Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka energetyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka energetyczna. Pokaż wszystkie posty

Witamy w Nowym Roku! To będzie ROK!

Rozpoczął się nowy rok. Tradycyjnie możemy się zastanowić jaki będzie. Tym razem to jest znacznie łatwiejsze niż rok, a zwłaszcza dwa lata temu. 

Otóż dobiega końca dość ważny proces historyczny. Przełom już nastąpił, ale zmiana bywa chaotyczna i czasem dość brzydka.

Wraz z kryzysem 2008 roku umarła liberalna demokracja. Nikt tego tak od razu nie zauważył, ale minęło 10 lat i trudno z tym dyskutować. Była ona reprezentowana i kontrolowana przez konsensus polityczny tradycyjnych partii socjaldemokratycznych i chadeckich. Jedni i drudzy żyli w zgodzie z wielkim przemysłem i związkami, działając w roli arbitra i utrzymując spokój społeczny i zadowolenie, pozwalając przemysłowcom na zyski, ale żądając inwestycji, a od związków żądając szacunku dla interesów pracodawców, ale zapewniając solidny udział płac w zyskach. 
W 2008 roku system się załamał. Jego ważny element, czyli prywatne inwestycje przemysłowe właściwie przestał istnieć. To nie było nic spektakularnego, oficjalnie nic się nie zmieniło, oficjalnie co najwyżej wszystko się przeciągało. Ale w ramach tego przeciągania korporacje żądały więcej, dając coraz mniej. Kontrakt został złamany, ale dotychczasowe partie nie miały na to żadnej odpowiedzi. 
Z grubsza rzecz biorąc dlatego od 10 lat trwa upadek moralny i pogrom wyborczy dotychczasowych partii liberalno-demokratycznych. Partie chadeckie, czy umiarkowanej prawicy spotkał ten sam los co socjaldemokratów lub jeszcze gorszy. Ta gorsza wersja wystąpiła chyba we wszystkich krajach anglosaskich. Otóż ich wewnętrzną radą na upadek dotychczasowego modelu było całkowite podporządkowanie się interesom już nie produkcyjnych korporacji a kryminalnej oligarchii. Która jeszcze miała pieniądze i zainteresowanie polityką. W to weszła także transformacja dotychczasowych korporacji w poszukiwaniu dochodów. Najbardziej spektakularnym przykładem są tu Republikanie w USA, gdzie z dotychczasowa ekspozytura banksterki i przemysłu zbrojeniowego implodowała w 2010 roku i w następnych wyborach, w 2012 została zastąpiona przez kompletnie zdziczałych świrów. 
Zauważcie jednak, że dotychczasowa, korporacyjna socjaldemokracja tak bardzo już nie miała nic do zaproponowania, że przegrała wybory, pomimo tego że po prawej stronie radykalizacja postępowała i zdziczałe świry przegrały walkę o przywództwo z zwykłym, prymitywnym kanciarzem, tylko dlatego, że był radykalnym i wiarygodnym rasistą. 

To nie jest zjawisko wyłącznie amerykańskie. Identyczny proces polityczny odbywa się dookoła świata. W różnych odmianach. Prawie wszędzie tradycyjna socjaldemokracja imploduje, razem z nią chadecja, lub ta druga zmienia się w dzikusów. Ale częściej jest zastępowana przez nowe partie radykalnych świrów. Które nie mają żadnego sensownego pomysłu na rządzenie oprócz agresji na system i wobec "innych". Ale to jest często zbieżne z oczekiwaniami ludzi. W praktyce okazuje się, że jest to ta sama polityka posłuszeństwa wobec sponsorów i jeśli jakichkolwiek reform to wyłącznie w celu demontażu jeszcze działających elementów systemu liberalnej demokracji. Na liście sponsorów takich partii obowiązkowo jest Kreml i on też najbardziej korzysta na obecnej koniunkturze politycznej. 

