Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oligarchia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oligarchia. Pokaż wszystkie posty

Na czym polegają problemy ekonomiczne świata?

Sytuacja na dziś jest tak naprawdę bardzo prosta. Firmy przynoszą zyski, ludzie się bogacą (a przynajmniej ich właściciele) i nie inwestują.

Poziom inwestycji jest żenujący. A olbrzymie pieniądze, które są, lądują na kontach i w spekulacji. Co oznacza parkowanie tych kapitałów w obligacjach skarbowych albo nieruchomościach.
Efekt jest widoczny dookoła świata. Zwyczajowe miejsca, gdzie można zainwestować kapitał i oczekiwać, ze zostanie on produktywnie wykorzystany już dawno takimi nie są. Są w najlepszym przypadku miejscem do zaparkowania, a zazwyczaj jedna wielką bańką spekulacyjna. Mieszkania, na które już nikogo nie stać, zwykłe podmiejskie działki, zabytkowe samochody i obrazy za zupełnie absurdalne ceny. Lokaty na 0% i mnóstwo innych takich rzeczy.
Kapitału jest mnóstwo, stoi i nic nie robi.
A z drugiej strony klasa średnia jest dookoła świata spychana do pracy w śmieciowych pracach, głównie usługowych. Popyt przemysłowy jest marny, prawdziwy rozwój kompletnie rachityczny. Dalej to przekłada się na brak eksportu kapitału do krajów trzeciego świata i kompletny brak produkcyjnych inwestycji tamże. Co przy jeszcze większej niechęci do inwestowania oznacza zupełny brak perspektyw dla większości społeczeństwa. I migracje.

Brak inwestycji oznacza brak solidnej ilości dobrych miejsc pracy. Jednocześnie parkowanie olbrzymich sum na rynku nieruchomości winduje ceny do chorych poziomów. W taki sposób klasa średnia jest zgniatana z dwóch stron.

Podstawowy problem to brak produktywnego wykorzystania kapitału. Ale kapitał nie chce tego robić, bo siła nabywcza masowego konsumenta znika zjadana przez koszty dachu nad głową i brak stabilizacji zawodowej.
To są dwie strony tego samego medalu. Wyjście jest przez inwestycje. Ale to też nie jest proste, bo istnieje podstawowy problem ogólnoświatowej niechęci do wydobycia i zużywania paliw kopalnych. A to są rzeczy, które od 200 lat przynoszą największe zyski. I nawet nie tyle o zyski chodzi, co o możliwość zmonopolizowania i gigantyczny próg wejścia z kapitałem. Dlatego oligarchia tego świata uwielbia inwestować w paliwa kopalne. Żaden drobny rzemieślnik nie mógł konkurować z właścicielami elektrowni. Do niedawna.
Dziś każdy może zamontować sobie panele fotowoltaiczne. Nie dla każdego, ale próg kapitału potrzebnego na elektrownie wiatrową też jest zupełnie inny, niż w tradycyjnej energetyce. Nawet przemysł samochodowy, bardzo zoligopolizowany i zamknięty, dzięki elektryfikacji staje się dostępny dla mniejszych graczy. To wszystko oczywiście dodaje niepewności i ogłupia tradycyjnych oligarchów (choć znaczące zwiększenie poziomu głupoty tej klasy społecznej chyba nie jest możliwe).

To jest jakieś jest rozwiązanie?
Jest i to tak naprawdę proste. Po prostu muszą zacząć znów działać mechanizmy transferu kapitału między kapitalistami i klasa robotniczą oraz pomiędzy państwami z permanentnymi nadwyżkami a tymi mającymi deficyty handlowe. Oraz trzeba ten kapitał wyładować ze spekulacji. Najlepiej w spokojny i kontrolowany sposób.

Jedno jest pewne- obecny system nie działa. Aby mógł działać potrzeba sensownego popytu. Aby to się mogło stać, potrzebne są inwestycje i/lub pobudzanie konsumpcji.

Jako, że oligarchia nie inwestuje, wysiłek inwestycyjny musi przejąć klasa średnia lub państwo. Klasa średnia na większą skalę nie jest w stanie tego zrobić, z powodu braku środków. I wystarczającego rozumienia problemu. Choć np. w Niemczech lat 2004- 2013 (i jeszcze częściowo do dziś) to klasa średnia inwestowała w nowoczesną energetykę, dzięki czemu uniknięto zalewu tego kapitału w produkcję bańki na nieruchomościach. A dziś przemysł korzysta z obłędnie taniej energii.

Mamy w tym wszystkim jeszcze jeden czynnik, czyli stan naszej jedynej planety, który według wszystkich rozsądnych kryteriów powinien całkowicie wykluczać jakikolwiek poważniejszy program inwestycji w wydobycie i zużycie paliw kopalnych.
Co nas sprowadza do konkluzji:
Potrzebny jest, na skalę światową i każdego państwa z osobna (tak jak i UE) program inwestycyjny, który po prostu rozwiąże sprawę  bezproduktywnego kapitału. I przy okazji może rozwiązać problem klimatyczny, bo czemu i nie?

To nie jest szczególnie odkrywcza myśl, ani nic specjalnie trudnego do wykonania. Za to jest to rzecz, która skrajnie mocno uderzyłaby w dzisiejsze interesy oligarchii kapitału. Paradoksalnie, gdyby to całe towarzystwo wyciągnęło zaskórniaki z kont i ruszyło naraz do sensownego inwestowania, to sami by też zarobili sporo więcej niż na trzymaniu londyńskich rezydencji.
Ale w obecnym nastroju inwestycyjnym mało kto widzi sens w jakiejkolwiek produktywnej działalności. W czym propaganda nie pomaga, a wręcz przeciwnie. Zdominowane przez punkt widzenia oligarchii media prezentują znakomite "inwestycje" w grunty, złoto, aż do zabytkowych samochodów. Z czego rosną już zupełnie absurdalne bańki, typu "zabytkowe" Syreny i FSO 1500 ze środkowych lat produkcji (bo rozumiem, ze PF 125 z 1968 ma swoje miejsce w muzeum, ale FSO 1500 z 1986?). Oraz jednocześnie jest dość starannie pomijana i lekceważona przez główne media każda rzecz, która może małym kosztem poprawić życie milionów, zmniejszyć zużycie paliw kopalnych i ulżyć klasie pracującej. Czyli np. powszechne wykorzystanie roweru jako środka transportu w mieście. To akurat wymaga tylko budowy infrastruktury, która jest zresztą obłędnie tania w porównaniu do tej przeznaczonej dla samochodów.

Tak samo rozwój energetyki słonecznej można sfinansować w całości oszczędnościami klasy średniej. A przynajmniej w solidnej części. Problem polega na tym, że każdy zainstalowany panelik fotowoltaiczny podgryza zyski oligarchii gazowo-węglowej. I tu mamy jeden z podstawowych konfliktów. Spada opłacalność produkcji elektryczności, paliw kopalnych, etc. Jednocześnie wielkie pieniądze lubiące się z wielką polityka usiłują to hamować, zmniejszać zyskowność, bronic status quo. Co się przekłada na pakowanie kapitału w spekulację, a nie inwestycje, bo inwestowanie w to co ma sens, zabije dzisiejszą wartość kapitału.
Co nas sprowadza do jednego z niewielu krajów, gdzie jest robione to co powinno być. Od załamania się dotychczasowego systemu w 2009 roku, Chiny przestawiły się na  inwestycje w wydajność energetyczną, czyli w energetykę odnawialną. Nikt nie poszedł za ich przykładem. Czego efektem jest to, że największa na świecie sieć szybkiej kolei jest... zgadnijcie gdzie. Największa na świecie ilość instalowanej energetyki słonecznej. Jest w tym samym kraju. Wiatrowej też. I produkcja baterii litowych także.  I produkcja pojazdów elektrycznych też. Oraz gigantyczny popyt wewnętrzny. Choć ze skłonnością chińczyków do oszczędzania- zdecydowanie za mały, aby utrzymać działająca gospodarkę.

Tyle, że w Chinach obecnie dominuje jest duma z postępów kraju i poczucie, ze jest liderem na froncie rewolucji energetycznej.

Tu możemy sobie zadać pytanie co zrobić, aby ten majtek zgromadzony przez oligarchię użyć inwestycyjnie. Wybór jest prosty. Albo namawiamy ogół kapitalistów do inwestowania, albo inwestuje państwo. A środki mogą pojawić się w budżecie tylko kosztem oligarchów, bo biedota i klasa średnia i tak jest  przyciśnięta do muru kosztami dachu nad głową i brakiem stabilizacji.
Czyli, bardzo brutalnie określając temat: droga szlachto: albo sama zechcesz zacząć zmieniać świat, albo my ten świat zmienimy za ciebie. Za wasze pieniądze, bo innych i tak nie ma.
Jedyny wybór jaki pozostaje to pytanie czy oligarchia sama wycofa pieniądze z tezauryzacji, czy zrobi to pod groźbą aparatu podatkowego czy też będzie się opierać aż do końca. Gdzie końcem dla wielu na przełomie 18 i 19 wieku był wynalazek doktora Giullotin. Co jest oczywiście kompletnie bez sensu, ale szukanie sensu w stadnych zachowaniach klasy społecznej jest jeszcze bardziej bez sensu.

A po więcej i szczegóły zapraszam na Rewolucję Energetyczną, gdzie już jest tekst rozwijający ideę Green New Deal (to jedna z nazw takich propozycji, nie jestem pierwszym, ani ostatnim podrzucającym ten pomysł). 




Czarne chmury nad lepszą Ameryką

W lepszej Ameryce polityka się odezwała. Konkretnie się odezwała głosem ludu. Tydzień temu miała miejsce 2 tura wyborów prezydenckich w Argentynie, a w ostatnią niedzielę wybory parlamentarne w Wenezueli. W obu przypadkach wygrali kandydaci prawicowi.

A teraz po raz kolejny przypomnę czytelnikom, że jeśli kojarzą co to jest prawica a co lewica w Polsce to absolutnie nie powinni tego przekładać na realia  pozostałej części świata. Może z wyjątkiem niektórych innych państw postkomunistycznych.

Otóż w Polsce kryterium prawicowości jest stosunek do Kościoła (częściowo i juz coraz mniej) i stosunek do tradycji i ideałów Solidarności, a co za tym idzie też do dyktatury, która tę Solidarność i solidarność łamała. Bardzo podobną do Spawacza politykę rozbijania wspólnoty społeczeństwa dekapitalizacji przemysłu, niszczenia innowacyjności i oczywiście skrytobójstwa prowadzili dyktatorzy wojskowi w Ameryce Południowej i Afryce. Tylko wszędzie tam nazywali się prawicowymi i okazywali ostentacyjną pobożność, jaka religia akurat dominowała w kraju, co w warunkach Ameryki Południowej oznaczało katolicyzm. Przy okazji to było dla dyktatorów bardzo wygodne, bo Kościół nie ma w zwyczaju nikogo wyrzucać ze świątyń, nawet państwowej telewizji filmującej dyktatora w odświętnym mundurze. To się własnie nazywa w Ameryce Południowej prawicą. Jaruzel w kościele. Ktoś jeszcze pała sympatią do latynoskiej prawicy? No tak, narodowcy, korwiniści i inni fani kacapów. 

Dlatego dość szybko po obaleniu dyktatur w większości krajów wybory wygrały formacje zwane lewicą. Niekoniecznie reprezentujące podobnych ludzi, czy nawet takie samo podejście. Ale wszędzie, czy to Partia Robotnicza w Brazylii, czy Zjednoczona Partia Socjalistyczna w Wenezueli, Front dla Zwycięstwa w Argentynie, czy Szeroki Front w Urugwaju tak samo postrzegał problemy kraju. Zresztą trudno ich było nie dostrzegać. 

