Pokazywanie postów oznaczonych etykietą własność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą własność. Pokaż wszystkie posty

Tanie mieszkania na wynajem w Warszawie i całej Polsce.... Jakie to piękne.

Wyczytałem sobie, że Bank Gospodarstwa Krajowego ma zająć się wynajmowaniem mieszkań. Nawet o 20-30 % taniej niż cena rynkowa. Zasadniczo, taki pomysł nawet ma ręce i nogi. Oczywiście, gdyby był zrobiony z sensem- znaczy BGK na gruncie który akurat posiada (a bank zwykle trochę ma z windykacji) zatrudnia generalnego wykonawcę i przez spółkę celową zajmuje się budową i następnym wynajmem. Znikają koszty transakcyjne pozbycia się nieruchomości, inwestycja może nawet przynosić uczciwy zysk, itp.
Ale- zejdźmy na ziemię- w banksterskim folwarku rządzonym przez pajaca nic co ma ręce i nogi tak łatwo się nie zdarzy. Ale za to jest parę interesów do zrobienia. Po pierwsze BGK jest realna przeszkodą do trwałej kolonizacji Polski. Jest jednym z ostatnich banków, gdzie w razie przyzwoitego rządu wystarczy wymienić władze i jest pewien instrument finansowania krajowej gospodarki- i rząd to może zrobić. Poza tym- dzwonkiem ostrzegawczym jest tu cena rynkowa. Przecież w Polsce nie ma głębokiego rynku wynajmu. Nie ma firm masowo się tym zajmujących, nie ma przyzwoitych regulacji, itp. Więc co? 20-30 % mniej niż na nieistniejącym rynku? Toż to ciężka ściema.
Więc jedna strona jest jasna- program ma na celu zaszkodzenie BGK, czyli musi być bez sensu ekonomicznego. Ale- racjonalnie myśląc i mając odrobinę pojęcia o biznesie – ktoś jeszcze musi na tym zarobić. Z punktu widzenia drobnych i średnich biznesików- dużo zarobić. Dla wyjaśnienia- przy większych interesach marża 100% to taka, która zaczyna być interesująca. Jeśli ktoś zarabia znacząco mniej, to zwykle znaczy, że bierze forsę także z drugiej strony. I w ten sposób dochodzimy do deweloperów. Koszt budowy m2 mieszkania wynosi teraz ok 3300-3900 zł w Warszawie i jakieś 20-30% mniej w innych miastach. Do tego należy doliczyć cenę gruntu- dla Warszawy 500 do nawet 1500 zł za m2 powierzchni mieszkalnej (albo mieszkaniopodobnej...). Cała reszta, to poza wynagrodzeniami, relatywnie najsolidniejszymi prawników, ale tez w przeliczeniu na m2 deweloperki- pomijalnymi, to jest zysk dewelopera. I jak nie mam nic przeciwko zyskom (sam je lubię...) tak w skali całego rynku marże tego poziomu muszą prowadzić do patologii i oczywiście się tak dzieje. Nagonka medialna na zaciąganie kredytów na wspomaganie deweloperów (tzw. zakup mieszkania), zero nawet odrobinę sceptycznych głosów w maistreamie, itp. Mamy więc klikę deweloperów, osiągających praktycznie bez pracy i inwestycji horrendalne zyski. To musi przekładać się na władze polityczną, przynajmniej przy pewnym poziomie. Choć- dziś już nie jest tak różowo- ceny może trochę realnie spadają, na pewno nie rosną, koszty budowy i tak rosną- kto rozsądnie podszedł do tematu- czyli albo ograniczył skalę działania i obniża ceny (to mniej rozsądne) albo zalewarował się bardziej, wyciąga kasę z wydzielonej spółki na Cypr i ewentualnie lobbuje (to bardziej rozsądne podejście) ten jakoś działa. Jako, że deweloperzy nie są głupi- co do zasady, większość słusznie liczy. Liczy na rozwiązanie ustawowe i liczy kasę na Cyprze (i w okolicach).
