Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Europa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Europa. Pokaż wszystkie posty

Moskiewski cwel

Myślę, że Czytelnicy doskonale wiedzą o kogo chodzi w tytule

Zasadniczo znamy plan pokojowy dla Ukrainy. 

Najpierw należy Ukrainie postawić absurdalne żądania, potem Moskwa razem ze swoimi cwelami z Waszyntonu ogłosi "plan pokojowy", który w istocie jest całkowitą kapitulacją.

Następnie Waszyngtoński główny cwel Kremla ogłosi, że podyktowany mu plan jest rozsądnym kompromisem i wszyscy mają się do niego zastosować. 

I zapewne po jakimś tańcu w jedną i drugą stronę zacznie się nie tylko zwalnianie Rosji z sankcji przez USA, ale też blokada Ukrainy przez USA, ale następnie również sankcje na kraje ją wspomagające. W tym kontekście cała nadzieja w tym, że będzie to zrobione tak samo głupio i topornie jak jego dotychczasowe zagrywki i po prostu wybuchnie mu w twarz. To znaczy sankcje spowodują przyspieszoną konsolidację polityczną Europy i wsparcie dla Ukrainy bez oglądania się na nikogo. To jest oczywiście kompletnie wbrew moskiewskim planom, ale nie zapominajmy, że Trump jest kompletnym durniem. Sprytnym politycznie i ze wsparciem kremlowskiej machiny wpływu i propagandy całkiem skutecznym. Ale głupim.

Tak czy inaczej Trump nie jest sam. Obsadę wszystkich głównych stanowisk dostał prosto z Kremla i Łubianki i należy założyć, że wszystkie istotne postacie realizują i będą realizować moskiewski scenariusz. W ramach dygresji- jestem z tej perspektywy nieco zaskoczony, że w rządzie i okolicach nie znalazła sie Jill Stein. Kto nie kojarzy- kilkukrotna kandydatka na prezydenta USA z ramienia ichnej Partii Zielonych, publicznie pokazywała się z Putinem i była wspierana przez Russia Today. Pasowałaby do Kennedy'ego. To jedynie oznacza, że moskiewska ławka w Waszyngtonie jest znacznie dłuższa niż komukolwiek by się to mogło wydawać, skoro można nawet tak dobrych kandydatów pozostawić poza kadrą.

I oczywiście już nie mam żadnych dylematów z tych, jakie opisywałem we wcześniejszych wpisach. To znaczy okazało się, że Trump za żadne pieniądze nie zdradzi KGB. Ale wiemy na czym stoimy. 

I tak przy okazji- z danych zupełnie jawnych wynika, że Donald Trump pracuje dla Moskwy od około 1977 roku, może minimalnie później. Otóż akta czechosłowackiej bezpieki są jawne i wiemy, że Ivana Trump, pierwsza żona Donalda razem ze swoim ojcem współpracowali z czechosłowacką bezpieką. Która ułatwiała jej wyjazd na zachód, więc możemy śmiało założyć, że była wprost wysłana do infiltracji zachodnich elit. I w ramach tej pracy wyszła za mąż za Donalda, który zapewne entuzjastycznie się do tego przyłączył. Bo przekazywane informacje były tego kalibru, do których sama Ivana nie miała dostępu. A o ocenianej wartości może świadczyć to, że przecież Donald Trump bywał w Moskwie jeszcze w latach osiemdziesiątych. Zapewne chcieli go poznać jego mocodawcy z tych poziomów, które już nie wyjeżdżają za granicę, a na pewno nie mogą się sami tam spotykać z agentami. 

Więc w roku 2016, a jeszcze bardziej 2024 ta wieloletnia współpraca doprowadziła do spektakularnego sukcesu. Miałem jakiś ochłap nadziei, że coś sie jeszcze da zrobić, ale nie. W tym zakresie to koniec. USA są obecnie w całości kontrolowane przez kukiełki Putina i okolic. I to należy zaakceptować jako aktualną rzeczywistość.

Co dalej?

To samo co zawsze. Moskiewska agentura ma dobre i dopracowane scenariusze przejmowania władzy, ulepszane od 500 lat, skutecznie użyte dziesiątki, jak nie setki razy. Bardzo rzadko się zdarza, że zabezpieczenia suwerenności zadziałają i udaje się rozmontować zagrożenie zanim zostanie zrealizowane. Tak Finowie się uratowali w 1948, kiedy ich premier przygotowywał prokomunistyczny zamach stanu, USA przetrwały 06.01.2021 roku i pewnie jeszcze kilka takich przykładów by się znalazło. Ale dziś niszczenie aparatu państwowego USA jest na tyle szybkie i dogłębne, że drugi raz im się raczej nie uda. 

Dzisiejsza działalność Trumpa, Muska i reszty kremlowskich minionków służy tylko temu, żeby następnej próbie utrzymania władzy przez nich nikt już się nie sprzeciwił. I jeśli będą mieć na to 4 lata, to już nikomu nie przyjdzie do głowy oczekiwać wolnych wyborów w 2028 roku. Bo sam taki pomysł będzie całkowicie absurdalny. 

Ostatnim zabezpieczeniem, które jeszcze może jakoś zadziałać jest impeachment. Ale wszyscy go już widzieliśmy dwa razy w stosunku do Trumpa i nawet nie było szans aby zadziałał. Pomimo bardzo, bardzo poważnych zarzutów, graniczących ze zdradą stanu. Dziś wiemy, że to była zdrada stanu. I co? I nic. Bez poważnego buntu w Partii Republikańskiej nic się nie zmieni. I przyznam, że niespecjalnie widzę dynamikę w której taki bunt w ogóle może nastąpić. Bo ci ludzie i tak nie ogarniają prawie nic poza własnymi interesikami i czasem zwykłym zarządzaniem krajem, a w tym przypadku należałoby spojrzeć nieco szerzej. I nie za bardzo wierzę w taką możliwość na skalę całej partii. Czy przynajmniej połowy republikańskich senatorów, bo o takiej liczbie mówimy. 

Więc co dalej? 

Nic. USA należy teraz traktować jak Ukrainę Janukowycza czy inne Naddniestrze. Tylko w Ukrainie jest społeczeństwo, które potrafi bronić demokracji. W USA takie istnieje głównie w wytworach Holywood. I tak należy to widzieć do czasu następnych wolnych wyborów w USA. Które równie dobrze mogą nie nastąpić za naszego życia. A mogą w 2028. Miejmy nadzieję. 

To oznacza, że wszystkie kalkulacje dotyczące amerykańskiej pomocy wojskowej i sojusze można spuścić w kiblu. Oraz, że dla każdej krytycznej technologii, którą mogą kontrolować USA należy jak najszybciej stworzyć działającą alternatywę w wolnym świecie. 

I też oznacza, że mamy sojusz Rosji, Iranu, Chin razem z USA przeciw Europie, Japonii, Tajwanowi i kto będzie chciał się jeszcze przyłączyć. 

I dopóki Europa nie obudzi i nie skonsoliduje się w nowej rzeczywistości, to ten sojusz jest niezbyt mocny politycznie i ma mnóstwo dużych braków w zakresie wyposażenia i uzbrojenia.

Ale ekstremalna gorliwość Trumpa w realizacji moskiewskiej agendy jest wbrew pozorom, właściwie jedyną dobrą wiadomością w całej tej układance. Po pierwsze minimalnie rozsądny juz nie moze mieć wątpliwości i każdy teraz musi sam sie zadeklarować po której jest stronie. A po drugie- to uwalnia zasoby. Politka Bidena była w wielu aspektach korzystniejsza dla Rosji. Nie dlatego, że Trump by nie chciał zrobić wszystkiego co może dla Kremla. Właśnie dlatego. Bo w dobrym planie dla USA założyli, że uda się zrealizować może z połowę tego co by chcieli. A by chcieli wyjścia USA z zachodnich sojuszy, rozbrojenia, destrukcji wywiadu, rozbicia społecznej siatki bezpieczeństwa i likwidacji hamulców dla władzy oligarchów. Ale do głowy im nie przyszło, że mogą uzyskać to wszystko naraz. Przecież jednoczesne przejście USA na stronę Rosji i rozbrojenie jest bez sensu. No, ale taki program Trumpowi i okolicom napisali i z rozpędu jest realizowany. 

Co właśnie ma zabawny aspekt. Otóż Polska ma gigantyczny problem z amunicją, zwłaszcza do artylerii 155 mm. Nie jest produkowana i dziś nie ma skąd kupić, a to co jest to wszystko i tak musi iść na front. A wąskim gardłem jest produkcja prochu. Więc, bardzo rozsądnie, w roku 2019 zdecydowano o rozpoczęciu budowy linii do produkcji prochu właściwego dla tejże amunicji artyleryjskiej. Miała być gotowa w 2022 roku. I nie była, nie jest do dziś. Oficjalnych informacji nie ma, względnie wiadomo, że nie ma instalacji/maszyny do nitrowania celulozy. To jest taki ekstremalnie niebezpieczny proces, który zasadniczo robi się w oddzielnym budynku otoczonym wałem ziemnym i gdzie w trakcie działania nie ma ludzi. Bo nawet drobna awaria lub zanieczyszczenie może spowodować zniknięcie tego budynku razem z zawartością i topografią najbliższej okolicy. Nie wiem kto miał ten sprzęt dostarczyć i nie znam tego rynku, ale przypuszczam, że jest to bardzo podobna sytuacja jak w większości tak wyspecjalizowanych urządzeń- że na świecie jest kilku, najwyżej kilkunastu dostawców i u wszystkich należy zamawiać ze sporym wyprzedzeniem. No, chyba że akurat trwa jakaś gorąca sytuacja inwestycji zbrojeniowych. Wtedy można tego nie zobaczyć w ogóle. I zapewne taką sytuację mieliśmy teraz. Gigantyczne pieniądze przeznaczone przez Kongres USA na pomoc dla Ukrainy zostały w rzeczywistości wydane na zbrojenia i rozbudowę przemysłu w USA, a na Ukrainę wysłano zapasy przeznaczone do utylizacji albo wręcz kompletny złom i nieudane produkty (jak Switchblade 300, którego armia ukraińska po prostu nie chce, nawet w obecnej sytuacji...). 

Więc przypuszczam, że instalacji do nitrowania celulozy w Pionkach nie ma właśnie dlatego, że nowa jest gdzieś w USA. A na polecenie Moskwy będzie stała nieużywana, albo nawet zostanie porzucona. I tu się kłania polityka Bidena vs. Trumpa. Dzięki Bidenowi nie dało się rozwiązać problemu braku prochu. Trump z tym nic nie zrobi, bo i tak nie potrafi przeczytać tekstu tak długiego, aby mu to wyjaśnić. Więc ta i inne maszyny w końcu trafią do Polski, bo producenci coś musza robić. Będzie można też zwiększać produkcję w innych krajach. Oraz kiedy zakupy USA zostaną drastycznie ograniczone, a jednocześnie w Europie odkręci się kurek z pieniędzmi, to dostawcy broni i amunicji szybko zaczną grać według europejskich reguł. Pod tym względem wykonywany przez ekipę Bidena sabotaż zachodniego świata był skuteczny, a Trumpowski tępy atak skończy się konsolidacją 500 mln bogatych i produktywnych ludzi, kontrolujących najbardziej wymagające elementy łańcucha technologicznego. I nie te ogniwa najbardziej wymagające kapitałowo, czy technologicznie, tylko wymagające zakumulowanej przez pokolenia wiedzy rzemieślniczej, niemożliwe do odtworzenia gdziekolwiek indziej. 

Wspólnie działającej Europy się nie da pokonać. Jedynie moskiewska propaganda twierdzi, że jest inaczej. Problem polega na tym, że na Kremlu w tę propagandę nie wierzą, bo doskonale wiedzą, że to bujda na resorach, a główny lokator Białego Domu jest zbyt głupi, żeby odróżnić ją od rzeczywistości, zbyt zindokrynowany przez Moskwę, żeby uwierzyć w rzeczywistość i zbyt leniwy żeby w ogóle próbować. 

Czy Europę czeka upadek?

 Kiedyś obiecałem Czytelnikom, że jak przyjdzie czas się mniej lub bardziej pakować z Europy to dam znać. I daję. Jakby.

Konkretnie to odpowiedź na pytanie czy czas się pakować i spadać brzmi- nie wiadomo i to zależy.

Po wyborach europejskich

Ostatnie wybory do Parlamentu Europejskiego były bardzo, bardzo ważne. Z czego na zachód od Łaby zdawało sobie sprawę wiele osób, a na wschód od tej rzeki chyba nikt tego nie zauważył.

Wydarzyło się na raz kilka niesamowicie ważnych rzeczy. Tak ważnych i w pewnym sensie rozdzielnych, że aż trudno je opisać.

