Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Urugwaj. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Urugwaj. Pokaż wszystkie posty

O nowym rządzie Trumpa i trochę ogłoszeń

 Rząd Trumpa się powoli wyłania, wygląda jakby zestaw nazwisk układano według dwóch kryteriów- lojalności wobec państwa i kompetencji. To chyba wszystko w porządku, co nie? Niezupełnie

Mroczny sezon wyborczy

Zbliżają się wybory w USA. Z jednej strony całkiem ważne, a z drugiej właściwie to istotne rzeczy wydarzą sie niezależnie od ich wyniku i w podobnym czasie. Więc można najpierw wspomnieć o dwóch innych- w Mołdawii i Gruzji. Właściwie to jeszcze nie zakończonych w momencie kiedy to piszę.

Czy Europę czeka upadek?

 Kiedyś obiecałem Czytelnikom, że jak przyjdzie czas się mniej lub bardziej pakować z Europy to dam znać. I daję. Jakby.

Konkretnie to odpowiedź na pytanie czy czas się pakować i spadać brzmi- nie wiadomo i to zależy.

Covid- 19 w Uruguwaju, czyli o wzorowym działaniu państwa

 Na świecie dobrze się rozkręca druga fala koronawirusa. świat, poszczególne państwa i społeczeństwa miały miesiące na przygotowanie się. Naukowcy tę drugą falę zapowiadali i ostrzegali. I co? I nic.

Państwa które poważnie i rozsądnie podeszły do pierwszej fali, w perspektywie drugiej też wyglądają dobrze. Te, które sobie nie radziły, w obliczu drugiej wyglądają jeszcze gorzej. 

Polska jest tu ciekawym przykładem, bo co prawda kraj jest z tektury lepionej śliną i ani władza ani administracja nie jest w stanie wykonać żadnych skomplikowanych działań, ale z pierwszą falą się upiekło przez jedną jedną i to prostą do wdrożenia decyzję o szybkim lockdownie. 

To dało czas, że by przygotować się do drugiej, ale do tego państwo już było całkowicie niezdolne. 

Rzeczpospolita nie jest w tej nieudolności specjalnie osamotniona. Jest cała litania państw i społeczeństw, które nie potrafiły dostrzec powagi problemu i/lub zorganizować systemu który by ten problem jakoś rozwiązał. Czy choć ograniczył.

O COVID-19 wiemy coraz więcej, tak o przebiegu choroby jak też o mechanizmach zarażenia. W miarę wiadomo że w odróżnieniu od wielu innych infekcji tu nieproporcjonalnie wielką rolę odgrywają superspreaders oraz, co jest dość przerażającą wiadomością, nawet przebieg bezobjawowy może, i często prowadzi, do nieodwracalnego uszkodzenia płuc, serca i innych narządów wewnętrznych, w tym również mózgu. 

To w skrócie oznacza, że pomysł pozwolenia wirusowi na swobodne działanie i następne nabycie odporności stadnej jest nie za dobrym pomysłem. A jak dołożymy fakt występowania ponownego zakażenia to już całkiem głupim. Ale nie piszę tego dla wykazywania, że takie pomysły były złe w styczniu czy lutym. Tak, były, ale ograniczona ilość informacji mogła spowodować, że wydawały się rozsądne. Za to ktokolwiek promuje je dziś jest zwyczajnym durniem. 

W takim zamieszaniu i braku wiedzy różne kraje zaczęły stosować różne taktyki dla powstrzymania epidemii. Czasem rozsądne, czasem mniej, a czasem łączące się z denializmem samego istnienia problemu. Szkoda klawiatury na opisywanie złego podejścia, bo ono jest typowe, większość rządów sobie nie poradziła. Oczywiście są pewne tendencje- rządy prawicowe są znacznie gorsze, aż gdzieś do granicy ludobójstwa, a rządy kierowane przez kobiety są znacznie lepsze. 

Jest w tym oczywiście związek przyczynowo-skutkowy, a nie tylko korelacja, bo generalnie prawica w takich sytuacjach zastanawia się czy to dobra okazja, aby zakosić trochę kasy (oczywiście, jak każda!) i jak zrobić dobrze kolegom bankierom i oligarchom. Tym ostatnim zależy zasadniczo na tym, aby dalej spalać ropę w jak największych ilościach, więc i taka jest polityka prawicowych rządów- żadnej epidemii działamy normalnie, a te naczepy-chłodnie obok szpitali to po prostu ktoś tak zaparkował. 

I na takim tle możemy spojrzeć na Urugwaj

Sytuacja startowa była taka, że po wyborach w 2019 dotychczasowa koalicja, rządząca przez 15 lat utraciła władzę. Przejęcie jej przez nową koalicją miało nastąpić, jak zawsze 1 marca. 

Czyli akurat ten dość długi okres przejściowy się wkomponował w rozwój pandemii. I na przykład przyszły minister zdrowia z tego skorzystał i poprosił uniwerek o zorganizowanie mu wykładów dotyczących COVID-19. Wiem stąd, że później w wywiadzie lekarz powiedział, że był zdziwiony samą prośbą, a jeszcze bardziej tym, że minister przybył punktualnie i najwyraźniej po to, aby się czegoś nauczyć. Bo i to nie trafiło wtedy do mediów, a wiele miesięcy później. A konkretnie jak media zaczęły się zastanawiać jak to się stało, że epidemia w Urugwaju jest pod kontrolą, a praktycznie nigdzie dookoła nie. 

Sama epidemia dość szczęśliwie omijała Urugwaj w miarę długo, pierwszy superspreading event był dopiero w pierwszych dniach marca, już za kadencji nowego rządu. Jakaś celebrytka przyleciała z Hiszpanii i wybrała się prosto na wesele na 500 osób. 

System od razu zadziałał. Celebrytka wylądowała na kwarantannie, jak też wszyscy z którymi miała kontakt. Sąsiedzi pomogli, w tym sensie, że dzielnie obserwowali i uprzejmie donieśli na policję, że jej syn ją odwiedza codzienne i przesiaduje godzinami. 

I tak wyglądał start epidemii w Urugwaju

W tym momencie się okazało, że władze mniej-więcej wiedza co robią. Napływ zakażeń był widoczny, wiec ogłoszono lockdown. Ale daleki od tak drastycznego jak w wielu krajach europejskich. Zamknięcie nie dotyczyło całej gospodarki a "jedynie" tych sektorów gdzie następuje kontakt miedzyludzki.

Do tego momentu nie różniło się tak bardzo od postępowania w innych krajach. Ciekawie było jednak dalej.

Otóż powstał komisja doradcza przy rządzie dla wsparcia zwalczania epidemii. I co ciekawe składa się ona z dwóch części- medycznej i epidemiologicznej. Pozornie może się wydawać co to za różnica, w końcu to lekarze zajmują się epidemiami? No własnie jest. Lekarze zajmują się objawami i leczeniem chorób. Za to do badania propagowania i rozwoju epidemii ściągnięto matematyków, jak należało. A przynajmniej matematyk kieruje epidemiologiczną częścią komisji. 

I przez cały czas to naukowcy podawali ścieżkę postępowania dla rządu, a politycy robili to co jest ich robotą- przekazywali to społeczeństwu i ubierali w zasady prawne które były możliwe do wyegzekwowania. Zauważmy, jak bardzo to się różniło od działań państw z dykty, już w tym momencie. Następnie komisja opracowywała zasady dla kolejnych działów gospodarki. Zasady, znaczy procedury, których należy przestrzegać w pracy i przy obsłudze klientów. Czyli maski, dystans, etc. Ubrane w dokładne opisy dostosowane do każdej branży. Opracowywano kolejne procedury i wraz z nimi zezwalano na otwieranie kolejnych sektorów gospodarki. Od najważniejszych do najmniej istotnych i od łatwych do wdrożenia do trudniejszych. Lub niemożliwych i to pozostaje zamknięte. 

W taki sposób dość szybko, po jakiś 2 tygodniach otwarto budowlankę, potem kolejne branże, aż doszli do kościołów, w tym kraju mało istotnych. 

Następnie plan polegał na tym, aby był system pozwalający na śledzenie wszystkich zakażeń i można było wygasić każde powstające ognisko. Co ciekawe, wcale nie było i nie jest planowane całkowite powstrzymanie epidemii. A może od razu uznano, że jest to w sytuacji Urugwaju kompletna mrzonka. 

Mrzonka, bo obok są Brazylia i Argentyna. Argentyna, gdzie jest właściwie kompletny brak komunikacji w społeczeństwie, bo media zajmują głównie autentycznym zmyślaniem wiadomości, odpowiednio pro- i anty- rządowych, wobec czego żaden istotny przekaz nie jest w stanie dotrzeć do całego społeczeństwa, które w ten sposób nie może działać wspólnie w żadnej sprawie. Nawet takiej jak pandemia. Więc niezależnie od tego co rząd by chciał i jak planował, nie jest w stanie tego przekazać społeczeństwu, a zresztą słaba i dysfunkcjonalna administracja i tak prawdopodobnie by nie mogła zrobić żadnego rozsądnego planu. Więc w Argentynie COVID ma się dobrze, ludzie trochę gorzej....

Brazylia organizacyjnie jest silniejszym krajem, ale podzielonym między władze federalne i stanowe, co już utrudnia skoordynowaną politykę, do tego rządem federalnym kieruje kompletny świr i negacjonista epidemii, na to się nakładają relacje post-niewolnicze w społeczeństwie, czytaj patologiczny rasizm i przekonanie elit, że jak coś zabija głównie czarnych to jest to w sumie pozytywna rzecz. Więc epidemia w Brazylii jest już od dawna poza jakąkolwiek kontrolą. 

I o ile Urugwaj może zamknąć granice w portach, na lotniskach oraz lądową z Argentyną, bo ta przebiega wzdłuż dwóch wielkich rzek, tak granicy z Brazylią zamknąć się nie da, bo ona właściwie fizycznie nie istnieje. Wszystkie miasta przygraniczne mają po prostu dzielnice w obu krajach, wewnątrz ich nie ma przejść granicznych, a nawet są budynki z wejściami po obu stronach. 

I przyznam, że z tego poziomu trudności utrzymanie epidemii pod kontrolą to nie nie jest to samo co w Nowej Zelandii czy Islandii, to jest dużo poważniejsza sprawa. I wymagająca stałej mobilizacji społeczeństwa, utrzymania w stanie alertu, a jednocześnie nie zmęczenia ludzi nadmiernymi wymaganiami, czy destrukcją gospodarki. Nic z tego nie jest proste i wszystko wymaga wyważenia mnóstwa sprzecznych interesów. I to nie interesów kolegów, a interesów kraju. I urugwajski rząd robi to dobrze. 

Ilość wykrywanych zakażeń utrzymuje się na stałym poziomie 20-50 dziennie, przy 2-3 tys testów dziennie (na 3,5 mln mieszkańców). Ale co ważniejsze, w praktycznie każdym przypadku władze mogą prześledzić większość kontaktów i zatrzymać ewentualne niekontrolowane rozprzestrzenianie.

Mogą prześledzić kontakty, bo w miejscach anonimowego gromadzenia się ludzi (komunikacji publicznej, mallach, kościołach, etc., jest obowiązek noszenia masek i jest on całkowicie przestrzegany. Bo inaczej po prostu nie jest się wpuszczonym, czy po prostu wypraszają. Za to sytuacje, gdzie później można te kontakty zidentyfikować są względnie bezproblemowe. Maski są powszechne, i jest społeczna presja, ale nie do końca wszyscy ich używają, w mniejszych sklepach bywa różnie, etc.

Kolejna sprawa- poważną częścią gospodarki Urugwaju jest turystyka, a głównie plaże pełne Argentyńczyków. I rząd już zapowiedział, że tego lata (które się zaraz zaczyna), granice zostaną zamknięte. Pewnie się zastanawiali nad decyzją i taką podjęli. I trudno z nią dyskutować. Ponieważ niektórzy Argentyńczycy mogą wjechać- oczywiście mający prawo pobytu w Urugwaju, ale też za jednorazowymi pozwoleniami dla załatwiania różnych spraw. Mają tylko na granicy przedstawić test z wiarygodnej instytucji albo go zrobić na granicy. Jeśli robią na granicy, to muszą zostawić numer telefonu i adres pobytu. 

I o ile z kierowcami ciężarówek ponoć nie ma żadnego problemu, przestrzegają procedur, maski i nie zbliżają się do tubylców, odbierają telefony od władz, etc., tak wjeżdżający w interesach mają wszystko w nosie, jak u siebie. Zwykle nawet nie odbierają telefonów które mają poinformować o wyniku testu. 

