Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieści z Ameryki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieści z Ameryki. Pokaż wszystkie posty

Co słychać w lepszej Ameryce?

Otóż dzieje się. Naprawdę sporo. I przyznam, że miałem chwile wątpliwości przed napisaniem słowa "lepszej", ale zaraz przypomniałem sobie, że większą częścią tej drugiej rządzi Donald Trump. Więc tak, nadal lepszej.

Ale dookoła kontynentu dzieje się, i większości są to już dość poważne kryzysy społeczne na tle problemów gospodarczych.
Najprościej jest w Argentynie. Oczywiście, że rządy neoliberalnego prezydenta, który zachowuje się i mówi jak teleportowany z lat 90-tych, doprowadzą do podobnych wyników jak rządy z lat 90-tych. No i doprowadziły. Kryzys walutowy, podwyżka stóp procentowych (do 40%) w celu powstrzymania ucieczki walut, etc. W skrócie- to samo co zawsze. I przyspieszona deindustrializacja wspomagana naraz likwidacją barier handlowych i walutowych oraz drakońskimi podwyżkami cen energii. Żeby nie było- to są rzeczy, które raczej należało zrobić. Ceny energii, zwłaszcza elektryczności i gazu były patologicznie niskie, sposób implementacji barier pozacelnych i restrykcji walutowych świetnie utrudniał zwykły obrót handlowy z zagranicą, etc. Ale to wszystko zostało wprowadzone w celu zamortyzowania szoku 2009 roku i pełzającego kryzysu który mamy dookoła świata (i mieć będziemy). Ale została wprowadzona terapia szokowa, co paskudnym otoczeniu międzynarodowym prowadzi prosto do zgonu pacjenta. Truciznę, w postaci linii kredytowej z MFW już podano.

W Brazylii jest gorzej 
Jak nie wszystkim wiadomo, w zeszłym roku miał tam miejsce zamach stanu. Ale nie wojskowy, tylko według najnowszej mody, parlamentarno- sądowy. Sytuacja wyglądała tak, że Partido de Trabahadores musiała zgodzić się na przedstawiciela oligarchów jako kandydata na wiceprezydenta, następnie po zwycięstwie w wyborach prezydenckich Dilmy Rouseff parlament (zdominowany przez banksterską opozycję) robił wszystko aby przewrócić ekonomicznie kraj i  doprowadzić  do spadku popularności rządu. Sytuacja międzynarodowa i ceny surowców w tym całkiem sporo pomogły, wystarczyło uchwalić budżet bez deficytu w takiej sytuacji i zupełnie dobry kryzys był gotowy.  Kryzys wystąpił w solidnej, ale nie krytycznej postaci, ulica pomimo protestów nie chciała obalac rządu, to zajął się tym parlament. Uznano, że Dilma Rouseff złamała ustawę budżetową i przegłosowano impeachment. Prezydentem został niejaki Temer, który bardzo sprawnie zajął się wprowadzaniem reform, aby wszystko było tak jak kiedyś. Co spowodowało natychmiastowe pogorszenie sytuacji oraz spadek jego notować do poziomów normalnie nie znanych w demokratycznych społeczeństwach. 
Aby zobrazować skalę: w protestach przeciw rządom Rousseff, które doprowadziły do przejęcia władzy przez Temera, gadżetem protestujących były koszulki reprezentacji piłkarskiej. Dziś to się odbija na reprezentacji. 53% brazylijczyków deklaruje brak zainteresowania Mundialem, a gazety piszą o demonstracyjnym kibicowaniu reprezentacji Argentyny przez Brazylijczyków. Muszę przyznać, że to jest trochę niewyobrażalna wiadomość. Choć to argentyńska gazeta, czyli z definicji źródło wybiórczych i niekoniecznie prawdziwych informacji.

Wenezuela
Tam dla odmiany nic się specjalnego nie dzieje. Kraj stał się dyktaturą pod nieudolnymi rządami pseudolewicy opowiadającej o bogactwie z ropy. Tak się zabawnie składa, że Wenezuela w istocie ma olbrzymie złoża ropy, ale jednocześnie jest ona bardzo droga w wydobyciu. Czysto obiektywnie. Wobec czego gospodarka oparta na rozdawaniu pieniędzy z eksportu ropy i faktycznym niszczeniu każdego innego typu aktywności gospodarczej nie może funkcjonować. I nie funkcjonuje, a skutkiem tego jest masowa emigracja. A właściwie nawet nie emigracja, a ucieczka w poszukiwaniu minimalnych warunków dla życia, czy wręcz przeżycia. Z racji ilości uchodźców (bo to już lepsze słowo niż "imigrantów") przygraniczne miasteczka w Brazylii i Kolumbii pękają w szwach, z czego nie chodzi o brak mieszkań do wynajęcia, tylko raczej o brak miejsca w parkach do spania. 

Zostając przy Kolumbii
Tam mamy w najbliższa niedzielę druga turą wyborów prezydenckich. Z czego pierwsza tura była bardzo zabawna, bo zgodnie z sondażami, jak zwykle do drugiej miał przejść liberał i konserwatysta, jak zawsze od dwustu lat. Liberał uzyskał czwarty wynik, a do drugiej tury przeszedł przedstawiciel lewicy, który sprawę "sądowego zamachu stanu" ma już za sobą. Przynajmniej pierwszy raz, bo tak własnie został pozbawiony fotela burmistrza Bogoty. Którą zresztą w ciągu 2 lat niedokończonej kadencji bardzo mocno zmienił w stronę cywilizacji.

W mniejszych i stabilniejszych krajach, jak Urugwaj i Chile sytuacja Wenezueli, Brazylii i Argentyny siłą rzeczy też musi być widoczna. I jest. W Montevideo widać skutki presji popytu na najtańsze lokale mieszkalne (czyli pokoje w pensjonatach). W postaci wyciekających do mediów opisów skandalicznych warunków, a i tak potężnego popytu oraz też widocznie zwiększającej się liczby śpiących na ulicach. W Urugwaju jeszcze Urząd Migracyjny jest zakorkowany sprawami w dość znacznym stopniu. Na samo rozpoczęcie procedury migracyjnej czeka się dobrze ponad 4 miesiące, a a ono jest konieczne do podjęcia legalnego zatrudnienia. Tak samo wszystkie kolejne etapy pokazują przeciążenie instytucji do granicy dysfunkcjonalności. 
Swoje dołożyło też nieprzygotowane wdrożenie nowego Kodeksu Postępowania Karnego. Modernizacja była potrzebna, ale przy okazji wypuszczono z aresztów tymczasowych ludzi, którzy przebywali tam zbyt długo bez wyroków. Sądy były przeciążone, więc i tego towarzystwa było sporo. Tyle, że jak to tymczasowo aresztowani, raczej nie znaleźli się tam za plucie na chodniku. I tez wylądowali w sporej części na ulicach (bo tanie pensjonaty zajęli imigranci) i zajęli się tym w czym już mają doświadczenie. Systematycznie korzystają z nowej procedury do powrotu, ale problem jest i to widoczny.

Jak widać, ciemne chmury są prawie nad całym kontynentem, choć dla tych lepiej rządzonych krajów jedynie wskutek niestabilnego sąsiedztwa. Pożyjemy, zobaczymy, jak na razie słońce nad plazami Montevideo zupełnie dobrze świeci.

Przestępczość w Ameryce Południowej

Jeśli zająć się tematem ogólnie, to można powiedzieć, że nie ma żadnego problemu, przestępczości nigdzie nie brakuje. Ale patrząc na szczegóły, możemy mówić o pewnej egzotyce. Tak jak egzotyczny był Gang Olsena, bo niektóre rzeczy go przypominają. A inne dodatkowe misje z GTA V.

Gang Olsena


Otóż właśnie przeczytałem newsa o napadzie na sklep obuwniczy w Santiago de Chile. Poważny, wpadło kilkanaście osób i zrabowali cały wystawiony towar. Czyli buty o wartości około 7500 USD. Ale dla nich nie bardzo będą miały jakąkolwiek wartość. Wszystkie to jedynie połowa pary, na tę samą nogę. Bo to były buty z wystawy w sklepie obuwniczym...

GTA V


Zupełnie inaczej wyglądał napad na placówkę firmy transportującej gotówkę w Ciudad del Este w Paragwaju. Miasto to jest położone przy potrójnej granicy:  Argentyny, Brazylii i Paragwaju. Jako takie jest poważnym ośrodkiem handlu oraz przemytu.
Tym razem około 50-60 bandytów podzieliło się na kilka grup, z których jedna rozpoczęła od podpalania samochodów w innych częściach miasta, aby odciągnąć policję, a następna dostała się do budynku. Wysadzając ścianę za pomocą ładunków wybuchowych. Opróżnili sejf z utargu zebranego od firm w ciągu dnia i przygotowanego do transportu do banku. W strzelaninie zginął jeden pracownik firmy konwojowej oraz policjant. Następnie, w czasie ucieczki, porwali ciężarówkę i podpalili ją blokując drogę dla pościgu. Samochody, którymi uciekali porzucili w miejscu, gdzie mieli ukryte łodzie do ucieczki na drugą stronę rzeki, czyli do Brazylii. Znaleziono w nich porzuconą broń. W tym przeciwlotniczy karabin maszynowy (kal. 0.5 cala). Wydaje mi się, że energia pocisku jest wystarczająca dla przebicia opancerzenia samochodów do przewozu kosztowności lub opancerzonych pojazdów Policji. Choć tego zbyt dokładnie nie wiem, z oczywistych powodów nikt nie podaje publicznie poziomu zabezpieczenia poszczególnych pojazdów i się nim nie chwali.
Na drugiej stronie rzeki czekał następny zestaw pojazdów. O tym dla odmiany wiadomo, bo jeden z tych pojazdów wszedł w jakąś interakcję z brazylijską policją. Czego skutkiem było to, że wszyscy trzej podróżujący zostali zastrzeleni na miejscu. W trakcie napadu było słychać, że posługują się językiem portugalskim, więc było wiadomo, że to napad transgraniczny, ale dopiero później zostali zidentyfikowani jako członkowie zorganizowanej przestępczości z Sao Paulo.

Przemyt stulecia


Przemyt w Ameryce Południowej ma swoje długie i bogate tradycje. Cła są prawie wszędzie bardzo wysokie, do tego w prawie każdym kraju zestaw barier handlowych. A jednocześnie długie i często sztucznie wytyczone granice. Popyt na kokainę swoje dokłada i efektem jest wartko płynący strumień towarów i pieniędzy w wszystkie strony i wszystkimi sposobami. Dodajmy do tego relatywnie słabo zaludnione i niezbyt bogate państwa, a otrzymamy sytuację, w której efektywne pilnowanie granic jest zwyczajnie niemożliwe. 
W takim klimacie istnieje sobie kilka miasteczek na granicy Urugwajsko- Brazylijskiej, gdzie granica przebiega środkiem ulicy. Co prawda wewnątrz Mercosuru większość ceł została zniesiona, ale integracja gospodarcza na tym się zakończyła i transport przez granicę opiera się na zwykłych zasadach eksportu i importu, a każdy kraj ma swoje regulacje. Stąd posterunki celne są na drogach dochodzących do tych miejscowości, a one same są w swej istocie strefami (prawie) wolnocłowymi. 
W takich pięknych warunkach spora grupa przemytników urządziła się wręcz idealnie. Wynajęli budynek magazynowy z dwoma wjazdami dla ciężarówek, jednym po stronie brazylijskiej, drugim po urugwajskiej. W końcu dotarła tam i policja, znalazła w tym i innych magazynach grupy 400 ton wełny i prawie 100 tys krowich skór. Biznes polega podobno na przemycie surowców z Brazylii, przerobie ich w Urugwaju i wywozie z powrotem do Brazylii do sprzedaży. Przyznam, że kompletnie nie wiem gdzie w tym jakiś większy zysk. Koszty pracy są zbliżone, może w Urugwaju nieco wyższe, ceł nie ma. Być może były to skóry z kradzionych zwierząt? 

Wieści z lepszej Ameryki, choć nie tak znowu dobre.

Problemy z aferami na skalę kraju wyglądają bardzo rożnie. Czasem mówimy o złodziejstwie na skalę całego kraju, czasem nawet całego pokolenia, które wychodzi na jaw dopiero, gdy nie może trwać dalej.

Czasem wielki przekręt jest ujawniany przez powołane do tego agendy zanim sytuacja wybuchnie. Czasem to jest możliwe po zdjęciu parasola politycznego lub wskutek konfliktów w obozie władzy.

Przykładami afer, które wybuchły, gdy już się nie dało dłużej działać są wszelkiego rodzaju piramidy finansowe. Co przy okazji jest znakomitym probierzem sprawności struktur państwa. W dobrze działającym państwie piramidy finansowe, jeśli nawet powstają, to są demontowane na początku swego istnienia, zanim zdążą zrobić krzywdę zbyt wielu ludziom. 

