Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

Gerrymangering

Tytułowe zjawisko jest dość interesujące. A dokładniej powinno nas teraz interesować bo moze mieć ciekawe konsekwencje dla świata.

Dla przypomnienia gerrymangering to procedura zmiany granic okręgów wyborczych w taki sposób, aby zapewnić zwycięstwo w wyborach jednej z partii, nawet jeśli jest daleka od osiągnięcia większości. 
Robi się to tak, że przez te manipulacje granicami okręgów "pakuje" się wyborców przeciwnika w jeden/kilka okręgów, gdzie osiąga on powiedzmy 90% poparcia, a pozostałe tak konstruuje aby nasza partia zdobyła tam nieco ponad połowę głosów. W ten sposób, jeśli na danym obszarze wybieramy powiedzmy 10 posłów w jednomandatowych okręgach po 1000 wyborców każdy i dwie parte, A i B, to możemy te okręgi podzielić tak:
W 4 okręgach zwycięża partia B. Zdobywając wszystkie głosy, po 1000. Razem 4000 na partię B, 0 głosów na partię B.
W 6 okręgach zwycięża partia A. Zdobywa po 501 głosów w każdym, partia B po 499. Razem 3006 na partię A i 2994 na partię B.

Łącznie partia A zdobyła 3006 głosów z 10 tys., a partia B 6994 z 10 tys. Partia A otrzymuje większość mandatów przy 30% głosów. Pytanie- zwolennikiem której partii był człowiek odpowiedzialny za ustalenie granic okręgów wyborczych?

Po chwili refleksji koniecznej na przemyślenie powyższych wyników możemy łatwo się domyślić, że granice okręgów ustalał zwolennik partii A. Ale wybory nie są aż tak precyzyjnie przewidywalne. A przynajmniej nie w każdym kraju. Zresztą w tych, gdzie są doskonale przewidywalne, nie potrzeba sztuczek z granicami okręgów. 
Więc potrzeba do tego dość solidnych badań wyborczych, ale też określonej geografii wyborczej. Podziału społeczeństwa na bloki wyborcze zależne od miejsca zamieszkania. Albo na miejsce zamieszkania zależnie od preferencji wyborczych. Albo zamożności wpływającej na jedno i drugie. W podanym przykładzie te dane musiały być nieskończenie precyzyjne. Takich danych nie ma. W rzeczywistości mówimy o głosowaniu w pierwszych 4 okręgach w powiedzmy 70-80% na partię B i 55% w pozostałych na partię A. Partia A nadal wygrywa zdobywając mniejszość głosów, ale różnica nie jest aż tak drastyczna jak w pierwszym przykładzie. 

Oprócz orientacji z geograficznych preferencjach wyborców i stabilności tych preferencji potrzeba solidnej dozy cynizmu u stosownych decycentów, przez co partie bliższe ideałom demokracji rzadziej stosują takie metody. I oczywiście działają one jedynie w przypadku ordynacji większościowej. Co przy okazji zaleca patrzenie z jeszcze większą podejrzliwością na promotorów takich rozwiązań.

Po tym skrótowym przedstawieniu problemu, drodzy Czytelnicy, kto z Was zauważył gigantyczną słabość tego rozwiązania?
Tak, może zapewnić długoletnie rządy mniejszości. Ale tylko pod warunkiem stabilności. Jeśli sytuacja się naprawdę posypie, partia A zacznie być postrzegana jako prawdziwa banda, której należy się pozbyć za wszelką cenę, to nawet zwyczajowy margines tych 5 czy 10% nie pomoże. Stracą 10% poparcia, ale też wszystkie mandaty. Jak ktoś nie zauważył jak to możliwe- partia B zbiera swoje 4 miejsca, jak zawsze. Ale potem uzyskuje nieco ponad większość w pozostałych 6. I tak uzyskując powiedzmy 60% głosów zdobywa 100% mandatów. Przez pazerność partii A.

A teraz możemy rozszyfrować tej nazwy partii. Masowy gerrymangering w USA uprawiają Republikanie, a Demokraci raczej nie. Miejscami, sporadycznie, ale zasadniczo prawdziwym byłoby twierdzenie że to Republikanie opierają swój biznes polityczny na utrzymywaniu władzy mniejszości wszystkimi możliwymi metodami, a Demokraci, jeśli w ogóle starają się walczyć o władzę, to robią to odwołując się do głosu większości. 
I ten proceder zupełnie dobrze działał z punktu wiedzenia Republikanów, a zwłaszcza sponsorującej ich oligarchii. Od czasu przejęcia rasistów przez Partię Republikańską, w przededniu wyboru Nixona, to ta partia dominowała w polityce USA. 
I dominuje do dziś, między resztą swoich polityk, kultywując też rasizm. 

Ale zanim wrócimy do USA, możemy jeszcze pokazać przykład manipulacji okręgami z polskiego podwórka. Otóż szalona reforma samorządowa w wykonaniu AWS m.in. powołała nowe województwa. I w tym przypadku te województwa nadal były okręgami wyborczymi, ale o kształcie tych okręgów mógł zdecydować rząd. I zdecydował, Województwa stały się bardzo dziwne z punktu widzenia sieci powiązań gospodarczych, poziomu rozwoju, sieci transportowej, czy rozwoju przemysłowego. 
Ale za to stały się zupełnie nie dziwne, jeśli uznamy, że główną cechą jest poparcie dla AWS. Z pewnym marginesem, oczywiście.
Ale potem się okazało, że Polska tych reform wybitnie nie lubi, a duet 4 neoliberalnych reform i Balcerowicza to było dużo za dużo. AWS i tak się w ogóle nie dostał do parlamentu, ale gdyby uzyskał wynik trochę lepszy niż kompletnie katastrofalny, to i tak by się przejechał na swoich rachubach senackich.
Bo nie zapominajmy, że cała ta zabawa może działać tylko w wyborach większościowych, a takie są w Polsce do Senatu. Ale implozja AWS miała minimalne znaczenie dla Polski i żadnego dla świata. 
Za to polityka w USA ma podstawowe znaczeni dla świata. 
I dlatego nadchodzące wybory są ważne. I ja bardzo, bardzo chciałbym zobaczyć ten efekt zemsty gerrymangeringu. Bo to może zatopić kompletnie Partię Republikańską. 

Nieudany wybór Beaty Szydło i nowa przewodnicząca KE Ursula von der Leyen

Jest dalszy ciąg rozgrywek, które opisałem w poprzednim wpisie.
I są coraz ciekawsze. Miały miejsce głosowania w dwóch sprawach, które zdecydują, albo już zdecydowały o przyszłości Unii. Znaczy, nie zdecydują zerojedynkowo, ale ukształtują na nowo relacje miedzy władzami.

Początek obecnej kadencji to jest nowa odsłona starej jak Europa walki króla z parlamentem. I jak to miało miejsce przez ostatnie tysiąc lat, król ma możliwości manipulacji, negocjacji, szantażu i przekupstwa, ale w ostateczności władza krok po kroku trafia w ręce parlamentu. 

Dokładnie taka sytuacja miała miejsce w sprawie wyboru przewodniczącej Komisji, Ursuli van Leyden i jeszcze ciekawszego nie wybrania Beaty Szydło na przewodniczącą  komisji parlamentu.

Dotychczas było tak, przez ostatnie 40 lat, że koalicja socjalistów i chadeków miała większość, a technicznie cały układ sił był uzgadniany przy stoliku przez władze Niemiec i Francji i jakoś akceptowany przez pozostałych wielkich. Parlament był tylko ozdobą, a i sama Komisja służyła raczej jako przedłużenie woli elit krajowych. Z nieproporcjonalnie wielkim wpływem kanclerza Niemiec. 

Ostatnie wybory popsuły tę zabawę. Nie dość, że tradycyjne partie nie maja większości, to jeszcze we Francji w praktyce implodowały i prawie zniknęły ze sceny politycznej. Nic zaskakującego, że prezydent Francji nie czuł się zobowiązany przestrzegać tych zwyczajowych ustaleń. I kiedy Merkel po wyborach, jak zwykle zadzwoniła do francuskiego prezydenta, aby powiedzieć mu kto będzie przewodniczącym Komisji, i że to będzie znowu Juncker, to usłyszała zupełnie konkretne "nie ma mowy".

Wtedy zaczęła się zabawa. Merkel, jak widać było po popieraniu Junckera, ale też krajowej polityce, robi wszystko co możliwe, aby promować banksterkę, oligarchię i lobby węglowo-naftowe. 

Następną propozycją był Franz Timmermans, który osiągnął niezły wynik wyborczy w rodzinnej Holandii na platformie ochrony integracji europejskiej i jej dorobku. Co obejmuje również dbałość o rządy prawa, funkcjonujący trójpodział władz, etc. Co podziało jak płachta na byka na władze Węgier, Rumunii i Polski. 

Ale to były na razie  rzeczy, które były zupełnie zwyczajne, tak się to odbywało przez 40 lat. 

Tym razem odbyło się w dziwny, hybrydowy sposób, bo jednocześnie negocjowali szefowie państw, jak też trzeba było brać pod uwagę układy partyjne. 

Ci szefowie państw starali się jak mogli je ignorować i traktować PE tak jak zawsze, czyli biurokratyczne ciało pozbawione władzy. Tak było do niedawna, bo sami załatwiali wszystko ponad głowami parlamentarzystów. 
Teraz to się mogło zmienić, bo z racji rozkładu głosów już się tak nie dało załatwić. I własnie o przypomnienie tego i jasną rozgrywkę w sprawie przewodniczącego i składu Komisji chodziło w głosowaniu nad kandydaturą Beaty Szydło.
Liberałowie chcieli przypomnieć że jeszcze istnieją i włączyć się do rozmów koalicyjnych. To nie wyszło. Znaczy przypomnieli, że parlament ma znaczenie i tyle. 

A tak naprawdę to przestraszyli nic nie rozumiejących prawicowych tłuków z Polski i Włoch. Czym dali znakomitą okazje Merkel do przepchnięcia kandydatury von der Leyen, która też nie miała szans bez poparcia liberałów lub zielonych. 
Więc mamy nową przewodniczącą Komisji z bardzo słabym mandatem, a właściwie to mniejszościowym, jedynie zatwierdzonym w przypadkowy sposób.
Co pokazuje, oczywistą rzecz, jak bardzo sprawnym w takim rzemiośle politykiem jest Angela Merkel. Dodawszy do tego jak bardzo jest bezużyteczna w poprawie spraw na dłuższą metę, czekam z niecierpliwością na dzień, kiedy zostanie odspawana od stołka. Końca Rajoya sie doczekaliśmy, może i ona w końcu zniknie.
A tymczasem von der Leyen będzie w praktyce kierować mniejszościowym rządem. I albo będzie to: a) słaby rząd i koalicja na przetrwanie, 
b) koalicja zostanie rozszerzona z możliwą zmianą przewodniczącego
c) Komisja będzie próbowała coś robić i za każdym razem będą realizowane koncesje na rzecz opozycji- realizujące jej program lub zwiększające władzę. 

Wszystkie opcje są na stole, można zgadnąć że prawica liczy na pierwszą wersję wydarzeń i będzie nad nią pracować. 
Co w sumie spowoduje reakcję, zarówno ze strony liberałów, jak też zielonych w celu utrzymania Unii i sprawnego funkcjonowania jej władz. Co może spowodować szybką wymianę przewodniczącej jeśli będzie unikać pracy i odpowiedzialności.
Opcja c) wydaje mi się na razie najbardziej prawdopodobna. Komisja będzie działać jak zawsze, ale z każdym projektem negocjację będą coraz mniej międzypaństwowe, a coraz bardziej międzypartyjne. Co jest bardzo dobrym rozwiązaniem, bo polityka europejska będzie się stawać coraz bardziej klarowna i samodzielna. 
I w sumie to jest najlepsze wyjście, bo te partie z którymi można się dogadać, to są dokładnie te, które maja rozsądniejszy pomysł na politykę, w szczególności chodzi o Zielonych. 

Takie życie parlamentarne ma sporą szansę doprowadzić do zupełnie innej sytuacji w połowie kadencji. Choć bym raczej podejrzewał, że Komisja przetrwa do końca, to wcale bym się nie zdziwił, gdyby została po raz pierwszy odwołana w połowie kadencji, wskutek zmiany koalicji. 

Raczej by to się stało wskutek utraty politycznego znaczenia którejś z partii. Co w tym układzie może oznaczać tylko wyborczą implozję chadecji w jedynym kraju gdzie maj jeszcze ona jakieś znaczenie, czyli w Niemczech. To byłby też koniec kariery Merkel (jeśli by jej nie zakończyła wcześniej) i możliwy kryzys polityczny w PE. 

Sytuacja jest dynamiczna, obecne wyjście jest w sumie nieciekawe, mam nadzieję, że nowa przewodnicząca okaże się bardziej aktywna niż się wszyscy spodziewają. A w każdej wersji Parlament zyskuje na władzy i znaczeniu. Chyba, że wszyscy kompletnie spaprają sprawę bo nic nie rozumieją, ale w to akurat wątpię. To ciało naprawdę nie składa się z samych Czarneckich. 

Ale na pewno to jest znaczący postęp w stosunku do Junckera. 

Co dalej z Trumpem?

Drobna wzmianka o sytuacji politycznej w USA. 
Bardzo szkoda, że Trump tak szybko zbliża się do wylotu z urzędu. Ja go w tej chwili lubię na stołku. Nie dlatego, że coś szczególnego się zmieniło. Otóż dlatego, że w tej chwili bez jednej dorosłej i odpowiedzialnej osoby w rządzie i wkrótce z Izbą reprezentantów patrzącą mu na ręce, a zaraz potem raportem Muellera. będzie co prawda nadal szkodnikiem ale bez realnych możliwości oddziaływania. A Prezydent Pence ruszy z czystą kartą. I zdąży zrobić naprawdę dodatkowe sporo złego.

