efekt jest taki, że obecnie jest to 60-kilometrowy korek, w większości pojazdów bez paliwa lub uszkodzonych, otoczony przez lekką piechotę z rakietami i snajperów. Zachodnia armia by w takiej sytuacji zapewne zniszczyła pojazdy, aby nie dać ich przeciwnikowi i wracała na pieszo, może ratując co się da, może tylna część konwoju jest w stanie zawrócić i dojechać na Białoruś. A może nie. Ale przy rosyjskim dowodzeniu nie bardzo jest podejmowana jakakolwiek decyzja i skończy się tak samo jak w Finlandii-  nie mają paliwa, nie ogrzeją samochodów, przez snajperów nie będą mogli rozpalić ognisk ani podgrzać posiłków. Aż się poddadzą lub zamarzną (na co jeszcze mają szansę).

Na brak radykalnych decyzji w sprawie dowodzenia może też wpływać to, że dowódca 41-szej armii, tej właśnie atakującej z Białorusi ostatnio zakończył życie. Zastrzelony przez snajpera, jedna z wersji mówi, że w trakcie inspekcji czoła tego konwoju.

Sytuacja jest taka, że siły idące w tym pierwszym ataku są obecnie całkowicie odcięte, linią frontu przez regularne, ciężkie jednostki armii ukraińskiej. Tu np. link do filmiku jak się skończyła próba przebicia z okrążenia. Idący im na odsiecz konwój jest zablokowany w lesie, pod ostrzałem lekkiej piechoty. I to jest cała 41-sza armia FR. Do tego zaopatrzenie i posiłki nawet w pobliże granicy nie bardzo docierają, bo białoruska kolej przeszła na sterowanie ręczne, tam gdzie mogła, a gdzie nie mogła (czyli w głównych węzłach) po prostu nie działa. Wcześniej działała na Windows XP, to trochę wyjaśnia.... I oprócz tego w tajemniczy sposób spłonęły szafy rozdzielcze na głównych stacjach, ktoś ciągle złośliwie uruchamia blokady liniowe na szlakach, itd., itp.

Powiem tak- pod Stalingradem przynajmniej dowódca armii przeżył.....

A oprócz tego wygląda na to, że w końcu do frontowych jednostek docierają "Pioruny", polskie, jedne z obecnie najlepszych  (jeśli nie naj...) ręcznych pocisków przeciwlotniczych. Co oznacza, że loty śmigłowców mogą szybko stać się zbyt ryzykowne. Co jest bardzo zabawne, bo Kacapy właśnie zostały zmuszone do ich używania dla osłony konwojów transportowych, bo bez osłony z powietrza stały się zbyt ryzykowne.....

Więc jak komuś się wydaje, że pierwszy tydzień wojny nie poszedł Rosji najlepiej, to poczekajmy na drugi.....

I myślmy o tym jak zrobić trwały pokój później.

O rozdziale funduszy

 Wyobraźmy sobie grupę która regularnie imprezuje razem, powiedzmy, że są to przedstawiciele zaprzyjaźnionych rodzin, nie tak łatwo któregoś się z niej pozbyć. Większość tych rodzin ma się naprawdę nieźle, w sumie najbiedniejsi są zaledwie przeciętniakami. Ale względny dystans majątkowy jest spory, bogatsi tak naprawdę nie muszą się przejmować niczym, biedniejsi i owszem.

W tej grupie jest Laszlo. Który ma zwyczaj być wysyłanym po fajki, bo mały, ale przy okazy zwykle "zapomina" powiedzieć ile dokładnie te fajki kosztowały. Że w sumie w towarzystwie nikt się tym tak bardzo nie przejmuje, to nikt go nie ciśnie. Zwłaszcza że przy próbie przyciśnięcia odpowiada tak że nikt go nie rozumie, a właściwie nawet nie wiadomo, czy coś bełkocze szybko czy po prostu beka. 

Laszlo był w sumie tak sprytny, że z kasy zajumanej przy kupnie fajek potrafił wykoncypować to, że daje niezłe kieszonkowe rodzeństwu, które od tego czasu uparcie twierdzi, że tylko on powinien bywać na imprezach. 