Sprawa Madoffa pokazała, jak słaby jest w USA nadzór państwa nad nadużyciami Wall Street. Ale jednocześnie niewiele rzeczy w tym stylu zdarza się w "zwykłej" części społeczeństwa i gospodarki.
Sytuacja w Polsce ma się zupełnie inaczej. Właściwie każda kolejna piramida finansowa, od Bezpiecznej Kasy Oszczędności do AmberGold działała spokojnie i bezkarnie aż do końca dopływu jeleni z pieniędzmi. 
Jedyna wielka afera innego rodzaju, która doszła do uszu publiczności to Afera Rywina. Która bynajmniej nie wyszła na jaw z powodu działań jakiejkolwiek policji, a wewnętrznych niesnasek w skorumpowanym układzie władzy. 

Urugwajem i Brazylią także obecnie wstrząsają afery. Nieco bardziej optymistyczna rzecz polega na tym, że w obu przypadkach władze państwa robią coś w okolicach tego co powinny. Nawet w Brazyli, kraju przeżartym polityczną i biznesową korupcją do szpiku kości. 
I dokładnie tego dotyczy sprawa. Korupcji do szpiku kości. Krowich kości, konkretnie.

Otóż policja wykryła, że w handlu pojawiała się wołowina jakby odświeżana. To się okazało czubkiem góry lodowej. Mięso, zwyczajnie zepsute, kupowały rzeźnie i chłodnie z licencjami eksportowymi, chińskimi i europejskimi. To czego nie udało się wyeksportować, bo np. zostało zawrócone na granicy UE, zamiast do utylizacji trafiało do brazylijskich sklepów. 
Natychmiast pada pytanie gdzie był nadzór sanitarny. Otóż był zwyczajnie kupiony przez sieci przetwórstwa mięsa, w tym wielkie międzynarodowe korporacje. Pieniądze, które były przez nie przelewane trafiały przez pośredników do partii obecnego Prezydenta (czyli byłego prawicowego wiceprezydenta przy Dilmie Rousseff) oraz jeszcze jednej partii oligarchicznej.

Można się zapytać- cóż, trochę zepsutego mięsa w supermarketach i parę dolarów więcej w kieszeniach polityków- co za problem? Otóż w istocie, będąc w UE problem byłby niewielki. W Polsce nie raz były w sklepach "odświeżane" wędliny i organa państwa właściwie tylko tłumaczyły dlaczego nic nie mogą zrobić. Cóż, przywileje UE są dla jej członków (co polecam uwadze nieszczęśnikom mieszkającym w UK). W przypadku Brazylii po pierwszej informacji, że ich nadzór sanitarny może nie być wiarygodny, natychmiast zawieszono wszystkie pozwolenia na handel mięsem. Do czasu wyjaśnienia sytuacji żadnego eksportu do UE, Chin, Korei czy USA nie ma i nie będzie. Później, jeśli nadzór sanitarny nie będzie w transparentny sposób oczyszczony, to możliwe, ze pozwolenia będą wydawane tylko dla pojedynczych zakładów, jeśli zostaną objęte stałym unijnym/chińskim nadzorem. Za który zakłady oczywiście zapłacą.

Rzeźnie były tu centrum korupcyjnego układu i wbrew pozorom, one na pewno na tym nie stracą. Co stracą na chwilowym wstrzymaniu eksportu, to sobie odbiją z nawiązką na cenach skupu mięsa. Największe firmy uzyskają pozwolenia w taki lub inny sposób i co najwyżej wytną lokalną konkurencję. Stracą na pewno hodowcy bydła oraz kraj. Żeby było śmieszniej, dokładnie ci sami hodowcy bydła, którzy są najbliżej powiązani z prawicowymi partiami, które ich właśnie wrzuciły w g... za kilka dolarów. 
Co nasuwa jeszcze jedną teorię, mimo wszystko mniej prawdopodobną. Afera i problem jest na pewno prawdziwy, ale powody jego wyjścia na światło dzienne mogą być inne. Kto wie, może dochodzenie prowadzili ludzie powiązani z Partią Pracy, którzy po impeachmencie Dilmy chcą po prostu utopić nową władzę. Nawet kosztem złamania poważnej gałęzi gospodarki? Jeśli tak, to poziom wzajemnej nienawiści w elitach Brazylii już po obu stronach sięgnął poziomu braku jakiejkolwiek odpowiedzialności za kraj. Prawicowe elity już dawno się jej wyzbyły w zwalczaniu lewicy, kto wie, może druga strona też, choć nie wyglądała.

W porównaniu do tego, problemy w Urugwaju wydają się trywialne, miłe i kulturalne jak wojna Duńsko- Kanadyjska (Serio, jest taka i obecnie trwa!!)
Może nie do końca. Zaczęło się jak w Polsce. Sieć kantorów, Cambio Nelson, z dnia na dzień się zamknęła. Nie była to żadna firma-krzak, wręcz przeciwnie-- istniała od kilkudziesięciu lat, w tych samych miejscach, spokojnie robili swoje interesy. 
Jak to bywa w takich sytuacjach, chwilę trwało zamieszanie. Zanim władze i publika dowiedziały się o niewypłacalności, minęło kilka dni. Początkowo wyglądało to na przerwę techniczną, dopiero jak sieć rozliczeń płatności poinformowała, że zerwali umowę, bo nie dostali należnych kilku milionów dolarów, sprawa zaczęła wyglądać na poważną. Policja skontaktowała się z właścicielem, który zapewnił, że ma chwilowe problemy z płynnością i jest w innym kraju Mercosur na rozmowach z inwestorami i zaraz wraca. To już mogło wyglądać podejrzanie (tak, wiem gdyby to była gdańska prokuratura i Amber Gold to zupełnie nie) i policja na wszelki wypadek poprosiła o informacje przez Interpol. Cóż... Zdążyła się dowiedzieć tyle, że tenże osobnik dość szybko po tej rozmowie wsiadł do samolotu do Miami i tyle go widziano.  Smaczku dodaje, że tenże właściciel to były zastępca deputowanego (W Urugwaju w razie utraty mandatu przez deputowanego na to miejsce wchodzi uprzednio wybrany zastępca)
Następnym drobiazgiem w sprawie było zachowanie jego bliskiego przyjaciela, którego poprosił o przewiezienie jednej torby do Miami. Przyjaciel na lotnisku sprawdził co właściwie było w torbie (dość rozsądnie przed lotem do USA) i kiedy zobaczył, że była po prostu wypchana dolarami, wrócił prosto na policję. Jak na razie jedynie ostatni element nieco odróżnia tę historie od typowych wyłudzeń z trzeciego świata.

Ale dalej było inaczej.

Okazało się, że Cambio Nelson było jednym z pięciu największych sponsorów rządzącej koalicji. W odpowiedzi w parlamencie znalazł się projekt ustawy całkowicie zabraniającej finansowania partii politycznych przez osoby prawne i solidnie to ograniczający w odniesieniu do osób fizycznych. Raczej stanie się obowiązującym prawem. 
Po zamknięciu kantorów zaczęli się pojawiać dość zdenerwowani ludzie, którzy mówili coś o depozytach, które chcą odebrać. Policja oczywiście pilnowała porządku i szybko i sprawnie zainteresowała się tematem. Okazało się, że właściciel/sieć kantorów przyjmowała depozyty oferując oprocentowanie wyższe niż bankowe. Sytuacja znana nie tylko tam i nie tylko teraz. Różnica polega na tym, że policja była całkiem zainteresowana procederem oraz po pierwszych informacjach śledztwo wszczął też bank centralny (w sprawie prowadzenia działalności bankowej bez licencji). 
W tej sprawie lista podejrzanych trochę urosła, bo objęła też komplet zarządu i księgowych firmy. Oraz jednego byłego księgowego, który, jak się złożyło, jest byłym prezesem banku centralnego i nadzorował przyznanie licencji firmie w 1998 roku.  Edit: już po publikacji tego tekstu zarzuty postawiono też pracownikom kasy, którzy powinni się orientować co i jak rozliczają.

W skrócie- sprawa zahacza w całości o elity polityczne. Co jest w tym wszystkim niesamowicie optymistyczne- nie widać prawie żadnego zamiatania pod dywan, chronienia swoich, tylko wręcz przeciwnie. Całkowite odcięcie się i przecięcie potencjalnych powiązań tego typu na przyszłość. Właściciel kantorów być może czuł się bezkarny, ale jak pojawiły się problemy nie widać, aby miał jakąkolwiek opiekę polityczną.

Po około 3 tygodniach wyszły kolejne dwie sprawy. Największa centrala związkowa miała budować mieszkania socjalne. Związkowcy założyli spółkę, spółka miała dyrektora i nie wybudowała mieszkań. 
Zgaduję, że część funduszy na budowę mieszkań wylądowała na lokatach w Cambio Nelson i zwyczajnie brak tych pieniędzy spowodował wykrycie całej sprawy. Nasuwa się pytanie- dlaczego z całkowicie legitymowanej spółki, która nie musiała ryzykować w taki sposób pieniądze trafiły do nielicencjonowanego pożyczkobiorcy? Zwykle, albo i zawsze, takie rzeczy dzieją się dlatego, aby przykryć manko w kasie. W tym przypadku też jest to bardzo prawdopodobne, bo jednocześnie ogłoszono znalezienie i rozbicie grupy produkującej lewe faktury. Na absolutnie masową skalę. Prawie 1400 spółek i prawie 2 mln faktur w 3,5 milionowym kraju to nie jest detal. Znów się domyślam, że lewymi fakturami przykrywano lewe wydatki, czy czystą kradzież w tejże związkowej spółce deweloperskiej i tak sprawa wyszła na jaw.
Zwłaszcza, że przecież tych lewych faktur nie kupowali hydraulicy aby obniżyć dochodowy o 50 dolarów. 
Oczywiście organizatorzy wszystkiego już są w areszcie, ale bardzo, bardzo zabawnie będzie kiedy skarbówka poszuka trochę więcej śladów, a kto wie- może znajdzie pełny rejestr lewych faktur. Tak czy inaczej podali dokładną liczbę.
Na większa skalę to będzie efektywny wzrost podatków, zwłaszcza dla firm i lepiej zarabiających. Których nikomu specjalnie nie będzie żal. Nie sądzę, aby w eksportowej części IT komuś się chciało kombinować, za to wszyscy "kapitalistyczni biznesmeni" zapewne korzystali namiętnie i hurtowo. Cóż, kiedy ta klasa społeczna się przeprowadzi z lepszych dzielnic prosto do zakładów karnych, to cały kraj na tym zyska. Podobnie jak na odcięciu polityki od korporacyjnych pieniędzy.

Zauważmy, że pomimo dość poważnego skorumpowania środowiska biznesowego, nie widać aby sądownictwo, policja czy administracja miała jakiekolwiek opory przed ściganiem całego tego towarzystwa i hurtowymi aresztowaniami. Co może niekoniecznie dobrze świadczy o teraźniejszości, ale bardzo, bardzo pozytywnie wróży na przyszłość. I pokazuje dlaczego postrzeganie poziomu korupcji w Urugwaju jest na poziomie przeciętnego kraju Europy Zachodniej i zupełnie gdzie indziej niż jakiegokolwiek innego kraju latynoamerykańskiego.

A na dobrych regulacjach się zarabia, bo skądś tę wołowinę trzeba przywieźć do Europy i Chin. Stąd, gdzie nie ma większych wątpliwości, że nadzór działa jak powinien. 

Marihuana w Urugwaju

Jedną z bardzo niewielu rzeczy, z których jest znany Urugwaj, jest liberalne podejście do narkotyków. Przynajmniej tak się wydaje, kiedy słyszy się o przepisach pozwalających każdemu na zakup marihuany.
Nie do końca tak jest.

A co jest?

Są dość ścisłe przepisy. 
Nie jest tak, że można sobie kupić w kiosku, albo zrobić komercyjną uprawę na polu. Ustawa o dostępie do marihuany zakreśla trzy tego dostępu. 
Jeden to własna uprawa. Ale ograniczona do sześciu krzaków, czyli ilości, którą na pewno wystarczy jednej osobie, czy sporadycznie dla wszystkich znajomych.  Ale jest to zdecydowanie za mało na ilości handlowe.
A skąd wiadomo, że takie ograniczenia są przestrzegane? Zasadniczo nie wiadomo, ale każda taka uprawa musi zostać zgłoszona. W sposób ułatwiony do granic możliwości, ale jednak. Należy pójść na pocztę (tak, dokładnie zwykłą, państwową pocztę), pokazać dowód osobisty (a może nawet tylko podać jego numer?), pokazać jakiś dowód związku z adresem, gdzie ma być uprawa (czyli w praktyce rachunek za prąd, telefon, czy kwit podatku od nieruchomości) i załatwione. Jedna wizyta, kilkanaście minut i można rozpoczynać swoją uprawę. Sklepów ogrodniczych wyłącznie dla upraw marihuany też kilka się znajdzie. Ba, stosowne mieszanki gleby dla "autocultivo" są w supermarketach. Kiedyś przyjdzie urzędnik, czy policjant zobaczyć jak ładnie rośnie i czy jednak nie przesadzamy i to koniec kontaktów biurokratycznych z tym związanych. 