Na razie Trump ma na koncie tylko popsucie relacji z sojusznikami, ale tu skazanie go naprawi sprawę, wojnę handlową i wkrótce recesję, ale to jest do przeżycia i odkręcenia, oraz zdradę kurdyjskich sojuszników i oddanie Rosji solidnej części wpływów na bliskim wschodzie. To jest problem, potężnie wzmocnił Rosję, osłabił USA i to w zakresie, który jest nie do naprawienia. 
Ale jeszcze kilka dni i już nie zrobi żadnego takiego numeru, bo w każdej chwili będzie nad nim wisieć proces i potencjalnie więzienie. Nad Pencem nie, a jest dokładnie z tej samej bajki, może oprócz wieloletniego brania forsy z Kremla.
Tak czy inaczej teraz jest czas aby rozejrzeć się wokół, przypomnieć sobie kto go wychwalał i bronił, a jeszcze zabawniejsze będzie obserwowanie zmiany frontu w najbliższych tygodniach. 
Tak czy inaczej ja teraz trzymam kciuki za trumpa, aby jak najdłużej nie pękł i nie rezygnował ze stołka.
Ale warto wiedzieć jakie są opcje na talerzu.
Najbardziej prawdopodobny jest Nixon- bis. Czyli trzymanie się stołka tak długo tylko można i dopiero zapowiedź Republikanów o głosowaniu za impeachmentem spowoduje rezygnację. To by potrwało, i to sporo. Całkiem dużą cześć procedury, przesłuchanie w Izbie Reprezentantów, pisanie aktu oskarżenia, itp. Jak dla mnie rewelacyjne wyjście. Gdyby to potrwało do wyborów to jestem zadowolony.

Szybsza rezygnację. Co by mogło być częścią ugody sądowej za zmniejszenie wyroku. Bardziej prawdopodobne, jeśli najpierw za kratami wyląduje reszta rodzinki, znaczy synkowie, córka i zięć. Kwity są na każdego. Tu prezydent Pence mógłby wszystkich szybko ułaskawić, ale Uberprzygłup chyba nie jest zdolny do takiej kombinacji. A raczej dotrze do niego, ale jak będzie dużo za późno.

Brak ścigania i dokończenie kadencji. To na dziś jest nieprawdopodobne. Kilka dni temu wypłynął list intencyjny w sprawie budowy kolejnej Trump Tower. W Moskwie. Podpisany osobiście przez Donalda J Trumpa w czasie kampanii wyborczej.  

Teoretycznie możliwe jest jeszcze zabawniejsze wyjście. Czyli ściganie w zwykłej procedurze karnej. Granice gdzie impeachment jest obowiązkowy są dość mętne. I można za część lub wszystko ścigać zwyczajnie, jak każdego. To raczej by tez oznaczało ugodę z rezygnacja, ale równie dobrze mógłby odbyć się kompletny proces i wsadzenie za kraty urzędującego prezydenta. W takim przypadku impeachment byłby już formalnością i odbyłby sie w przyspieszonym tempie, ale to zawsze inna, zabawniejsza opcja.

To co mogłoby naprawdę zmienić obraz sytuacji to zdjęcia zarówno Trumpa jak też Penca. Obowiązki prezydenta przejmuje wtedy Nancy Pelosi. Oczywiście Republikanie w Senacie do tego nie dopuszczą, i nawet jeśli by to tak miało wyglądać, to zrobią odstęp choć jednego dnia na mianowanie nowego wiceprezydenta. 

Na koniec jest jeszcze tryb 25 poprawki, czyli z grubsza rzecz biorąc zdjęcie prezydenta przez jego własny gabinet. W sumie coraz bardziej możliwe. Bo o ile Nixon po prostu zaczął pić na umór i na kilka miesięcy stracił kontakt ze światem, więc nie był dla nikogo zagrożeniem (po tym jak Kissinger zabrał mu walizkę atomową), to Trump generalnie nie pije od czasu kiedy jego brat zachlał się na śmierć. To oznacza, że będzie aktywny, ale coraz bardziej funkcjonujący w świecie swoich fantazji i i alternatywnej rzeczywistości. To już dziś jest niebezpieczny poziom, jeszcze trochę i go po prostu trzeba będzie zdjąć. Miejmy nadzieję, że w razie czego nawet takie typy jak obecny gabinet będą w stanie to zrobić. 

Tak czy inaczej, jak napisałem na początku, ja trzymam kciuki za dotrwanie przez niego do końca kadencji albo w okolice. Rezygnacja czy zdjęcie z urzędu w czasie zaawansowanej kampanii wyborczej nie będzie złe. Kiedy to nastąpi jak już będzie wybranym kandydatem GOP do reelekcji to w sumie OK. 
Zmiana teraz by jeszcze dała czas na odcięcie się i pokazanie Trumpa jako drobnego wypaczenia dobrej partii. 

O niezależności energetycznej i polityce przemysłowej w Polsce

Przez część mediów w Polsce przeleciały informacje o sukcesach w budowaniu niezależności energetycznej dzięki importowi ropy z Arabii Saudyjskiej zamiast z Rosji. Oraz wielki sukces w namawianiu Duńczyków na rurę gazową do Polski. Tak też zostało to przedstawione w co poniektórych mediach. Jest to stawianie sprawy na głowie.

Stawiając sprawy tak jak powinny stać, to niezależność energetyczna dla kraju to jest niezależność od importu energii. Czy import ropy z KSA i gazu z Norwegii jest niezależnością od importu? Jakby nie bardzo. 
A czym jest? Tym czym jest, czyli importowaniem surowców energetycznych od innych dostawców. A do czego to może służyć? Do tego samego co zawsze. Do zabezpieczenia się przed fochami monopolistycznego dostawcy. Czego też nie należy nazywać niezależnością energetyczną. Jest to niezależność od fochów monopolisty, może od konkretnego szantażu, ale nie od importu energii. 

Druga sprawa, którą ma załatwić dywersyfikacja źródeł gazu i ropy to osłabienie ekonomiczne Rosji. To jest czysta, dokładna i piramidalna bzdura. Rynek ropy naftowej jest rynkiem globalnym. Cena jest jedna dookoła świata, później korygowana o jakość konkretnego surowca i warunki dostawy (mocno upraszczając, ale ropa naftowa jest w olbrzymim stopniu towarem łatwym do transportu i zamiany). Nie sprzedana ropa nie zmarnuje sie, zostanie sprzedana gdzie indziej.
To oznacza, że zakup ropy z KSA lub Wenezueli nie ma żadnego wpływu ani na przychody KSA, Petroleos de Venezuela, ani Rosji ze sprzedaży ropy. To co ma znaczenie, to globalny popyt, który się nie zmieni. Tzn. minimalnie wskutek transportu tankowcami zamiast rurociągami, ale uznajmy to za nieistotne.
Co może zmienić sytuację? To oczywiste- zmiana punktu równowagi rynkowej. Zwiększenie podaży lub zmniejszenie popytu. Takie zjawisko istotnie zmieniłoby ceny, budżety i możliwości państw naftowych, w tym oczywiście zagrożenie militarne i plityczne ze strony Rosji.
Na podaż ropy na światową skalę ani polski rząd, ani firmy nie mają większego wpływu, pozostaje więc druga opcja- zmniejszanie popytu.

Stąd, jeśli ktokolwiek, w jakimkolwiek kontekście chce prowadzić "politykę energetyczną w celu zabezpieczenia sie przed Rosją" to pierwsze pytanie wobec takiego planu powinno brzmieć "a co dokładnie chcesz robić w celu zmniejszenia popytu na ropę w skali Polski i/lub Europy czy świata?". Jeśli nie uzyskamy na takie pytanie jasnej odpowidzi, to już wiemy, że mamy do czynienia z kompletnym ignorantem lub oszustem. Bardzo ładny test, którego nie zdałoby zapewne 99% ględzacych w Polsce o "niezależności energetycznej". 

A skoro o niezależności energetycznej mowa. 
Jakie są w Polsce krajowe źródła energii? 
Jest węgiel. Generalnie w Polsce bardzo drogi w wydobyciu, ale relatywnie sporo, można go wydobywać w ilościach które w miarę wystarczą dla krajowych potrzeb w zakresie elektryczności.
Jest słońce. W ilościach nieograniczonych, ale ta energia jest dość droga, bo ilości dostarczanej w roku energii nie są imponujące. Nie jest bardzo droga, jest zaledwie droższa od istniejących elektrowni węglowych i porównywalna z potencjalnymi nowymi elektrowniami; może być tańsza od prądu z nowych elektrowni atomowych.
Jest wiatr. Ilości praktycznie nieograniczone, pozwalające na produkcję dość taniej elektryczności. 
Jest całkiem istotne wydobycie gazu, ale dużo za małe na obecne krajowe potrzeby. 
Ilość wydobywanej ropy jest znikoma.

W polskich warunkach energię zużywa się głównie w formie elektryczności, ciepła do ogrzewania oraz energii w transporcie.
Co do elektryczności, nawet pomijając źródła odnawialne, w zakresie niezależności jest tylko jedno pytanie- jak zrezygnować z gazu w generacji pradu? 
W zakresie ciepła użytkowego pytanie jest właściwie takie samo, tyle, że dotyczy również oleju opałowego. 
W zakresie transportu zasadnicze pytanie brzmi "jak zrezygnować z ropy naftowej, lub co najmniej maksymalnie ograniczyc jej zużycie?"
Według mnie rozsądna odpowiedź jest jedna, czyli maksymalna możliwa elektryfikacja transportu. Jeśli w pozostałych miejscach zużycia gazu uda się ograniczyć poniżej krajowego wydobycia, to częścia odpowiedzi jest używanie gazu ziemnego w transporcie. Częścią odpowiedzi od razu może być używanie biogazu w transporcie.
Nawet stosując wszystkie te opcje w maksymalnym możliwym stopniu, kwestia rezygnacji z paliw płynnych i ich importu to odległa przyszłość. Ale, to co napisałem powyżej to jest jedyna metoda prawdziwej niezależności energetycznej.
Możemy i powinniśmy rozmawiać o tym, jaka jest najefektywniejsza droga elektryfikacji transportu. O tym, jak reformować wytwarzanie ciepła i elektryczności. Ale jeśli ktoś, konkretnie minister rządu deklarującego dążenie do niezależności energetycznej, zamierza zastępować kolej napędzaną krajowym prądem za pomocą barek napędzanych importowaną ropą i nazywać to... No własnie nie wiem jak minister to nazywa. Wiem jak ja to nazywam, ale tych słów nie użyję na piśmie.
Ten sam rząd dzielnie popiera budowę elektrowni na gaz i utrudnia jak tylko może budowę elektrowni zasilanych krajowymi źródłami energii, tj. wiatrem i słońcem. 
Przy okazji nie ma żadnego planu i zamiaru zwiększania udziału transportu elektrycznego  w przemieszczaniu ludzi i towarów.

Nie trzeba wymyślać prochu, to są bardzo proste pytania, odpowiedzi też są proste. I nie, nie potrzeba rezygnować z ropy, gazu i węgla jutro. Wystarczy, że w skali świata cały czas utrzyma się nadwyżka mocy wydobywczych nad popytem, a ceny pozostaną niskie. Sposorzy terroryzmu pozostaną bez pieniędzy, a wszystkim bedzie żyło się lepiej.
I to są poważne pytania, na które powinien jakiejś odpowiedzi udzielić każdy, kto twierdzi, że ma pojęcie o energii, energetyce, polityce surowcowej i jakkolwiek to jeszcze inaczej nazwać.
W zakresie niezależności energetycznej pierwsze pytanie brzmi- jak ma wyglądać ścieżka odejścia od używania ropy naftowej?
Drugie- jak zaprzestać importu gazu ziemnego? Nie "skąd go brać", tylko "jak nie importować?"
W zakresie elektryczności i ogrzewania- jak produkować niezbędne ilości prądu jednocześnie zmniejszając emisje CO2
Na to wszystko nakłada sie polityka przemysłowa. Energochłonny przemysł potrzebuje taniej energii, dziś w praktyce- taniej elektryczności. W tym zakresie też trzeba udzielić jakiejś odpowiedzi. Czy rozwój przemysłu ciężkiego jest potrzebny i skąd wziąć tanią elektryczność? Bo z wegla się nie da, elektrycznosć z węgla już nie jest tania. Albo jej ceny będą zaniżane przez konkurencję OZE do stopnia nieopłacalności produkcji, jak to ma miejsce w Niemczech, albo prąd dla przemysłu musi być dotowany. Na dziś nie ma takeij możliwości, aby bez dotacji utrzymać przemysł ciężki oparty na energetyce węglowej. Huty aluminium z Polski zniknęły i nie wrócą. 
Dla wszystkich innych odbiorców prąd może być trochę droższy, albo trochę tańszy, dla większości nie stanowi to żadnej różnicy. 

Jak rozwiązać kwestie ogrzewania? Czy postawić na dominację elektryczności w ogrzewaniu, jak we Francji? Czy może na powszechność sieci ciepłowniczych, wzorem Danii?  A może położyć większy nacisk na energooszczędność domów, do stopnia pasywności i pominąć zupełnie kwestie ogrzewania, w którym to kierunkiu idą Niemcy?