Tego układu pozazdrościł mu inny z biedaków na tej imprezie, Mścisław. Że nikt nie potrafi powtórzyć tego imienia, to i tak wszyscy nazywają go Krzysiem, od zamiłowania do picia na krzywy ryj. Tyle że ten ma sporo większą rodzinę, więc sobie wymyślił, że od teraz, jak będzie brał wódę dla wszystkich to im nie pokaże kwitów. No, to trochę ekipę wkurwiło, a nawet ktoś już mu chciał oklepać facjatę. Ale wiadomo, rodziny znają się od lat, nie wypada, etc. 

Więc stanęło na tym, że ma być nowy regulamin zrzutek, że trzeba się uczciwie rozliczyć. Trochę dziwna sprawa jak na taki układ imprezowy, ale cóż, jak ma się takich delikwentów jak Laszlo i Krzysiu to jakoś trzeba to rozwiązać. Oczywiście natychmiast tych dwóch zaczęło się drzeć, że to nie taka ekipa z jaką chcieli chlać i tak nie można. 

Więc reszta ekipy odpowiedziała, że na razie wszystko może zostać, a tak w ogóle to poproszą kwity i potem trzeba będzie oddać jak wyjdzie że Krzysiu dostał na cztery 0.7 a przyniósł jedną półlitrówkę. Tylko najlepsze jest to, że tak to wszystko wykombinowali razem z Krzysiem, że kasę trzeba będzie oddać po tym, jak rodzina Krzysia też go odstawi od kasy. Bo drugi problem Krzysia polega na tym, że ostatnio pierodli takie brednie, że wszyscy myślą, że już nie tylko wóda mu mózg zlasowała, ale że też się przerzucił na cięższe dragi. Więc rodzinka też go chce od kasy odstawić, bo strach, oczywiście. Ale to są procedury, sądy i w ogóle. 

Więc się spryciula tak dogadał, że na teraz może zajebać ile chce kasy, a potem się rozliczy i oddawać będą ci, co go wyrzucą. 


P.S.

Jak komuś się niektóre rzeczy skojarzyły z aktualną sytuację w UE, to ma rację. Tak naprawdę w tym wszystkim chodzi o to, że Orban i jego ekipa zwyczajnie rozkradają fundusze UE na taką skalę, że to jest jedyna jeszcze na poważnie istniejąca gałąż gospodarki węgierskiej. I PiS usiłuje to samo zrobić w Polsce. I mają pozwolenie na powiedzmy 3 lata, a potem tę kasę ma oddać następny rząd. Serio, nic tu nie jest zmyślone. Polską rządzi zwyczajna banda złodziei i może być tylko gorzej.   

Covid- 19 w Uruguwaju, czyli o wzorowym działaniu państwa

 Na świecie dobrze się rozkręca druga fala koronawirusa. świat, poszczególne państwa i społeczeństwa miały miesiące na przygotowanie się. Naukowcy tę drugą falę zapowiadali i ostrzegali. I co? I nic.

Państwa które poważnie i rozsądnie podeszły do pierwszej fali, w perspektywie drugiej też wyglądają dobrze. Te, które sobie nie radziły, w obliczu drugiej wyglądają jeszcze gorzej. 

Polska jest tu ciekawym przykładem, bo co prawda kraj jest z tektury lepionej śliną i ani władza ani administracja nie jest w stanie wykonać żadnych skomplikowanych działań, ale z pierwszą falą się upiekło przez jedną jedną i to prostą do wdrożenia decyzję o szybkim lockdownie. 

To dało czas, że by przygotować się do drugiej, ale do tego państwo już było całkowicie niezdolne. 

Rzeczpospolita nie jest w tej nieudolności specjalnie osamotniona. Jest cała litania państw i społeczeństw, które nie potrafiły dostrzec powagi problemu i/lub zorganizować systemu który by ten problem jakoś rozwiązał. Czy choć ograniczył.

O COVID-19 wiemy coraz więcej, tak o przebiegu choroby jak też o mechanizmach zarażenia. W miarę wiadomo że w odróżnieniu od wielu innych infekcji tu nieproporcjonalnie wielką rolę odgrywają superspreaders oraz, co jest dość przerażającą wiadomością, nawet przebieg bezobjawowy może, i często prowadzi, do nieodwracalnego uszkodzenia płuc, serca i innych narządów wewnętrznych, w tym również mózgu. 