Druga legalna możliwość to są tzw. "kluby palacza". W największym uproszczeniu, są to stowarzyszenia, które mogą mieć własny lokal oraz uprawę do 99 krzaków, generalnie robioną siłami członków. Członkowie mogą z tego korzystać tak jak jest to uzgodnione, oczywiście też nie wolno sprzedawać na zewnątrz. Podobno (nie sprawdzałem, kiedyś się wybiorę w ramach zbierania doświadczeń) właściwie każdy może przyjść i skorzystać na miejscu. 

Trzecia możliwość to zwyczajny zakup. Właśnie dziś ogłoszono, że będzie możliwy za kilka miesięcy. Dlaczego tak długo, skora ustawa obowiązuje od 2013 roku?

Otóż dlatego, że też nie będzie żadnych prywatnych, komercyjnych plantacji. To znaczy prywatne będą. Dwie, założone na zlecenie i w wyniku przetargu rządowego. Produkt do palenia będzie można kupić w aptekach, a następnie może i w innych miejscach. 

W nieco utrudniony sposób, bo najpierw trzeba będzie się zarejestrować, a następnie użyć odcisku palca w czytniku w aptece. Oprócz tego limit zakupów wynosi 40 gramów miesięcznie. To oznacza, że żaden turysta legalnie nie kupi marihuany, a żaden Urugwajczyk nie kupi jej handlowych ilości. 
Do tego państwo nie ma zamiaru zarabiać na całej tej transakcji. Cena grama marihuany ma wynosić około 1,2 dolara, czyli 5 złotych. Plantacja ma gwarantowaną w przetargu cenę, więc zarobi, apteki też ni działają charytatywnie, ale ta cena jest tak niska, że w żaden sposób nie utrzyma się czarny rynek. Po prostu ryzyko i nieefektywność dystrybucji mafii narkotykowych jest na tyle kosztowne, że nie mają żadnej możliwości sprzedaży za taką cenę.

I to własnie było celem tych przepisów. Od samego początku. Likwidacja obrotu konopiami jako przestępczego biznesu. Uznano, że jedyną sensowną drogą jest pełna legalizacja, dla każdego i dla rekreacji, ale jednocześnie w taki sposób, aby wykluczyć turystykę narkotykową oraz jakikolwiek podstawy dochodowe dla mafii.  Co najlepiej było zrobić przez nieopłacalność. Nie głupią nieopłacalność w stylu drakońskich kar, tylko prostą, klasyczną rynkową nieopłacalność. 

Pożar w magazynie Iron Mountain ciąg dalszy

Witam kochanych i tych mniej kochanych czytelników po długiej przerwie.
Niestety tym razem tylko sprawozdanie ze starej sprawy, czyli pożaru w magazynie Iron Mountain. Co gorsza bez linków, bo większość wiadomości jest nieco nieświeża, a przemknęła mi w gazetach.
 
W poprzednich odcinkach:
 
Pożar w magazynie dokumentów prowadzonym przez firmę archiwizacyjną Iron Mountain spowodował śmierć kilku strażaków. To spowodowało w miarę poważne potraktowanie sprawy i śledztwo, które można określić jako skrupulatne. Od początku pojawiały się podejrzenia, że pożar mógł być wywołany umyślnie i mieć związek z nielegalnymi transferami dewizowymi i oszustwami podatkowymi organizowanym przez niektóre banki, w szczególności HSBC i być może także Citibank.
 
Najnowsze wiadomości
 
W miejscu rozpoczęcia pożaru znaleziono pozostałości metalowej skrzynki, ślady spalania węglowodorów i układów elektronicznych. W skrócie- spalony mechanizm zapalający. Znajdował się on w części, gdzie była składowana dokumentacja- nigdy nie zgadniecie.... HSBC i Citibank.
 
Jak wiadomo ostatnimi czasy szwajcarska prokuratura rozdaje wszystkim zainteresowanym odpisy protokołów które elegancko wysypali członkowie gangu pracownicy banku HSBC  w Szwajcarii. Polska prokuratura zainteresowana nie była, ale argentyńska jak najbardziej. Dostali listę ponad 4 tysięcy nazwisk i firm. Na liście jest ponoć komplet członków zarządu i spółek grupy Clarin. Tak, tej samej dominującej w Argentynie grupy medialnej, która ze względu na swoją wielkość ma także olbrzymi wpływ na przekaz wydobywający się z kraju.
 
Tymczasem na innym froncie, czyli procesu o odszkodowania wytoczonego przez spekulacyjnych obligatariuszy, w kolejnym zwrocie akcji, sędzia Griesa z Nowego Jorku zabronił bankom z grupy Citi obsługi argentyńskich obligacji denominowanych w peso, emitowanych według prawa argentyńskiego. Citibank poprosił o zgodę na obsługę najbliższych płatności. A następnie próbował wypowiedzieć umowę w Buenos Aires. Próbował, bo w odpowiedzi usłyszał, że to zerwanie umowy, czyli niewywiązanie się z obowiązków banku, czyli podstawa do cofnięcia licencji bankowej. Na razie któryś z ministrów cofnął prawo do wykonywania praw członka zarządu banku prezesowi Citibank Argentina, co zostało uchylone przez sąd. CDN.
 
 
 

Zamach na AMIA, akt oskarżenia przeciwko Cristinie Fernandez de Kirchner i mnóstwo znaków zapytania.

Streszczając sprawę od początku.
W 1992 i 1994 roku miały w miejsce w Buenos Aires dwa zamachy terrorystyczne. Najpierw wyleciała w powietrze ambasada Izraela, następnie siedziba AMIA (Associacion Mutual Israelita Argentina). Łącznie w tych zamachach zginęło ponad sto osób, więc nie były to drobne incydenty. Z tego w tym drugim zamachu 85 osób i ponad 300 zostało rannych. Własnie ta druga sprawa ma obecnie reperkusje w polityce Argentyny i przetoczyła się przez światowe media,  nawet polskie.

Najpierw historia śledztwa. Oczywiście zaraz po zamachu rozpoczęło się śledztwo. Społeczność Żydów w Argentynie jest piątą co do wielkości społecznością żydowską na świecie, więc ta sprawa była dość poważna.

W zupełnym przeciwieństwie do powagi sprawy, śledztwo toczyło się bardzo dziwnym torem. W skrócie, po kilku latach powstała parlamentarna komisja śledcza, która miała się przyjrzeć sposobowi prowadzenia śledztwa. Komisja powstała, przeprowadziła śledztwo parlamentarne, do niczego interesującego nie doszła. Zgłoszono tylko jedno zdanie odrębne, w którym jedna z członkiń komisji wskazała, że sędzia nadzorujący to śledztwo starał się raczej je utrudniać, oraz zainteresowanymi w utrudnianiu tego śledztwa był ówczesny prezydent Carlos Menem oraz przewodniczący DAIA, drugiej dużej organizacji żydowskiej.  Wobec wszystkich z tych osób nadal toczy się śledztwo. O tyle interesujące, że Carlos Menem jest oskarżony o sprawstwo kierownicze wybuchu w fabryce broni Rio Tercero w 1995 (także w trakcie trwania jego kadencji prezydenckiej). Jest już w miarę jasnym, że wybuch miał na celu zniszczenie dowodów uwikłania Menema w eksport broni do Chorwacji i Ekwadoru, gdzie ówcześnie toczyły się wojny.Te sprawy niekoniecznie są powiązane, ale pokazują, ze Menem i jego otoczenie miało w zwyczaju niszczyć dowody przestępstw i wysadzać budynki. W Rio Tercero zginęło 7 osób. Jaka w tym wszystkim miała być rola prezesa DAIA to nie bardzo wiem. Ale cóż, Żydzi mają taki zwyczaj, że jak jest ich trzech to zaraz zakładają dwa bardzo starannie zwalczające się stowarzyszenia. A w samym Buenos jest ich kilkaset tysięcy (Żydów). Inna sprawa, że zupełnie nie mają zwyczaju nawzajem się wysadzać w powietrze. Ani nikogo innego.

Jak widać sprawa od samego początku była bardzo mętna i ocierała się o elity polityczne. Zwłaszcza, że deputowana, która w 2001 roku wysunęła te oskarżenia nazywała się Cristina Fernandez de Kirchner.

Wkrótce część tych oskarżeń stała się na tyle prawdopodobna, że dotychczasową ekipę śledczą odsunięto i wszczęto osobne dochodzenie w sprawie utrudniania śledztwa. W tym czasie CFK była deputowaną opozycji. Jak wspomniałem wyżej w dochodzeniu postawiono zarzuty Carlosowi Menemowi i kilku innym osobo, a poza tym nie przyniosło żadnych przełomowych rozstrzygnięć.
Następnie przyszedł kryzys, w jego wyniku rezygnacja prezydenta, po kilku przejściowych następnym został wybrany Nestor Kirchner, a jego żona Cristina, nadał była deputowaną. Nestor mianował specjalnego prokuratora do prowadzenia tylko tego jednego śledztwa, czyli wyjaśnienia sprawy zamachów na AMIA. Prokurator nazywał się Alberto Nisman

Głównym jego osiągnięciem w trakcie śledztwa było wskazanie, że prawdopodobnymi sprawcami byli zamachowcy z Hesbollahu, wspomagani przez dyplomatów irańskich (czy też inne osoby, ale z irańskimi paszportami dyplomatycznymi). Jedną z sześciu osób podejrzanych jest Ahman Vahidi, obecny minister obrony Iranu. Wcześniej na tej liście znajdował się także ówczesny prezydent Iranu, minister spraw zagranicznych i ambasador Iranu w Buenos Aires. Jednakże Interpol, po proteście Iranu uznał, że nie zamieści tych osób na liście poszukiwanych. Tak czy inaczej, Iran oczywiście nie miał zamiaru wydawać swoich obywateli, a tym bardziej członków swojego rządu.  Sprawa utknęła.

Do czasu. W 2013 roku rząd Argentyny podpisał porozumienie z Iranem. Na jego mocy poszukiwani funkcjonariusze irańskiego reżimu mogliby być przesłuchani przez powołaną ad hoc komisje składającą się z prawników o międzynarodowym prestiżu, nie będących obywatelami żadnego z krajów. Porozumienie zostało ratyfikowane, po dużej burzy politycznej przez Argentynę i podpisane przez prezydenta, ale nie ratyfikowane w Iranie. Oczywiście nie wiadomo, czy ze strony Iranu to była tylko gra, czy autentycznie chcieli tego porozumienia. Ale wiadomo, że w Argentynie mocno krytykowało je DAIA (to drugie stowarzyszenie żydowskie) i sam prokurator Nisman. To są właśnie dziwne rzeczy. Atak opozycji i nieprzytomne łgarstwa Clarinu są zupełnie oczywiste. Ale dlaczego porozumienie, które sprawie nie szkodziło, a mogło pomóc, było krytykowane przez organizację żydowską, czyli DAIA? Potem też przez samą AMIA, ale to dopiero wtedy, gdy było jasne, że nic z tego nie wyjdzie. Co więcej -- prokurator prowadzący sprawę krytykował jedyną możliwość realnego postępu w śledztwie? To było bardzo dziwne.

Następny akt dziwnych zdarzeń nastąpił niedawno i jego kulminacyjnym momentem była właśnie śmierć prokuratora Nismana.

Zaczęło się od publikacji jego raportu, która też obiegła światowe media. Oskarżył w nim o udział w utrudnianiu śledztwa Cristynę Fernandez de Kirchner oraz jej (i Nestora) syna, Maximo.

Po chwilowej burzy medialnej, wspomaganej oczywiście przez Clarin, temat w opozycyjnych mediach zdechł. Po prostu trochę osób przeczytało ten raport i Nisman stał się pośmiewiskiem. Clarin szybciutko wyciszył sprawę, a sama Presidenta i prorządowe media zaczęły się nad tym znęcać. Tak czy inaczej nie było tam śladu nie tylko dowodów, ale nawet poszlak. Co więcej, Prezydenta stwierdziła, że jest oczywistym dla każdego, kto miał styczność z praktyką prawniczą, że tego raportu nie pisał prawnik (Prezydenta trochę się zna, bo wraz z mężem prowadziła kancelarię adwokacką przez kilkanaście lat). Nikt nie podejrzewa Nismana o aż taki nieprofesjonalizm, więc oczywiście powstało pytanie skąd się ten raport w ogóle wziął. Na to pytanie także nie ma odpowiedzi. Może jeszcze nie ma, a może nie jest publicznie znana.