Takie rządy są prawie identyczne w praktyce politycznej. Pewną odmiennością jest jedynie Polska, gdzie taka sama prawicowa banda dzikusów do tej samej polityki dołożyła elementy siatki zabezpieczenia socjalnego. Jest to ważna odmienność, ale jedyna. Tak samo jak francuski Front Narodowy brał miliony dolarów pożyczek z Moskwy, tak jak Trump wspiera Putina gdzie może, tak samo rząd PiS realizuje politykę energetyczną, której ja bym nie nazwał prorosyjską, bo to by mogło sugerować jakąś refleksję i wybór kierunku polityki. Nie, PiS realizuje po prostu moskiewską politykę energetyczną na terenie Polski. W innym dziedzinach pewnie też, albo tylko robią głupoty, jak to prymitywne dzikusy.

W takim razie gdzie tu widzę przełom? I jaką zmianę?
Otóż kluczową figurą w tej układance jest Donald Trump, a właściwie nie on, tylko sytuacja w USA. On jest o tyle istotny, że był z jednej strony doskonałym kandydatem Partii Republikańskiej, a z drugiej strony jest jej uosobieniem i przywódcą. Na tyle, że kto sprzeciwiał się jego wizji, ten zazwyczaj miał okazję już zakończyć karierę polityczną. 
Oraz USA są imperium. Posiadaczem światowej waluty rezerwowej i nadzorcą światowej ekonomii. Kto rządzi w Waszyngtonie, ten ma spory wpływ na Nowy Jork, a kto dominuje na Wall Street ten dominuje w światowej ekonomii. I może pomóc lub przeszkodzić określonym krajom i ludziom w sukcesie. 
Na dziś jest to znakomicie działająca faszystowska międzynarodówka, łącząca aktualne rządy w Moskwie, Waszyngtonie, Rzymie, Budapeszcie, Brasilii i Warszawie. Może niedługo i w Paryżu. 

Pozornie to jest teraz narracja i porozumienie rządzące światem. Pozornie, bo pozostaje pytanie-- jaka narracja? przecież jedynym co ich łączy, to sprzeciw wobec liberalnej demokracji. Która w wydaniu sprzed 2009 roku jest martwa. Tak samo w Rosji, w USA, jak też w Polsce. 
Aby się utrzymać musza utrzymywać poziom agresji i złości w społeczeństwie, bo bez tego ich własna próżnia intelektualna ich zassie.
To zasysanie trwa, można spojrzeć na którykolwiek z tych ruchów i za pierwszym garniturem, który jeszcze bywa sprawny intelektualnie, a przynajmniej sprytny, widać co najwyżej kompletnych przygłupów pchających się do władzy i sprawnie awansowanych. 

Potencjał intelektualny i wizja jest zupełnie gdzie indziej. Jedyną wizją polityki adekwatnej do czasów po 2009 obecnie dysponują progresywiści i partie ekologiczne. To jest projekt Green New Deal, który właściwie łączy wszystkie takie partie dookoła świata. Na razie bardziej w formie zawołania bojowego niż kompletnego programu, ale sama nazwa dość dobrze objaśnia treść. Może być lokalnie wprowadzony gdzieś w Europie, ale faktyczną ogólnoświatową zmianę spowoduje jego uruchomienie w USA.

I tu powoli wracamy do Trumpa. Dotychczasowe elity Partii Demokratycznej to jest ta właśnie typowa socjaldemokracja. I brak pomysłu na dalszą politykę, co było doskonale widać w kampanii Clinton. 

Jednak to co się stało, to drastyczne zwiększenie liczby polityków i aktywistów w tej partii. Ale praktycznie wyłącznie spod znaku progresywistów. To byli w prawyborach ci którzy głosowali na Berniego Sandersa. Dziś jest to około 40% deputowanych Partii Demokratycznej. W przyszłych wyborach prawdopodobnie będzie większość.  

Co pozostawia kwestię poważnej zmiany kursu światowej polityki zależną od wyborów do Senatu i prezydenckich w 2020 roku. A kampania rozpocznie się już wkrótce.