Zacznijmy więc od historii. Parlament Europejski wymusza działanie poprzez frakcje, które musza składać się z  posłów kilku państw. Mamy więc politykę partyjną, ale na szczeblu europejskim. realnie rzecz biorąc, aby się liczyć w czymkolwiek, potrzeba współpracować z kolegami z wielu krajów. I ta współpraca, skoro nie opiera się na tożsamości kraju czy kultury, siłą rzeczy musi opierać się na ideologii. I dokładnie to mieli zamiar uzyskać autorzy tego rozwiązania, aby powstały, przynajmniej w PE ogólnoeuropejskie partie polityczne. 
Co czasem prowadzi do zabawnych sytuacji, ja ta, że w danym kraju są dwie partie o tożsamej ideologii, które nawzajem się najszczerzej nie znoszą, ale "pasują" tylko do jednej frakcji. Tak jak w Polsce, gdzie są dwie partie prawicowe, ale to PO się pierwsza zapisała do chadeków. PiS w odpowiedzi założył własną frakcję z brytyjską Partią Konserwatywną, której już chyba nikt nie traktuje poważnie, czego efekt jest oczywisty- ich traktuje się tak samo, pomimo tego że to normalna prawicowa partia jakich w Europie wiele.

Tylko ten cały podział na frakcje był przez dziesięciolecia prawie fikcją, to znaczy istniał, ale nie było tam żadnego konfliktu politycznego, żadnej możliwości walki. Aż do tegorocznych wyborów.
Dlaczego? Otóż od początku, projekt europejski opierał się na konsensusie między socjalistami i chadekami. I taka koalicja powstała w PE. Koalicja która obejmowała dwie największe partie w większości krajów. Po prostu nie pozostawiono żadnego miejsca na dyskusję polityczną, bo wszystko załatwiano wewnątrz koalicji. Przez 40 lat. Do teraz. Implozja zarówno socjalistów jak też chadeków w większej części zachodniej Europy spowodowała to samo w PE, czyli koalicja nie ma większości. Trzeba stworzyć nową. 

To była stawka tych wyborów. Pierwszy raz od wyborów rzymskich konsulów (dopóki coś znaczyli) demokratycznie można było zadecydować o tym kto będzie mieć wpływ na władze tak wielkiej części Europy. 

To spowodowało następną rzecz: wybory przestały być czymś w stylu rozbudowanego badania opinii publicznej/rozgrzewką przed "prawdziwymi" wyborami krajowymi. Stały się prawdziwymi wyborami, w których obywatele decydowali o przyszłości Unii. I w związku z tym, że nie ma żadnej opcji głosowania na konkretny skład władzy wykonawczej, nastąpił bardzo ładny i dokładny podział ze względu na program. Czyli stało się dokładnie to co było celem powstania Parlamentu Europejskiego- powstały ogólnoeuropejskie bloki polityczne. Jeszcze nie wspólne partie, ale grupy partii połączonych programem i ideologią. Co zapewne jeszcze bardziej zaszkodziło głównym partiom, bo one są siłą rzeczy szerokimi porozumieniami o niezbyt wyraźnych liniach programowych. 

I taka była realna stawka tych wyborów- konkurencja między trzema blokami partii z całej Europy o kierunek działania i przyszłą wizję Unii. Oczywiście najbardziej nie o to która z nich będzie samodzielnie rządzić, ale która wejdzie do koalicji z jedną lub obiema tradycyjnymi partiami. Tak, partii i bloków było więcej, ale tylko trzy mają znaczenie.

I przy tej okazji warto obalić mit, że PE nie ma nic do powiedzenia w sprawie składu władzy wykonawczej. Otóż ma. Faktycznie jest tak, że parlament zatwierdza pełen skład Komisji, czyli efektywnie powołuje rząd. I może go odwołać. Więc to koalicja decyduje kto się w tym rządzie znajdzie i jaki będzie jego program. Oczywiście nie do końca, bo jeszcze jest kwestia państw członkowskich, itd., ale to naprawdę jest w miarę poważny parlament.

Było to ogólnoeuropejskie głosowanie w sprawie udziału we władzy UE, ale paradoksalnie, katalizatorem wspólnej europejskiej świadomości była grupa partii nie mających szans na udział w tej władzy, a nawet deklarujących brak zainteresowania. Po prostu pierwszym porozumieniem ze wspólnych programem była międzynarodówka prorosyjskich faszystów. Oni zaczęli pierwsi ze sobą znakomicie współpracować, występować pod wspólnym programem i też jednoczyć podobne siły w swoich krajach. Tak powstały i wyrosły AfD, Zjednoczenie Narodowe, Nowy Świt w Grecji, a w Polsce korwiniści przytulili innych i powstała Konfederacja. Mechanizm był ten sam w całej Europie, program ten sam i całkiem dobra współpraca pomiędzy tymi partiami. Czyli było to pierwsze prawdziwie ogólnoeuropejskie porozumienie. Być może wspólne źródełka finansowania w tym pomogły, ale sam pieniądze sprawy by nie załatwiły. Międzynarodówka faszystowska była pierwszą faktycznie ogólnoeuropejską partią. 

To stało się katalizatorem dla dyskusji i poszukiwania wspólnego europejskiego programu przez inne bloki.
I potrafiły pokazać go dwa. Pierwszym były partie liberalne, które startowały w każdym kraju z praktycznie tym samym komunikatem: bezwzględnej akceptacji idei integracji i zamiaru jej pogłębiania. Oczywiście z przykryciem innych elementów programu, bo liberalizm w ostatnich czasach jest już kompletnym przeżytkiem. Ale te partie odniosły spory sukces. Szczególnie w UK, ale też we Francji (formalnie jeszcze nie należąca grupa Macrona), Holandii i paru innych krajach. 

Następną grupą były partie Zielonych. W tym przypadku była to znów spójna agenda, oczywista współpraca i wspólny przekaz dookoła Europy. Co istotne, jest jeszcze w tym wizja UE jako organizacji poprawiającej poziom życia mieszkańców oraz aktywnie i serio przeciwdziałającej katastrofie klimatycznej. Pierwsza potęga przemysłowa i ekonomiczna świata, jaką jest UE może i powinna być w tym zakresie być światowym przywództwem. Taka jest przynajmniej wizja. 

A teraz kolejny aspekt sprawy- kto wygrał, kto przegrał?

Przegrała na pewno chadecja, w sporej części też socjaliści. To było wiadome i się sprawdziło. Przegrali też faszyści, z wyjątkiem Faraga. Co oznacza, że prorosyjska międzynarodówka faszystowska nie tylko nie uzyskała wystarczającego wpływu w parlamencie aby sabotować jego prace, ale też spadła ich legitymacja wyborcza. Do niedawna można było się spodziewać wzrostów ich popularności, dziś można raczej podejrzewać, że szczyt już nastąpił i dalej będzie tylko droga w dół, z powrotem do nory. Czyli w sumie działalność FSB przy pomocy Korwinów, AfD i Le Penów obróciła się w dokładną odwrotność- nic nie zyskali, za to pomogli w powstaniu wspólnych europejskich ugrupowań i odkurzeniu idei wspólnej Europy. I co więcej, najważniejsze skutki polityczne jakie wynikły z tej współpracy to zamiar pogłębiania integracji (liberałowie) i jak najszybszej eliminacji używania paliw kopalnych (zieloni). 
Śmiało można powiedzieć, że ta idea międzynarodówki faszystowskiej była dla Kremla jednym z większych fakapów w historii. Kosztem użycia i skompromitowania dużej części agentury, zainwestowania całkiem poważnej kasy i wieloletniej działalności jedyne co uzyskali to parę głosów w PE, które łatwo zmarginalizować i nic więcej. Oczywiście wyniki w poszczególnych krajach to inna sprawa, ale też szczyt już raczej przeszedł i to bez dużych sukcesów. 

To nas prowadzi do zupełnie zasadniczego pytania- czy tak naprawę coś się zmieni? Tu odpowiedź zależy od tego, jaka będzie nowa koalicja. A właściwie czy centroprawica pozostanie hegemonem. Wypada tu przypomnieć, że od czasu powstania Unii Europejskiej wszyscy (oprócz jednego chwilowego p.o.) przewodniczący Komisji wywodzili się z Europejskiej Partii Ludowej, czyli centroprawicy.  I od czasu kryzysu 2009 nie potrafili znaleźć sensownego rozwiązania i wizji przyszłości, jak cała centroprawica.

Końcowych wyników jeszcze nie ma, tak jak ostatecznych deklaracji o przynależności do frakcji poszczególnych partii, ale na podstawie tego co wiemy, możemy pospekulować jakie koalicje są możliwe. 

Zacznę od sprawy polskiej. Nie ma ona żadnego znaczenia. PO (czy jak to się tam teraz nazywa) jest w EPP, czyli chadekach i tam dostarcza głosów, bo przecież nie kapitału intelektualnego. PiS sam się wykluczył z polityki europejskiej tworząc frakcję z brytyjska Partia Konserwatywną. Normalnie geniusze.
W tym kontekście przekroczenie lub nie progu przez Konfederację by także nie miało znaczenia, bo jako partia antyeuropejska i poza możliwościami koalicyjnymi, odbierają głosy innej takiej samej (PiS) lub takiej, gdzie i tak mandatów nie brakuje (PO). Za to, jeśli Wiosna przystąpi do liberałów, to będzie mieć znaczenie, być może kluczowe dla układu władzy. To samo by było gdyby dostało się Razem, tyle że w innej frakcji.

Możliwe koalicje to: przedłużenie obecnej, czyli wielka koalicja (chadecy + socjaliści) z kimś na doczepkę. Ten ktoś to mogą być liberałowie lub zieloni. To są dwie możliwe koalicje. Bym powiedział, że pierwsza, czyli chadecy, socjaliści i liberałowie jest bardzo prawdopodobna, i byłaby to koalicja kontynuacji. Czyli niczego ciekawego, a wręcz kursu na rozpad UE. I liberałowie powinni być temu przeciwni, a jeśli uznać opinię Macrona za miarodajną, to już są. Grupa Macrona formalnie nie należy do liberałów, bo ich nie było w poprzednim parlamencie, ale się tam znajdą. I Macron wprost sprzeciwił się Merkel i propozycji przedłużenia kadencji Junkera. Co powinniśmy wszyscy chwalić. 
Chadecy i zieloni razem wyglądają jeszcze mniej prawdopodobnie. A zapewne i socjaliści mają dość współpracy z prawicą. Każdy by miał. 

Następna możliwość to chadecy z faszystami. Dość przerażające, ale możliwe. Teoretycznie, bo musieliby jeszcze wziąć kogoś na doczepkę. A w takim zestawie raczej nikt się nie pojawi. 

Więc zostaje koalicja bez prawicy. Co oznacza cztery frakcje: socjalistów, zielonych, liberałów i tzw. nordycką lewicę, czyli np. hiszpańskie Podemos i tam pewnie by się znalazło Razem. Ta koalicja na dziś ma nieco ponad większość mandatów i uważam ją za bardzo prawdopodobną. O ile... Jest to też relatywnie najgroźniejsza dla oligarchii koalicja. Nie bardzo groźna, w końcu największą jej częścią będą tradycyjne partie, ale prawie gwarantująca wyraźny skręt Unii w stronę równości oraz ochrony środowiska i klimatu. Wielu oligarchów ma sporo przeciw takiej polityce. W tym cała Rosja. 

To by była słaba koalicja z niewielką większością i pchana w stronę radykalnej polityki. Przepis na katastrofę.

Więc gdybym miał stawiać w kasynie to bym powiedział, że powstanie taka koalicja czterech, ale się nie utrzyma, i gdzieś w połowie kadencji będzie drobny przewrót, chadecy dogadają się z faszystami, być może liberałami albo jakimiś rozłamowcami i powstanie nowa koalicja, tym razem przyjazna węglowym i naftowym oligarchom. Ale tu zobaczymy.



Niemcy, Szwajcaria i kurs franka

Pod poprzednim wpisem, w komentarzu, padło bardzo ciekawe pytanie. Skoro Niemcy mają na horyzoncie problemy w wielu dziedzinach, to jak to w przyszłości wpłynie na gospodarkę Szwajcarii, mocno z Niemcami powiązaną? I co będzie dalej z kursem franka?

To nie jedno pytanie, a całkiem sporo różnych. Z pierwszym i podstawowym założeniem, że Der Schwindel realnie wpłynie na niemiecką gospodarkę. To założenie jest niekoniecznie prawdziwe. VW na rynku USA nie ma czego szukać, a to dla producentów europejskich zawsze była żyła złota. Ale sprawa z Porsche i Audi jeszcze nie jest przesądzona. One, w przeciwieństwie do marki VW nie opierały swojej sprzedaży na dieslach. 