Czy elektryfikację transportu rozpocząć od transportu osób czy towarów? Czy ważniejsze są inwestycje pokazowe, budujące prestiż państwa, jak np. szybka kolej, czy może jednak mało widoczne np. elektryfikacja lokalnej dystrubucji towarów? 
A może uznać za absolutny priorytet zwiększenie produkcji biogazu i powszechne używanie go jako paliwa? Czy zajmować się i jak wielki priorytet przyznać pozyskiwaniu syntetycznych biopaliw? 
To są przykładowe pytania. Dyskusje, które należy odbyć i pytania jakie powinni zadać sobie politycy mówiący o niezależności energetycznej. 
Nawet jeśli je zadano, nikt nie potrafił odpowiedzieć na te pytania z minimalnym poziomem wiedzy technicznej, przynajmniej na to wskazują obecnie ogłaszane plany rządowe.
Ale nawet nie to jest najgorsze. Każda z odpowiedzi na to pytanie, to jest jakaś, nieco inna wizja kraju. I żaden, dokładnie żaden z rządów w historii 3 RP nie podjął nawet próby dyskusji na temat jak ta przyszłosć ma wyglądać. 
W pewnym zakresie jest to usprawiedliwione. Elity, które przejęły władzę w 1989 roku, były przesączone ideami liberalizmu i negowały potrzebę takiej dyskusji i prowadzenia jakiejkolwiek polityki. OK, to była jakaś ideologia. Czas pokazał, że bezdennie głupia, ale była. Nieliczne rządy, które się temu sprzeciwiały, starały się przede wszystkim złagodzić impakt neoliberalizmu i zyskać czas na dyskusję i zastanowienie się. Rządy koalicji PO-PSL starały się w miarę możliwości prowadzić politykę niemiecką i rosyjską, ewentualną dyskusję na jakikolwiek temat załatwiając aresztami i pałkami. 
Nie można mieć do nich pretensji o brak publicznej dyskusji na temat przyszłej polityki energetycznej, skoro nie było dyskusji na temat zatrzymań dziennikarzy przez policję, pałowania manifestantów, wielomiesięcznych aresztów przeciwników politycznych na podstawie fałszywych zarzutów i przyspieszonego rozbrajania armii.
Tak, widzę proporcje. 
Za najgorsze uważam to, że brak był jakiejkolwiek odpowiedzialnej dyskusji nad obecnie realizowanym programem. Pierwszą nową polityką przemysłową w 3 RP. Poważny plan i zrobiony w tak skrajnie niekompetentny sposób, że dobrze przygotowany licealista powinien umieć wytknąć najpoważniejsze błędy. Nic nie stało na przeszkodzie, ani w czasach opozycji, ani dziś aby kierunek polityki energetycznej i przemysłowej był określony w publicznej i odpowiedzialnej dyskusji. Może oprócz braku dyskutantów....

Jak na razie w określaniu kierunku i budowaniu rozwoju Polski zostało zmarnowanych kolejne 27 lat, wszystko wskazuje na to, że będzie zmarnowane kolejne 8. Tym razem w pogoni za modelem rozwoju, który już nie istnieje, ale decydenci o tym nie wiedzą, bo nikt im nie powiedział, bo nie było publicznej dyskusji. A może nie było dyskutantów...

Ale mam nadzieję, że przynajmiej częśc Czytelników będzie potrafiła zadać jakieś pytania i odróżnić normalną dyskusję od plecenia andronów. Dla ułatwienia podpowiem, że to ostatnie to około 100% wypowiedzi polskich polityków, z wszystkich stron oraz jakieś 80% wypowiedzi "ekspertów", w tym 99% "ekspertów od surowców, ropy i gazu"





Dał nam przykład Zibi jak zwyciężać mamy

Obejrzałem sobie fragmenty meczu Polska- Finlandia. Tylko fragmenty, bo nie miałem jak obejrzeć całości. To co miałem okazję, obejrzałem z wyjątkową przyjemnością. Widowisko pierwszej klasy. Byłoby jeszcze lepsze, gdyby nie te strasznie smutne miny fińskiego bramkarza jak po raz kolejny wyciągał piłkę z siatki zupełnie nie wiedząc skąd się tam wzięła.
Jeśli ktoś nie oglądał- w Wielką Sobotę był mecz towarzyski Polska- Finlandia; zakończył się wynikiem 5:0, kompletnie zasłużonym.
Nie wynik miał znaczenie, a styl. Każda chwila pokazywała, że jest to dobrze zorganizowana drużyna, gdzie każdy ma swoją robotę i wykonuje ją znakomicie. Ta robota polega na wspólnym działaniu i celu. Dobre wspólne działanie także było widać. To widzieli wszyscy. Zresztą już czasem się w kadrze zdarzało i nie warto sobie klawiatury zużywać o tym pisząc.
To co się nie zdarzało, mogło dziś umknąc uwadze. Ale jest znacznie ważniejsze. Otóż przeciętna gry zawodników była raczej lepsza niż w macierzystych klubach. To jest rzecz dość wyjątkowa. Nie da się jej wytłumaczyć większa motywacją czy umiejętnościami trenera. Za to świetnie da się to wytłumaczyć tym, że fizjoterapeuci, lekarze, psycholodzy, odpowiedzialni za rezerwację hoteli i przelotów jak też osoby odpowiedzialnej za czyste ręczniki w szatni to są ludzie znakomicie wykonujący swoje obowiązki. Dlaczego tak sądzę? Właśnie dlatego, że w grze widać było koncentrację na grze. Każdego. To oznacza, że doprowadzono wszystko do poziomu, że zawodnicy niczym się przejmowali. Bo nie musieli. Mieli dobrze grać, od wszystkiego innego są inni ludzie. I skoro zawodnicy aż tak dobrze grali, to ci inni ludzie na pewno znakomicie im to ułatwili. Profesjonalnie, spokojnie i z przekonaniem zdejmujac im wszystkie inne problemy z głowy. Ci wszyscy ludzie mogą dobrze pracować, bo mają pojęcie o tym co robią, ale też mają narzędzia i środki, aby dobrze wykonywali swoją robotę. To im zapewnia PZPN, który najwyraźniej teź działa po prostu profesjonalnie.
To wszystko nie zdarzyło się z dnia na dzień. Trwało lata. Konkretnie od 2012 roku, kiedy Zbigniew Boniek został prezesem PZPN. Zaczął swoje urzędowanie od ustalenia sytuacji finansowej z jednej strony, ale też oceny jakości organizacji i pracy z drugiej. Ta pierwsza część poskutkowała kilkoma decyzjami o niespłacaniu zobowiązań jako prób wyłudzenia, a ta druga wyrzuceniem na zbity pysk wszystkich kierowników i funkcyjnych, ewentualnie przeniesieniem ich na szeregowe stanowiska. Jeśli dany delikwent się sprawdził, to pracował to nikogo nie obchodziła jego przeszłość, poglądy polityczne, czy cokolwiek. Raczej normą były jednak osoby, o jakich czytałem tekst sponsorowany w jakiejś salonowej prasie. Biedny człowiek wyrzucony z pracy w PZPN opowiadał jakim to był przez dziesięciolecia wspaniałym fachowcem i nawet, gdy Jerzy Dudek niespodziewanie pojawił się na zgrupowaniu kadry to znalazł dla niego koszulkę, co prawda brudną, ale pasowała. I to było jego największe osiągnięcie w karierze. I dalej medio wyborczopodobne (a może i orygiał- nie pamiętam?) narzekało, jak to przychodzi facet zza granicy, na niczym się nie zna i wyrzuca fachowców z pracy.

Cóż, Zibi powyrzucał kogo należało, zatrudnił nowych ludzi, zapewne w pierwszej kolejności dość przypadkowych. Też w niczym nie przeszkodziło, kto się sprawdził pracował dalej, kto nie- nie pracował. Ze sprawy Mateusza Kijowskiego, znanego palanta, wiadomo, że nikogo nie pytano się o poglądy polityczne i inne rzeczy, a tylko o fachowość w robocie. Kijowski dobrze wykonywał prace do której go najęli i tyle. Piłkarze i trener reprezentacji też dobrze pracują, ja poglądów politycznych żadego z nich nie znam i nie przeszkadza mi to. 
Za to mogę domyslac się poglądów politycznych Zibiego. Nie dlatego, żebym kiedykolwiek o nich usłyszał. Wręcz przeciwnie. Ale wiem, że większość ostatnich 30 lat spędził na Zachodzie. I po jego sposobie bycia i działania rozpoznaję, że stał się po prostu człowiekiem Zachodu. Może nim był cały czas, może stał sie w którymś momencie życia. 
Na pewno potrafi odróżnić normalnych pracowników od "fachowców". Szczerze- nic więcej dziś Polsce nie potrzeba. Właśnie pozbycia się "fachowców" co 40 lat robią to samo. Zatrudnienie na ich miejsce nawet zupełnie przypadkowych ludzi. Nawet to będzie działać lepiej, bo nawet z przypadkowych ludzi część będzie się nadawać, za to z "fachowców" na pewno nikt się do niczego nie nadaje. Zibi jeszcze ptrafił znaleźć i przekonać do swojej drużyny zawodowców dzięki swojej wiedzy jak porządna robota w tej działce wygląda oraz marce. Nie każdy może mu dorównać, ale jeśli ktoś ma względnie poukładane w głowie to, zapewne gorzej, ale jakoś sobie poradzi.

I  w tym miejscu czas wrócić do polityki.
Od rządu PiS oczekuję jednej rzeczy- wyrzucenia "fachowców" z każdej częsci działaności państwa. Później niech zatrudniają przypadkowych ludzi, część się bedzie nadawać, część nie, nie ma to żadnego znaczenia. Dopóki znajdą się tacy, który będą potrafi ocenić czy ktoś wykonuje swoją pracę czy nie. A to naprawdę nie jest aż tak trudne. 
Trudno jest powiedzieć "wszyscy won", należało to zrobić w 1990 roku. Ale i dziś jest jeszcze zupełnie dobry czas na to. Oprócz Zibiego, właściwie do rzeczy podchodzi Prokurator Generalny Ziobro. 
Krótko nakreślając sytuację: organizacja prokuratury w Polsce jest kopią systemu wprowadzonego w ZSRR przez Stalina. Został on zaprojektowany i wdrożony dla realizacji bandyckiej imitacji wymiaru sprawiedliwości. Nie inaczej działa do dziś. Prokuratorzy najniższego szczebla są średnio opłacani i zawaleni pracą oraz zobowiązani do dyscypliny. Za to mają względnie wygodne życie, trudno dostępne dla innych z "awansu społecznego". Najbardziej cyniczni i skłonni do realizacji nieformalnych poleceń z góry mogą liczyć na awanse, dzięki którym mogą pracować mniej i zarabiać więcej, właściwie jedynie za podpisywanie poleceń z góry. Nie wszystkich taka sytuacja dotyczy, w prokuraturach okręgowych są także prokuratorzy od pracy, tam trzeba prowadzić śledztwa w sprawach morderstw i innych poważnych przestępstw. Jednak spora część zajmuje się dokłądnie niczym. W prokuraturach apelacyjnych już nikt nic nie robi, poza załatwianiem na zamówienie polityczne spraw w odpowiedni sposób. Tak, naprawdę, prokuratorzy apelacyjni nie mają właściwie żadnych obowiązków. Zajmuja sie jedynie tymi sprawami, które sami przejmą od niższych prokuratur. A po co mają przejmować robotę bez powodu? Jest jeszcze prokuratura krajowa, która nie robi już dokładnie nic, za to prokuratorzy tam urzędujący mają pensje wystarczające na luksusowe życie. Większosć tych ludzi nie ma pojęcia jak rzetelnie nadzorować śledztwo, a spora część również jak w ogóle wygląda akt oskarżenia. W takiej sytuacji Ziobro nikogo nie wyrzuca. Jedyne co zrobił, to właśnie wprowadził zasadę, że każdy prokurator ma nadzorować dochodzenia, prowadzić śledztwa, oskarżać i pojawiać się w sądach- w skrócie robić zwykłą prokuratorską robotę. I każdy będzie z niej rozliczany. Zapewne skończy się w taki sposób, że paru drobnych złodziejaszków wyjdzie na wolność pomimo przywoitych dowodów, bo prokurator coś spieprzył. Następnie pozostanie tylko patrzeć jak kolejny orzeł w todze w obliczu dyscyplinarki sam odleci w siną dal. To załatwi sprawę nie gorzej niż Zibi w PZPN. 
A wszystkim zwolennikom fajerwerków przypominam, że właśnie tak się to robi w szerokim świecie. Skutecznie i bez hałasu. Tak Angole zostali władcami ćwierci świata i wierzycielami reszty, tak Niemcy zbudowały potęgę przemysłową. Bez hałasu. Jak narobili hałasu, to tylko przegrali. Zibi mógł tępych aparatczyków wyrzucić od ręki, Ziobro nie może, więce robi to niezauważenie. Za to równie skutecznie.
Byłoby znakomicie, gdyby tym zajmował się cały rząd. A ludzie, którzy naprawdę mają pojęcie o tym co robią, jak minister Macierewicz, czy minister Streżyńska jeszcze mogą się zajmować innymi rzeczami.  Niestety, nawet na stanowiskach ministrów są ludzie, którzy nie widzą żadnego problemu, że ich kadra skłąda się z mieszanicy resortowych dzieci i esbeckich kapusiów, a sami zajmują się pajacowaniem i udawaniem roboty o której nie mają pojęcia. A nazwisko jego Waszczykowski. To, jak długo ten pan pozostanie ministrem jest dla mnie bardzo poważnym probierzem zarówno skuteczności polityki PiS, jak też szans Polski na wyjście z bagna komuny i 3RP. Każdemu zdarza się i może się zdarzyć współpraca z ludźmi, którzy nie potrafia zrobić tego co powinni w danej roli. OK. Każdemu zdarza się źle oceniać ludzi. Też OK. Ale nie wyrzucenie w rozsądnym czasie takiego człowieka, to tak jakby pozostawić w całkiem dobrej kadrze nieudolnego bramkarza. Większość gra przyzwoicie, są wyniki, a potem taki uprawia popisy i wpuszcza szmaty.
Poczekamy, zobaczymy. Na razie nie ma powrotu do czasów Lato i Kęciny, ani do Komorowskiego i Kopacz. To już sporo. Mam nadzieję, że niedługo nie będzie powrotu do czasów Sikorskiego. Na razie te czasy sie nie skończyły.