Wybory do Senatu są zależne od potencjalnej implozji Partii Republikańskiej, a ta w sporym stopniu od losu Donalda Trumpa. Taka implozja już w ostatnich wyborach nastąpiła w Kalifornii. Partia Republikańska zasadniczo przestała tam istnieć. Tyle że tam nie ma problemu złości na niesprawiedliwość gospodarczą. Są problemy kryzysu opieki zdrowotnej, jak wszędzie, coraz poważniejszy kryzys klimatyczny i straszna sytuacja na rynku mieszkaniowym. Ale tam Partia Demokratyczna miała jakiś pozytywny plan i odpowiedź na te problemy. 
Dziś zaczyna mieć w całym kraju. I to jest alternatywa dla prawicy. Dopiero to. Socjaldemokracja nie jest alternatywą od 2009, a do zeszłego roku nie było żadnego powszechnego programu.
Właściwie był, ale niekompletny. Dziś niemieccy Zieloni, najsilniejsza frakcja w Partii Demokratycznej USA ma ten sam program. Ciekawy i atrakcyjny dla wyborców. I alternatywę dla prostej złości na zepsuty system.
W dłuższej i średniej perspektywie wynik może być tylko jeden. 
Pytanie co nastąpi teraz?

Otóż teraz mamy sytuację taką, że dużą część prestiżu całego tego łańcucha partii trzyma się na osobie Donalda Trumpa. A mamy właśnie nowy Kongres, gdzie Izba reprezentantów będzie się zajmować przez sporą część swojego czasu dochodzeniem w sprawie osoby powiązań, historii i majątku Donalda Trumpa. I z każdym dniem będą wypadać coraz bardziej kompromitujące trupy z szafy. I jego partia będzie tego bronić. Co będzie z dnia na dzień coraz trudniejsze i coraz śmieszniejsze. Na razie Michael Cohen zapowiedział zeznawanie w Kongresie na 7.02. Potem pewnie następni. 

Tak będzie wyglądać ten rok.
Rok postępującej implozji chadeków i socjaldemokracji, kolejnych, ale już ostatnich sukcesów faszystowskiej międzynarodówki i budowy poparcia dla Green New Deal.

Ale większość zobaczy tylko chaos...

Na czym polegają problemy ekonomiczne świata?

Sytuacja na dziś jest tak naprawdę bardzo prosta. Firmy przynoszą zyski, ludzie się bogacą (a przynajmniej ich właściciele) i nie inwestują.

Poziom inwestycji jest żenujący. A olbrzymie pieniądze, które są, lądują na kontach i w spekulacji. Co oznacza parkowanie tych kapitałów w obligacjach skarbowych albo nieruchomościach.
Efekt jest widoczny dookoła świata. Zwyczajowe miejsca, gdzie można zainwestować kapitał i oczekiwać, ze zostanie on produktywnie wykorzystany już dawno takimi nie są. Są w najlepszym przypadku miejscem do zaparkowania, a zazwyczaj jedna wielką bańką spekulacyjna. Mieszkania, na które już nikogo nie stać, zwykłe podmiejskie działki, zabytkowe samochody i obrazy za zupełnie absurdalne ceny. Lokaty na 0% i mnóstwo innych takich rzeczy.
Kapitału jest mnóstwo, stoi i nic nie robi.
A z drugiej strony klasa średnia jest dookoła świata spychana do pracy w śmieciowych pracach, głównie usługowych. Popyt przemysłowy jest marny, prawdziwy rozwój kompletnie rachityczny. Dalej to przekłada się na brak eksportu kapitału do krajów trzeciego świata i kompletny brak produkcyjnych inwestycji tamże. Co przy jeszcze większej niechęci do inwestowania oznacza zupełny brak perspektyw dla większości społeczeństwa. I migracje.

Brak inwestycji oznacza brak solidnej ilości dobrych miejsc pracy. Jednocześnie parkowanie olbrzymich sum na rynku nieruchomości winduje ceny do chorych poziomów. W taki sposób klasa średnia jest zgniatana z dwóch stron.