Osłabienie pozycji niemieckich koncernów motoryzacyjnych, zarówno finansowe, jak też polityczne jest pewne. Jakieś, niekoniecznie na skale implozji finansowej. Tu wróćmy do początków roku 2009, dna spowolnienia. czy kryzysu.  Pomińmy brednie o polsko-greckiej  zielonej wyspie i możemy spojrzeć realnie na gospodarkę Europy. Wyglądała ona tak, że siła nabywcza w całej Europie gwałtownie się załamała, nawet jeśli konsumenci mieli środki, to ich nie wydawali. Najmocniej to uderzyło w gospodarkę Niemiec, stojącą przemysłem ciężkim i eksportem. Zresztą nie mają innego wyjścia, są uzależnieni od importu surowców. Ale dzięki spadkowi cen surowców nagle mocno wzrosła opłacalność inwestycji w energetykę odnawialną. To był potężny niemiecki stymulus, którego skutki są dziś bardzo mocno odczuwalne. należą do nich obniżenie kosztów energetyki słonecznej do poziomu konkurującego z prądem ze źródeł kopalnych, wprowadzenie wiatrowej na drogę do bycia najtańszym źródłem elektryczności, a przede wszystkim problemy tradycyjnych koncernów energetycznych oraz powstanie znacznie większej ilości miejsc pracy niz w tradycyjnej energetyce. To ostatnie spowodowało spadek bezrobocia w krytycznym dla gospodarki momencie i powrót optymizmu. Dziś sytuacja jest inna. Ale jedna cecha jest bardzo podobna- inwestycje w energetykę odnawialną mają całkiem spory potencjał wzrostu. Tylko z zupełnie innego powodu. Energetyka wiatrowa i słoneczna są tradycyjnie bojkotowane przez "układowe" koncerny, ale to koncerny dziś są na przegranej pozycji i musza zabiegać o parasol polityczny aby przetrwać. Lub się przystosować. Na szczęście jest w Niemczech wicepremier z partii która się nazywa PSL (czy jakoś podobnie), który dzielnie broni interesów Gazpromu, zwalcza energetykę odnawialną pod pretekstem jej wspierania itp. Premier Merkel stara się w miarę możliwości nie zajmować jasnego stanowiska w żadnej sprawie, ani nie podejmować żadnych zdecydowanych ruchów. Takie metody w stabilnej sytuacji są całkiem niezłe, gorzej jak zaczynają się problemy. 
Podsumowując- niemiecka gospodarka dziś ma się dobrze, czarne chmury dopiero się zbierają. Możliwość ominięcia burzy jest dość łatwa, a problem się nazywa nawet nie tyle polityka, co osobowość i poziom liderów. Tam nie ma problemu z jakością administracji jako całości, czy korupcją na poziomie sądów lub średniej administracji. Tak, ja wiem, że z polskiej perspektywy Merkel może wyglądać na światłego i zdecydowanego lidera. Ale nie zapominajmy, że polska perspektywa nazywa się Ewa Kopacz i na jej tle nawet blacha do pieczenia wygląda jak Żelazna Dama.
Kwestię imigrantów możemy pominąć, bo to jest problem jakości przywództwa, a nie aktualnej ekonomii. A jak widać choćby przeciętna jakość przywództwa może bez trudu pozwolić na ominięcie raf ekonomicznych. Tak samo przecież w kwestii kryzysu imigracyjnego wystarczy sensowna inicjatywa w UE dla jego szybkiego zażegnania. Przez przestrzeganie traktatów i autentyczną pomoc tam gdzie jest potrzebna- co oznacza również Turcję i przede wszystkim Liban.

W takim razie pozostaje do omówienia Szwajcaria. Tu znów są dwie kwestie. Pierwszą jest wpływ potencjalnego kryzysu niemieckiego na gospodarkę Szwajcarii, czyli prawdziwy wpływ w kategoriach aktywności handlowej i przemysłowej, a druga to skutek dla waluty. W przypadku Szwajcarii to są dwie różne sprawy. 
Zacznijmy od kwestii walutowej, bo jest ona najprostsza. Frank szwajcarski jest dobrą i stabilną walutą, mającą zabezpieczenie w solidnej gospodarce stabilnego politycznie kraju. To oznacza, że jego wartość w sytuacjach kryzysowych rośnie. Tak, wiem, że jeszcze rządząca partia o Polsce opowiada to samo, ale ludzie decydujący o pieniądzach uważają inaczej.Od tego można było właściwie rozpocząć i na tym zakończyć. Ale na dłuższą metę decydują nie sentymenty a fundamenty. 
Aby je dokładnie zrozumieć cofnijmy się 70 lat. Ponure czasy 2 w.ś.  Rok 1939, jeszcze przed atakiem na Polskę, szwajcarskie władze realnie obawiają się, że mogą stać się celem inwazji. W końcu był to ostatni duży niemieckojęzyczny obszar nie zjednoczony w ramach Rzeszy. Zarządzono mobilizację i skoszarowano 600 tys żołnierzy. W kraju o 5 mln ludności!! Do tego otwartym tekstem zapowiedziano zniszczenie praktycznie całej infrastruktury w razie inwazji. Linie kolejowe przez Alpy były Niemcom absolutnie potrzebne i ich utrata równałaby się praktycznie zatrzymanej wymianie handlowej z Włochami. Jedyna następna linia, przez przełęcz Brenner w Austrii była właściwie w całości zajęta przez transporty wojskowe. Materiały i surowce o podwójnym przeznaczeniu musiały iść tranzytem przez Szwajcarię. To był jeden z powodów dla których zdanie o "zjednoczeniu wszystkich Niemców" miało drugą część "chyba, że się będą bronić".

Inne aspekty roli Szwajcarii w 2 w.ś. sa jeszcze ciekawsze. Otóż wówczas dla silników dużych mocy w konstrukcji łożysk potrzebne były stosownie oszlifowane diamenty. Dokładnie tak to wyglądało. Samolot bojowy, cud ówczesnej techniki. Jego najbardziej skomplikowaną i bardzo zaawansowaną technicznie częścią był silnik. Najmocniej obciążoną częścią silnika jest wał napędowy. Ten wał jest podparty na łożyskach. Dla wytrzymałości przy jak najmniejszej wielkości i wadze elementami tocznymi były diamenty. Bez nich nie dało się zbudować nowoczesnego samolotu. A diamenty w taki sposób szlifowano tylko w Szwajcarii. 

Dokładnie tak. Wspaniałe, romantyczne sceny pojedynków Spitfiirerów i Hurricanów broniących Londynu z Me 109 nigdy by się nie odbyły gdyby nie anonimowy szwajcarskich szlifierz diamentów, który sprzedawał swoje wyroby obu stronom. Te diamenty po zajęciu Francji dla aliantów były po prostu przemycane. W bagażu dyplomatycznym państw trzecich, etc., ale cały czas to Szwajcarzy zarabiali.
Charakterystycznym drobiazgiem jest to, że w 1944 roku, kiedy dla Luftwaffe liczył się każdy możliwy sprzęt, Szwajcarzy po prostu zażądali dostarczenia ponad 100 Me 109. Oczywiście, zapłacili, ale alternatywą było nie podpisanie umowy handlowej i zgody na tranzyt. Na to Niemcy nie mogli sobie pozwolić. W taki sposób te bardzo potrzebne Luftwaffe samoloty trafiły do szwajcarskich pilotów, którzy przez całą wojnę dość radośnie i regularnie do niemieckich strzelali.

Ale nie chodzi o opisywanie tradycyjnej przyjaźni niemiecko- szwajcarskiej, a podkreślenie podstaw szwajcarskiej gospodarki. Jeśli dokładnie przejrzymy dowolny ciąg technologiczny związany z mechaniką precyzyjną to prawie zawsze gdzieś na dnie całego łańcucha jest przedmiot którego nie można niczym zastąpić, dla zbudowania którego jest potrzebny element wytwarzany wyłącznie w Szwajcarii. Wracając do naszego samolotu- własnie ten kompletny samolot każdy widzi i bierze go za obraz potęgi przemysłu. Niektórzy sobie zdają sprawę, że bardziej chodzi o silnik. Ale nikt z publiki nie zastanawia się z czego ten silnik się składa. Co najwyżej potem z ust piewców rozwoju są zachwyty jakie ci Niemcy i Japończycy robią dobre łożyska. 

Tak samo jest dziś np. z banknotami. Drukarni jest sporo, fabryk farb też kilka. Ale dodatki do tych farb zapobiegające barwieniu palców i rozmazywaniu produkuje jedna firma na świecie. Przynajmniej te dobrej jakości. Łatwo zgadnąć z jakiego kraju...

W skrócie- Szwajcaria stoi przemysłem, wbrew pozorom i powszechnej opinii, a ten przemysł jest praktycznie niewrażliwy na koniunkturę lub jej brak w konkretnym kraju lub regionie świata. Zbyt mocna waluta psuje nieco lokalny handel i usługi, ale w żaden sposób nie jest w stanie podważyć fundamentów szwajcarskiej gospodarki, tak samo jak nawet kompletne załamanie gospodarcze Niemiec. 

A odpowiadając na początkowe pytanie. Kurs franka szwajcarskiego prawie wcale nie zależy od sytuacji w Niemczech, a jedyna zależność jaka realnie istnieje to ucieczka do bezpiecznego portu w sytuacji problemów w Niemczech. Odwrotnie jak kurs złotówki.

Niemcy, Chiny i fabryka musztardy

W kwestii Ukrainy, postawiłem wcześniej tezę, że istnieją tam bardzo poważne chińskie interesy. W skrócie dotyczą one tranzytu. Trochę się powtórzę, ale uważam sprawę za szalenie ważną.

Aby Chiny mogły stać się prawdziwym mocarstwem z jednej strony i zapewnić bezpieczeństwo krajowi i swoim obywatelom z drugiej, musza mieć możliwość bezpiecznego transportu surowców, komponentów i w ogóle handlu zewnętrznego.   Bez spełnienia tego warunku pozostaną jeszcze jednym kraikiem, który flota USA może bezkarnie zablokować i zmusić do takiego lub innego działania. 

Da się to wykonać poprzez zbudowanie floty mogącej się równać z amerykańską. Zasadniczą wadą takiego rozwiązania są obłędne koszty oraz rozpoczęcie wyścigu zbrojeń, co oczywiście drenuje siły i środki z gospodarki, a szczególnie obniża cywilne wydatki inwestycyjne. Tego Chińczycy nie chcą i dlatego nie mają zamiaru iść tą drogą. Częściowe zbrojenia mają oczywiście miejsce, ale do możliwości US Navy w przewidywalnym okresie się nie zbliżą. Jedyne czego po chińskiej flocie i obronie wybrzeża można się spodziewać w przewidywalnym czasie to właśnie możliwości obrony wybrzeża i jakiejś dominacji na najbliższych akwenach. 

Skoro nie planują i nie widzą możliwości obrony szlaków morskich w razie konfliktu- co pozostaje? Szlaki lądowe. Dla przesyłu towarów masowych oraz wszystkiego na olbrzymie odległości oznacza to w praktyce linie kolejowe. 

To akurat w chińskich planach rozwoju jest przestawiane zupełnie jasno i oficjalnie. Oprócz realizowanego na olbrzymią skalę przestawienia Chin na tory, zasadnicze znaczenie ma rozbudowa linii kolejowych poza granicami tego kraju. Oficjalnie takie linie są w planach cztery. Pierwsza do Singapuru, w budowie, druga do Europy południowym skrajem Morza Kaspijskiego jest gotowa, ale wymaga dwóch zmian szerokości torów (na granicy chińsko-kazachskiej i turkmeńsko- irańskiej) oraz przeprawy promowej, obecnie tylko jednej (dzięki tunelowi pod Bosforem) , na granicy irańsko- tureckiej. Planowane lub budowane odcinki kolei w Iraku ominą jezioro Van a w Jordanii (z kolejną zmianą rozstawu) dociągną spójny system do wybrzeży Morza Czerwonego, po którego drugiej stronie znajduje się wielki, własnie budowany system kolejowy Afryki Wschodniej.  Chyba nie trzeba dodawać, ze w każdym z tych przedsięwzięć dominująca rolę odgrywa kapitał chiński?
Kolejne linie są bardziej problematyczne. Co do pomysłu połączenia Azji i Ameryki koleją przez cieśninę Beringa- osobiście uważam to, na dziś, za kompletną fikcję. Technicznie zapewne możliwe, ale tak obłędnie drogie, że nierealne. Zbudowanie kilku/kilkunastu tysięcy kilometrów linii kolejowej przez dzikie i bezludne tereny (znaczy bez żadnych ładunków po drodze), z najdłuższym tunelem podmorskim, przez tysiące kilometrów wiecznej zmarzliny, kilka pasm górskich i to wszystko w sporej części w strefie sejsmicznej.  W połowie tej litanii z ust inżynierów od takiego projektu, księgowi by uciekli z głośnym krzykiem.  

Dlatego własnie sądzę, że opowiadanie o tym pomyśle było tylko kolejnym środkiem nacisku Pekinu na Moskwę, że rząd chiński sam planuje inwestycje na ich terytorium. 