A jeśli komus trzeba powiedzieć dokładniej:
MSZ ma 3 zadania:
1. Reprezentować i bronić obywateli polskich za granicą oraz pomóc załatwiać sprawy urzędowe. Zależnie od okoliczności to było robione przez lata bardzo źle lub ledwo dostatecznie. Za rządów PO do zwykłego nieprofesjonalizmu doszedł jeszcze biznes sprzedawania polskiego obywatelstwa w różnych dziwnych częściach świata. Nieprofesjonalizn trzyma się dobrze, lewe interesy też.
2. Dostarczanie rządowi informacji o świecie. Jeśli większosć tego aparatu ma rząd kompletnie gdzieś oraz nie ma zielonego pojęcia jak wygląda profesjonalna dyplomacja- to niby jak mają to wykonać? Zresztą brak wiedzy o tematach aktualnie gorących w amerykańskich mediach jest właśnie widoczny przy okazji wizyty Prezydenta w USA.
3. Dbanie o opinię kraju na świecie i tworzenie soft power. To jest zadanie w sumie najważniejsze. Papierkiem lakmusowym jest sprawa "polskich obozów zagłady", ale przecież nie chodzi o defensywę w narożniku, tylko o pozycję na jaką powinno być stać trzydziestokilkumilionowy, względnie rozwinięty kraj. Aparat dyplomatyczny potrafi zdobyć się na nieudolne żądania sprostowań w prasie, a nawet taką podstawową sprawę jak te "polskie obozy śmierci" skutecznie i porządnie załatwiają Kluby Gazety Polskiej, a nie ambasady. Ambasady w obecnym kształcie nie bedą niczego robić lepiej, bo nie ma tam nikogo, kto wie od której strony zabrać się za robotę. Rozwinięciem tego punktu jest promowanie interesów gospodarczych, ale to może być skuteczne dopiero jak ma się tę soft power. 
Aby tę sprawę załatwić jest tylko jedna dobra metoda- należy wyrzucić, metodą Zibiego, albo Ziobro całość kadry dyplomatycznej, pracowników ambasad i MSZ. Wszystkich. Samych ambasadorów można oficjalnie zostawić, niech dalej chodzą na rauty, nikt im nie będzie przeszkadzał, nie ma co robić oficjalnego zamieszania. Można zostawić wszystkich urzędników, a zaledwie kazać im pracować i realnie rozliczać. Połowa zrezygnuje po miesiącu, resztę bedzie za co  dyscyplinarnie wyrzucić. Gwarantuję. A potem zatrudnić ludzi z pojęciem o danej kulturze i kraju, dołożyć jednego czy paru lokalnych Polaków- są przecież wszędzie. Ale wziętych z Klubów Gazety Polskiej, a nie z archiwów MSZ i po kilku tygodniach wszystko zacznie działać. Problem polega na tym, że na tej liście niekompetentnych pierdzieli z MSZ jest też minister Waszczykowski. 
Niekompetentny, bo sprawa tego, aby aparat ministerstwa wykonywał swoje obowiązki nie posunęła się centymetr do przodu. To jest jednak drobiazg. Bo potem udziela wywiadu niemieckiemu brukowcowi, w którym podkreśla polskie przywiązanie do tradcyjnych wartości, a nie do jakiejś ekologii i cyklizmu. Drobny problem polega na tym, że w ten sposób obraził 89% Niemców przywiązanych do ekologii i cyklizmu (przynajmniej tyle popiera Energiewende). Potem zaś jedzie do USA, kraju mającego od zawsze problemy z rasizmem, o społeczeństwie bardzo wrażliwym na tym punkcie, akurat mającego czarnego prezydenta i w wywiadzie mówi o "murzyńskości". Nieważne w jakim kontekście, to już nie jest nieprofesjonalizm, tylko coś sporo gorszego. A konkretnie to mi zabrakło słów jednocześnie wystarczająco precyzyjnych i cenzuralnych
Zaraz ktoś odpowie "ale to super, że im tak dogadał". Nie, nie super. Za to bierze pieniądze, aby Polska miała jak najwięcej i jak najlepszych kontaktów z wszystkimi, zwłaszcza ważnymi państwami oraz za to, aby opinia publiczna wszędzia miała o Rzeczypospolitej i Polakach dobre zdanie i pozytywne skojarzenia. Tak ma szczekać on i reszta zgrai, za to mają pełną michę. Jak robi odwrotnie to się nie nadaje, jak od reszty zgrai nie potrafi wyegrakwować poprawnej pracy to też się nie nadaje. A tak naprawdę to jest facetem dokładnie z tego samego chowu co reszta MSZ i ma o swojej pracy takie pojecie jak ten co w kadrze szukał koszulki dla Dudka.

Tak, wiem, nawet w MSZ zdarzają sie ludzie, którzy wiedzą co mają robić i jak mają wyglądać efekty ich pracy. Ale są to pojedyncze egzemplarze nie pasujące do reszty. Bardzo łatwo ich odróżnić, zresztą w skali wszystkich polskich placówek zagranicznych, aby policzyć tych, których warto zatrzymać starczyłoby palców jednego człowieka. A może jednej ręki? Trochę więcej jest takich, którzy bedą w stanie pracować 40 godzin tygodniowo jak sie ich czegoś nauczy, ale wiekszość się naprawdę do niczego nie nadaje.
Bedzie dobrze, kiedy przeciętna polska firma bedzie w stanie uzyskać z ambasad lub konsulatów informacje naprawdę przydatne w biznesie, a nie wyciąg z wikipedii i progandowych broszur kraju goszczącego; ministrowie i prezydent informacje aktualne co do godziny o sytuacji w kraju do którego jadą z wizytą; obywatel w kłopotach prawdziwą pomoc, włącznie z odpowiednim arsenałem gróźb pod aresem trzecioświatowych dyktatur, a nie numer telefonu do adwokata; przedsiębiorca zainteresowany handlem lub produkcją dostaje kontakty z referencjami zaraz obok sprawdzenia kontrahenta, a nie broszurkę rządu państwa przyjmującego, etc.
Mozna tak jeszcze długo. Rzeczpospolita działała przez ostanie lata bardzo źle i kazdy normalny człowiek chce zmiany. Ale tej zmiany nie ma nawet na horyzoncie, co gorsza oficerami na okręcie są ludzie, którzy nie wiedzą jak to wszystko w ogóle ma działać.

P.S.

Jak na razie, zupełnie poważnie i polecam zapamiętać. Mam najszczerszą, choć nikłą nadzieję że rada niedługo bedzie nieaktulana:
Za granicą, zwłaszcza w dziwiniejszych miejscach, przy kłopotach z policją, innymi mundurowymi, areszt, etc. - żądać pomocy konsulatów zachodnich państw UE, a nie polskiego!! Którego konkretnie, to zależy jaki kto zna  język- UK, Niemiec, Francji, Włoch, etc. W każdym z tych przypadków jest dużo większa szansa, że to oni wyciągną z kłopotów polskiego obywatela, niż że zrobi to polski konsul. A już w żadnym przypadku nie dzwonić do konsulów honorowych. Pamiętajcie, zwykle pozwolą wam wezwać pomoc tylko z jednego miejsca. Zupełnie przyzwoicie działająca policja najpierw będzie chciała was skontaktować z przedstawiciami polskich władz, jeśli nie ma konslatu, to może być konsul honorowy. W prawdziwym konsulacie honorowym możecie trafić na człowieka, który was kompletnie oleje, a może w ogóle nie zna polskiego, a tytuł konsula zwyczajnie kupił dla immunitetu. 

A jak ktoś potrzebuje informacji o społeczeństwie czy rynku w południowej częsci Ameryki Południowej, to zawsze może napisać do mnie. Nie zawsze i nie ze wszystkim pomogę, ale istnieje pewne prawdopodobieńswo, że udzielę wartościowszych informacji niż ci, którzy dostają za to pensje od podatników.

Jak się robi zmiany ustroju?

Rafał Bauer napisał bardzo, ale to bardzo ważny tekst. Tekst, który mógłby i powinien trafić do podręczników szkolnych. Zwłaszcza historii, jeśli w ogóle zacznie się w szkołach nauczanie najnowszej historii.

Dla tych, którym kompletnie nie chce się zajrzeć do linka, albo co ja uważam w nim za najważniejsze:
Wskazanie kolejnych poszlak dla tezy, że w połowie lat 80-tych trwała pełną parą akcja przygotowywania zmiany ustrojowej. Była ona rozgrywana i reżyserowana z Kremla, wykonywana przez lokalnych zarządców. 

Najważniejsza w tym tekście rzeczą jest wskazanie nowych poszlak dla tezy, że przemiany lat 89-90 były wcześniej zaplanowane, ale nie miały na celu żadnej demokratyzacji, etc. Celem była metamorfoza imperium moskiewskiego i oparcie kontroli nad satelitami na nowych zasadach, jednocześnie zwiększając strefę wpływów. 

Odważna teza, nieprawdaż. A w jaki sposób miało się to odbyć?

Dokładnie tak jak się odbyło. Poprzez zbudowanie i zorganizowanie całej infrastruktury energetycznej w bardzo konkretny sposób. Mianowicie możliwie kompletnie uzależniający transport i energetykę od dostaw ze wschodu. Za tym szła możliwość nacisków, żądania koncesji i manipulowania cenami, czyli normalne zachowania  monopolisty. Dokładnie po to, aby utrzymać prokremlowski system rządów w całym obszarze poradzieckim oraz w miarę możliwości tę sferę rozszerzyć. 

Terytorialnie mówmy w pierwszej kolejności od odwiecznych celach strategicznych- dostępu do niemieckiej technologii i cieśninie Bosfor, do czego celem pośrednim są wpływy na Bałkanach. Wystarczy spojrzeć na kierunki rozbudowy sprzedaży rosyjskich surowców- i niespodzianka, pokrywa się. Inna sprawa, że specjalnych alternatyw i tak nie ma.

Jeśli rozszerzyć- to tą samą metodą co zawsze. Czyli podstawionych ludzi jako pośredników, decydentów utrzymujących dotychczasową zależność lub ją umacniających. Ci ludzie już zupełnie dobrze orientują się w lokalnej polityce i mogą wspomagać polityków odpowiednio lojalnych i głupich.
Co nas niestety prostą droga prowadzi do podejrzenia, że częścią tego planu przestawienia się Kremla na dominację energetyczną jest odpowiednia propaganda, wpływająca zarówno na opinie publiczną, jak tez decydentów. 

Przecież skoro cała operacja zmiany systemu została tak znakomicie przygotowana medialnie i propagandowo, to dlaczego druga jej część miałaby być odpuszczona?

Jestem pewien, że nie została. Że absolutnie dominujący przekaz ma na celu przekonanie jak najszerszej publiki decydentów o konieczności i celowości prowadzenia polityki w zakresie energii zgodnej z celami Kremla. 

Te cele można dość łatwo zdefiniować- zwiększanie zależności od paliw, zwłaszcza tych, w których trudniej znaleźć alternatywnych dostawców. To oznacza na przykład promowanie gazu ziemnego. Ale tylko tam, gdzie to jest bez sensu. W zwykłych elektrowniach, i spalaniu w  kotłowniach. Jeszcze lepiej- promowanie oleju opałowego jako łatwego i czystego paliwa. I tym podobne. W tym na przykład połączenie konieczności likwidacji górnictwa węglowego i  promowania budowania nowych elektrowni węglowych. Efektywnie to jest naganianie do zakupu rosyjskiego węgla i dalsze uzależnianie się. Niekoniecznie nawet dla rozgrywania polskiego rynku. Równie ważne jest utrzymywanie globalnego popytu, stąd obowiązkowo ideologiczne zwalczanie energetyki odnawialnej,  serwowanie przekazu o bezsensowności, etc. Same oczywiste rzeczy. Jeśli ktoś ma wątpliwości, proponuję posłuchać Korwina Mikke. WSZYSTKO co on wygaduje jest wypowiadane w interesie Kremla. Czasem tylko jako podgrzewanie wewnętrznych konfliktów w Polsce, czasem właśnie jako promowanie celów rosyjskiej polityki w Polsce. 

Zdecydowanie warto posłuchać/ poczytać. Śmiało można założyć, że od strony technicznej i ekonomicznej wszystko co wygaduje ten człowiek jest kompletną bzdurą, ale to nie ma znaczenia. Znaczenie ma sposób przekonywania i wpływ na opinię publiczną. A był on nie taki mały. Spora część dzisiejszych 30-40 latków aktywnych w życiu społecznym gdzieś po drodze przeszła przez UPR, a co najmniej się zetknęła. Spora część przesiąkła tymi poglądami (w tym i ja), nie każdy potrafi je w całości zweryfikować.

W każdym przypadku odsyłam. JKM publikuje w wielu miejscach, opinie wygłasza wszędzie, można znaleźć bez trudu, choć rzadko konkretne. O tyle, o ile wypowiada się jasno coś promując lub zniechęcając- jest to dokładna prezentacja kremlowskiego planu. Zresztą zawsze można wybrać się na spotkanie i zadać pytania. 

Niestety, to nie jest jeden, ani jedyny. Jest bardzo ładnym probierzem, ale śmiało można przyjąć, że zestaw poglądów chroniących rosyjską dominację w energetyce jest takim samym dogmatem, jak przewodnia rola Partii w pierwszym PRL. W skrócie- nikt, kto ma do powiedzenie coś rozsądnego na temat alternatyw dla rosyjskich surowców nie może się przebić do salonowego dyskursu publicznego, dokładnie tak samo jak nie mogła się w 1975 roku pojawić w telewizji informacja, że ZSRR jest głównym sponsorem światowego terroryzmu. Bo wicie-rozumicie, widzów to nie interesuje.