Kolejnym i zasadniczym pytaniem jest też, co w ogóle prokurator Nisman robił przez te wszystkie lata i gdzie są jakiekolwiek dowody i kierunki śledztwa. Następnym pytaniem jest gdzie był nadzór nad tym śledztwem. Zwłaszcza to ostatnie pytanie jest bardzo poważne, bo obecnie wygląda na to, że Nisman posiadał wyłącznie dwa źródła informacji. Jednym był attache ambasady USA, który był w cąłości informowany o śledztwie i wskazywał jego kierunki. M.in. to ze źródeł USA pochodziły informacje o osobie zamachowca- samobójcy, jego tożsamości i powiązaniach. Informacje, których Nisman w żaden sposób nie weryfikował, dodajmy.
Tą wątpliwą jakość dowodów potwierdziło też Home Office UK w sprawie ekstradycji jednego z poszukiwanych, zatrzymanego na terenie UK. Uznali, że tak bardzo nie ma dowodów, że nawet nie pójdą do sądu z wnioskiem ekstradycyjnym i wypuścili zatrzymanego.

Drugim jego źródłem informacji był już były szef wywiadu. Zresztą po całej aferze już byłego wywiadu. Od niego pochodziły informacje dotyczące Kirchnerów i innych polityków argentyńskich oraz dane, na podstawie których uzyskał zgodę na podsłuchy. Oczywiście, może być tak, że istnieją gdzieś  mocne dowody, które wskazują na rzeczywiste utrudnianie śledztwa przez obecny rząd. Ale powszechnie znane informacje (udział CFK w pierwszej komisji śledczej, porozumienie z Iranem) raczej wskazują na zamiar wyjaśnienia sprawy. A rzucanie się z oskarżeniami bez dowodów na prezydenta i członków rządu stawia następne pytania. Byłoby bardzo dobrze, gdyby prokurator Nisman mógł na nie odpowiedzieć. Niestety to jest niemożliwe, bo nie żyje. Kilka dni po publikacji tego raportu oskarżającego Prezydentę i innych, popełnił samobójstwo lub został zastrzelony u siebie w mieszkaniu, na kilka godzin przed tym jak miał zeznawać w Kongresie na temat raportu.

Oczywiście w sprawie śmierci mamy co najmniej trzy możliwości.

1.  Albo oskarżenia miały podstawy, Nisman dysponował dowodami lub co najmniej mocnymi poszlakami i miał je przedstawić w Kongresie, albo zaledwie się tego obawiano i został zamordowany przez osoby powiązane z rządem.
2. Albo miał uczestniczyć próbie destabilizacji kraju, przez nagłośnienie oskarżeń wobec najwyższych władz, po wykonaniu swojej części zadania został zamordowany, lub zrozumiał swoją rolę i popełnił samobójstwo. W tym przypadku całe podrzucanie dowodów przez dyplomatów USA i wątpliwej lojalności wywiad Argentyny perfekcyjnie łączy się ze sprzeciwem wobec porozumienia z Iranem.
3. Wreszcie uznał, że cała jego praca dała tak kompromitujące wyniki, że i tak jest skończony i to wszystko dalej nie ma sensu. Może wiedząc o wynikach swojej pracy próbował narobić takiego dymu, aby być z hukiem odwołanym i rozpocząć karierę polityka. Ale zrozumiał, że to też nie wyszło?

Na dziś każde z tych wyjaśnień jest możliwe, ale tylko co do drugiego istnieją jakieś poszlaki.

A kilka dni temu, wyszła informacja, że w śmietniku w mieszkaniu Nismana, przy przeszukaniu po jego śmierci, znaleziono akt oskarżenia wobec Cristiny Fernandez de Kirchner i innych osób. Z czego Clarin zrobił tak wielką aferę, że aż było przedrukowane w sporej części światowych mediów, a nawet polskich.
I co? I nic. Clarin się czepia, że prokurator prowadząca sprawę nie poinformowała o tym opinii publicznej. Szczerze mówiąc, podejrzewam, że nawet jeśli by miała informować o wszystkich postępach śledztwa to ten fakt by uznała za pozbawiony znaczenia. Otóż konstytucja Argentyny jest dość podobna do konstytucji USA. Procedura skazywania głowy państwa wygląda formalnie tak samo. Oskarżającym jest izba niższa parlamentu, w roli sędziego występuje izba wyższa (Senat). Jakby kogoś interesowało art. 53, 59 i 60 Konstytucji Republiki Argentyny. Najwyraźniej ani dziennikarze Clarinu (z trudem, ale da się zrozumieć) ani ten kto pisał Nismanowi ten tekst (pytanie kto) ani sam Nisman nie miał zbyt dokładnego pojęcia o tych treściach. A może Nisman miał, dlatego spokojnie wyrzucił do kosza ten tekst, który może ktoś mu przysłał. Zresztą była na nim data z czerwca zeszłego roku. I wniosek o odebranie immunitetu, co ciekawe. Czyli użyto takiej instytucji prawnej jaka istnieje np. w Polsce, a nie tej która funkcjonuje w Argentynie. To nieco narzuca podejrzenie, że mógł to pisać prawnik, ale nie argentyński. Co więcej, także nie z USA, tylko z państwa z kręgu prawa kontynentalnego. 
Co oczywiście dostarcza następnych pytań bez odpowiedzi.

Wieści z lepszej Ameryki

Chile

Trwa kampania bombowa, kolejne dwa wybuchy w Santiago, to już okrągła liczba 200 w ciągu ostatnich kilku lat. Policja twierdzi, że są to jacyś bliżej nie zidentyfikowani "Anarchiści". To może tłumaczyć dlaczego śledztwo nic nie ustało, bo pierwsze bomby wybuchły 3 stycznia 2009, dokładnie w pierwszą rocznicę głośnego zastrzelenia przez policję prominentnego aktywisty Mapuczów. Ja tam nie wiem, co robi policja chilijska, ale tak mi się skojarzyło, że Mapucze nie bardzo uznają zwierzchnictwo Republiki Chilijskiej na południe od rzeki Bio-Bio i od dość dawna mają zwyczaj np. podpalać gospodarstwa białych, którzy tam się mają zamiar osiedlać.Kolejny wybuch, jak zwykle w środku nocy i bez ofiar, dlatego w Polsce mało kto o tych drobnych problemikach słyszał.

Brazylia

Nowe regulacje dotyczące pomocy domowych nie wydają się szczególnie ważną wiadomością, ale w brazylijskich realiach to jest rewolucja. Regulacje nie wydają się jakieś szczególnie restrykcyjne- ot, obowiązek rejestracji, odprowadzania składek emerytalnych i limit 44 godzinnego tygodnia pracy. Ale to jest rewolucja. Ona trwa, od wyboru Luli w 2003 roku. 
Drobne przypomnienie. Brazylia, kraj powstały gospodarczo na niewolnictwie, zniósł je w 1888 roku, najpóźniej z całego kręgu cywilizacji europejskiej. Następnie dzielnie trwał neokolonialny model gospodarczy, z bardzo wąska elitą skupiającą olbrzymia większość majątku narodowego i władzę, ok 10% tzw. klasy średniej. Tak zwanej, ponieważ nie do końca przypominała ona klasę fachowców i dobrze opłacanych robotników zabezpieczonych państwową i samorządową siatką socjalna znaną z zachodniej Europy. To byli bardziej wszelkiego rodzaju pośrednicy i usługodawcy dla elit, Majątkowo sytuowani jak właśnie ci zamożniejsi robotnicy w Europie, ale korzystająca z bycia otoczoną przez 90% proletariatu i niewyczerpane zasoby taniej siły roboczej. Stąd pomoc domowa w tejże klasie średnie zawsze była normą i przeważnie była to osoba mieszkająca przy rodzinie, często nigdy nie wychodząca z domu. W Polsce nietrudno znaleźć osoby zafascynowane takim modelem społecznym, np. całkiem niedawno dwóch prymitywnych chamów korzystających z właśnie takiego statusu majątkowego zwyczajnej klasy średniej, przechwalało w znanej stacji radiowej się traktowaniem pomocy domowych. Cóż, przy bardziej egalitarnym społeczeństwie nie mieliby szans żyć na porównywalnym poziomie i dobrze o tym wiedzą. Stąd te 10%, zazwyczaj lepiej sytuowanych członków społeczeństwa tak wściekle atakuje każdą władzę próbującą zmusić ich do traktowania tych 90% społeczeństwa jak ludzi a nie jak instrumentum vocale. Dobrym przykładem są np. znani z Polski niekompetentni lekarze lub prawnicy, żyjący sobie całkiem dobrze za powiedzmy 5-8 tys zł miesięcznie. Obiektywnie, to są żadne pieniądze, ale wśród nędzy dookoła wystarczy na nie robienie niczego samemu, zabetonowanie się w układzie i życie jak pączek w maśle. Hasła podwyższania płac minimalnych, zmniejszania bezrobocia, albo co gorsza egzekwowania prawa pracy brzmią dla takich przerażająco.

W Argentynie to nie wygląda dużo inaczej i jest to także ok. 10%, sądząc po wynikach wyborów, aczkolwiek znacznie większy odsetek w samej stolicy. Cóż, przynajmniej w Argentynie w powszechnych i uczciwych wyborach nigdy nie wygrali miłośnicy niewolnictwa. A jakby się ktoś pytał dlaczego poparcie dla PO i podobnych partii nigdy nie spadnie poniżej 10% społeczeństwa- to ma odpowiedź. I dlaczego im niższa frekwencja tym dłużej tacy mają szansę się utrzymać przy władzy. 

I w ten sposób docieramy do Argentyny

Walka Republiki z sępami trwa. Na bieżąco opisuje to kol. Futrzak, a ja dużo nie mam do dodania. Okazało się, że rada decydująca o wypłacie odszkodowań z CDS-ów szybko i jednogłośnie przyznała, że Argentyna ogłosiła default. Udział w tej radzie sępich funduszy, które wcześniej wykupiły te CDS-y nieco rozjaśnia tą decyzję. 
W związku z tym, że i tak ogłoszono publicznie bankructwo, rząd Argentyny stwierdził, że dalej to mu mogą i ogłosił, że ma zamiar długi spłacać w Buenos Aires, a nie w Nowym Jorku i sędzia Griesa ma się od obligacji od.... 
Sędzia Griesa stwierdził, że to jest obraza sądu. Logicznie chyba powinien skazać na areszt przedstawicieli Argentyny. Będzie zabawnie. Minister skazany jako przedstawiciel państwa za obrazę zagranicznego sądu.

Odpowiedź zależy od pytania, czyli czy Argentyna zbankrutowała?

Argentyna zbankrutowała. Lub nie. Zależy kogo się zapytać, a właściwie zależy od definicji bankructwa.
Jeśli przyjmiemy klasyczną, czyli niemożność wykonania zobowiązań z powodu braku środków (czasowego=utrata płynności, bądź stałego= brak majątku) to według tej definicji Republika Argentyny żadnym bankrutem nie jest. Środki są, zostały wysłane kiedy należało. Tylko sąd zakazał ich przesłania wierzycielom. Obiektywnie wierzyciele pieniędzy nie dostali. Według takiej definicji jest to defaut. Nawet czekają już ponad 30 dni.I nic nie wskazuje, aby w najbliższym czasie te pieniądze dotarły.

Można takich definicji jeszcze trochę wymyślić, ale praktyczne znaczenie będzie mieć tylko jedna: Czy ta sytuacja wypełnia warunki standardowego ubezpieczenia wierzytelności od bankructwa? Znaczy, czy zostaną wypłacone pieniądze z Credit Defaut Swaps czy nie. 

Zapewne ich posiadacze teraz się zgłoszą do wystawców żądając zapłaty. Wystawcy zapłacą lub nie. Jeśli zapłacą- nikogo więcej nie będzie sprawa interesować. Jednymi z większych posiadaczy CDS wystawionych na dług Argentyny są te same sępie fundusze, które domagają się spłaty tego długu. Mając oczywisty interes w bankructwie nie miały zamiaru dochodzić do żadnego kompromisu, to jasne. Dla każdego oprócz sędziego Griesy. Choć możliwe, że akurat on nic o tym nie wiedział albo nie rozumiał. .
Teraz nasz dzielny otępiały dureń Sędzia federalny wyznaczył kolejny termin posiedzenia do negocjacji w sprawie spłaty. Ale do końca roku jedynym możliwym wynikiem będzie przyjęcie przez sępów warunków restrukturyzacji.