Problemy, które postrzegała lewica południowoamerykańskie to istnienie dość szerokie rzesze społeczeństwa praktycznie nie uczestniczących w konsumpcji, po prostu żyjących na granicy fizycznej egzystencji. Na terenach wiejskich z płodów jakiego skrawka ziemi, do którego niekoniecznie mają prawo własności, a w miastach w latynoskich slumsach, wśród milionów ludzi żyjących ze zbierania śmieci, drobnych kradzieży, żebractwa, dorywczych prac i ogólnego kombinowania. Na drugim biegunie wszędzie znajdowała się idealnie bezużyteczna i absolutnie bezmyślna klasa wyższa, żyjąca z ochłapów eksploatacji kolonialnej uprawianej przez międzynarodowe koncerny. Surowce były rożne, ale model dokładnie ten sam. 
Te własnie lewicowe partie łączyło jedno- chęć zmiany tego systemu gospodarczego. Tyle miały ze sobą wspólnego. W każdym z krajów zakres władzy międzynarodowej i własnej oligarchii był zupełnie różny. 
Tak samo różna była wizja i kierunek rozwiązywania tak zdefiniowanego problemu.

Właściwie każda z tych partii zgadzała się, że na dłuższą metę kluczem do modernizacji kraju i wyrównania szans jego mieszkańców jest edukacja. Zwyczajne danie szansy najbiedniejszym warstwom społeczeństwa na awans. W dłuższej perspektywie stworzenie nowych elit, które uzupełnią lub zastąpią dotychczasowy układ skorumpowanych buców. To w każdym z krajów także się różniło. O ile w Urugwaju problem polegał na stworzeniu przez rzad cieplarnianych warunków dla rozwoju sektora IT i przekonaniu młodzieży, że powinna wybrać się na studia techniczne zamiast olewać liceum, w Argentynie problematyczna była kwestia jakości szkół średnich i odbudowy szkolnictwa technicznego, tak w Brazylii i Wenezueli najpierw trzeba było zająć się analfabetyzmem i podstawowymi kwalifikacjami istotnej części społeczeństwa.

W każdym z tych krajów ten program spotykał się z dzikim oporem dotychczasowych elit. I tu także odpowiedzi były różne. Skrajnie różne. Od poziomu konfliktu w Wenezueli, gdzie kolejne próby zamachów stanu, powiązania oligarchii z gangsterami i plaga morderstw wyznaczały standardy polityki. W Argetnynie i Brazylii było pod tym względem zdecydowanie lepiej, bo zaledwie chore z nienawiści do rządu prywatne media promowały jakieś banksterskie męty na "nowych zbawicieli narodu", a rządzące partie musiały się uciekać do regularnej korupcji politycznej aby utrzymać się przy władzy i coś robić dla kraju.

Jedynie w Urugwaju sytuacja miała się trochę inaczej. Już po tym, jak prezydent Argentyny, De la Rua w pamiętny sposób opuszczał helikopterem Casa Rosada, a argetnyński kryzys był potężnie odczuwalny w gospodarce Urugwaju, lewicowy burmistrz Montevideo podjął dość brzemienną w skutkach decyzję. Mianowicie, kiedy wszyscy spodziewali się powtórki scenariusza argentyńskiego, a prezydent z dobrej starej rodziny (4 prezydent z tej rodziny) już się zaczynał pakować, przyszedł do niego tenże burmistrz. Wszyscy spodziewali się, że zostanie prezydentem po wymuszonej demonstracjami rezygnacji poprzedniego, a tymczasem Tabare Vazquez zapowiedział, że Jorge Battle dokończy swoją kadencję i tylko ma nadzieje, że nie będzie robił niczego sprzecznego z zasadami demokracji i interesami Urugwaju. ta, swego rodzaju umowa została dotrzymana, Tabare Vazquez i tak został wybrany następnym prezydentem w 2005 roku (i następnie 2015) Spowodowało to znakomite wrażenie, jakby Urugwaj był dobrą i stabilną demokracją, co w połączeniu ze spłacanie długów po Battle i jego poprzednikach świetnie ułatwia relacje handlowe i napływ kapitału kiedy jest potrzebny.

Tak spokojnego oddania władzy przez dotychczasową skorumpowaną oligarchie nie było jednak w żadnym innym kraju. Wszędzie były większe lub mniejsze awantury, które dziś odbijają się czkawką. I niestety wyglądają na skuteczne. Po wielu latach każdego możliwego sabotażu, negowania legitymacji i oczerniania międzynarodowego swojego kraju i jego władz opozycja w Wenezueli wygrała wybory parlamentarne.  

Po prawie ponad dziesięcioleciu codziennej dawki bredni i kłamstw przez główny koncern medialny w Argentynie, promowany przez tenże koncern pupilek wygrywa wybory prezydenckie. Rzecz jasna, natychmiast ogłasza obniżki ceł eksportowych i zaciąganie nowych kredytów. I tak dalej. 

Pozostaje podstawowe pytanie, czy miliony ludzi włączonych do masowego społeczeństwa będzie rozumieć co się dzieje, budować nową gospodarkę i domagać się równości społecznej, czy jednak model postkolonialny wygra. To pytanie jest otwarte. Tak samo otwarte pozostaje w stosunku do Polski. Zachowanie dotychczasowej oligarchii jest dość jasne. Poziom kontaktów z gangsterami jest (chyba niższy niż w Wenezueli, na zbrojny zamach stanu też się raczej nie odważą (choć kto wie czy katastrofa smoleńska nie była własnie polskim zamachem stanu). Ale widać też, że na poziom przyzwoitości reprezentowany przez Jorge Battle nigdy nie można było liczyć.

P.S. 
To jest jedynie liźnięcie tematu, opis całości wymagałby doktoratu. Niestety, ostatni człowiek o którym słyszałem, że chce napisać po polsku doktorat o strukturze społecznej postkolonialnej Ameryki Łacińskiej został wyrzucony z uczelni. A szkoda, bo znał nie tylko język hiszpański ale i keczua. Za organizowanie jakiegoś Komitetu. Macierewicz się nazywał, Antoni, czy jakoś tak, ale dziś ma poważniejszą fuchę.

Grecy i oligarchia

Referendum w Grecji. Było, skończyło się. Grecy odpowiadali na pytanie czy zgadzają się na warunki bailuotu zaproponowane przez wierzycieli negocjujących z greckim rządem. Obywatele nie zgodzili się. 

Do teraz historia toczyła się w miarę normalnie. Klasyczna pułapka zadłużenia w jaką wpadło lub zostało wpakowanych dziesiątki państw wcześniej. I niejedna firma. Zupełnie klasyczna skorumpowana sitwa rządowo-oligarchiczna, która z jednej strony tworzy klimat administracyjny i regulacyjny dla pasienia się oligarchów, a z drugiej z tej oligarchii korzysta dla utrzymania się przy władzy. Mechanizm jest dość prosty i powszechnie znany. Powstają jakieś zmiany w przepisach, niezauważone dla większości, korzystne dla jakiś biznesmenów. Ostateczną wersją takiej metody jest kryzys płynności rządu i sektora bankowego, który umożliwia przygotowanym na to inwestorom wykupienie co bardziej interesującego majątku produkcyjnego za ułamek wartości. 

Taką metodę z powodzeniem stosowali Brytole w szczycie swojego imperium. Nie oni pierwsi, ani ostatni, ale ze względu na dominację na morzach, interesu dookoła świata oraz dominację prywatnego, a raczej oligarchicznego kapitału- robili to szczególnie spektakularnie. Otóż, brytyjscy kupcy byli wszędzie. Kupując lokalne towary, sprzedając swoje wyroby przemysłowe. Promując wolny handel i nowoczesność. Nowoczesność polega na tym, że kupuje się wyroby brytyjskiego przemysłu, o których kupcy informują, że są nowoczesne. A wolny handel na tym, że nie pobiera się ceł od importu brytyjskich towarów ani od eksportu surowców. W całym tym schemacie najważniejsze jednak były banki. Brytyjskie banki udzielające pożyczek na zakup brytyjskich towarów, zwykle nisko oprocentowanych. Gospodarki krajów Ameryki Łacińskiej i Azji  rozwijały się. Na modelu eksportu surowców bogaciła się elita, która także miała dostęp do importowanych towarów luksusowych. Wspaniały model dla lokalnej elity. Nic dziwnego, ze przekładał się także na władzę polityczną. Czasem był to kacyk, a czasem fasadowa demokracja, z jakimiś partiami a bywa, że i wyborami. A jak władca lub elita sprzeciwiły się braniu kredytów, to wysyłano kanonierki.

Klasycznych przykładów takiej polityki najwięcej można znaleźć chyba w historii Argentyny. Praktycznie całe 200 lat to kolejne próby uniezależnienia się od obcej i własnej oligarchii i kolejne mniej lub bardziej udane ludowe projekty polityczne ku temu zmierzające. Za pierwszym podejściem, kiedy dopiero co pozbyto się kolonizatorów z Hiszpanii i naród autentycznie chciał jakiegoś rozwoju, a wśród elit było wielu idealistów, to udało się obronić niezależność polityczną i ekonomiczną, za cenę utraty poważnej części terytorium (dzisiejszego Urugwaju i Malwinów). Któreś z następnych podejść miało miejsce w 1889 roku. Kryzys w Argentynie w tym roku wybuchł z potężną siłą, kiedy ogólnoświatowa panika giełdowa pozbawiła kraj płynności. Rządy oligarchów nie musiały się przejmować takimi rzeczami. W końcu nie oni zbankrutowali więc sprzedali za drobne sieć kolejową Brytyjczykom. To miało znaczenie znacznie większe niż dziś, bo pod koniec 19 wieku kto kontrolował kolej, ten kontrolował gospodarkę. Taryfy przewozowe, czasu przewozów, a nawet w ogóle możliwość przewiezienia danych towarów decydował o opłacalności każdej produkcji, rolnictwa czy górnictwa. Nic dziwnego zatem, że po tym kryzysie Argentyna stała się krajem wyłacznie surowcowym, a co ciekawsze sektory gospodarki bardzo szybko znalazły się w rękach brytyjskich inwestorów. Jednak w trakcie kryzysu powstał zorganizowany opór społeczny- pierwsza nowoczesna partia polityczna, czyli Union Civica Radical. Na początku sprzeciwiali się nie do końca politycznymi metodami, bo od 1891 do 97 trwało faktycznie powstanie zbrojne przeciw rządom oligarchii. Zresztą politycznymi metodami za dużo nie dało się zrobić. Wybory były, prawdopodobnie nawet kandydaci UCR je regularnie wygrywali, tylko ogłaszane wyniki utrzymywały oligarchów przy władzy. A politycy i oligarchowie byli bezkarni, bo w ostateczności zawsze były brytyjskie kanonierki dla "zapewnienia porządku". Sytuacja zmieniła się w 1916 roku, kiedy brytyjskie kanonierki były chwilowo zajęte poszukiwaniem U-bootów i prezydentura przypadła przedstawicielowi UCR. Który natychmiast rozszerzył prawa wyborcze i zmienił sposób przeprowadzania wyborów wprowadzając tajne głosowanie i wiarygodny system liczenia głosów. Do upodmiotowienia ludu jeszcze było daleko, ale to był bardzo poważny krok. Od tego czasu oligarchia dla zachowania status quo musiała wspomagać się wojskiem, ale to zupełnie inna historia.