Ta, powoli sączona z wielu źródeł propaganda okazała się nieporównywalnie bardziej skuteczna od wychwalania przyjaźni ze Związkiem Radzieckim. W toczonych dyskusjach widzę właściwie tylko dwie postawy-  albo przekonanie o konieczności zwiększania zużycia paliw kopalnych bo to jedyna możliwość postępu- i to jest narracja zarówno "strony patriotycznej" jak też większości "salonowej", albo drugą postawą jest negacja uprzemysłowienia i postępu technicznego, a przy okazji promocja pełnego zestawu idei społecznych, czyli w skrócie- pozbawione kultury technicznej lewicowe oszołomy.
W kolejnej grupie jestem ja. Jako dużą wartość uznaję spójne solidarne społeczeństwo, czego moim zdaniem nie da się uzyskać bez odpowiedniej równości społecznej, wskazana jest szeroko rozpowszechniona wiedza techniczna i bardzo ważna dbałość o środowisko na każdym poziomie. Wygląda na to, ze z takimi poglądami w Polsce jestem sam. Mógłbym to mieć gdzieś, ale nie mam.
Problem polega na tym, że dzisiejsza, nowoczesna energetyka oparta o energie wiatrową i słoneczną jest absolutnie konieczna dla rozwoju nowoczesnego przemysłu, który potrzebuje taniego i niezawodnego prądu. Którego nie zapewni ani rosyjski gaz, ani węgiel. Za to zapewnia go energetyka odnawialna. Co jest rzeczą starannie pomijaną w polskiej dyskusji publicznej.

Czarne chmury nad lepszą Ameryką

W lepszej Ameryce polityka się odezwała. Konkretnie się odezwała głosem ludu. Tydzień temu miała miejsce 2 tura wyborów prezydenckich w Argentynie, a w ostatnią niedzielę wybory parlamentarne w Wenezueli. W obu przypadkach wygrali kandydaci prawicowi.

A teraz po raz kolejny przypomnę czytelnikom, że jeśli kojarzą co to jest prawica a co lewica w Polsce to absolutnie nie powinni tego przekładać na realia  pozostałej części świata. Może z wyjątkiem niektórych innych państw postkomunistycznych.

Otóż w Polsce kryterium prawicowości jest stosunek do Kościoła (częściowo i juz coraz mniej) i stosunek do tradycji i ideałów Solidarności, a co za tym idzie też do dyktatury, która tę Solidarność i solidarność łamała. Bardzo podobną do Spawacza politykę rozbijania wspólnoty społeczeństwa dekapitalizacji przemysłu, niszczenia innowacyjności i oczywiście skrytobójstwa prowadzili dyktatorzy wojskowi w Ameryce Południowej i Afryce. Tylko wszędzie tam nazywali się prawicowymi i okazywali ostentacyjną pobożność, jaka religia akurat dominowała w kraju, co w warunkach Ameryki Południowej oznaczało katolicyzm. Przy okazji to było dla dyktatorów bardzo wygodne, bo Kościół nie ma w zwyczaju nikogo wyrzucać ze świątyń, nawet państwowej telewizji filmującej dyktatora w odświętnym mundurze. To się własnie nazywa w Ameryce Południowej prawicą. Jaruzel w kościele. Ktoś jeszcze pała sympatią do latynoskiej prawicy? No tak, narodowcy, korwiniści i inni fani kacapów. 

Dlatego dość szybko po obaleniu dyktatur w większości krajów wybory wygrały formacje zwane lewicą. Niekoniecznie reprezentujące podobnych ludzi, czy nawet takie samo podejście. Ale wszędzie, czy to Partia Robotnicza w Brazylii, czy Zjednoczona Partia Socjalistyczna w Wenezueli, Front dla Zwycięstwa w Argentynie, czy Szeroki Front w Urugwaju tak samo postrzegał problemy kraju. Zresztą trudno ich było nie dostrzegać. 

Problemy, które postrzegała lewica południowoamerykańskie to istnienie dość szerokie rzesze społeczeństwa praktycznie nie uczestniczących w konsumpcji, po prostu żyjących na granicy fizycznej egzystencji. Na terenach wiejskich z płodów jakiego skrawka ziemi, do którego niekoniecznie mają prawo własności, a w miastach w latynoskich slumsach, wśród milionów ludzi żyjących ze zbierania śmieci, drobnych kradzieży, żebractwa, dorywczych prac i ogólnego kombinowania. Na drugim biegunie wszędzie znajdowała się idealnie bezużyteczna i absolutnie bezmyślna klasa wyższa, żyjąca z ochłapów eksploatacji kolonialnej uprawianej przez międzynarodowe koncerny. Surowce były rożne, ale model dokładnie ten sam. 
Te własnie lewicowe partie łączyło jedno- chęć zmiany tego systemu gospodarczego. Tyle miały ze sobą wspólnego. W każdym z krajów zakres władzy międzynarodowej i własnej oligarchii był zupełnie różny. 
Tak samo różna była wizja i kierunek rozwiązywania tak zdefiniowanego problemu.

Właściwie każda z tych partii zgadzała się, że na dłuższą metę kluczem do modernizacji kraju i wyrównania szans jego mieszkańców jest edukacja. Zwyczajne danie szansy najbiedniejszym warstwom społeczeństwa na awans. W dłuższej perspektywie stworzenie nowych elit, które uzupełnią lub zastąpią dotychczasowy układ skorumpowanych buców. To w każdym z krajów także się różniło. O ile w Urugwaju problem polegał na stworzeniu przez rzad cieplarnianych warunków dla rozwoju sektora IT i przekonaniu młodzieży, że powinna wybrać się na studia techniczne zamiast olewać liceum, w Argentynie problematyczna była kwestia jakości szkół średnich i odbudowy szkolnictwa technicznego, tak w Brazylii i Wenezueli najpierw trzeba było zająć się analfabetyzmem i podstawowymi kwalifikacjami istotnej części społeczeństwa.

W każdym z tych krajów ten program spotykał się z dzikim oporem dotychczasowych elit. I tu także odpowiedzi były różne. Skrajnie różne. Od poziomu konfliktu w Wenezueli, gdzie kolejne próby zamachów stanu, powiązania oligarchii z gangsterami i plaga morderstw wyznaczały standardy polityki. W Argetnynie i Brazylii było pod tym względem zdecydowanie lepiej, bo zaledwie chore z nienawiści do rządu prywatne media promowały jakieś banksterskie męty na "nowych zbawicieli narodu", a rządzące partie musiały się uciekać do regularnej korupcji politycznej aby utrzymać się przy władzy i coś robić dla kraju.

Jedynie w Urugwaju sytuacja miała się trochę inaczej. Już po tym, jak prezydent Argentyny, De la Rua w pamiętny sposób opuszczał helikopterem Casa Rosada, a argetnyński kryzys był potężnie odczuwalny w gospodarce Urugwaju, lewicowy burmistrz Montevideo podjął dość brzemienną w skutkach decyzję. Mianowicie, kiedy wszyscy spodziewali się powtórki scenariusza argentyńskiego, a prezydent z dobrej starej rodziny (4 prezydent z tej rodziny) już się zaczynał pakować, przyszedł do niego tenże burmistrz. Wszyscy spodziewali się, że zostanie prezydentem po wymuszonej demonstracjami rezygnacji poprzedniego, a tymczasem Tabare Vazquez zapowiedział, że Jorge Battle dokończy swoją kadencję i tylko ma nadzieje, że nie będzie robił niczego sprzecznego z zasadami demokracji i interesami Urugwaju. ta, swego rodzaju umowa została dotrzymana, Tabare Vazquez i tak został wybrany następnym prezydentem w 2005 roku (i następnie 2015) Spowodowało to znakomite wrażenie, jakby Urugwaj był dobrą i stabilną demokracją, co w połączeniu ze spłacanie długów po Battle i jego poprzednikach świetnie ułatwia relacje handlowe i napływ kapitału kiedy jest potrzebny.

Tak spokojnego oddania władzy przez dotychczasową skorumpowaną oligarchie nie było jednak w żadnym innym kraju. Wszędzie były większe lub mniejsze awantury, które dziś odbijają się czkawką. I niestety wyglądają na skuteczne. Po wielu latach każdego możliwego sabotażu, negowania legitymacji i oczerniania międzynarodowego swojego kraju i jego władz opozycja w Wenezueli wygrała wybory parlamentarne.  

Po prawie ponad dziesięcioleciu codziennej dawki bredni i kłamstw przez główny koncern medialny w Argentynie, promowany przez tenże koncern pupilek wygrywa wybory prezydenckie. Rzecz jasna, natychmiast ogłasza obniżki ceł eksportowych i zaciąganie nowych kredytów. I tak dalej. 

Pozostaje podstawowe pytanie, czy miliony ludzi włączonych do masowego społeczeństwa będzie rozumieć co się dzieje, budować nową gospodarkę i domagać się równości społecznej, czy jednak model postkolonialny wygra. To pytanie jest otwarte. Tak samo otwarte pozostaje w stosunku do Polski. Zachowanie dotychczasowej oligarchii jest dość jasne. Poziom kontaktów z gangsterami jest (chyba niższy niż w Wenezueli, na zbrojny zamach stanu też się raczej nie odważą (choć kto wie czy katastrofa smoleńska nie była własnie polskim zamachem stanu). Ale widać też, że na poziom przyzwoitości reprezentowany przez Jorge Battle nigdy nie można było liczyć.

P.S. 
To jest jedynie liźnięcie tematu, opis całości wymagałby doktoratu. Niestety, ostatni człowiek o którym słyszałem, że chce napisać po polsku doktorat o strukturze społecznej postkolonialnej Ameryki Łacińskiej został wyrzucony z uczelni. A szkoda, bo znał nie tylko język hiszpański ale i keczua. Za organizowanie jakiegoś Komitetu. Macierewicz się nazywał, Antoni, czy jakoś tak, ale dziś ma poważniejszą fuchę.

Ropa w USA, czyli przyszłość świata, czyli proroctwa na nowy rok

Ponoć wszyscy z okazji Nowego Roku składają jakieś obietnice, albo starają się przewidzieć nowy rok. Też chyba tak kiedyś robiłem i może efekty nie były aż takie złe - niektóre rzeczy się sprawdzały. Ale ponoć statystycznie się tak może zdarzyć, więc na ten rok za dużo nie przewiduję.  A raczej przewiduję - że będzie na świecie jeszcze relatywnie spokojnie i bezproblemowo a potem zacznie się zabawa.

To zaczynamy: przypomnę moją wielokrotnie powtarzaną tezę, ze na dłuższą metę fundamentem zamożności społeczeństwa jest dostępność taniej i niezawodnej energii oraz system społeczno – polityczny pozwalający na korzystanie z tego jak najszerszym warstwom społeczeństwa, tworząc stabilną klasę średnią. 
Takie piękne warunki były np. w USA pomiędzy II wś a kryzysem naftowym. Po prawdzie były tak piękne, że jeszcze prawie 40 lat później klasa średnia istniała i miała się dobrze.  Tak ładnie już nie jest. Każdy kto nie jest wspaniale ustawionym oligarchą, albo członkiem wyższej klasy średniej, a ma jakiekolwiek możliwości i odrobinę oleju w głowie, opuszcza ten dawniej piękny kraj, który obecnie zresztą w ilości więźniów prześcignął stalinowski ZSRR. . Z resztą polecam pokaz slajdów pod linkiem...
Nie o więźniach jednak jest mowa, a o znacznie ciekawszej rzeczy. Nie żeby mnie nie obchodziło te 1,5 mln ludzi w łagrach, ale nic z tym nie zrobię, poza dawaniem dobrych rad typu nie jedźcie tam, a jak mieszkacie, to uciekajcie dopóki się da (jak długo się da? Nie wiem, ale spróbuję zgadywać).

Ową znacznie ciekawszą rzeczą jest rewolucja łupkowa a dokładnie reakcje polityków i biznesu na nia. Otóż - piewsza rzecz i nie tak oczywista - gaz łupkowy istnieje. Ropa z łupienia skał też. Ale jest nieprawdopodobnie drogi w produkcji. Na tyle, że można śmiało ogłosić bliski koniec rewolucji gazowej w USA. Dwie największe firmy już się przewróciły, inne pewnie czeka to wkrótce. Co prawda przy zasadach upadłości w USA te firmy nadal będą działać, oddłużone i z nowym startem czyli majątek produkcyjny pozostanie. Nie zmienia to jednak faktu, że przy obecnych cenach gazu produkcja jest zupełnie nieopłacalna i prawdopodobnie już spada. Czyli obecny rok pod znakiem spadającej produkcji i rosnących cen gazu w USA.

W wypadku ropy sprawa jest znacznie poważniejsza i tu USA są, jak zwykle, centrum świata. Należy zacząć od jednej rzeczy - wydobycie ropy konwencjonalnej w USA spada. W dolnych 48 stanach od 1970 roku, na Alasce od 1986. Ten spadek był początkowo rekompensowany spadkiem zużycia (polityka oszczędności i efektywności energetycznej Cartera i symboliczne panele do grzania wody na Białym Domu) a następnie ostentacyjną polityką imperialną na zasadzie nam się należy, bo mamy armię i deindustrializacją zamiast oszczędzania (jak przemysłu nie ma to nie zużywa się zasobów), czego świetnym symbolem jest demontaż tychże paneli z Białego Domu na polecenie Reagana. Więc pod hasłem dolary za ropę a jak nie to wyp*** gospodarka się mogła toczyć następne 20 lat.  Metoda ta jeszcze zupełnie dobrze działała przez te 20 lat - choć osobiście podejrzewam, że solidna część budżetu dyplomacji,  CIA i okolic szła na przekonywanie o wybitnej długoterminowej wartości dolara i jego niezastępowalności w handlu i oszczędzaniu. Ale to znów dygresja. 

