Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sanders. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sanders. Pokaż wszystkie posty

Nie ma złych wiadomości.

Po wyborach w USA nie ma złych wiadomości. Serio. Żadna z konkluzji powyborczych nie jest zła. 

Najpierw mamy dobrą wiadomość- Hilary Clinton nie wygrała wyborów. Nikt jej nie lubi, jest w pewnym sensie uosobieniem establishmentu, którego wszyscy mają dość. OK. Gdyby wygrała, nadal by nikt jej nie lubił, ale były drobne szanse na to, że prowadziłaby dobra politykę i bardzo duże prawdopodobieństwo, że przeciętnie- złą, typową dla elit politycznych USA. Nie będzie prezydentem, więc istnieje nawet szansa, że Demokraci w kolejnych wyborach będą wystawiać kandydatów akceptowalnych dla społeczeństwa. 

Druga wiadomość, bardzo niepokojąca jest taka, że prezydentem USA zostanie Donald Trump. Gwiazda tanich programów rozrywkowych bez żadnego doświadczenia politycznego i oprócz rasizmu, nieznanych poglądów. Bardzo niepokojące, ale to jeszcze nie jest zła wiadomość.

Następna wiadomość jest tak, że mniej- więcej wiadomo, kto będzie członkiem Gabinetu (czyli na nasze- mamy giełdę kandydatów na ministrów). Nazwiska, czyli polityka i poglądy tych ludzi którzy się tam pojawiają nie są złe. 
Są absolutnie, cholernie, czachorozwalająco przerażające.

Aby to zrozumieć, trzeba na chwilę spojrzeć na gospodarkę USA. 

Na dziś większość tej gospodarki to jest konsumpcja, której w miarę wysoki poziom jest podtrzymywany przez deficyt rządu federalnego. Ale bez realnej gospodarki to wszystko nie mogłoby zbyt długo działać. I ta realna gospodarka jest. Składa się na nią kilka sektorów:
1. Zbrojeniówka. Nie mam tu na myśli krajowych zakupów w USA, tylko eksport. Te produkty generalnie są podobnej jakości jak inne zachodnie, albo niższej, a prawie zawsze droższe. Gospodarka pracuje i zarabia, ale daleko tam do prawdziwej wiedzy i innowacyjności, a sprzedaż i napływ pieniędzy ma związek głównie z potęgą polityczną i militarną samych Stanów Zjednoczonych.
2. Rolnictwo. Wydajne, oparte na olbrzymim zużyciu chemii i degradacji gleb, produkujące głównie produkty masowe typu soja i zboża. Konkuruje na rynkach światowych.
3. Rolnictwo w Kalifornii i mniejszym stopniu na Florydzie-  wyspecjalizowane niszowe produkty o dużej wartości dodanej, oparte na technologii oraz nisko płatnej pracy imigrantów. 
4. Przemysł naftowy i petrochemiczny. Skoncentrowany w Teksasie. Nawet nie tyle samo wydobycie, co wszystkie światowej klasy firmy usługowe, badania i rozwój, etc. Oraz produkcja, w tym eksportowa mnóstwa różnych wyrobów petrochemicznych.
4. Przemysł przetwórczy- skoncentrowany w Rust Belt oraz Południu- niskie technologicznie montownie i wytwórnie, prawie w całości na rynek wewnętrzny, głównie motoryzacyjne. Niskie pensje, niekonkurencyjne koszty i jakość. Niezbyt duża ilość działów projektowych i rozwojowych Forda i GM. 
5. Przemysł lotniczy i kosmiczny- zarówno na rynek krajowy, jak też poważny przemysł eksportowy. Skoncentrowany na Zachodnim Wybrzeżu. Wysokie pensje, światowa jakość.
6. Przemysł medialny, IT, robotyki, nowoczesnych technologii. Praktycznie w całości skoncentrowany w Kalifornii, zależny od otwartego światowego rynku, zależny od dobrej jakości edukacji i/lub łatwej imigracji inżynierów
7. Przemysł finansowy. Skoncentrowany w Nowym Jorku, gdzie obsługuje lokalny rynek oraz banksterskie manipulacje dookoła świata oraz w Kalifornii, gdzie jest częścią wyspecjalizowanej infrastruktury finansowania nowych przedsięwzięć technologicznych i medialnych. Te dwie grupy nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego.

Po co to wyliczenie?