Można wrócić do Grecji. Przecież ten schemat jest dokładnie ten sam. Wmuszone pożyczki, które w istocie trafiły do kieszeni koncernów powiązanych z kredytodawcami i lokalnej oligarchii (a kto niby budował cąłą tę infrastrukturę, zwłaszcza na Olimpiadę?) współpraca lokalnej oligarchii z międzynarodową banksterką. Następnie kryzys finansowy i programy ratowania wymuszające prywatyzację najważniejszych elementów infrastruktury i likwidację konkurencji dla koncernów powiązanych z pożyczkodawcami (w Grecji chodziło o małą, ale dochodową zbrojeniówkę). Przerzucanie kosztów na społeczeństwo i obronę oligarchów. Przecież Trojka nie chciała zatwierdzić planu, który by polegał na uszczelnieniu systemu podatkowego, choć jest zupełnie oczywistym, że właśnie minimalne opodatkowanie oligarchów może wystarczyć spięcie planu spłaty długów. 
Powstanie i sukces Syrizy był dokładnie tym samym co UCR 125 lat wcześniej w Argentynie. 

A co będzie dalej?

W najbardziej optymistycznym wariancie rząd przetrwa i przeprowadzi swój plan reform. Dziś już nie związany pomysłami IMF i okolic Ale to wymaga spokoju, dojrzałości politycznej zarówno rządzących, jak też narodu. Oraz braku interwencji militarnej. Swojej lub obcej. W ten sposób Grecy mają szansę wyjść z upodlenia 25% bezrobociem i emeryturami po 400 euro. 
Znacznie ciekawsza jest sytuacja drugiego z graczy, czyli IMF. Instytucja, której każdy chce unikać juz dziś. Przynajmniej każdy kto ma jakąś alternatywę (np. Ukraina nie ma..). Ich biura są likwidowane w kolejnych krajach. Ale jeszcze nikt się nie postawił tak mocno przed spłatą długów. Jeśli obecny grecki rząd wyjdzie z tego kryzysu, przeprowadzi swój plan reform i kiedyś odda forsę dla Trojki olewając ich rady- to będzie bardzo blisko końca tej instytucji. 
Jest to także bardzo zła informacja dla wszelkich wielkich koncernów przemysłowych i budowlanych z pierwszego świata. Czyli Siemensa, Alstomu i całego pozostałego zestawu z listy najbardziej korumpujących firm świata. Nie to, że stracą szczególnie dużo. Ale to, że czas wielkich żniw się skończył.
Co ważniejsze- to Grecy policzyli głosy. 

Aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas

I z pieśnią, że już blisko świt szli ulicami miast

Mecz Real Madryd- San Lorenzo

Jakby ktoś nie wiedział, trwają klubowe mistrzostwa świata w piłce nożnej. Ja prawdę mówiąc też nie wiedziałem o istnieniu czegoś takiego, ale tak się składa, że zespół, którego jestem fanem jutro gra w finale. 

Co prawda wynik zapewne nie będzie szczegółnym zaskoczeniem, zapewne wygra przedstawiciel Europy, czyli Real Madryd, a drugie miejsce w takim starciu zespołowi z Ameryki Południowej należy się jak psu micha.

Real Madryd znają wszyscy, za to o jego przeciwniku nikt w Polsce nie słyszał. Przynajmniej jeszcze dwa lata temu. 

San Lorenzo de Almagro, bo tak brzmi nazwa przeciwnika Realu jest obecnym zwycięzcą Copa de Libertadores, czyli klubowym mistrzem Ameryki Południowej, stąd właśnie walczy z pozostałymi mistrzami kontynentów w Marakeszu.

Mecz polecam, może nawet go sam obejrzę, bo pewnie widowsko będzie tego warte. Zresztą jeszcze w Polsce czasem zdarzało mi się ogladać mecze południowoamerykańke, a przy europejskiej piłce najwyżej szybko zasnąć. Zdanie podtrzymuję, mniej taktycznej skuteczności, ale więcej widowiska i jest co oglądać. Czasem.

A czytelników pewnie bardziej zainteresuje dlaczego z takim dość letnim nastawieniem okreslam się jako fan. Otóż, odpowiedź jest prosta -- bycie kibicem w Argentynie jest obowiązkowe. Noo, prawie. Ale regularnie można usłyszeć pytanie jakiego klubu się jest kibicem. I to pytanie bynajmniej nie dotyczy sportu. Przynajmniej nie tylko.

Cofając się do początków 20 wieku

W Argentynie nowa fala imigrantów juz się częsciowo zakorzeniła, ciągle napływają nowi, tworzy się masowe społeczeństowo, a jednocześnie władza jest w rękach dośc wąskiej kliki głównie powiązanej z oligarchią ziemską i prowadzącej liberalną politykę (czytaj- udzielania wszelkich koncesji przemysłowych kapitalistom z Wielkiej Brytanii lub Francji) i dzielnie się utrzymywała przez kilkadziesiąt lat u władzy dzięki ograniczonemu prawu wyborczemu i zwyczajowi masowych fałszerstw.  Zakładanie zwykłych partii politycznych i stowarzyszeń było mozliwe, ale mocno utrudnione i narażone na represję ze strony władz. W takim klimacie politycznym powstała garść klubów sportowych, które funkcjonują do dziś. Są to bardziej znane Boca Juniors i River Plate oraz właśnie San Lorenzo. I kila innych, ale jak kogoś tak bardzo interesuje, to znajdzie bez trudu osoby bardziej kompetentne w piłce kopanej niż ja.
Te zespoły zostały założone w podobnym czasie, ale w różnych miejscach. Znaczy, wszsytkie trzy w Buenos Aires, ale w róznych cześciach tego miasta. 

River Plate

Klubpowstał w zamozniejszej cześci miasta, założony przez brytyjczyków pracujących w kolonialnych firmach, na kolei, chłodniach i podobnych instytucjach kontrolowanych przez kapitalistów z UK i przechwytujących solidną częśc dochodu narodowego (krowy można było sprzedać komu się chce, ale chłodnie i koleje były tylko jedne...). Stąd od samego początku jest to towarzystwo przepełnione wewnętrznym przekonaniem o kolonialnej wyższości. I, pomimo tego, że zwartego środowiska brytyjskich kolonizatorów już dawno nie ma, klub jest całkowicie argentyński -- mentalność pozostała. 

Boca Juniors 

Wywodzi się z dzielnicy La Boca, czyli dosłownie "Ujście". Tereny, które stanowiły bezpieczne kotwicowisko i które służyły jako port zanim wybudowano porządny. Tam też mieszkali typowi mieszkańcy portowych slumsów. Oczywiście jedynym sposobem awansu społecznego z takich miejsc jest szczeście i cwanictwo. Słynnym przykładem tego był zaliczony gol strzelony ewidentnie ręką na mundialu 1986 przez najwybitniejszego piłkarza w histori Baca Juniors, czyli Diego Maradone. Jest ubóstwiany nie pomimo takich zagrywek i iścia w zaparte, ale właśnie dlatego. Oczywiście, znów, czas mija, La Boca to już nie są slumsy, tylko byla jak dzielnica, nisko połozona i często zalewana, a część slumsów przerobiono na pułapkę na turystów. 

San Lorenzo de Almagro 

Założony, nie zgadniecie -- w dzielnicy Almagro. Była to dzielnica typowo robotniczna, niezbyt zamożna i właściwie taką pozostała do dziś. Ale w dość szybko rozwijającej sie gospodarce, zasilanej tłumami imigrantów, którzy przynajmniej mogli się wyżywic na poziomi niepostykanym wśród biedoty Starego Kontynentu, o awans społeczny było dość łatwo. Wystarczyło solidnie pracować, przestrzegać zasad etyki i przyzwoitości. Wyrwać się z dna La Boca było  znacznie trudniej, Zostać drobnym przedsiębiorcą w Almagro było dość łatwo. Do tego należy dołożyc drobiazg- ten klub został założony m.in, przez księdza, Lorenzo Massa, który pózniej także organizował początki harcerstwa argentyńskiego i inne tego typu przedsięwzięcia. 
Połączenie etyki biedniejszej klasy średniej i społecznego współdziałania Kościoła wyjaśnie dla odmiany warości dookoła tego klubu.
Także przez dzisięciolecia nic się nie zmieniło, wobec czego nie należy być zdziwionym, że dyktatura wojskowa zrobiła wiele, aby akurat ten klub zniszczyć. Włącznie z wywłaszczeniem i zburzeniem stadionu. Na cele budownictwa socjalnego, ale jakoś pieniądze znikły, więc powstał tam supermarket Carrefoura. Ksiądz Massa już od wielu lat nie żył, bo pewnie też by go wrzucili do rzeki. Tak, junta wojskowa w Argentynie od polskiej różniła się głównie tym, że dyktator Videla zmarł w więzieniu a Ponury Spawacz na wolnosci...A obecne władze miasta uchwaliły wywłaszczenie Carrefoura i oddanie terenu klubowi.

Oczywiście, powyższe generalizacje nie odnoszą się, bo i nie mogą do kazdego pojedynczego fana tych zespołów. A zresztą tą klubową etykietkę można uzyskać dość przypadkowo, przez grupę znajomych, miejsce zamieszkania, itp. Ale jakimś wyznacznikiem to jak najbardziej jest.

A wracając do jutrzejszego meczu, nie stawiałbym na San Lorenzo, ale należy pamiętać, że również obecny papież jest jego fanem. A już w tym tygodniu Raul Castro mu dziękował za załatwienie nawiązania stosunków dyplomatycznych z USA. Może się okazać, że w przyszłym tygodniu będzie się mu dziękować za załatwienie zwycięstwa nad Realem...

Lewica w Polsce?

W Polsce jest jedna,bardzo charakterystyczna cecha sceny politycznej. Nie ma żadnej oferty politycznej dla normalnych ludzi o lewicowych przekonaniach. 

Po prostu nie ma. Na kogo może w Polsce zagłosować antyklerykalny zwolennik równości społecznej oraz jednocześnie osoba patriotyczna i uczciwa? 

Po sposobie prowadzenia śledztwa w sprawie śmierci prezydenta, dyplomacji, zwłaszcza na wschodzie, nadzoru nad inwestycjami (drogi, kolej porty), nadzoru na reformą armii, etc., nawet pomijając cały zestaw afer, żaden zachowujący minimum poinformowania o sprawach Polski i minimum przyzwoitości człowiek nie powinien mieć z obecnie rządzącym środowiskiem nic wspólnego. I właściwie nie jest problemem tutaj Platforma Obywatelska jako taka. Problemem jest całe środowisko, które bryluje wspólnie w polityce i mediach, znakomicie organizując sobie wzajemnie "deale" do łupienia kraju. Ot, zdarzy się jakieś niedopatrzenie w przepisach, powstanie firma, która akurat na tym korzysta i ma znakomitą opinię w głównych mediach- mechanizm typowy do rzygu. Uważny obserwator powinien wymienić takich co najmniej z 20 z czasów III RP. A większość tych afer, jeśli nie wszystkie gdzieś zahacza o tzw. "środowisko Unii Demokratycznej", dawniej zwane lewicą laicką, 

To towarzystwo znakomicie zmonopolizowało na pewien czas całe struktury władzy i cała dyskusję polityczną Polski. Jedyną platformą, na jakiej można się było przeciw nim zorganizować była prokościelna prawica. A mówiąc wprost- bez wsparcia, choćby przez życzliwe udostępnianie na spotkania salek parafialnych, nikt nie był w stanie wystarczająco się zorganizować, aby naruszyć monopol kreowania rządów jaki miała Gazeta Wyborcza i jej okolice do afery Rywina.

I mamy to towarzystwo. Zestaw bardzo dziwnych ludzi, dzieci i wnuków stalinistów, powiązanych najbardziej mętnymi więzami z radzieckimi służbami specjalnymi, Z osławioną prywatyzacją najnowocześniejszej fabryki samochodów na wschód od Łaby i jednej z nowocześniejszych w Europie za niecałe 1800 dolarów. Oczywiście z polskiej strony tą umowę podpisywał kolejny "as wywiadu" i późniejszy założyciel Platformy Obywatelskiej.