Zasoby ropy do złupienia w USA to są głównie pola Eagle Ford (w Teksasie) oraz Bakken (głównie Północna Dakota). Wiele wskazuje na to, że Eagle Ford jest u szczytu wydobycia i wkrótce owo wydobycie zacznie spadać - jako ze to ropa ze skał do szczelinowania, a z tym wiadomo jak jest. Inne szacunki mówią co prawda o kolejnych 6-8 latach, czyli w tym roku się przekonamy. I będzie to BARDZO WAŻNA INFORMACJA. Jeśli wydobycie zacznie spadać, albo tylko znacznie spowolni wzrost - będzie można precyzyjnie określić  czas upadku Stanów Zjednoczonych. Nie przesadzam.

Dotychczasowe doświadczenia pokazują, że zawał ekonomiczno-kredytowy następuje w 3-4 lata po szczycie wydobycia surowców energetycznych, a czas ten może zostać przedłożony wskutek mobilizacji wojennej (dla niedowiarków - szczyt węgla w UK 1913, ropa w ZSRR: 1986,  Argentyna ropa: 1998, Egipt ropa: 2007, itp. - dość przykładów na mocną korelację). Korelacja może zostać zaburzona przez alternatywny rozwój, np. przemysłu o dużej wartości dodanej, restart gospodarki eksportowej przez dewaluację, utrzymanie eksportu kosztem bezkonfliktowego ograniczenia konsumpcji (dość trudna sprawa) - ale to wszystko są wyjątki. W skali USA nierealne. 
Dlaczego czepiam się tego jednego pola naftowego?   Prosta odpowiedź - bo jest najważniejsze :) Po prostu było to pierwsze pole łupienia skał roponośnych na taką skalę. Bakken jest o ok. rok późniejszy w krzywej wydobycia, a pozostałe nie maja znaczenia. Jeśli dowiemy się jak szybko te pola zaczynają się kończyć, dowiemy się kiedy wydobycie w USA zacznie BARDZO SZYBKO spadać, ponieważ skumuluje się efekt wyczerpywania się konwencjonalnych złóż oraz przyspieszony spadek z łupienia. 

Przy okazji należy zdementować jeszcze jedną historyjkę o gigantycznych rezerwach - 3/4 tych rzekomych rezerw jest w basenie Monterey. W Kalifornii. Szczelinowanie jest niebezpieczne dla środowiska, mocno wątpliwe na uskokach tektonicznych oraz wymaga olbrzymich ilości wody. W relatywnie proekologicznie nastawionej Kalifornii, na gigantycznym uskoku tektonicznym i trzeci rok z rzędu pozbawionej dobrych zimowych opadów pozwalających odbudować lodowce i uzbierać wodę dla rolnictwa i ludzi na resztę roku - niemożliwe (właśnie ogłosił gubernator stan klęski suszy..). W stanie, gdzie ludzie potrafili się zebrać i wyrzucić gubernatora. Relatywnie jednym z bardziej demokratycznych w USA. Przed realnym stanem wyjątkowym - można zapomnieć. Dlatego zostaje Eagle Ford i Bakken. Ten drugi zacznie się kończyć ok 1-1,5 roku po pierwszym, 3-4 lata później można się spodziewać już ostatecznego zawału gospodarki USA albo wojny mającej go ukryć. Nic innego raczej już nie zadziała, bo kumulacja spadku ze źródeł tradycyjnych i szczelinowania może osiągnąć łącznie ok 6-9% rocznie. Gospodarka tak uzależniona od ropy nie jest w stanie tego wytrzymać. Po prostu zmniejszanie konsumpcji w takim stopniu z zachowaniem spójności gospodarki i spokoju społecznego jest nierealne (choć to drugie przy 750 więźniach na 100000 mieszkańców już tak).

Istotny tu jest także Meksyk i Kanada. Wielki przegrany i jak na razie wygrany peak oil i zmian klimatu. Wydobycie w Meksyku spada. Szybko. Na tyle, ze rząd dopuszcza obecnie obce firmy naftowe do inwestowania, pomimo tego, że państwowa własność wydobycia ropy jest częścią tożsamości tego kraju. 
Kanada dla odmiany - wydobycie z łupków roponośnych, czyli piasków bitumicznych (nie mylić wzorem Szczęśniaka z ropą z łupków!!!) - pomimo trucia środowiska na potęgę, wydobycie rośnie. Względnie łatwe, bo to po prostu kopalnia odkrywkowa gęstego czegoś, co można hydrokrakingiem zamienić w coś podobnego do ropy naftowej. A potem wywozić pociągami (np. Warren Buffet zakupił w 2009 linie kolejowe obsługujące m.in. ten obszar - to jest umiejętność inwestowania). Tam wydobycie także rośnie i to razem pozwala przejśc do sedna sprawy. Na dziś Ameryka Północna jest gdzieś w okolicach samowystarczalności energetycznej, a propaganda i totumfactwo koncernów energetycznych utrzymuje, że to na stałe, a co najmniej na 2-3 dziesięciolecia. Osobiście w to nie wierzę, stąd te wątpliwości co do Eagle Ford.

Fakt niezależności energetycznej Am. Pół. (albo czegoś dośc blisko tego) oraz wewnętrzne przekonanie o trwałości tego zjawiska, jak też w pełni rozpoznane zagrożenie utraty statusu supermocarstwa i pochodzącej stąd renty druku pieniądza implikuje nam bardzo ciekawą strategię.  Otóż w tym wypadku najlepszą metodą działania w interesie USA i rządzącej oligarchii jest NISZCZENIE azjatyckich i afrykańskich instalacji wydobycia ropy. Po prostu w ten sposób hamują gospodarkę Chin (w nie najbardziej to uderza), Europa ma ropę z Rosji, która to Rosja sobie z różnymi rewolucyjnymi prowokacjami na razie dobrze radzi. Chiny muszą importować droga morską. Starają się z krajów, z którymi zawierają porozumienia handlowe (czytaj chińskie wyroby przemysłowe za surowce, rozliczenia w yuanach) - co jest śmiertelnym zagrożeniem dla USA. Z jednej strony eliminacja dolara, z drugiej wzmacnianie chińskiej gospodarki. Dla drobnego przykładu: kto zwrócił uwagę, że po wybuchu rewolucji w Libii rząd Chin ewakuował tysiące swoich obywateli stamtąd? Sudan Południowy: ponoć został już w całości przez Chińczyków kupiony, aż nagle wybuchła wojna domowa i wydobycia i eksportu brak. Tego się w tym roku spodziewam więcej. Na ogólnoświatowym rynku naftowym ciężko powiedzieć, co gdzie trafia statkami  (bo rurami to łatwiej), więc też trudno powiedzieć kto jest na celowniku. Wiadomo, że Wenezuela, ale w tym wypadku krecia robota w celu destabilizacji kraju trwa od pierwszej elekcji Chaveza. Każdy kraj, który nie pozwala za łatwo zarabiać spekule z Wall Street i ma ropę na eksport, jest zagrożony. W ten sposob Irak, Północna Afryka, Syria, Iran łacza się w logiczną całość. A władze Iranu najwyraźniej dobrze wiedzą w co grają. Na razie najcenniejszy dla nich jest czas. Jeszcze 5 lat w miarę dobrych stosunków z USA i wygrali. Znaczy na tyle dobrych, aby amerykańskich bombowców nie było nad Teheranem. Dobra obrona przeciwlotnicza pomaga w tym wypadku w utrzymaniu dobrych stosunków.

Ale - trochę spekulując - anglosasi maja najlepsza na świecie propagandę. Zanim świat się dowie o skali ich problemów (na razie jeszcze nie wie o braku przemysłu, degradacji gleby  i wyczerpywaniu zasobów naturalnych...) nie jednemu frajerowi się wciśnie dowolna historyjkę, np. aby wywołać piękna mała wojenkę osłabiając dwóch przeciwników i obu stronom sprzedając broń (komuś to przypomina wojnę iracko- irańską?)
Celem jest oczywiście eliminacja zagrożenia ze strony Chin. Obiektywnie najlepiej by to było zrobić połączonymi siłami Rosji i Japonii. Ale to już czysta spekulacja.
Prawdziwe jest wydobycie z Eagle Ford i Bakken. Jeśli wkrótce zacznie spadać - cóż. Drugiego Reagana, który w ciężkiej sytuacji potrafił sprzedać i zniszczyć co naród miał po to, aby przestraszyć na śmierć przeciwników i uzyskać jeszcze chwile iluzji dobrobytu - być nie może. Bo już nie bardzo jest co sprzedawać.  2015 to będzie rok wyborczy - obowiązkowej prosperity, chwile jeszcze podziała - bo inwestycje przedwyborcze też chwilę zadziałają i od 2016 albo drastycznie zwiększone zakupy (ze zmniejszonej własnymi bombardowaniami podaży...) albo zwijamy gospodarkę. Bardzo szybko. 
CDN w postaci opisu konsekwencji dla świata.

Wot, technika

Wczoraj w gazecie przeczytałem, że mieszkańcy antarktycznej bazy Marambio z radością czekają na spodziewane nadejście dwóch nowych helikopterów Mi-17. Rosyjskich. A taka radość, bo to pierwszy raz kiedy dostępny będzie helikopter o zasięgu wystarczającym na podróż z Ameryki na Antarktydę. W Marambio jest pas startowy, który zresztą może służyć jako miejsce awaryjnego lądowania dla samolotów rejsowych, ale najwyraźniej jako awaryjny środek transportu helikopter też się przyda.
Przyjrzałem się więc temu wyrobowi rosyjskiej myśli technicznej- i ja nawet nie byłem tak zdziwiony, jak niektórzy czytelnicy będą. Otóż- w podsumowaniu- jeśli komuś potrzeba środka transportu do skrajnie złych warunków (wysoko położone pustynie, góry, skrajnie niskie bądź wysokie temperatury) to ma do wyboru wielbłąda lub Mi-17. Z czego Mi-17 jest znacząco pakowniejszy i szybszy. Jakoś się nie przebiła do głównego obiegu merdiów informacja, że polska armia zakupiła 5 sztuk (nie wielbłądów, ale jednak Mi-17), oczywiście na potrzeby misji w Afganistanie. Jednak zanim ktoś zacznie robić zarzuty, że zdrajcy w armii kupują ruski sprzęt zamiast porządnego zachodniego, należy wspomnieć, że na potrzeby misji afgańskiej również zamiast wielbłądów Mi-17 kupiła.... US Army. Tu link.
Tak samo armia Tajlandii pierwszy raz zakupiła helikopter produkcji innej niż USA- oficjalnie tłumaczyli, (za Wikipedią, więc jeśli było jednak inaczej, to się nie obrażam) że Mi-17 kosztuje 1/3 tego co Blackhawk, ma ponad dwukrotnie większy udźwig i nieporównywalnie lepsze właściwości w trudnych warunkach.
A za to wielce symptomatyczna była próba zakupu tychże helikopterów przez Chile. Chilijskiej obronie cywilnej dość ewidentnie by się taki sprzęt przydał- zarówno Atacama, jak też Andy to delikatnie mówiąc, dość wymagające tereny i do ewentualnych akcji ratowniczych dobrze by było mieć odpowiedni sprzęt. A że wielbłądów tam nie ma.... W skrócie- zakup odwołano pod naciskiem USA (tak, tego samego kraju, w którym nie potrafią zbudować podobnej jakości sprzętu i który sam je kupił). Zapewne teraz sytuacja się zmieni, bo chilijska prawica dość spektakularnie przegrała wybory, czego zresztą wszyscy się spodziewali (UWAGA- w realiach Am. Łac lewica to odpowiednik partii narodowych, ew. PiS, czy Fideszu, prawica to zwykle banda złodziei marzących o przekrętach na miarę sprzedania całego kraju banksterom, co też w miarę możliwości robią)

