Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rurociąg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rurociąg. Pokaż wszystkie posty

Rewolucja energetyczna, oligarchia i postprawda.

Żyjemy w czasach rewolucji energetycznej, czyli w swej istocie kolejnej rewolucji przemysłowej (więcej o tym w tym tekście). Zmiana dominującego sposobu pozyskiwania energii i transportu zawsze stwarza nowych wygranych i przegranych. Ci którzy mają wygrać siedzą cicho i pracują, ci którzy mają przegrać, głośno krzyczą jak to jest świetnie, a po cichu szukają frajerów, którzy odkupią od nich biznesy, które jeszcze jakoś działają, ale świetlistej przyszłości nie mają żadnej.
Ten schemat się powtarzał nie raz. W czasach rozwoju żeglugi i możliwości taniego importu zbóż, arystokracja dzielnie trzymała się przy władzy, po cichu sprzedając majątki, a pieniądze pakując w huty i kopalnie. Ta operacja była możliwa dzięki temu, że posiadanie majątku ziemskiego łączyło się z prestiżem i/lub możliwością udziału we władzy państwowej, więc istniał na nie zbyt pomimo oczywistej nieatrakcyjności takiej inwestycji. Choć oczywiście udział we władzy i kontrola nad mediami pozwalała długo przekonywać publikę, że jednak nieruchomości ziemskie są doskonałą i dochodową rzeczą.
Identyczne procesy zachodziły przy okazji kolejnych zmian. Zapewne duże pieniądze były przeznaczane na to, aby przekonać publikę, że kanały żeglugowe mają się świetnie, kiedy cały interes już dawno zżerały pociągi i ciężarówki. Nie inaczej było cały czas z fabrykami wyposażonymi w starsze maszyny, etc.

Dziś trwa sobie nowa rewolucja energetyczna. Cały przemysł węglowy znika w odmętach przeszłości, zarówno górnictwo, jak też energetyka. Widać już dość dobrze, że bateryjne pojazdy elektryczne są zwyczajnie lepsze w olbrzymiej większości zastosowań od pojazdów spalinowych. Za tym musi przyjść spadek popytu na ropę i upadek przynajmniej niektórych z dzisiejszych producentów samochodów (zapewne większości).
Wiadomo, że energetyka odnawialna pozwala na skokowy spadek kosztów energii, tak samo jak pojazdy bateryjne. Oraz wiadomo, że mamy na świecie problem z klimatem spowodowany spalaniem paliw kopalnych, nie wspominając o "zwyczajnym" zanieczyszczeniu powietrza. Rozwiązaniem każdego z tych problemów jest przejście w całości na energetykę odnawialną i elektryfikacja transportu (i używanie biopaliw w nielicznych miejscach gdzie elektryfikacja jest niemożliwa lub zbyt kosztowna).
Rozsądna dyskusja może i powinna się toczyć na temat ścieżki likwidacji niepotrzebnego przemysłu, rozbudowy potrzebnego i zastępowania go, szans jakie to daje, mobilizacji ludzi i kapitału. W wielu miejscach się ona toczy.
Taka dyskusja powoduje jednak jedną, bardzo ważną rzecz- zarówno klasa polityczna, jak też opinia publiczna zdaje sobie sprawę, że model biznesowy oparty na paliwach kopalnych i silnikach wewnętrznego spalania jest skończony. Że fabryki działają i działać będą, ale żadnej przyszłościowej wartości nie mają, ich wartość należy wyliczać w ten sposób, ze można ich używać aż do zużycia i porzucić. Tak samo jak bezwartościowe się staną dotyczącego tego patenty, etc. To jest znacząca różnica w wycenie wszelkich firm. Zaczynając od odpowiedzi na pytane czy problemy z płynnością kopalni węgla są chwilowe i można trochę ją dokapitalizować i mieć poważny majątek, czy to tylko dziura w ziemi z której nigdy się nie wyciągnie ani grosza. 
Każde z tych pytań, a jest ich tysiące może być warte nie milion, a sto milionów. Albo kilkadziesiąt miliardów. Dolarów.

Zupełnie logiczną konsekwencją takiej sytuacji jest chęć przekonania przez aktualnie umoczonych w stary system, że absolutnie nie ma żadnej rewolucji, wszystko jest dokładnie tak samo jak było, a ci, którzy twierdzą inaczej to grupka fantastów i wariatów.