Czas wrócić do BGK. Będę prorokiem- początek roku, wszyscy są :). BGK kupi od deweloperów, po cenach ofertowych mieszkania. Nawet da się rozsądnie uzasadnić, że kupi całe bloki, co nieśmiało sugeruje, że lokalizacje w których nie sprzedano ani jednego mieszkania w bloku są.... yyyy trzeciej kategorii?
Przy okazji- cały ten cyrk to nie takie dymienie bez sensu. Z początkiem tego roku w fazę upadłości układowej (teraz to się chyba nazywa restrukturyzacyjnej?) weszła spółka Gant. Oni lewar opanowali do perfekcji, ale ponoć miasto opowiada, że następny w kolejności może być Polnord. I jakoś po tych opowieściach przypomniało mi się, że kiedyś widziałem umowę spółki Polnord (i paru innych w holdingu też), sporo jeszcze przed przekształceniem w S.A. a tym bardziej ofertą publiczną. I jakoś mi się wydaje, że lista wspólników bardzo przypominała listę ważnych polityków Trójmiasta, choć zupełnie nie mogę sobie przypomnieć nazwisk.
Więc spokojnie należy poczekać i popatrzeć – kasa z BGK czy upadłość Polnordu? Stawiam na to pierwsze- oczywiście pewną alternatywą może być nagła upadłość rządu, bo przy obecny powolnym rozkładzie raczej oligarchia ma przewagę nad państwową własnością. To ostatnie spostrzeżenie zresztą jest istotne- efektywność zarządzania państwowym majątkiem jest po prostu zależna od siły oligarchii na nim pasożytującej- jeśli rząd jest silny a oligarchowie są zmuszeni funkcjonować na rynku- okazuje się zwykle, że państwowa własność jest całkiem efektywna i przynosi nie tylko przyzwoite efekty finansowe, ale często znakomite społeczne.
P.S.
W związku z męczącą i bez sensu dyskusją pod przedostatnim wpisem oraz oraz merytoryczną zawartością obecnego- pod tym wpisem komentarze o ogólnym zabarwieniu w stylu tępego neoliberalizmu wylatują. Bez ostrzeżenia.

Zmiana paradygmatu ekonomii


Jak wiadomo długotrwałym czytelnikom bloga, w trakcie jego pisania nieco zmieniłem poglądy gospodarcze. Bezpośrednim powodem tego było zapoznanie się z obecnym systemem gospodarczym Argentyny (a raczej prowadzoną polityką) i wielce odkrywcze spostrzeżenie, że to działa. Tak jak nadal uważam, że maksymalne zwiększanie wolności gospodarczej jest korzystne dla społeczeństwa jako ogółu, tak też za najistotniejsze ograniczenie dla tejże wolności zacząłem postrzegać nie działalność rządów, ale międzynarodowych korporacji, ustalających własne reguły gry i niszczących, często w bezwzględny i nieetyczny sposób lokalne gospodarki. O czym sam nie miałem pojęcia wcześniej- w Ameryce Łacińskiej i Brazylii powstała właściwie nowa szkoła ekonomii, kompletnie nie znana w anglojęzycznym świecie, oczywiście w Polsce też. Nie podawałem dotychczas żadnych źródeł- z prostego powodu- wszystkie które znałem, były po hiszpańsku, ewentualnie portugalsku. Na szczęście, jeden z wybitniejszych przedstawicieli tejże szkoły ekonomii jest z pochodzenia Polakiem i trochę pisał po polsku, co tez jest dostępne na jego stronie. Na początek mogę polecić wywiad dla GW, a potem zdecydowanie polecam zapoznanie się z całością prac. Po przeczytaniu całości przez niektórych mam nadzieję się pożegnać z korwinowskimi bzdetami w komentarzach.
Tu całość, dostępna na licencji copyleft.    

