Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Estonia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Estonia. Pokaż wszystkie posty

Z okazji Dnia Niepodległości


Cele polityki zagranicznej nowej administracji USA są zupełnie jasne. Jest m.in. to maksymalne napchanie kieszeni oligarchów naftowych. Nie zostało to sformułowane w ten sposób, ale dokładnie to jest cel. Oczywiście bankowych i pozostałych też, o czym świadczą prawdopodobne nominacje.

Aby to osiągnąć należy  załatwić dwie sprawy- jak najbardziej ułatwić wydobycie w USA i każdym innym miejscu pozwalającym transferować zyski do amerykańskich koncernów oraz spowodować podwyższenie i utrzymanie wysokich cen ropy. To wszystko. Reszta jest lipą dla utrzymania władzy. Ale ta lipa będzie mieć kształt klasycznego faszyzmu. Budowa infrastruktury finansowana długiem, służąca wyłącznie prywatnemu interesowi lub nie służąca niczemu i nikomu. Raczej to pierwsze, bo już w zapowiedziach pojawia się Partnerstwo Publiczno- Prywatne. To taka ładna nazwa dla budowania prywatnej infrastruktury za państwowe pieniądze. Oczywiście to będzie oznaczać jakiś ruch w biznesie, jakieś nawet względnie przyzwoitych miejsc pracy. Nic, co może mieć znaczenie w przyszłości, ale coś co może mieć znaczenie w wyborach w 2020 roku. A to jest ważne, bo 4 lata polityki Trumpa świat jakoś przeżyje. 8 to może być za dużo. 

Sytuacja na światowym rynku ropy wygląda tak, że jest nadprodukcja. Więcej wydobycia niż klientów, nikt nie chce dobrowolnie obniżyć wydobycia, OPEC nie potrafi się porozumieć. Do tego nałożyło się zdjęcie sankcji z Iranu i szybko zwiększająca się tam produkcja. 

Aby doprowadzić z powrotem do cen w okolicach 100 USD za baryłkę trzeba poczekać na wzrost światowego zużycia i nie zwiększać wydobycia aż rozładuje się glut. Zapewne i tak by się to stało za 2-3 lata i ceny ropy zaczęłyby nieco rosnąć.

Druga możliwość to pomóc tym zjawiskom. A jeśli jednocześnie chce się zwiększać wydobycie, to trzeba im bardzo pomóc.

W wersji pokojowej oznacza nagły i szybki wzrost ilości pojazdów spalinowych i ich zużycia paliwa. Na dziś jest to raczej nierealne, teoretycznie możliwe jedynie w Chinach, które właśnie rozpoczynają zakrojony na chińską skalę plan zastępowania pojazdów spalinowych elektrycznymi. Zanim będzie działać na pełną skalę zużycie paliw płynnych będzie rosnąć, więc i tak pewnie lata 2019-20 będą i byłyby w każdym przebiegu wydarzeń czasem drogiej ropy, ale to na zasadzie łagodnego wzrostu i relatywnie krótkotrwałego odbicia. 

Ale "making America great again" oznacza dominację USA na rynku nafty tu i teraz, a nie średnie ceny za 2 lata.
Aby to osiągnąć, potrzebne są inne metody.
A konkretnie eliminacja części produkcji i/lub dostaw na rynek międzynarodowy z jednej strony, oraz zwiększenie popytu z drugiej.
To pierwsze można osiągnąć przez: sankcje dla Iranu lub innego państwa naftowego. Zbombardowanie pól naftowych i destabilizacja dowolnego państwa naftowego. 
Na to drugie jest sprawdzona metoda- wojna. A jak jeszcze doprowadzi do sankcji wobec państwa naftowego to jeszcze lepiej. Nawet zostało wprost wskazane, że chodzi o zerwanie porozumienia z Iranem i sankcje wobec Arabii Saudyjskiej.

Choć wcale nie jest wykluczona, a nawet bardzo prawdopodobne, że wobec wprost wyrażonej groźby ataku militarnego zarówno KSA, Iran, jak też inne państwa Zatoki natychmiast zgodzą się na ograniczenie wydobycia. I to bardzo poważne.

A teraz druga, ale powiązana sprawa związana z nowym rządem USA. Pierwszą linią obrony Polski jest Ukraina i państwa bałtyckie. Jeśli one będą bezpieczne i niepodległe, Polsce nic nie grozi. Ukraina na razie się broni, ale jeśli ceny ropy wzrosną powyżej 100 USD za baryłkę, to relacja sił pomiędzy Ukrainą i Rosją będzie zupełnie inna. I albo obecny rząd się załamie, społeczeństwo popadnie w marazm i wróci do wybierania prorosyjskich złodziei, tak jak to się stało w Gruzji albo po prostu nastąpi inwazja w pełnej skali, bo Rosja będzie bezkarna. 