To w skrócie oznacza, że pomysł pozwolenia wirusowi na swobodne działanie i następne nabycie odporności stadnej jest nie za dobrym pomysłem. A jak dołożymy fakt występowania ponownego zakażenia to już całkiem głupim. Ale nie piszę tego dla wykazywania, że takie pomysły były złe w styczniu czy lutym. Tak, były, ale ograniczona ilość informacji mogła spowodować, że wydawały się rozsądne. Za to ktokolwiek promuje je dziś jest zwyczajnym durniem. 

W takim zamieszaniu i braku wiedzy różne kraje zaczęły stosować różne taktyki dla powstrzymania epidemii. Czasem rozsądne, czasem mniej, a czasem łączące się z denializmem samego istnienia problemu. Szkoda klawiatury na opisywanie złego podejścia, bo ono jest typowe, większość rządów sobie nie poradziła. Oczywiście są pewne tendencje- rządy prawicowe są znacznie gorsze, aż gdzieś do granicy ludobójstwa, a rządy kierowane przez kobiety są znacznie lepsze. 

Jest w tym oczywiście związek przyczynowo-skutkowy, a nie tylko korelacja, bo generalnie prawica w takich sytuacjach zastanawia się czy to dobra okazja, aby zakosić trochę kasy (oczywiście, jak każda!) i jak zrobić dobrze kolegom bankierom i oligarchom. Tym ostatnim zależy zasadniczo na tym, aby dalej spalać ropę w jak największych ilościach, więc i taka jest polityka prawicowych rządów- żadnej epidemii działamy normalnie, a te naczepy-chłodnie obok szpitali to po prostu ktoś tak zaparkował. 

I na takim tle możemy spojrzeć na Urugwaj

Sytuacja startowa była taka, że po wyborach w 2019 dotychczasowa koalicja, rządząca przez 15 lat utraciła władzę. Przejęcie jej przez nową koalicją miało nastąpić, jak zawsze 1 marca. 

Czyli akurat ten dość długi okres przejściowy się wkomponował w rozwój pandemii. I na przykład przyszły minister zdrowia z tego skorzystał i poprosił uniwerek o zorganizowanie mu wykładów dotyczących COVID-19. Wiem stąd, że później w wywiadzie lekarz powiedział, że był zdziwiony samą prośbą, a jeszcze bardziej tym, że minister przybył punktualnie i najwyraźniej po to, aby się czegoś nauczyć. Bo i to nie trafiło wtedy do mediów, a wiele miesięcy później. A konkretnie jak media zaczęły się zastanawiać jak to się stało, że epidemia w Urugwaju jest pod kontrolą, a praktycznie nigdzie dookoła nie. 

Sama epidemia dość szczęśliwie omijała Urugwaj w miarę długo, pierwszy superspreading event był dopiero w pierwszych dniach marca, już za kadencji nowego rządu. Jakaś celebrytka przyleciała z Hiszpanii i wybrała się prosto na wesele na 500 osób. 

System od razu zadziałał. Celebrytka wylądowała na kwarantannie, jak też wszyscy z którymi miała kontakt. Sąsiedzi pomogli, w tym sensie, że dzielnie obserwowali i uprzejmie donieśli na policję, że jej syn ją odwiedza codzienne i przesiaduje godzinami. 

I tak wyglądał start epidemii w Urugwaju

W tym momencie się okazało, że władze mniej-więcej wiedza co robią. Napływ zakażeń był widoczny, wiec ogłoszono lockdown. Ale daleki od tak drastycznego jak w wielu krajach europejskich. Zamknięcie nie dotyczyło całej gospodarki a "jedynie" tych sektorów gdzie następuje kontakt miedzyludzki.

Do tego momentu nie różniło się tak bardzo od postępowania w innych krajach. Ciekawie było jednak dalej.

Otóż powstał komisja doradcza przy rządzie dla wsparcia zwalczania epidemii. I co ciekawe składa się ona z dwóch części- medycznej i epidemiologicznej. Pozornie może się wydawać co to za różnica, w końcu to lekarze zajmują się epidemiami? No własnie jest. Lekarze zajmują się objawami i leczeniem chorób. Za to do badania propagowania i rozwoju epidemii ściągnięto matematyków, jak należało. A przynajmniej matematyk kieruje epidemiologiczną częścią komisji. 