Co jest tak naprawdę zupełnie możliwe. Zależy od postawy wystawców CDS-ów. Jeśli nie uznają tego zdarzenia za bankructwo, zwyczajnie nie wypłacą kasy. CDS będą bezwartościowe. 
Oczywiście rozpocznie się proces sądowy, którego wynik dopiero za kilka lat nam powie czy Argentyna zbankrutowała. TO jest najlepsze. Tak naprawdę nikt dziś odpowiedzialnie nie może odpowiedzieć na takie pytanie. 
Za to jeśli sępie fundusze nie dostaną kasy ani z CDS, ani z obligacji to mogą być wkrótce zmuszone do rozmów. Nie wiem, tego pewnie nikt nie wie z arcysępem włącznie ile jeszcze mogą pociągnąć bez finalizacji sprawy.
A z końcem obecnego roku wygasa klauzula zrestrukturyzowanych obligacji zakazująca lepszego traktowania niezrestrukturyzowanych. Dlatego w przyszłym roku argentyński rząd będzie mieć rozwiązane ręce. A na razie jest jak jest. 
.

Drogie wejściówki na salony

Putin wybrał się do Ameryki Łacińskiej. Oficjalnie wiadomo- na finały piłkarskich mistrzostw świata jako organizator następnych. Oprócz tego oczywiście też wiadomo- próbuje ratować wizerunek swój i Rosji jako normalnych i odpowiedzialnych członków wspólnoty międzynarodowej. Po serii dyplomatycznych  katastrof które bezpośrednio spowodował Ławrow, Putin musiał pojawić się sam z ostatnim argumentem- książeczką czekową. Krótki opis wizyty i rosyjskich sukcesów:

Kuba

Oczywiście przywitany z honorami, tradycyjne prywatne spotkanie z Fidelem Castro. Oraz zaczął od umorzenia 90% kubańskiego długu wynoszącego 35 mld dolarów. Choć to akurat nie miało dużego znaczenia, bo Kubańczycy i tak go nie spłacali i nigdy nie mieli takiego zamiaru, to jest kwota absolutnie poza możliwościami ich gospodarki. Zabawniej było dalej. pozostałe do spłaty 3,5 mld zostanie zainwestowane w infrastrukturę Kuby. Znaczy efektywnie kubańczycy i tak tego nie spłacą, choć być może kupią za to trochę sprzętu budowlanego czy wyposażenia elektrowni w Rosji. Jeszcze nie tak źle. Oprócz tego rosyjskie firmy będą szukać ropy na kubańskim szelfie. Tylko jak dotychczas zachodnie firmy które tam miały koncesje się wyniosły, bo wszystkie odwierty były suche i obecnie na rynkowych zasadach nikt tam nie chce wiercić. Krótko mówiąc- całe i nieproporcjonalne ryzyko po rosyjskiej stronie, ewentualne zyski do podziału. Czyste płacenie haraczu. I g... załatwił. Żaden z braci pary z gęby nie puścił na temat poparcia separatystów, potępienia władz Ukrainy, czy nawet uznania referendum na Krymie. Tak w skrócie fotka z braćmi Castro kosztowała około 5 mld dolarów. To są dopiero celebryci !!!

Buenos Aires

Fotka w Buenos Aires była jeszcze lepsza i nawet mniej zapłacił. Przynajmniej w gotówie. Na uroczystą kolację oprócz Prezydenty Argentyny przyjechali także prezydenci Urugwaju i Boliwii.
Może się pochwalić, podpisano umowę o współpracy przy budowie kolejnej elektrowni atomowej w Argentynie. Umowa jest dopiero wstępna, żadnych dokładniejszych warunków, zresztą zdaje się, że ostateczna decyzja o budowie jeszcze nie zapadła. Potencjalnie dobre relacje z Argentyna juz wcześniej załatwił Ławrow porównując sprawę Krymu do Malwinów, a zrobił to tak wybitnie, że zarówno UK jak i Argentyna konsekwentnie broniąc swoich stanowisk w sprawie Malwinów musiały uznać nielegalność aneksji. Z takim wybitnym ministrem spraw zagranicznych 2 mld dolarów, które Putin zapłacił za fotkę w postaci nieoprocentowanego kredytu na budowe nowej elektrowni to prawie okazyjna cena.   Zresztą zarówno Kirchner jak też Evo Morales ubierają się naprawdę elegancko i to fajnie mieć z nimi fotkę. Mujica trochę gorzej...
A wracając do porozumienia- jak wyżej pisałem szczegółów jeszcze nie ma, ale wiadomo na co rząd Argentyny się może zgodzić, a na co nie. Np.- chętnie przyjmie 2 mld dolarów, jeśli nie będzie żadnych warunków. Może nawet później je oddać, ale raczej bez odsetek. Tu, gdzie istnieją argentyńskie firmy żadna zagraniczna nie ma wielkich szans na żaden kontrakt. A w dziedzinie energetyki atomowej istnieją. Czyli może chodzić prawdopodobnie o transfer technologii do Argentyny. Podsumowując- Putin za fotke z Kichnerową, Moralesem i Mujicą zapłacił prawdopodobnie przekazaniem planów i technologii wykonania któregoś z nowocześniejszych  rosyjskich reaktorów oraz 2 mld dolarów. Poparcia dyplomatycznego dla Rosji brak. Kontraktów zbrojeniowych brak. Ale przynajmniej w porównaniu do pozostałych sukcesów dyplomatycznych ten kosztował relatywnie mało gotówy. Peronistowskie rządy w Argentynie zawsze bardziej ceniły transfer technologii. Jakkolwiek by nie był negatywny mój stosunek do energetyki atomowej, jak pisałem w Argentynie ma ona jeszcze odrobinę sensu.

Kolejny sukces dyplomatyczny widać na tym zdjęciu:



Ta fotka nie wyszła tak tanio. Kraje BRICS postanowiły założyć wspólny bank do pomocy międzynarodowej, taki odpowiednik IMF. Zrzutka teraz po 10 mld dolarów, po ratyfikacji następne. Siedziba prawdopodobnie w Szanghaju, pierwszy prezes z Brazylii. Najlepsze- kredytowanie tylko tych państw, które pozytywnie przejdą procedurę szacowania ryzyka przez IMF. Co od razu wyklucza dzisiejszą Rosję i wszystkie jej państwa klienckie. W tym układzie bank będzie realizował politykę i wspólne interesy Chin, Brazylii i RPA, czasem z koncesjami na rzecz Indii, a Rosja posłużyła tylko do dostarczenia części kapitału i kupi sobie za to odrobinę prestiżu. I ładną fotkę.

Po drodze jeszcze niespodziewanie wpadł do Nikaragui. Tam przynajmniej Ortega, za dawną pomoc od ZSRR przynajmniej pozwolił sobie za darmo strzelić fotkę. Podobno za darmo. 


Dług Argentyny- dramatyczna zmiana ról

Sprawa zadłużenia Argentyny rozwija się jak dobry thriller. 

Krótkie przypomnienie- w 2001 roku, wskutek sztywnego kursu peso do dolara (1:1) i wyczerpania państwowego majątku do prywatyzacji gospodarka zawalała się w przyspieszonym tempie. W takiej sytuacji rząd, a właściwie ówczesny minister finansów porozumiał się z wierzycielami i większość zadłużenia została zrestrukturyzowana przez wydłużenie terminów spłat oraz pogorszenie warunków dla dłużnika (Republiki Argentyny), tzw. Megacanje. Wkrótce później częściowo odpuszczono utrzymywane absurdalnego kursu i częściowo zdewaluowano peso (do  1:1,4), ale to było za mało, gospodarka implodowała, bezrobocie wzrosło do okolic 25%. Po zamieszkach w których zginęło kilkadziesiąt osób, pod koniec 2001 roku prezydent zrezygnował ze stanowiska, po kilkunastodniowym chaosie, tymczasowy prezydent ogłosił zawieszenie płatności długu. I tak nie było z czego płacić. 

W połowie 2003 roku, władzę objął w końcu prezydent wybrany w wyborach powszechnych, Nestor Kirchner. Gospodarka po uwolnieniu z gorsetu sztywnego kursu nieco się ustabilizowała, za prezydencji Kirchnera ruszyła mocno do przodu, bezrobocie zaczęło gwałtownie spadać, szkolnictwo wróciło do przyzwoitego poziomu, etc. Nie to jest istotne, bo tu centralna jest kwestia długu. Dla przypomnienia- w 2005 spłacona całe zadłużenie w Międzynarodowym Funduszu Walutowym. Przedstawiciele tej organizacji zostali poinformowani, że ich doradztwo i pomoc gospodarcza nie jest już dłużej potrzebna. W tym samym roku porozumiano się z większością posiadaczy obligacji wyemitowanych w ramach Megacanje. Łącznie z kolejną rundą przystąpienia (w 2010) do restrukturyzacji objęło to 93% posiadaczy obligacji. Warunki, pomimo solidnej redukcji długu były dość korzystne- trzy rodzaje obligacji do wyboru, w tym z odsetkami zależnymi od wzrostu gospodarczego Argentyny- jak pokazała przyszłość, biorąc je w 2005, można było zarobić lepiej niż na oryginalnych.    

Tak czy inaczej, zostało tych 7% posiadaczy obligacji. Nie można ich było legalnie zmusić do restrukturyzacji, bo takiej klauzuli nie przewidywała emisja w ramach Megacanje. 

I tak dotarliśmy do posiadaczy tej resztówki, którzy w stosownym czasie wykupili obligi za drobną część nominalnej wartości (wtedy, kiedy nie były spłacane) i wybrali się do sądów w USA. Sądy nie działają najszybciej, ale w końcu wydają jakieś wyroki. W tym wypadku jakieś to jest właściwe słowo. Osławiony już sędzia Griesa z 2 okręgu Manhattanu wydał orzeczenie zasądzające natychmiastową spłatę całości nominału i odsetek dla posiadaczy niezrestrukturyzowanych obligacji, a dokładniej MLN Capital, który był powodem. Wobec, niespodziewanego i niezrozumiałego dla mnie odrzucenia kasacji przez Sąd Najwyższy USA (czyli odmową zajęcia się sprawą, jako nie budzącą wątpliwości prawnych), wyrok się w ostatni poniedziałek (23.06) uprawomocnił.

To było jeszcze proste....

Rząd Argentyny wysłał parę dolarów (coś z 500 mln) na spłatę kolejnej raty obligacji, która przypada 30 czerwca. W tym momencie, zgodnie z wyrokiem sądowym mogłoby nastąpić zajęcie tych pieniędzy i przekazanie ich sępim funduszom (znaczy MLN Capital), ale sędzia Griesa wydał zarządzenie nakazujące Bank of Mellon New York odesłanie z powrotem tych pieniędzy. Rząd Argentyny oczywiście natychmiast protestuje, twierdząc, że Griesa przekracza uprawnienia. Uzasadnia to dość prosto- sprawa starych obligacji to jedna sprawa, a po restrukturyzacji to zupełnie inna i nie było to przedmiotem procesu i wyroku, więc mieszanie się Griesy w  sprawę nowych obligacji jest przekraczaniem uprawnień. Krótko mówiąc- mógł te pieniądze zająć na rzecz wierzyciela, ale nie mógł nakazać dysponowania nimi w inny sposób. To oczywiście w rozsądnym systemie prawnym. W prawie w stylu USA wszystko jest możliwe i coś takiego także. 

Na razie to drobiazgi. MLN Capital, zgodnie ze zdrowymi zasadami sztuki, domagając się zapłaty od Republiki Argentyny jednocześnie kupił tzw. CDS-y, czyli ubezpieczenie od bankructwa Argentyny. W oczywisty sposób, albo dostaną kasę z wyroku, albo Argentyna zbankrutuje i otrzymają kasę z ubezpieczenia. Cóż, właściwie na to patrząc na razie nastąpiło trzecie rozwiązanie.  Republika nie zbankrutowała, bo spełniła całość swoich zobowiązań, a sępy nie dostały forsy. Dość zabawny przy tym  jest fakt, że wierzyciele na razie nie dostali pieniędzy (ale termin płatności przypada 30.06.) i prawdopodobnie ich nie dostaną teraz. Tylko wierzyciele powinni skarżyć ostatnie postanowienie Griesy- na zdrowy rozum niezgodne z prawem i zdrowym rozsądkiem.  Nic więc takiego dziwnego, że przynajmniej część wierzycieli ustami adwokata reprezentującego włoskich obligatariuszy wyraziła entuzjastyczne poparcie dla zmiany miejsca płatności z Nowego Jorku na Buenos Aires. 