Dla Polski jest to pierwsza linia obrony. Która zależy nie tylko od siły militarnej, ale też od dyplomacji. Pierwsze w obecnych warunkach ma dużo wspólnego z ceną ropy. Dyplomacja to oczywiście realne gwarancje bezpieczeństwa dla państw bałtyckich i sekowanie, usuwanie ze wspólnoty międzynarodowej każdego, kto w ogóle odważy się kwestionować ich niepodległość. Bo Polska jest następna w kolejności. Kto dziś kwestionuje prawo do istnienia Litwy, Łotwy czy Estonii jednocześnie niszczy pierwszą linie obrony Polski. Obowiązkiem każdego polskiego patrioty jest takie osoby wskazywać i w miarę swoich możliwości zwalczać. Szumne słowa, ale mówimy już wprost o niepodległości



A teraz cytacik:  “Estonia is in the suburbs of St. Petersburg. The Russians aren’t gonna necessarily come across the border militarily. The Russians are gonna do what they did in Ukraine,” he said. “I’m not sure I would risk a nuclear war over some place which is the suburbs of St. Petersburg. I think we have to think about what does this stuff mean.”
Estonie to przedmieścia St. Petersurga. Rosjanie niekoniecznie przekroczą granicę zbrojnie. Zrobią to, co zrobili na Ukrainie. Raczej nie będziemy będziemy ryzykować wojny nuklearnej o jakieś miejsce na przedmieściach St. Petersburga. Myślę, że powinniśmy jeszcze się zastanowić jakie to wszystko ma znaczenie."
To jest podważanie niepodległości Estonii dokładnie i wprost. Zielone światło dla Rosji. Likwidacja pierwszej linii obrony polskiej niepodległości.
Autorem tych słów jest Newt Gingrich, przyszły Sekretarz Stanu (Minister Spraw Zagranicznych) USA. Kurtyna.


Mamy praktyczną pewność bardzo aktywnej polityki USA dla zrobienia wszystkiego, aby w budżecie Rosji były duże pieniądze oraz zdjęcie gwarancji militarnych USA wobec naszych kluczowych sojuszników i kwestionowanie ich niepodległości. 
Czy może być gorzej? Na dziś chyba nie. Jutro- tak. 

Nie ma złych wiadomości.

Po wyborach w USA nie ma złych wiadomości. Serio. Żadna z konkluzji powyborczych nie jest zła. 

Najpierw mamy dobrą wiadomość- Hilary Clinton nie wygrała wyborów. Nikt jej nie lubi, jest w pewnym sensie uosobieniem establishmentu, którego wszyscy mają dość. OK. Gdyby wygrała, nadal by nikt jej nie lubił, ale były drobne szanse na to, że prowadziłaby dobra politykę i bardzo duże prawdopodobieństwo, że przeciętnie- złą, typową dla elit politycznych USA. Nie będzie prezydentem, więc istnieje nawet szansa, że Demokraci w kolejnych wyborach będą wystawiać kandydatów akceptowalnych dla społeczeństwa. 

Druga wiadomość, bardzo niepokojąca jest taka, że prezydentem USA zostanie Donald Trump. Gwiazda tanich programów rozrywkowych bez żadnego doświadczenia politycznego i oprócz rasizmu, nieznanych poglądów. Bardzo niepokojące, ale to jeszcze nie jest zła wiadomość.

Następna wiadomość jest tak, że mniej- więcej wiadomo, kto będzie członkiem Gabinetu (czyli na nasze- mamy giełdę kandydatów na ministrów). Nazwiska, czyli polityka i poglądy tych ludzi którzy się tam pojawiają nie są złe. 
Są absolutnie, cholernie, czachorozwalająco przerażające.

Aby to zrozumieć, trzeba na chwilę spojrzeć na gospodarkę USA. 

Na dziś większość tej gospodarki to jest konsumpcja, której w miarę wysoki poziom jest podtrzymywany przez deficyt rządu federalnego. Ale bez realnej gospodarki to wszystko nie mogłoby zbyt długo działać. I ta realna gospodarka jest. Składa się na nią kilka sektorów:
1. Zbrojeniówka. Nie mam tu na myśli krajowych zakupów w USA, tylko eksport. Te produkty generalnie są podobnej jakości jak inne zachodnie, albo niższej, a prawie zawsze droższe. Gospodarka pracuje i zarabia, ale daleko tam do prawdziwej wiedzy i innowacyjności, a sprzedaż i napływ pieniędzy ma związek głównie z potęgą polityczną i militarną samych Stanów Zjednoczonych.
2. Rolnictwo. Wydajne, oparte na olbrzymim zużyciu chemii i degradacji gleb, produkujące głównie produkty masowe typu soja i zboża. Konkuruje na rynkach światowych.
3. Rolnictwo w Kalifornii i mniejszym stopniu na Florydzie-  wyspecjalizowane niszowe produkty o dużej wartości dodanej, oparte na technologii oraz nisko płatnej pracy imigrantów. 
4. Przemysł naftowy i petrochemiczny. Skoncentrowany w Teksasie. Nawet nie tyle samo wydobycie, co wszystkie światowej klasy firmy usługowe, badania i rozwój, etc. Oraz produkcja, w tym eksportowa mnóstwa różnych wyrobów petrochemicznych.
4. Przemysł przetwórczy- skoncentrowany w Rust Belt oraz Południu- niskie technologicznie montownie i wytwórnie, prawie w całości na rynek wewnętrzny, głównie motoryzacyjne. Niskie pensje, niekonkurencyjne koszty i jakość. Niezbyt duża ilość działów projektowych i rozwojowych Forda i GM. 
5. Przemysł lotniczy i kosmiczny- zarówno na rynek krajowy, jak też poważny przemysł eksportowy. Skoncentrowany na Zachodnim Wybrzeżu. Wysokie pensje, światowa jakość.
6. Przemysł medialny, IT, robotyki, nowoczesnych technologii. Praktycznie w całości skoncentrowany w Kalifornii, zależny od otwartego światowego rynku, zależny od dobrej jakości edukacji i/lub łatwej imigracji inżynierów
7. Przemysł finansowy. Skoncentrowany w Nowym Jorku, gdzie obsługuje lokalny rynek oraz banksterskie manipulacje dookoła świata oraz w Kalifornii, gdzie jest częścią wyspecjalizowanej infrastruktury finansowania nowych przedsięwzięć technologicznych i medialnych. Te dwie grupy nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego.