O przestrzeganiu kwarantanny nawet nie ma co wspominać. Ale warto w jednym przypadku. Kilka dni temu jakaś Argentynka przyjechała do Punta del Este (taki luksusowy kurort), sprzedać swoją nieruchomość. Zameldowała się w hotelu w dniu przyjazdu i po krótkiej chwili wychodziła na miasto. W recepcji zapytano się ją o kwarantannę, naściemniała, że miała jakich dokument zwalniający. Szef hotelu zadzwonił do stowarzyszenia hotelarzy i zapytał się co robić, ci odpowiedzieli, że żadnych zwolnień nie ma i może robić co uważa. Więc kobieta jak wróciła, dowidziała się że jest wymeldowana i ma się natychmiast zabierać. Stowarzyszenie poinformowało inne hotele i nie przyjęto jej w żadnym- cóż, tak działa wolny rynek, nieprawdaż? Jakąś kwaterę pewnie znalazła, ale w newsach się to pojawiło i może dotrze do Argentyny. Choć bardziej podejrzewam, że to któraś z gazet wymyśliła te "genialne" porady o wjeździe do Urugwaju i już nic nie dotrze. Przynajmniej do tej połowy Argentyńczyków, która wierzy w akurat te media. 

A w kwestii gospodarczych skutków- od razu na początku wprowadzono ciekawe rozwiązanie "częściowego zasiłku dla bezrobotnych", znaczy firmy mogły zmniejszyć ilość godzin dla pracowników, płacą im stosownie mniej, a co do tego co ubyło z etatu przysługuje zasiłek dla bezrobotnych, znaczy jego stosowna część. Więc przy zmianie z całego na pół etatu, dostajemy połowę dotychczasowej pensji i dodatkowo chyba 30% jako zasiłek dla bezrobotnych. Wszyscy zaciskają pasa, wszyscy jakoś mogą przeżyć. Oczywiście teraz rząd namawia ludzi do wybrania się na wakacje gdzieś w kraju, bo przecież i tak nigdzie dalej nie wyjadą, a tak może pomogą przetrwać branży turystycznej. Która na sezon została zwolniona z praktycznie wszystkich podatków, zupełnie rozsądnie. Subsydiów poza tym raczej nie ma, bo nie ma z czego ich rozdawać. 

To oczywiście nie wszystko, ale mam nadzieję, że pokazałem, że można, że się da i można mieć epidemię pod kontrolą nawet w bardzo trudnych warunkach. Problem polega na tym, że u władzy muszą być ludzie, którzy to chcą zrobić i którzy potrafią zaufać fachowcom, ale sami podejmują decyzje. I są to decyzje, które wzmacniają zaufanie dla nich i dla społeczeństwa nawzajem. Aż do stopnia, gdzie prywatne podmioty, same z siebie najpierw pomagają społeczeństwu i władzy zanim spojrzą na własny interes. Ale tego się nie da uzyskać w tydzień.....

O wyborach w Urugwaju. I w sumie wszędzie indziej też.

Drodzy czytelnicy!

Wszędzie zawsze się zbliżają jakieś wybory, w Urugwaju w sumie też. Choć akurat tutaj sytuacja jest o tyle zabawna, że nie wiadomo, czy będą, czy już były. 

O tyle nie wiadomo, że formalnie to dopiero będą, ale faktycznie nikt sobie nie wyobraża co by się musiało stać, aby kandydat Frente Amplio ich nie wygrał. To znaczy w miarę wiadomo, musiałby być to polityk pokroju obecnego ministra finansów, Daniela Astori, którego popularność jest raczej jednocyfrowa, ale to do momentu aż powie coś konkretnego publicznie, bo wtedy spada do ujemnej.
Ale był święcie przekonany, że jako jednemu z trzech najstarszych i najważniejszych polityków FA prezydentura mu się po prostu należy. Bo dwóch pozostałych, Jose Mujica i Tabare Vazquez już to stanowisko piastowało. 

Moim zdaniem był jedynym politykiem FA, który w ogóle mógł przegrać wybory prezydenckie. Ale kandydatem nie będzie. Czaił się, podchodził, ale w końcu Mujica go podpuścił, żeby publicznie się zadeklarował. Powiedział parę rzeczy, które można było zrozumieć jako poparcie, a następnie zapowiedział, ze spotka się z nim jak oficjalnie ogłosi swoją kandydaturę. Astori to zrobił, opowiedział mediom, że teraz wybiera się do Pepe prosić o poparcie i poszedł. Spotkanie się odbyło, a po nim Mujica powiedział publicznie, że Astori się nie nadaje. I to tyle na temat tej kandydatury. Jeśli najpopularniejsza publicznie postać w twoim bloku politycznym mówi, ze się nie nadajesz, to możesz iść na emeryturę. 
To była pierwsza runda. 

Ale najpierw dygresja, konieczna dla zrozumienia sytuacji. Frente Amplio najbliżej do czegoś co byśmy nazwali koalicją wyborczą, ale nieco bardziej sformalizowaną. Otóż powstała w 1971 roku i, z przerwą na trepokrację, istnieje do dziś. Pierwotnymi założycielami była Partia Socjalistyczna, Partia Komunistyczna i Partia Chrześcijańskich Demokratów, do tego doszło przez lata sporo mniejszych ugrupowań, Chrześcijańscy Demokraci zmienali nazwy z częstotliwością w miarę identyczną jak kolejne partie z udziałem Leszka Balcerowicza i obecnie nazywają się Frente Liber Seregni. Główna postacią FLS jest już wspomniany Astori i tu podobieństwo do Balcerowicza staje się jeszcze bardziej uderzające, bo polityka obu jako ministrów finansów była bardzo zbliżona, a wpływ na osobistą popularność właściwie identyczny. Ale Astori już zakończył karierę polityczną. Ministrem jeszcze jest, ale po tym jak go urządził Mujica, politykiem już nie.
W 1989 po kilku latach debat, do Frente Amplio przyjęto ugrupowanie Mujicy, Movimento de Participacion Popular (Ruch Powszechnej Partycypacji?, nie wiem jak to w miarę dobrze przetłumaczyć). W czasach nam bliższych jeszcze powstała frakcja Casa Grande, która programem jest praktycznie tożsama z MPP, ale jest ofertą dla ludzi, którzy nie chcą popierać faceta, który torturował przysłanych przez CIA specjalistów od tortur, z okazji wizyty prezesa GM spalił budynek przedstawicielstwa, obrabował całkiem sporo nomenklaturowych firm i pralni pieniędzy, a także uczestniczył w niezliczonych strzelaninach z policją, tudzież paramilitarnymi bojówkami (gdzie w tych realiach ślad praktycznie zawsze prowadził do Waszyngtonu. Lub Langley) oraz jego kolegów.

Po przyjęciu MPP Frente Amplio po raz pierwszy wygrało poważniejsze wybory (na burmistrza Montevideo), a w 2005 wybory prezydenckie i parlamentarne. To była inna epoka w dziejach świata, przed 2009 rokiem i wtedy kompromis komunistów, lewicowych partyzantów, centrowych socjalistów i zwykłych neoliberałów miał rację bytu, bo można było wypracować plan inkluzji społecznej opartej o wzrost gospodarczy na zasadach liberalizmu. Dzięki polityce socjalnej rynek rósł, konsumpcja rosła, wszystko ładnie wyglądało i ściągało inwestycje, a polityka fiskalna była taka jak inwestorzy lubili.
Impreza na całym świecie się skończyła w 2009, inwestycji przemysłowych na zasadach liberalizmu już po prostu nie ma. Czasem można ściągnąć coś, co jest ze względu na poziom zagrożenia dla ludzi i środowiska wyrzucane nie tylko z Europy, ale i z Chin. Ale i tu konkurencja do takich inwestycji jest ostra. Więc model stracił sens.
Ale wtedy (znaczy od 2010) prezydentem był Mujica.  W ramach polityki pokryzysowej po prostu państowe przedsiębiorstwa (państwowe monopole: UTE- energetyczny, ANTEL - telefoniczny i ANCAP - paliwowy)  rozpoczęły inwestycje na gigantyczną skalę. Czego długotrwałym (znaczy dzisiejszym) efektem jest sieć internetowa i energetyczna na poziomie światowej czołówki, czyli z zupełnie innej ligi możliwości finansowych i organizacyjnych. ANCAP dla odmiany rozpoczął program produkcji alkoholu z trzciny cukrowej. Niebyt liczne, ale w północno- wschodnim regionie kraju są obszary nadające się pod tę uprawę. Od lat pogrążone w nędzy, jak właściwie większość obszarów typowo cukrowych dookoła świata. Wraz z nowymi cukrowniami-gorzelniami wróciła praca i pieniądze (żałosne, ale i tak zmieniające wiele).
Po wyborach w 2015 roku powrócił prezydent Vazquez (konstytucja zakazuje kolejnych kadencji), który razem z ministrem Astori usiłują przywrócić wzrost na zsadach liberalizmu. Tylko ze tak to nie działa. Inwestorów w konkretne rzeczy już nie ma. Tonący brzytwy się chwyta i zawarli porozumienie z firmą UPM, producentem papieru, ze zbuduje kolejną (trzecią w Urugwaju) fabryke celulozy. Porozumienie wygląda tak, że Urugwaj ma zbudować (tak naprawdę odbudować) prawie 300 km linii kolejowej w europejskim standardzie, zagwarantować określony przepływ wody w rzecze, zbudować terminal do przeładunku w porcie Montevideo, ustanowić strefę wolnocłową ze zwolnieniem z wszystkich podatków i jeszcze parę innych takich, a UPM zobowiązało się do podjęcia decyzji czy zainwestuje w budowę papierni. Serio. I jest taka sytuacja, że podejmą decyzję do marca 2020, kiedy to wszystko, co ma zbudować rząd Urugwaju ma już być gotowe. A i jeszcze rząd ma zorganizować szkołę dla kadr technicznych, oni przyślą program. Żeby było śmieszniej są tam takie kwiatki jak to, że w obu równie obowiązujących tekstach (hiszpańskim i angielskim) stawka za przewozy kolejowe różni się 10-krotnie.
Ale pomińmy drobiazgi. W tym obrazie chyba nikogo nie zaskoczy, że aktualna polityka finansowa polega na maksymalnym dojeniu państwowych firm i wstrzymywaniu inwestycji. zgodnie z liberalną mantrą: inwestycje mają być prywatne, a budżet zrównoważony. Tylko nie ma ani jednego ani drugiego. Są państwowe inwestycje na rzecz jednej prywatnej firmy, za obietnicę rozważenia przez tę prywatną firmę czy w ogóle będzie inwestować.
A deficyt i tak jest praktycznie taki sam jak za Mujicy.

W takim klimacie gospodarczym i politycznym trwa kampania przed prawyborami. Znaczy mają one wyłonić wspólnego kandydata na prezydenta z ramienia Frente Amplio. Przegrany będzie wiceprezydentem. Z racji układu sił główni kandydaci są wystawiani przez Partię Socjalistyczną i MPP, pomiędzy nimi odbędzie się starcie. Partia Komunistyczna też tradycyjnie wystawiła swojego kandydata, który tradycyjnie zajmie trzecie miejsce.
Ze strony Partii Socjalistycznej kandydatem jest Daniel Martinez, obecny burmistrz Montevideo. Postać która całkiem lubię i nie mam żadnego problemu z tym że byłby to nowy prezydent. Miasto jest o niebo lepiej zarządzane niż poprzednio i sprawy zaczęły się zmieniać w rozsądnym kierunku, rozumie jak działa współczesny świat i kraj też by mógł być zmieniony. Problem polega na tym, ze jego wsparcie i zaplecze polityczne stanowi właśnie PS i co jeszcze gorsze, Frente Liber Seregni. Więc za bardzo nie może podskoczyć i w starciu zagraniczni truciciele vs krajowy rozwój przeważnie musza wygrać ci drudzy. Aczkolwiek jest to zawodowy polityk z solidnym doświadczeniem i potrafi sobie poradzić. 
Kandydatem MPP jest Carolina Cosse, obecnie minister przemysłu, wcześniej prezes Antela. Znacznie mniej znana i doświadczona. Właściwie można powiedzieć, że nie jest zawodowym politykiem, ale potrafi się znaleźć. Za to reprezentuje sobą MPP i Casa Grande oraz bardzo, bardzo solidne kompetencje inżynierskie, w tym po prostu rozumienie świata. O Martinezie zresztą można powiedzieć to samo.
Więc wybór jest pomiędzy dwoma naprawdę dobrymi kandydatami, z czego kwestia zaplecza, programu i podejścia do ekonomii sprawia, że kibicuję Cosse. 
Wiadomo, że jedno z nich będzie kandydatem na prezydenta, a drugie na wiceprezydenta. I wiadomo, że wykluczając nagłą nadaktywność Facebooka promującego rosyjskiego oligarchę, to kandydat Frente Amplio wygra wybory. BTW: tak, właśnie ruski oligarcha, wprost powiązany z Kremlem jest startuje w prawyborach w Partido Nacional, czyli najpoważniejszej opozycji wobec Frente Amplio. Znaczy urodzony w Urugwaju i wżeniony w KGB czy inny Gazprom, ale fakt jest faktem. I to dopiero prawybory.
Zakładając jednak, że wszystko potoczy się normalnie, to całemu światu można życzyć takiego problemu wyborczego. 