Podstawowy problem to brak produktywnego wykorzystania kapitału. Ale kapitał nie chce tego robić, bo siła nabywcza masowego konsumenta znika zjadana przez koszty dachu nad głową i brak stabilizacji zawodowej.
To są dwie strony tego samego medalu. Wyjście jest przez inwestycje. Ale to też nie jest proste, bo istnieje podstawowy problem ogólnoświatowej niechęci do wydobycia i zużywania paliw kopalnych. A to są rzeczy, które od 200 lat przynoszą największe zyski. I nawet nie tyle o zyski chodzi, co o możliwość zmonopolizowania i gigantyczny próg wejścia z kapitałem. Dlatego oligarchia tego świata uwielbia inwestować w paliwa kopalne. Żaden drobny rzemieślnik nie mógł konkurować z właścicielami elektrowni. Do niedawna.
Dziś każdy może zamontować sobie panele fotowoltaiczne. Nie dla każdego, ale próg kapitału potrzebnego na elektrownie wiatrową też jest zupełnie inny, niż w tradycyjnej energetyce. Nawet przemysł samochodowy, bardzo zoligopolizowany i zamknięty, dzięki elektryfikacji staje się dostępny dla mniejszych graczy. To wszystko oczywiście dodaje niepewności i ogłupia tradycyjnych oligarchów (choć znaczące zwiększenie poziomu głupoty tej klasy społecznej chyba nie jest możliwe).

To jest jakieś jest rozwiązanie?
Jest i to tak naprawdę proste. Po prostu muszą zacząć znów działać mechanizmy transferu kapitału między kapitalistami i klasa robotniczą oraz pomiędzy państwami z permanentnymi nadwyżkami a tymi mającymi deficyty handlowe. Oraz trzeba ten kapitał wyładować ze spekulacji. Najlepiej w spokojny i kontrolowany sposób.

Jedno jest pewne- obecny system nie działa. Aby mógł działać potrzeba sensownego popytu. Aby to się mogło stać, potrzebne są inwestycje i/lub pobudzanie konsumpcji.

Jako, że oligarchia nie inwestuje, wysiłek inwestycyjny musi przejąć klasa średnia lub państwo. Klasa średnia na większą skalę nie jest w stanie tego zrobić, z powodu braku środków. I wystarczającego rozumienia problemu. Choć np. w Niemczech lat 2004- 2013 (i jeszcze częściowo do dziś) to klasa średnia inwestowała w nowoczesną energetykę, dzięki czemu uniknięto zalewu tego kapitału w produkcję bańki na nieruchomościach. A dziś przemysł korzysta z obłędnie taniej energii.

Mamy w tym wszystkim jeszcze jeden czynnik, czyli stan naszej jedynej planety, który według wszystkich rozsądnych kryteriów powinien całkowicie wykluczać jakikolwiek poważniejszy program inwestycji w wydobycie i zużycie paliw kopalnych.
Co nas sprowadza do konkluzji:
Potrzebny jest, na skalę światową i każdego państwa z osobna (tak jak i UE) program inwestycyjny, który po prostu rozwiąże sprawę  bezproduktywnego kapitału. I przy okazji może rozwiązać problem klimatyczny, bo czemu i nie?

To nie jest szczególnie odkrywcza myśl, ani nic specjalnie trudnego do wykonania. Za to jest to rzecz, która skrajnie mocno uderzyłaby w dzisiejsze interesy oligarchii kapitału. Paradoksalnie, gdyby to całe towarzystwo wyciągnęło zaskórniaki z kont i ruszyło naraz do sensownego inwestowania, to sami by też zarobili sporo więcej niż na trzymaniu londyńskich rezydencji.
Ale w obecnym nastroju inwestycyjnym mało kto widzi sens w jakiejkolwiek produktywnej działalności. W czym propaganda nie pomaga, a wręcz przeciwnie. Zdominowane przez punkt widzenia oligarchii media prezentują znakomite "inwestycje" w grunty, złoto, aż do zabytkowych samochodów. Z czego rosną już zupełnie absurdalne bańki, typu "zabytkowe" Syreny i FSO 1500 ze środkowych lat produkcji (bo rozumiem, ze PF 125 z 1968 ma swoje miejsce w muzeum, ale FSO 1500 z 1986?). Oraz jednocześnie jest dość starannie pomijana i lekceważona przez główne media każda rzecz, która może małym kosztem poprawić życie milionów, zmniejszyć zużycie paliw kopalnych i ulżyć klasie pracującej. Czyli np. powszechne wykorzystanie roweru jako środka transportu w mieście. To akurat wymaga tylko budowy infrastruktury, która jest zresztą obłędnie tania w porównaniu do tej przeznaczonej dla samochodów.