Po co to wyliczenie?

Otóż postawmy granicę na górach Sierra Nevada, czy trochę na wschód od nich, na granicy pustyni. Na zachód od tej granicy jest przede wszystkim Kalifornia, poza tym Waszyngton, Oregon, Hawaje i Alaska i zależy jak ustalimy, również kawałek Newady i Nowego Meksyku. 
Na wschód od tej linii mamy wyłącznie montownie dla lokalnej konsumpcji, przemysł obsługujący potrzeby imperialne (zbrojeniówka i banksterka) oraz surowce z niewielkim dodatkiem usług naftowych.
Na zachód od tej linii mamy praktycznie całość eksportowego przemysłu USA. Drogi czytelniku- co ostatnio widziałeś amerykańskiej produkcji? Na przykład w tej chwili czytasz bloga, którego operatorem jest Google. Jeśli leciałeś samolotem, to możliwe że Boeingiem. Jeśli oglądałeś wysokobudżetowy film- zapewne z Hollywood. Ale kontakt z rzeczami produkowanym na wschód od gór mogłeś mieć jeśli jadłeś parówki 100% mięsa i soja akurat była z USA. Równie dobrze mogła być z Brazylii.
Poprzemysłowa ruina większość USA opiera się na taniej pracy, obniżaniu kosztów, eksporcie surowców i manipulacjach walutowych. Zachód to jest maszyna do rozwoju technologii. Nie potrzebuje niskich podatków, potrzebuje dobrych inżynierów i za to chętnie płaci. Trzeba przypomnieć, że Krzemowa Dolina to nie tylko software. To cały system uruchamiania i finansowania przedsięwzięć przesuwających granice technologii. Biochemia, genetyka, robotyka i wszystkie inne dziedziny. Zapewne mało kto zdaje sobie sprawę, że Tesla Motors to nie tylko baterie i silniki elektryczne. To także nowe metody spawalnicze nie stosowane nigdy wcześniej w masowej produkcji. To wszystko wymaga nauki, elastyczności, łatwej wymiany kadr i szybkiego dostępu do kompetentnych technicznie kapitalistów.

Ten podział na część surowcową i przemysłową, eksploatacyjny i technologiczny model gospodarki jest praktycznie niemożliwy do pogodzenia. 
Program i rząd Trumpa jest w czysty sposób pro-oligarchiczny. Ministrem finansów najprawdopodobniej zostanie partner Goldman-Sachs i współpracownik Sorosa. Ministrem spraw wewnętrznych facet, który ze zorganizowanej dyskryminacji rasistowskiej i bezpodstawnych aresztów uczynił znak firmowy i sztandar swojej polityki. 
W takim państwie nie da się prowadzić ani badań, ani podejmować ryzyka potrzebnego na co dzień w Krzemowej Dolinie, ani też ściągać inżynierów z całego świata dla podtrzymania przewagi konkurencyjnej.
Po prostu rząd Trumpa to jest egzystencjalne zagrożenie dla infrastruktury biznesowej Krzemowej Doliny i nawet Hollywood. 

To oznacza, że jedno z nich musi zniknąć. Faszystowski rząd USA oznacza po prostu upadek przemysłu Zachodniego Wybrzeża. Z tych realiów wszyscy sobie w miarę zdają sprawę. W San Francisco Trump uzyskał 10% głosów, a w San Mateo County (obejmującym sporą część Krzemowej Doliny) 19%

Pytanie jakie są możliwości. Pierwsza to taka, że Trump odpuści ze swojej polityki to, co najbardziej uderza w Zachód. Jest to niemożliwe. 
Oprócz IT, gdzie możliwy jest kompromis, polem konfliktu jest energetyka, ogólnie energia i kwestie klimatyczne. Kalifornia już ma duży problem ze zmianami klimatycznymi, promowany przez rząd powrót do energetyki węglowej to nie jest coś możliwego do zaakceptowania przez to społeczeństwo. Ale też rozwój technologii odnawialnych jest skoncentrowany w SV. Rząd Trumpa uderzy w nich bezpośrednio, jak wcześniej Reagan. Tesla Motors i sam Elon Musk będzie musiał stać się wrogiem publicznym. Tak po prostu. SolarCity szkodzi węglowi, a Tesla nafcie.
Deportacja nielegalnych imigrantów, zwłaszcza latynoskich nie oznacza żadnego oddechu dla fabryk Midwestu. Ale za to oznacza prawie wyrok śmierci dla plantacji pistacji, winnic i gajów oliwnych Kalifornii. 