Odlot sądowy


Właśnie się przez argentyńskie (co oczywiste i na pierwszych stronach) oraz światowe (to mniej) media przetoczyła fala informacji o wyroku w sprawie NML Capital Ltd. przeciwko Republice Argentyny. Najpierw informacje w skrócie- wyrok zapadł przez sądem odwoławczym dla Manhattanu. W treści wyroku jest zobowiązanie do przekazania środków zleconych do zapłaty przez Republikę Argentyny dla tegoż sępiego funduszu. I ciekawy jest zestaw podmiotów zobowiązanych do tegoż przekazania- czyli właściwie miejsc gdzie sępy mogą zwinąć kasę- otóż jest to wprost wskazana lista przykładowych (ale nie wyłączna) „agentów działających na zlecenie Republiki Argentyny”, którą otwiera bank obsługujący spłatę obligacji (znaczy tych spłacanych, zrestrukturyzowanych)- to jeszcze względnie można zrozumieć, ale dalej to jest po prostu kompletny odlot. Sąd także przyznał powodom prawo do zajęcia środków u firmy w której są zdeponowane obligacje oraz od ….systemu clearingowego.
To jest wyrok sądu odwoławczego i w trakcie już postępowania odwoławczego wnioski o kompletne lub częściowe uchylenie wyroku (czyli po stronie Argentyny) składali nie tylko zrestrukturyzowani wierzyciele, ale także właśnie bank Mellon of New York (rozliczający spłatę obligacji) oraz tenże operator systemu clearingowego, czyli FED. Ta ostatnia dwójka argumentowała, że wyrok w takim kształcie może doprowadzić do rozwalenia całego systemu bankowego. I czytając tą argumentację- ewidentnie FED ma rację. Co więcej- na mocy tego wyroku będzie zobowiązany do szczegółowej identyfikacji każdego przelewu, aby sprawdzić czy przypadkiem oryginalnym wysyłającym nie jest Republika Argentyny. Kolejny odlot- bo to oczywiście wymaga zmiany CAŁEGO systemu dokonywania transakcji bankowych.
Proste- tak naprawdę, jeśli uznać to za precedens, oznacza to, że jeśli dany podmiot nie wykona jakiegoś wyroku- to wyrok ten ma wykonać każdy inny podmiot przez który kiedykolwiek będą przechodzić pieniądze dłużnika, niezależnie czy sobie z tego zdaje sprawę, czy nie. Czysty odlot. Inaczej tego nie można nazwać.
W tym konkretnym wypadku, oznacza to, że jeśli Argentyna nie zapłaci NML Capital, za to dokona jakiegokolwiek przelewu przechodzącego przez USA- to ma to zapłacić FED. Ponadto, ze tego cudnego wyroku wynika, że właściwie żadna restrukturyzacja obligacji- nie tylko państwowych, nie jest możliwa, bo tak czy inaczej wierzycieli należy spłacić w 100%.
Po tej drobnej analizie konsekwencji- widać kto tak naprawdę ten proces przegrał- wiarygodność amerykańskiego systemu prawnego i bankowego. To, czy Argentyna zapłaci te 1 mld 300 mln dolarów, czy nie, ma znaczenie dla rządu i kraju wyłącznie ambicjonalne- bo i tak grudniowa rata obligacji to jest prawie 3,5 mld, kasa spokojnie jest i nikt tego specjalnie nie zauważy.
Inna sprawa, że „rynki” obstawiają, że jeśli rząd Argentyny ma zapłacić zarówno zrestrukturyzowanym, jak też „sępom”, to nie zapłaci nikomu. Jakikolwiek rating, czy cokolwiek dla zaciągania długów rząd ma generalnie głęboko gdzieś, bo obligi są spłacane, a nie rolowane i nowych długów się nie zaciąga. Zresztą- po przeczytaniu wyroku zacząłem mieć pewne podejrzenia,że tutejszy rząd, który jak najbardziej jest bezczelny i cyniczny, świadomie sprowokował taki wyrok. Otóż- przy takiej sprawie oczywistym jest, że przestudiowano dokładnie zwyczaje i styl orzekania sędziego, a niecały miesiąc temu zarówno minister ekonomii, jak też jeszcze to powtórzyła Prezydenta, zapowiedzieli, że „sępom” nie mają najmniejszego zamiaru zapłacić nawet dolara- te właśnie wypowiedzi stały się główną treścią uzasadnienia wyroku. Zresztą już po wyroku, minister spraw zagranicznych, oprócz oczywiście oburzenia na tenże amerykański sąd i naruszenie suwerenności Argentyny, generalnie sobie robił żarty z wyroku.