Tak samo rozwój energetyki słonecznej można sfinansować w całości oszczędnościami klasy średniej. A przynajmniej w solidnej części. Problem polega na tym, że każdy zainstalowany panelik fotowoltaiczny podgryza zyski oligarchii gazowo-węglowej. I tu mamy jeden z podstawowych konfliktów. Spada opłacalność produkcji elektryczności, paliw kopalnych, etc. Jednocześnie wielkie pieniądze lubiące się z wielką polityka usiłują to hamować, zmniejszać zyskowność, bronic status quo. Co się przekłada na pakowanie kapitału w spekulację, a nie inwestycje, bo inwestowanie w to co ma sens, zabije dzisiejszą wartość kapitału.
Co nas sprowadza do jednego z niewielu krajów, gdzie jest robione to co powinno być. Od załamania się dotychczasowego systemu w 2009 roku, Chiny przestawiły się na  inwestycje w wydajność energetyczną, czyli w energetykę odnawialną. Nikt nie poszedł za ich przykładem. Czego efektem jest to, że największa na świecie sieć szybkiej kolei jest... zgadnijcie gdzie. Największa na świecie ilość instalowanej energetyki słonecznej. Jest w tym samym kraju. Wiatrowej też. I produkcja baterii litowych także.  I produkcja pojazdów elektrycznych też. Oraz gigantyczny popyt wewnętrzny. Choć ze skłonnością chińczyków do oszczędzania- zdecydowanie za mały, aby utrzymać działająca gospodarkę.

Tyle, że w Chinach obecnie dominuje jest duma z postępów kraju i poczucie, ze jest liderem na froncie rewolucji energetycznej.

Tu możemy sobie zadać pytanie co zrobić, aby ten majtek zgromadzony przez oligarchię użyć inwestycyjnie. Wybór jest prosty. Albo namawiamy ogół kapitalistów do inwestowania, albo inwestuje państwo. A środki mogą pojawić się w budżecie tylko kosztem oligarchów, bo biedota i klasa średnia i tak jest  przyciśnięta do muru kosztami dachu nad głową i brakiem stabilizacji.
Czyli, bardzo brutalnie określając temat: droga szlachto: albo sama zechcesz zacząć zmieniać świat, albo my ten świat zmienimy za ciebie. Za wasze pieniądze, bo innych i tak nie ma.
Jedyny wybór jaki pozostaje to pytanie czy oligarchia sama wycofa pieniądze z tezauryzacji, czy zrobi to pod groźbą aparatu podatkowego czy też będzie się opierać aż do końca. Gdzie końcem dla wielu na przełomie 18 i 19 wieku był wynalazek doktora Giullotin. Co jest oczywiście kompletnie bez sensu, ale szukanie sensu w stadnych zachowaniach klasy społecznej jest jeszcze bardziej bez sensu.

A po więcej i szczegóły zapraszam na Rewolucję Energetyczną, gdzie już jest tekst rozwijający ideę Green New Deal (to jedna z nazw takich propozycji, nie jestem pierwszym, ani ostatnim podrzucającym ten pomysł). 




O niezależności energetycznej i polityce przemysłowej w Polsce

Przez część mediów w Polsce przeleciały informacje o sukcesach w budowaniu niezależności energetycznej dzięki importowi ropy z Arabii Saudyjskiej zamiast z Rosji. Oraz wielki sukces w namawianiu Duńczyków na rurę gazową do Polski. Tak też zostało to przedstawione w co poniektórych mediach. Jest to stawianie sprawy na głowie.