Dla Zachodu na dziś kluczowym problemem jest po prostu powstrzymanie Trumpa. Wszystkimi dostępnymi metodami. Wystarczy sparaliżować jego administrację i jakoś się przeżyje te 4 lata. Osiem lat byłoby kompletną tragedią, prawdopodobnie nie byłoby już czego zbierać.
Sama Krzemowa Dolina mogłaby się stopniowo przenieść, zapewne do Kanady. W rejonie Seattle jest też całkiem solidny ośrodek IT, równie dobrze mógłby rozwinąć się 30 min drogi na północ, już za granicą.

Od politycznej strony patrząc na dziś jest tylko jedna droga. Na teraz zwyczajne przekupstwo części Kongresu aby paraliżować najbardziej faszystowskie idee, a za dwa lata, przy okazji wyborów, pozbawienie Republikanów większość w obu izbach. 
To pierwsze wymaga lobbingu i pieniędzy, które znajdą się bez problemu. Przekupni Republikanie też bez trudu. 
To drugie jest bardziej skomplikowane i znacznie więcej od tego zależy. Po pierwsze, Partia Demokratyczna pod obecnym zarządem skompromitowała się całkowicie. To nie była normalna przegrana, to byłą katastrofa spowodowana przez głupotę, niekompetencję i chciwość ludzi kierujących kampanią Clinton i przez nią samą.

Na dziś obrona zachodu musi polegać na poparciu popularnej platformy wewnątrz Partii Demokratycznej, definitywnym pozbyciu się ludzi Clinton i podobnych oraz odbudowie wiarygodności bazując na kandydatach oferujących bezkompromisowe powstrzymywanie Trumpa oraz rzeczach takich jak ochrona klimatu, powszechna opieka zdrowotna, odcięcie polityki od pieniędzy oligarchów, etc. 
Jeśli dotychczasowa elita Demokratów nie odejdzie dobrowolnie, to progresywiści (jak ten kierunek nazywa się w USA) będą musieli wypromować swoich kandydatów w prawyborach. 

To jest polityka, która na pewno będzie prowadzona. Teraz mamy zasadnicze pytanie- z jakim wynikiem?
Jeśli progresywiści przejmą PD i/lub uzyskają znaczny wpływ wśród członków Kongresu i pokonają większość GOP w obu izbach, to po dwóch ciężkich latach, będą kolejne dwa paraliżowania administracji Trumpa i potem święty spokój. OK, sprawa załatwiona. Dla nas, USA i świata to rzecz o którą każdy wierzący człowiek powinien się co dzień modlić. Niewierzący też, nie zaszkodzi, a może zadziała.

Jeśli Partia Demokratyczna będzie sama opierać się, dzisiejszy zarząd nie poda się do dymisji i/lub nowy będzie z tej samej bajki oraz progresywiści będą przegrywać prawybory wskutek machlojek to będzie problem. Republikanie utrzymają władzę, a demokratycznie kongresmeni będą z gatunku tych, co lubią zawierać najdziwniejsze kompromisy. 

To będzie oznaczało dla Zachodu po prostu brak reprezentacji. Kompletną niemożliwość artykułowania i obrony swoich interesów politycznych i ekonomicznych. Problem, który trzeba jakoś rozwiązać. 
Jednym z rozwiązań, najbardziej prawdopodobnym będzie stopniowa ucieczka całego przemysłu i zapaść ekonomiczna. Drugim, zupełnie możliwym- secesja. Pierwsze objawy spowolnienia gospodarczego na Zachodzie spowodują natychmiastowy resentyment. Dziś adresowany już nie do abstrakcyjnych sił rynkowych, tylko dokładnie pod adresem jednego świra u władzy, popierających go skorumpowanych karierowiczów i fanatyków oraz równie skorumpowanej i nieudolnej opozycji. 
Z takiego punktu wyjścia są dwa- stworzyć własną opozycję, która przynajmniej częściowo ucywilizuje system, albo całkowicie się od niego odłączyć.
To drugie jest radykalne, ale zapewne okaże się bardzo kuszące.
Przez ostatnie 20 lat dysproporcja gospodarcza pomiędzy Kalifornią (czy całym Zachodem) i resztą USA tylko się powiększała. Patrząc na fundamenty gospodarki, sposób organizacji biznesu, etc. to wygląda jak przymusowe połączenie Skandynawii z Brazylią. To nie może na dłuższą metę działać. Albo Brazylia zostanie ucywilizowana, oligarchowie utemperowani, a gospodarka zacznie rozwijać technologię, albo Skandynawia pójdzie swoją drogą.