Tak, czy inaczej największym przegranym w tej sprawie jest amerykański system bankowy oraz kraje stojące obecnie przed perspektywą restrukturyzacji- czyli przede wszystkim PIGS. A zrestrukturyzowane obligacje? Cóż- to też jest pewna kwestia ambicjonalna i rząd po prostu chce je spłacać. Oczywiście można to zrobić np. tak, że te pieniądze zostaną przelane na otwarte dla każdego wierzyciela z osobna rachunki bankowe w Argentynie.
Wtedy dopiero się zacznie jazda- jak wierzyciele sami będą przesyłać te pieniądze do USA- bo tenże wyrok może być także zinterpretowany jako umożliwiający zajęcie wewnątrz amerykańskiego systemu bankowego właśnie takiej kasy- z która zupełnie oczywiście Republika Argentyny nie będzie miała już kompletnie nic wspólnego. Oczywiście taka kasa by była zajmowana w kompletnie przypadkowy sposób (na co akurat trafią wierzyciele)- czyli znów po prostu upoważnienie do zajumania 1,3 mld dolarów z systemu bankowego w przypadkowy sposób. Rewelka!!!- po prostu miliard z hakiem przelewów nie dotrze. Co w sumie nieco potwierdza tezę, że ten wyrok w Różowym Domu opito szampanem, bo jak wiadomo, obecny rząd Argentyny nie pała miłością do USA, a do banksterów w szczególności- a relatywnie tanie i solidne zdestabilizowanie przeciwnika jego własną bronią- to całkiem dobry wyczyn.
Tak czy inaczej, wszystkie konsekwencje tego wyroku są nawet niemożliwe do wyobrażenia sobie. Wyrok jest prawomocny i wykonalny, więc- jest zabawnie. Teoretycznie przysługuje jeszcze zaskarżenie do Sądu Najwyższego USA, ale dla praktycznych konsekwencji nie ma to żadnego znaczenia- zanim SN rozpatrzy sprawę, wszystkie szkody już się staną- chyba, że bardzo szybko (w ciągu najwyżej 2 tyg) wykonalność zostanie zawieszona.
A tymczasem ja w piękny sobotni wieczór mogę się oddać degustacji najlepszego rumu na świecie, czyli Havana Club, podczas gdy mieszkańcy USA są skazani przez swoje władze i sądy na jego tandetną podróbkę produkowaną przez Bacardi. Otóż kubański rząd, co nie jest powszechnie znane- dość konsekwentnie broni w sądach swoich marek i znaków towarowych. Taki proces się odbył też w USA, który akurat został przez Kubę przegrany- ponieważ „nie wykonuje swoich praw właściciela znaku towarowego”. To, że kubańskich produktów w USA nie ma przez embargo nałożone przez rząd USA, podczas gdy są w 100 innych krajach to oczywiście sądu nie obchodziło i Bacardi sprzedaje za ciężka forsę tandetny syf (choć przemycane cygara można spokojnie kupić). Zresztą kubańskie wyroby generalnie polecam- nie tylko cygara i rum, także kawę- jak wszystkie kubańskie wyroby droga jak cholera, ale warta każdej złotówki.
A jak ktoś zainteresowany- skany wyroku i pism procesowych można sobie ściągnąć tu.