Tu wypada przypomnieć czym jest bankructwo, przynajmniej w rozumieniu emitentów CDS. Jest to jednostronna zmiana warunków obligacji przez emitentów. Tak samo dotyczy to kwoty zobowiązania, oprocentowania, jak i miejsca płatności. Rząd Republiki raczej zaskoczył wszystkich zamiarem spłaty i nawet przesłaniem pieniędzy, które mogły i powinny być zajęte. Powinny w ramach powagi wyroków sądowych. Sędzia Griesa sam naruszył powagę swojego wyroku. Nie zajął pieniędzy, które są/były. To rodzi bardzo zabawne konsekwencje- formalnie bankructwa nie ma (jak na razie). Od finansowej strony bankructwa nie będzie, wierzyciele dostaną całość zobowiązania, co najwyżej zmieni się miejsce płatności. Oczywiście w tym przypadku sępy dostają całość z ubezpieczenia.

Bankructwa nie ma, ale sępy nie dostaną pieniędzy. Teoretycznie mogą pozywać emitentów CDS-ów. Praktycznie to kolejne kilkadziesiąt milionów na koszty procesu. Znacząco to obniża opłacalność inwestycji. Zobaczymy. 

Jeszcze jeden aspekt sprawy-rząd Argentyny robi co może przedstawiając sprawę na forach międzynarodowych jako wyzysk i nadużycie władzy. 

Razem z pomysłem przelania tych pieniędzy łączy się to w logiczną całość- maksymalizowania colateral damage, czyli po prostu założenia, że sępy jakąś kasę dostaną, ale wyrządzenia maksymalnej możliwej szkody dla tychże i im podobnych.  

Zasadniczo ten zarzut nadużycia władzy ma sens.Przynajmniej z punktu widzenia prawa kodeksowego/kontynentalnego (czyli opozycji wobec common law obowiązującego w UK i USA), sąd dokonał rozstrzygnięcia poza zakresem sprawy.  W zakresie działania common law- nie wiem, ale pomimo całej absurdalności regulacji anglosaskich nie wydaje mi się to aż tak ekstremalne.  Oczywiście, wiem, że system common law daje znaczny zakres władzy sędziom, wystarczający dla najdziwniejszych interpretacji prostych postanowień ustaw czy umów. 

Cóż- nawet jeśli orzeczenie jest całkowicie zgodne z porządkiem prawnym USA (a na to wygląda) jest tak absurdalnie sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, że nie może się utrzymać jako część dorobku prawnego ludzkości. Tak, wiem, to brzmi strasznie szumnie i nadęcie, ale pewne zasady obowiązują niezmiennie nawet od czasów fenickich lub greckich (odpowiedzialność za straty ładunku w transporcie) oraz rzymskich (bardzo duża część prawa cywilnego), inne są stopniowo akumulowane przez dziesięciolecia.  Sędzia Griesa może stać się co najwyżej pośmiewiskiem przyszłych pokoleń prawników, ale na razie wypada jakoś rozwiązać ten dylemat, najlepiej jak najmniej niszcząc istniejący porządek prawny i finansowy. 

W tym zakresie zwyczajnie nie mam pojęcia co do dalszego rozwoju sytuacji. Wszystkie możliwości, z bankructwem Republiki na czele wydają się otwarte, choć jakiś kompromis zdaje się zbliżać do prawdopodobieństwa. 

A z powiązanych drobiazgów- w lipcu zaczyna się faza sądowa procesu przeciwko Domingo Caballo za emisję obligacji w ramach Megacanje. Zarzuty obejmują przekroczenie uprawnień urzędniczych. W skrócie- nie było właściwej reprezentacji Republiki Argentyny przy emisji obligacji, których dotyczą procesy w USA. Zabawne.

Dla polskich czytelników jeszcze zabawniejsza jest sama postać Caballo. Minister finansów za czasów Menema, odpowiedzialny za wprowadzenie sztywnego kursu peso do dolara. Jego głównym doradcą był Jeffrey Sachs, później znany z doradzania Leszkowi Balcerowiczowi. Wcześniej z opracowania planów reform gospodarczych Boliwii i Brazylii. Bez różnicy- wszystkie skończyły się tak samo- gwałtowną redukcją przemysłu i krajowej wytwórczości, koncentracją handlu, gigantycznym wzrostem importu przemysłowego oraz rozwojem produkcji i eksportu narkotyków (w Am Poł kokainy, w Polsce amfetaminy).

UWAGA- porównanie z sytuacją Polski może nie być do końca adekwatne, więcej o tym w komentarzach.

Obecnie sytuacja ma się tak, że rząd rozpoczął ofensywę dyplomatyczną i informacyjną wskazując na swoją rzetelność i wiarygodność i wypełnianie zobowiązań, a jako jedyny problem wskazuje działanie jednego szalonego  sędziego, którego nawet władze USA nie mogą powstrzymać, choć próbowały (tak, rząd federalny USA wstąpił do procesu po stronie Argentyny). Rządy średniej wielkości krajów dość chętnie poparły takie stanowisko- w końcu w każdej chwili mogą się znaleźć w podobnej sytuacji. Ale trochę lepsze jest to, że czytałem w BBC tekst pisany dokładnie taką optyką, a nawet częściowo to łyknął Bloomberg, choć Wall Street Journal ciągle twardo broni stanowiska sępów. 

Ale opinia świata ma pierwszorzędne znaczenie dla załatwiania własnych spraw. Przyznam, że na tym tle, gdzie w ciągu tygodnia argentyńska dyplomacja potrafi zmienić opinię światowych mediów, polska jeszcze bardziej wygląda jak ......  A dokładniej kraj i naród z przylepioną łatką antysemitów, której dyplomacja nie umie albo nie chce usunąć, minister spraw zagranicznych który po ogólnoświatowej sławie z knajackim językiem i  chlapaniem tymże jęzorem w przypadkowych miejscach o sprawach które powinny być dyskretne tydzień po publicznym wydaniu się takich spraw nadal piastuje stanowisko.
     
Pisząc to jeszcze nie znam dalszego rozwoju sytuacji, termin zapłaty raty obligacji jeszcze nie minął. Czytelnicy zapewne sami to sprawdzą...
P.S.
Jak parę rzeczy dobrze pójdzie, to istnieje realne prawdopodobieństwo, że nie będę mieć wolnej chwili na blogowanie w ciągu najbliższych tygodni. Choć zobaczymy, czasem można coś i gdzie w krótkiej wolnej chwili skrobnąć dla rozrywki. Stay tuned, choć nie obiecuję stałego nadawania...

Pożar w magazynie dokumentów- postęp śledztwa

Na życzenie - aktualizacja sprawy pożaru magazynu dokumentów Iron Mountain, większość wiadomości z dzisiejszej gazety, trochę własnego googlowania dla potwierdzenia. 

Każdy wie, że jak policja kogoś przyprowadzi do prokuratora, to ta osoba na pewno jest winna i tylko będzie kłamać, aby się wybielić. Dlatego prokurator powinie pisać akty oskarżenia, a nie zajmować się takimi głupotami jak słuchanie kryminalistów, czy co gorsza marnowanie pieniędzy podatników na sprawdzanie kłamstw kryminalistów….

Przecież to prawie tak jakby kryminaliści decydowali o wydawaniu pieniędzy państwa i środków budżetowych. W demokratycznej III RP to się przecież nie może wydarzyć.  A nie, czekaj....

Niestety, olbrzymia większość argentyńskich prokuratorów nigdy nie była na szkoleniu w Polsce, ani żadnym innym kraju o prawidłowo działającej prokuraturze np. w Armenii czy Rosji. 

Dlatego argentyński wymiar sprawiedliwości robi wszystko odwrotnie. Kryminaliści chodzą po ulicach latami i zamyka się ich dopiero jak się uprawomocnią jakieś niepotrzebne wyroki. A przecież wszyscy wiedza, że jak prokurator kogoś oskarży, to na pewno jest winny i te wszystkie szopki z sądami to są potrzebne tylko głupim lewakom z Zachodu….

Niestety, argentyńscy prokuratorzy zamiast pisać akty oskarżenia, to tylko czytają jakieś niepotrzebne akta i wysyłają policję nie po to, aby łapać kryminalistów, tylko po jakieś niepotrzebne niby zabezpieczania dowodów. Policja prawidłowo wchodzi do domu o 5 rano i zamiast wszystkich aresztować, tylko zabiera jakieś papiery, żeby niepotrzebnie zajmowały miejsce w szafie prokuratora, który potem to miesiącami czyta, zamiast pisać zarządzenia i akty oskarżenia... 

Dlatego właśnie dopiero teraz prokuratura informuje, że toczą się śledztwa w różnych  sprawach dotyczących co najmniej 4 różnych banków, gdzie kluczowe dowody znajdowały się w magazynie Iron Mountain, który spłonął w lutym.   Były tam kopie cyfrowe dokumentacji, której obowiązkowy okres przechowywania minął i oryginały zostały zniszczone. Czyli znajdowały się tam jedyne egzemplarze dokumentacji kluczowej dla śledztw. 

W najbardziej zniszczonej części magazynu, gdzie prawdopodobnie rozpoczął się pożar, znajdowały się cyfrowe kopie dokumentacji. Czyjej? Nikogo nie zaskoczę, nazwy są te same co zwykle. HSBC, JP Morgan, BNP Paribas i jako rodzynek argentyński Banco Patagonia. 

HSBC jest podmiotem śledztwa w sprawie o pranie brudnych pieniędzy. Spaliło się 26326 pudeł z CD z 46528 składowanych. JP Morgan Chase z oddziału w Buenos Aires składował 4406 pudeł, z których zniszczeniu uległo 4000. Prokuratura uważa, że zniszczone zostało ok 90% danych pozwalających zidentyfikować klientów. Od 2008 roku prokuratura prowadziła śledztwa w sprawie ułatwiania prania pieniędzy przez ten bank. Jakiś czas temu połączono je w śledztwo w sprawie seryjnego organizowania przez bank operacji prania pieniędzy oraz naruszania prawa dewizowego. Czyli, jeśli z tych zarzutów zostałaby złożona całość, urzędnicy banku mogą mieć postawione zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej. 
Dość dokładnie jest wyjaśniona sprawa, w której JP Morgan z  Banco Patagonia przez oszukańcze praktyki bankowe pomogli sfałszować dane na temat kondycji sporej spółki, w wyniku czego jej większościowi udziałowcy mogli za mocno zaniżone kwoty wykupić mniejszościowych. JP Morgan robił część na Bahamach, Banco Patagonia w Argentynie. trzeba jednak przyznać, że Banco Patagonia występuje jako jedyny w pojedynczej sprawie, a nie jako organizator całego procederu. Biorąc to pod uwagę, lista skraca się do dokładnie tych co zwykle. 

Ta prokuratura jest tak powolna, że jeszcze nie ma aktu oskarżenia w powyższej sprawie z 2005. Co prawda nie słyszałem, aby polska prokuratura kiedykolwiek wyjaśniła jakąkolwiek sprawę, w której by aktywnie działał wielki bank i trzeba by było wyciągnąć dane z raju podatkowego. Ale to na pewno dlatego, że w Polsce takich przestępstw nie ma.

Wreszcie BNP Paribas. Tu także, po analizie poszczególnych przestępstw śledczy doszli do wniosku, że całe jedno piętro w banku służy wyłącznie do działalności przestępczej, faktycznie działało jak kolejny, niezależny oddział banku i łącznie wyprano oraz nielegalnie przeprowadzono przez granicę około miliarda dolarów. Zniszczeniu uległo 1206 z 2554 pudeł.

Śledztwo obecnie toczy się w kierunku podpalenia. Nigdzie nie podano, czy prokuratorzy sa tego pewni, czy uznają na obecnym etapie za wersję najbardziej prawdopodobną. 

Właściwie bez komentarza, ale widać jak bardzo ważna jest względna przynajmniej niezależność kraju od tego typu towarzystwa. W zadłużonym kraju prokuratura nie mogłaby prowadzić takiego śledztwa, bo rynki dokonałyby "drobnych nacisków" na ministra finansów czy innego premiera i śledztwo musiałoby się skończyć błędem pilota….     

Drugi mój wniosek- w 89 roku należało, gdyby to było politycznie możliwe oczywiście, wyrzucić dokładnie wszystkich prokuratorów. Sędziów zasadniczo też, ale tych którzy nigdy nie awansowali, ani nie byli funkcyjnymi można by było zostawić, dla odrobiny stabilności. Peerelowska prokuratura naprawdę sobą nic nie reprezentowała i braku wiedzy i fachowości nikt by nie zauważył, bo zwyczajnie jej nie było. Sekretariaty  (były i są kompetentne i niezbędne) zostawić nie ruszone przez chwilę, a etaty prokuratorów obsadzić tymi, którzy mieli jakiś kontakt z cywilizowanym wymiarem sprawiedliwości, jakby prawdziwych prawników z emigrantów zabrakło, to nawet tymi którzy zostali w cywilizowanych procesach na zachodzie skazani (no, może nie za szpiegostwo..). I tak by byli bardziej kompetentni niż kacapski prokurator. 
Sędziów sądów rejonowych można było zostawić, większość z nich miała pojęcie o swoje robocie., pozostałych wyrzucić. Odsiałoby to wszystkich karierowiczów, a to oznaczało też większość TW. Niektórym awans utrudniała także głupota czy alkoholizm i byłoby z tym trochę problemów, ale ogólnie znacznie lepszy kadrowo wymiar sprawiedliwości by to wynagrodził całemu społeczeństwu z górka..      