To tak, gdyby komuś brakowało argumentów. Ich naprawdę nie brakuje, są zakrzykiwane. Czasem do stopnia komicznego,ale zadziwiająco skutecznego. Np. nie sądziłem, że może istnieć ktokolwiek interesujący się polskimi sprawami, kto wierzy w oficjalny życiorys Lecha Wałęsy. A jednak. Własnie o lewicowych przekonania emigrant, biorący informacje z głównych mediów miał szanse się w ogóle nie dowiedzieć o kolejnych wyrokach jednoznacznie rozstrzygających kwestię przeszłości Lecha Wałęsy. I to jest właśnie tragedia.

Drogi wyborco lewicowy. Odłóż na chwilę sympatie partyjne. Ideologię i wszystko. I po prostu posłuchaj, a jeszcze lepiej przeczytaj w całości przemówienia obecnej pani premier, obecnego marszałka sejmu, poprzedniego ministra transportu.  Tylko w miarę możliwości należy wybrać te mniej korygowane i ustawiane. W wypadku ministra i marszałka znakomicie nadają się nagrania z restauracji "Sowa i Przyjaciele". A potem zadaj sobie podstawowe pytanie- nie o poglądy, a o kwalifikacje fachowe i moralne tych ludzi do sprawowania jakichkolwiek stanowisk. Np. kierownika sklepu warzywnego albo myjni samochodowej. 

A teraz o różnicy w poważnych sprawach. Kwestia przyszłości energetycznej Polski jest sprawą bardzo poważną. W największym skrócie w PO, SLD i PSL nie ma praktycznie nikogo, kto miałby o tym jakiekolwiek większe pojęcie, ale im to nie przeszkadza (z pewnym wyjątkiem Pawlaka z PSL). Nie przeszkadza im to, ponieważ celem dla całego tego towarzystwa nie jest interes narodowy. Nie jest nawet dobre wykonywanie pracy do której zostali najęci. Priorytetem jest ilość lodów, które można ukręcić (to dokładnie posługując się językiem tego towarzystwa- może za wyjątkiem dla niektórych z nich zbyt skomplikowanego słowa "priorytet"). A w Polsce nakładają się interesy Rosji i monopolu gazowego oraz sprzedaży ropy (to wszyscy wiedzą), oraz, co mniej znane, znajdujących się w ciężkiej sytuacji dostawców tradycyjnej energetyki, a najbardziej na krawędzi bankructwa francuskich sprzedawców rozwiązań dla energetyki atomowej.

Ci wszyscy zainteresowani, nazywając po imieniu Gazprom, Siemens i Alstom, razem z ambasadami ich krajów inwestują olbrzymie pieniądze w promowanie swoich interesów. Oczywiście nie przez jakieś głupie reklamy, tylko kupowanie przychylności dziennikarzy oraz polityków. I teraz towarzystwo z maszyną do lodów w herbie się tylko zapyta "ile można dostać", nie zadając żadnych pytań o sens czy konsekwencje dla kraju, bo to po prostu nie ich sprawa. Na tym tle ludzie z PiS wyglądają głupio. Bo po prostu nie mają pojęcia i często gadają od rzeczy. Z bardzo prostego powodu- polska debata publiczna jest tak zniszczona, że ten kto ma skrypt z Siemensa lub Gazpromu mówi ładnie i składnie (z tymi Gazpromowymi to różnie bywa, to jednak Kacapy). Ten kto próbuje wyrobić sobie własne zdanie na podstawie polskich źródeł- ma problem. I to duży. Ponieważ jeśli nawet nie jest to bezpośrednio propaganda, jest to bardzo często powielanie obcej propagandy. Jak ktoś się próbuje bronić, musi być mocno skonfundowany. Tu najlepszym dowodem jest rozpoczęcie, absolutnie pozbawionej sensu ekonomicznego, inwestycji w elektrownię atomową, wydawanie ciężkiej forsy z budżetu na także bezsensowne modernizacje starych bloków energetycznych. A z drugiej strony słyszałem o pewnym drugorzędnym polityku PiS, który próbował się wybić jako ekspert energetyczny na takich samych ekspertyzach z Gazpromu i Alstomu i bardzo elegancko został odstawiony na bardzo boczny tor w partii. Czyli jest jakaś nadzieja.

Po tym przykładziku wracamy do głównego problemu. Polska nie będzie w stanie się dobrze rządzić bez demokracji. A demokracji nie będzie bez normalnej lewicy. Normalnej tj. mającej społeczne poglądy inne niż prawica, dyskutującej w sprawach gospodarczych i społecznych, ale zdolnej do natychmiastowej zgody w sprawach państwowych. 

Pewną kpiną z wszystkiego jest fakt, ze facet, który w karierze politycznej był już działaczem katolickim i chyba też narodowym, a może sportowym, nagle założył partię której jedyną cechą był antyklerykalizm i dostał 10 % głosów. Wręcz nie wypada wspominać, że nawet głupiej koncesji na hurtowy obrót alkoholem w Polsce nie dostał nikt spoza esbeckiego towarzystwa, więc i spory producent tych alkoholi taki samodzielny to politycznie nie był- taka podpowiedź, jeśli z pierwszego zdanie ktoś się jeszcze nie domyślił. Jeśli już miałbym głosować na esbeków to zasadniczo bym wybrał bezpośrednio SLD. Ale to oczywiście indywidualna sprawa. Ja ich znam zbyt dobrze, źle się czuję z tym bydłem w jednym kraju...

A odpowiadając na najważniejszy problem- skąd wziąć taką normalną, antykościelną, lewicową, patriotyczną partię? Nie wiem. Chyba najlepszym sposobem by był podział PiS. Ale nie podział na kanapie, tylko podział na dwie duże partie, co oznacza najpierw coś w okolicach monopolu na władzę. Z dominacją w mediach i społeczeństwie. Czy to możliwe?  Wydaje się, że dopiero przy pewnej równowadze medialnej i co najmniej kilku przedstawicielach władzy za kratami. W sumie np. Ewa Kopacz by się znakomicie nadawała. Kwestia straszenia "powrotem kryminalistów do władzy" mogłaby zapewnić z dwie bezpieczne kadencje, co by mogło wystarczyć do podziału na odpowiedniki centroprawicy i centrolewicy w zachodnim stylu.
Ale czy antykościelni i lewicowi wyborczy potrafią się en mass odwrócić od "salonu"?

Nobel dla Putina

Byłbym za. Nie żartuję. Uważam, że facet naprawdę zasłużył:

1. Zjednoczył światowe mocarstwa w zamiarze pozbycia się agresywnego szaleńca dysponującego bronią atomową ze wspólnoty międzynarodowej.

2. Spowodował zjednoczenie podzielonego dotychczas społeczeństwa ukraińskiego, które chce teraz budowy uczciwego państwa spokoju i dobrobytu.

3. Spowodował aresztowania i blokady majątków istotnej grupy cynicznych złodziei okradających własne kraje.

4. W istotnej części pomógł ośmieszyć nieudolnego władcę i przez późniejszą współprace z nim zlikwidował możliwość konstytucyjnej dwuwładzy na Ukrainie.

5. Znacząco umocnił w europejskich społeczeństwach poparcie dla energii odnawialnej, oszczędności i ogólnego odchodzenia od paliw kopalnych z naciskiem na ropę i gaz w pierwszej kolejności, czym przyczynił się tez do znaczącego wsparcia dla powstrzymania zmian klimatycznych.

6. Swoja polityką wprowadził agresywne i od stuleci stanowiące zagrożenie dla sąsiadów państwo na ścieżkę pokojowego samozniszczenia. 

Niestety, prawdopodobnie nie miał zamiaru wywołać ani jednego z tych skutków, więc nie bardzo wiem, czy do końca się ten Nobel należy. W końcu Obama dostał za dobre intencje, bez żadnych skutków. Może też się da przyznać za dobre skutki, bez żadnych intencji? Przyjmijmy, że tak jest i za niezamierzone konsekwencje też pokojowy Nobel się należy.
Oto uzasadnienie:

ad. 1
Swoim zachowaniem doprowadził do wspólnej dla wszystkich poważnych państw opinii na temat Rosji jako kraju nieprzewidywalnego w swej agresywności i nie respektującego zasad współżycia międzynarodowego. Dodana etykietka, łącznie z wielkością i siłą armii i faktem posiadania broni atomowej jednoczy wszystkich odpowiedzialnych za przyszłość świata ludzi, a w szczególności przywódców większych państw. Ta sytuacja przypomina stosunek do Niemiec w 1943-44 roku. Nikt nie popierał ich polityki, a sojusznicy starali się odciąć. W tej dziedzinie umożliwienie wspólnego zdania i działania Prezydenta Obamy i Republikanów w Kongresie to sprawa nawet nie na Nobla, ale prawie na kanonizację....

ad. 2 
Społeczeństwo Ukrainy, które dotychczas było rozdarte i mentalnie podzielone sporami złodziejskich polityków, mieszaniem oligarchów, podziałami językowymi, religijnymi i przepaścią w mentalności (postsowiecka v. zachodnia v. rosyjsko-imperialna) zostało w ciągu kilku tygodni właściwie zjednoczone. Oczywiście są tam olbrzymie pokłady bierności, ale wśród tych, którzy maja jakieś zdanie, prawie się nie zdarza inne niż zamiar tworzenia i mieszkania w uczciwej, jednolitej, wielonarodowej Ukrainie. 

ad 3.
Dzięki nieudolnej dyplomacji doprowadził do sankcji na grupę oligarchów żyjących z okradania tak wcześniej Ukrainy, jak też obecnie Rosji. Sama ta podstawa przyznania Nobla może być nieco kontrowersyjna, ponieważ on sam też jednocześnie do nich należy. Ale jeśli potraktujemy to jako dobrowolne oddanie skradzionego majątku to może należy jednak poważnie rozważyć kanonizację? Albo przynajmniej beatyfikację? 

ad 4.
Ostentacyjne traktowanie Wiktora Janukowycza jako marionetki przekazującej rozkazy z Kremla oddaliło możliwość  podziału na Ukrainie na gruncie konstytucyjności władz i znacząco zmniejszyło prawdopodobieństwo utworzenia quasi-państewka w jej rosyjskojęzycznej części.

ad 5.
Dla wszystkich stało się oczywiste, że Rosję należy albo powstrzymać, albo zniszczyć. Wobec tego, że jej gospodarka importuje najniezbędniejsze rzeczy codziennego użytku i podstawową żywność, eksportując ropę i gaz, oczywiście należy uderzyć przez ograniczenie dochodów ze sprzedaży ropy i gazu. Niestety, nie jest obecnie możliwe wprowadzenie embarga, więc należy pracować nad zmniejszeniem zależności i przez to możliwości negocjacji cenowych. Dla wszystkich rozsądnych i mających pojecie ludzi jest oczywiste, że oznacza to politykę ograniczania zużycia przez poprawę efektywności zużycia i zastępowanie ropy i gazu innymi paliwami, w szczególności odnawialnymi. Nie węglem, bo przypominam, że Rosja jest też eksporterem węgla.  W oczywisty sposób zmniejszy to zakres przyszłych anomalii klimatycznych. Właściwie to znów jest to zasługa powyżej Nobla. 

ad 6. 
Najważniejszy, ale i najtrudniejszy do uzasadnienia punkt.  W pewnym sensie połączenie poprzednich. Połączona wola wszystkich istotnych państw świata w zamiarze powstrzymania Putina nie doprowadziła i IMO nie doprowadzi do konfrontacji zbrojnej na dużą skale. Być może Rosja dokona jeszcze jednej agresji. Ostatniej w swojej historii. 