Nie znasz nikogo- jesteś w grobie jedną nogą

Widzę z komentarzy i prywatnych odpowiedzi, że moje posty o Argentynie pisane stąd zalatują hurraoptymizmem i brzmią prawie jak naganianie do przybycia do tego kraju.
Więc, zanim ktoś sprzeda wszystko, pożegna się ze znajomymi i kupi bilet :), niech lepiej przeczyta uważnie. Po pierwsze, to są moje prywatne odczucia. Zawsze czułem się lepiej w krajach południowej Europy i w tej kulturze, niż gdziekolwiek indziej, jak też zwyczajnie- nie znoszę polskiej zimy, braku słońca i szarości do takiego stopnia, że czasem w zimie potrzebowałem w Polsce wybrać się na solarium dla zwyczajnego zachowania zdrowia i nie popadnięcia w depresję. I naprawdę nie myślcie „ja też nie lubię szarej jesieni”, bo ja zwyczajnie lepiej się czuję pod palącym słońcem w 40 st upale niż w 20, czy 25 stopniach. Tak, wiem, że pisanie tego dla czytelników w Polsce na początku grudnia zakrawa na sadyzm, ale cóż....
Dalej- kompletnie mi nie przeszkadza niesłowność i ściemniactwo Argentyńczyków. Po prostu tu nie należy planować na styk, ale akurat ja tego nie lubię i w Polsce też raczej nie robiłem. Wolałem zawsze mieć rezerwę czasową i nawet z klientami porozmawiać o rodzinie, czy ogólniejszych sprawach. Więc znów- tu czuję się lepiej- bo właśnie tak się postępuje i wszyscy tego oczekują.
Ale to są drobiazgi- najważniejsza rzecz- załatwianie wszystkiego (a przynajmniej bardziej skomplikowanych rzeczy) opiera się mniej lub bardziej na znajomościach. Jeśli potrafi się je zawierać, utrzymywać i przekonać do siebie innych ludzi- nie jest źle. Choć zawsze trzeba zacząć od kogoś, kto cię poleci i wprowadzi w towarzystwo. Jeśli nie znasz nikogo- jesteś w grobie jedną nogą. Nie zrobisz w tym kraju dokładnie nic. Znaczy nie aż tak- możesz pracować dla korporacji, jeśli znajdziesz pracę przez rekrutera za granicą....
Wbrew pozorom ten system działa. Nikt nigdzie nie poleci osoby, co do której zachowania ma wątpliwości. Jeśli masz problem, wspomnisz znajomym- rozwiązanie się z czasem znajdzie. Ale jeśli się naciska, spieszy i próbuje zrobić „na siłę”- można zrazić znajomych- a wtedy- patrz na tytuł.
Podsumowując ten kawałek- jeśli jesteś osoba punktualną, słowną, oczekujesz tego od innych i brak ci cierpliwości- zwyczajnie tu zginiesz. Z dużą szansą na zawał, co w tutejszym wyluzowanym społeczeństwie będzie medialnym newsem- tak na pocieszenie....
Dalej idąc- zamiłowanie do ściemniania- do tego niestety ja też się musiałem po prostu przyzwyczaić i uznać za część inwentarza. Argentyńczyk powie co myśli i dotrzyma słowa, tylko wtedy jeśli przez przypadek jest to dla niego korzystne. Trzeba to po prostu brać pod uwagę, dotrzymywanie umów nie leży w tutejszym zwyczaju, a potem z włosko-hiszpańskim wdziękiem pytają się w czym problem. Drobny przykład- wsiadam do taksówki, widać mnie jako turystę z daleka, zresztą rozmawiam z kolegą po polsku- taksówkarz rusza i wiezie nas w dokładnie odwrotną stronę niż podany adres- na pytanie gdzie jedzie odpowiedział: „aaa, pomyliło mi się” i nagle mu się przypomniało gdzie jest podana przeze mnie ulica.