Następna linia o strategicznym znaczeniu ma znaczenie własnie pierwszorzędne. Na północ od Morza Kaspijskiego, czyli przez tereny Kazachstanu i dalej przez Moskwę, Białoruś i Polskę do zachodniej Europy lub przez Kazachstan, południową Rosję (a najważniejsze- Wołgograd) i Ukrainę i dalej Polskę, Słowację lub Węgry do zachodniej Europy. Zasadniczo Polskę, bo już istnieje tor o rosyjskim rozstawie dociągnięty do okolic połączonych z zachodnia siecią autostrad (Sławków).  Budowa drugiego jest planowana pod Wiedniem.  Ten będzie omijać Polskę, tory mają zostać poprowadzone z Ukrainy przez Słowację. 

Najważniejsze w tym wszystkim są dwie rzeczy- już istniejąca infrastruktura, której najdroższymi elementami są mosty (lub tunele) na wielkich rzekach. 

A własnie północna linia jest znacznie ważniejsza dla połączenia Chin z Europą- czyli bardzo istotnej kooperacji przemysłowej, w razie potrzeby alternatywnej drogi przesyłu surowców, a także jest drogą najkrótsza i najprostszą. Z właściwie jedną zmianą szerokości torów- na granicy chińsko- kazachskiej, ale tamtejszy terminal też może działać jako zbiorczy suchy port przeładowujący ładunki z całych Chin. Tak samo Sławków, na tyle blisko od odbiorców, że można przeładowywać pojedyncze kontenery bezpośrednio na ciężarówki.   
W taki sposób dochodzimy do tezy- linia kolejowa  w bezpieczny sposób łącząca Chiny z Europą na północ od Morza Kaspijskiego jest kwestią być lub nie być strategicznego bezpieczeństwa Chin.  Nieco mniejsze, ale podobne znaczenie ma dla Europy, zwłaszcza Niemiec. 
To wszystko wymaga jednak oprócz istnienia infrastruktury też przewidywalnych i odpowiedzialnych podmiotów o nią dbających.  Wzorem takiej współpracy może być Kazachstan, który pod rządami Wielkiego Chana Prezydenta Nazarbajewa przewozi olbrzymie ilości kontenerów, pompuje gaz i ropę dla Chińczyków, intensywnie rozbudowując całą infrastrukturę, a zyski tranzytowe postawiły na nogi to postsowieckie bagno.  Grzecznie bierze na to kredyty z Chin, Kazachskie Koleje Państwowe będą musiały wozić, aby je spłacać.
Z drugiej strony- w Polsce, raczej też nie ma problemów. LHS jest na bieżąco utrzymywana i modernizowana, terminal przeładunkowy działa sprawnie, istniejące szlaki na Zachód także są w jakimś stanie, kolejowe i drogowe. 
Tranzyt przez Ukrainę jest nieco bardziej problematyczny, ale to także nie jest problem.  Zwłaszcza, że obecne władze zapewne wkrótce rozpoczną rozwiązywanie największych problemów- czyli skorumpowanej  administracji, w tym straży granicznej i drogówki. Na szczęście obie te formacje się skompromitowały doszczętnie w trakcie obecnej wojny i prawdopodobnie zostaną całkowicie rozwiązane lub przejdą głęboką weryfikację. Tak samo można się spodziewać pewnej reformy kolei na wzór zachodni. Na pewno będzie utrzymywany w dobrym stanie technicznych korytarz wschód- zachód. Być może znajdą się na to jakieś fundusze unijne lub chińskie....
Dla dopełnienia tego korytarza pozostaje jeszcze Rosja. Państwo, którego władze mają kompletnie gdzieś stan infrastruktury, za dostęp do torów przy przewozach transgranicznych Koleje Rosyjskie żądają absurdalnych stawek, a co najważniejsze- nie można mieć żadnej gwarancji niezmienności  polityki, za to można mieć gwarancję wpływu polityki na najprostsze nawet umowy handlowe. Dodawszy do tego obraz imperialnych zapędów oraz politykę powodującą wręcz nienawiść u wszystkich sąsiadów- jest to obraz państwa rządzonego w skrajnie nieodpowiedzialny sposób. 
Taka sytuacja nie będzie mogła trwać wiecznie. Jest to zbyt ważny strategiczny interes Chin i Niemiec. Zresztą nie po to inwestują olbrzymie pieniądze w rozwój własnej sieci kolejowej (i kazachskiej też), aby pociągi o strategicznej wartości stały tygodniami w stepie, czy były regularnie okradane. Czy co gorsza w imię jakiś neoimperialnych rojeń- granica może być  zupełnie zamknięta z dnia na dzień. Z takimi ludźmi nie da się pracować i jestem zupełnie pewien, że Chińczycy także nie mają zamiaru.  

Co się może dalej stać?

Pierwsza i najprostsza rzecz- zastraszyć do poziomu bezwolnej pacynki. To zasadniczo Chińczycy zrobili z Putinem przed ostatnim szczytem w Szanghaju. Wiceprezydent Li Yuanchao 27 kwietnia, na i tak niezbyt udanym forum ekonomicznym w Petersburgu zaproponował, że skoro Rosja nie może sobie poradzić z zaludnieniem Syberii, to Chiny mogą z tym pomóc. 
Nie musiał wspominać o referendum, Putin i tak podpisał umowę gazową. Przypominam, że Rosja zrezygnowała z ceł eksportowych, na swoim terytorium finansuje całość inwestycji, nawet bez chińskich kredytów, cena sprzedaży jeśli zapewni jakikolwiek zysk, to znikomy. Umowa o budowie kopalni węgla wygląda na jeszcze zabawniejszą. Po prostu, na terenie Rosji, relatywnie blisko granicy, chińskie firmy zbudują kopalnię węgla, połączą ją koleją z chińską siecią i tyle. To jest po prostu najczystszej postaci kolonializm. Nie pisze tu z pozycji żadnego współczucia wobec Kremla czy sympatii. Po prostu przestrzegam przed zbyt pozytywnym postrzeganiem Chin w tym konflikcie. Jest to po prostu mocarstwo, które bezwzględnie realizuje swoje interesy.    
Zastraszenie Putina, najlepiej korzystając z wiecznej ruskiej paranoi, że ktoś im ziemię chce zabrać to najprostsze rozwiązanie, działa i będzie działać. 
Prawdopodobnie jednak władze zarówno Chin, jak też Niemiec zdają sobie sprawę, że w kwestii zarządu rosyjską infrastrukturą tak się nie da. Trzeba wypracować jakieś długoterminowe rozwiązanie. Układ władzy, przynajmniej na interesującym obszarze, który byłby tak wiarygodny i bezproblemowy jak Nazarbajew. 
Dokładniej spójrzmy jeszcze raz na geografię. Możliwe połączenia są dwa- od granicy kazachskiej do ukraińskiej główne linie kolejowe prowadzą albo przez Moskwę, albo przez Wołgograd. Jedna z nich musi być przyzwoicie utrzymana i musza być dopuszczone pociągi zewnętrznych przewoźników. To jest absolutne minimum. Jeśli ktoś usłyszy o udziale niemieckich lub chińskich firm czy kapitału w renowacji sieci kolejowej na południu Rosji- niekoniecznie to musi oznaczać wspomaganie Putina... 
Na dłuższą metę jednak kraj z wbitym na twardo poczuciem mocarstwowości i bomba atomową nie może służyć jako bezpieczny korytarz tranzytowy. Rozwiązanie takie jak z gazem i węglem nie do końca pasuje. 
Pewna poszlaka- jeszcze nie do końca wiem o jakich konsekwencjach, ale w miarę spójnie pasuje. Otóż przemysł Wołgogradu jest faktycznie w stanie likwidacji.  W ciągu ostatnich kilku lat kilkukrotnie bankrutowała i została w 2012 ostatecznie zamknięta fabryka traktorów, dokładnie ta sama w której jeszcze w trakcie walk o sąsiednie ulice w 1942 ciągle montowano T-34. Po sąsiedzku znajdowała się Stalingradzka Stocznia Rzeczna, w której wtedy produkowano pancerze tychże T-34, zbankrutowała w zeszłym roku. Po drugiej wojnie  zbudowano petrochemię. Po ubiegłorocznym bankructwie podjęto decyzję o wygaszaniu produkcji i likwidacji. Jest jeszcze huta aluminium. Firma nie zbankrutowała, koncern ma inne huty, podjęli decyzje o zakończeniu produkcji w Wołgogradzie. Fabryka silników zbankrutowała i została zamknięta także w zeszłym roku.  Fabryka rur małej średnicy w październiku zeszłego roku. Huta stali, która dostarczała stal dla wyżej wymienionych jeszcze działa, ale można się domyślać, że nie bije rekordów produkcji.

Sprawnie działa już tylko fabryka musztardy 

Mówimy o milionowym mieście i zamknięciu większości przemysłu ciężkiego w ciągu kilkunastu miesięcy. To miasto od swojego powstania było ośrodkiem przemysłu ciężkiego i maszynowego, w krótkim czasie przestało być. Porównałem trochę z informacjami z innych regionów- dalej na północ jest źle, ale w żadnym przypadku nie aż tak. Widać spowolnienie przemysłowe, falę bankructw, itp., jednak nigdzie indziej w Rosji nie zbliża się to do poziomu implozji jak w Wołgogradzie. Stawiając sprawę we właściwej proporcji- stopniowo straciło w miarę stabilna i relatywnie dochodową pracę ok 100-150 tys ludzi bezpośrednio i co najmniej drugie tyle w kooperacji i okolicznych usługach. W milionowym mieście. To po prostu musi w średnim terminie oznaczać potężne problemy całej lokalnej gospodarki, w oczywisty sposób emigrację każdego kto ma taką możliwość- przede wszystkim do innych regionów Rosji. Poza tym upadek przemysłu ciężkiego oznacza zmniejszenie obciążenia kolei i spowolnienie zużycia linii.

Dalszy przebieg wydarzeń będzie bardzo ciekawy. Najwygodniejsza dla wszystkich by była eksploatacja w stylu kolonialnym, bez żadnych zmian terytorium, tak np. Karelia jest już dawno w fińskich rękach i kieszeniach.. Jednakże, jeśli rosyjskie władze nie dostosują się do chińskich interesów, to będzie zrobione co potrzeba. Obecne się próbują się stawiać lub, patrząc na przykład Ławrowa, mogą być w ogóle zbyt głupi i niedouczeni aby w ogóle rozumieć co się dookoła nich dzieje.

Poziom wiedzy o świecie i historii prezentowany przez p.Ławrowa nasuwa podejrzenie, że ostatnie działania rządu Rosji mogły także być skutkiem zwyczajnego podpuszczenia, a ten zestaw orłów nie zrozumiał, że jest wystawiany na widelec. To by wyjaśniało całe szaleństwo zajmowania Krymu. Do tej teorii by świetnie pasowało zachowanie zarówno Chińczyków jak też Niemców. Jedni i drudzy najbardziej skorzystają z obecnego przebiegu wydarzeń i najbardziej sprawiali wrażenie przychylnych Moskwie, co nie przełożyło się na żadne realne poparcie. 

Zasadniczo świetnie wróży to dla świata. Jeśli rosyjski rząd jest naprawdę przeżarty niekompetencją do tego stopnia, to dalsze rządy tej ekipy doprowadzą do implozji całego kraju. Mam nadzieję, że odpowiedzialne państwa zabiorą z Kacapii bomby atomowe i przez jakiś czas znów będzie święty spokój. 

Jak pisałem wcześniej- to jest dokładnie najlepszy możliwy rozwój wydarzeń. Rosja będzie rządzona przez ekipę złodziei i nieudaczników izolowanych międzynarodowo. Stopniowo tracąc możliwości przemysłowe, a co za tym idzie także militarne doprowadzą do sprowadzenia Rosji do poziomu Nigerii z czego wszyscy będą zadowoleni.

Najśmieszniejsze jest to, że ten proces już ma miejsce

I to w bardzo ładnym sektorze gospodarki. Jak niedawno sprawdziłem, Rosja do niedawna importowała całość potrzebnych jej silników do śmigłowców. Od kilku lat próbowali uruchomić krajową produkcję, nie udało się jak na razie- drobne braki technologiczne i kacapska organizacji oraz kontrola jakości. Ale importu także nie ma. Bo jedyny producent silników do śmigłowców Mi oraz Ka mieści się na Ukrainie. Chwilowo nie sprzedaje do Rosji. Na razie śmigłowców mają sporo, ale każda godzina pracy to godzina pozostałego resursu mniej. A nowoczesna armia bez śmigłowców nie istnieje.  Cóż- jak będzie strasznie potrzeba, może Chińczycy im sprzedadzą. Ale nawet ze znikomą empatią do Rosji czuje lekkie przerażenia na myśl o cenie.
A o Rosji jeszcze trochę będzie. Bardzo ciekawy temat, wszystko wygląda zupełnie inaczej niż w propagandzie, a powszechny obraz medialny, jest pod wpływem tej propagandy mocno fałszywy. 