Więc będą prawybory, ale na razie była konwencja programowa Frente Amplio

Z której relację przedstawi nasz specjalny korespondent, który jest wykwalifikowanym dziennikarzem (w pewnym sensie):

"Kongres niespodziewanie postanowił, że zamiast prawyborów tym razem odbędzie się walka bokserska.
W prawym narożników stanął Daniel Martinez, zawodnik wagi ciężkiej, który po godzinach pracy jako prezes Ancapu własnoręcznie przerzucał szuflą tysiące ton ropy. W lewym narożniku Karolina Cosse, która potrafi w lot przeprowadzać operacje matematyczne których nazw nigdy nie słyszeliście oraz w niewyjaśniony do dziś sposób spowodowała, że mały kraik na końcu świata ma szybszy dostęp do serwerów Google niż miasteczko w którym te serwery stoją.
Zadzwonił gong i oczywiście waga ma znaczenie. Prowadzi, tak wyraźnie widać, ze prowadzi. To nie był gong. To Jose Mujica prowadzi czołg, który właśnie z chrzęstem gąsienic rozjeżdża ekipę Socjalistów i FLS. Już tylko słychać trzask łamanych kości i znikł... Czołg znikł. Martinez też. Nikt nie wie, czy żyje. 
Z ostatniej chwili. Po trzech dniach przerzucania zwłok byłych polityków odnaleziono burmistrza. Jest cały i zdrowy, ale powiedział, że przez te całe prawybory musiał zjeść kilku swoich kolegów i nie chciałby tego powtarzać.
Cosse została ogłoszona zwycięzcą przez walkowera."

To koniec relacji
Wydaje mi się wiarygodna, nieprawdaż?

Niestety pozostałe media podały tylko, że na kongresie podejmowano uchwały programowe. I były one bardzo ciekawe. Otóż zdecydowano o podwyższeniu podatków, zwłaszcza od większych firm i paru innych drobiazgach, które są bardzo dokładnie sprzeczne z polityką obecnego rządu i bardzo zbieżne z poglądami Mujicy. Co w skrócie oznacza, że PS i FLS byli tam w izolacji i wyraźnej mniejszości. I to jest bardzo mocna prognoza na wynik prawyborów. Jeśli tak, to mi się naprawdę wszystko podoba.

A przy okazji po kongresie nagle się zdarzyły cuda. Otóż minister przemysłu, czyli Carolina Cosse zapowiedziało, że nie będą rozpoczęte żadne wywłaszczenia dopóki nie zostanie przeprowadzony pełen audyt skutków podwyższenia poziomu wody w zaporze Rincon de Bonete. Oficjalnym wyjaśnieniem tego podwyższenia jest produkcja elektryczności, ale faktycznie to jest kwestia wody dla papierni.
A w samym Montevideo ma być przebudowana główna ulica. Projekt przygotował Jan Gehl we własnej osobie, ale potem lobby samochodowe go kompletnie wykastrowało. Ostateczna wersja miała polegać na tym, że poszerzą chodnik, na ulicy będzie rozdzielony pas dla autobusów i samochodowo - rowery. Czyli faktyczne poszerzenie chodnika i namalowanie buspasu.  Kpina. Ale kiedy już Martinez się odnalazł po kongresie to w projekcie magicznym sposobem pojawił się zakaz ruchu samochodów od Starego Miasta (czyli w kierunku popołudniowego szczytu) od 16 do 19 w dni powszednie. Czyli faktyczny powrót do projektu Gehla, bez formalnej zmiany. Cóż, lobby samochodowe, jak najbardziej powiązane z obecna władzą wyraźnie przegrało i rozpoczął się konkurs plucia im do zupy. Choć Martinez zrobił w tym zakresie dużo mniej niż zapowiadał. Czy spotkał się z oporem dużo większym niż spodziewany, a teraz się nie musi nim przejmować.  

Ktoś się mnie pytał o jakiś dokładniejszy opis poglądów politycznych. Właściwie tu odpowiedziałem. Ale w skrócie uważam, że państwa nie powinny służyć do tego, aby bogaciła się garstka, a do tego, aby jak najwięcej ludzi mogło wspólnie żyć, nie przeszkadzać innym ani sobie nawzajem, nie niszczyć sobie zdrowia, ani środowiska. Obecnie na skalę światową mamy problem koncentracji kapitału i to w coraz głupszych rękach, niszczenia środowiska i klimaty na skalę zagrażającą cywilizacji, a zaraz może i życiu na planecie. Więc po prostu trzeba prowadzić politykę, która uruchomi wiedzę i kapitał i rozpocznie inwestowanie w zmianę gospodarki na rozsądniejsza. To jest polityka jaką prowadził rząd Mujicy, to jest dokładnie polityka którą proponuje w USA Bernie Sanders, a na skalę UE Yanis Varoufakis. Krajowe partie to są Zieloni w Niemczech i Razem w Polsce. Ta propozycja polityki teraz ma swoją nazwę jest to "Green New Deal" i jak najbardziej spodziewam się dalszego jej wdrażania od 2020 w Urugwaju. 
I jak ktoś sie mniej zapyta o poglądy, to nie zawsze się we wszystkim zgadam z wymienionym towarzystwem, ale że oni wszyscy mówią mniej-więcej to samo, to można założyć, że jeśli dowolne dwie z tych osób czy partii mają tożsame stanowisko w danej sprawie, to i ja je podzielam. 

Co słychać w lepszej Ameryce?

Otóż dzieje się. Naprawdę sporo. I przyznam, że miałem chwile wątpliwości przed napisaniem słowa "lepszej", ale zaraz przypomniałem sobie, że większą częścią tej drugiej rządzi Donald Trump. Więc tak, nadal lepszej.

Ale dookoła kontynentu dzieje się, i większości są to już dość poważne kryzysy społeczne na tle problemów gospodarczych.
Najprościej jest w Argentynie. Oczywiście, że rządy neoliberalnego prezydenta, który zachowuje się i mówi jak teleportowany z lat 90-tych, doprowadzą do podobnych wyników jak rządy z lat 90-tych. No i doprowadziły. Kryzys walutowy, podwyżka stóp procentowych (do 40%) w celu powstrzymania ucieczki walut, etc. W skrócie- to samo co zawsze. I przyspieszona deindustrializacja wspomagana naraz likwidacją barier handlowych i walutowych oraz drakońskimi podwyżkami cen energii. Żeby nie było- to są rzeczy, które raczej należało zrobić. Ceny energii, zwłaszcza elektryczności i gazu były patologicznie niskie, sposób implementacji barier pozacelnych i restrykcji walutowych świetnie utrudniał zwykły obrót handlowy z zagranicą, etc. Ale to wszystko zostało wprowadzone w celu zamortyzowania szoku 2009 roku i pełzającego kryzysu który mamy dookoła świata (i mieć będziemy). Ale została wprowadzona terapia szokowa, co paskudnym otoczeniu międzynarodowym prowadzi prosto do zgonu pacjenta. Truciznę, w postaci linii kredytowej z MFW już podano.

W Brazylii jest gorzej 
Jak nie wszystkim wiadomo, w zeszłym roku miał tam miejsce zamach stanu. Ale nie wojskowy, tylko według najnowszej mody, parlamentarno- sądowy. Sytuacja wyglądała tak, że Partido de Trabahadores musiała zgodzić się na przedstawiciela oligarchów jako kandydata na wiceprezydenta, następnie po zwycięstwie w wyborach prezydenckich Dilmy Rouseff parlament (zdominowany przez banksterską opozycję) robił wszystko aby przewrócić ekonomicznie kraj i  doprowadzić  do spadku popularności rządu. Sytuacja międzynarodowa i ceny surowców w tym całkiem sporo pomogły, wystarczyło uchwalić budżet bez deficytu w takiej sytuacji i zupełnie dobry kryzys był gotowy.  Kryzys wystąpił w solidnej, ale nie krytycznej postaci, ulica pomimo protestów nie chciała obalac rządu, to zajął się tym parlament. Uznano, że Dilma Rouseff złamała ustawę budżetową i przegłosowano impeachment. Prezydentem został niejaki Temer, który bardzo sprawnie zajął się wprowadzaniem reform, aby wszystko było tak jak kiedyś. Co spowodowało natychmiastowe pogorszenie sytuacji oraz spadek jego notować do poziomów normalnie nie znanych w demokratycznych społeczeństwach. 
Aby zobrazować skalę: w protestach przeciw rządom Rousseff, które doprowadziły do przejęcia władzy przez Temera, gadżetem protestujących były koszulki reprezentacji piłkarskiej. Dziś to się odbija na reprezentacji. 53% brazylijczyków deklaruje brak zainteresowania Mundialem, a gazety piszą o demonstracyjnym kibicowaniu reprezentacji Argentyny przez Brazylijczyków. Muszę przyznać, że to jest trochę niewyobrażalna wiadomość. Choć to argentyńska gazeta, czyli z definicji źródło wybiórczych i niekoniecznie prawdziwych informacji.

Wenezuela
Tam dla odmiany nic się specjalnego nie dzieje. Kraj stał się dyktaturą pod nieudolnymi rządami pseudolewicy opowiadającej o bogactwie z ropy. Tak się zabawnie składa, że Wenezuela w istocie ma olbrzymie złoża ropy, ale jednocześnie jest ona bardzo droga w wydobyciu. Czysto obiektywnie. Wobec czego gospodarka oparta na rozdawaniu pieniędzy z eksportu ropy i faktycznym niszczeniu każdego innego typu aktywności gospodarczej nie może funkcjonować. I nie funkcjonuje, a skutkiem tego jest masowa emigracja. A właściwie nawet nie emigracja, a ucieczka w poszukiwaniu minimalnych warunków dla życia, czy wręcz przeżycia. Z racji ilości uchodźców (bo to już lepsze słowo niż "imigrantów") przygraniczne miasteczka w Brazylii i Kolumbii pękają w szwach, z czego nie chodzi o brak mieszkań do wynajęcia, tylko raczej o brak miejsca w parkach do spania. 

Zostając przy Kolumbii
Tam mamy w najbliższa niedzielę druga turą wyborów prezydenckich. Z czego pierwsza tura była bardzo zabawna, bo zgodnie z sondażami, jak zwykle do drugiej miał przejść liberał i konserwatysta, jak zawsze od dwustu lat. Liberał uzyskał czwarty wynik, a do drugiej tury przeszedł przedstawiciel lewicy, który sprawę "sądowego zamachu stanu" ma już za sobą. Przynajmniej pierwszy raz, bo tak własnie został pozbawiony fotela burmistrza Bogoty. Którą zresztą w ciągu 2 lat niedokończonej kadencji bardzo mocno zmienił w stronę cywilizacji.

W mniejszych i stabilniejszych krajach, jak Urugwaj i Chile sytuacja Wenezueli, Brazylii i Argentyny siłą rzeczy też musi być widoczna. I jest. W Montevideo widać skutki presji popytu na najtańsze lokale mieszkalne (czyli pokoje w pensjonatach). W postaci wyciekających do mediów opisów skandalicznych warunków, a i tak potężnego popytu oraz też widocznie zwiększającej się liczby śpiących na ulicach. W Urugwaju jeszcze Urząd Migracyjny jest zakorkowany sprawami w dość znacznym stopniu. Na samo rozpoczęcie procedury migracyjnej czeka się dobrze ponad 4 miesiące, a a ono jest konieczne do podjęcia legalnego zatrudnienia. Tak samo wszystkie kolejne etapy pokazują przeciążenie instytucji do granicy dysfunkcjonalności. 
Swoje dołożyło też nieprzygotowane wdrożenie nowego Kodeksu Postępowania Karnego. Modernizacja była potrzebna, ale przy okazji wypuszczono z aresztów tymczasowych ludzi, którzy przebywali tam zbyt długo bez wyroków. Sądy były przeciążone, więc i tego towarzystwa było sporo. Tyle, że jak to tymczasowo aresztowani, raczej nie znaleźli się tam za plucie na chodniku. I tez wylądowali w sporej części na ulicach (bo tanie pensjonaty zajęli imigranci) i zajęli się tym w czym już mają doświadczenie. Systematycznie korzystają z nowej procedury do powrotu, ale problem jest i to widoczny.

Jak widać, ciemne chmury są prawie nad całym kontynentem, choć dla tych lepiej rządzonych krajów jedynie wskutek niestabilnego sąsiedztwa. Pożyjemy, zobaczymy, jak na razie słońce nad plazami Montevideo zupełnie dobrze świeci.