Wielki przemysł ma dość łatwo, bo opracował w ciągu dziesięcioleci metody i ma na usługach wystarczające sztaby ludzi, aby panować nad przekazem nawet przez dziesięciolecia. I ogłupić publikę do stopnia w którym nie można przeprowadzić dyskusji nad najprostszymi rzeczami. Przecież to jest zupełnie nieprawdopodobne z każdego rozsądnego punktu widzenia, że w ogóle dopuszczono do sprzedaży benzynę zawierającą ołów oraz, że nie wzbudziło to powszechnej dyskusji publicznej i refleksji przez kilka dziesięcioleci.

Dane o szkodliwości palenia tytoniu oraz badania nad siłą uzależnienia i metodami jego leczenia były jakby rozmywane i znikały z dyskusji publicznej. Dopiero procesy sądowe wykazały, że było to działanie z premedytacją prze koncerny tytoniowe, a kluczową rolę grała tu mała garstka skorumpowanych naukowców i olbrzymie budżety reklamowe, które pozwalały wpływać na linię praktycznie każdego medium o większym zasięgu.
To samo, tylko na znacznie większą skalę zostało powtórzone przy okazji debaty o zmianach klimatycznych.  Pieniądze firm od paliw kopalnych są znacznie większe, niż te o których koncerny tytoniowe mogły w ogóle marzyć.
Jedną z metod jest podważanie ustalonych faktów za pomocą pseudoinstytutów i podejrzanych uniwersytetów, które otrzymują relatywnie duże pieniądze za żyrowanie tekstów przygotowanych przez lobbystów jako prac naukowych. Następnie te rzekome prace stają się podstawą do następnych "badań naukowych". Całość treści takich badań można zawrzeć w jednym zdaniu :rozmywamy i podważamy nawet najbardziej oczywiste i wielokrotnie udowodnione fakty, które sa sprzeczne z interesami. Nie mówimy tu o żadnych kontrowersyjnych problemach. Mówimy o rozmywaniu powszechnej i znanej od stuleci wiedzy. Jak to, że metale ciężkie są śmiertelnymi truciznami, ale w mniejszych dawkach najpierw niszczą zdrowie fizyczne i psychiczne.  Następnie, kiedy już mamy "instytuty" i "badania naukowe" to możemy zacząć organizować "szkolenia". Zwłaszcza, że pieniądze nie grają roli to możemy oprócz "szkoleń" jeszcze dotować stosowne organizacje.

A kto może i powinien być beneficjentem takich szkoleń oraz dotacji? Przecież nie ten, kto rozumie na czym to wszystko polega. To jest prosty, czysty i oczywisty wróg. Beneficjentem powinien być ten kto po pierwsze nic nie rozumie, a po drugie ma lub może mieć w przyszłości wpływ na politykę. Nic nie stoi na przeszkodzie takiego kandydata wspomóc na każdym etapie kariery.

Wystarczy, że dzięki temu system utrzyma się jeszcze przez kilka lat. Wydatki na to wszystko są jedynie drobnym ułamkiem zysków. W bonusie mamy możliwość dociągnięcia przez prezesa do emerytury bez zainteresowania organów ścigania.

Na to ten schemat i metody dopracowane przez przemysł tytoniowy została dołożona druga warstwa. Dopracowane przez kremlowski reżim metody ogłupiania społeczeństwa przez tak intensywne podawanie sprzecznych komunikatów i masowe promowanie najdzikszych bzdur, że przeciętny człowiek po relatywnie krótkim czasie przestawał odróżniać prawdę od fałszu, co otwierało możliwości zupełnie bezkarnego robienia w polityce dokładnie wszystkiego, bo nikt nie był w stanie sam ocenić prawdziwości informacji, ani nawet wiarygodności źródeł.