Dalej o sensowności elektrowni atomowej

Nadal absolutnie zdania nie zmieniłem. Generalnie budowę elektrowni atomowej uważam za przedsięwzięcie zasadniczo pozbawione sensu, zarówno od strony bezpośredniej opłacalności, skutków ekonomicznych dla kraju, jak też bezpieczeństwa energetycznego i bezpieczeństwa sieci. Ale w ostateczności mogę przyznać, że właśnie zakończona oraz właśnie rozpoczęta budowa elektrowni atomowej w Argentynie jakiś sens ma. 

Właśnie jest włączana do sieci elektrownia Atucha 2, której budowę rozpoczęto gdzieś za ostatniej kadencji J.Perona, chyba w 1976. Następnie wojskowi jak przejęli władzę, to tak starannie zajęli się interesem, i budowa była tak zorganizowana, że spółka ją budująca upadła jakoś zaraz po upadku dyktatury, zostawiając rozgrzebaną budowę. Wypisz - wymaluj historia Żarnowca. 

Ale w wypadku Argentyny w 2004 r., bardziej jako stymulus dla gospodarki i pomysł na zajęcie dla fachowców i zmniejszanie bezrobocia, budowa została wznowiona, w maksymalnym stopniu krajowymi siłami i środkami. To miało jakiś sens. Zwłaszcza, że przy okazji zbudowano, czy rozbudowano fabrykę ciężkiej wody, która korzysta z jakiejś nowej technologi i chwalą się tylko 10-krotnie niższymi kosztami niż konkurencja. A sprzedają światu za tyle samo... 

Ogółem dla gospodarki budowa miała jakiś sens. Tak samo uran jest krajowego wydobycia, a elektrownia może działać na nie wzbogacanym. Co prawda lepiej działa na wzbogacanym i takim się zwykle ją zasila, ale w razie czego może być też naturalny. Przypominam, że Argentyna, tak samo jak Polska, zgodnie z traktatem o nierozprzestrzenianiu broni atomowej, nie ma prawa wzbogacać uranu. To mogą robić tylko oficjalne mocarstwa atomowe.  I Izrael... 

Sumując: jako skutek dla krajowej gospodarki, rozbudowa potencjału eksportowego i zwiększanie niezależności energetycznej był/jest pozytywny. Żaden z tych warunków nie jest spełniony w Polsce. 

Teraz rozpoczęła się budowa nowej elektrowni- maleńka, 25 MW. Była projektowana jako siłownia do łodzi podwodnej, całkowicie w Argentynie, generalnie to ma być prototyp jako przedstawienie technologii i przygotowanie do eksportu. Akurat potencjalny przynajmniej rynek na małe reaktory istnieje dość poważny i z tego punktu widzenia może to mieć sens. Zobaczymy. 

 Jak to dla siłowni okrętowej, w projekcie postawiono duży nacisk na możliwości szybkiej regulacji mocy, co razem z niewielka wielkością pozbawia ją jednej z zasadniczych wad elektrowni atomowej, czyli produkowania gigantycznego baseload, który bardzo źle współpracuje z OZE i na dziesięciolecia blokuje budowę czystej energetyki. A dodatkowe obciążenie regulacją mocy dla elektrowni węglowych staje się z każdego praktycznego punktu widzenia- identyczne.

Do tego należy dodać znów krajowe wydobycie uranu i jakiś sens to ma - bo istnieje całkowicie krajowy przemysł i od strony bilansu handlowego oraz wykorzystania lokalnych kwalifikacji, to się trzyma kupy. Żadna z tych okoliczności łagodzących nie jest spełniona w Polsce. Żeby było jasne - z polskiego punktu widzenia kupowanie argentyńskiego reaktora jest tak samo bez sensu, jak jakiegokolwiek innego, ale jeśli już, to i tak jest lepszy niż EPR . 

A jak to ma się odnosić do propozycji dla Polski? 

Najważniejsze to pamiętać o nieopłacalności. W przeliczeniu na zainstalowaną moc elektrownia atomowa jest 4-krotnie droższa niż wiatrowa i 2-krotnie droższa niż słoneczna. Przy skrajnie optymistycznych dla atomu założeniach, bo tak naprawdę to nie wiadomo ile kosztują nowe reaktory, a wiadomo, ile kosztuje OZE.  Normalnie reaktor atomowy i wiatrak są tak samo ciężko sterowalne. Można założyć wykorzystanie mocy elektrowni atomowej na 85% (zupełnie realne, nawet optymistyczne) reszta czasu odchodzi na wymiany paliwa i remonty. 

Jak w naszym uproszczonym przykładzie łatwo policzyć, wystarczy produktywność wiatraka na poziomie 21,25% aby wiatrak wychodził taniej. Tylko już dziś się nie buduje w ogóle dla tak niskiego stopnia wykorzystania, zwyczajnie bierze się z katalogu inna turbinę bardziej dopasowaną do charakterystyki wiatru.   
Zakończając ten wątek - w przeliczeniu nie tylko na zainstalowana moc (bo to jest oczywiste), ale i na produkowana energię, energetyka wiatrowa jest tańsza od atomowej. Trochę mógłby zmienić ten obraz czas eksploatacji, ale nieszczególnie poważam ten argument. 

Już odpowiadam: teoretycznie czas eksploatacji elektrowni wiatrowej jest przewidziany na 20 lat, a atomowej na ok. 35. Powinno robić różnice. Ale tak krótki (jak na energetykę) czas eksploatacji wiatraka wynika po prostu z błyskawicznego postępu technologicznego, a nie ograniczeń technicznych. Zwyczajnie, sprzęt ustawiany 20 lat temu jest dziś skandalicznie przestarzały i obłędnie drogi w eksploatacji w porównaniu do dzisiejszego. 

Spodziewając się podobnej obniżki kosztów, klienci nie pytają o przedłużoną trwałość, a producent skoro nie musi, to i nie daje takich zapewnień. Jaka jest prawdziwa trwałość techniczna - zobaczymy, ale naprawdę nic nie stoi na przeszkodzie, aby wolnoobrotowe turbiny były praktycznie wieczne (no dobra, najcięższe i najbardziej wysilone łożyska kiedyś trzeba wymienić), a choćby ciśnieniowe zmęczenie materiału już to uniemożliwia w reaktorach atomowych (albo wymieniamy wszystko po kolei, co zresztą się robi - ale wtedy porównujmy jabłka z jabłkami). 

O energetyce solarnej tu nie będę wspominał, bo jest droższa od atomu (w przeliczeniu na energię, bo na moc i nawet to jest tańsze).  Ale trwałość ogniw fotowoltaicznych zasadniczo nie jest znana, bo pierwsze masowo produkowane z połowy lat 70-tych jeszcze zwykle działają całkiem przyzwoicie, jeśli nie doznały fizycznych uszkodzeń. Przypominam, że producenci zwykle dają gwarancję na 20 lub 25 lat, ale to nie jest w żadnym wypadku przewidywany lifetime.  

Podsumowując: jako receptę, trzymając się tematu, energia atomowa dla Polski. Nowa technologia. Tylko. Kraj jako taki i przemysł nie ma najmniejszego doświadczenia z dzisiejszymi, import w całości to chora idea nieuków. Pozostaje rozwijać własną technologię i w ten, bardzo ryzykowny sposób, wyprzedzić konkurencję. 

Najpierw oczywiście trzeba znać zasoby, wiedzieć kto w Polsce i o czym ma pojęcie, czy można relatywnie łatwo rozwinąć technologię toru, czy którąkolwiek inną z przyszłościowych. To może (absolutnie nie musi!!!) dać jednocześnie relatywnie tanią energię, pobudzenie krajowej gospodarki hi-tech i produkt eksportowy o dużej wartości dodanej. I to może mieć sens. Przynajmniej jakiś, dla rozruszania gospodarki. Bo budowanie wielkiej, w całości importowanej elektrowni atomowej to dowód kompletnej ignorancji elit i tego się będę trzymał. 

Peak Oil- jak uratować siebie i świat?

Długoletni czytelnicy tego bloga widza, że moje poglądy ewoluują. W niektórych miejscach to jest zmiana o 180 stopni. Ja z tym nie mam problemów, tak samo jak z przyznaniem, że wcześniej się myliłem. 
Tak właśnie częściowo się myliłem w sprawie Peak Oil.

Peak Oil istnieje, ma się dobrze i wszystko wskazuje, że jesteśmy na szczycie. A tak dokładniej, jeśli cześć oficjalnych danych uznać za skręcone (zgodnie z zdrowym rozsądkiem), to już poza szczytem. Precyzując tą moja opinie: peak oil minął i ropy w skali globalnej będzie już tylko mniej. Teoretycznie, czy według wczorajszej wiedzy, powinno to oznaczać stały i postępujący kryzys. Kryzys spowodowany zależnością produkcji przemysłowej i komfortu oraz obiegu pieniądza od ilości zużywanej energii. Są nawet specjalne wyliczenia, itd. Tylko to wszystko to nie koniec. Co jeśli zaczniemy zmniejszać ilość zużywanej energii utrzymując ten sam poziom życia? Jeśli utrzymamy własną produktywność, realnie nasz komfort wzrośnie. 
Wyjaśnijmy przykładem ten nieco teoretyczny wywód. Mieszkamy sobie w domu, którego koszty ogrzewania to 15% naszego dochodu. Nagle z nieba spada nam styropian, który sam się przykleja wszędzie, gdzie należy, i koszt ogrzewania spada do 5% tego samego dochodu. Nagle zostaje 10% dyspozycyjnego dochodu, aby się wybrać z przyjaciółmi do restauracji, albo też zainwestować w następne oszczędności energii.

Oczywiście styropian to przykład trywialny, choć o tyle dobry, że do jego wyprodukowania najpierw potrzeba paliw kopalnych. Realnie, przy stałym wydobyciu, aby tego styropianu przybyło, ktoś tej ropy z której go zrobiono nie spalił w samochodzie. Klasyczny dylemat konsumpcja a inwestycje - tylko warto go odnieść też do zasobów surowców energetycznych.  Tu nie wszystko reguluje cena. Jak zaczyna być na tyle wysoka, że ogranicza konsumpcję, to i na inwestycje jest za późno, bo nadwyżki do inwestowania już przejedzono.

Tyle, że fakt zmniejszania się zasobów do konsumpcji nie oznacza jeszcze, że cywilizacja koniecznie musi się zawalić. Owszem, przy bussines as usual w końcu musi. Alternatywą jest plan utrzymania poziomu życia przy spadającej ilości dostępnych paliw kopalnych. Jakiś czas temu byłem przekonany, ze to jest niemożliwe, że cywilizacja przemysłowa musi się zawalić, a ludzkość zejść do poziomu co najwyżej średniowiecza.

Podjęty przeze mnie wysiłek i w jego następstwie zgromadzona wiedza uzasadniają jej przekazanie, choć jest tego wszystkiego zdecydowanie za dużo jak na wpisy blogowe. Zapewne skończy się to wydaniem książki (której jeden z rozdziałów przedstawiłem chwilę temu) ale nie mam jeszcze dokładnie sprecyzowanej koncepcji, stąd wszelkie uwagi mile widziane.

Po dłuższym poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie o konieczność upadku cywilizacji wskutek peak oil - wiem. To nie jest prawda. Jest absolutnie możliwym utrzymanie poziomu życia cywilizacji przemysłowej i rezygnacja z paliw kopalnych. Co więcej, kraj, który robi to chociażby szybciej niż inne, a jeszcze lepiej - szybciej niż następuje spadek wydobycia, zyskuje ogromnie na konkurencyjności międzynarodowej, a co za tym idzie poziomie życia jego mieszkańców.   Co więcej z tej samej ilości coraz trudniej dostępnych paliw powstaje więcej pożytecznych rzeczy, niż ma to miejsce w gospodarce uzależnionej od ropy w celu przeżycia.

Jakimś poziomem optymizmu napawają mnie okoliczności, których jestem dość mocno pewien:

1. Istotne (rzędu 5-15%) oszczędności paliw kopalnych można osiągnąć za pomocą działań o  charakterze organizacyjnym przy bardzo małych inwestycjach - jak np. lepsza organizacja transportu publicznego, do stopnia szybkości przemieszczania się i komfortu zbliżonego do samochodu.

2. Dzięki oszczędnościom i wykorzystaniu energii odnawialnej można zużycie paliw kopalnych ograniczyć o ok. 50% bez żadnych znaczących zmian infrastruktury i stylu życia (z wyjątkiem korzystania w miastach zasadniczo z komunikacji publicznej i większego udziału rowerów - tam gdzie będzie to atrakcyjniejsze i sensowniejsze od samochodu, z mocnym nakłanianiem i ułatwieniami, ale bez przymusu).