I przez cały czas to naukowcy podawali ścieżkę postępowania dla rządu, a politycy robili to co jest ich robotą- przekazywali to społeczeństwu i ubierali w zasady prawne które były możliwe do wyegzekwowania. Zauważmy, jak bardzo to się różniło od działań państw z dykty, już w tym momencie. Następnie komisja opracowywała zasady dla kolejnych działów gospodarki. Zasady, znaczy procedury, których należy przestrzegać w pracy i przy obsłudze klientów. Czyli maski, dystans, etc. Ubrane w dokładne opisy dostosowane do każdej branży. Opracowywano kolejne procedury i wraz z nimi zezwalano na otwieranie kolejnych sektorów gospodarki. Od najważniejszych do najmniej istotnych i od łatwych do wdrożenia do trudniejszych. Lub niemożliwych i to pozostaje zamknięte. 

W taki sposób dość szybko, po jakiś 2 tygodniach otwarto budowlankę, potem kolejne branże, aż doszli do kościołów, w tym kraju mało istotnych. 

Następnie plan polegał na tym, aby był system pozwalający na śledzenie wszystkich zakażeń i można było wygasić każde powstające ognisko. Co ciekawe, wcale nie było i nie jest planowane całkowite powstrzymanie epidemii. A może od razu uznano, że jest to w sytuacji Urugwaju kompletna mrzonka. 

Mrzonka, bo obok są Brazylia i Argentyna. Argentyna, gdzie jest właściwie kompletny brak komunikacji w społeczeństwie, bo media zajmują głównie autentycznym zmyślaniem wiadomości, odpowiednio pro- i anty- rządowych, wobec czego żaden istotny przekaz nie jest w stanie dotrzeć do całego społeczeństwa, które w ten sposób nie może działać wspólnie w żadnej sprawie. Nawet takiej jak pandemia. Więc niezależnie od tego co rząd by chciał i jak planował, nie jest w stanie tego przekazać społeczeństwu, a zresztą słaba i dysfunkcjonalna administracja i tak prawdopodobnie by nie mogła zrobić żadnego rozsądnego planu. Więc w Argentynie COVID ma się dobrze, ludzie trochę gorzej....

Brazylia organizacyjnie jest silniejszym krajem, ale podzielonym między władze federalne i stanowe, co już utrudnia skoordynowaną politykę, do tego rządem federalnym kieruje kompletny świr i negacjonista epidemii, na to się nakładają relacje post-niewolnicze w społeczeństwie, czytaj patologiczny rasizm i przekonanie elit, że jak coś zabija głównie czarnych to jest to w sumie pozytywna rzecz. Więc epidemia w Brazylii jest już od dawna poza jakąkolwiek kontrolą. 

I o ile Urugwaj może zamknąć granice w portach, na lotniskach oraz lądową z Argentyną, bo ta przebiega wzdłuż dwóch wielkich rzek, tak granicy z Brazylią zamknąć się nie da, bo ona właściwie fizycznie nie istnieje. Wszystkie miasta przygraniczne mają po prostu dzielnice w obu krajach, wewnątrz ich nie ma przejść granicznych, a nawet są budynki z wejściami po obu stronach. 

I przyznam, że z tego poziomu trudności utrzymanie epidemii pod kontrolą to nie nie jest to samo co w Nowej Zelandii czy Islandii, to jest dużo poważniejsza sprawa. I wymagająca stałej mobilizacji społeczeństwa, utrzymania w stanie alertu, a jednocześnie nie zmęczenia ludzi nadmiernymi wymaganiami, czy destrukcją gospodarki. Nic z tego nie jest proste i wszystko wymaga wyważenia mnóstwa sprzecznych interesów. I to nie interesów kolegów, a interesów kraju. I urugwajski rząd robi to dobrze. 

Ilość wykrywanych zakażeń utrzymuje się na stałym poziomie 20-50 dziennie, przy 2-3 tys testów dziennie (na 3,5 mln mieszkańców). Ale co ważniejsze, w praktycznie każdym przypadku władze mogą prześledzić większość kontaktów i zatrzymać ewentualne niekontrolowane rozprzestrzenianie.

Mogą prześledzić kontakty, bo w miejscach anonimowego gromadzenia się ludzi (komunikacji publicznej, mallach, kościołach, etc., jest obowiązek noszenia masek i jest on całkowicie przestrzegany. Bo inaczej po prostu nie jest się wpuszczonym, czy po prostu wypraszają. Za to sytuacje, gdzie później można te kontakty zidentyfikować są względnie bezproblemowe. Maski są powszechne, i jest społeczna presja, ale nie do końca wszyscy ich używają, w mniejszych sklepach bywa różnie, etc.