W zakresie kształtowania opinii publicznej w interesie Rosji jest praktycznie dokładnie to samo, co w interesie zachodnich koncernów naftowych, więc kto stoi za daną częścią propagandy czasem jest trudne do odróżnienia. W końcu Rosja jest też faktycznie koncernem naftowym. W dość dobry sposób media Murdocha z Fox "News" na czele nauczyły się kremlowskich metod manipulacji społeczeństwem, a może było odwrotnie. Nikt tego nie wie, są to w końcu czasu postprawdy.
Interesy są te same, ale dla prezesa zachodniego koncernu najgorszą sprawą może być grzywna czy wyrok w zawieszeniu. Dla rosyjskich oligarchów, z prezydentem włącznie jeszcze większy spadek dochodów z ropy może oznaczać konieczność szukania państwa które im udzieli azylu.

Nie twierdzę, że każda decyzja i zawsze jest skutkiem lobbingu albo wsparcia przez stosowne koncerny kariery ludzi, którzy im pasują. Czasem rozsądny mąż stanu też podejmuje decyzje wprost w interesie określonych lobby. W niektórych przypadkach nawet długa i rozsądna dyskusja prowadzi do konkluzji, że trzeba udzielić czasowego wsparcia określonym gałęziom przemysłu. 
Czego przykładem jest polityka Niemiec, którym regularnie zarzuca się hipokryzję. I słusznie, bo odstawiając paliwa kopalne w energetyce, w przypadku transportu nieco pracują nad zmniejszeniem udziału samochodów osobowych, ale nie robią nic, co mogłoby naruszyć interesy lub choćby postrzeganie na świecie wielkich niemieckich producentów samochodów.  Którzy sami zajęli się truciem, jak zawsze, zamiast zmiany modelu biznesowego na możliwy do utrzymania w przyszłości.
Ale jedno to kompromis, czy nawet hipokryzja w ramach rozsądnej polityki, a drugie to jej kompletna negacja i działanie wprost w interesie całego tego towarzystwa.

Ten olbrzymi napływ pieniędzy i nacisk na opinią publiczną był w wielu miejscach naprawdę skuteczny.  Prezydentem USA został człowiek, który w każdym możliwym miejscu działa na rzecz lobby paliw kopalnych. 
Na szczęście przy okazji jest kompletnie nieudolny, więc działania regularnie przynoszą odwrotny efekt. Po wypowiedzeniu porozumień paryskich poszczególne stany, pod przewodnictwem gubernatorów Kalifornii i Nowego Jorku przejęły pałeczkę i zadecydowały o samodzielnym ograniczeniu emisji CO2 w na tyle przyspieszony sposób, że wykonają paryskie zobowiązania USA. Próba zniesienia sankcji wobec Rosji spowodowała to, że Kongres się obraził i sankcje przedłużył i zaostrzył. W tym wobec kolejnych oligarchów, a to własnie jest największy problem- potrzebują pieniędzy zablokowanych w ramach sankcji, gdy będzie czas zwiewać z Rosji. Najwyraźniej wielki biznes od trucia wszystkiego razem z  rosyjskimi wspólnikami w przypadku promowania Trumpa trochę przesadził. Pomysł był niezły- wziąć największego durnia, który nie będzie nic rozumiał i sterować go przez telewizor, bo z czytaniem słabo. Tylko poszło za dobrze. Dureń nie potrafi wykonać prostych poleceń.

Za  to nowy prezydent Francji nie przejmuje się niczym i zadecydował o wprowadzeniu kompletnego zakazu sprzedaży samochodów spalinowych. Za 23 lata, ale to jest konkret, z konkretnym terminem w poważnym kraju przemysłowym. Do tego czasu pozostanie jedynie dość małe zużycie paliw kopalnych w energetyce, głównie gazu, który jest potrzebny do bilansowania przerośniętej floty atomowej. Ta deklaracja to praktycznie wyrok śmierci dla biznesu naftowego. I Rosji przy okazji, oczywiście.

I na deser zostanie Polska. Kraj, który tak idealnie wpisuje się polityką rządową w interesy lobby węglowo- naftowo- rosyjskiego, że naprawdę nie wiadomo, czy to spisek i plan, czy po prostu wskazówki dotyczące polityki wprost przychodzą ze stosownych central do ministra, albo nawet bez jego pośrednictwa do departamentów legislacyjnych. Tak naprawdę nie podejrzewam, że mogą przyjść z którejkolwiek polskiej firmy, to nie ten poziom refleksji i orientacji w świecie. Ale z wielkich koncernów kontrolujących elektrownie węglowe? Jak najbardziej. Z zachodnich firm naftowych? Mniej, one w Polsce nie mają dużych interesów. Z Rosji? Ci mają. W każdej części rynku paliw kopalnych.
Teoretycznie można do tej listy dopisać jeszcze administrację Trumpa, ale wybory w USA nic w tej części polskiej polityki nie zmieniły, ta sprawa była wcześniejsza. Zapowiedzi i jasny kierunek był wskazany już przed wyborami w Polsce.
I tak samo jak Trump i Tillerson robią wszystko, co mogą w interesie Rosji, a że działają w ramach administracji i są nieudolni, to faktycznie niedużo mogą, tak działania polskiej administracji są w realizacji tychże wspólnych interesów Rosji i koncernów naftowych znacznie skuteczniejsze. 