Jednak nawet secesja, choć jest drugim najlepszym rozwiązaniem, nie załatwi wszystkich problemów. Na wschodzie zostanie fikcyjna gospodarka i trochę surowców oraz dość potężna armia. I ideologia nakazująca siłowe popieranie tego przemysłu surowcowego wszędzie gdzie się da. Dokładna kopia putinowskiej Rosji. Z takim samym syfem, niedostępnością opieki medycznej, infrastrukturą tylko na pokaz, skrajnie agresywną armią i propagandą. Fajnie co?

A już teraz ministrem spraw zagranicznych najprawdopodobniej będzie facet dla którego Estonia to przecież przedmieścia St. Petersburga i nie można oczekiwać, że USA się będzie mieszać w takie rzeczy.

Za to w ograniczenie wydobycia ropy na Bliskim Wschodzie na pewno. Jak? Tak samo jak za Bushów. Obu. Tylko nawet GW to był odpowiedzialny centrowy polityk na tle Trumpa. Będzie tak samo, tylko bardziej. Więcej wojen na bliskim wschodzie to mniej ropy na rynku, to więcej pieniędzy u nafciarzy i w budżecie Rosji. I w końcu będą mogli zająć te swoje przedmieścia. 






Lodołamacz

Do dość skromych kompetencji Prezydenta Rzeczypospolitej należy m.in. reprezentowanie państwa w stosunkach zagranicznych. Styl w jakim rozpoczynanie tych obowiązków rozpoczął obecny prezydent jest... mocny.
Pokazuje to, co wie każdy, kto potrafi obserować i nie jest zaczadzony propagandą. Że Andrzej Duda jest człowiekiem mającym niezłe kontakty, rozeznanie i świetnie przygotowanym co najmniej do polityki europejskiej. Co każe przypuszczać, że w PE pracował i wyrabiał kontakty, a nie spał i wyłudzał kilometrówki. Dziś, na nowym stanowisku widać jak ładnie i szybko to zaprocentowało. Wizyta w Estonii w rocznicę paktu Ribbentrop- Mołotow to maksymalne możliwe wsparcie, jakiego teraz może państwom nadbałtyckim udzielić. Oraz, przy okazji, dyplomatyczny sygnał pod adresem Litwy. Pamiętajmy, że są to małe kraje, zakompleksione jak wszyscy po komunie. Do tego dokładamy neurotyczne podejście Litwy do polskiej mniejszości i mamy przepis na natychmiastową awanturę wewnętrzną w polityce litewskiej. Która już nastapiła. Przynajmniej w takim zakresie, że w atakach medialnych na władzę punktem odniesienia jest nieudolna politka wobec Polski, bo Duda najpierw jedzie do Tallina. Tak, wiadomo, media histeryzują, jak zawsze, ale także narzucają pewną narrację. I to właśnie jest już olbrzymim sukcesem- narzucenie jako istotnej części sporu politycznego relacji z Polską. Jako relacji zasadniczych dla bezpieczeństwa Litwy. Komorowski był ignorowany, w końcu zupełnie słusznie, Duda jest zawodnikiem wagi ciężkiej, który już zmienił kurs polityki. 

Następną niespodziankę jest spotkanie głów państw Europy Srodkowej przed szczytem NATO. Jak  oficjalnie zapowiedziano "zorganizowane wspólnie przez prezydentów Polski i Rumunii". Cóż, takich zaproszeń się nie odrzuca (w końcu Polska i Rumunia razem stanowią jakieś 80% potencjału NATO w Europie Środkowej). To pokazuje, kto liczy się dyplomatycznie, czego skutkiem była natyhmiastowa burza, dla odmiany w czeskich mediach. W końcu to gospodarczo trzeci kraj regionu. Z prorosyjskim prezydentem, który właśnie został odizolowany dyplomatycznie. I jest grilowany z tego powodu przez wspomniane czeskie media.
To wszystko nastąpiło tak szybko i sprawnie, że propaganda Kremla jeszcze nie zdążyła wymyslić żadnej narracji, a co najmniej nie rozesłali jej na czas. Nawet Korwin- Mikke jeszcze nie ma żadnej opinii na te tematy (chyba, ale żadna z kacapskich tub nic nie wrzeszczała, więc on chyba też nie)