3. Z istotnymi zmianami (eliminacja pojazdów spalinowych wszędzie gdzie to jest technicznie możliwe, zmienne ceny prądu w zależności od produkcji z OZE,  międzysezonowe magazynowanie ciepła do ogrzewania, itp.) możliwa jest redukcja zużycia paliw płynnych, gazu  i węgla do ok. 10% dzisiejszego zużycia, a tak niewielką ilość już można zastąpić odpowiednikami z rolnictwa  i odpadków, czyli całkowitą eliminacją paliw kopalnych.  Jeśli dzisiejsze technologie i rozwiązania organizacyjne nie wystarczą, jest kilka innych na etapie gotowych projektów, prototypów, albo zaawansowanych badań, które śmiało pozwolą także na likwidację resztki użycia paliw płynnych (bo one są także w wersji bio - najdroższe i najtrudniejsze do otrzymania).

4. Każda oszczędność czy substytucja daje natychmiastowy efekt dla całej gospodarki, zmniejszając nakład energii kopalnej na jednostkę wyprodukowanych dóbr, utrzymanie rodziny czy PKB. Także natychmiastowo poprawia bilans handlowy i umożliwia zwiększenie inwestycji przez zmniejszenie bieżących wydatków. Od razu.  Tak samo jak w naszym przykładzie ze styropianem- jeśli to dom w Polsce ogrzewany gazem, to różnica jego zużycia stanowi od razu różnicę w imporcie gazu z Rosji.

Podkreślę jeszcze raz. To co napisałem powyżej jest możliwe przy zastosowaniu już dziś wdrożonych technologii, bez żadnego wielkiego eksperymentowania, z czego pierwszy etap bez wielkich nakładów pieniężnych i materiałowych (ale trzeba by myśleć, a to może boleć i współpracować, co w PL prawie niemożliwe).  Drugi etap wymaga już pieniędzy i czasu, ale i jedno i drugie w racjonalnych granicach i możliwych dla kraju o średnich dochodach. Trzeci to dopiero zaczynają być potężne inwestycje dla relatywnie niewielkich zysków, ale także racjonalnie prowadzone, mogą być opłacalne ekonomicznie już dziś.

Co więcej, energetyka atomowa nie wchodzi do zestawu dostępnych na dziś technologii (dla Polski przynajmniej). Proste- nie ma, na dziś, ŻADNEGO dostępnego i sprawdzonego w działaniu projektu elektrowni atomowej możliwego do wybudowania w Europie. Nie ma. Jedynym mogącym spełniać obecne normy jest EPR, którego nie udało się zbudować ani jednego działającego egzemplarza.

Ale do warunków, kiedy energetyka atomowa może mieć jakieś ochłapy sensowności przejdę w następnym wpisie, zasadniczo już napisanym. 

Historia jednego obrazka

Dziś znowu wpis z obrazkiem. Jak wiadomo kolorowe obrazki poprawiają nastrój. Naukowe badania dowodzą, że najbardziej poprawiają nastrój obrazki starych mistrzów, ale tylko gdy akurat jesteśmy ich właścicielami. Tak dobrze nie ma. Ja co najwyżej mogę się przejść do Museo Nacional de Bellas Artes, gdzie jedna sala by spokojnie wystarczyła na drastyczne podniesienie poziomu wszystkich muzeów sztuki w Polsce. Ale uczucie poprawiania nastroju przez własność takich obrazków nie  jest mi znane, niestety...

W związku z tym mam dla czytelników obrazek. Może nie taki piękny, ale cholernie ciekawy. Zapewniam, że na wpatrywaniu się w niego i zastanawianiu spędziłem prawie tyle czasu, co wśród impresjonistów w MNBA.

Opis tym razem po angielsku, więc oszczędzę dalszych wyjaśnień.  Dla ostatnich sceptyków znaczenia energetyki wiatrowej i słonecznej w Niemczech: na wykresie ilość prądu z OZE jest, delikatnie mówiąc, dość dobrze widoczna.  Tak samo widoczne jest regulacyjne znaczenie elektrownie węglowych. I bez problemu możliwości regulacyjne nowoczesnej energetyki węglowej, czyli jej dobra współpraca z OZE. Tak samo widać, jak zwykle zresztą, ciągłą prace elektrowni atomowych i konieczność także w tym wypadku zmniejszania mocy w nocy z soboty na niedzielę. Widać też wyraźnie, że energetyka słoneczna i wiatrowa znakomicie się uzupełniają, w warunkach dobrego nasłonecznienia wiatr jest zwykle bardzo slaby, a nabiera siły w nocy. To jest wykres z jednego tygodnia, ale znakomicie się także uzupełnia między sezonami: jesienią i zimą są znacznie lepsze wiatry, a brakująca regulacja mocy jest dostarczana przez elektrownie wodne, których w Niemczech jest żałośnie mało (w stosunku do całości mocy wyraźnie mniej niż w Polsce!!!), a i tak całkiem sprawnie ta ilość działa w celu chwilowej regulacji mocy.  

Jak kilkukrotnie wspominałem, w  normalnych warunkach elektrownie są załączane w określonym porządku - zgodnie z niemieckimi regulacjami- najpierw sieć przyjmuje wszystko co wyprodukowano z OZE, potem reszta zapotrzebowania jest pokrywana według zadeklarowanej przez elektrownię oferowanej ceny. Stąd zawsze najniższą cenę proponują atomowe, bo jak pisałem w poprzednim wpisie, regulowanie mocy jest w praktyce niezwykle kosztowne i znacznie droższe niż produkcja pełną parą cały czas. Kolejno potem jest to węgiel brunatny, węgiel kamienny, a gazowe przed rewolucją energetyczną były uruchamiane w godzinach, ewentualnie dniach szczytowego zapotrzebowania. Od pewnego czasu są uruchamiane coraz rzadziej, stąd ich rosnąca nieopłacalność i stąd cały spadek zapotrzebowania w Niemczech na rosyjski gaz. 

Na tym przykładowym obrazku widać już jak na dłoni wszystkie trendy, które opisywałem wcześniej. Ten system będzie wymagał zmian w wypadku biomasy, która obecnie produkuje cały czas, a w przyszłości będzie uzupełnieniem w okresach dużego zapotrzebowania i małej produkcji prądu z wiatru i słońca.  Ale to na dziś nieistotne. Można zobaczyć, kto nie widział pełnego sprawozdania chwilę wcześniej, jak bardzo OZE się wgryzają w tradycyjną energetykę. Też patrząc na ten wykres 2 lata temu produkcja prądu z węgla brunatnego była praktycznie stała, jak z atomu, a energii z węgla kamiennego nieco się zmieniała miedzy sezonami. Poszczególne szczyty zapotrzebowania były załatwiane gazem. Do 50 GW energia była załatwiana atomem, węglem brunatnym i częściowo kamiennym.

Na powyższym wykresie produkcja pomiędzy 50 a 70 GW kilka lat temu była załatwiana gazem. To, jak widać jest przeszłością. Produkcja energii elektrycznej z gazu w Niemczech jest w kompletnym zaniku. To już nawet nie jest zmniejszanie. To po prostu zanik. Ta tendencja przebiega zresztą w takim tempie, że mnie, dużego fana Energiewende, kompletnie zaskakuje. Zainstalowana moc elektrowni gazowych w Niemczech to jest 23,7 GW.  Jak widać w ubiegłym tygodniu nie zdarzyło się załączyć więcej niż 8,7, a łączna produkcja to 700 GWh. Daje to „imponujący” capacity factor na poziomie 17 %, mniej - więcej trzykrotnie mniej, niż projektowany w biznesplanie czas pracy. I oczywiście, zostało spalone trzykrotnie mniej gazu, niż miało to miejsce przed rewolucją energetyczną. Zastanawiające jest tylko to, że produkcja nie spadała poniżej 3,1 GW pomimo niewykorzystanych mocy węglowych - to zapewne jest kolejny objaw słabości sieci przesyłowych.   To zresztą burzy jeszcze jeden mit propagandzistów wielkiej energetyki i przeciwników OZE. Mit brzmi - aby zapewnić sprawne zaopatrzenie w energię z wykorzystaniem OZE potrzeba moc światła i wiatru zdublować turbinami gazowymi. Jak widać na załączonym obrazku, właśnie te turbiny gazowe są najmniej potrzebne, a elektrownie węglowe sobie z tym radzą wystarczająco dobrze. 

Następne informacje z ostatniego tygodnia. Elektrownię węglową w Luenen wyłączono na weekend. Po prostu, w związku z prognozą dobrego wiatru (widocznego na obrazku) nie opłacało się nawet trzymać w ruchu elektrowni o fantastycznej (serio) sprawności 46%.  

Poza tym przypominam, że w przeciwieństwie do gazowych i atomowych, elektrownie słoneczne i wiatrowe są w Niemczech cały czas budowane i to w stachanowskim tempie. Trochę węglowych także, planowanych w związku z wyłączeniem atomu, ale atom jest sprawnie zastępowany przez OZE, więc prawdopodobnie z wybudowaniem nowych zostanie wyłączona istotna część starych węglówek. 

Ale wracając do wywodu. Obrazek ten i obłędne tempo w jakim się stawia nowe moce OZE, pozwala mocno przypuszczać, że już tego lata sytuacja będzie bardzo zabawna. Przewiduję, że w letnie weekendy zupełna normą będzie zaspokajanie większości dziennego popytu przez elektrownie słoneczne, co będzie się łączyć z wyłączaniem istotnej części tych na węgiel kamienny i skręcaniem atomówek. O włączaniu gazowych jako ogólnego zapotrzebowania nie warto nawet wspominać.... 

A jeszcze zabawniejsze jest to, że program produkcji biogazu i biometanu solidnie ruszył z miejsca. Drobna dygresja - biogaz to to, co wydostaje się z reaktora (czyli realnie odpowiednika zamkniętego zbiornika na kompost), 50-65% metanu, poza tym CO, CO2, H2S, i ewentualnie inne. Biometan to biogaz oczyszczony do poziomu 98-99% metanu i jako taki wtłaczany do sieci gazowej.  Także zaczynają to być przemysłowo istotne ilości. Tu się przyznam, nie liczyłem dokładnej struktury produkcji i zużycia gazu w Niemczech, bo nie do końca mnie to interesowało. W obecnych badaniach skupiam się na najlepszych światowych wzorcach, a Niemcy są dobrzy tylko w energetyce i recyclingu. 

Gdyby tak dobre rozwiązania też wdrożyli w organizacji ogrzewania, to zapewne w ciągu kilku - kilkunastu lat mogliby stać się EKSPORTEREM netto gazu - jakkolwiek fantastycznie by to nie brzmiało.  Już dziś opłaca się budować elektrolizery uruchamiane w okresach najtańszego prądu i dodające wodór do sieci. 

Wdrażanie tychże elektrolizerów jest obecnie  na poziomie pilotowych instalacji, a wyprodukowany wodór jest domieszywany do gazu ziemnego w 2%, technicznie możliwy jest dodatek do 10% wodoru w sieci gazowej. Stąd, jeśli w tym roku doczekamy produkcji wyłącznie ze słońca w letnie weekendy, w tym samym czasie w przyszłym roku będzie nadprodukcja, która zamiast odłączać fotowoltaikę od sieci, może pójść w produkcję gazu.  Tak samo spodziewam się niedługo elektrolizerów przy zakładach wielkiej syntezy chemicznej, które to zakłady i tak najpierw wytwarzają wodór z gazu ziemnego. 

Korzystając z taniego (darmowego) prądu pominąć dość kosztowny etap produkcji? Świetny interes. To przy okazji odpowiedź dla licznych pytających o to, co z produkcją amoniaku itp, przy odchodzeniu od paliw kopalnych. Dokładnie nic. Gaz ziemny służy tylko do dostarczania wodoru i w trakcie są kosztowne etapy oczyszczania, itp. Jak jest tani prąd, można od razu mieć wodór i niczym się nie przejmować. A nawet zmniejszyć instalację do poziomu właściwego dla większego gospodarstwa rolnego. 

To wszystko widać na obrazku. Nadmiar energii będzie szedł w gaz, bo to łatwe i tanie, nowe OZE są stawiane w obłędnym tempie, elektrownie gazowe są niepotrzebne, a atomowe przeszkadzają w rozbudowie OZE;  jako backup śmiesznie mała ilość wodnych sprawdza się zupełnie dobrze i daje czas potrzebny na rozruch węglowych. 

Jedyną szansą dla interesów Gazpromu to, jak wcześniej pisałem, obniżyć cenę gazu do poziomu konkurencyjnego z węglem, czyli mniej - więcej do 200 dol za 1000 m3. Ale to byłby koniec Rosji.  I tak będzie, tylko jeszcze sobie z tego nie zdają sprawy. Mój postulat brzmi: jest absolutnym strategicznym celem narodu polskiego obecną putinowską Rosję rozbić, rozłożyć na łopatki, rozmontować na części. Droga do tego jest oczywista. Wspierać wszelkie możliwości obniżenia cen ropy na światowych rynkach i gazu w Europie. Dalej już się różnimy. Niestety ja sam mam opinię inną niż ta podzielana zgodnie przez rząd i opozycję. 