Kolejna rzecz- w Buenos relatywnie sporo osób mówi po angielsku. Co prawda dla imigranta to żadne pocieszenie- są to głównie osoby związane z biznesem turystycznym, tu możliwości pracy i biznesu nie jest wiele- bo konkurencja imigrantów z UK i USA jest spora. Bez hiszpańskiego prawie nic się nie da zrobić (zresztą mówiąc „czystym” hiszpańskim też nie tak wiele- tutejsza odmiana hiszpańskiego się różni od mówionego w Madrycie- choć są wzajemnie zrozumiałe- ale słychać, że się nie jest stąd).
Z lepszych wiadomości- to jest, podobnie jak w USA, społeczeństwo imigrantów, więc relatywnie łatwo w nie wejść i być ocenianym przez to jakim się jest człowiekiem, a nie przez pryzmat faktu, że się skądś przyjechało. Należy też pamiętać o tutejszej dumie narodowej- znów- dla mnie jest to łatwe. Autentycznie doceniam ten kraj, jego osiągnięcia i sposób działania. Nawet- też zupełnie autentycznie, popieram politykę rządu (zresztą kilka dni temu miałem gorąca dyskusję z antyrządowym Argentyńczykiem, upierając się, że polityka ograniczania obrotu dolarowego w kraju jest w rzeczywistości przykładem światłego myślenia o przyszłości, choć wkurza większość zwykłych ludzi).
Kolejny drobiazg- to co lubię- wolność, ale trzeba ją rozumieć. Tu nie interesujesz państwa, państwo się tobą nie interesuje i w większości miejsc biurokracja wygląda na sporą, ale zwyczajnie nie działa. Potrzeba jakichś pozwoleń na prowadzenie biznesu- można bez, tylko trzeba wiedzieć co można, a co nie. Jest to stos niepisanych reguł- jeśli się zrozumie sposób myślenia i działania tutejszych- jest naprawdę łatwo- jeśli nie- cóż, wracamy do tytułu tego postu.... Znów- ja to w miarę chwytam i zdecydowanie bardziej rozumiem niż polski burdel.
I to by było na tyle- przyjemności życia, południowego i latynoskiego braku pośpiechu nic nie zastąpi, ja lubię przedkładanie relacji z ludźmi, doskonałej jakości jedzenie i świetne wina nad jakiś wyścig szczurów, a zresztą pieniądze i tak jakoś same tu przychodzą. Tylko jeszcze raz- przeczytaj uważnie i najczęściej dojdziesz do wniosku, że się tu nie nadajesz.

Administracja państwowa- rozkład

Brak kolejnych artykułów absolutnie nie wynika z braku tematów- a raczej czegoś dokładnie przeciwnego. Dzieje się tyle pozornie absurdalnych, a w istocie niepokojących rzeczy, że w tym tygodni zacząłem pisać opracowywać kolejne 4 artykuły i je (mam nadzieję tymczasowo) odłożyłem, bo dzieją się wydarzenia przebijające te poprzednie.
Więc, zanim usłyszałem dziś wieczorem kolejną szokującą informację- opiszę sprawę z popołudnia. Relatywnie małą- ale coś trzeba zacząć robić po kolei.
Otóż- wczoraj Radek Sikorski przedstawił z wielką pompą film promujący Polskę w ramach prezydencji w UE, czy czegoś takiego. Nieistotne- ważne jest to, że w filmie wykorzystano wizerunki kilkunastu gwiazd Holywood. Producent tłumaczy się, że miał zgodę na wykorzystanie ich wizerunku- ale z całą pewnością nie do celów komercyjnych. Awantura dopiero wybuchła i nie wiadomo jak się skończy- ale z pewnej obserwacji zwyczajów panujących w RP mogę nieco zgadywać.
Na początek zastrzegam- nie znam urzędników MSZ, ani zwyczajów tam panujących, choć znam w pewnym stopniu sposób funkcjonowania administracji RP, w tym centralnej.