Tak wygląda cała ta historyjka. Najpierw trzeba rozumieć fizykę i znać współczesną technologię na tyle, aby odróżniać rzeczywistość od kłamstw. Potem te kłamstwa poukładać w rządki i zobaczyć w jakie wzory się układają. Wtedy dokładnie widać w czyim są one interesie oraz bardzo dokładnie kto wspomaga ich dystrybucję. Co na przykład prowadzi nas do następnego pytania, o rolę Facebooka w ostatnich wyborach w USA. Wiadomo, że ich udział w rozprzestrzenianiu kłamstw i wpływie na wynik wyborów był nieproporcjonalnie wielki. Czego nie wiemy, to czy możemy wierzyć zapewnieniom Zucerberga, że to wszystko był uboczny skutek algorytmów dopasowujących wiadomości do osoby, czy jednak należy zadawać pytania, których nikt nie chce zadawać?


Standing by Standing Rock

Obecnie dzieje się w USA sprawa która będzie mieć całkiem istotne konsekwencje w przyszłość. Otóż jest planowany, a właściwie już na zaawansowanym etapie budowy rurociąg z terenów formacji roponośnej Bakken w okolice Chicago, gdzie będzie się łączyć z systemem rurociągów dostarczających do rafinerii w okolicach centrów populacji.

Rura ma przesyłać dziennie 450 tys. baryłek, czyli ilość zbliżoną do np. zużycia w całej Polsce.

Inwestorzy zebrali pieniądze, pozwolenia poszły szybko i rozpoczęli budowę. Północna Dakota to generalnie jest miejsce w którym nic nie ma, więc i nie było specjalnych przeszkód.

Aż do czasu, gdy te przeszkody się zaczęły. Zacznijmy od drobnego uporządkowania kwestii terytorialnych. Od najprostszej- wodami płynącymi w USA zarządza rząd federalny przez US Army Corps o Engineers. Oni wydają pozwolenia na korzystanie z wód oraz na budowanie przepraw, etc, w tym przekroczenie rurociągu przez rzekę.
A sam rurociąg ma przekroczyć Missouri w pobliżu granicy Dakoty Północnej i Południowej. Dla firmy i urzędników nie stanowiło żadnego problemu, że przy okazji ma być zakopany dokładnie na świętym terenie i cmentarzu indiańskim. 
Co też jest ciekawe, to w ogóle nie jest teren Stanów Zjednoczonych!!! Otóż plemię Sioux (Lakota), jak większość innych, zawarło kolejne traktaty z rządem federalnym USA. Zasadniczo są to po prostu traktaty międzynarodowe. Określały one zakres jurysdykcji terytorialnej, czyli po prost granicę pomiędzy USA i państwami indiańskimi. Te granice były następnie regularnie naruszane przez białych, następnie zawierano kolejne traktaty, ograniczające terytorium Indian, etc. Ale akurat Sioux ostatni traktat zawarli w 1851 roku i od tego czasu uznali, że nie mają zamiaru cedować więcej do USA. Oczywiście taki drobiazg zupełnie nie przeszkodził osiedlaniu się białych rolników i górników, wpisywaniu własności terenu do rejestrów USA, etc. Co miało "legitymację" w postaci aktów Kongresu. Taka sama sytuacja dotyczyła wszystkich innych terytoriów indiańskich i rząd federalny w 1944 roku podjął próbę załatwienia problemu; w ten sposób, że  nowa granica byłaby wytyczona według faktycznej linii osadnictwa, a Sioux otrzymaliby 100 mln USD. Ta oferta nie została przyjęta, rząd federalny nie ma najmniejszego zamiaru zwracać ziemi, nawet tej opuszczonej przez rolników i przejętej- co zresztą nakazał sąd federalny.... Więc pieniądze powędrowały na wydzielony rachunek, na którym są do dziś i zbierają odsetki. Stąd istnieje pewna rozbieżność co do zasięgu obecnych granic rezerwatów, a granic według traktatów. 
Rura ma przebiegać kilkaset metrów od obecnej granicy. 
Ale protest rozpoczął się i trwa pod hasłem ochrony wody. Co ma mnóstwo sensu, bo Missouri jest dopływem Missisipi, ale też jedynym źródłem wody dla Indian, miast w dole rzeki i rolnictwa. Każdy rurociąg w końcu się rozszczelni, a jak pokazuje praktyka, te budowane i eksploatowane w USA taki los spotyka dość szybko. W samej Północnej Dakocie w zeszłym roku było około 200 mniejszych i większych wycieków z rurociągów. 
Indianie rozpoczęli protest, są to mieszkańcy prerii, więc po prostu założyli obóz, taki sam, z jakim wędrowali przez stulecia za stadami bizonów. Ten akurat w miejscu budowy rurociągu.