Kolejna sprawa- poważną częścią gospodarki Urugwaju jest turystyka, a głównie plaże pełne Argentyńczyków. I rząd już zapowiedział, że tego lata (które się zaraz zaczyna), granice zostaną zamknięte. Pewnie się zastanawiali nad decyzją i taką podjęli. I trudno z nią dyskutować. Ponieważ niektórzy Argentyńczycy mogą wjechać- oczywiście mający prawo pobytu w Urugwaju, ale też za jednorazowymi pozwoleniami dla załatwiania różnych spraw. Mają tylko na granicy przedstawić test z wiarygodnej instytucji albo go zrobić na granicy. Jeśli robią na granicy, to muszą zostawić numer telefonu i adres pobytu. 

I o ile z kierowcami ciężarówek ponoć nie ma żadnego problemu, przestrzegają procedur, maski i nie zbliżają się do tubylców, odbierają telefony od władz, etc., tak wjeżdżający w interesach mają wszystko w nosie, jak u siebie. Zwykle nawet nie odbierają telefonów które mają poinformować o wyniku testu. 

O przestrzeganiu kwarantanny nawet nie ma co wspominać. Ale warto w jednym przypadku. Kilka dni temu jakaś Argentynka przyjechała do Punta del Este (taki luksusowy kurort), sprzedać swoją nieruchomość. Zameldowała się w hotelu w dniu przyjazdu i po krótkiej chwili wychodziła na miasto. W recepcji zapytano się ją o kwarantannę, naściemniała, że miała jakich dokument zwalniający. Szef hotelu zadzwonił do stowarzyszenia hotelarzy i zapytał się co robić, ci odpowiedzieli, że żadnych zwolnień nie ma i może robić co uważa. Więc kobieta jak wróciła, dowidziała się że jest wymeldowana i ma się natychmiast zabierać. Stowarzyszenie poinformowało inne hotele i nie przyjęto jej w żadnym- cóż, tak działa wolny rynek, nieprawdaż? Jakąś kwaterę pewnie znalazła, ale w newsach się to pojawiło i może dotrze do Argentyny. Choć bardziej podejrzewam, że to któraś z gazet wymyśliła te "genialne" porady o wjeździe do Urugwaju i już nic nie dotrze. Przynajmniej do tej połowy Argentyńczyków, która wierzy w akurat te media. 

A w kwestii gospodarczych skutków- od razu na początku wprowadzono ciekawe rozwiązanie "częściowego zasiłku dla bezrobotnych", znaczy firmy mogły zmniejszyć ilość godzin dla pracowników, płacą im stosownie mniej, a co do tego co ubyło z etatu przysługuje zasiłek dla bezrobotnych, znaczy jego stosowna część. Więc przy zmianie z całego na pół etatu, dostajemy połowę dotychczasowej pensji i dodatkowo chyba 30% jako zasiłek dla bezrobotnych. Wszyscy zaciskają pasa, wszyscy jakoś mogą przeżyć. Oczywiście teraz rząd namawia ludzi do wybrania się na wakacje gdzieś w kraju, bo przecież i tak nigdzie dalej nie wyjadą, a tak może pomogą przetrwać branży turystycznej. Która na sezon została zwolniona z praktycznie wszystkich podatków, zupełnie rozsądnie. Subsydiów poza tym raczej nie ma, bo nie ma z czego ich rozdawać. 

To oczywiście nie wszystko, ale mam nadzieję, że pokazałem, że można, że się da i można mieć epidemię pod kontrolą nawet w bardzo trudnych warunkach. Problem polega na tym, że u władzy muszą być ludzie, którzy to chcą zrobić i którzy potrafią zaufać fachowcom, ale sami podejmują decyzje. I są to decyzje, które wzmacniają zaufanie dla nich i dla społeczeństwa nawzajem. Aż do stopnia, gdzie prywatne podmioty, same z siebie najpierw pomagają społeczeństwu i władzy zanim spojrzą na własny interes. Ale tego się nie da uzyskać w tydzień.....