Stawiając sprawy tak jak powinny stać, to niezależność energetyczna dla kraju to jest niezależność od importu energii. Czy import ropy z KSA i gazu z Norwegii jest niezależnością od importu? Jakby nie bardzo. 
A czym jest? Tym czym jest, czyli importowaniem surowców energetycznych od innych dostawców. A do czego to może służyć? Do tego samego co zawsze. Do zabezpieczenia się przed fochami monopolistycznego dostawcy. Czego też nie należy nazywać niezależnością energetyczną. Jest to niezależność od fochów monopolisty, może od konkretnego szantażu, ale nie od importu energii. 

Druga sprawa, którą ma załatwić dywersyfikacja źródeł gazu i ropy to osłabienie ekonomiczne Rosji. To jest czysta, dokładna i piramidalna bzdura. Rynek ropy naftowej jest rynkiem globalnym. Cena jest jedna dookoła świata, później korygowana o jakość konkretnego surowca i warunki dostawy (mocno upraszczając, ale ropa naftowa jest w olbrzymim stopniu towarem łatwym do transportu i zamiany). Nie sprzedana ropa nie zmarnuje sie, zostanie sprzedana gdzie indziej.
To oznacza, że zakup ropy z KSA lub Wenezueli nie ma żadnego wpływu ani na przychody KSA, Petroleos de Venezuela, ani Rosji ze sprzedaży ropy. To co ma znaczenie, to globalny popyt, który się nie zmieni. Tzn. minimalnie wskutek transportu tankowcami zamiast rurociągami, ale uznajmy to za nieistotne.
Co może zmienić sytuację? To oczywiste- zmiana punktu równowagi rynkowej. Zwiększenie podaży lub zmniejszenie popytu. Takie zjawisko istotnie zmieniłoby ceny, budżety i możliwości państw naftowych, w tym oczywiście zagrożenie militarne i plityczne ze strony Rosji.
Na podaż ropy na światową skalę ani polski rząd, ani firmy nie mają większego wpływu, pozostaje więc druga opcja- zmniejszanie popytu.

Stąd, jeśli ktokolwiek, w jakimkolwiek kontekście chce prowadzić "politykę energetyczną w celu zabezpieczenia sie przed Rosją" to pierwsze pytanie wobec takiego planu powinno brzmieć "a co dokładnie chcesz robić w celu zmniejszenia popytu na ropę w skali Polski i/lub Europy czy świata?". Jeśli nie uzyskamy na takie pytanie jasnej odpowidzi, to już wiemy, że mamy do czynienia z kompletnym ignorantem lub oszustem. Bardzo ładny test, którego nie zdałoby zapewne 99% ględzacych w Polsce o "niezależności energetycznej". 

A skoro o niezależności energetycznej mowa. 
Jakie są w Polsce krajowe źródła energii? 
Jest węgiel. Generalnie w Polsce bardzo drogi w wydobyciu, ale relatywnie sporo, można go wydobywać w ilościach które w miarę wystarczą dla krajowych potrzeb w zakresie elektryczności.
Jest słońce. W ilościach nieograniczonych, ale ta energia jest dość droga, bo ilości dostarczanej w roku energii nie są imponujące. Nie jest bardzo droga, jest zaledwie droższa od istniejących elektrowni węglowych i porównywalna z potencjalnymi nowymi elektrowniami; może być tańsza od prądu z nowych elektrowni atomowych.
Jest wiatr. Ilości praktycznie nieograniczone, pozwalające na produkcję dość taniej elektryczności. 
Jest całkiem istotne wydobycie gazu, ale dużo za małe na obecne krajowe potrzeby. 
Ilość wydobywanej ropy jest znikoma.