W związku z tym zadam tylko pytania: może spróbować polityki dotowania oszczędności? Nawet dla liberałów można to wprost uzasadnić potrzebami bezpieczeństwa państwa. Może rozpocząć na serio zabawę z biogazem? Mam poważne podejrzenia, że przy dobrej organizacji krajowy gaz ziemny, biometan i oszczędności załatwiłyby sprawę importu gazu z Rosji. Cóż Niemcy to potrafią, Polacy jak zwykle nie potrafią się zorganizować. Mam tylko najszczerszą nadzieję, że to się jakoś zmienia i tak samo Polacy potrafią w walce o wolnośc organizować się w ramoach wolności od wielkich koncernów. Yyy, chyba jestem na orbicie..... 

Elektrownia atomowa w Polsce- czy jest potrzebna?

Rozpoczęła się w Polsce debata na temat energii atomowej. 

Rozpoczęła się, i zaraz zakończyła, bo zarówno rząd, jak też opozycja są za. Osobiście uważam pomysł budowy elektrowni atomowej w Polsce za ciężki idiotyzm i mam nadzieję przedstawić poniżej w miarę przekonywujące wyliczenia na poparcie mojej tezy.

 Zacznę jednak jak zwykle od dygresji. O ile brak wiedzy, orientacji i kompletne nieuctwo dominujące w szeregach obecnego obozu władzy mnie absolutnie nie dziwi, tak te same twierdzenia z ust Kaczyńskiego mnie smucą. 

 Nie doszedł do ucha prezesa, czy zespołu programowego nikt z właściwym podejściem i wiedzą o nowoczesnej  energetyce. Wiem, że energetyków w Polsce sporo, wiem, że istotna część to naprawdę dobrzy inżynierowie. Niestety, także ich wiedza jest często skandalicznie przestarzała. 

Oczywiście przy obliczeniach mechanicznych nie ma to żadnego znaczenia, o ile tylko aktualizuje się wiedzę o materiałach. Ale już przy czymś tak szybko zmieniającym się jak IT - po co komu komputerowiec, z fantastyczną wiedza, tylko z XX w.? Niestety (dla inżynierów) lub stety (dla wszystkich innych) obecnie energetyka zmienia się w tempie takim jak IT. Tylko nikt tych szybkich zmian nie kojarzy z tak konserwatywną zwykle dziedziną. I potem w XXI w. niektórzy chcą budować elektrownie atomowe…

Zaczynamy od konkretów. Jedyne nowo budowane w Europie reaktory atomowe to jest projekt o nazwie European Pressurized Reactor. W Polsce tez ten będzie budowany, bo innego nowoczesnego projektu po prostu nie ma. Obecnie w budowie są 4 takie reaktory, żaden nie został jeszcze ukończony. Pierwszy, Olkiluoto 3, którego budowa rozpoczęła się w Finlandii w 2005 roku, miał zostać ukończony w 2009r.  i kosztować 3 mld euro. 

Nie został ukończony do dziś, prawdopodobny czas to lata 2018-20, koszt obecnie to ok 8,5 mld euro (kwota może być nieaktualna). Według tego samego projektu miał tez powstać reaktor Flamanville 3 we Francji. Planowany koszt 3,3 mld euro, realny na dziś ok. 10 mld, planowany rok uruchomienia bodajże 2012, aktualny planowany rok, jak to ładnie określono, rozpoczęcia produkcji elektryczności 2016. Dlaczego uważam to za ładne określenie? Bo cała procedura testów i rozpoczęcia działalności reaktora atomowego przed włączeniem na stałe do sieci to jest ok 2,5 roku, jak sprawnie idzie.  Ale trochę prądu jest wyprodukowane już na początku tych testów....     Czyli mówimy o realnym włączeniu do sieci w 2018. 
Pozostałe dwa reaktory według tego projektu są budowane w Chinach i nie za dużo o tym wiadomo. Teoretycznie idą zgodnie z planem, ale patrząc na to, że  w Europie były problemy ze spawaniem w krytycznych miejscach, jestem pełen nie tyle sceptycyzmu, co obaw. Chińczycy mogą te reaktory zbudować, tylko czy one tak długo podziałają?

Jest jeszcze jedno zamówienie na ten typ reaktora i z punktu widzenia porównania dla Polski, najciekawsze. Otóż podpisano już umowę o budowę bloku Hinkley Point C w Anglii. Prorynkowy i w ogóle taki pomysłowy gospodarczo rząd Camerona sobie wymyślił, że zbuduje na komercyjnych zasadach elektrownię atomową. Jeszcze żadnej w historii tak nie zbudowano, ale to nic, Cameron geniuszem ekonomii i wszechnauk :)

 Oczywiście dostawca reaktora wie, jakie ma problemy w Finlandii i Francji, więc o żadnej rynkowej cenie prądu nie ma mowy. Dyskusja kończy się podpisaniem umowy, na mocy której konsorcjum budujące elektrownię otrzyma 92,5 funta za megawatogodzinę dostarczoną do sieci. Przez 35 lat....  Jeśli ktoś ma wrażenie, że to dość dużo, to ma absolutną rację. Obecnie ceny na rynku hurtowym w UK kształtują się w okolicach 48 funtów. Efektywnie przez pierwsze 35 lat prąd będzie droższy praktycznie dwukrotnie od dość już drogiego (w hurcie) dziś prądu w UK. I tego się możemy trzymać: 92,5 funta za MWh z gwarancją ceny na 35 lat. To daje, według dzisiejszego kursu, trochę ponad 110 euro/MWh.  Koszt budowy elektrowni tymczasem jest szacowany na jakieś 16 mld euro. Przypuszczam, że znów jest mocno zaniżony, ale trzymajmy się nawet tego (przypominam, że nie udało się zbudować ANI JEDNEGO reaktora tego typu, pomimo, że dwa już powinny działać). 

Dobrze, to porównajmy tą cenę do czegoś. Do rynkowej ceny prądu już porównaliśmy... I to wysokiej ceny. To może do tych strasznie kosztownych wiatraków? Patrzymy na feed-in tariff w Niemczech (czyli od strony prawnej i ekonomicznej to samo rozwiązanie) i widzimy dla wiatraków na lądzie kwoty od 0,05 do 0,095 E za KWh, czyli 50 do 95 euro za MWh. Cholera. Dolna stawka jest niższa niż hurtowa cena prądu w UK, a nawet górna jest poniżej tego atomu.  I to wszystko tylko na 8 do 15 lat... czyli łączna kwota wypłacana jako gwarantowana taryfa to od 10 do 35% tego, co dla brytyjskiej elektrowni atomowej. 

To może ta obłędnie wysoko dotowana fotowoltaika w Niemczech? Już lepiej. obecnie stawki, zależnie od wielkości instalacji wynoszą od 95 E/MWh do 120 E/MWh. Ta ostatnia to są małe instalacje na dachach. Wreszcie coś, prąd z fotowoltaiki jest droższy niż z atomu. No, nie całkiem. Gwarantowana cena obowiązuje przez 20 lat a nie 35, ale przynajmniej jest to ta sama klasa cenowa. 

Powyżej jak przypuszczam w miarę wykazałem, że energia atomowa w UK będzie droższa niż prąd z OZE w Niemczech. A jak to się ma do Polski?

Otóż, nie ma siły, energia atomowa w Polsce będzie co najmniej o połowę droższa niż w UK. Po pierwsze: elektrownia będzie budowana od zera, a nie jako nowy blok. To od razu załatwia dodatkowe koszty połączeń z siecią, a nawet tak drobne, jak drogi i budynki administracji. 

Po drugie i chyba najważniejsze. Po akcji autostrady i drugiej, czyli gaz łupkowy, RP jest tak kompletnie skompromitowana w oczach przedsiębiorstw od infrastruktury i energii, że do jakiejkolwiek oferty w Polsce zostanie dołożona gigantyczna premia za ryzyko, porównywalna z subsaharyjską Afryką.  Parę lat rządów innych niż obecne może to zmienić, ale w tym celu PiS musi wygrać dwie kadencje wyborów parlamentarnych z rzędu i poprzez władze wykonawczą sensownie zmienić administrację, odzyskując zaufanie. To jest, licząc od wyborów w 2015, co najmniej 5 lat. Czyli jakikolwiek proces inwestycyjny bez gigantycznego przepłacania może się zacząć w 2020 roku. Dodawszy do tego, optymistycznie licząc 10 lat budowy, mamy 2030. To jest od dziś 16 lat, wydane co najmniej 10 mld euro i brak prądu w międzyczasie. Może ktoś widzi zalety takiego rozwiązania - ja nie. 

Alternatywą jest OZE. Skoro i tak ma się płacić ekstra za prąd, to może inaczej? Koszty jak widać są bardzo porównywalne. Jeśli brać pod uwagę sam wiatr, jest on tańszy od atomu, jeśli miks wiatru i fotowoltaiki - wychodzi w zbliżonej cenie przez pierwsze 15 lat (powiedzmy, tu trzeba dokładnie liczyć średnią, OZE dużo tańsze przez następne 20 lat, być może atom tańszy przez kolejne 25 lat (przed wyeksploatowaniem reaktora, po jego spłaceniu). Dlatego stawiam znak zapytania, ponieważ po spłaceniu także panele słoneczne i wiatraki będą prawdopodobnie pracować zupełnie dobrze. Maleńkie instalacje z początku lat 80-tych do dziś zwykle pracują z mocą rzędu 70-80% nominału, pomimo nieestetycznego wyglądu.  W energetyce wiatrowej dokonał się tak znaczny postęp, że te z początku lat 80-tych juz dawno są na złomie lub w muzeach, więc trudno powiedzieć coś konkretnego o trwałości, oprócz tego, ze w tych warunkach pracy (obrotach, obciążeniach, temperaturach) da sie osiągnąć trwałość rzędu dziesięcioleci przy właciwym projekcie i obsłudze. 

W takim razie przyjmijmy, dość konserwatywnie (znaczy korzystnie dla wielkiej energetyki, czyli atomu), że zarówno w elektrowni nuklearnej, jak tez wiatrowej i słonecznej wsparcie trwa przez 60% użytecznego funkcjonowania i wystarcza na spłatę kosztów budowy, a ostanie 40% życia instalacji to czysty zysk. Twierdzenie w miarę uzasadnione. W takim razie pozostaje konkurencja w postaci gwarantowanej ceny prądu i czasu budowy. Gwarantowana cena prądu - zbliżona w UK i Niemczech. W Polsce szacuję koszty budowy elektrowni atomowej na dwukrotnie wyższe, z kilku powodów:
1. Miejsce trzeba przygotować całkowicie od nowa, niespecjalnie są możliwości budowania elektrowni atomowej w pobliżu dużych dotychczasowych, są w to olbrzymiej części rejony szkód górniczych, itp., co przez ryzyko wstrząsów nie jest najlepsza lokalizacją dla reaktora atomowego. Poza tym nowa elektrownia by była potrzebna raczej na północy. 
2. Oznacza to tak czy inaczej budowę nowej infrastruktury przesyłowej.
3. Jak już wspomniałem, po międzynarodowej kompromitacji polskich władz jako poważnego partnera przy budowie  autostrad, każdy potencjalny oferent dołoży do ceny dodatkową premię za ryzyko, wiedząc, że z góry musi uwzględnić najczarniejszy scenariusz biznesowy. Ten efekt będzie trwał oczywiście do końca obecnego rządu i jeszcze jakiś czas, zanim zaufanie wróci.
4. Jak, wyżej, tylko kompromitacja związana z gazem łupkowym. Główną przyczyną wycofania się wszystkich poważnych firm górniczych  z Polski był kompletny chaos regulacyjny i podatkowy. Nie chodziło o żadną wysokość podatków, tylko o to, jakie w ogóle przepisy obowiązują. Słabe wyniki wierceń były drugim powodem. Z tym co jest by się dało wydobywać, ale bez tak wielkiego ryzyka prawnego i podatkowego.   