Dla wszystkich gorącogłowych Sarmatów mam do przypomnienia dowcip:
dwa byki, stary i młody wychodząc zza wzgórza ujrzały w pewnym oddaleniu stado krów. 
Młody się odzywa: 
- chodź, pobiegniemy szybko i przelecimy jakieś. 
Na co stary odpowiada: trzy błędy w jednym zdaniu. Nie pobiegniemy, tylko podejdziemy, nie szybko, tylko spokojnie i nie jakieś, tylko wszystkie.

I właśnie tak będzie wyglądać i już wygląda reakcja świata. Wyrok na Rosję już zapadł, egzekucja chwile potrwa, Putin rycersko otrzymał czas na cofnięcie się, co głupio uznał za oznakę słabości. Obecne sankcje jeszcze nie wystarczą, są dopiero pierwszym ostrzeżeniem. Efektywnie świat wygląda zupełnie inaczej, niż w czasach zimnej wojny i nawet zakaz eksportu nowoczesnej technologii za dużo nie da, bo Chińczycy raczej go nie będą respektować. Ale zadziała na przykład coś zupełnie innego i znacznie prostszego, rotacyjne embargo: trzy miesiące na np. łożyska, potem 3 miesiące na akumulatory, i kolejne wystarczająco długie okresy, aby wywołać braki w zaopatrzeniu i wystarczająco krótkie, aby w Rosji nie opłacało się budować fabryk i rozpoczynać produkcji. Zwłaszcza, jeśli długość tego będzie nieprzewidywalna. 

Ludzie przestraszeni brakami w zaopatrzeniu zaczną oczywiście wykupywać pojawiające się dane dobra. A kupowanie na zapas akumulatorów obciąża gospodarkę, bo jest to z punktu widzenia krajowej ekonomii oczywiście idiotyczny sposób oszczędzania, przez niszczenie tych przykładowych akumulatorów od samego składowania, jeszcze bardziej drenując zasoby kraju jako całości.  Niekoniecznie będzie to dokładnie tak, ale z pewnym prawdopodobieństwem coś podobnego. 

Ze strony administracji USA, a nawet europejskiego nadzoru bankowego jest pełne zielone światło dla wszelkich kombinacji mogących oskubać Rosję, rosyjskie firmy i rosyjskich oligarchów powiązanych z Kremlem.  Ze strony nowego niemieckiego przemysłu energii odnawialnej, będzie to więcej niż entuzjazm.   Amerykańskie, szwedzkie i szwajcarskie firmy zbrojeniowe już zacierają ręce. Ponoć jakieś 6 tys. niemieckich firm robi jakieś interesy w Rosji, ale w tym miejscu wypada przypomnieć, że sama branża energetyki odnawialnej zatrudnia w Niemczech ok 400 tys osób, w większości dobrze płatnych i mających coraz większą siłę przebicia.

 W związku z tym, absolutnie  mnie nie dziwią wyniki sondażu pokazującego, że ponad 3/4 Niemców nie chce obecnie wzmocnienia militarnego wschodniej flanki NATO, a jednocześnie ponad połowa uważa, że Rosja stanowi zagrożenie dla pokoju i ma zamiar następnych aneksji. Znów: drodzy sarmaci, pamiętajcie o starszym byku.  I nie tylko. Niemcy to jest naród, który prędzej czy później przegrywał z nami, Polakami wszystkie wojny. Nie oczekujmy od nich szczególnej lotności myślenia. 

Najpierw Hans musi pogadać z Helmutem, potem Helmut z Rainerem, potem jeszcze Rainer z Hansem i wszyscy jeszcze raz. A potem są tak zmęczeni tym myśleniem i gadaniem, że się tylko biorą do roboty i już drugi raz nie zastanawiają. Na dowód absolutnej prawdziwości tych stereotypów mogę przytoczyć tweeta od samej Angeli Merkel, która zdaje się że dziś doszła do tych samych wniosków co ja 3 tygodnie temu i ogłosiła światu, że Niemcy nie są uzależnione od rosyjskiego gazu. 

A za kilka tygodni ma być ogłoszona nowa polityka energetyczna Niemiec. Spodziewam się dokładnie tego, co też już napisałem wcześniej. Oni naprawdę myślą tak powoli, ale potem zwykle dochodzą do imponująco sensowych wniosków. Dlatego spodziewam się ostrego przyspieszenia i państwowego wsparcia dla programu izolacji termicznej mieszkań i oszczędzania gazu dla celów grzewczych. BTW - wczoraj program zwiększania efektywności wykorzystania gazu ogłosił rząd Argentyny. Po latynosku niedorobiony, ale szybciej, niż najbardziej zainteresowani....
  
Nasz bohater, Władimir Putin, doprowadził do rozpoczęcia wojny ekonomiczno- technologicznej, która wobec miażdżącej przewagi Zachodu, zwłaszcza Niemiec, musi doprowadzić do podkopania potęgi eksportu surowców energetycznych Rosji, czyli do znaczącego osłabienia tego kraju. Osłabienie wpływów z eksportu, chaos ekonomiczny poprzez nieprzewidywalne sankcje, brak rozwoju technologicznego poza zbrojeniówką, nieefektywne zużywanie energii, kredyty zaciągnięte na rozwój produkcji surowców energetycznych przy możliwości szantażu przez odbiorców - to jest przepis na idealną katastrofę. Wyjściem byłoby jedynie szybkie przekształcenie Rosji w państwo narodowe, zdolne do przetrwania załamania gospodarczego. 

Ale nie po to stary byk strofuje młodego. Rosja zostanie rozmontowana kompletnie. Banksterka weźmie swoje, koncerny zbrojeniowe z USA ukradną kolejne technologie, Chiny i Niemcy będą mieć bezpieczne połączenie lądowe, Tatarzy swoje dwa kraje - Krym i Tatarstan. Po oddzieleniu Tatarstanu komunikacja pomiędzy europejską częścią Rosji a Syberią jest zerwana i są to dwa oddzielne kraje. To zupełnie poważnie, jak dla mnie, większość z racjonalnego przewidywania, ale trochę na wyczucie, Rosja jest dokładnie na kursie do rozpadu. Rosja posiada ledwo zbilansowaną gospodarkę już obecnie. Na horyzoncie czai się destabilizacja urządzana przez cały koncert mocarstw. Bez kultury technicznej i wynikającej stąd chęci i umiejętności modernizacji, bez działających mechanizmów zmiany władzy, dosłownie otoczona wściekłymi wrogami, to jest przepis na katastrofę, a przynajmniej poważną degradację państwa. 

 Z polskiego punktu widzenia taki los się szczerze Rosji należy, dla pokoju, rozwoju  i stabilności w tej części świata. Stąd wniosek o przyznanie nagrody Nobla uważam za całkowicie uzasadniony. 

Nowy raport z niemieckiej energetyki, czyli gwóźdź do trumny Gazpromlandii

Pojawił się nowy raport na temat produkcji energii elektrycznej w Niemczech w styczniu i lutym bieżącego roku. W świetle poprzedniego wpisu można powiedzieć, że jest mocny. Bardzo mocny, nawet mnie zaskoczył: pozytywnie, bardzo mocno potwierdzając tezę o zbędności rosyjskiego gazu dla Europy. Co więcej, wygląda na to, że Niemcy wyraźnie zmniejszą także import węgla w tym roku oraz jednocześnie może to być rok rekordowego eksportu elektryczności, zmniejszając zużycie gazu także w sąsiednich krajach.
A teraz najważniejsze konkrety:

1. Według zainstalowanej mocy najważniejsze typy elektrowni to kolejno fotowoltaika, wiatr, węgiel kamienny, gaz, węgiel brunatny, atomowe, biomasa i znikoma ilość wodnych. Tak, OZE już teraz zainstalowana mocą jest zbliżone do mocy zainstalowanej z paliw kopalnych. Przypominam, że jeszcze kilka lat temu fotowoltaika nie istniała jako poważne źródło energii, a wiatr był w powijakach.

2. Z kolejności wykorzystania poszczególnych źródeł elektryczności wynika bezpośrednie konkurowanie OZE z najdroższymi źródłami prądu. Dokładniej prąd z OZE sieci mają obowiązek przyjąć w każdej ilości, a następnie kupują od elektrowni kolejno według kosztów wytwarzania i jest to od najtańszego (w bieżącym użytkowaniu, bez liczenia kosztów inwestycji) atomowa, węgiel brunatny, węgiel kamienny, gaz. Stąd dokładnie zgodnie z zasadami, elektrownie gazowe, zamiast codziennie pokrywać szczyt zapotrzebowania, pokrywają go w wyjątkowych wypadkach jednocześnie słabych warunków wiatrowych i słonecznych. W styczniu były to 4 dni, w lutym 0. Cała produkcja z OZE zastępuje paliwa kopalne, a gaz w pierwszej kolejności.

3. Produkcja prądu z gazu spadła względem tego samego okresu 2013 roku o 29%, z węgla kamiennego o 16%, niewielkie spadki także przy brunatnym i atomie. Eksport prądu wzrósł do rekordowych historycznie poziomów, także oszczędzając paliwa kopalne w sąsiednich krajach.

4. Niemcy w styczniu i lutym nie słyną z obfitości słońca, a pomimo tego ilość energii z fotowoltaiki była w styczniu zauważalna, a w lutym już całkiem istotna. Wygląda na to, że już przy tej ilości zainstalowanej mocy, jaka jest obecnie, od kwietnia do września elektrownie gazowe będą praktycznie niepotrzebne. Szczyt produkcji fotowoltaiki i trudnej do zmniejszenia mocy zapewne regularnie będzie przekraczać zapotrzebowanie i elektrownie wodne oraz szczytowo pompowe będą pracować uzupełniając fotowoltaike i odbierając nadmiar prądu w środku dnia. Niekoniecznie przez cały ten czas, ale w wolne dni w lecie jest to praktycznie pewne.

5. Wbrew wieszczeniu lobby wielkiej energetyki, OZE nawet na dużą skalę zupełnie przyzwoicie współpracują z tradycyjna energetyką, ewentualny backup jest potrzebny niewielki, jedyny problem polega na drastycznym spadku dochodów właścicieli elektrowni konwencjonalnych i sieci przesyłowych. Chodzi o to, że elektrownie zarabiają sprzedając prąd, jeśli poziom użytkowania tychże gazowych spadł w sumie o ponad polowe w ciągu ostatnich kilku lat, to zarabiają dużo mniej niż planowano, co ma wpływ na kredyty, itp. A jednocześnie te elektrownie są w jakimś stopniu potrzebne. Dlatego tez w Niemczech obecnie toczy się dyskusja o płaceniu za gotowość do dostarczenia energii.

6. Elektrownie atomowe są kompletnie bez sensu. Obłędnie wielkie koszty i czas budowy, przy relatywnie niskich kosztach paliwa wymuszają dla i tak bezsensownie niskiej stopy zwrotu pracę na okrągło, przez co także projekty takich elektrowni nie przewidują możliwości łatwej regulacji mocy. Jak też pokazuje jeszcze nie rozpoczęta budowa nowej elektrowni atomowej w UK, wliczając koszty budowy, prąd z atomu jest dużo droższy niż z wiatru, czy nawet fotowoltaiki w warunkach północnej Europy.

7. Coraz większe znaczenie w Niemczech ma regulacja mocy elektrowni węglowych, zwłaszcza na węgiel kamienny, które przejmują rolę dawniej pełnioną przez gazowe. Tu informacja dla narzekaczy - w przeciwieństwie do zabytkowych technologii znanych z Polski, nowe europejskie projekty elektrowni węglowych (czy na biomasę) są robione nie tylko dla znacznie większych sprawności, ale przede wszystkim ze znacznie lepszymi możliwościami regulacji mocy. Tym razem to technologia wypiera gaz. Poza tym spadek produkcji energii z węgla kamiennego oznacza spadek importu tego węgla. Węgiel kamienny jest w Niemczech importowany, m.in. z Rosji, a przy tak znacznym spadku zapotrzebowania na paliwa kopalne, również import węgla w tym roku spadnie. Przewiduję, że na lato część elektrowni na węgiel kamienny zostanie po prostu wyłączona, ponieważ przy dużej produkcji ze słońca nie będzie co z tym prądem robić.