W polskich warunkach energię zużywa się głównie w formie elektryczności, ciepła do ogrzewania oraz energii w transporcie.
Co do elektryczności, nawet pomijając źródła odnawialne, w zakresie niezależności jest tylko jedno pytanie- jak zrezygnować z gazu w generacji pradu? 
W zakresie ciepła użytkowego pytanie jest właściwie takie samo, tyle, że dotyczy również oleju opałowego. 
W zakresie transportu zasadnicze pytanie brzmi "jak zrezygnować z ropy naftowej, lub co najmniej maksymalnie ograniczyc jej zużycie?"
Według mnie rozsądna odpowiedź jest jedna, czyli maksymalna możliwa elektryfikacja transportu. Jeśli w pozostałych miejscach zużycia gazu uda się ograniczyć poniżej krajowego wydobycia, to częścia odpowiedzi jest używanie gazu ziemnego w transporcie. Częścią odpowiedzi od razu może być używanie biogazu w transporcie.
Nawet stosując wszystkie te opcje w maksymalnym możliwym stopniu, kwestia rezygnacji z paliw płynnych i ich importu to odległa przyszłość. Ale, to co napisałem powyżej to jest jedyna metoda prawdziwej niezależności energetycznej.
Możemy i powinniśmy rozmawiać o tym, jaka jest najefektywniejsza droga elektryfikacji transportu. O tym, jak reformować wytwarzanie ciepła i elektryczności. Ale jeśli ktoś, konkretnie minister rządu deklarującego dążenie do niezależności energetycznej, zamierza zastępować kolej napędzaną krajowym prądem za pomocą barek napędzanych importowaną ropą i nazywać to... No własnie nie wiem jak minister to nazywa. Wiem jak ja to nazywam, ale tych słów nie użyję na piśmie.
Ten sam rząd dzielnie popiera budowę elektrowni na gaz i utrudnia jak tylko może budowę elektrowni zasilanych krajowymi źródłami energii, tj. wiatrem i słońcem. 
Przy okazji nie ma żadnego planu i zamiaru zwiększania udziału transportu elektrycznego  w przemieszczaniu ludzi i towarów.

Nie trzeba wymyślać prochu, to są bardzo proste pytania, odpowiedzi też są proste. I nie, nie potrzeba rezygnować z ropy, gazu i węgla jutro. Wystarczy, że w skali świata cały czas utrzyma się nadwyżka mocy wydobywczych nad popytem, a ceny pozostaną niskie. Sposorzy terroryzmu pozostaną bez pieniędzy, a wszystkim bedzie żyło się lepiej.
I to są poważne pytania, na które powinien jakiejś odpowiedzi udzielić każdy, kto twierdzi, że ma pojęcie o energii, energetyce, polityce surowcowej i jakkolwiek to jeszcze inaczej nazwać.
W zakresie niezależności energetycznej pierwsze pytanie brzmi- jak ma wyglądać ścieżka odejścia od używania ropy naftowej?
Drugie- jak zaprzestać importu gazu ziemnego? Nie "skąd go brać", tylko "jak nie importować?"
W zakresie elektryczności i ogrzewania- jak produkować niezbędne ilości prądu jednocześnie zmniejszając emisje CO2
Na to wszystko nakłada sie polityka przemysłowa. Energochłonny przemysł potrzebuje taniej energii, dziś w praktyce- taniej elektryczności. W tym zakresie też trzeba udzielić jakiejś odpowiedzi. Czy rozwój przemysłu ciężkiego jest potrzebny i skąd wziąć tanią elektryczność? Bo z wegla się nie da, elektrycznosć z węgla już nie jest tania. Albo jej ceny będą zaniżane przez konkurencję OZE do stopnia nieopłacalności produkcji, jak to ma miejsce w Niemczech, albo prąd dla przemysłu musi być dotowany. Na dziś nie ma takeij możliwości, aby bez dotacji utrzymać przemysł ciężki oparty na energetyce węglowej. Huty aluminium z Polski zniknęły i nie wrócą. 
Dla wszystkich innych odbiorców prąd może być trochę droższy, albo trochę tańszy, dla większości nie stanowi to żadnej różnicy. 