Trudne chwile przedwyborcze

W USA zostało półtorej miesiąca do wyborów, a właściwie dużo mniej, bo w niektórych miejscach głosowanie korespondencyjne już się zaczęło lub zacznie się wkrótce. 
Sondaże pokazują 9-procentową przewagę Bidena i jest ona stabilna i rosnąca od miesięcy, co w normalnym kraju by oznaczało, ze wybory są właściwie rozstrzygnięte.
Ale problem polega na tym, że nie mówimy o normalnym kraju. I jak najbardziej Trump może te wybory wygrać. I wtedy to ja naprawdę radzę zastanowić się nie gdzie byłoby fajnie żyć, a gdzie będzie bezpiecznie przeżyć.
Osiągnięcia Trumpa z pierwszej kadencji są naprawdę epickie. Doprowadził jednocześnie do największej epidemii w historii USA oraz do największej zapaści gospodarczej. I w tym samym czasie do największej ekspansji monetarnej w historii oraz największego deficytu budżetowego w czasach pokoju. 
I ostatnie taśmy pokazują, że był w pełni poinformowany o sytuacji, a nawet jakby ją rozumiał. I zignorował. 
Ale z drugiej strony trzyma nieletnich uchodźców w klatkach oraz są przeprowadzane masowe przymusowe sterylizacje kobiet. A konkretnie to histerektomie- usuniecie macicy i jajników. Czyli trwałe okaleczeni również systemu hormonalnego. To ostatnie w zupełności wypełnia chyba każdą definicję ludobójstwa i mam szczerą, choć pewnie płonną nadzieję, że za to odpowie on i jego pomocnicy. A tak dokładnie to tą bandę należy ścigać jak Mengele i resztę, wszędzie aż do śmierci. 
Ale na razie udało mu się wepchnąć na stołek nowego szefa poczty. Który rozpoczął urzędowanie od bardzo intensywnego demontażu maszyn do sortowania przesyłek. A zupełnie po drodze zwyczajnie ukradł 55 lub 70 milionów dolarów. O ile nie wyjdzie coś więcej, oczywiście. Tak, ukradł. Po prostu jego prywatna firma wystawiła fakturę za nic, poczta zapłaciła. 
I tu się zbliżamy do sedna. Tym którym może się wydawać, że wybory w USA wygrywa się większością głosów, potwierdzę, że tak, ale z jednym zastrzeżeniem. To zastrzeżenie jest takie, że głosy rasistów są warte więcej. To nie żaden wymysł, to jest zapisane w samej Konstytucji USA.
A że rasiści nie tylko głosują na Trumpa, ale go wręcz ubóstwiają to głosy na niego są warte więcej. Nie z dokładnie tych powodów co w samej konstytucji (choć też), mechanizmy się zmieniają, istota rządów pozostaje ta sama. I to jest pierwsza część tego jak Trump może wygrać.
Druga część została już przetrenowana w 2000 roku. Wtedy głosów po prostu nie policzono. Co nie jest niczym dziwnym, w USA się bardzo często nie liczy głosów, tylko ogłasza zwycięzcę kiedy jego kontrkandydat przyzna się do porażki. Albo ogłasza przypadkowy wynik a potem media i sponsorzy zmuszają mniej lubianego przez oligarchów do przyznania porażki. Ale w 2000 na Florydzie był wyższy etap. Al Gore prawie na pewno wygrał i żądał policzenia głosów. Czego republikański gubernator Florydy po prostu nie zrobił. Przez jakiś czas trwało udawanie, a potem w końcu Gore odpuścił. 

To jest Floryda. Przetrenowane, sprawdzone, mogą powtórzyć i obecny gubernator się na pewno nie zawaha.