Wtedy pojawiła się policja Północnej Dakoty. Z pojazdami pancernymi, snajperami i całą resztą sprzętu zmilitaryzowanej policji. To są obecne standardy w USA, więc nic szczególnie dziwnego. 
Protest trwa od miesięcy, główne media go starannie ignorują, lub powielają oświadczenia policji. W sumie też jak zwykle.

Niedawno zaczęły się dziać rzeczy sugerujące, że może jednak jesteśmy już w 21 wieku i może przynajmniej częściowo amerykański system działa lepiej niż demokracja w stylu radzieckim.
Po pierwsze: internet przełamuje blokadę informacyjną. Jeśli dzieje się coś naprawdę ważnego i kompletnie ignorowanego przez oficjalne media, to mimo wszystko ma szanse przebić się do opinii publicznej. 
Drugim elementem było pojawienie się z poparciem na terenie obozowiska, a następnie zorganizowanie demonstracji przed Białym Domem przez senatora Bernigo Sandersa. Czyli człowieka, który potrafił porwać tłumy i który, gdyby nie machloje urządzane przez oficjeli Partii Demokratycznej, zapewne byłby dziś prezydentem-elektem.
To włączyło sprawę do zainteresowania opinii publicznej. Choć jeszcze nie mediów. Te nie interesują się nadal. 

Wtedy zmilitaryzowana policja postanowiła pokazać kto tu rządzi i spacyfikować część Indian. Użyto do tego dział dźwiękowych, gumowych kul, granatów ogłuszających, czyli normalnego zakresu przeciw cywilom. Ale z jednym przesadzili- przy całkiem sporym mrozie użycie armatek wodnych to już było barbarzyństwo. 
O którym w normalnych warunkach nikt by się nie dowiedział, bo to tylko Indianie i żadne media nie są zainteresowane. Ale internet i wcześniejsze nagłośnienie sprawy trochę zmieniły. Co najmniej kilkaset tysięcy, a raczej miliony ludzi wiedziało co to za sprawa i zobaczyło nagrania z interwencji policji. 