8. Przypomnę, że to wszystko się dzieje przy rekordowym eksporcie energii elektrycznej, którą OZE produkuje w znacznym stopniu w momentach szczytów zapotrzebowania (zimowe wieczory wiatr i środek dnia PV) zmniejsza w ten sposób głównie zużycie gazu do produkcji elektryczności w krajach ościennych.

9. Kolejny drobiazg do przypomnienia: rekordowo niskie ceny energii elektrycznej w hurcie (cena dla gospodarstw domowych, razem z zielonym podatkiem, to inna sprawa). Oznacza to, dla firm zwolnionych z zielonego podatku od prądu, śmiesznie niskie ceny elektryczności, co oznacza zabójczą dla innych konkurencyjność niemieckiego przemysłu ciężkiego. Np. Chińczycy narzekają, że rafinowany krzem do produkcji paneli fotowoltaicznych z Niemiec jest tak tani, że oni nie mogą z tym konkurować. Chińczycy !!!

10. Razem widać, że przekształcenie energetyczne ma sens, jeśli się je dobrze robi. Np. dla Polski droga w tej chwili jest oczywista - skopiować niemieckie regulacje, ale w wersji "dla biednych", czyli efektywnie np. ukraińskie regulacje z czasów pomarańczowych oraz jak najszybciej modernizować energetykę węglową. Po zakończeniu tego procesu można szacować zużycie węgla na poziomie 20-25% dzisiejszego (dwukrotny, czyli 50% dzisiejszego zużycia spadek przez wzrost sprawności do dzisiejszej nowoczesności, czyli 47,5% sprawności i reszta przez zastępowanie przez OZE). Przy zapewnieniu części dostępnej regulacji mocy przez energetykę wodną, nawet małą, może to być jeszcze mniej. To jest mój wniosek, ale rozwinięcie go i uzasadnienie to długi wpis, a może cała książka, więc na razie to pomińmy.

11. Całość doskonale potwierdza tezę o śmiertelnym zagrożeniu dla interesów Gazpromu, a patrząc na przysyłaną rosyjską propagandę i zachowanie Rosji, oni sami jeszcze wierzą, że bez ich gazu Europa zamarznie i upadnie w konwulsjach. Coś jak połączenie mesjanizmu z sarmackim mitem spichlerza Europy. Niech sobie wierzą, tylko my się nie dajmy na to nabrać. Te tendencje które jako zarys widziałem we wcześniej dostępnych statystykach są już tak krzyczące, że chyba nie można już dłużej zaklinać rzeczywistości.

12. Podsumowując tendencję: w Niemczech w energetyce wyparty przez OZE rosyjski gaz konkuruje z rosyjskim węglem. Na tej konkurencji stracić może tylko rosyjski sektor energetyczny, czyli efektywnie putinowska Rosja.

13. Gaz łupkowy nie ma z tym wszystkim nic wspólnego, a cena gazu z Rosji musi spaść do ceny zbliżonej do węgla (uwzględniając różnice w kosztach budowy i obsługi elektrowni), albo do ceny którą są skłonni zapłacić Chińczycy minus zapewne zbójecka oplata za tranzyt przez Kazachstan.

14. Niemcy nie mają co robić z rosyjskim gazem i w ich najlepszym interesie jest zablokowanie rurociągów przez Ukrainę. Prędzej czy później ktoś na taki pomysł wpadnie, bo jest zbyt oczywisty. Alternatywą musiałaby być obniżka cen gazu do poziomu węgla, więc Rosji też taka blokada się opłaca. Tak więc Rosja ma przechlapane w każdą stronę - albo będą sprzedawać gaz za 1/3 dzisiejszej ceny, albo połowę tego gazu co obecnie.


15. Jedyne co Rosję dziś ratuje to stosunek Angeli Merkel do energii odnawialnej, który jest niechętny, za to bardzo przyjazny dotychczasowym wielkim koncernom energetycznym. Ale nawet ona, nawet w koalicji CDU-SPD, z zielonymi w opozycji, nie bardzo może działać inaczej niż w oczywistym interesie Niemiec. 

Ukraina czyli zabawa trwa dalej..

Takie czasy, że pomimo ciekawych wydarzeń w innych miejscach świata to dalszy rozwój sytuacji na Ukrainie wszystkich emocjonuje- bo i z tych ciekawych rzeczy ta jest najwazniejszą.  
Oczywiście nie wiem, jak to się dokładnie wszystko skończy. Za to wiem i jestem pewien, że dzisiejsza putinowsko-imperialna Rosja przegrała. 

Tak, Rosja jest potężnym państwem, z solidną armią i w niektórych dziedzinach przodująca technologią, zwłaszcza wojskową. I co z tego. Teraz jest powszechnie oskarżana o bandycką napaść na sąsiednie państwo, tylko dlatego, że odwołano tam prezydenta-bandytę. Krótko mówiąc, Putin przegrał. Stracił możliwość dobrych stosunków z państwem, które jest koniecznym składnikiem jakiegokolwiek rosyjskiego imperium. Stracił też możliwość jego ewentualnego włączenia, przewrotem dyplomatycznym, siłą czy przekupstwem do swego imperium. Został sam. Nawet najbliżsi sojusznicy, jak Iran, czy Wenezuela nabrali wody w usta. 

Teraz Rosja może kontynuować działania siłą. Zajmie Krym. I co z tego? Obecny rosyjski reżim zostanie pariasem świata. Jeśli odpuści, straci twarz mocnego i nieustępliwego.  W pewnym skrócie został zmuszony do ryzykowania wszystkiego za nic. Krym w tym wszystkim nie ma znaczenia. Jest bez istotnego znaczenia strategicznego i zawsze był tylko jakimś zadupiem na uboczu wszystkiego. Jedyne znaczenie w ostatnich latach to utrzymywanie przez Rosję nie tak bardzo potrzebnej bazy Floty Czarnomorskiej, tak na wszelki wypadek, gdyby był potrzebny jakiś pretekst do mieszania się w sprawy Ukrainy. Ten pretekst właśnie teraz nastąpił. I nic. Zarówno cała Europa jak też USA i ONZ mniej lub bardziej wyraźnie naciskają na wycofanie sił Rosji. 

Z innej strony patrząc: rosyjska mentalność, która istnieje jako spadek po imperium o postaci  "co prawda jest u nas dziadowsko, ale za to mamy imperium" - otóż ta mentalność przestanie działać, kiedy druga część zdania przestanie być prawdziwa. Jeśli Ukraina zostanie oddzielona to będzie koniec. 

Dziś widać też, że Rosja już nie ma przyjaciół. Została tylko szorstka przyjaźń z Białorusią (która patrzy głównie na korzyści handlowe), Iranem (który sam w izolacji, potrzebuje partnerów do handlu) oraz Wenezuelą (egzotyczny sojusz, ale Republika Boliwariańska potrzebuje przyjaciół do walki z USA, proamerykańską oligarchią i równoważenia międzynarodowych koncernów naftowych). 

Nikt nie robi niczego z sympatii do Rosji i rosyjskiego reżimu. W wypadku np. Kazachstanu  można właściwie mieć pewność, że pomimo formalnie bliskich związków, unii celnej, itp., Kazachowie przy pierwszej okazji wbiją putinowskiej Rosji nóż w plecy.
W ten sposób dochodzimy do pominiętego przez wszystkich słonia w menażerii, czyli wspólnoty ludów tureckich. Która też istnieje. A ludy tureckie m. in. to krymscy Tatarzy, Kazachowie i oczywiście Turkowie. Wszyscy, z jak najbardziej historycznych i kulturowych powodów połączeni religią, zbliżonymi językami i kulturą, częściowo historią i nienawiścią do imperialnej Rosji. 

A ludy tureckie to także Tatarzy i Baszkirowie w Rosji. I to nie jest śmieszne. Dwa regiony (a właściwie jeden połączony mocnymi więzami kulturowymi i gospodarczymi) o istotnym nie tylko wydobyciu ropy i gazu, ale także nowoczesnym cywilnym przemyśle (zakłady Kamaz), co w Rosji jest raczej ewenementem. Dodawszy do tego, poparty wrogością do Rosjan, spadek udziału ludności rosyjskojezycznej w tym rejonie i już uprzednie próby ogłoszenia niepodległości przez Tatarstan - blado to widze. Rosja będzie się musiała zreformować, aby się nie rozpaść. Jeśli Putin przegra Ukrainę. Ale nie ma jak wygrać. Okupacja wojskowa Krymu, czy większego regionu pomoze mu utrzymac władze w Rosji i skompromituje Rosję do szczętu na arenie miedzynarodowej. Ustąpienie grozi buntem w Rosji. Dyskryminacja Tatarów Krymskich grozi separatyzmem tatarów nadwołżańskich i otwartymi pretensjami Turcji. Jedyne wyjście to w stronę demokratyzacji kraju, do czego ekipa kagiebistów jest raczej niezdolna. I jeszcze nie ma takich oczekiwań. Ale się pojawią. 

Razem z pytaniami dlaczego na Ukrainie od oddzielenia się zaczęło się poprawiać (jeszcze nie zaczęło, ale to kwestia miesięcy), dlaczego życie przeciętnego człowieka w Kazachstanie jest lepsze i łatwiejsze niż w Rosji, itp. Dotychczasowa odpowiedź - bo my dotujemy imperium - przestanie działać. I co? I nic. Pojawią się głosy o tym, że może przestaniemy być imperialistami i załóżmy normalne, rosyjskie państwo, z dobrymi relacjami z sąsiadami, Tatarzy z tego skorzystają aby się wynieść, itp. 
Dopóki ten kacapski burdel w całości jest trzymany kasą z ropy i gazu, jest dobrze. Ale to nie potrwa wiecznie. Rosja w przeciwieństwie do swoich klientów nic z tym nie robi. Tak, wiem Polska tez nie. 
Ale w Niemczech zużycie gazy w energetyce spadło w ostatnich 3 latach o ponad 1/4.  Dzięki OZE. Za czasów pomarańczowych na Ukrainie także ruszył relatywnie prosty program wsparcia dla OZE, aby jak najniższym kosztem zmniejszać zapotrzebowanie na paliwa kopalne. Kazachstan niedawno ogłosił zamiar skopiowania niemieckich doświadczeń. 

Tak jak w poprzednim wpisie pisałem, być może w zbyt skomplikowany sposób: ostatecznym końcem znanej nam dziś imperialnej Rosji będzie kwestia  szlaku tranzytowego z Chin. Albo się poddadzą, albo zostanie on odebrany pod przymusem ekonomicznym lub militarnym. W tej chwili postawienie Turcji i Rosji po dwóch stronach barykady jest przede wszystkim korzystne dla Chin. 
Tak jak poprzednio pisałem - dwie alternatywne z Chin do Europy drogi lądowe prowadzą przez Rosję lub Iran i Turcję. A Rosja agresją na Ukrainę wypisała się z grona państw poważnych i przewidywalnych. 
Także braki i zaniedbanie utrzymania potrzebnej Chinom infrastruktury stawia współpracę pod znakiem zapytania. 