Wieści z lepszej Ameryki- marzec 2014

Wieści z Ameryki
   Co się na świecie dzieje, to się dzieje. Na moim kontynencie generalnie spokój, aż nie ma o czym pisać. Ale jakieś wiadomości się znajda.

 Michele Bachelet wygrała wybory w Chile. Niespecjalnie ktokolwiek miał co do tego wątpliwości, wiec i wynik nikogo nie zdziwił. Jest oczywiście nazywana lewicową i polska prasa bezmyślnie serwuje polskiemu czytelnikowi jakieś skojarzenia z mieszanina poglądów społecznych co radykalniejszej europejskiej lewicy oraz gospodarki w stylu leninowskim. Znaczy nigdy dość przypominania.

W Ameryce łacińskiej określenie lewicowy znaczy mniej - więcej dokładnie to samo co określenie prawicowy w postkomunistycznej części Europy.   Zamiar pozbycia się odpowiednio  rosyjskich lub amerykańskich baz ze swojego terytorium, możliwość prowadzenia niezależnej polityki zagranicznej w oparciu o dobre relacje z sąsiadami, pozbycie się wpływów mocarstwa i zaprzyjaźnionego z nim biznesu w kluczowych dziedzinach gospodarki, zwłaszcza wydobyciu surowców energetycznych. A także, co istotne, namawianie lokalnych biznesmenów do patriotyzmu gospodarczego, tworzenia miejsc pracy i włączania jak największej liczby ludności w gospodarkę towarowo- pieniężna i masową konsumpcję - po prostu ogólna poprawa poziomu życia, koncentrując się na początku na najbardziej upośledzonych warstwach i rozszerzanie klasy średniej.

To jest najbardziej ogólny skrót programu peronistów w Argentynie, Partii Robotniczej z Brazylii, obecnej prezydent Chile czy rządzących w Wenezueli. Z tych krajów Wenezuela ma największe znaczenie strategiczne (przez ropę, oczywiście) i jest relatywnie najsłabszym krajem. Nic dziwnego, że ma największe problemy z Wielkim Bratem. W ten płynny sposób przeszliśmy do ostatniej zadymy w tejże Wenezueli. Cały scenariusz był taki sam jak zwykle, to nawet nudne, dzielna opozycja, wywodząca się jak zwykle ze starej oligarchii (znaczy specjalistów od włażenia w d... każdym z kolei potencjalnym kolonizatorom) staje na czele obywatelskiego sprzeciwu, manifestacje, strajki, itp.

Strajki w najważniejszym przemyśle, czyli naftowym się zasadniczo skończyły po tym, jak Chavez pozwolił spokojnie odejść strajkującej załodze i zastąpił ich świeżymi absolwentami i emerytami. Zadziałało. Teraz główną ostoją opozycji są media, zwłaszcza te największe. Stąd w znakomity sposób świat nie ma pojęcia co tam się naprawdę dzieje, zwłaszcza jeśli doda się do tego regularne automatyczne sortowanie wiadomości na facebooku według algorytmu zgodności z interesami USA.

Widziałem to również w Argentynie, kiedy pod koniec zeszłego roku opozycja pod przywództwem grupy Clarin (koncernu medialnego, którego współwłaścicielem jest Goldman Sachs) organizowała demonstracje pod hasłem obalania rządu. Pojawiły się ciężkawe dowcipy antyrządowe, które polubiło setki tysięcy ludzi, jakieś wiadomości od nieznanych osób, itp. To tak, gdyby ktoś się pytał jak wyglądały te spontanicznie zorganizowane przez ludzi na facebooku rewolucje….

Nowym elementem w Wenezueli byli tajemniczy snajperzy. Co prawda od lat trwa, zwłaszcza w Caracas i okolicach, także podkręca przez media fala przestępczości i strachu wśród zamożniejszych warstw, ale tego jeszcze nie było (więc zasadniczo rosyjskiej propagandzie i Janukowyczowi wierzę, że ze snajperami na Majdanie nie miał nic wspólnego, bo wszystko wygląda wręcz identycznie). Cóż, tradycyjnie wyrzucono paru dyplomatów USA, za nimi powędrował ambasador Panamy i wygląda na to, że pozbawiony realnego poparcia społecznego bunt się wkrótce rozmyje, tak samo jak kilkanaście poprzednich. Co do poparcia społecznego dla lewicowej/prawicowej polityki w Ameryce Łacińskiej - wkrótce także wybory w Brazylii. Znowu nuda, bo poparcie dla prezydenty jest w okolicach 80%, dla Partii Robotniczej trochę mniej, ale i tak większość w parlamencie (po raz pierwszy) jest bardzo prawdopodobna. Jak się rozpocznie kampania wyborcza, to będzie ustawowy zakaz podwyżek dla sfery budżetowej, więc tradycyjnie w Brazylii trwa przedwyborcza fala strajków. Ponoć od miesiąca, jak donosi znajomy, nie działa poczta. Cóż, do Europy takie wiadomości nie docierają.

Są zadziwiające podobieństwa polityki, ale były też różnice.  W Ameryce Łacińskiej Kościół Katolicki zasadniczo zawsze był emanacją oligarchii, która to oligarchia tradycyjnie zastanawiała się komu sprzedać kraj. Stąd, w kompletnej odwrotności do PRL, Kościół raczej nigdy nie cieszył się za dużym szacunkiem zwykłego ludu i stąd tak duża ucieczka od Kościoła, która jest widoczna w całej Ameryce. Jak łatwo się domyślić, władza walcząca z oligarchami i często też przeżartymi agenturą wielkiego brata siłami zbrojnymi niespecjalnie miała dobre stosunki z takim kościołem. Po prostu - wyobraźmy sobie, że towarzysze Gomułka, Gierek i Jaruzel zamiast walczyć z Kościołem, piją sobie z dzióbków z biskupami, oficjalnie się obnoszą z wiarą, a obowiązkowym punktem niedzielnego program TV jest msza św, z udziałem I sekretarza.  Łatwo się domyślić, że bunt solidarnościowy w 1980 w Polsce by nie tylko nie ufał Kościołowi, ale był mu otwarcie przeciwny, tak samo jak partii. I to jest jedyna różnica pomiędzy latynoską lewicą, a wschodnioeuropejską prawicą spod znaku PiS czy Fideszu.    

 Jak z powyższego widać, obecny papież nie tylko nie jest postacią typową dla latynoamerykańskiego kościoła, a wręcz kompletnym zaprzeczeniem mocno ustalonych stereotypów.  Stąd, z chwilą jego wyboru, dość chłodne relacje państwa z Kościołem, nawet w Argentynie się gwałtownie ociepliły. Znaczy relacje kardynała Bergoglio z rządem zapewne nie były takie złe, ale reszta biskupów to inna sprawa. Po wyborze sytuacja się zmieniła o tyle, że władza może oficjalnie przychylić się do wizji Kościoła jaką ma papież, jest im zdecydowanie po drodze. Dlatego właśnie Krystyna (prezydenta, znaczy) wybrała się do Watykanu na śniadanie z okazji rocznicy objęcia urzędu przez Papierza. Skoro już tam jest, to oczywiście spotka się z premierami i prezydentami Włoch i Francji, może jeszcze kimś tam.

Okazja się świetnie nadarzyła, bo MSZ Rosji, Ławrow idiotycznie porównał, będąc w Londynie, zajęcie Krymu do Wojny o Falklandy. Porównanie zupełnie trafne, bo zarówno Rosja, jak tez Wielka Brytania nie ma nawet kawałka legitymistycznego uzasadnienia do tych terytoriów, ale za sobą wolę większości ludności (jak śmiesznie by nie wyglądało referendum na Krymie, jednak jestem skłonny uwierzyć w prorosyjską większość - w końcu spora część rosyjskojęzycznych tam to emeryci i rodziny radzieckich jeszcze  wojskowych i bezpieczników).

Stąd Prezydenta nie mogła przepuścić okazji. Argentyna już wypowiedziała swoje zdanie, przewodnicząc aktualnie Radzie Bezpieczeństwa ONZ zostało szybko zwołane posiedzenie i głosowanie zorganizowane w ciągu godzin od wniosku. To też jest bardzo symptomatyczne. Argentyna nie tylko nie ma żadnych poważnych interesów w rejonie Morza Czarnego, ale także ceni silną Rosję jako przeciwwagę dla wpływów USA (które są tu największym problemem). I co - i nic. Rosyjska dyplomacja okazała się tak nieudolna, że skutecznie zrazili i ustawili we wrogiej pozycji nawet potencjalnych przyjaciół.

Kraje Ameryki Łacińskiej nie muszą mieć w kwestii ukraińskiej zdania, a nawet tutejsze lewicowe rządy mogłyby poprzeć Rosję. I co - i ruscy sami to spieprzyli. Co prawda zdanie Brazylii jeszcze nie jest znane, ale sytuacja jest taka sama. Jest to kwestia nieistotna dla Brazylii, jeśli przez Argentnę zostanie ta sytuacja przedstawiona jako identyczna z kwestią Wysp Południowego Atlantyku, to w ramach solidarności stanowisko Brazylii pewnie będzie takie same.  A przypomnę, że gospodarka Brazylii jest większa zarówno od rosyjskiej jak też od brytyjskiej, a liczba ludności zbliżona do sumy tych dwóch. Powtórzę jeszcze raz, dla wszystkich miłośników i fanów wielkiej Rosji.  Mówimy o kraju, którego gospodarka jest mniejsza niż Brazylii, która to Brazylia regionalnym może, ale żadnym światowym mocarstwem nie jest i takiego nie udaje.
Jak widać nic się nie dzieje. Nudy. Ale patrząc na skuteczność działania argentyńskiego rządu i wykorzystywania najdziwniejszych szans - jak teraz, aby kwestię Malwinów podnieść na forum międzynarodowym poza Południową Ameryką, zaczynam się zastanawiać nie czy, tylko kiedy wyspy przejdą na rzecz Argentyny. Niezbyt szybko, tego jestem pewien, ale ewidentnie Wielka Brytania, ze swoim ciężko nieudolnym rządem jest w defensywie. Pożyjemy zobaczymy, ja też mogę się zdziwić.    
Poza tym, po dewaluacji peso (razem z większością walut emerging markets) nastąpiła fala podwyżek cen i roszczeń płacowych przed doroczną sesją negocjacji związkowych. Na razie nie rozpoczęły się zajęcia w szkołach, choć rok szkolny trwa od tygodnia. Znaczy w skrócie atak inflacji. Na efekty poczekamy, myślę, że wróci do normy rzędu kilkunastu procent.

A na deser ciekawostka. Rozpoczął się proces w sprawie katastrofy kolejowej na dworcu Once. Rodziny ofiar twierdzą, że śledztwo było bardzo szybkie i sprawne, bo trwało zaledwie dwa lata. Przypominam, że w mniej - więcej tym samym czasie nastąpiła katastrofa w Szczekocinach, ale w Polsce bodajże minister ogłosił po dwóch dniach winnych, śledztwo się skończyło w dwa tygodnie i dróżnik na ławie oskarżonych.

W Argentynie się nie znają i zamiast szybko załatwić sprawę, to dwa lata gmerają w jakiś hamulcach pociągu, nagraniach kamer, księgowości firmy i gdzie im jeszcze do głowy przyjdzie. A w efekcie sądy mają kupę roboty, bo oprócz samego maszynisty jeszcze jest 28 innych oskarżonych. Dwóch byłych ministrów transportu (z rządzącej partii!!!), właściciele firmy zarządzającej linią, związkowcy odpowiedzialni za szkolenie maszynisty, i ktoś tam jeszcze. Żeby nie było - w Argentynie to, że jest się oskarżonym nie oznacza, że będzie się skazanym i oczywiście, jak wszędzie, prawdopodobieństwo skazania i wymiar kary spada w miarę posiadanych środków.

 Stan na dziś wygląda tak: niedoświadczony, 25- letni maszynista został przez związki zawodowe dopuszczony do samodzielnej jazdy i prowadził przeładowany skład w godzinach szczytu, z częściowo niesprawnymi hamulcami głównymi i zupełnie nie działającym awaryjnym. Maszynista nie hamował poprawnie na stacji końcowej, wjechał zbyt szybko i uderzył w także niesprawne odbijaki, co łącznie spowodowało śmierć 52 osób.  Ministerstwo transportu jest odpowiedzialne za stan stacji i torów, w tym odbijaków, firma wykonująca przewozy za tabor, maszynista oczywiście za poprawną jazdę, a związki za dopuszczeni do wykonywania zawodu. Wszyscy zawalili, wszyscy są na ławie oskarżonych, choć wydaje się oczywista wina maszynisty i niestety w Polsce na tym śledztwo by się zakończyło i analogicznie w sprawie Szczekocin się zakończyło, choć przynajmniej jeden minister transportu także powinien siedzieć obok, a może zamiast dróżnika.   