Jak rozwiązać kwestie ogrzewania? Czy postawić na dominację elektryczności w ogrzewaniu, jak we Francji? Czy może na powszechność sieci ciepłowniczych, wzorem Danii?  A może położyć większy nacisk na energooszczędność domów, do stopnia pasywności i pominąć zupełnie kwestie ogrzewania, w którym to kierunkiu idą Niemcy?

Czy elektryfikację transportu rozpocząć od transportu osób czy towarów? Czy ważniejsze są inwestycje pokazowe, budujące prestiż państwa, jak np. szybka kolej, czy może jednak mało widoczne np. elektryfikacja lokalnej dystrubucji towarów? 
A może uznać za absolutny priorytet zwiększenie produkcji biogazu i powszechne używanie go jako paliwa? Czy zajmować się i jak wielki priorytet przyznać pozyskiwaniu syntetycznych biopaliw? 
To są przykładowe pytania. Dyskusje, które należy odbyć i pytania jakie powinni zadać sobie politycy mówiący o niezależności energetycznej. 
Nawet jeśli je zadano, nikt nie potrafił odpowiedzieć na te pytania z minimalnym poziomem wiedzy technicznej, przynajmniej na to wskazują obecnie ogłaszane plany rządowe.
Ale nawet nie to jest najgorsze. Każda z odpowiedzi na to pytanie, to jest jakaś, nieco inna wizja kraju. I żaden, dokładnie żaden z rządów w historii 3 RP nie podjął nawet próby dyskusji na temat jak ta przyszłosć ma wyglądać. 
W pewnym zakresie jest to usprawiedliwione. Elity, które przejęły władzę w 1989 roku, były przesączone ideami liberalizmu i negowały potrzebę takiej dyskusji i prowadzenia jakiejkolwiek polityki. OK, to była jakaś ideologia. Czas pokazał, że bezdennie głupia, ale była. Nieliczne rządy, które się temu sprzeciwiały, starały się przede wszystkim złagodzić impakt neoliberalizmu i zyskać czas na dyskusję i zastanowienie się. Rządy koalicji PO-PSL starały się w miarę możliwości prowadzić politykę niemiecką i rosyjską, ewentualną dyskusję na jakikolwiek temat załatwiając aresztami i pałkami. 
Nie można mieć do nich pretensji o brak publicznej dyskusji na temat przyszłej polityki energetycznej, skoro nie było dyskusji na temat zatrzymań dziennikarzy przez policję, pałowania manifestantów, wielomiesięcznych aresztów przeciwników politycznych na podstawie fałszywych zarzutów i przyspieszonego rozbrajania armii.
Tak, widzę proporcje. 
Za najgorsze uważam to, że brak był jakiejkolwiek odpowiedzialnej dyskusji nad obecnie realizowanym programem. Pierwszą nową polityką przemysłową w 3 RP. Poważny plan i zrobiony w tak skrajnie niekompetentny sposób, że dobrze przygotowany licealista powinien umieć wytknąć najpoważniejsze błędy. Nic nie stało na przeszkodzie, ani w czasach opozycji, ani dziś aby kierunek polityki energetycznej i przemysłowej był określony w publicznej i odpowiedzialnej dyskusji. Może oprócz braku dyskutantów....

Jak na razie w określaniu kierunku i budowaniu rozwoju Polski zostało zmarnowanych kolejne 27 lat, wszystko wskazuje na to, że będzie zmarnowane kolejne 8. Tym razem w pogoni za modelem rozwoju, który już nie istnieje, ale decydenci o tym nie wiedzą, bo nikt im nie powiedział, bo nie było publicznej dyskusji. A może nie było dyskutantów...

Ale mam nadzieję, że przynajmiej częśc Czytelników będzie potrafiła zadać jakieś pytania i odróżnić normalną dyskusję od plecenia andronów. Dla ułatwienia podpowiem, że to ostatnie to około 100% wypowiedzi polskich polityków, z wszystkich stron oraz jakieś 80% wypowiedzi "ekspertów", w tym 99% "ekspertów od surowców, ropy i gazu"