Na zielonej Ukrainie

Ukraińcy maja przechlapane. Ich kraj jest tak naprawdę jeszcze większym bałaganem niż Polandia, z jeszcze większą dominacją bezideowych i często bezmózgich oligarchów i bez większej nadziei na wyjście z tego. Sytuacja zarówno energetyczna, jak też przemysłowa jest gorsza, a ludzie chcą żyć. Tak jak wszędzie, domagają się michy i godności. I tak jak wszędzie prędzej zrezygnują z michy niż z poszanowania godności ludzkiej. Takie tam filozofowanie.
Są też konkrety- jak wzajemne nastawienie do siebie narodów- kto w kim widzi przyjaciela, a gdzie wroga. Naród ukraiński, kiedy zaczynał się formować, nieco później niż polski (a jak twierdził Dmowski, zaczął się formować w ogóle jako skutek działań wiedeńskich urzędników i rodzimych durni z władz galicyjskich we Lwowie) Ale to się wszystko stało- naród ukraiński powstał, jako chłopska wspólnota przeciwko polskiej oligarchii ziemskiej i żydowskiej handlowo-przemysłowej. Logiczną konsekwencją tej tożsamości była zrówna gorliwa współpraca w wyłapywaniu Żydów dla gestapo, jak też rzeź wołyńska.
A następnie 50 lat zamrażalnika narodów pod nazwą ZSRR, gdzie kiedy Żydzi przestali być narodowością uprzywilejowaną, a miejsce to zajęli Rosjanie, Ukraińcy przestali mieć powody do nienawiści do ZSRR, elity spod znaku UPA zniknęły w kaźniach NKWD i MBP, rozpłynęły się na emigracji i w dzisiejszym narodzie ukraińskim nie istnieją. Dziś ten naród znów powstaje i szuka swej tożsamości. Pomarańczowa rewolucja była tym pierwszym ważnym momentem. Naród, nieważne tutaj, że podjudzany według starannie przetestowanego scenariusza CIA, zmienił władze. Pokazał, przede wszystkim sobie samym, Ukraińcom, że można. Sami wybrali, jednego Moskwa chciała zabić- a potem się okazało, że to jeszcze gorsza banda złodziei- ale tym razem nie cwaniackich oligarchów ze Wschodu, którzy potrafili sobie sprywatyzować fabrykę i ciągnąc z niej zyski bez zielonego pojęcia o nowoczesnym przemyśle i dbania o dekapitalizację na rzecz cwaniaczków w stylu zachodniego kapitalizmu, którzy z tej fabryki by wymontowali co się da i złom sprzedali chińczykom, bo tak zysk jest szybciej, a na tym polega nowoczesny kapitalizm.
Dodawszy do tego brak własnych surowców, zwłaszcza paliw płynnych i gazu, Ukraina jest w dość paskudnej sytuacji. Zwykli ludzie to widzą. Swoich dzielnych elit mają po dziurki w nosie i trochę wyżej, patrzą na zachód i widza Polskę, gdzie przynajmniej z wierzchu nawet małe miasteczka wyglądają jakby miały gospodarza, patrzą na wschód i widza Putina, który przynajmniej tych najgorszych mętów kapitalizmu się pozbył i nie wpuszcza z powrotem. Na wschodzie państwo i naród z którym wielkich waśni nie mają, na zachodzie Polskę, w opozycji do której powstawała ukraińska tożsamość, gdzie nienawiść do Polaków to prawie narodowy obowiązek Ukraińca.
W takiej sytuacji w Kijowie pojawia się Jarosław Kaczyński. I zmienia historie. Pojawia się jako przedstawiciel narodu polskiego (bo przecież nie władz...), nieco samozwańczy, ale w końcu z dość solidna legitymacją i przemawia do narodu, właśnie zbuntowanego przeciw dość bezużytecznej oligarchii. Tym jednym przemówieniem stworzył nową jakość- nowe pokolenie Ukraińców, przynajmniej świadomoa politycznie jego część, która znalazła się na Majdanie, będzie stawiała każdej kolejnej władzy egzamin z relacji z bratnim narodem polskim. I to jest właśnie ta nowa jakość i zmiana historii. Putinowskiej Rosji wchłoniecie Ukrainy się nie udało. Przerwała to Pomarańczowa Rewolucja, i ostatecznie złamał kilka dni temu osobiście Kaczyński. Teraz Moskwa może cokolwiek osiągnąć tylko siłą (w jakiejkolwiek postaci), demokratyczna legitymacja dla prorosyjskich przez co najmniej pokolenie nie będzie istnieć. A Niemcy Ukrainę odpuścili Rosji. I razem z Rosją tę grę przegrali. Wygrał polski interes narodowy- kompletnie nieważne jak się potoczą dalsze rozgrywki w Kijowie. Po prostu nieważne. Nic się nie wydarzy szybko, a każdy rząd sprzeciwiający się współpracy z Polską i Unia Europejską zostanie prędzej czy później obalony.
Tutaj dalej- oczywiście, niezależnie od miliona głupich regulacji, problemów z handlem z Rosją, zagrożeniu dla własnego przemysłu, itd. w najlepszym interesie zarówno Polski, jak też Ukrainy jest przyjecie Ukrainy do UE. Dalej- wewnątrz UE, dwa kraje, sąsiadujące z relatywnie podobnymi problemami i interesami będą skazane na bliską współpracę. Oczywiście wcale nie musi to nastąpić przy polityce zagranicznej tworzonej przez Orła Twittera i Orła Intelektu (brakuje tylko Orła Sprawiedliwości- kto pamięta?). Ale demokratyczne przekonanie o sensowności takiej współpracy i konieczności wzajemnej lojalności, jakie się dość szybko powinna wykształcić – to będzie nowa jakość w tym regionie świata. A wzajemnie broniące swoich interesów Polska i Ukraina to faktyczne mocarstwo, choć dopiero wtedy, gdy oba te kraje zaczną doprowadzać gospodarki i społeczeństwo do stanu działającego- ale jeśli wystarczy woli i siły politycznej na jedno, to i na drugie się znajdzie.
Niekoniecznie się ten scenariusz spełni, bo zainteresowanych jego storpedowaniem lista jest aż nadto długa. Świadomość tej nieco marksistowskiej nieuchronności musi też dotrzeć do np. głów przywódców polskiego Ruchu Narodowego, który jeszcze nie dziś, ale za kilka lat będzie miał w Polsce coś do powiedzenia, a obecna ignorancja tych przywódców w sprawach zagranicznych jest przerażająca. Wreszcie, Jarosław Kaczyński (swoją droga w Kijowie musiał za imię mocno rodzicom dziękować...) musi znów zostać premierem. A pierwszą przesłanką do tego- dożyć do wyborów, podobnie jak Kliczko i inni ukraińscy przywódcy.  

Dalej patriotycznie o wiatrakach

Czas rozwinąć poprzedni wpis. Dyskusja rozpoczęła się ostra, nawet czasami zawierająca jakieś merytoryczne argumenty- więc warto przeczytać, bo spór był gorący i do niczego nie prowadził.
W skrócie- część komentatorów, jak zwykle przytoczyła argumenty wprost z działów PR wielkich koncernów energetycznych, w tym jak zwykle Gazpromu, którego dział PR w Polsce, jak wiadomo, nazywa się Ambasada Federacji Rosyjskiej.
Jak wiadomo pozyskiwanie energii z wiatru ma historię liczona w tysiącach lat, prąd trochę krótszą, a fotowoltaika wciąż jest na tyle nowa rzeczą, że korekta w OpenOffice twierdzi, że nie ma takiego słowa. Tak samo w latach 70-tych, przy okazji kryzysów naftowych, co poniektórzy sobie zdali sprawę, że paliwa kopalne nie są dane raz na zawsze i kiedyś nastąpi ich kres, poprzedzony zmniejszającą się dostępnością i chaosem gospodarczym i społecznym z tym związanym.
Wtedy nie bardzo było wiadomo co dokładnie robić i tu zwłaszcza rządy miały różne pomysły. Zaczynając od Brazylii, gdzie program zastąpienia płynnych paliw kopalnych nawet jakoś zadziałał- znaczy etanol z trzciny, po dojrzeniu przemysłu do wydajnej masowej produkcji jest bez żadnych subsydiów konkurencyjny dla benzyny. OK- działa. Biopaliwa gdzie indziej nie sprawdziły się za bardzo. Program zarówno biopaliw, jak też z lat 70- tych system pomocy dla energii wiatrowej i słonecznej w USA okazał się kompletną katastrofą. To jest ocywiście podawane jako sztandarowy przykład nieefektywności ekonomicznej OZE, tylko mało kto zwraca uwagę na szczegóły- w programie wsparcia w USA nie było praktycznie żadnych zachęt ekonomicznych dla obniżania kosztów i zwiększania trwałości sprzętu, a wręcz przeciwnie- dotacje rządowe były naliczane jako procent kosztów. Więc musiało się skończyć jak zwykle. Bandy cwaniaczków stawiały kupy złomu nazywając je elektrowniami wiatrowymi, dostając subsydia niezależnie od ich działania lub nie. Następnie wielkie firmy energetyczne miały świetny przykład, że OZE nie działa i wszyscy byli zadowoleni.
W międzyczasie Duńczycy podeszli do sprawy trochę inaczej. Mając dobre warunki wiatrowe w maleńkim i zamożnym kraju oraz już istniejące inżynierskie doświadczenie w tym- skonstruowali reżim prawny w którym opłacało się budować jak najlepsze, najtańsze i najtrwalsze konstrukcje- bo dochody były zależne od ilości wyprodukowanego prądu. Początkowo, oczywiście był od droższy niż z tradycyjnych źródeł- ale w małym narodzie wielkiego ducha idea niezależności energetycznej (ewentualnie współzależności Skandynawii) przyjęła się szybko.
Część tych pomysłów skopiowali Niemcy, dodawszy trochę od siebie, poprawili co nie działało i mamy dziś ich ustawę o wspieraniu energetyki odnawialnej.
Tu warto najpierw przypomnieć założenia- po pierwsze, obowiązek odbioru zielonej energii przez sieci, po drugie gwarantowana cena, po trzecie- i najważniejsze- ta gwarantowana cena jest ciągle obniżana, a szybkość tej obniżki jest jasno określona, oraz korygowana zależnie od zrealizowania lub nie planu nowych instalacji (tak, państwowego planu, jak z PRL) . Przy okazji- producent dostaje przez dość długi, określony (20 lat, z czego przez pierwsze 5 podwyższona stawka) czas cenę jaka obowiązywała w momencie podłączenia. Dodatkowo koszty energii odnawialnej powyżej cen rynkowych są pokrywane przez specjalną dopłatę do kosztów prądu- teoretycznie obowiązująca wszystkich, w praktyce znaczna część przemysłu jest z niej zwolniona lub ma obniżone stawki.
Skutki nietrudno było przewidzieć. Jak grzyby po deszczu zaczęły rosnąć wiatraki, ale każdy nowy model był wydajniejszy i trwalszy. Producenci musieli sporo inwestować w badania, co oczywiście wpływało na ceny. Co zdolniejsi biznesowo oczywiście stare modele sprzedawali do koloni, zapewne stąd się wzięły komentarze o strasznej awaryjności i wysokich kosztach eksploatacji wiatraków w Polsce. Cóż- ja o tym akurat miałem mniejsze pojęcie, bo moje kontakty z tym przemysłem dotyczyły raczej pierwszego świata.
Tak czy inaczej- ceny wiatraków, ich wydajność i niezawodność są już na tyle atrakcyjne, że dzisiejsze stawki dla elektrowni wiatrowych są poniżej przeciętnej hurtowej ceny prądu (nie przez pierwsze 5 lat). To zupełnie realnie oznacza, że energetyka wiatrowa po prostu jest opłacalna- ale jest problem, wiatr wieje kiedy chce, nadmiar wiatraków powoduje chwilowe nadmiary mocy i spadki cen, jeśli energia odnawialna nie ma priorytetu- to zarządcom sieci się znacznie bardziej opłaca kupować droższy prąd z elektrowni cieplnej (zwłaszcza, jeśli sami są jej właścicielami...), a przy skumulowanej produkcji z wiatru cena zawsze będzie niższa niż przeciętna- krótko mówiąc matolstwo neoliberalne ma rację- bez państwowej interwencji wiatraki się nie opłacają, pomimo że energia wiatrowa już jest tańsza.
Relatywnie podobnie ma się sytuacja z fotowoltaiką, tylko tu zmiana sytuacji była znacznie szybsza i bardziej dramatyczna.
Do niemieckiej ustawy wprowadzono feed-in-tarrif dla fotowoltaiki w 2004 r., co było nieco krytykowane, ponieważ ceny paneli były w owym czasie dość wygórowane, i pomysł zasilania sieci w ten sposób wydawał się ekonomicznym absurdem. Cóż- można powiedzieć, że sceptycy się mylili i relatywnie masowy rynek, jaki powstał dzięki tym regulacjom- najpierw usprawnił zwykły montaż, wykształcił odpowiednią kadrę techników, umasowił produkcję całej okolicznej gadżetologii (inwertery, mocowania, itp.) a następnie spowodował gigantyczne inwestycje w produkcję samych ogniw, co przez przypadek nałozyło się czasem z załamaniem kredytowym i na początku 2009 roku cena czystego krzemu spadła z okolic 300 dolarów do 20-30 za kg, za tym poszła odpowiednia obniżka cen paneli- zwłaszcza, że trwało pięknie załamanie kredytowe i rynek USA implodował. Wynik- nagle (prawie z dnia na dzień) cena paneli fotowoltaicznych spadła kilkukrotnie- a regulacje pozostały... Kto się w tym czasie załapał na zbudowanie instalacji na domu, szopie, fabryce, niezależnej, gdziekolwiek- dziś ma prawie za nic ładny strumień gotówki. I właśnie z tego okresu- fotowoltaiki w 2009-10 pochodzi olbrzymia część dopłat o energii odnawialnej w rachunkach Niemców. Dość szybko w awaryjnym trybie drakońsko obniżono te dopłaty- po prostu dostosowano je do nowej sytuacji rynkowej, a boom nadal sobie spokojnie trwał- tylko tym razem zyski były po prostu uczciwe. Po dalszych, już regularnych obniżkach, obecnie gwarantowana cena dla PV jest, dla każdej wielkości instalacji, niższa niż detaliczna cena prądu- wynosi od 10 do 14 eurocentów/kWh. Opłaca się sprzedawać, ale mając swój już nie opłaca się kupować od zakładów energetycznych. I jakoś nadal się instaluje- i to ilości, które jeszcze kilka lat temu wydawałyby się nieprawdopodobne. Na tym wszystkim zyskała klasa średnia- mając sposób na zainwestowanie taniego w czasach bańki na nieruchomościach pieniądza- co zresztą, moim zdaniem, w części uratowało niemiecki rynek nieruchomości od bańki- gorący pieniądz poszedł w wiatraki i PV, które cały czas przynoszą zyski- w oczywistym przeciwieństwie do przepłaconych „apartamentów”. Zyskał przemysł- tani prąd to oczywisty napęd przemysłu ciężkiego- to w Niemczech działają pełną para huty, odlewnie, walcownie, zautomatyzowane linie produkcyjne, co wymaga energii i taniego transportu (chyba nie wspomniałem, że koleje też płaca symboliczną dopłatę do zielonego prądu, co oznacza bardzo tani prąd, co oznacza śmiesznie tani transport- i kosztami produkcji jakoś z Niemcami prawie nie sposób konkurować. No, chyba, że mówimy o pracochłonnym montażu- wtedy należy to zlecić w koloni, murzyni za miskę kartofli poprzykręcają śrubki.
A tymczasem- dopóki należało gdzieś opchnąć starsze modele wiatraków i ewentualnie drogie panele jakoś się je bardzo chętnie promowało nawet w różnych dziwnych krajach. Dziś, kiedy jest to dojrzała technologia, dająca realną przewagę w konkurencji międzynarodowej- oczywiście w Polsce pojawia się nowa ustawa o OZE, która efektywnie uniemożliwia cokolwiek. Co zapewne wielkim krytykom OZE powinno się znakomicie podobać- a dodawszy, że zwykle to w pierwszym rzędzie wielkie koncerny od energii elektrycznej i gazu- listę zadowolonych znamy.