Legalna marihuana

Wczoraj, 19.07.2017 r. był w Urugwaju pierwszy dzień legalnej sprzedaży marihuany. Legalnej, to znaczy zwyczajnie dostępnej dla każdego.
Jest to pierwszy dzień takiej sytuacji gdziekolwiek na świecie. Oprócz Urugwaju nigdzie indziej marihuana nie jest zwykłym produktem konsumpcyjnym dostępnym dla każdego.
W wielu krajach uznaje się jej posiadanie za czyn o znikomej szkodliwości społecznej, ale nadal jet to uznawane za nielegalną substancję, zwyczajnie się nie ściga palaczy, posiadaczy i upraw na własny użytek.
Urugwaj kilka lat temu poszedł o krok dalej.
Marihuana jest substancją całkowicie legalną, choć regulowaną. Można spożywać i posiadać bez ograniczeń, choć nabyć można tylko na trzy określone sposoby.
Po pierwsze można uprawiać samemu. Limit to sześć roślin, plantację trzeba zgłosić w na poczcie (bo to zazwyczaj najbliższa instytucja państwowa, a po co robić ludziom problem). Druga możliwość to kluby palaczy (czy spożywaczy) Takie instytucje mogą mieć do 99 krzaków, z których zbiory są przeznaczone dla członków klubu.
Tak  to działa od kilku lat. To, co doszło dziś, to możliwość zwyczajnego kupienia marihuany.
W całej regulacji chodzi o to, aby turystyka narkotykowa była niemożliwa i każda z tych form jest dostępna tylko dla obywateli. Również aby zakupić najpierw trzeba się zarejestrować w rządowym rejestrze. Zakupu można dokonać tylko w aptece, jak na razie jednej z 16 w kraju (bo tyle było zainteresowanych sprzedażą). Podejrzewam, że po pierwszym dniu będzie więcej.
Przy samym zakupie trzeba pokazać dowód osobisty (chyba tylko jeśli jest nowy, z chipem, ale to już ma większość) lub złożyć odciski palców.
Limit sprzedaży to 40 gramów miesięcznie na osobę i 10 gramów jednorazowo. jako, że paczki są po pięć gramów, a dostępne są dwie odmiany, to pierwszego dnia oczywiście każdy kupował te 10 gramów. Efekt- w Montevideo pierwszego dnia wykupiono wszystko z wszystkich aptek.

Przed otwarciem o ósmej rano przed (przynajmniej niektórymi) miejscami sprzedaży już się ustawiły solidne kolejki. I trzeba docenić poświęcenie ludzi, bo był to akurat prawdopodobnie najzimniejszy dzień tego roku (około świtu było niewielkie kilka stopni mrozu i do tego zimny wiatr).
Dla mnie jednak najciekawsze było to, co ludzie z kolejki mówili dziennikarzom na pytanie dlaczego tu przyszli kupić.
Otóż praktycznie wszyscy podawali tę samą motywację jako główną. Nie to, że gdzie indziej nie można kupić. Chodzi o to, że nabywcy chcą kupować od rządu z powodu patriotyzmu oraz pozbawienia dochodów przestępców. To była motywacja praktycznie każdego. Jako uboczną mówili o tym, że lepiej kupować w legitymowanych miejscach, oczekiwali stałej przyzwoitej jakości, etc.

Dokładnie taki był rządowy plan. Nie dostarczanie narkotyków, absolutnie nie cel fiskalny, tylko zwalczanie przestępczości. Przez dekrymializację marihuany i skierowanie sił policji w inne miejsca z jednej strony oraz przez pozbawienie dochodów przestępczości zorganizowanej z drugiej. Legalna marihuana jest po prostu zbyt tania, aby można było jednocześnie z tym konkurować ceną i utrzymać styl życia jaki jest konieczny dla sukcesu nawet drobnych gangsterów z dzielnicy. Bez takich minimalnych dochodów lepiej pójść na zmywak. Albo zająć się napadami, a z tym prędzej czy później dostanie się wieloletni wyrok.
Zupełnie nie zaskoczyło mnie, że tak naprawdę w kolejce stał zwykły przekrój społeczeństwa. Oprócz nieletnich, bo im się nie sprzedaje. Ale zarówno emeryci jak i ludzie z małymi dziećmi. I nikt oczywiście z tym nie ma żadnego problemu.
Cena też nie stanowi problemu, bo zgodnie z planem miała nie stanowić i dokładnie miała być taka, z jaką nie można utrzymać gangu. Mianowicie wynosi 187 peso, czyli ok 22 zł za 5 gramów. Z gwarantowana jakością. Za tyle można sprzedać sąsiadowi z własnych krzaków, ale nie da się zorganizować nielegalnej plantacji czy operacji przemytu z całą infrastrukturą i logistyką podziemnej dystrybucji.

Swoją drogą- oczekuję jeszcze pewnego wzrostu zwykłej przestępczości ulicznej, a potem szybkiego i trwałego spadku, jak ta droga życiowa przestanie mieć jakikolwiek sens. I też podejrzewam, że reszta narkotyków dość szybko zniknie, bo przecież dealerzy najpierw sprzedają trawkę, a potem niektórzy z nich też inne rzeczy. Znaczy kokaina dla elit i rzeczy dla imprez techno zostaną, ale to będzie zupełny margines. I bez dochodów z marihuany też mogą być bez sensu.

Jeszcze trochę o przestępczości w Urugwaju.


Był sobie napad na sklep, supermarket, czyli zwykły sklep samoobsługowy, zapewne o powierzchni około 300- 400 m2. 
Dwóch mężczyzn, jak się później okazało ojciec z synem, weszli do sklepu i z pistoletem w ręku zażądali otwarcia kasy. Kasjerka zachowując się rozsądnie tę kasę otworzyła i dała wyciągnąć pieniądze. Których zresztą podobno nie było za dużo (albo policja podała taką wersję aby zniechęcać do podobnych pomysłów).

Napad na supermarket w bardzo ruchliwym miejscu miasta wczesnym wieczorem nie wydaje mi się najlepszym pomysłem i w istocie się takim nie okazał. Pewnie ma w tym swój udział dość skuteczny program supresji przestępczości w mieście. Znaczy okamerowanie Starego Miasta, ale jeszcze lepiej oprogramowanie do przewidywania koncentracji przestępczości i stosowne zarządzanie patrolami. 
W związku z tym całkiem liczna grupa zawodowych przestępców musi zmieniać swoje przyzwyczajenia. Jedni zmieniają zawód, inni miejsce jego wykonywania. Czasem rozsądnie, a czasem bardzo głupio. Jak w tym przypadku.

A wyszło bardzo głupio, ponieważ jak wychodzili po napadzie (trwającym 7-8 minut) to przy wyjściu już był patrol Policji. Starszy z napastników cofnął się i wziął jedną z pracownic sklepu jako zakładnika. 
To już się zrobiła bardzo poważna sprawa. Mamy napad z bronią oraz sytuację z zakładnikiem. W najprzyjemniejszych częściach świata, jak zachodnia Europa, Japonia (czy mniej ale też cywilizowane) Chiny takie rzeczy się praktycznie nie zdarzają. W Ameryce Południowej się zdarzają, i to właściwie całej. I zdarzać się będą, aż do czasu gdy zmianie ulegnie Brazylia, na co się raczej nie zanosi. Urugwaj sam nie jest w stanie być bezpiecznym krajem mając sąsiada o prawie stukrotniej większej populacji, przeżartego endemiczną wojną gangów i obfitością wszelakiej broni oraz mając z tym sąsiadem granicę niemożliwą do pilnowania. 

A tymczasem zjechało się trochę więcej policji, w tym komisarz, i jak zgaduję, funkcjonariusze przeszkoleni dla rozwiązywania bardziej problematycznych spraw.

Porywacz najpierw zażądał umożliwienia ucieczki młodszemu z napastników (czyli synowi). Zostało to spełnione, młody wskoczył do taksówki i odjechał. Za rogiem, kilkaset metrów dalej, taksówkę zatrzymała policja i delikwent został skuty. Jeden z głowy. Drugi zażądał samochodu i obiecał, że zwolni zakładniczkę. Komisarz udostępnił mu swój, napastnik nie zwolnił zakładniczki, tylko ją wepchnął do samochodu. Wtedy komisarz dalej z nim rozmawiał będąc przy przednich drzwiach pasażera (zamknietych z otwartą szybą). Przestępca był przechylony aby z nim rozmawiać i dzięki temu do samochodu mogli niezauważeniu podejść policjanci. Jeden z nich wskoczył do samochodu obezwładniając przestępcę i przyciskając go do siedzenia. Ten próbował jeszcze wystrzelić w stronę zakładniczki, ale policjant  przytrzymał broń i pocisk nie trafił w nikogo.
Na filmiku jeszcze słychać oklaski gapiów, koniec przedstawienia.

Kilka rzeczy jest w tym całkiem istotnych i napawających optymizmem na przyszłość. Na pewno nie napawa fakt napadu na sklep w ruchliwym miejscu miasta o 19.30. Co prawda w środku zimy to dwie godziny po zmroku, ale jeszcze całkiem sporo ludzi się tam przewala z sąsiednich biurowców i centrum handlowego. 
Za to gdyby to była policja w USA, zwłaszcza Midwestu albo Południa, to zapewne obaj napastnicy zostali by zastrzeleni, co nie jest wykluczone, ze również z trzech przechodniów, zwłaszcza gdyby byli czarni, a  zakładniczce mogłoby by się oberwać. A gdyby była czarna lub latynoską i tak by została zastrzelona pod nazwą "wspólnik sprawców". 
Bardzo, bardzo pozytywne jest to, że policja potrafiła całą sprawę załatwić bez używania broni. Choć w innych przypadkach pokazują, ze jak naprawdę potrzeba, to potrafią. W tej, z uzbrojonym porywaczem, potrafili sprawę załatwić bez strzelaniny. I to naprawdę wymagało umiejętności, zarówno szeregowych policjantów jak też dowodzenia.
To oznacza też jedną, bardzo ważną rzecz, z której domorosłe Brudne Harry'e nie zdają sobie sprawy. Policjant po strzelaninie, w której kogoś zabije potrzebuje pomocy psychologa i nie tak od razu się nadaje do służby. A jeśli się nadaje, to znaczy że jest psychopatą i tak w ogóle się nie nadaje. Czyli sprawa załatwiona spokojnie i bezkrwawo jest dużo tańsza dla samej Policji (bo nie traci funkcjonariusza). Oczywiście można to zrobić po amerykańsku- przyjmować przypadkowych ludzi, przeszkolić ich 10 godzin i pozwalać strzelać bez powodu. W razie czego zawsze można przyjąć następnych. Wolę jednak europejską metodę, gdzie funkcjonariusze mają rok czy nawet trzy szkolenia, a potem nie zabijają przypadkowych ludzi, ani nie robią z siebie wraków psychicznych. 

Z drugiej strony- na brutalność policji w Ameryce Południowej napatrzono się wystarczająco, na nieudolność przykrywaną brutalnością jeszcze bardziej. Akcja która była wykonana skutecznie i z szacunkiem dla wszystkich, nawet sprawców napadu, spotkała się z powszechnym aplauzem. I w społecznym odbiorze jest pewnym znakiem, ze kraj się naprawdę zmienia.
Filmik:
O sprawie można więcej poczytać tutaj


Przestępczość w Ameryce Południowej

Jeśli zająć się tematem ogólnie, to można powiedzieć, że nie ma żadnego problemu, przestępczości nigdzie nie brakuje. Ale patrząc na szczegóły, możemy mówić o pewnej egzotyce. Tak jak egzotyczny był Gang Olsena, bo niektóre rzeczy go przypominają. A inne dodatkowe misje z GTA V.

Gang Olsena


Otóż właśnie przeczytałem newsa o napadzie na sklep obuwniczy w Santiago de Chile. Poważny, wpadło kilkanaście osób i zrabowali cały wystawiony towar. Czyli buty o wartości około 7500 USD. Ale dla nich nie bardzo będą miały jakąkolwiek wartość. Wszystkie to jedynie połowa pary, na tę samą nogę. Bo to były buty z wystawy w sklepie obuwniczym...

GTA V


Zupełnie inaczej wyglądał napad na placówkę firmy transportującej gotówkę w Ciudad del Este w Paragwaju. Miasto to jest położone przy potrójnej granicy:  Argentyny, Brazylii i Paragwaju. Jako takie jest poważnym ośrodkiem handlu oraz przemytu.
Tym razem około 50-60 bandytów podzieliło się na kilka grup, z których jedna rozpoczęła od podpalania samochodów w innych częściach miasta, aby odciągnąć policję, a następna dostała się do budynku. Wysadzając ścianę za pomocą ładunków wybuchowych. Opróżnili sejf z utargu zebranego od firm w ciągu dnia i przygotowanego do transportu do banku. W strzelaninie zginął jeden pracownik firmy konwojowej oraz policjant. Następnie, w czasie ucieczki, porwali ciężarówkę i podpalili ją blokując drogę dla pościgu. Samochody, którymi uciekali porzucili w miejscu, gdzie mieli ukryte łodzie do ucieczki na drugą stronę rzeki, czyli do Brazylii. Znaleziono w nich porzuconą broń. W tym przeciwlotniczy karabin maszynowy (kal. 0.5 cala). Wydaje mi się, że energia pocisku jest wystarczająca dla przebicia opancerzenia samochodów do przewozu kosztowności lub opancerzonych pojazdów Policji. Choć tego zbyt dokładnie nie wiem, z oczywistych powodów nikt nie podaje publicznie poziomu zabezpieczenia poszczególnych pojazdów i się nim nie chwali.
Na drugiej stronie rzeki czekał następny zestaw pojazdów. O tym dla odmiany wiadomo, bo jeden z tych pojazdów wszedł w jakąś interakcję z brazylijską policją. Czego skutkiem było to, że wszyscy trzej podróżujący zostali zastrzeleni na miejscu. W trakcie napadu było słychać, że posługują się językiem portugalskim, więc było wiadomo, że to napad transgraniczny, ale dopiero później zostali zidentyfikowani jako członkowie zorganizowanej przestępczości z Sao Paulo.