Konkludując: dzisiejsze działania Putina i jego ekipy służą wyłącznie utrzymaniu władzy wewnątrz Rosji, co jeszcze przez jakiś czas się uda. Ani zajecie Krymu, ani bycie zmuszonym do wycofania się tego nie zmieni. Przed wewnętrzną opnią publiczną wyjdzie albo na twardziela, jak zwykle, albo na obrońce pokoju. 
Na zewnątrz już został obrońcą bandytów, przez niezwykle mądra dyplomację nowego rządu Ukrainy. Pozostało tylko pytanie: jak bardzo wyalienuje i zjednoczy Tatarów. Ale patrząc na kolekcję pecha i głupoty, która towarzyszy działaniom Rosji i ich przydupasów w tym wszystkim, to kto wie? Tak czy inaczej, rosyjski Majdan będzie, ale jeszcze nie teraz. Za to możemy zobaczyć małe Majdany w tureckich okręgach autonomicznych Rosji.

P.S.
A własciwie patrząc na charakterystykę gospodarki Krymu- po blokadzie lądowej granicy przez Ukrainę, nawet Rosja nie pomoże (a jeśli, to koszty tego będą obłędne), więc z separatystycznej Republiki Krymu zapewne rosyjscy mundorowi emeryci wyniosą sie bardzo szybko i za 2-5 lat pozostali, już stanowiący wiekszość mieszkańców Tatarzy i Ukraińcy uznają cały ten separatyzm za niekonstytucyjny i niebyły. Dobry opis gospodarki Krymu tu. A jak to będzie "Majdan" po tatarsku?

Magazyn płonie

Był dziś w Buenos Aires (samym mieście) pożar. Tragiczny. Spalił się magazyn, w trakcie zawaliła się ściana, zginęło 9 strażaków.
To by było tyle w temacie. Natomiast znacznie ciekawsze jest co to był za magazyn i co w nim było. Otóż należał on do firmy Iron Moutain, wielkiej korpo zajmującej się usługami przechowywania i archiwizacji danych. Jej akcje są składnikiem indeksu S & P 500, itd. Generalnie ma swoje oddziały w większej części świata i jako taka oferuje też ogólnoświatowe usługi archiwizacyjne, stąd należy się domyślać, że lwią część jej klientów stanowią także międzynarodowe korpo.

Z tymi ostatnimi w Argentynie jest aktualnie zabawnie. Do drobnych problemów Shella i czołowych banków inwestycyjnych, o których pisałem ostatnio dołączyli rolnicy. No, powiedzmy, że dla potrzeb propagandy w wydaniu organu prasowego Goldman Sachsa (Clarin, znaczy) nazywa się ich rolnikami. Chodzi mianowicie o Bulge International, Cargill i jeszcze jedną z wielkich agrokorpo, chyba Midland. Każda z nich to są setki tysięcy hektarów żyznej pampy w samej Argentynie, oprócz tego USA, ale też Europa Środkowa, zwłaszcza Rumunia, Ukraina, itd. Specjaliści od manipulowania rynkami i okradania całych państw (np. pierwsza z nich prawie oficjalnie prowadziła neoliberalną politykę ekonomiczną Argentyny w latach 1989-92). Ale oficjalnie są to biedni, wiecznie wyzyskiwani rolnicy....

Przy ostatniej kwestii spadku rezerw walutowych wypłynęło zupełnie poważne pytanie – gdzie są dziesiątki milionów ton pszenicy i soi z ostatnich żniw? Powinny zostać wyeksportowane, jak zwykle, i spowodować dopływ waluty do banku centralnego. I zostały- te zebrane przez mniejszych i średnich producentów. Osobiście prezes Sociedad Rural Argentina przyznał, że rolnicy mogą sobie oszczędzać w czym chcą, a jak lubią w zbożu i soi to będą i aktualnie „oszczędzają”. No mogą, ale trzymanie tej ilości w silosach i silosoworkach (chyba tak to jest po polsku?) jest nieco dziwnym zachowaniem. Zwłaszcza jak zaczyna przeszkadzać w następnych uprawach. Tak czy inaczej, chodzi o równowartość 30 MILIARDÓW dolarów, których nie ma w banku centralnym, bo sobie leżą na polach. A jak gdzie i dokładnie od kiedy, jakie są zobowiązania tego dotyczące i kto czym handlował nie wiemy. Nie wiemy także po co Shell składał zlecenie kupna dolarów dwa tygodnie temu, ani dlaczego znane banki inwestycyjne zamiast same zarobić na tak lukratywnym zleceniu albo chronić klienta je zmieniając, złożyły w imieniu klienta zlecenie na rynku. I już się nie dowiemy, bo dziś właśnie spłonął magazyn z dokumentacją... My, zwykli obserwatorzy, to oczywiście jedna sprawa, ale znakomicie to także utrudni działanie prokuraturze, w tym Wydziałowi Przestępstw Finansowych, który w zeszłym tygodniu wszczął śledztwo w sprawie manipulowania kursem peso przez Shella i banki....

A tak przy okazji: podobny pożar magazynu dokumentów tej samej Iron Mountain był w Londynie w 2006. Też budynek spłonął do fundamentów, na szczęście wtedy nie było ofiar- za to później policja ustaliła, że było to podpalenie. Sprawców bodajże nie znaleziono.  

Ropa w USA, czyli przyszłość świata, czyli proroctwa na nowy rok

Ponoć wszyscy z okazji Nowego Roku składają jakieś obietnice, albo starają się przewidzieć nowy rok. Też chyba tak kiedyś robiłem i może efekty nie były aż takie złe - niektóre rzeczy się sprawdzały. Ale ponoć statystycznie się tak może zdarzyć, więc na ten rok za dużo nie przewiduję.  A raczej przewiduję - że będzie na świecie jeszcze relatywnie spokojnie i bezproblemowo a potem zacznie się zabawa.

To zaczynamy: przypomnę moją wielokrotnie powtarzaną tezę, ze na dłuższą metę fundamentem zamożności społeczeństwa jest dostępność taniej i niezawodnej energii oraz system społeczno – polityczny pozwalający na korzystanie z tego jak najszerszym warstwom społeczeństwa, tworząc stabilną klasę średnią. 
Takie piękne warunki były np. w USA pomiędzy II wś a kryzysem naftowym. Po prawdzie były tak piękne, że jeszcze prawie 40 lat później klasa średnia istniała i miała się dobrze.  Tak ładnie już nie jest. Każdy kto nie jest wspaniale ustawionym oligarchą, albo członkiem wyższej klasy średniej, a ma jakiekolwiek możliwości i odrobinę oleju w głowie, opuszcza ten dawniej piękny kraj, który obecnie zresztą w ilości więźniów prześcignął stalinowski ZSRR. . Z resztą polecam pokaz slajdów pod linkiem...
Nie o więźniach jednak jest mowa, a o znacznie ciekawszej rzeczy. Nie żeby mnie nie obchodziło te 1,5 mln ludzi w łagrach, ale nic z tym nie zrobię, poza dawaniem dobrych rad typu nie jedźcie tam, a jak mieszkacie, to uciekajcie dopóki się da (jak długo się da? Nie wiem, ale spróbuję zgadywać).

Ową znacznie ciekawszą rzeczą jest rewolucja łupkowa a dokładnie reakcje polityków i biznesu na nia. Otóż - piewsza rzecz i nie tak oczywista - gaz łupkowy istnieje. Ropa z łupienia skał też. Ale jest nieprawdopodobnie drogi w produkcji. Na tyle, że można śmiało ogłosić bliski koniec rewolucji gazowej w USA. Dwie największe firmy już się przewróciły, inne pewnie czeka to wkrótce. Co prawda przy zasadach upadłości w USA te firmy nadal będą działać, oddłużone i z nowym startem czyli majątek produkcyjny pozostanie. Nie zmienia to jednak faktu, że przy obecnych cenach gazu produkcja jest zupełnie nieopłacalna i prawdopodobnie już spada. Czyli obecny rok pod znakiem spadającej produkcji i rosnących cen gazu w USA.

W wypadku ropy sprawa jest znacznie poważniejsza i tu USA są, jak zwykle, centrum świata. Należy zacząć od jednej rzeczy - wydobycie ropy konwencjonalnej w USA spada. W dolnych 48 stanach od 1970 roku, na Alasce od 1986. Ten spadek był początkowo rekompensowany spadkiem zużycia (polityka oszczędności i efektywności energetycznej Cartera i symboliczne panele do grzania wody na Białym Domu) a następnie ostentacyjną polityką imperialną na zasadzie nam się należy, bo mamy armię i deindustrializacją zamiast oszczędzania (jak przemysłu nie ma to nie zużywa się zasobów), czego świetnym symbolem jest demontaż tychże paneli z Białego Domu na polecenie Reagana. Więc pod hasłem dolary za ropę a jak nie to wyp*** gospodarka się mogła toczyć następne 20 lat.  Metoda ta jeszcze zupełnie dobrze działała przez te 20 lat - choć osobiście podejrzewam, że solidna część budżetu dyplomacji,  CIA i okolic szła na przekonywanie o wybitnej długoterminowej wartości dolara i jego niezastępowalności w handlu i oszczędzaniu. Ale to znów dygresja. 

Zasoby ropy do złupienia w USA to są głównie pola Eagle Ford (w Teksasie) oraz Bakken (głównie Północna Dakota). Wiele wskazuje na to, że Eagle Ford jest u szczytu wydobycia i wkrótce owo wydobycie zacznie spadać - jako ze to ropa ze skał do szczelinowania, a z tym wiadomo jak jest. Inne szacunki mówią co prawda o kolejnych 6-8 latach, czyli w tym roku się przekonamy. I będzie to BARDZO WAŻNA INFORMACJA. Jeśli wydobycie zacznie spadać, albo tylko znacznie spowolni wzrost - będzie można precyzyjnie określić  czas upadku Stanów Zjednoczonych. Nie przesadzam.

Dotychczasowe doświadczenia pokazują, że zawał ekonomiczno-kredytowy następuje w 3-4 lata po szczycie wydobycia surowców energetycznych, a czas ten może zostać przedłożony wskutek mobilizacji wojennej (dla niedowiarków - szczyt węgla w UK 1913, ropa w ZSRR: 1986,  Argentyna ropa: 1998, Egipt ropa: 2007, itp. - dość przykładów na mocną korelację). Korelacja może zostać zaburzona przez alternatywny rozwój, np. przemysłu o dużej wartości dodanej, restart gospodarki eksportowej przez dewaluację, utrzymanie eksportu kosztem bezkonfliktowego ograniczenia konsumpcji (dość trudna sprawa) - ale to wszystko są wyjątki. W skali USA nierealne. 
Dlaczego czepiam się tego jednego pola naftowego?   Prosta odpowiedź - bo jest najważniejsze :) Po prostu było to pierwsze pole łupienia skał roponośnych na taką skalę. Bakken jest o ok. rok późniejszy w krzywej wydobycia, a pozostałe nie maja znaczenia. Jeśli dowiemy się jak szybko te pola zaczynają się kończyć, dowiemy się kiedy wydobycie w USA zacznie BARDZO SZYBKO spadać, ponieważ skumuluje się efekt wyczerpywania się konwencjonalnych złóż oraz przyspieszony spadek z łupienia. 

Przy okazji należy zdementować jeszcze jedną historyjkę o gigantycznych rezerwach - 3/4 tych rzekomych rezerw jest w basenie Monterey. W Kalifornii. Szczelinowanie jest niebezpieczne dla środowiska, mocno wątpliwe na uskokach tektonicznych oraz wymaga olbrzymich ilości wody. W relatywnie proekologicznie nastawionej Kalifornii, na gigantycznym uskoku tektonicznym i trzeci rok z rzędu pozbawionej dobrych zimowych opadów pozwalających odbudować lodowce i uzbierać wodę dla rolnictwa i ludzi na resztę roku - niemożliwe (właśnie ogłosił gubernator stan klęski suszy..). W stanie, gdzie ludzie potrafili się zebrać i wyrzucić gubernatora. Relatywnie jednym z bardziej demokratycznych w USA. Przed realnym stanem wyjątkowym - można zapomnieć. Dlatego zostaje Eagle Ford i Bakken. Ten drugi zacznie się kończyć ok 1-1,5 roku po pierwszym, 3-4 lata później można się spodziewać już ostatecznego zawału gospodarki USA albo wojny mającej go ukryć. Nic innego raczej już nie zadziała, bo kumulacja spadku ze źródeł tradycyjnych i szczelinowania może osiągnąć łącznie ok 6-9% rocznie. Gospodarka tak uzależniona od ropy nie jest w stanie tego wytrzymać. Po prostu zmniejszanie konsumpcji w takim stopniu z zachowaniem spójności gospodarki i spokoju społecznego jest nierealne (choć to drugie przy 750 więźniach na 100000 mieszkańców już tak).