Za to niejaki Wes Clark jr, syn generała Wesleya Clarka, rozpoczął zupełnie nową rzecz. Mianowicie wpadł na pomysł ściągnięcia weteranów, byłych żołnierzy, na sam protest. Nie do końca w celu stania w tłumie, ani z drugiej strony żadnej zmilitaryzowanej formacji.
Idea polega na tym, że ludzie, którzy przyzwyczajeni do ryzykowania życia pojawią się jako zwarta formacja, ale całkowicie nieuzbrojona. Po prostu żywe tarcze. I to już nie będą jacyś Siuxowie, zwyczajni podludzie, tylko koledzy z wojska tych, którzy stoją po drugiej  stronie. Bo oczywiście policja, zwłaszcza zmilitaryzowane oddziały, składa się w sporej części z byłych żołnierzy.
Pomysł to pomysł, ale odzew był zaskakujący, nawet dla samych organizatorów. Najpierw założyli oni dwa konta dla zbierania pieniędzy, jedno na koszty sprzętu i transportu, drugie na koszty prawne, czyli grzywien, kaucji i obrońców. Bardzo szybko pojawiły się wpłaty, a co więcej, śmiesznej wielkości wpłatami uzbierały się setki tysięcy dolarów. A także pojawili się ochotnicy. W niespodziewanej ilości. Plan polegał na tym, że kilkudziesięciu weteranów pojawi się na kilka dni, pokaże swoją solidarność, wystawi się na pierwszej linii na potencjalny atak policji, a następnie proza życia nakaże większości z tych ludzi wyjechać. Jako, że Corps of Engineers wysłał wezwanie do opuszczenia terenu do 5 grudnia, to Wes Clark zaplanował zebrać weteranów na 4 grudnia. 
W skrócie- zgłosiło się wystarczająco, aby zorganizować brygadę według wojskowego wzoru, razem ze służbą medyczną, etc. A że na miejscy niespecjalnie jest możliwość i potrzeba obecności więcej niż tysiąca osób na raz, to wygląda na to, że obecność weteranów będzie raczej długotrwała. Stawiałbym na to, że po prostu permanentna, do końca protestu.

Ktoś się zapyta- OK, tysiąc czy ileś tam osób, byłych żołnierzy, wybiera się na kompletny koniec świata, posiedzieć parę dni w obozie indiańskim. I co z tego?
Otóż to, jaki był entuzjazm wśród tych ludzi. A dokładniej- kim są. Są to obywatele USA, którzy chcieli służyć krajowi i zaciągnęli się do wojska. Zazwyczaj ambitni ludzie z najbiedniejszych rodzin i dzielnic, dla których armia jest jedynym sposobem wyrwania się z rasistowskiego społeczeństwa. I gdzie wylądowali? Zazwyczaj na wojnie rozpętanej przez prezydenta- idiotę w interesie swoich kolegów- nafciarzy. W trakcie takiej służby, ci którym zależało na kraju i społeczeństwie, cóż, wykonywali rozkazy, ale chcieli i woleliby robić coś, walczyć, w imieniu i dla narodu, o poprawę życia, a nie dla koncernów naftowych. 
I dziś zostali wezwani. Aby stanąć bez broni, ryzykować zdrowie (choć raczej nie życie) przeciwko tym samym koncernom naftowym, w obronie wody i współobywateli. Patrząc z tego punktu widzenia- entuzjazm jest zrozumiały. Informacja i dłuższe teksty przeleciały przez chyba wszystkie media sprofilowane pod opuszczających armię.

Kolejną ciekawostką w tym konflikcie jest kilka następnych rzeczy. Dakota Północna to jest miejsce gdzie nie ma nic. Oprócz złóż ropy, które w ostatnich latach stały się możliwe do masowej eksploatacji, dzięki nowym metodom frakingu. Po to jest potrzebny rurociąg. Swoją drogą, ropa jest dziś transportowana pociągami i ciężarówkami, ale gaz ziemny- nie. Jest zwyczajnie spalany we flarach i nikt nie ma zamiaru go pożytecznie używać, czy transportować gdziekolwiek. Zapewne, gdyby ten rurociąg miał służyć go transportu gazu ziemnego, sprzeciw byłby znacznie słabszy. Nie mieliby specjalnego powodu do protestu nawet radykalni ekologowie, bo po dostarczeniu do sieci, gaz byłby użyty zamiast węgla. Gaz nie jest aż tak wielkim ryzykiem dla wody i ekosystemu. 

Nie ma nic, więc i budżet stanu nie jest za duży i siły policji też nie. Utrzymywanie nawet kilkudziesięciu policjantów ze sprzętem w środku niczego przez miesiące już nadwyrężyło budżet stanu, bo na samo utrzymanie policji w miejscu budowy poszło jż 15 mln dolarów. Co rozwiązano na dwa sposoby- emitując obligacje, które bez problemów znalazły nabywców oraz korzystając z systemu do wzywania wsparcia z innych regionów. System ten służy do koordynacji pomocy przy klęskach żywiołowych, ale w oczach gubernatora Siuxowie na budowie rurociągu najwyraźniej się na to kwalifikują. 