Przemyt stulecia


Przemyt w Ameryce Południowej ma swoje długie i bogate tradycje. Cła są prawie wszędzie bardzo wysokie, do tego w prawie każdym kraju zestaw barier handlowych. A jednocześnie długie i często sztucznie wytyczone granice. Popyt na kokainę swoje dokłada i efektem jest wartko płynący strumień towarów i pieniędzy w wszystkie strony i wszystkimi sposobami. Dodajmy do tego relatywnie słabo zaludnione i niezbyt bogate państwa, a otrzymamy sytuację, w której efektywne pilnowanie granic jest zwyczajnie niemożliwe. 
W takim klimacie istnieje sobie kilka miasteczek na granicy Urugwajsko- Brazylijskiej, gdzie granica przebiega środkiem ulicy. Co prawda wewnątrz Mercosuru większość ceł została zniesiona, ale integracja gospodarcza na tym się zakończyła i transport przez granicę opiera się na zwykłych zasadach eksportu i importu, a każdy kraj ma swoje regulacje. Stąd posterunki celne są na drogach dochodzących do tych miejscowości, a one same są w swej istocie strefami (prawie) wolnocłowymi. 
W takich pięknych warunkach spora grupa przemytników urządziła się wręcz idealnie. Wynajęli budynek magazynowy z dwoma wjazdami dla ciężarówek, jednym po stronie brazylijskiej, drugim po urugwajskiej. W końcu dotarła tam i policja, znalazła w tym i innych magazynach grupy 400 ton wełny i prawie 100 tys krowich skór. Biznes polega podobno na przemycie surowców z Brazylii, przerobie ich w Urugwaju i wywozie z powrotem do Brazylii do sprzedaży. Przyznam, że kompletnie nie wiem gdzie w tym jakiś większy zysk. Koszty pracy są zbliżone, może w Urugwaju nieco wyższe, ceł nie ma. Być może były to skóry z kradzionych zwierząt? 

Wieści z lepszej Ameryki, choć nie tak znowu dobre.

Problemy z aferami na skalę kraju wyglądają bardzo rożnie. Czasem mówimy o złodziejstwie na skalę całego kraju, czasem nawet całego pokolenia, które wychodzi na jaw dopiero, gdy nie może trwać dalej.

Czasem wielki przekręt jest ujawniany przez powołane do tego agendy zanim sytuacja wybuchnie. Czasem to jest możliwe po zdjęciu parasola politycznego lub wskutek konfliktów w obozie władzy.

Przykładami afer, które wybuchły, gdy już się nie dało dłużej działać są wszelkiego rodzaju piramidy finansowe. Co przy okazji jest znakomitym probierzem sprawności struktur państwa. W dobrze działającym państwie piramidy finansowe, jeśli nawet powstają, to są demontowane na początku swego istnienia, zanim zdążą zrobić krzywdę zbyt wielu ludziom. 

Sprawa Madoffa pokazała, jak słaby jest w USA nadzór państwa nad nadużyciami Wall Street. Ale jednocześnie niewiele rzeczy w tym stylu zdarza się w "zwykłej" części społeczeństwa i gospodarki.
Sytuacja w Polsce ma się zupełnie inaczej. Właściwie każda kolejna piramida finansowa, od Bezpiecznej Kasy Oszczędności do AmberGold działała spokojnie i bezkarnie aż do końca dopływu jeleni z pieniędzmi. 
Jedyna wielka afera innego rodzaju, która doszła do uszu publiczności to Afera Rywina. Która bynajmniej nie wyszła na jaw z powodu działań jakiejkolwiek policji, a wewnętrznych niesnasek w skorumpowanym układzie władzy. 

Urugwajem i Brazylią także obecnie wstrząsają afery. Nieco bardziej optymistyczna rzecz polega na tym, że w obu przypadkach władze państwa robią coś w okolicach tego co powinny. Nawet w Brazyli, kraju przeżartym polityczną i biznesową korupcją do szpiku kości. 
I dokładnie tego dotyczy sprawa. Korupcji do szpiku kości. Krowich kości, konkretnie.

Otóż policja wykryła, że w handlu pojawiała się wołowina jakby odświeżana. To się okazało czubkiem góry lodowej. Mięso, zwyczajnie zepsute, kupowały rzeźnie i chłodnie z licencjami eksportowymi, chińskimi i europejskimi. To czego nie udało się wyeksportować, bo np. zostało zawrócone na granicy UE, zamiast do utylizacji trafiało do brazylijskich sklepów. 
Natychmiast pada pytanie gdzie był nadzór sanitarny. Otóż był zwyczajnie kupiony przez sieci przetwórstwa mięsa, w tym wielkie międzynarodowe korporacje. Pieniądze, które były przez nie przelewane trafiały przez pośredników do partii obecnego Prezydenta (czyli byłego prawicowego wiceprezydenta przy Dilmie Rousseff) oraz jeszcze jednej partii oligarchicznej.

Można się zapytać- cóż, trochę zepsutego mięsa w supermarketach i parę dolarów więcej w kieszeniach polityków- co za problem? Otóż w istocie, będąc w UE problem byłby niewielki. W Polsce nie raz były w sklepach "odświeżane" wędliny i organa państwa właściwie tylko tłumaczyły dlaczego nic nie mogą zrobić. Cóż, przywileje UE są dla jej członków (co polecam uwadze nieszczęśnikom mieszkającym w UK). W przypadku Brazylii po pierwszej informacji, że ich nadzór sanitarny może nie być wiarygodny, natychmiast zawieszono wszystkie pozwolenia na handel mięsem. Do czasu wyjaśnienia sytuacji żadnego eksportu do UE, Chin, Korei czy USA nie ma i nie będzie. Później, jeśli nadzór sanitarny nie będzie w transparentny sposób oczyszczony, to możliwe, ze pozwolenia będą wydawane tylko dla pojedynczych zakładów, jeśli zostaną objęte stałym unijnym/chińskim nadzorem. Za który zakłady oczywiście zapłacą.

Rzeźnie były tu centrum korupcyjnego układu i wbrew pozorom, one na pewno na tym nie stracą. Co stracą na chwilowym wstrzymaniu eksportu, to sobie odbiją z nawiązką na cenach skupu mięsa. Największe firmy uzyskają pozwolenia w taki lub inny sposób i co najwyżej wytną lokalną konkurencję. Stracą na pewno hodowcy bydła oraz kraj. Żeby było śmieszniej, dokładnie ci sami hodowcy bydła, którzy są najbliżej powiązani z prawicowymi partiami, które ich właśnie wrzuciły w g... za kilka dolarów. 
Co nasuwa jeszcze jedną teorię, mimo wszystko mniej prawdopodobną. Afera i problem jest na pewno prawdziwy, ale powody jego wyjścia na światło dzienne mogą być inne. Kto wie, może dochodzenie prowadzili ludzie powiązani z Partią Pracy, którzy po impeachmencie Dilmy chcą po prostu utopić nową władzę. Nawet kosztem złamania poważnej gałęzi gospodarki? Jeśli tak, to poziom wzajemnej nienawiści w elitach Brazylii już po obu stronach sięgnął poziomu braku jakiejkolwiek odpowiedzialności za kraj. Prawicowe elity już dawno się jej wyzbyły w zwalczaniu lewicy, kto wie, może druga strona też, choć nie wyglądała.

W porównaniu do tego, problemy w Urugwaju wydają się trywialne, miłe i kulturalne jak wojna Duńsko- Kanadyjska (Serio, jest taka i obecnie trwa!!)
Może nie do końca. Zaczęło się jak w Polsce. Sieć kantorów, Cambio Nelson, z dnia na dzień się zamknęła. Nie była to żadna firma-krzak, wręcz przeciwnie-- istniała od kilkudziesięciu lat, w tych samych miejscach, spokojnie robili swoje interesy. 
Jak to bywa w takich sytuacjach, chwilę trwało zamieszanie. Zanim władze i publika dowiedziały się o niewypłacalności, minęło kilka dni. Początkowo wyglądało to na przerwę techniczną, dopiero jak sieć rozliczeń płatności poinformowała, że zerwali umowę, bo nie dostali należnych kilku milionów dolarów, sprawa zaczęła wyglądać na poważną. Policja skontaktowała się z właścicielem, który zapewnił, że ma chwilowe problemy z płynnością i jest w innym kraju Mercosur na rozmowach z inwestorami i zaraz wraca. To już mogło wyglądać podejrzanie (tak, wiem gdyby to była gdańska prokuratura i Amber Gold to zupełnie nie) i policja na wszelki wypadek poprosiła o informacje przez Interpol. Cóż... Zdążyła się dowiedzieć tyle, że tenże osobnik dość szybko po tej rozmowie wsiadł do samolotu do Miami i tyle go widziano.  Smaczku dodaje, że tenże właściciel to były zastępca deputowanego (W Urugwaju w razie utraty mandatu przez deputowanego na to miejsce wchodzi uprzednio wybrany zastępca)
Następnym drobiazgiem w sprawie było zachowanie jego bliskiego przyjaciela, którego poprosił o przewiezienie jednej torby do Miami. Przyjaciel na lotnisku sprawdził co właściwie było w torbie (dość rozsądnie przed lotem do USA) i kiedy zobaczył, że była po prostu wypchana dolarami, wrócił prosto na policję. Jak na razie jedynie ostatni element nieco odróżnia tę historie od typowych wyłudzeń z trzeciego świata.

Ale dalej było inaczej.

Okazało się, że Cambio Nelson było jednym z pięciu największych sponsorów rządzącej koalicji. W odpowiedzi w parlamencie znalazł się projekt ustawy całkowicie zabraniającej finansowania partii politycznych przez osoby prawne i solidnie to ograniczający w odniesieniu do osób fizycznych. Raczej stanie się obowiązującym prawem. 
Po zamknięciu kantorów zaczęli się pojawiać dość zdenerwowani ludzie, którzy mówili coś o depozytach, które chcą odebrać. Policja oczywiście pilnowała porządku i szybko i sprawnie zainteresowała się tematem. Okazało się, że właściciel/sieć kantorów przyjmowała depozyty oferując oprocentowanie wyższe niż bankowe. Sytuacja znana nie tylko tam i nie tylko teraz. Różnica polega na tym, że policja była całkiem zainteresowana procederem oraz po pierwszych informacjach śledztwo wszczął też bank centralny (w sprawie prowadzenia działalności bankowej bez licencji). 
W tej sprawie lista podejrzanych trochę urosła, bo objęła też komplet zarządu i księgowych firmy. Oraz jednego byłego księgowego, który, jak się złożyło, jest byłym prezesem banku centralnego i nadzorował przyznanie licencji firmie w 1998 roku.  Edit: już po publikacji tego tekstu zarzuty postawiono też pracownikom kasy, którzy powinni się orientować co i jak rozliczają.

W skrócie- sprawa zahacza w całości o elity polityczne. Co jest w tym wszystkim niesamowicie optymistyczne- nie widać prawie żadnego zamiatania pod dywan, chronienia swoich, tylko wręcz przeciwnie. Całkowite odcięcie się i przecięcie potencjalnych powiązań tego typu na przyszłość. Właściciel kantorów być może czuł się bezkarny, ale jak pojawiły się problemy nie widać, aby miał jakąkolwiek opiekę polityczną.

Po około 3 tygodniach wyszły kolejne dwie sprawy. Największa centrala związkowa miała budować mieszkania socjalne. Związkowcy założyli spółkę, spółka miała dyrektora i nie wybudowała mieszkań. 
Zgaduję, że część funduszy na budowę mieszkań wylądowała na lokatach w Cambio Nelson i zwyczajnie brak tych pieniędzy spowodował wykrycie całej sprawy. Nasuwa się pytanie- dlaczego z całkowicie legitymowanej spółki, która nie musiała ryzykować w taki sposób pieniądze trafiły do nielicencjonowanego pożyczkobiorcy? Zwykle, albo i zawsze, takie rzeczy dzieją się dlatego, aby przykryć manko w kasie. W tym przypadku też jest to bardzo prawdopodobne, bo jednocześnie ogłoszono znalezienie i rozbicie grupy produkującej lewe faktury. Na absolutnie masową skalę. Prawie 1400 spółek i prawie 2 mln faktur w 3,5 milionowym kraju to nie jest detal. Znów się domyślam, że lewymi fakturami przykrywano lewe wydatki, czy czystą kradzież w tejże związkowej spółce deweloperskiej i tak sprawa wyszła na jaw.
Zwłaszcza, że przecież tych lewych faktur nie kupowali hydraulicy aby obniżyć dochodowy o 50 dolarów. 
Oczywiście organizatorzy wszystkiego już są w areszcie, ale bardzo, bardzo zabawnie będzie kiedy skarbówka poszuka trochę więcej śladów, a kto wie- może znajdzie pełny rejestr lewych faktur. Tak czy inaczej podali dokładną liczbę.
Na większa skalę to będzie efektywny wzrost podatków, zwłaszcza dla firm i lepiej zarabiających. Których nikomu specjalnie nie będzie żal. Nie sądzę, aby w eksportowej części IT komuś się chciało kombinować, za to wszyscy "kapitalistyczni biznesmeni" zapewne korzystali namiętnie i hurtowo. Cóż, kiedy ta klasa społeczna się przeprowadzi z lepszych dzielnic prosto do zakładów karnych, to cały kraj na tym zyska. Podobnie jak na odcięciu polityki od korporacyjnych pieniędzy.