Istotny tu jest także Meksyk i Kanada. Wielki przegrany i jak na razie wygrany peak oil i zmian klimatu. Wydobycie w Meksyku spada. Szybko. Na tyle, ze rząd dopuszcza obecnie obce firmy naftowe do inwestowania, pomimo tego, że państwowa własność wydobycia ropy jest częścią tożsamości tego kraju. 
Kanada dla odmiany - wydobycie z łupków roponośnych, czyli piasków bitumicznych (nie mylić wzorem Szczęśniaka z ropą z łupków!!!) - pomimo trucia środowiska na potęgę, wydobycie rośnie. Względnie łatwe, bo to po prostu kopalnia odkrywkowa gęstego czegoś, co można hydrokrakingiem zamienić w coś podobnego do ropy naftowej. A potem wywozić pociągami (np. Warren Buffet zakupił w 2009 linie kolejowe obsługujące m.in. ten obszar - to jest umiejętność inwestowania). Tam wydobycie także rośnie i to razem pozwala przejśc do sedna sprawy. Na dziś Ameryka Północna jest gdzieś w okolicach samowystarczalności energetycznej, a propaganda i totumfactwo koncernów energetycznych utrzymuje, że to na stałe, a co najmniej na 2-3 dziesięciolecia. Osobiście w to nie wierzę, stąd te wątpliwości co do Eagle Ford.

Fakt niezależności energetycznej Am. Pół. (albo czegoś dośc blisko tego) oraz wewnętrzne przekonanie o trwałości tego zjawiska, jak też w pełni rozpoznane zagrożenie utraty statusu supermocarstwa i pochodzącej stąd renty druku pieniądza implikuje nam bardzo ciekawą strategię.  Otóż w tym wypadku najlepszą metodą działania w interesie USA i rządzącej oligarchii jest NISZCZENIE azjatyckich i afrykańskich instalacji wydobycia ropy. Po prostu w ten sposób hamują gospodarkę Chin (w nie najbardziej to uderza), Europa ma ropę z Rosji, która to Rosja sobie z różnymi rewolucyjnymi prowokacjami na razie dobrze radzi. Chiny muszą importować droga morską. Starają się z krajów, z którymi zawierają porozumienia handlowe (czytaj chińskie wyroby przemysłowe za surowce, rozliczenia w yuanach) - co jest śmiertelnym zagrożeniem dla USA. Z jednej strony eliminacja dolara, z drugiej wzmacnianie chińskiej gospodarki. Dla drobnego przykładu: kto zwrócił uwagę, że po wybuchu rewolucji w Libii rząd Chin ewakuował tysiące swoich obywateli stamtąd? Sudan Południowy: ponoć został już w całości przez Chińczyków kupiony, aż nagle wybuchła wojna domowa i wydobycia i eksportu brak. Tego się w tym roku spodziewam więcej. Na ogólnoświatowym rynku naftowym ciężko powiedzieć, co gdzie trafia statkami  (bo rurami to łatwiej), więc też trudno powiedzieć kto jest na celowniku. Wiadomo, że Wenezuela, ale w tym wypadku krecia robota w celu destabilizacji kraju trwa od pierwszej elekcji Chaveza. Każdy kraj, który nie pozwala za łatwo zarabiać spekule z Wall Street i ma ropę na eksport, jest zagrożony. W ten sposob Irak, Północna Afryka, Syria, Iran łacza się w logiczną całość. A władze Iranu najwyraźniej dobrze wiedzą w co grają. Na razie najcenniejszy dla nich jest czas. Jeszcze 5 lat w miarę dobrych stosunków z USA i wygrali. Znaczy na tyle dobrych, aby amerykańskich bombowców nie było nad Teheranem. Dobra obrona przeciwlotnicza pomaga w tym wypadku w utrzymaniu dobrych stosunków.

Ale - trochę spekulując - anglosasi maja najlepsza na świecie propagandę. Zanim świat się dowie o skali ich problemów (na razie jeszcze nie wie o braku przemysłu, degradacji gleby  i wyczerpywaniu zasobów naturalnych...) nie jednemu frajerowi się wciśnie dowolna historyjkę, np. aby wywołać piękna mała wojenkę osłabiając dwóch przeciwników i obu stronom sprzedając broń (komuś to przypomina wojnę iracko- irańską?)
Celem jest oczywiście eliminacja zagrożenia ze strony Chin. Obiektywnie najlepiej by to było zrobić połączonymi siłami Rosji i Japonii. Ale to już czysta spekulacja.
Prawdziwe jest wydobycie z Eagle Ford i Bakken. Jeśli wkrótce zacznie spadać - cóż. Drugiego Reagana, który w ciężkiej sytuacji potrafił sprzedać i zniszczyć co naród miał po to, aby przestraszyć na śmierć przeciwników i uzyskać jeszcze chwile iluzji dobrobytu - być nie może. Bo już nie bardzo jest co sprzedawać.  2015 to będzie rok wyborczy - obowiązkowej prosperity, chwile jeszcze podziała - bo inwestycje przedwyborcze też chwilę zadziałają i od 2016 albo drastycznie zwiększone zakupy (ze zmniejszonej własnymi bombardowaniami podaży...) albo zwijamy gospodarkę. Bardzo szybko. 
CDN w postaci opisu konsekwencji dla świata.

Tanie mieszkania na wynajem w Warszawie i całej Polsce.... Jakie to piękne.

Wyczytałem sobie, że Bank Gospodarstwa Krajowego ma zająć się wynajmowaniem mieszkań. Nawet o 20-30 % taniej niż cena rynkowa. Zasadniczo, taki pomysł nawet ma ręce i nogi. Oczywiście, gdyby był zrobiony z sensem- znaczy BGK na gruncie który akurat posiada (a bank zwykle trochę ma z windykacji) zatrudnia generalnego wykonawcę i przez spółkę celową zajmuje się budową i następnym wynajmem. Znikają koszty transakcyjne pozbycia się nieruchomości, inwestycja może nawet przynosić uczciwy zysk, itp.
Ale- zejdźmy na ziemię- w banksterskim folwarku rządzonym przez pajaca nic co ma ręce i nogi tak łatwo się nie zdarzy. Ale za to jest parę interesów do zrobienia. Po pierwsze BGK jest realna przeszkodą do trwałej kolonizacji Polski. Jest jednym z ostatnich banków, gdzie w razie przyzwoitego rządu wystarczy wymienić władze i jest pewien instrument finansowania krajowej gospodarki- i rząd to może zrobić. Poza tym- dzwonkiem ostrzegawczym jest tu cena rynkowa. Przecież w Polsce nie ma głębokiego rynku wynajmu. Nie ma firm masowo się tym zajmujących, nie ma przyzwoitych regulacji, itp. Więc co? 20-30 % mniej niż na nieistniejącym rynku? Toż to ciężka ściema.
Więc jedna strona jest jasna- program ma na celu zaszkodzenie BGK, czyli musi być bez sensu ekonomicznego. Ale- racjonalnie myśląc i mając odrobinę pojęcia o biznesie – ktoś jeszcze musi na tym zarobić. Z punktu widzenia drobnych i średnich biznesików- dużo zarobić. Dla wyjaśnienia- przy większych interesach marża 100% to taka, która zaczyna być interesująca. Jeśli ktoś zarabia znacząco mniej, to zwykle znaczy, że bierze forsę także z drugiej strony. I w ten sposób dochodzimy do deweloperów. Koszt budowy m2 mieszkania wynosi teraz ok 3300-3900 zł w Warszawie i jakieś 20-30% mniej w innych miastach. Do tego należy doliczyć cenę gruntu- dla Warszawy 500 do nawet 1500 zł za m2 powierzchni mieszkalnej (albo mieszkaniopodobnej...). Cała reszta, to poza wynagrodzeniami, relatywnie najsolidniejszymi prawników, ale tez w przeliczeniu na m2 deweloperki- pomijalnymi, to jest zysk dewelopera. I jak nie mam nic przeciwko zyskom (sam je lubię...) tak w skali całego rynku marże tego poziomu muszą prowadzić do patologii i oczywiście się tak dzieje. Nagonka medialna na zaciąganie kredytów na wspomaganie deweloperów (tzw. zakup mieszkania), zero nawet odrobinę sceptycznych głosów w maistreamie, itp. Mamy więc klikę deweloperów, osiągających praktycznie bez pracy i inwestycji horrendalne zyski. To musi przekładać się na władze polityczną, przynajmniej przy pewnym poziomie. Choć- dziś już nie jest tak różowo- ceny może trochę realnie spadają, na pewno nie rosną, koszty budowy i tak rosną- kto rozsądnie podszedł do tematu- czyli albo ograniczył skalę działania i obniża ceny (to mniej rozsądne) albo zalewarował się bardziej, wyciąga kasę z wydzielonej spółki na Cypr i ewentualnie lobbuje (to bardziej rozsądne podejście) ten jakoś działa. Jako, że deweloperzy nie są głupi- co do zasady, większość słusznie liczy. Liczy na rozwiązanie ustawowe i liczy kasę na Cyprze (i w okolicach).
Czas wrócić do BGK. Będę prorokiem- początek roku, wszyscy są :). BGK kupi od deweloperów, po cenach ofertowych mieszkania. Nawet da się rozsądnie uzasadnić, że kupi całe bloki, co nieśmiało sugeruje, że lokalizacje w których nie sprzedano ani jednego mieszkania w bloku są.... yyyy trzeciej kategorii?
Przy okazji- cały ten cyrk to nie takie dymienie bez sensu. Z początkiem tego roku w fazę upadłości układowej (teraz to się chyba nazywa restrukturyzacyjnej?) weszła spółka Gant. Oni lewar opanowali do perfekcji, ale ponoć miasto opowiada, że następny w kolejności może być Polnord. I jakoś po tych opowieściach przypomniało mi się, że kiedyś widziałem umowę spółki Polnord (i paru innych w holdingu też), sporo jeszcze przed przekształceniem w S.A. a tym bardziej ofertą publiczną. I jakoś mi się wydaje, że lista wspólników bardzo przypominała listę ważnych polityków Trójmiasta, choć zupełnie nie mogę sobie przypomnieć nazwisk.
Więc spokojnie należy poczekać i popatrzeć – kasa z BGK czy upadłość Polnordu? Stawiam na to pierwsze- oczywiście pewną alternatywą może być nagła upadłość rządu, bo przy obecny powolnym rozkładzie raczej oligarchia ma przewagę nad państwową własnością. To ostatnie spostrzeżenie zresztą jest istotne- efektywność zarządzania państwowym majątkiem jest po prostu zależna od siły oligarchii na nim pasożytującej- jeśli rząd jest silny a oligarchowie są zmuszeni funkcjonować na rynku- okazuje się zwykle, że państwowa własność jest całkiem efektywna i przynosi nie tylko przyzwoite efekty finansowe, ale często znakomite społeczne.
P.S.
W związku z męczącą i bez sensu dyskusją pod przedostatnim wpisem oraz oraz merytoryczną zawartością obecnego- pod tym wpisem komentarze o ogólnym zabarwieniu w stylu tępego neoliberalizmu wylatują. Bez ostrzeżenia.