Jak zwykle w takich sytuacjach szeryfowie z okolicznych hrabstw wysłali kogo mogli. Wtedy zaczęło się dziać śmiesznie, bo otrzymywali spore ilości mail, czy telefonów z opisami i filmami z opisem i wyglądem spraw pod Standing Rock.  Szeryf z Gallatin County w Montanie także wysłał wsparcie i po doinformowaniu się w sytuacji zwyczajnie zawrócił swoich podwładnych z drogi. Siły z innych hrabstw były wycofywane przed czasem, albo zupełnie odwrotnie, stanowiły aktywne wsparcie z pełnym obrazem sytuacji. Jak np. w Minneapolis, gdzie po wysłaniu sił gubernator otwartym tekstem potępiała działania szeryfa. Co przekłada kryzys na politykę wewnętrzną innych stanów.

Najważniejsza w tym wszystkim jest dynamika kryzysu. Corps of Engineers już wydał oświadczenie, że nie ma zamiaru usuwać protestujących siłą. Gubernator był po tym tyleż zabawny, co bezczelny. Wydał nakaz ewakuacji (tylko takie narzędzie prawne mu pozostało) z powodu "zagrożenia życia i zdrowia". No tak, mrozy na prerii to nic przyjemnego. Tylko, że jakby tego nie zauważał, gdy podległe mu siły polewały wodą ludzi na mrozie. Może pod wpływem tych wydarzeń nabrał wrażliwości.

Sytuacja jest taka, że dla dalszej budowy albo gubernator, albo prezydent będzie musiał po prostu wydać rozkaz szturmu na obóz i chroniąca go brygadę weteranów. 
Obecny prezydent takiego rozkazu nie wyda. Unika całej sprawy i umywa ręce, ale na pewno nie wyda rozkazu użycia siły w interesie nafciarzy.
Gubernator to inna sprawa. Zrobiłby to bardzo chętnie, ale zaczyna być za słaby i czas działa na jego niekorzyść, choć zapewne liczył, że zima sama załatwi sprawę. 

Nie załatwi. Ostatnią faktycznie istniejącą możliwością jest prezydent Trump. Jeśli protestujący dotrwają do 20 stycznia, to zapewne zobaczą Gwardię Republikańską. Znów- ich byłych kolegów z wojska, z rozkazem prezydenta.

A wiecie co jest najlepsze? Donald Trump jest udziałowcem w tym rurociągu.

I reakcja społeczeństwa USA na użycie siły przez prezydenta w obronie jego własnej inwestycji, przeciwko pokojowym protestującym będzie prawdziwym testem tego, jak źle jest. A może jak dobrze?

Oczywiście jest też teoretyczna możliwość, że Obama zauważy jakiś problem i po prostu cofnie zgodę na budowę przepustu pod rzeką, co Corps of Engineers jak najbardziej mogą zrobić. Nie raz pokazał, że przy odpowiedniej ilości hałasu robi to czego oczekują dowolni protestujący.

P.S.

Zaledwie chwilę po opublikowaniu, życie dopisało następny rozdział. Jednak decyzją prezydenta Obamy, CoE zawiesiło zgodę na przepust pod Missouri i przeprowadzi analizę zagrożeń dla środowiska. Co potrwa co najmniej kilka miesięcy, upłynie czas na który został wynajęty sprzęt do budowy rurociągu i jeśli zostanie zbudowany, to dużo wyższym kosztem. Choć wtedy zapewne rozpocznie się dalsza część blokady.

P.P.S.

Z punktu widzenia klimatu może się wydawać, że transport ropy rurociągiem jest lepszy niż ciężarówkami. Oczywiście, że jest. Ale problemem nie jest transport. Ta ropa, skoro została wydobyta i tak zostanie gdzieś spalona, co za różnica gdzie. Problem polega na tym, że powinniśmy my wszyscy, jako ludzkość, całkowicie zakończyć wszystkie inwestycje w paliwa kopalne, na każdym szczeblu. Jeśli kapitał i polityce tego nie rozumieją, to dobrze by było, aby rozumieli to przynajmniej ludzie. Nie tylko brak nowego rurociągu, ale też nie zbudowanie kolejnej stacji benzynowej, a nawet zaprzestanie budowy wagonów do transportu węgla sprawia, że cała ta niszcząca naszą planetę infrastruktura staje się mniej wydajna oraz pozostaje więcej kapitału na potrzebne inwestycje.