Brazylia v. FIFA, czyli mecz na poziomie, druga połowa

Przypomnijmy wydarzenia z pierwszej części meczu.
Jakiś czas temu FIFA w osobie którego ze swoich szefów była uprzejma wystosować do rządu Brazylii żądanie zmiany prawa, aby możliwe byłoby sprzedawania i reklamowanie piwa na stadionach, a także przyspieszenia prac przy stadionach, użył zresztą relatywnie ostrych sformułowań, które po portugalsku zabrzmiały naprawdę źle... Skoro żądanie, to żądanie. Dilma Rouseff zapowiedziała, że nie ma zamiaru się spotykać z nikim z FIFA, ani z brazylijskiej federacji do czasu przeprosin. Po przeprosinach nawet doszło do kompromisu- FIFA zgodziła się sprzedawać ulgowe bilety dla studentów i emerytów, a rząd Brazylii zgodził się nawet znieść restrykcje- znaczy niezupełnie, bo rząd federalny przekazał uprawnienia do zniesienia ograniczeń do rządów stanowych... Powiedzmy, że 2:1, ale wygląda na to, ze reprezentacja Brazylii chce zachować sporo sił na dalsza część meczu. Choć oczywiście FIFA ogłosiła zwycięstwo w rozmowach i jej prezes stwierdził, że nie ma więcej spornych obszarów. Brazylia tego nie komentowała.
Po przerwie właśnie się zaczyna nie mniej emocjonująca, dalsza część meczu.
Drużyna Brazylii ruszyła z mocnym otwarciem. Właśnie wczoraj prokuratura federalna w imieniu rządu pozwała FIFA o zwrot wydatków poniesionych na tymczasowe budynki i struktury, które zostaną rozebrane po turnieju- z uzasadnieniem, że Brazylia jak najbardziej finansuje stałe rzeczy, które będą służyć społeczeństwu, ale za tymczasowe rzeczy na turniej to niech sobie FIFA sama płaci. Trochę głupio wyszło, bo wieść gminna niesie, że przedstawiciele FIFA (i lokalnej federacji) znakomicie żyli z wykonawcami stadionów, tylko rząd trochę marudził, że jakoś drogo wszyscy wykonawcy biorą. W końcu za marudzenia na ten temat się wzięli zwykli ludzie, jak wiadomo trochę podemonstrowali, bo cóż- przeciętny Brazylijczyk dobrze wie, że do gry w piłkę wystarczy kawałek względnie płaskiego terenu, a do oglądania zwycięstw reprezentacji dotychczasowe stadiony się nadawały zupełnie dobrze. A głupio z tym wyszło dlatego, że właśnie za te dodatkowe obiekty rząd za pośrednictwem brazylijskich sądów wysyła rachunek do FIFA. Na głupie 100 mln dolarów. To jeszcze nie jest jakaś straszna kwota na tym poziomie, zwłaszcza, że to dopiero pozew- sprawa się jakiś czas pociągnie. Trochę zabawniej wyszło, że zgodnie z tą samą logiką prokuratura zablokowała wszelkie wydatki inne niż na trwałą infrastrukturę. Czyli cała zabawa z tymczasowymi obiektami, bramki, ochrona i właściwie cała organizacja turnieju ma spaść na FIFA. Bagatela- szacunki mówią o 550 mln dolarów. To już jest zabawne. Kwota wygląda względnie poważnie. Nie dla rządu Brazylii, ale dla FIFA już chyba tak.
Na razie wygląda na 4:1. Ale dopóki piłka w grze wszystko jest możliwe. Ale jedno wydaje się pewne- od teraz FIFA będzie raczej wolec średnie kraje- wystarczająco bogate na zorganizowanie sporej imprezy i wystarczająco słabe, aby za dużo nie podskakiwać.

Jeszcze o tajnych laboratoriach co mają zbawić świat

Dodając trochę do poprzedniego wpisu pod tym tytułem- moją tezą jest- nie potrzeba niczego ponadto, co już istnieje- może z odrobiną ulepszeń. Ale za to fizyki się nie przeskoczy. Ograniczenia są, jakie są i żadne pomysły rodem ze StarTreka tego nie zmienią. Ale poza tym, trzymając się ziemi i nie odlatując za daleko- można sobie wyobrazić parę rzeczy:
Przypuśćmy, że na poziomie elit biznesowych, finansowych i politycznych zapada konsensus- wobec wyzwań obecnej sytuacji energetycznej przebudowujemy w całości gospodarkę na źródła odnawialne i działamy konsekwentnie w tym kierunku. Nawet tego typu deklaracje się zdarzają.
Więc pewien technologiczny opis stanu docelowego. Akurat konkretne miejsce nie ma za dużego znaczenia. To, że sieć energetyczną można w dużej części oprzeć na źródłach odnawialnych jest w miarę oczywiste- czy w całości- to oczywiście inne pytanie. Widziałem badania (oczywiście nie pamiętam gdzie- był to jakiś niemiecki instytut), w których wyliczano, że przy zabezpieczeniu potrzeb rzędu 9% z niezawodnych elektrowni wodnych można całą sieć oprzeć na źródłach odnawialnych i da się to jakoś zbilansować. Kluczem do wszystkiego jest jednak transport. Jeśli będzie istnieć nowoczesna sieć transportowa, cywilizacja pozostanie.
Słoniem w menażerii jest tu samochód osobowy. Każdy może sam zobaczyć jaką część wydatków na ogólnie pojęte wyroby przemysłowe przeznacza na samochód i rzeczy z nim związana, a jaką na całą resztę. Ale tylko przemysłowe- nieprzetworzona żywność i energia nimi nie są (paliwa w sporej części- tej rafineryjnej). 
Otóż, pomimo prób, dobry i sensowny samochód na energię odnawialną można zrobić tylko jako zasilany bateriami, w których to wypadku obecna technologia nie jest wcale taka odległa od teoretycznych limitów. Problem polega na tym, że do utrzymania jazdy samochodem osobowym po dobrej drodze z prędkością, gdzie opór powietrza jeszcze nie stanowi dużego problemu potrzeba ok. 10 kW, czyli na taką jazdę (znaczy powiedzmy 90 km/h na autostradzie) przez godzinę potrzeba 10 kWh (można to zmniejszyć zwężają opony- ale kosztem drogi hamowania)- ok. 70-100 kg dobrych baterii litowych. Dodawszy do tego gorsze drogi, jazdę pod górę, a zwłaszcza miejską (choć odzysk energii przy hamowaniu trochę tu może pomóc) mamy to co mamy i żadne sztuczki marketingowców tego nie zmienią. Ale przede wszystkim właśnie ta ilość zużywanej energii wygląda nieco nierealnie i też trudno wyobrazić sobie działanie przemysłu na takim poziomie w oparciu o źródła odnawialne- przynajmniej w początkowym okresie. Choć z drugiej strony oczywiście należy wykorzystać możliwie jak najbardziej istniejąca infrastrukturę, zanim zbuduje się nową, bardziej efektywną.
Ale dalej- obecne ceny fotowoltaiki są już tak niskie, że można sobie wyobrazić przejście całej energetyki na energię odnawialną, dodawszy do tego oczywiście wiatr- ale jego zasoby zaczynają być, zwłaszcza w Europie, ograniczone. Oczywiście problemem jest to, że wiatr wieje kiedy chce, a słońce świeci tylko w dzień, a w warunkach zimowej Europy i to nie bardzo. Oczywiście jako dodatek może działać smart grid, słuszna ilość elektrowni szczytowo-pompowych, kiedy już zabraknie miejsc na tamy, itp.- ale żadnych złudzeń, chyba przez długi czas nawet najbardziej udanej przebudowy sieci energetycznej sojusznikiem pozostanie 20 stopień zasilania...
Podsumowując- to wszystko da się zrobić- ale koszty zarówno inwestycyjne, jak też poziomu życia muszą być spore. Droższy i zawodny prąd w sieci w miejsce dostępnych paliw, drastyczne zmniejszenie produkcji przemysłowej i przebudowa jej struktury to są spore wyzwania. Bez kompletnego zawału państwa i struktury społecznej możliwe tylko w krajach relatywnie bogatych, a i to tylko pod warunkiem zgody społeczeństwa. Alternatywą jest co prawda funkcjonowanie w warunkach pogłębiającego się kryzysu i stopniowe staczanie się w stronę Kongo, ale przy braku zaufania społecznego i tak większość oceniałaby takie działania jako złodziejstwo i brak jest jakichkolwiek szans na sukces.
Teraz- co jest możliwe, zakładając powyższe warunki? Po pierwsze- generalnie transport szynowy. W warunkach miejskich oczywiście klasyczny tramwaj- jest dobry, sprawdzony i względnie tani. Dla pewnego wyobrażenia- opory ruchu na szynach dla przeciętnego nowoczesnego (czyli dość dużego) tramwaju to 4 kW (porównajmy to z samochodem!!!). Patrząc oczywiście na trwałość samego taboru i czas eksploatacji wyposażenia linii mamy ten sam problem- budowanie porządnych rzeczy na dekady zamiast wyrzucania na śmietnik po kilku latach. W warunkach kryzysu to oczywiście zaleta, ale przeniesienie zasobów na inwestycje w takiej sytuacji jest problematyczne. Sensowna sieć tramwajowa może oczywiście tez służyć do transportu towarów- tylko znów- to jest trudność przede wszystkim ze strony biznesowej- jak właściwie to rozliczać? Tego typu rozwiązania jak najbardziej istnieją, ale są wyjątkami i oczywiście najpierw musi istnieć dobra sieć tramwajowa, a dopiero potem można myśleć o adaptacji jej do transportu towarowego.
Dlatego tez znacznie większym problemem jest transport międzymiastowy i zwłaszcza podmiejski. Międzymiastowy- to właściwie jest całkowicie dzisiejszy model- zelektryfikowana kolej jest czymś co jest i działa. Problemem jest zarządzanie i logistyka, ale generalnie jest zupełnie dobrze- dodatkiem zastępującym samoloty na krótszych trasach oczywiście jest szybka kolej. Znów- to tylko kwestia zgody społecznej na inwestycje.
Najbardziej problematycznym miejscem są przedmieścia i mniejsze miejscowości. Właściwie zawsze transport w tym zakresie był nieopłacalny. W 19 w. rozwiązywano to tak, że wielkie firmy budujące główną siec kolejową zawierały porozumienia z lokalnymi biznesmenami dopłacając do eksploatacji bocznych linii, które służyły jako feeders (brakuje mi dobrego polskiego słowa) dla głównej linii. Pojawienie się transportu motorowego znakomicie zniszczyło tą ekonomię i następnie boczne linie zaczęły znikać, wszędzie na świecie. I tu pojawia się dość ciekawa konstrukcja pewnej argentyńskiej firmy- Tecnotren. Założenie biznesowe jest ciekawe- stworzyli pojazd do transportu pasażerów po opuszczonych liniach kolejowych. Ten pociąg nie spełnia oficjalnych wymogów bezpieczeństwa dla pojazdów kolejowych, w związku z czym waży 1/4 tego co by musiał ważyć spełniając te wymogi. Maksymalna prędkość 40 km/h, czyli żałosna (ale właściwa dla torów w złym stanie), ale za to silnik 1.7 D fiata (który tu naprawi każdy kowal) i zużycie paliwa, jak podają 16 litrów ropy na 100 km. Oczywiście dostosowanie tego do logistyki towarowej to inny problem, ale sprzęt jest i zdaje się, że staje się całkiem popularny, bo opuszczonych torów akurat w Argentynie nie brakuje. Pojazd ten jest tak mało energożerny, ze po obłożeniu go panelami słonecznymi powinien działać nawet bez doładowywania baterii. 
Oczywiście- zupełnie lokalny transport, czy to ludzi czy towarów, pozostanie domeną samochodów elektrycznych- i tu jest ich nisza- dowóz do lokalnej stacji kolejowej, załadunek, wyładunek. Tak to może działać. Ale o dziwo nie widziałem na rynku żadnego pojazdu elektrycznego o właśnie takim przeznaczeniu. Co nie zmienia faktu, że skonstruowanie go jest raczej łatwe i poradziłby sobie z tym prawie że pan Wiesio co ma garaż. To tak w skrócie- zużycie paliwa bezpośrednio w rolnictwie to jest w najlepszym wypadku traktor elektryczny i wymiana zespołów baterii, a w transporcie morskim na dziś sprawa mało realna- w rzecznym zupełnie inna sytuacja- barka napędzana ogniwami słonecznymi wydaje się dość realnym pomysłem. W ten sposób realnie można zmniejszyć, w miarę postępu inwestycji zużycie paliw kopalnych do powiedzmy 5-10% dzisiejszego. Tylko... Wymaga to oczywiście zgody społecznej, pokonania lobbys zyskujących na utrzymaniu status quo- czyli realnie przekonania stosownych oligarchów, że po zmianach też zarobią. I to jest tak naprawdę największy problem. A jeśli uda się stworzyć system, gdzie zarabia na takim przekształceniu także klasa średnia- co w dużym stopniu się udało w Niemczech, to właściwie sukces jest zapewniony.
Przekształcenie to oczywiście koszty inwestycji- efektywnie zmniejszenie konsumpcji i dług. Ale z nadzieją na wyjście. Wymaga jedynie wspólnego działania i spójności społecznej, ewentualnie oświeconego zamordyzmu- ale jest on znacznie gorszy niż społeczna zgoda.