Więc- kiedy wiedza o bezprawnym (dość ewidentnie) wykorzystaniu wizerunków gwiazd dojdzie do ich agentów- zapewne skontaktują się mailowo z producentami filmu lub polskim MSZ. Producenci spróbują umyć ręce- jeśli im się nie uda to sprawa zostanie załatwiona normalnie, znaczy ugodą, polscy producenci coś zapłacą i zaprzestaną rozpowszechniania. Ale załóżmy, że taki kontakt będzie nawiązany z MSZ (lub jakąkolwiek inną jednostką administracji w Polsce...). Zakładając oczywiście, że ktokolwiek się dogada po angielsku- co w polskim ministerstwie (nawet w MSZ!!!) nie jest rzeczą oczywistą... Więc agent któregoś ze Znanych napisze czy zadzwoni- i co? I nic. W najlepszym osobistym interesie urzędnika zajmującego się sprawą jest kompletnie ją olać. Ewentualnie, jeśli ktoś będzie niedoświadczony w gierkach urzędowych lub zmuszony do tego okolicznościami- sporządzi stosowną notatkę i przekaże ją radcy prawnemu w urzędzie. Urzędnik ma potwierdzenie, a radca prawny sporządzi opinię- oczywiście nie za szybko. Zajmie to co najmniej miesiąc lub dwa, w międzyczasie wszyscy o sprawie zapomną. W razie kompletnej i nieuzasadnionej nadgorliwości- radca przygotuje opinię z której kompletnie nic nie będzie wynikać i sprawa wewnątrz urzędu umrze. Być może agent z USA będzie naciskać. Zapewne w takim wypadku nie usłyszy żadnej odpowiedzi.
Dalej- oczywiście agent będzie naciskać i domagać się wynagrodzenia (na tym w końcu polega jego praca- a w dzisiejszych, kryzysowych czasach...), więc w miarę szybko się zorientuje, że tak się nie da. I bardzo szybko skontaktuje się z kancelarią prawną, która ma oddział w Polsce- oznacza to zazwyczaj duże, amerykańskie kancelarie, o znanych światowych markach i działające w sformalizowanie profesjonalny sposób. Dość szybko trafi do polskiego rządu wezwanie do zapłaty. To będzie oczywiście moment w którym należy coś zrobić- ale oczywiście nie zapłacić, tylko wynająć dużą profesjonalną kancelarię dla uzyskania opinii prawnej czy roszczenie jest zasadnie. W najlepszym interesie poważnej i profesjonalnej kancelarii będzie sporządzenie opinii nie wskazującej jednoznacznie żadnego wyniku potencjalnego sporu, a wskazującej na potencjalnie różne możliwości rozstrzygnięcia. Bynajmniej nie w celu jakiekolwiek korupcji, czy czegoś podobnego- po prostu, aby zamawiający wiceminister czy podsekretarz stanu miał swobodę polityczną. I dalej w ramach tej swobody w jego najlepszym interesie jest zamiecenie sprawy pod dywan- a najlepiej zostawienie jej na czas po wyborach. Niech problem ma kto inny. Agent oczywiście będzie naciskał na załatwienie sprawy, więc wkrótce zostanie wytoczony pozew. To będzie sprawa medialna, więc oczywiście rząd nie zawrze ugody.... I tak- skończy się procesem. Pół biedy, jeśli w Polsce- bo to będą relatywnie niewielkie pieniądze. Powiedzmy kilkadziesiąt milionów za wszystkich. Jeśli powodom uda się przekonać amerykański sąd, że w tym wypadku nie ma zastosowania immunitet jurysdykcyjny (co w sądach USA jest możliwe) to będą to sporo większe pieniądze....
Przyznam, że znając ten mechanizm rzygać mi się chce jak na to patrzę. Jakiekolwiek mam nastawienie do obecnego systemu ochrony praw autorskich- to nie podoba mi się systemowa nieudolność administracji do rozwiązania prostych problemów i biurokratyczna eskalacja szkód- zarówno finansowych jak też przecież prestiżowych. A potem znów będzie płacz, że Holywood nie lubi Polski i Polaków.....