Budowa OZE też w Polsce jest i jakiś czas będzie droższa niż w Niemczech, ale ta różnica nie jest aż taka wielka, powiedzmy 20-50% i spowodowana tylko relatywnie małym rynkiem i stąd wyższymi kosztami marketingu i choćby dojazdów wykwalifikowanych ekip montażowych. Co ważniejsze, jak raz się podpisze kontrakt na budowę elektrowni atomowej, to się tą cenę zapłaci, a jak rozpocznie się rozbudowę OZE, to w miarę rozwoju rynku ceny będą spadać.    Zresztą ryzyko prawne i regulacyjne też istniejące, ale będzie postrzegane inaczej. Ze względu na znacznie mniejszą skale inwestycji, w naturalny sposób będzie dominować krajowy kapitał, który, co tu dużo mówić, jest w istotnej części przyzwyczajony do chaosu prawnego i racjonalnie to kalkuluje. Zaufania do państwa wystarczającego na wiarę w bezpieczeństwo inwestycji na 20 lat tak szybko się nie odbuduje, więc jeszcze długo koszty budowy OZE będą wyższe niż w Niemczech, ale niższe płace może to częściowo skompensują. 
Podsumowując tą część rozważań, załóżmy w Polsce koszty budowy elektrowni atomowej są 2 razy wyższe niż w UK, przy rozpoczęciu budowy przed 2020 i o połowę wyższe, jeśli będzie rozpoczęta po 2020 r.  Szacuję rok 2020 na czas odzyskania zaufania, ponieważ musi najpierw w 2015 nastąpić kompletna klęska wyborcza ekipy odpowiedzialnej za chaos, który jest, a w kolejnych wyborach obecna opozycja utrzymać się przy władzy. Przyspieszyć odzyskiwanie zaufania inwestorów można przez uczciwe (z naciskiem na uczciwe i w przyzwoitym procesie) wsadzenie za kraty części osób za to odpowiedzialnych. Można poprzedniego szefa GDDKiA, można któregoś z ministrów, czy obecnego premiera. Albo ich wszystkich. W każdym wypadku należy to zrobić, ponieważ przy jakichkolwiek projektach infrastrukturalnych sygnał dla firm, że dotychczasowe praktyki były przestępcze, jest wart grube miliardy.  
A jak grube? Obecne szacunki kosztów Hinkley Point C mówią o 16 mld funtów. Prawdopodobnie ta kwota jest mocno zaniżona, ale przyjmijmy ją. W Polsce w takim razie byłaby to, wedle powyższych założeń, równowartość 24 (przy odzyskanej wiarygodności) lub 32 (przy obecnej opinii o Polsce) mld funtów. 
Zauważcie, drodzy czytelnicy, ile warte jest dobrze działające państwo....  Jak już wspomniałem wsadzenie za kraty paru członków obecnego rządu będzie dość opłacalne - to jest różnica w ewentualnej cenie elektrowni atomowej, a pomimo, że jestem przekonany o bezsensowności tej inwestycji, jeśli ma być realizowana, to jednak członków obecnego rządu wolałbym tam widzieć w brygadach więziennych niż w rolach decyzyjnych.
Mamy więc koszt budowy elektrowni atomowej.  W razie finansowania rządowego 24 lub 32 mld funtów (oczywiście to jest caly czas przybliżenie), czyli 28,7 lub 38,17 mld euro.  Ewentualnie przy finansowaniu przez przyszłego operatora elektrowni mamy gwarantowaną cenę prądu w wysokości 163 lub 220 euro za MWh przez 35 lat (założenia takie same, koszt w Polsce wyższy odpowiednio o 50 lub 100% niż w UK) . Ta cena prądu już jest absolutnie absurdalna. Ostatnia kwota jest w końcu wyższa niż obecna cena detaliczna.  Powyższe wyliczenia są cały czas w oparciu o dane z tejże elektrowni w UK, o planowanej mocy 3200 MW. Daje to koszt budowy w okolicach 10 E za wat mocy.
A ceny dla OZE? 
Możemy w pewnym przybliżeniu przyjąć, że nowoczesne (czytaj: tanie w produkcji i eksploatacji) elektrownie wiatrowe na lądzie to koszt ok 1- 1,5 E za wat mocy. Dla energetyki słonecznej obecne koszty w Niemczech to ok 2-2,5 E za wat mocy (możliwe, że obecnie mniej).
Oczywiście OZE pracują kiedy mogą, a nie kiedy tak koniecznie są potrzebne, więc z jednej strony należy liczyć także koszty backupu, a z drugiej procent wykorzystania mocy. Wynosi on powiedzmy, dla wiatrowych ok. 30%, dla słonecznych ok 15%.  Ale wbrew pozorom, tan sam problem, tylko w drugą stronę istnieje dla elektrowni atomowych. Dla OZE jest on intuicyjnie zrozumiały - wieje, to się kręci, słońce świeci, to PV produkuje prąd. 
Dla elektrowni atomowej sprawa też jest prosta, ale trochę inna. Otóż - elektrownia atomowa działa tak, że ciepło rozkładu pierwiastków promieniotwórczych ogrzewa stosowne medium (najczęściej wodę, zwykłą lub ciężką pod ciśnieniem) która wędruje do wymiennika ciepła. Wymiennik ciepła w tym wypadku to w olbrzymim uproszczeniu (fachowców proszę o nie czepianie się, tłumaczę to dla jak najszerszej publiki) kocioł, wewnątrz którego przebiega rura, tą rurą biegnie para z reaktora, która podgrzewa, ale nie miesza się z wodą w kotle. Woda w kotle wrze, wytwarzając parę, która napędza turbiny parowe. W elektrowni węglowej, ogień podgrzewa wodę w kotle i to jest właściwie koniec różnic. To pozwala opisać najważniejszy problem. Ten wymiennik ciepła jest jednym z centralnych elementów elektrowni atomowej i konieczność jego remontów zamyka całą szopkę, a awaria=  kolejny Czernobyl. Teraz: zmiany temperatury, poprzez zmiany wymiarów wskutek rozszerzalności cieplnej bardzo źle wpływają na trwałość tego typu elementów. Po prostu kolejne cykle rozciągania i kurczenia znakomicie przyspieszają (a właściwie głównie powodują) zmęczenie materiału. 
Podsumowując - w rutynowej i rozsądnej eksploatacji elektrownia atomowa jest niesterowalna, dokładnie tak samo jak energetyka wiatrowa i słoneczna.  Kocioł w elektrowni węglowej ma oczywiście te same problemy, ale jest elementem znacznie tańszym i z racji kontaktu z gorącymi spalinami o przewidywanym znacznie krótszym czasie życia. Stąd sterowanie mocą elektrowni węglowych to nie jest taki wielki problem, choć to zależy od ich konstrukcji i  w wypadku starych projektów, dominujących w Polsce, pewnym problemem to jest. Chcę jednak to dokładnie podkreślić: problem współpracy obecnej polskiej energetyki z elektrownią atomową versus energetyką wiatrowo - słoneczną jest praktycznie taki sam, a co najważniejsze, od strony stabilności sieci, jedno z drugim się praktycznie wyklucza.  

Wróćmy do naszych wyliczeń. Mam nadzieję, że pomysł quasi komercyjnej budowy elektrowni atomowej mamy omówiony - jest to po prostu nierealne. Pozostaje bezpośrednie finansowanie budżetowe, lub przez jakieś pośrednie fundusze, faktycznie gigantyczne dotowanie.   To policzmy na ile te dotacje wystarczą, zakładając też zawyżone koszty budowy w Polsce. Powiedzmy, że 2 euro/ wat mocy, przy rozsądnym w polskim klimacie połączeniu 2/3 wiatr, 1/3 słońce. Jest to kilkadziesiąt procent drożej niż w Niemczech, co wydaje się rozsądnym założeniem. Przy okazji zyski zostają w kraju, co IMO samo w sobie jest spora wartością, jeszcze większą, jeśli są to lokalne, komunalne przedsiębiorstwa energetyczne. 
Ale wracajmy do liczb. Możemy za te same pieniądze zainstalować w przybliżeniu 5 razy więcej mocy. Absolutnie to nie oznacza pięciokrotnie większej ilości prądu. Wręcz przeciwnie. Elektrownia atomowa z podanych wyżej powodów, pracuje tak długo jak się da z pełną mocą, elektrownia słoneczna zasadniczo tylko jak świeci słońce (zasadniczo, bo solarno - termiczna może pracować na żądanie, w nocy też), elektrownia wiatrowa zależnie od wiatru. Ale w podanym wyżej miksie dawałoby to średnio 125% energii w tym samym czasie dostarczanej przez elektrownię atomową, za te same pieniądze. Jeśli patrzymy na wartość pieniądza w czasie (co w końcu ma znaczenie przy wszelkich kredytach), to jeszcze bardziej, bo proces inwestycyjny elektrowni słonecznej to w dobrych warunkach prawnych tydzień, a wiatrowej rok, podczas, gdy samo uruchomienie już zbudowanej elektrowni atomowej to jest 2-3 lata (przynajmniej według ASME, w Europie obowiązuje EN, której nie znam, choć zwykle europejskie normy wymuszają wyższą jakość pracy i mniejszy zapas na usterki materiałów i robocizny, oraz mniej testowania, czyli w Europie może być krócej).
Z kompletu tych dygresji wychodzi jako jedyne rozsądne rozwiązanie dla polskiej energetyki - trzymać się węgla, ale modernizować w stronę jak największej możliwości regulacji mocy (jak będzie modernizacja, to lepsza sprawność wyjdzie przy okazji) a co najmniej gaz i importowany węgiel w energetyce zastępować OZE. Jako  bilansowanie mocy początkowo wystarczą możliwości regulacyjne elektrowni węglowych (poprawiające się z czasem w miarę modernizacji), docelowo, dla taniej i krajowej energetyki, oparcie bilansowania i regulacji mocy na elektrowniach wodnych. Tak, wiem, jest ich znikoma ilość, nie ma gdzie budować nowych. Ale jest gdzie budować małe elektrownie wodne, oraz każdą z już istniejących oraz nowo budowanych można wyposażać (jeśli jeszcze nie mają) w turbiny działające także jako pompy, czyli nie tylko z możliwością produkcji prądu kiedy jest potrzebny, ale także odbierania go z sieci, kiedy jest nadmiar. Ale to dygresja i pieśń przyszłości (mam nadzieję). 
Na dziś koncentrujemy się na kwestii atom versus OZE. Jednym z podstawowych argumentów przeciwko OZE jest nieprzewidywalność. Tylko, że jest to półprawda. OZE jest przewidywalne mniej więcej tak samo, jak prognoza pogody - obecnie w Polsce zupełnie sensowna na 3 dni naprzód. Na tyle da się z dość dobrym przybliżeniem przewidzieć siłę wiatru i poziom nasłonecznienia.  To w zupełności wystarczy, aby planować pracę huty aluminium, itp., o łatwo załączanych energochłonnych procesach nie mówiąc. Oczywiście taka huta znacznie łatwiej planuje prace wiedząc, że energochłonna część procesu odbywa się zawsze w nocy i każdej nocy - ale to jest jeden z niewielu realnie negatywnych skutków gospodarczych dobrze przemyślanego przestawienia na OZE.  
Czyli mamy wybór- OZE:
1. korzystające z krajowych źródeł energii (bo jak inaczej określić słońce i wiatr?), 
2. nieco tańsze 
3. zdecydowanie szybsze w budowie
4. przynajmniej w istotnej części korzystające z krajowej siły roboczej i lokalnych przedsiębiorstw
5. pozwalające na akumulowanie doświadczenia i rozwijanie całej gałęzi przemysłu w miarę rozbudowy (czy z tego kraj skorzysta to inna sprawa- patrz autostraty)
Oraz atom:
1. korzystający z importowanego uranu. Nawet jeśli ktoś odkurzy kopalnie Wałbrzycha, to i tak Polska ma zakaz wzbogacania (według traktatu o nierozprzestrzenianiu)
2. Droższe niż OZE, a prawdopodobnie dużo droższe
3. Budowa trwa wiele lat.
4. Technologia w całości importowana, zwiększająca uzależnienie gospodarki od obcych koncernów i/lub mocarstw.
5. I na koniec, argument, który ja uważam za najważniejszy- przez niesterowalność elektrowni atomowej jest on bardzo niekompatybilna z OZE, co utrudni w przyszłości przestawienie gospodarki i jeszcze pogłębi zacofanie gospodarcze Polski. W skrócie- jak zwykle się stręczy kolonialnemu państewku przestarzałą technologię, żeby koncerny z cywilizowanych państw sobie na czymś odbiły koszty rozwoju nowych... 
Tak czy inaczej, uważam pomysł budowania elektrowni atomowej w Polsce za kompletny idiotyzm i jeśli ktoś ma jakiekolwiek argumenty za inną tezą, chętnie popolemizuję. Ale proszę wcześniej o przeczytanie powyższego tekstu ze zrozumieniem. 

Energiewende czyli rewolucja po niemiecku


To tekst bez przewidywania przyszłości (no, może trochę), zbyt dużego filozofowania i ideologii. Tym razem czysto edukacyjny. Widzę spora potrzebę wyjaśnienia czytelnikom zasad i działania obecnego niemieckiego programu przestawienia gospodarki na energię odnawialną, wiec to robię, a prawdopodobnie będzie to jeden z rozdziałów właśnie pisanej książki przeglądającej dostępne technologie i możliwości relatywnie szybkiej rezygnacji z paliw kopalnych. Bez nadmiernych szczegółów mogę powiedzieć, że posiadając jakiś zasób wiedzy o technologiach, schematach organizacyjnych ich kosztach i możliwościach, jestem znacznie większym optymistą niż dotychczas. A oto tekst. Pewnie jeszcze będzie podlegał późniejszej redakcji, może tytuły nazwy podrozdziałów się zmienią, itp. Wskazywanie niejasności mile widziane.