Zauważmy, że pomimo dość poważnego skorumpowania środowiska biznesowego, nie widać aby sądownictwo, policja czy administracja miała jakiekolwiek opory przed ściganiem całego tego towarzystwa i hurtowymi aresztowaniami. Co może niekoniecznie dobrze świadczy o teraźniejszości, ale bardzo, bardzo pozytywnie wróży na przyszłość. I pokazuje dlaczego postrzeganie poziomu korupcji w Urugwaju jest na poziomie przeciętnego kraju Europy Zachodniej i zupełnie gdzie indziej niż jakiegokolwiek innego kraju latynoamerykańskiego.

A na dobrych regulacjach się zarabia, bo skądś tę wołowinę trzeba przywieźć do Europy i Chin. Stąd, gdzie nie ma większych wątpliwości, że nadzór działa jak powinien. 

Marihuana w Urugwaju

Jedną z bardzo niewielu rzeczy, z których jest znany Urugwaj, jest liberalne podejście do narkotyków. Przynajmniej tak się wydaje, kiedy słyszy się o przepisach pozwalających każdemu na zakup marihuany.
Nie do końca tak jest.

A co jest?

Są dość ścisłe przepisy. 
Nie jest tak, że można sobie kupić w kiosku, albo zrobić komercyjną uprawę na polu. Ustawa o dostępie do marihuany zakreśla trzy tego dostępu. 
Jeden to własna uprawa. Ale ograniczona do sześciu krzaków, czyli ilości, którą na pewno wystarczy jednej osobie, czy sporadycznie dla wszystkich znajomych.  Ale jest to zdecydowanie za mało na ilości handlowe.
A skąd wiadomo, że takie ograniczenia są przestrzegane? Zasadniczo nie wiadomo, ale każda taka uprawa musi zostać zgłoszona. W sposób ułatwiony do granic możliwości, ale jednak. Należy pójść na pocztę (tak, dokładnie zwykłą, państwową pocztę), pokazać dowód osobisty (a może nawet tylko podać jego numer?), pokazać jakiś dowód związku z adresem, gdzie ma być uprawa (czyli w praktyce rachunek za prąd, telefon, czy kwit podatku od nieruchomości) i załatwione. Jedna wizyta, kilkanaście minut i można rozpoczynać swoją uprawę. Sklepów ogrodniczych wyłącznie dla upraw marihuany też kilka się znajdzie. Ba, stosowne mieszanki gleby dla "autocultivo" są w supermarketach. Kiedyś przyjdzie urzędnik, czy policjant zobaczyć jak ładnie rośnie i czy jednak nie przesadzamy i to koniec kontaktów biurokratycznych z tym związanych. 

Druga legalna możliwość to są tzw. "kluby palacza". W największym uproszczeniu, są to stowarzyszenia, które mogą mieć własny lokal oraz uprawę do 99 krzaków, generalnie robioną siłami członków. Członkowie mogą z tego korzystać tak jak jest to uzgodnione, oczywiście też nie wolno sprzedawać na zewnątrz. Podobno (nie sprawdzałem, kiedyś się wybiorę w ramach zbierania doświadczeń) właściwie każdy może przyjść i skorzystać na miejscu. 

Trzecia możliwość to zwyczajny zakup. Właśnie dziś ogłoszono, że będzie możliwy za kilka miesięcy. Dlaczego tak długo, skora ustawa obowiązuje od 2013 roku?

Otóż dlatego, że też nie będzie żadnych prywatnych, komercyjnych plantacji. To znaczy prywatne będą. Dwie, założone na zlecenie i w wyniku przetargu rządowego. Produkt do palenia będzie można kupić w aptekach, a następnie może i w innych miejscach. 

W nieco utrudniony sposób, bo najpierw trzeba będzie się zarejestrować, a następnie użyć odcisku palca w czytniku w aptece. Oprócz tego limit zakupów wynosi 40 gramów miesięcznie. To oznacza, że żaden turysta legalnie nie kupi marihuany, a żaden Urugwajczyk nie kupi jej handlowych ilości. 
Do tego państwo nie ma zamiaru zarabiać na całej tej transakcji. Cena grama marihuany ma wynosić około 1,2 dolara, czyli 5 złotych. Plantacja ma gwarantowaną w przetargu cenę, więc zarobi, apteki też ni działają charytatywnie, ale ta cena jest tak niska, że w żaden sposób nie utrzyma się czarny rynek. Po prostu ryzyko i nieefektywność dystrybucji mafii narkotykowych jest na tyle kosztowne, że nie mają żadnej możliwości sprzedaży za taką cenę.

I to własnie było celem tych przepisów. Od samego początku. Likwidacja obrotu konopiami jako przestępczego biznesu. Uznano, że jedyną sensowną drogą jest pełna legalizacja, dla każdego i dla rekreacji, ale jednocześnie w taki sposób, aby wykluczyć turystykę narkotykową oraz jakikolwiek podstawy dochodowe dla mafii.  Co najlepiej było zrobić przez nieopłacalność. Nie głupią nieopłacalność w stylu drakońskich kar, tylko prostą, klasyczną rynkową nieopłacalność. 

Skutki jednej decyzji

O zawale i bankructwie Argentyny w 2001 roku wiedza wszyscy. A przynajmniej całkiem spora część osób interesujących się czymkolwiek więcej niż czubkiem własnego nosa i zdjęciami kotów. 

Kraj był bankrutem, niskie ceny surowców dobiły gospodarkę wyniszczoną neoliberalną deindustrializacją, władza znalazła się na ulicy i to dosłownie. 
Po kilku dniach demonstracji i zamieszek kolejny prezydent zrezygnował, w międzyczasie zdecydowano o zawieszeniu spłaty długu zagranicznego, później zdewaluowano walutę i gospodarka sprawnie ruszyła do przodu, odbicie cen surowców przyszło także w idealnym momencie.

Tyle o Argentynie. Mało kto wie, że w tym samy czasie Urugwaj był gospodarczo i politycznie w sytuacji dość podobnej, tylko jeszcze gorszej. 
Tak samo szalona polityka neoliberalna doprowadziła do uzależnienia gospodarki od kilku najważniejszych surowców i resztę ekonomii praktycznie zrównała z ziemią, tak samo chora polityka monetarna doprowadziła do wydrenowania rezerw i tak samo załamanie jednego i drugiego doprowadziło do kryzysu politycznego. 
Różnica polegała na tym, że obywatele i przedsiębiorcy z Argentyny jeszcze mieli odrobię kapitału. Przechowywanego w urugwajskich bankach, który wyciągnęli, kiedy był on potrzebny w czasie załamania gospodarki. W taki sposób w Urugwaju nie zostało dokumentnie nic. Ludzie też wyszli na ulicę, głodni, bez pieniędzy, pracy i dochodów.  Też z zamiarem wyrzucenia prezydenta z pałacu. Natychmiast.
Ale nikt o tym wyrzuceniu nie słyszał, nieprawdaż? I słusznie, bo nic takiego nie nastąpiło. Burmistrzem Montevideo był wówczas polityk Frente Amplio, czyli koalicji powstałej jako sprzeciw wobec tradycyjnej oligarchii i stojącej w opozycji do neoliberalnej polityki lat 90- tych. Skoro przewidywana katastrofa właśnie nastąpiła, to i byli dla społeczeństwa raczej wiarygodni. 
Burmistrz Vazquez był wystarczająco wiarygodny dla demonstrantów. W tamtym momencie mógł zostać pełniącym obowiązki prezydenta. 
Ale tego nie zrobił, w przeciwieństwie do rozwoju wypadków w Argentynie. Prezydent Jorge Battle został poinformowany, że może i powinien dokończyć kadencję, ale strategiczne decyzje powinien konsultować z Vasquezem.
Jedna z najważniejszych z tych strategicznych decyzji dotyczyła zadłużenia zagranicznego. Po dewaluacji waluty było ono bardzo trudne do udźwignięcia i Międzynarodowy Fundusz Walutowy doradzał restrukturyzację. Znów to Vasquez podjął decyzję, że kredyty będą spłacane zgodnie z harmonogramem. 
Miało to swoje koszty, niemałe dla kraju bez przemysłu, wydrenowanego z kapitału i w środku dołka cen jedynych rzeczy dostarczających twardej waluty.  
Ale przyszłość pokazała, że był to też bardzo poważny kapitał polityczny. O sytuacji Urugwaju nikt nie usłyszał. Nie było restrukturyzacji długu zagranicznego , nie było upadłości całego sektora bankowego, nie było nawet przedterminowych wyborów. Na tle sytuacji w Argentynie, większość ludzi odbierała Urugwaj jako nudny, spokojny kraj. Osoby zorientowane w skali problemów, odbierały Urugwaj jako oazę stabilności i bezpieczeństwa inwestycji, bo nic się nie wydarzyło, choć gospodarka powinna się była zawalić wywołując kryzys polityczny. 

Sytuacja została opanowana, następne wybory oddały całość władzy w ręce Frente Amplio i nikt się nie zdziwił, że fotel prezydenta objął dotychczasowy burmistrz Montevideo, czyli Tabare Vasquez, uzyskując większość głosów już w pierwszej turze, dokładnie tak samo jak Frente Amplio uzyskało ponad 50% głosów w wyborach parlamentarnych i uzyskuje w kolejnych wyborach do dziś. Konstytucja Urugwaju zakazuje sprawowania stanowiska prezydenta przez kolejne kadencje, więc w 2010 roku prezydentem został inny kandydat Frente Amplio, Jose Mujica, a teraz, od 2015 znów nim jest Tabare Vazquez.
Konsekwencje takich a nie innych decyzji Vasqueza najłatwiej zobaczyć porównując późniejszą historię Urugwaju z Argentyną. 
Po pierwsze, poziom konfliktu politycznego jest zupełnie inny. Ówczesne elity rządzące, a dziś opozycja, były w stanie zrozumieć, że doprowadziły kraj do krawędzi, a pomocną dłoń podali im, ci, którzy ich zwalczali, w tym wcześniej z bronią w ręku. Spora część oligarchii nadal ma poglądy takie same, jakie mieli i chętnie by rządzili, tak jak przez dziesięciolecia, ale uczestniczą w demokratycznej dyskusji, bo i tego oczekują od nich wyborcy. Jest oczywiście pewna cecha narodowa, czy zbiorowe doświadczenie, którego brakuje w Argentynie.

Drugą kwestią, połączona z brakiem szczególnie agresywnego dyskursu publicznego, jest wiarygodność. Polityczna, kredytowa oraz dobra opinia. 
Wbrew pozorom, to ostatnie jest bardzo ważne, a może najważniejsze. Dzięki temu, że nikt nie słyszał o żadnym poważnym konflikcie w Urugwaju, czy wręcz jakichkolwiek problemach tego kraju, to jedyne wiadomości, jakie dochodzą, są pozytywne. Opozycja nie wywleka dyskusji politycznej poza kraj, nigdzie żadne większe grupy kapitału, czy lobbystów nie mają większych konfliktów z Urugwajem, bo umowy są dotrzymywane. 
Co to może dać? Rozwiązane ręce, gdy taki konflikt się pojawia, zwłaszcza z potężnymi przeciwnikami. Tabare Vazqauez cały czas (również w czasie pełnienia urzędu) praktykuje jako onkolog. Połączenie wykonywania zawodu onkologa i funkcji prezydenta musiało spowodować chęć zmniejszenia używania tytoniu. 
Jak zwykle nic na siłę, jedynie zakazano palenia w budynkach użyteczności publicznej, restauracjach, itp. Oraz ekspozycji i reklamy papierosów i tytoniu w każdej formie. Człowiek przebywający w przestrzeni publicznej w Urugwaju w ogóle nie dowie się, że w ogóle istnieje coś takiego jak papierosy. Tym bardziej nie są znane ich marki, bo i skąd? W sklepach trzyma się je poza wzrokiem klienta i podaje tylko na żądanie, nie ma żadnej ekspozycji, ani reklamy. W całym kraju. A na paczkach można zobaczył ładne zdjęcia płuc palaczy. Była to w owym czasie najbardziej drastyczna regulacja antytytoniowa. 
Ta polityka jest po prostu skuteczna, kto palił, ten pewnie nadal pali, ale pokolenie wchodzące w dorosłość praktycznie nie zna tytoniu. Odsetek palaczy wśród osób obecnie wchodzących w dorosłość wynosi poniżej 10%, podczas gdy wcześniej wynosił około 40%.
A gdzie tu kwestia dobrej opinii? Otóż następnie koncern Phillip Morris pozwał Urugwaj. Przed sądem arbitrażowanym przy Banku Światowym o naruszenie jego interesów i psucie inwestycji. Serio, proces się toczy, jak na razie wyroku nie ma, ale Urugwaj jest i ma się dobrze, za to Phillip Morris jest od strony publicznego wizerunku po prostu skończony.
Po regulacji urugwajskiej, za tym przykładem poszło nieco innych państwa świata, swoją walkę z tytoniem prowadziły też Norwegia i Australia (też pozwane przez Phillip Morris). 