Mnie zaskoczyło, choć tylko na początku, że nie zapowiedziano żadnego terminu wizyty na Ukrainie. Wyjaśnienie jest dość proste- zaufanie i wspólnota interesów są na tyle duże, że żadne kurtuazyjne wizyty nie sa potrzebne. Pojedzie wtedy, gdy będzie mieć konkrety w ręku. Na razie te konkrety mogą obejmować co najmniej działania sojuszników, bo na jakiekąkolwiek wiarygodność w polityce wewnętrznej lub zagranicznej obecnego polskiego rządu przecież za bardzo liczyć nie mozna. Za bardzo, to nie znaczy, że nie można kompletnie, co mniej oderwani od rzeczywistości członkowie PO zdają sobie sprawę z istnienia sądów i prokuratur i obecnie nie zrobią zbyt wielu rzeczy mogących zahaczyć o zdradę stanu. W skrócie- czasy Sikorskiego i Komorowskiego na szczęście minęły, miejmy nadzieję, że bezpowrotnie. Choć rozumiem, ze akurat tych dwóch panów można w całości wytłumaczyć kwestiami zdrowotnymi.
Polska, reprezentowana praktycznie samodzielnie przez prezydenta, w ciągu dwóch tygodni stała się głównym rozgrywającym w Europie Srodkowej. Przy całkowitej bierności rządu. Po prostu realne i kompetentne podejście do polityki. Żadne próby samodzielnego udawania europejskiego mocarstwa i żadne wylizywanie butów kanclerza, realna polityka w nieprawdopodobnie sprawnym wykonaniu. W polityce, jak w każdym zawodzie bywaja lenie, partacze, wyrobnicy i wirtuozi, Duda jak na razie pokazuje, należy do tej ostatniej kategorii. Zobaczymy jak dalej pójdzie.
Ale na to trzeba nałożyć całkiem sprzyjającą Polsce koniunkturę miedzynarodową. Na dziś, dla rozpoczęcia prawdziwego czasu prosperity Polski, potrzeba jedynie kilku rzeczy: powstrzymania Rosji. Powstrzymania, a nie pokonania, zaznaczam. Oprócz tego jakiegoś neutralizowania nadmiernych wpływów Niemiec w UE i wreszcie reform państwa. Patrząc na powyższe działania w polityce zagranicznej o dwie pierwsze rzeczy prawie nie ma się co obawiac. Reforma państwa to będzie problem rządu, a nie prezydenta. I to bedzie zabawne. Wszędzie chodza plotki jak to obecny rząd, wzorem Komorowskiego, wyrywa sedesy i zostawia pustą kasę oraz miny budżetowe. Jak się trzymamy prezydentów to posłuchajmy jeszcze Kwaśniewskiego, który bardzo ładnie i jednym tchem wymienił trzy najbardziej skorumpowane instytucje w Polsce, czyli telewizję publiczną, służby specjalne i Prokuraturę trzeba jakoś załatwić. Do tego mamy szczekanie psiarni za pieniądze miedzynarodowych koncernów (jak się kasa budżetowa dla Agory i okolic skurczy) i mamy bardzo zabawną sytuację. Ale na pocieszenie mozna dodać, że Polska jest relatywnie w dużo lepszej sytuacji niż Czechy. Obecnie różnica w poziomie rozwoju prawie całkowicie zanikła, a przecież jeszcze pod koniec komuny była całkiem spora. Ale u nich towarzystwo poststalinowców w stylu Unii Wolności rządziło na zmianę z postkomuną praktycznie cały czas ostatnich 25 lat, a w Polsce tylko 20 z nich. Przyglądając się dokładnie ten krótki czas innej polskiej polityki spowodował tę różnicę w rozwoju- poprzez brak w Polsce kuponowej prywatyzacji, zachowanie kluczowej infrastruktury, stworzenie jakiś warunków dla nowych inwestycji. Czechy w międzyczasie dokańczały swoją drogę z zamożnej przemysłowo-handlowej europejskiej demokracji z poczatków 20 w. do kraju tanich wyrobników w montowniach. Polska w tym samym czasie pokonała drogę z kraju małorolnych analfabetów do kraju tanich wyrobników w montowniach.  I nie cała gospodarka jest w rękach kilku byłych ubeków.

Dla sukcesu teraz potrzebny jest etap budowania wpłwów politycznych, własnego przemysłu i ekspansji. I znów widać różnicę. Budowa wspólnoty środkowoeuropejskiej, z realnym wpływem polskiej gospodarki i armii to jest doskonały PR i ułatwienie działania polskich firm. Czesi w tym czasie właśnie skazuja się na izolację polityczną, po tym jak już sprzedali całość własnej myśli technicznej i pozbawili się możliwości rozwoju (a przecież w 1990 r. te możliwości były jeszcze nieporównywalne).

Ja oczekuję jeszcze tylko jednej rzeczy- wyrzucenia z życia politycznego całości postkomunistycznego układu (a dziś już prawie planktonu) i zrobienia miejsca na scenie politycznej dla prawdziwej lewicy. Stąd z niemałą życzliwością obserwuję powstawanie partii "Razem". Ze swoim podejściem mogą stać sie tą prawdziwą lewicą. Albo ktoś inny. Jakieś ochłapy neoliberałów mogą zawsze zostać, czy bedzie to nowa partia banksterów, czy dotychczasowa PO to żadna różnica. Jeszcze tylko brakowałoby prawdziwej partii Zielonych i polska demokracja byłaby taką jak zachodnia. A i razem z tym i kraj. Ale najpierw to PiS musi wygrać wybory. Jak lodołamacz, który oczyści pole i dopiero za nim mogą przejść ci którzy są krajowi potrzebni. A zamiast Sejmu działacze SLD mogą zawsze zwiedzać Domy Starców, a działacze PSL Zakłady Karne.

Kiedy skończy się wojna na Ukrainie?