I następnym czynnikiem jest to, że mnóstwo głosów w tych wyborach będzie oddanych korespondencyjnie. I ma je dostarczyć państwowa poczta, dokładnie ta sama, która jest w tej chwili rozmontowywana. Dosłownie i w przenośni. O złodziejstwie nie ma co wspominać, bo to nie są duże pieniądze. Ale pokazują, że ten facet nie cofnie się przed niczym i nie ma już nic do stracenia. Chyba że jest po prostu tak pewny ułaskawienia. Ale rozsądnie rzecz biorą musiałby liczyć na drugą kadencję Trumpa. Albo ja załatwić. Bo tak się składa, że sondaże pokazują większą preferencję do głosowania korespondencyjnego u wyborców Bidena. I nie tylko to. Sam Trump intensywnie namawia do głosowania osobistego i nie ufania poczcie. Sort of. Bo ostatnio poprosił swoich zwolenników o głosowanie dwa razy- korespondencyjnie i osobiście. To jest przestępstwem chyba nawet w USA. Ale może tak jak wiele, tylko wtedy gdy sprawca jest czarnym lub latynosem. 
Tak czy inaczej- na Trumpa dziś już głosują tylko zapiekli rasiści. Ale jest ich całkiem sporo. I normalnie nie miałby żadnych szans. Ale to jemu pomoże zwyczajowe fałszowanie wyników i do tego można dołożyć spory koncert nadzwyczajnego fałszowania, które jest organizowane. 
Oraz niewyjaśnione kwestie hakowania spisów wyborców i być może dostępu do zliczania głosów w poprzednich wyborach- to już przez ruskich. 

Roger Stone, kryminalista praktykujący u Nixona i potem wieloletni działacz Partii Republikańskiej, blisko kolejnych prezydentów, ostatnio ułaskawiony, wprost proponuje wprowadzenie stanu wyjątkowego gdyby Trump przegrał. On ma taką manierę przesadzania, ale w klimacie orientuje się dobrze. W końcu nie spędził ani jednego dnia w więzieniu, a uzbierał sobie na dziesiątki lat. 

Za to jeśli Trump wygra, to będziemy mieli to samo tylko bardziej. Jeszcze więcej ludobójstwa, jeszcze więcej zapaści gospodarczej, jeszcze więcej kasy dla oligarchów i tym razem na deser poważna inflacja. I tak dookoła świata. A razem ze swoimi bratnimi duszami- Kimem, Władimirem i Jairem zrobią co tylko się da dla dołożenia kasy dla naftowych oligarchów i maksymalnego możliwego zdemolowania klimatu. I jeśli dać mu na to następne 4 lata, to naprawdę nie będzie czego zbierać. 

Ale jest w tym wszystkim trochę optymistycznych wiadomości. Trump jest nie tylko oszustem, złodziejem i zbrodniarzem, ale również leniem i durniem. Dzięki temu prowadzi kampanię jak prowadzi i jeśli wybory zostaną sfałszowane w zaledwie umiarkowanym stopniu to je przegra.

Gerrymangering

Tytułowe zjawisko jest dość interesujące. A dokładniej powinno nas teraz interesować bo moze mieć ciekawe konsekwencje dla świata.

Dla przypomnienia gerrymangering to procedura zmiany granic okręgów wyborczych w taki sposób, aby zapewnić zwycięstwo w wyborach jednej z partii, nawet jeśli jest daleka od osiągnięcia większości. 
Robi się to tak, że przez te manipulacje granicami okręgów "pakuje" się wyborców przeciwnika w jeden/kilka okręgów, gdzie osiąga on powiedzmy 90% poparcia, a pozostałe tak konstruuje aby nasza partia zdobyła tam nieco ponad połowę głosów. W ten sposób, jeśli na danym obszarze wybieramy powiedzmy 10 posłów w jednomandatowych okręgach po 1000 wyborców każdy i dwie parte, A i B, to możemy te okręgi podzielić tak:
W 4 okręgach zwycięża partia B. Zdobywając wszystkie głosy, po 1000. Razem 4000 na partię B, 0 głosów na partię B.
W 6 okręgach zwycięża partia A. Zdobywa po 501 głosów w każdym, partia B po 499. Razem 3006 na partię A i 2994 na partię B.

Łącznie partia A zdobyła 3006 głosów z 10 tys., a partia B 6994 z 10 tys. Partia A otrzymuje większość mandatów przy 30% głosów. Pytanie- zwolennikiem której partii był człowiek odpowiedzialny za ustalenie granic okręgów wyborczych?