Jednak dopiero po pozwie potężnego koncernu przeciw małemu, sympatycznemu kraikowi, walka z tytoniem stała się modna. Na koszty procesu niejaki Michael Bloomberg wyłożył z własnej kieszenie 50 mln dolarów. Bynajmniej nie dla P-M., Światowa Organizacja Zdrowia przystąpiła do procesu, zgadnijcie po czyjej stronie? A dookoła świata w 2011 roku przeszła fala legislacji antytytoniowych. 
To wszystko nie zmienia faktu, że tą legislacją rząd Vazqueza oczywiście pozbawił zysków koncerny tytoniowe i oczywiście zmniejszył wartość ich wcześniejszych inwestycji. Co więcej, miał taki zamiar. To pewnie wystarczy do wygrania procesu przez Phillip Morris. Tyle, że dzięki różnicy w opinii światowej o jednym i drugim, zasądzone odszkodowanie ma szansę wejść nie do majątku P-M, a do masy upadłościowej po nim. 

I wcale bym się nie zdziwił, gdyby takie odszkodowanie zostało pokryte przez międzynarodową zrzutkę. Sfinansowaną specjalnym podatkiem od wyrobów tytoniowych. 
Bo Urugwaj to mały i biedny kraj, od którego chciwi bandyci chcą wyłudzić pieniądze, aby dalej truć i uzależniać jego mieszkańców. Przynajmniej tak wszyscy to na świecie odbierają, zarówno obywatele, jak i rządzący.
W tym samych czasie władze Argentyny próbowały walczyć ze zorganizowaną kampanią opluwania finansowana przez nabywców obligacji oraz funkcjonować w warunkach wściekłego konfliktu wewnętrznego. 

Co nas sprowadza do bardzo poważnego pytania- jaki stereotypowy obraz tych krajów ma przeciętny człowiek? O Argentynie zwykle coś słyszał. Oprócz pozytywnego obrazu przyrody, kultury i kuchni, Argentyna jest synonimem problemów ekonomicznych i ryzyka inwestycyjnego. O Urugwaju, jeśli ktokolwiek cokolwiek słyszał, to na pewno nic negatywnego. Czasem o kuchni, znacznie lepszej niż argentyńska, czasem o podejściu do marihuany, najczęściej o biednym i skromnym prezydencie Mujicy. Ale o jakichkolwiek problemach? Nie ma takiego tematu.

No hay gas

W Urugwaju trwa sobie strajk pracowników dystrybucji gazu. Dla wyjasnienia- chodzi o propan-butan, rozwożony w butlach; dystrybucji gazu ziemnego tu nie ma.
Strajk jest jakiś niezauważony, media się specjalnie nim nie interesują, i generalnie jaby wszyscy go mieli zupełnie gdzieś. Co jest bardzo, ale to bardzo dziwne. Ja sam, pomimo śledzenia wydarzeń dowiedziałem się dlatego, że w lokalnym oddziale dystrybucji, na rogu mojej ulicy zrobiło się jakoś podejrzanie cicho, później przechodząc odkryłem kartkę "No hay gas". Sam gazu nie używam, a nawet gdybym używał, to i tak butle używane do gotowania wymienia się powiedzmy raz na miesiąc. Gaz u dystrybutorów w Montevideo skończył się w piątek, w interiorze już od środy- czwartku były poważne problemy i lokalne braki. W sobotę już właściwie nigdzie nie  można było wymienić butli. (dziś jest wtorek, 15.03.2016)
Od czysto fizycznej strony przyczyną tego jest zablokowanie przez związkowców bramy z rozlewni gazu położonej przy jedynej w kraju rafinerii. Oprócz tej jest jeszcze tylko jedna, której włascicielem jest jedna z mniejszych firm dystrybucyjnych, ale ma ona na tyle małą przepustowść, że sprzedaje gaz tylko swoim stałym klientom i na potrzeby odbiorców krytycznego znaczenia (szpitale, etc.) Większość zwykłych ludzi gazu po prostu nie może kupić, nigdzie.
Ludzie zapewne trochę zaczęli oszczędzać; np. w niedzielę zdziwiłem się, dlaczego restauracje są pełniejsze ludzi niż zazwyczaj. Ale mimo to gaz do kuchenek w części domów już się skończył. Tu uwaga- praktycznie nikt, przynajmniej w miastach, nie trzyma drugiej, zapasowej butli. Dystrybutorzy pracują 24h/7 i gaz jest zwykle dowożony w ciągu kilkunastu minut, max 1h. Problemem w tym wszystkim nie jest gaz, problemem jest to, że wszystkie butle atestowane w Urugwaju wysychają i fizycznie nie ma ich gdzie napełnić, za granicą oczywiście też nie, bo atest jest z Urugwaju i nie jest uznawany gdzie indziej.
Tyle opisu, przebieg tego wszystkiego wydaja się dość dziwny. Na przykład to, że strajk zorganizował nie główny związek pracowników dystrybucji gazu, a kilka miesięcy temu zarejestrowani rozłamowcy. Sam rozłam w związku w kraju, gdzie praktycznie wszystko załatwia się konsensusem już jest dziwny. Trochę światła na sprawę rzuca to, że większość nowego związku pochodzi z jednej firmy, która ma dość długą historię kombinowania przy wysokości premii, etc. (BTW- nie chodzi o nie wypłacanie pensji, takiego zjawiska w Urugwaju nie ma, albo ogłasza się upadłość, albo sąd by kazał pomysłodawcy dłuższy czas odpocząć od interesów, w drastycznych sprawach odpoczynek byłby na koszt urugwajskiego systemu penitencjarnego).

Stąd wnoszę, że zapewne główny związek próbował łagodzić sytuację i jakoś szukać porozumienia, aż pracownicy się wkurzyli na sposób traktowania przez firmę i bezskuteczność związku, założyli nowy i wzięli się do dość radykalnych działań. Niestety, nie z każdym da się dogadać.

W tym wszystkim pewną zagadką dla mnie pozostawała postawa rządu. W końcu mamy do czynienia z problemem w małej firmie, ale który dotyka większości populacji kraju. Rząd ma całkiem sporo różnych narzędzi aby przyspieszyć rozwiązanie konfliktu albo zmniejszyć jego znaczenie dla mieszkańców. Od negocjacji ogranizowanych przez stosownego ministra, aż do tymczasowej zgody na użycie argentyńskich i/lub brazylijskich butli oraz wojskowe ćwiczenia logistyczne w postaci rządowej dystrybucji. 

Co właśnie istotne i ciekawe- nic takiego nie ma miejsca. Rząd z konfliktu znikł, nikt nie interweniuje, nawet nikt nie komentuje. Żaden polityk nic nie mówi, więc media też za sprawą nie gonią. Dokładnie jakby rząd uznał, że przedłużający się konflikt jest mu na rękę. Od strony rozgrywek politycznych i opini publicznej na pewno na rękę nie jest, bo każdy zauważa, że nie ma gazu i bezczynność rządu politycznej chwały mu nie przysporzy. Pozostaje jedna teoria- prezydent, czy rząd uznał, że pozowolenie na przedłużenie strajku jest zgodne z polityką państową.

Zupełnie niezgodnie z intuicją- bo jak- socjalistyczny rząd pozwala na przedłużanie konfliktu pracowniczego? Ale to jest zupełnie logiczne rozwiązanie.

Z kilku powodów. Po pierwsze, w środku konfliktu jest firma nie najlepiej traktująca pracowników, działająca na normalnym, konkurencyjnym rynku. Nie tylko nie jest ona nikomu potrzebna, ale i rządowi bardzo na rękę jest wysłanie na rynek sygnału, że jak przedsiębiorca poczuwa się do bycia częścią społeczeństwa i posiadania jakiś obowiązków, to społeczeństwo w razie potrzebu mu pomoże. A jak uważa, że jest jedyny i najważniejszy- to niech uważa tak dalej i sam załatwia swoje sprawy.
Po drugie- czas odejść od używania gazu. Przypomnę, że Urugwaj nie ma ŻADNYCH surowców energetycznych, przynajmniej do niedawna nie miał. Tu nie rosną nawet lasy. Od 30 lat rosną plantacje drzew, dzięki czemu kraj już jest samowystarczalny w drewno opałowe oraz eksportuje celulozę. Wcześnie nie był. 
Oprócz tego są rzeki, na nich zapory, choć największa jest na granicznej rzece, wspólna z Argentyną. Jednak energetyka wodna nie dostarcza i nigdy nie dostarczała wystarczającej ilości prądu, resztę do niedawna uzupełniano prądem z elektrowni na ropę i importem, stąd import gazu i dystrybucja w butlach gazu do gotowania, ogrzewania, etc był całkiem sensownym wyjściem. Dziś elektrownia na ropę pracuje wyłącznie przy największych upałach i bezwietrznej pogodzie, bo olbrzymią część prądu dostarczają wiatraki, jeszce niewielką, ale też szybko rosnącą elektrownie słoneczne. Zapewne w przyszłym lub 2018 roku elektrownia cieplna nie będzie już potrzebna nawet w czasie bezwietrznych dni. Już teraz graniczna elektrownia wysyła prąd głównie do Argentyny, pojawia się sporadyczny eksport także do Brazylii. W takiej sytuacji najrozsądniejszą polityką jest dla odmiany eliminacja gazu i zastępowanie jego użycia prądem. Co wcale nie jest specjalnie droższe, przy korzystaniu z drugiej taryfy- tańsze, przy ogrzewaniu klimatyzatorem- dużo tańsze niż gazem. Problem polega na kosztach inwestycji przy klimatyzatorze oraz przyzwyczajeniach przy gotowaniu, etc. Pomimo generalnie wysokich cen wszelkich postaci energii w stosunku do dochodów w Urugwaju, nie są one aż tak wysokie, aby zmotywować ludzi do zmiany. Stąd zwyczajny brak gazu zmusi ludzi do użycia jakiś alternatyw. Żadnych złudzeń, najpierw to bedzie parillada i salsa criolla, ale przynajmniej przy użyciu krajowego drewna. Dopiero w tygodniu, gdy brak czasu, pieniędzy lub jakaś niespodziewana myśl, że wypada jednak żywić się czymś innym niż wyłącznie wołowiną może spowodować, że niektórzy spróbują użyć maszynek elektrycznych. 

Nie wszyscy, to na pewno, ale może trochę osób zacznie. Jak się okaże, że tego używania wcale tak bardzo nie widać na rachunku za prąd, albo widać mniej czy niewiele więcej niż płąciło się za gaz (co jest całkiem prawdopodobne), to proces zmiany powoli ruszy. Ludzie ze sobą rozmiawiając powiedzą o sporej praktyczności i znikomej różnicy w cenie. Co będzie oznaczać jedno- rynek dystrybucji gazu zacznie się kurczyc. Co oznacza dla firm optymalizację kosztów- czytal zamykanie części punktów dystrybucji, i ograniczanie działaności, co oznacza rezygnację z niektórych stref lub wydłużenie czasu dostaw, albo ktoś wyleci z rynku. Reszta przez chwilę odetchnia, aż przyjdzie czas na następnego. Spólka zależna państwowej rafinerii przetrwa na pewno, bo ma gigantyczne plecy kapitałowe, gaz prosto z rafinerii i własną rozlewnię. Oraz jest państwowa, czyli postrzegana przez Urugwajczyków jako "nasza". 

Trzeci powód nieinterwencji rządu to wreszcie postawa związkowców, dość konfrontacyjna, zdecydowanie za bardzo jak na tutejsze zwyczaje. Tu mogła zapaść cyniczna, ale zgodna z państowym interesem decyzja, że lepiej będzie jak akurat ta firma i ten związek wykończą się nawzajem, żadne z nich nie pasuje do Urugwaju.

Co do pozostałych dystrybutorów, zapewne niedługo zaczną się pojawiać ogłoszenia o sprzedaży za dobrą cenę sieci dystrybucji gazu w Urugwaju. Jeśli będzie to mniej niż wartość nieruchomości minus odprawy, to może i warto, w każdym innym przypadku lepiej to omijać. 