W drugiej połowie 20 w. było kilka z dzisiejszego punktu widzenia bardzo ciekawych konfliktów. Mianowicie francuska wojna w Algierii, amerykańska w Wietnamie i radziecka w Afganistanie. Wszystkie one, pomimo znaczących różnic, miały istotne cechy wspólne:
1. Ciężko tak naprawdę zdefiniować w nich stronę agresywną i broniącą się, a także relatywne zamiary wobec miejscowej ludności.
2. Ludność wkrótce po rozpoczęciu konfliktu wyalienowała się od wojsk interwencyjnych (nawet pomimo czasem znacznego dla nich poparcia, jak dla ZSRR przez pierwsze tygodnie w Afganistanie) i rozpoczęła współpracę z mniej lub bardziej zorganizowaną partyzantką i regularnymi armiami sąsiedniego kraju (DRW i Pakistanu odpowiednio)
3. Właściwie wszystkie te wojny spowodowały spadek prestiżu armii w kraju do granicy rozkładu, sytuację masowego unikania armii i protesty do granic załamania się systemu politycznego (w USA system konstytucyjny się nie załamał, w ZSRR nie było masowych protestów, we Francji nastąpiło i jedno i drugie.)
4. We wszystkich tych wojnach zabici i ranni żołnierze byli prze władze traktowani bez szczególnych honorów wojskowych i przywilejów, raczej jak najemnicy.

Oraz, co zabawniejsze- wojny trwały praktycznie tyle samo. Nie w sensie czasu, tylko w liczbie ofiar. Nawet nie bezwzględnej, co w 

proporcji do populacji

Dwa z tych krajów musiały wycofać się po śmierci około 0,4 promila populacji. 25 tys z 55 mln Francji, 58 tys ze 195 mln USA. ZSRR stracił w Afganistanie zaledwie 15 tys zabitych z populacji 280 mln. Ale do tego należy dodać liczne ofiary niewiarygodnie prymitywnego poziomu opieki medycznej w kontyngencie interwencyjnym. O wojnie w Afganistanie polecam jako klasykę Afgantcy Rodrica Braithwaita (nie wiem czy jest po polsku). Przy okazji można zobaczyć jak mały tak naprawdę mieli sowieci wpływ nawet na marionetkowe rządy. I powiedzieć jasno - teoria o sterowaniu swoim człowiekiem to bzdura. Każdy ma wolną wolę i swoje ograniczenia. Jeden nic nie rozumie, a drugi jest alkoholikiem, trzeci nie ma pojęcia o świecie, dyplomacji i historii i właśnie z takich rekrutowano ministrów spraw zagranicznych ZSRR oraz jak wiadomo przejęła ten zwyczaj Rosja. Przy okazji autor korzystał rosyjskich archiwów, więc można się z niej przy okazji dowiedzieć co Andropow myślał o inwazji na Polskę i rozwiązaniu sprawy Solidarności. Polecam.
To oznacza, że wbrew, pozorom odporność radzieckiego społeczeństwa na straty w wojnie interwencyjnej była znacznie mniejsza niż zachodnich. Częściowo może wyjaśniać to fakt, ze już wtedy radziecki poborowy, w przeciwieństwie do amerykańskiego  i francuskiego wcześniej, był zazwyczaj jedynakiem, a najwyżej pochodził z rodziny z dwójka dzieci. Albo z muzułmańskiej.A muzułmanów wysyłano tam raczej tylko z niewątpliwą lojalnością, a rutynowo w inne obszary Związku Radzieckiego. Co razem zwyczajnie zwiększało prawdopodobieństwo, ze rodzice zmarłego jedynaka będą mieli dość dużo pretensji do rządu.
A teraz oceniamy dzisiejszą sytuację. Otóż poborowy w Rosji jest w 80% jedynakiem, nieco starsi żołnierze, urodzeni w latach 80-tych niekoniecznie.
Także obecnie- sensownego wyjaśnienia wojny na Ukrainie z rosyjskiego punktu widzenia niema. I im więcej ofiar tym bardziej nie będzie. Im mniejszy szacunek dla walczących, tym mniej społeczeństwo wytrzyma (bo i trudno wytrzymać chowanie jedynaka w rowie pod płotem nie wiadomo gdzie za granicą.).

Na szczęści zaczynają się pojawiać wiarygodne dane o ilości zabitych rosyjskich żołnierzy. Nikt ich oficjalnie nie podaje, bo i oficjalnie ich tam nie ma, jak wiadomo. Ale są

 stowarzyszenia matek żołnierzy

Są one prawdziwymi organizacjami obywatelskimi w Rosji, jako jedne z bardzo nielicznych. Cóż,matka której nie wiadomo gdzie zabito jedynaka potrafi mieć dość dużo determinacji i odwagi cywilnej. 