Wieści z lepszego końca świata

Znaczy tylko z Argentyny tym razem. Opisywany w poprzedniej notce pożar w magazynie dokumentów nie przeszedł tak sobie. Jeszcze w piątek komisja papierów wartościowych wezwała WSZYSTKIE spółki giełdowe do oświadczenia pod przysięgą w ciągu 24 godzin jakie dokumenty były złożone na przechowanie spółce Iron Mountain. Tak samo prokuratura już starannie przesłuchała pracowników- wiadomo dokładnie co w systemie przeciwpożarowym działało, a co nie. 

Do ostatecznych konkluzji jeszcze oczywiście bardzo daleko, ale już można odrobinę podsumować- jeśli to było świadome podpalenie, a nie wypadek (choć podpalenie wydaje się już teraz zdecydowanie bardziej prawdopodobne), to przypuszczam, że sprawca(y) się na wieść o śmierci strażaków, za przeproszeniem, zesrali. Republika Argentyny może i by nawet odpuściła (albo pewien układzik w prokuraturze, itp.) manipulacje walutowe na olbrzymią skalę i ewentualne niszczenie dokumentów, ale chyba nikt nie może mieć złudzeń, że śledztwo w sprawie śmierci 9 strażaków może być skręcone. Znaczy, śledztwo będzie sprawne i uczciwe, z całą pewnością dowiemy się w wiarygodny sposób przebiegu wypadków. Zdecydowanie lepiej się żyje w państwie, gdzie nawet przy (hipotetycznym) pożarze i niszczeniu dokumentacji przestępcy uważają, aby nie było ofiar śmiertelnych, niż w takim, gdzie i tak wszyscy wszystko maja w dupie- do tego stopnia, że nie są potrzebne żadne pożary. Taaa- w Polsce ci strażacy by nie zginęli, bo by nie było potrzeba żadnego pożaru aby sprawie łeb ukręcić..... Za to kiedy w Londynie płonął magazyn tej samej firmy, przynajmniej nikt nie zginął i nikt nie szukał żadnych sprawców pomimo upartego twierdzenia strażaków, że to było podpalenie.

Druga sprawa- przesłuchanie przed komisją senatu USA kandydata na ambasadora w Buenos Aires. Facet zapłacił 500 tys dolarów, należy mu się jak psu micha,a jeszcze jakieś przesłuchania mu urządzają. Garść dość humorystycznych pytań- np. czy był pan kiedyś w Argentynie? Z odpowiedzią negatywną. Ale też poważne- przynajmniej w rozumieniu zadającej je zakutej pały z Tea Party. Np. sugerujące, że Argentyna gorzej wykonuje zalecenia USA niż Korea Północna, nie przestrzega wyroków amerykańskich sądów, nie płaci długów i wobec tego nie jest krajem demokratycznym (to wszystko jakby ktoś się pytał o definicję demokracji według Tea Party). Premier Argentyny chyba nie zdążył wysłać protestu do Departamentu Stanu USA, bo po samym oburzeniu na konferencji prasowej szefa rządu Argentyny, Departament Stanu oświadczył, że to absolutnie nie jest stanowisko USA, a jedynie prywatna opinia senatora. Jasne, łatwo poszło z senatorem z opozycji spod znaku zakutego łba, ale... Zapewne taką szybkość reakcji załatwił np. telefon z JP Morgan czy Citibank mających drobne problemy w związku ze śledztwem w sprawie manipulacji kursem peso. Tylko to pokazuje, jak zupełnie inaczej w świecie jest postrzegane państwo, które chce i umie bronić swoich interesów- pomimo tego, że precyzyjnie rzecz biorąc, zarzuty senatora były raczej prawdziwe...

Jedziemy dalej- mamy niezwykłą okazje testowania teorii mówiącej, że za inflację odpowiedzialni są głównie uczestnicy rynku posiadający monopolistyczny bądź znaczny na niego wpływ i arbitralnie w porozumieniu, podwyższający ceny w uzgodnionym tempie. A dokładniej- wydaje się, że społeczeństwo się samo zajęło kwestią inflacji. W porozumieniu z rządem, a jakże, ale w ramach społeczeństwa obywatelskiego a nie biernym podporządkowaniu się. Pierwszą informacją medialna jaką widziałem to było o jakimś drobnym sklepikarzu, który wywiesił kartkę do klientów: nie kupujcie produktów P&G, bo oni właśnie podwyższyli ceny o 40%, proszę o kupowanie produktów altenatywnych – alternatywą są mniejsze argentyńskie firmy, a klienci się ponoć chętnie podporządkowali temu apelowi- tudzież się w mediach pojawił. Przedwczoraj także Stowarzyszenie Właścicieli Chińskich Supermarketów (a może Stowarzyszenie Chińczyków- Właścicieli Supermarketów) ogłosiło bojkot chłodni (rzeźni i hurtowni mięsa) które podwyższyły ceny w tym roku, bo oczywiście hodowcy żadnej podwyżki nie zobaczyli. Szybko zadziałało- hurtowe ceny mięsa już spadają. O bojkotach organizowanych przez organizacje konsumentów nawet nie warto wspominać- są oczywiste.

Moim zdaniem, spora część tych relatywnie nowych zjawisk tutaj ma wspólne wyjaśnienie- sądowe potwierdzenie konstytucyjności przepisów nakazujących rozbicie grupy Clarin. Dla drobnego przypomnienia- grupa Clarin właściciel ponad połowy mediów w Argentynie, której współwłaścicielem jest Goldman Sachs, specjalizuje się w wymyślaniu wiadomości, które następnie są powtarzane przez pozostałe media GS i innych takich, więc lądują jako fakty prasowe na ważnych biurkach dookoła świata. Tak właśnie powstaje kompletnie zmyślony obraz Argentyny w oczach świata- w tym senatora z komisji senatu USA.
Otóż po wyroku, pozostałe media argentyńskie, pozostałe znaczy poza rządowymi i grupa Clarin, zaczęły słuchać informacji z rządowych źródeł (IMO wiarygodnych bez problemów) i komentować je zgodnie z linią redakcyjną (czyli często krytycznie) ale już nie przedrukowywać bezkrytycznie zmyślone wiadomości. Ta sytuacja jest bardzo podobna do polskiej po aferze Rywina. Wyborcza była i jest nadal poważną częścią rynku medialnego, pełną forsy i czasem nawet dobrych dziennikarzy, ale straciła pozycję wyroczni. Nawet w relatywnie zaprzyjaźnionych redakcjach teksty są weryfikowane.

Dziś przy podziale na salon i antysalon to już nie ma tak dużego znaczenia i z pozycji anty ciężko zauważyć różnicę, ale ona jest. W Argentynie monopol medialny był (i jeszcze jest) jeszcze bardziej dokuczliwy niż w Polsce. Nie było żadnego podziału na GW, Polsat i TVN, tylko wszystko należy do jednej firmy. Każda mniejsza się tej dominacji podporządkowywała. Od wyroku to się właśnie zmieniło- mniejsi starają się uczciwie sami pokazywać rzeczywistość, monopol narracji padł, rząd może przekazać obywatelom informacje, które są nie po myśli Goldman Sachsa. To jest nowa jakość.  

Upał

Zasadniczo, ze względu na szerokość geograficzną i ukształtowanie terenu fala upałów tutaj nie powinna nikogo szczególnie dziwić. Ale sytuacja jest raczej ekstremalna. Od już tygodnia napływa gorące powietrze z północy, niebo przez większość czasu bezchmurne i temperatury już dawno przestały być zabawne. Nominalne dochodzą do 38, odczuwalne do 46. Życie zaczyna być bardzo zabawne. Generalnie gotowanie posiłków to igranie z życiem, a nawet gotowanie wody lepiej rozplanować na godziny poranne i wieczorne. Zresztą wody z kranu się używa wyłącznie zimnej, która i tak ma ok 40 st. Ale to są drobiazgi- ja jakoś przeżyję. Znacznie zabawniejsze jest to wszystko na skalę infrastruktury i społeczeństwa.
Infrastruktura się wali. Po prostu. Jak produkcja prądu ponoć jest wystarczająca, tak sieci przesyłowe nie wytrzymują. W czasach neoliberalnych sieci dystrybucyjne zostały sprywatyzowane, a oczywiście zarządzające nimi firmy nie miały najmniejszego zamiaru dostosować sieci do rosnącego zużycia, a tym bardziej do ekstremalnych temperatur. Oczywiście zyski mają większe niż pod państwowym zarządem- np. dlatego, że techników od napraw jest dwukrotnie mniej. I bynajmniej nie pracują oni dwukrotnie szybciej- po prostu wszystkie oszczędności prywatnej infrastruktury są kosztem niezawodności, czasu napraw, itp. To tak do zwolenników sprzedaży infrastruktury w Polsce. To się skończy katastrofą, bo musi, bo taka jest logika działania rynku- infrastruktura pod prywatnym zarządem musi działać coraz gorzej, bo to jest najbardziej opłacalne. Za to jak samemu jest się tym zarządcą- to jest raj. Trzeba tylko sprawnie transferować kasę w miejsce, gdzie nie zostanie zajęta, jak zaczną się kumulować kary za niewykonanie kontraktu. Jak już wszystko zacznie się sypać, wtedy oczywiście firma sama sprzedaje koncesję, lub jest w końcu wyrzucana. Dla podatników taka prywatyzacja zawsze wychodzi drożej. Cóż- niedługo to czeka Argentynę, a zwłaszcza Buenos Aires. Już się rozpoczęła przepychanka. Jeszcze przed świętami, kiedy dopiero się rozpoczynały odcięcia prądu, premier poprosił na spotkanie przedstawicieli Edesur i Edenor (dwóch firm zarządzających częściami sieci w Gran Buenos Aires) i na marudzenie, że nie mogą zapewnić sprawności sieci, bo mają za niskie stawki sprzedaży, usłyszeli, że jak nie mogą zapewnić sprawności sieci, to powinni to zgłosić wcześniej i znajdzie się rozwiązanie (w celu zapewnienia sprawności sieci oczywiście- czytaj koniec koncesji). Następnego dnia na ulicach się pojawiło sporo (ja widziałem sam kilka) generatorów na naczepach- które dostarczają lokalnie prąd mniej obciążając sieci dystrybucyjne. Sieć i tak pada, wkurzeni mieszkańcy czasem blokują jakieś ulice, itd. I tak jedynym sensownym rozwiązaniem jest nacjonalizacja, która w końcu nastąpi. Szacowna prywatna inicjatywa już sobie nagrabiła sporo grzywien za takie samo zawalanie się sieci w czasie zimowego szczytu mocy w lipcu, dorobią się trochę więcej za obecny i grzywny się potrąci z wartością koncesji i za kasę użytkowników oprócz normalnego serwisu jeszcze nadrabianie zaległości z kilkunastu lat. A tymczasem pali się drogą ropę, zamiast prądu z elektrowni wodnych i względnie taniego gazu.
Tak czy inaczej, co do zasady prywatny zarząd infrastruktury MUSI działać gorzej niż państwowy. Państwowy może działać źle, jeśli państwo jest słabe i źle zorganizowane- ale w takim wypadku banksterka dopiero da popalić...
Trochę inny aspekt- klimatyzacja to jest trochę problem wspólnego pastwiska. Klima w mieszkaniu dodaje nieco możliwości przeżycia, ale- jeśli wszyscy dookoła ją uruchomia- to samemu tez trzeba, bo na zewnątrz temperatura i wilgotność rośnie z poziomu nieprzyjenego do niestrawnego. Tak, jak w mojej dzielnicy, właściwie całej, padła sieć- nagle się zrobiło całkiem znośnie, kiedy żadna klima nie działała.
A jeszcze zabawniej- temperatura zniszczyła kawałek drogi. Tu zdjęcie

To po prostu skutek rozszerzalności cieplnej- co przepięknie pokazuje, że jednak ta pogoda nie mieściła się w dotychczasowych normach. Są to po prostu skutki zmian klimatycznych- infrastruktura będzie się sypać w przyspieszonym tempie, a koszty jej utrzymania rosnąć gwałtownie. 
Ale tez trwa dostosowywanie się- trend wyznacza tym razem prezydent Urugwaju, który na konferencję i ogłoszenie nominacji nowego ministra ekonomii przyszedł w krótkich spodniach i sandałach.