Po chwili refleksji koniecznej na przemyślenie powyższych wyników możemy łatwo się domyślić, że granice okręgów ustalał zwolennik partii A. Ale wybory nie są aż tak precyzyjnie przewidywalne. A przynajmniej nie w każdym kraju. Zresztą w tych, gdzie są doskonale przewidywalne, nie potrzeba sztuczek z granicami okręgów. 
Więc potrzeba do tego dość solidnych badań wyborczych, ale też określonej geografii wyborczej. Podziału społeczeństwa na bloki wyborcze zależne od miejsca zamieszkania. Albo na miejsce zamieszkania zależnie od preferencji wyborczych. Albo zamożności wpływającej na jedno i drugie. W podanym przykładzie te dane musiały być nieskończenie precyzyjne. Takich danych nie ma. W rzeczywistości mówimy o głosowaniu w pierwszych 4 okręgach w powiedzmy 70-80% na partię B i 55% w pozostałych na partię A. Partia A nadal wygrywa zdobywając mniejszość głosów, ale różnica nie jest aż tak drastyczna jak w pierwszym przykładzie. 

Oprócz orientacji z geograficznych preferencjach wyborców i stabilności tych preferencji potrzeba solidnej dozy cynizmu u stosownych decycentów, przez co partie bliższe ideałom demokracji rzadziej stosują takie metody. I oczywiście działają one jedynie w przypadku ordynacji większościowej. Co przy okazji zaleca patrzenie z jeszcze większą podejrzliwością na promotorów takich rozwiązań.

Po tym skrótowym przedstawieniu problemu, drodzy Czytelnicy, kto z Was zauważył gigantyczną słabość tego rozwiązania?
Tak, może zapewnić długoletnie rządy mniejszości. Ale tylko pod warunkiem stabilności. Jeśli sytuacja się naprawdę posypie, partia A zacznie być postrzegana jako prawdziwa banda, której należy się pozbyć za wszelką cenę, to nawet zwyczajowy margines tych 5 czy 10% nie pomoże. Stracą 10% poparcia, ale też wszystkie mandaty. Jak ktoś nie zauważył jak to możliwe- partia B zbiera swoje 4 miejsca, jak zawsze. Ale potem uzyskuje nieco ponad większość w pozostałych 6. I tak uzyskując powiedzmy 60% głosów zdobywa 100% mandatów. Przez pazerność partii A.

A teraz możemy rozszyfrować tej nazwy partii. Masowy gerrymangering w USA uprawiają Republikanie, a Demokraci raczej nie. Miejscami, sporadycznie, ale zasadniczo prawdziwym byłoby twierdzenie że to Republikanie opierają swój biznes polityczny na utrzymywaniu władzy mniejszości wszystkimi możliwymi metodami, a Demokraci, jeśli w ogóle starają się walczyć o władzę, to robią to odwołując się do głosu większości. 
I ten proceder zupełnie dobrze działał z punktu wiedzenia Republikanów, a zwłaszcza sponsorującej ich oligarchii. Od czasu przejęcia rasistów przez Partię Republikańską, w przededniu wyboru Nixona, to ta partia dominowała w polityce USA. 
I dominuje do dziś, między resztą swoich polityk, kultywując też rasizm. 

Ale zanim wrócimy do USA, możemy jeszcze pokazać przykład manipulacji okręgami z polskiego podwórka. Otóż szalona reforma samorządowa w wykonaniu AWS m.in. powołała nowe województwa. I w tym przypadku te województwa nadal były okręgami wyborczymi, ale o kształcie tych okręgów mógł zdecydować rząd. I zdecydował, Województwa stały się bardzo dziwne z punktu widzenia sieci powiązań gospodarczych, poziomu rozwoju, sieci transportowej, czy rozwoju przemysłowego. 
Ale za to stały się zupełnie nie dziwne, jeśli uznamy, że główną cechą jest poparcie dla AWS. Z pewnym marginesem, oczywiście.
Ale potem się okazało, że Polska tych reform wybitnie nie lubi, a duet 4 neoliberalnych reform i Balcerowicza to było dużo za dużo. AWS i tak się w ogóle nie dostał do parlamentu, ale gdyby uzyskał wynik trochę lepszy niż kompletnie katastrofalny, to i tak by się przejechał na swoich rachubach senackich.
Bo nie zapominajmy, że cała ta zabawa może działać tylko w wyborach większościowych, a takie są w Polsce do Senatu. Ale implozja AWS miała minimalne znaczenie dla Polski i żadnego dla świata. 
Za to polityka w USA ma podstawowe znaczeni dla świata. 
I dlatego nadchodzące wybory są ważne. I ja bardzo, bardzo chciałbym zobaczyć ten efekt zemsty gerrymangeringu. Bo to może zatopić kompletnie Partię Republikańską.