Ich dotychczas zebrane dane pokazują powyżej 2 tys zabitych i około cztery razy tyle rannych. Mówimy TYLKO o rosyjskim wojsku, zabitych z prywatnej rekrutacji nikt nie liczył.
Przy okazji, dość znana już sprawa 18-tego batalionu zmechanizowanego ze Pskowa. Batalion praktycznie w komplecie (elitarna jednostka), ok 1200 osób z całym sprzętem, zatrzymał w trakcie przemarszu na nocleg gdzieś pod Donieckiem. Zapewne dla obrony przed atakiem obóz rozłożono dość ciasno. Obóz został ostrzelany, na tyle skutecznie, że zaczęły wybuchać ciężarówki z amunicją. Wiadomo o 120 zabitych i 600 rannych, ale nie wiadomo ilu jest zaginionych, a powiedzmy sobie szczerze, w okolicach wybuchającej ciężarówki z amunicją to jest potrzebny nieśmiertelnik z nierdzewki, a tamci jeśli nawet mieli to aluminiowe i w ten sposób część na zawsze będzie zaginionymi.
W ten sposób mamy zebraną całkiem sporą liczbę danych.
możemy szacować czas buntu społeczeństwa

Przyjmijmy za maksymalna wytrzymałość populacji nawet okolice francuskiej wojny w Algierii (co wydaje mi się mocno zawyżonym, tam walczyła z jednej strony Legia Cudzoziemska, z drugiej nie było to społeczeństwo jedynaków). 
To by dawało około 63 tysięcy zabitych zanim rosyjskie społeczeństwo raczy się zbuntować. Jest to liczba przybliżona, ale maksymalna. Minimalna jest nieco poniżej Afganistanu. Poniżej, bo obecna rosyjska armia traktuje dużo gorzej swoich zabitych i rannych. Obecna populacja Rosji to jest teoretycznie prawie połowa populacji ZSRR z czasów wojny afgańskiej. Praktycznie pewnie nieco mniej, ale przyjmijmy połowę. To nam daje także połowę strat, czyli zaledwie 7,5 tys. zabitych do rewolucji w Rosji. 
Jeśli konflikt utrzyma obecną intensywność (a na razie nie ma powodu wątpić) to wielkość strat utrzyma to tempo. Liczmy, że te 2 tys można rozłożyć na 3 miesiące, aczkolwiek ilość mieszkańców Donbasu i prywatnych najemników drastycznie spada, rośnie udział regularnej armii rosyjskiej, więc są to raczej dla ekstrapolacji zaniżone straty. 

Ale do osiągnięcia liczby 7,5 tys brakuje w takim razie niecałe pół roku, dla tej górnej granicy w obecnym tempie około 8 lat. Więcej rosyjskie społeczeństwo nie wytrzyma i jest to praktycznie gwarancja zawalenia się ustroju, a może tez państwa. Ta liczba leży gdzieś pośrodku, ponieważ obecna rosyjska propaganda jest znacznie skuteczniejsza niż radzieckie media, którym nikt nie wierzył. 
Tak wiem, to okrutne rozważania, ale cywilizowany świat nie ma innego wyjścia. Obecny lokator Kremla musi go opuścić w kajdankach lub nogami do przodu, a samo państwo się załamać aby świat stał się bezpieczniejszy.

wojna jest przez Rosję już niemożliwa do wygrania

Sytuacja nie jest odległa od rozpoczęcia partyzantki na zapleczu armii rosyjskiej. Jeśli Rosja zajmie większy obszar, dywersję i partyzantkę mają jak banku, jeśli nie zajmie większego obszaru, to też społeczeństwo zacznie zadawać pytania a co z tymi wielkimi  zwycięstwami? 

Tu wszystkim miłośnikom niepokonanej armii radzieckiej przy okazji przypomnę, że najlepiej uzbrojone i wyposażone były białoruski i ukraiński okręgi wojskowe, w Rosyjskiej FSRR  pozostawał sprzęt 3 rzutu, czyli złom. To są jakieś kosmiczne liczby, ale rosyjskie czołgi to w większości niemodernizowane T-72, które zasadniczo są zabytkami. Na Ukrainie stoją za to tysiące zakonserwowanych T-64, sprzętu o klasę lepszego (którego ZSRR nie eksportował w ogóle). Poza tym rosyjska zbrojeniówka trwała od rozpadu ZSRR na rządowych kroplówkach i dostarczała jakiś sprzęt, a ukraińska albo sprzedawała na światowych rynkach albo zwijała interes. Stąd ukraińskie fabryki broni produkują sprzęt nie tak odległy od światowego poziomu, a rosyjskie udają, że modernizują poradziecki złom. 
Obecnie jeszcze w większej części ukraińskiej administracji panuje kompletny bałagan i jest przeżarta powoli likwidowaną agenturą. Sprawnej administracji i sprzętu przybywa, agentury ubywa.
Czas działa na korzyść Ukrainy, za to Rosja nie ma jak się z tej wojny wycofać. Teoretycznie jest zawieszenie broni, ale chyba nikt w nie nie wierzy....
Pytanie tylko co to za numer z porwanym estońskim oficerem i czy przypadkiem nie mają zamiaru rozpoczynać następnej awantury.

W razie czego przypominam, że armia Estonii po mobilizacji jest porównywalna wielkością do Fińskiej z 1939, za to znacznie lepiej uzbrojona. Właściwie jest sporo liczniejsza, bo ma plany mobilizacji także kobiet. A Rosja jest krajem znacznie mniejszym niż ZSRR. Cóż z samą Estonią może Rosja by sobie poradziła, choć raczej nie, z Estonią i Ukrainą na raz- oni naprawdę zwariowali.