Jak działa normalne państwo, czyli o wirusie Zika, komarach i Korwin- Mikke

Tytułowej kwestii nigdy dość przypominania. W Polsce, zanim powstało dobre społeczeństwo obywatelskie już zostało zniszczone, wojną i okupacjami. W ostatnim ćwierćwieczu prymitywną neoliberalną propagandą i kultywowaniem antagonizmów. Stąd krótki opis jak sobie normalne państwa radzą z problemami.
Urugwaj- najbardziej egalitarny kraj Ameryki Łacińskiej. Co oznacza właśnie, że spora część władzy należy do klasy średniej i współpracującej z nią klasy politycznej, olbrzymiej ilości samoorganizacji społeczeństwa i jego wyjątkowej, jak na latynoskie warunki, samodyscyplinie. To tak w skrócie. W jeszcze większym skrócie to państwo i społeczeństwo dość mocno przypomina Skandynawię z jej wadami i zaletami. Tylko znacznie lepszym klimatem i wyraźnie biedniejszą. W skrócie- w miarę normalny kraj z dobrze zorganizowanym narodem.

Wielce symptomatyczna jest tu sprawa wirusa Zika

Kto jeszcze nie słyszał- wirus wywodzi się z Afryki, jest przenoszony przez ten sam gatunek komara co denga, czikungunya i żólta febra. Wszystkie te dawniejsze choroby są mało przyjemne, ale zwykle nie śmiertelne, co najwyżej mogą się przerodzić w postać długotrwałą. Zika także nie różni się znacząco od ostrej grypy. Z jednym poważnym wyjątkiem. Powoduje deformację płodu. Dzieci matek zarażonych w trakcie ciąży mogą urodzić się z nienaturalnie małą głową. W Brazylii i Kolumbii tego typu przypadki już są liczone w tysiącach, a same zachorowania w milionach. 
W Urugwaju, pomimo tego, że w lecie cały kraj jest w zasięgu występowania Aedes Aegipti, jak dotychczas nie zanotowano ani jednego przypadku zarażenia w kraju, było kilka przywiezionych. I to pomimo długiej lądowej granicy z Brazylią, gdzie trwa epidemia.
Jakim cudem?
Właśnie takim- dobrze działające społeczeństwo i władze. Dla powstrzymania roznoszenia tych wszystkich jedynym sposobem jest pozbawienie komarów możliwości rozmnażania się. To w praktyce oznacza eliminację każdego, nawet najmniejszego miejsca stojącej wody. Jedna butelka do której naleje się trochę deszczówki w zupełności wystarczy jako miejsce rozmnażania sporej populacji, która rozniesie wszystkie te choroby w promieniu 50 metrów. Stąd dla powstrzymania epidemi konieczne jest zaangażowane współdziałanie wszystkich. Po prostu każdego. W zatomizowanym społeczeństwie to jest niemożliwe. Zawsze znajdzie się 10 czy 30% miłośników "wolnoć Tomku w swoim domku" lub zbyt słabo zsocjalizowanych i/lub wykształconych aby zrozumieć skalę zagrożenie i potrzebne działania. W Argentynie to jest problem, w Brazylii rzecz po prostu niemożliwa. W Polsce także by była niemożliwa, jak przypuszczam. W Urugwaju działa. Może działać tylko dlatego, że na okrągło trwa kampania informacyjna, w której uczestniczą jacyś (ja nie znam) podobno popularni aktorzy, etc. Co istotne, ludzie są zachęcani do zwracania uwagi rodzinie, sąsiadom, znajomym, etc. To też działa.  W efekcie nie widziałem w Montevideo ani jednej rzeczy na widoku, która mogłaby posłużyć do rozmnażania komarów. W Buenos Aires o takie widoki jak butelki, wiadra, czy opony na dachach było bardzo łatwo, pomimo podobnej kampanii informacyjnej. 

W Urugwaju tam gdzie ludzie sobie nie radzili, na przykład w miasteczkach na północy, gdzie niedawno były powodzie, zostało wysłane wojsko. Do sprzątania. Nie obywateli, a tylko śmieci.i likwidacji miejsc lęgowych komarów. 

W taki sposób Urugwaj jest jedynym krajem regionu, gdzie wirus Zika nie występuje. Tak samo denga i reszta nieprzyjemności. 
Ale zagrożenie istnieje i rząd go nie lekceważy. Nikt nie czeka aż wirus zawędruje na poważnie do kraju, własnie rozpoczęła się akcja trucia komarów w całym Montevideo. U mnie w budynku już dostarczono ulotkę z datą i godziną, publiczne parki i place będą opryskiwane przez najbliższe dni. 
Najciekawsza i pokazująca jak działa dobre społeczeństwo jest jednak inna cześć tej batalii. Otóż prezydent pojechał po całości i wpadł na pomysł, aby opryskać cały kraj (przypomnę: powierzchnia połowy Polski, populacja i zamożność mniej niż 10%). W tym celu został wysłany list do Stowarzyszenia Prywatnych Firm Agrolotniczych z prośbą o opinię. Odpowiedź przyszła dość szybko i brzmiała: Wszystkie 135 samolotów przystosowanych do oprysków jest do dyspozycji rządu na zasadzie takiej w stanie wyjątkowym, firmy generalnie nie chcą tych oprysków robić na zasadach komercyjnych. Część całkowicie za darmo, część za zwrotem kosztów mechaników, kosztów lotniskowych i paliwa. Z opryskiem całego kraju powinni wyrobić się w tydzień. Kiedy w Polsce to będzie możliwe? To, że w jakiejś sprawie, wymagającej wspólnego działania WSZYSCY prywatni przedsiębiorcy z danej branży rzucą całą bieżącą robotę i zaczną pracę za darmo dla rządu? 
Pytanie jest retoryczne, ale zupełnie zasadnicze.Część odpowiedzi to

 męty społeczne w rodzaju Janusza Korwin-Mikke

Utrwalają kultura ignorowania czy sabotowania swoich obowiązków wobec społeczeństwa. Zwłaszcza wśród polskich przedsiębiorców zakorzeniła się ona dość mocno. Choć może na to miało też wpływ wywodzenie się ich większej części z o SB,czy zwłaszcza WSW. A tam dominowała mentalność okupantów "tenkraju". Cóż, w takim środowisku szybkie i jednogłośne zaoferowanie własnego majątku do dyspozycji rządu jest trudne do wyobrażenia. W jakiejkolwiek sytuacji. 
Korwina Mikke wspomniałem nie przypadkowo. Właśnie takie rozbijanie społecznej solidarności jest jego wizytówką od samego początku działalności publicznej. W walce z komarem wystarczy 2-3 procent "libertarian", aby epidemia miała się dobrze. W walce o przetrwanie narodu wystarczy 2-3% kolaborantów aby rozbić jego spójność i współpracę. Tyle w polskim społeczeństwie jest fanów Korwina i to ma niemały udział w odpowiedzi na pytanie "dlaczego inni mogą a my nie?"

Wieści z końca świata, czyli trochę o policji w Montevideo

Policja w Montevideo, jak każda policja na świecie woła o więcej pieniędzy. Akurat całkiem słusznie, bo poziom przestępczości w mieście jest zbyt duży.
O tyle ciekawie, że jest to robione metodą urugwajską. Czyli radiowóz młodszy niż 30 lat to jeszcze może jeździć, a potem wymieni się na najtańszą chińszczyznę. A jeśli jednak nie będzie najtańszy z możliwych, to będzie zapewne elektryczny. Za to wyposażenie informatyczne ma być w czołówce światowej, w miarę możliwości na krajowym sofcie, a jak się nie da to z licencjami na krajową obsługę i rozbudową. Taka polityka. Oprócz tego poważna niechęć do śmiercionośnych broni i chęć ich znacznego uzupełnieni przez lepszą komunikację w policji.
Z najnowszych gadżetów policja w Montevideo zakupiła algorytm przewidywania miejsc ryzyka przestępstw. Algorytm robiony przez matematyków z Kalifornii, a licencja kupiona za 140 tys USD (jakby ktoś się pytał gdzie matematyka jest dochodowym zajęciem), reszta softu na miejscu. Podobno się znakomicie sprawdził w Atlancie, ale czy zadziała w Montevideo to się dopiero okaże. Możliwe że jest zbyt sfokusowany na amerykański typ urbanizacji. Na wszelki wypadek zaimpementowano go w części stref, a w pozostałej części działa stary system patroli.
Nieco więcej w tym artykule


Krótkie wieści i ciekawostki z Urugwaju

Dziś krótko i ciekawostki.
Ogłoszenie o sprzedaży samochodu:
Zacznę od tłumaczenia opisu. Staram sie utrzymać styl i poprawność pisowni:
"samochód jest z detalami blacharki jeździ dobże cena to 25 tys. peso lub zamienię na motor jakiekolwiek uwłagi telefonować ***"
Prawda, że ładnie? Dla wyjaśnienia- "z detalami blacharki" oznacza zasadniczo do drobnych poprawek, a nie że zostały fragmenty blachy. Przynajmniej tak mi się dotychczas wydawało....Cena 25 tys peso to 3300 zł. Jest to niezwykle tanio za jakikolwiek jeżdżący i zarejestrowany samochód, ale w ogłoszeniu jeszcze jest wzmianka o niezapłaconym podatku od tego samochodu. A to śmiało może być sporo więcej niż jego cena, bo wszystkie podatki majątkowe w Urugwaju są dość wysokie. Inna sprawa, że tego od samochodów do niedawna można było zupełnie bezkarnie nie płacić.

Kolejna ciekawostka- wszyscy, a przynajmniej większość czytelników wie, że w Urugwaju uprawa i spożycie marihuany jest legalne. W istocie tak jest, ale nie znaczy to, że nie ma żadnych przepisów, ani nadzoru. 
Otóż każdy obywatel i chyba tez cudzoziemiec z prawem pobytu (nie wiem, nie sprawdzałem) może uprawiać na własne potrzeby do 6 roślin. Są sklepy, każdy może kupić nasiona, etc., nawet w supermarketach jest ziemia "para autocultivo". Ale nie znaczy to, że w każdej chwili można rozpocząć dowolną plantację. Najpierw trzeba ją zgłosić, nie potrzeba żadnego pozwolenia, wystarczy pójść na... pocztę z dowodem osobistym i jakimś dowodem miejsca zamieszkania (nie ma w dokumentach, dowodem jest rachunek za prąd, wodę, etc.). Uprawiać można tylko w miejscu do którego ma się jakieś prawa, absolutnie nie można rozpocząć uprawy przed zgłoszeniem, ani przekroczyć liczby roślin. To może być nadal traktowane jako nielegalne posiadanie narkotyków. Ze znikomą szkodliwością i takimi też sankcjami, ale zawsze. Inna sprawa, że legalnie kupić jeszcze nie można, przepis na to zezwalający został zawieszony przez obecny rząd.

Zresztą polityka wobec marihuany jest tylko wypadkową częścią dość szerokiej i przemyślanej polityki wobec narkotyków. Cele tej polityki są dwa- zlikwidować przestępczość narkotykową i także jej wpływ na gospodarkę, a drugiej strony zminimalizować wpływ narkotyków na populację. 
Dlatego właśnie bezproblemowy narkotyk, jakim jest marihuana jest bardzo powszechnie dostępny. Nawet jeśli handel jest formalnie nielegalny, praktycznie nie jest ścigany. Dlatego ceny i marże na drobną skale są tak niskie, że gangom nie opłaca się dotykać tego interesu. Policja też się nie interesuje, dopóki ktoś sprzedaje plon ze swoich 6 krzaków. Za hurtową ilość można uzyskać kilka lat państwowego urlopu, za przemyt także, za próbę wywozu do Europy, nawet małej ilości- obowiązkowo, jako polityka pilnowania wizerunku państwa.
Drugim obecnym narkotykiem jest pasta base, czyli tańsza odmiana kokainy. Dla samych narkomanów są programy pomocy, nawet bez obowiązku abstynencji, ale jak ktoś się zdecyduje na odstawienie, to państwo sponsoruje nawet programy relokacji i zmiany tożsamości (bez operacji, nie przesadzajmy). Za to handlarze, a jeszcze bardziej organizatorzy i przemytnicy naprawdę sporo ryzykują. W każdym przypadku utrata mienia związanego z przestępstwem jest automatyczna, do tego dochodzą długoletnie odsiadki i solidne grzywny.
Co prawda nie do końca wygląda to tak sprawnie, bo w Urugwaju zwyczajnie brakuje miejsc w więzieniach oraz mocy przerobowych sądów karnych. 
Inna sprawa, że wydawałoby się niemożliwa do zapchania część, czyli licytacje przejętego majątku też się zapchała. Agencja od zwalczania narkomanii ogłosiła, że nie mogli znaleźć nabywcy na kolejny skonfiskowany samolot, więc przekazali go wojsku.