Własność ziemi aka szkodliwość państwa cz.1

Ziemia zawsze była i za jakiś (dłuższy) czas znów będzie najważniejszym zasobem, który może być dostępny konkretnemu indywidualnemu człowiekowi. Ale to nie jest koniec tematu.
Na przykładzie trzech zupełnie różnych krajów- można akurat pokazać do czego prowadzi brak pewności własności i dobrych praw- a jednocześnie wręcz brak związku tego z istnieniem lub nie państwa. Tu jest pierwszy:
Haiti. Przerażająca i ponura perspektywa dla ludzkości. Dla haitańczyków w najbliższych latach jeszcze gorsza. Dzika, głupia i skorumpowana do cna dyktatura zniszczyła pewność posiadania ziemi. Kraj jest w całości na granicy kompletnej katastrofy w wersji Mad Max i chyba nie ma możliwości jej uniknięcia. Formalnie aparat państwowy istniał prawie zawsze i chyba jedynym jego „osiągnięciem” w ostatnich kilkudziesięciu latach było niedopuszczenie do powstania jakikolwiek alternatywnych struktur. W połączeniu z jego całkowitym zepsuciem, rozpoczęło się dzikie wylesianie. Ziemia nie miała nigdzie swojego właściciela (w pełnym tego słowa znaczeniu) bo nie istnieje wiarygodny rejestr gruntów. Stabilne posiadanie- przypominające własność też było niemożliwe, bo państwowi siepacze mogli wszystko w każdej chwili zabrać. Mieszkańcy, aby się utrzymać ścinali drzewa- bez oczywiście oglądania się na prawidłową regenerację lasów, itp. W tej sytuacji po prostu kto zdążył wyciąć więcej drzew, ten więcej mógł z nich zrobić i zarobić. Następnym etapem było wyrywanie korzeni i wytwarzanie węgla drzewnego- każdy chciał jakoś żyć i był to jedyny dostępny sposób. Oczywiście w miarę usuwania lasu strumienie i rzeki zamiast płynąć spokojnie zaczęły na zmianę wylewać i wysychać- bo zabrakło akumulacji wody w lesie. To spowodowało dalsze niszczenie „bezpańskich” lasów przez ludzi dotychczas uprawiających ziemię nad rzekami- bo te wylewały i niszczyły plony lub wysychały i pozbawiały dostępu do wody. Po wyrwaniu korzeni tropikalne deszcze w szybkim tempie wypłukują to pozostało jeszcze z gleby. Obecnie już chyba podstawowym źródłem wyżywienia na Haiti jest pomoc humanitarna.
W sumie tragiczna katastrofa ekologiczna. Jeśli pewnego dnia przestanie dopływać strumień bezpłatnej żywności (a pewnego przecież przestanie), a skala zniszczeń będzie ciągle rosnąć (a chyba nie ma żadnej nadziei na realną zmianę) to mamy wypisz- wymaluj scenariusz Wyspy Wielkanocnej. Własność ziemi mogłaby temu zapobiec, ale stabilne posiadanie bez obłędnego państwa także. Nawet- jeśli przeczyta to jakikolwiek lewicowy aktywista- a najlepiej „ekolog” to proszę o odpowiedź na pytanie: czy dla zrównoważonej przyszłości wyspy lepsze będą parki narodowe ( tak wycięte jak wszystko pozostałe), czy międzynarodowe korporacje komercyjne eksploatujące lasy i strzelające do złodziei drewna (a w dzisiejszej sytuacji już nie ma chyba innej opcji). Oczywiście, aby ktokolwiek był tym zainteresowany musi być pewny swojej własności lub aparat państwowy musi zniknąć całkowicie i nie przeszkadzać zawłaszczeniu ziemi- przez uzbrojoną po zęby bandę oczywiście. Dla niedowiarków skali dzisiejszych zniszczeń zdjęcie:
Zdjęcie granicy Haiti z Republiką Dominikany. Oczywiście po lewej Haiti