Otóż postawmy granicę na górach Sierra Nevada, czy trochę na wschód od nich, na granicy pustyni. Na zachód od tej granicy jest przede wszystkim Kalifornia, poza tym Waszyngton, Oregon, Hawaje i Alaska i zależy jak ustalimy, również kawałek Newady i Nowego Meksyku. 
Na wschód od tej linii mamy wyłącznie montownie dla lokalnej konsumpcji, przemysł obsługujący potrzeby imperialne (zbrojeniówka i banksterka) oraz surowce z niewielkim dodatkiem usług naftowych.
Na zachód od tej linii mamy praktycznie całość eksportowego przemysłu USA. Drogi czytelniku- co ostatnio widziałeś amerykańskiej produkcji? Na przykład w tej chwili czytasz bloga, którego operatorem jest Google. Jeśli leciałeś samolotem, to możliwe że Boeingiem. Jeśli oglądałeś wysokobudżetowy film- zapewne z Hollywood. Ale kontakt z rzeczami produkowanym na wschód od gór mogłeś mieć jeśli jadłeś parówki 100% mięsa i soja akurat była z USA. Równie dobrze mogła być z Brazylii.
Poprzemysłowa ruina większość USA opiera się na taniej pracy, obniżaniu kosztów, eksporcie surowców i manipulacjach walutowych. Zachód to jest maszyna do rozwoju technologii. Nie potrzebuje niskich podatków, potrzebuje dobrych inżynierów i za to chętnie płaci. Trzeba przypomnieć, że Krzemowa Dolina to nie tylko software. To cały system uruchamiania i finansowania przedsięwzięć przesuwających granice technologii. Biochemia, genetyka, robotyka i wszystkie inne dziedziny. Zapewne mało kto zdaje sobie sprawę, że Tesla Motors to nie tylko baterie i silniki elektryczne. To także nowe metody spawalnicze nie stosowane nigdy wcześniej w masowej produkcji. To wszystko wymaga nauki, elastyczności, łatwej wymiany kadr i szybkiego dostępu do kompetentnych technicznie kapitalistów.

Ten podział na część surowcową i przemysłową, eksploatacyjny i technologiczny model gospodarki jest praktycznie niemożliwy do pogodzenia. 
Program i rząd Trumpa jest w czysty sposób pro-oligarchiczny. Ministrem finansów najprawdopodobniej zostanie partner Goldman-Sachs i współpracownik Sorosa. Ministrem spraw wewnętrznych facet, który ze zorganizowanej dyskryminacji rasistowskiej i bezpodstawnych aresztów uczynił znak firmowy i sztandar swojej polityki. 
W takim państwie nie da się prowadzić ani badań, ani podejmować ryzyka potrzebnego na co dzień w Krzemowej Dolinie, ani też ściągać inżynierów z całego świata dla podtrzymania przewagi konkurencyjnej.
Po prostu rząd Trumpa to jest egzystencjalne zagrożenie dla infrastruktury biznesowej Krzemowej Doliny i nawet Hollywood. 

To oznacza, że jedno z nich musi zniknąć. Faszystowski rząd USA oznacza po prostu upadek przemysłu Zachodniego Wybrzeża. Z tych realiów wszyscy sobie w miarę zdają sprawę. W San Francisco Trump uzyskał 10% głosów, a w San Mateo County (obejmującym sporą część Krzemowej Doliny) 19%

Pytanie jakie są możliwości. Pierwsza to taka, że Trump odpuści ze swojej polityki to, co najbardziej uderza w Zachód. Jest to niemożliwe. 
Oprócz IT, gdzie możliwy jest kompromis, polem konfliktu jest energetyka, ogólnie energia i kwestie klimatyczne. Kalifornia już ma duży problem ze zmianami klimatycznymi, promowany przez rząd powrót do energetyki węglowej to nie jest coś możliwego do zaakceptowania przez to społeczeństwo. Ale też rozwój technologii odnawialnych jest skoncentrowany w SV. Rząd Trumpa uderzy w nich bezpośrednio, jak wcześniej Reagan. Tesla Motors i sam Elon Musk będzie musiał stać się wrogiem publicznym. Tak po prostu. SolarCity szkodzi węglowi, a Tesla nafcie.
Deportacja nielegalnych imigrantów, zwłaszcza latynoskich nie oznacza żadnego oddechu dla fabryk Midwestu. Ale za to oznacza prawie wyrok śmierci dla plantacji pistacji, winnic i gajów oliwnych Kalifornii. 

Dla Zachodu na dziś kluczowym problemem jest po prostu powstrzymanie Trumpa. Wszystkimi dostępnymi metodami. Wystarczy sparaliżować jego administrację i jakoś się przeżyje te 4 lata. Osiem lat byłoby kompletną tragedią, prawdopodobnie nie byłoby już czego zbierać.
Sama Krzemowa Dolina mogłaby się stopniowo przenieść, zapewne do Kanady. W rejonie Seattle jest też całkiem solidny ośrodek IT, równie dobrze mógłby rozwinąć się 30 min drogi na północ, już za granicą.

Od politycznej strony patrząc na dziś jest tylko jedna droga. Na teraz zwyczajne przekupstwo części Kongresu aby paraliżować najbardziej faszystowskie idee, a za dwa lata, przy okazji wyborów, pozbawienie Republikanów większość w obu izbach. 
To pierwsze wymaga lobbingu i pieniędzy, które znajdą się bez problemu. Przekupni Republikanie też bez trudu. 
To drugie jest bardziej skomplikowane i znacznie więcej od tego zależy. Po pierwsze, Partia Demokratyczna pod obecnym zarządem skompromitowała się całkowicie. To nie była normalna przegrana, to byłą katastrofa spowodowana przez głupotę, niekompetencję i chciwość ludzi kierujących kampanią Clinton i przez nią samą.

Na dziś obrona zachodu musi polegać na poparciu popularnej platformy wewnątrz Partii Demokratycznej, definitywnym pozbyciu się ludzi Clinton i podobnych oraz odbudowie wiarygodności bazując na kandydatach oferujących bezkompromisowe powstrzymywanie Trumpa oraz rzeczach takich jak ochrona klimatu, powszechna opieka zdrowotna, odcięcie polityki od pieniędzy oligarchów, etc. 
Jeśli dotychczasowa elita Demokratów nie odejdzie dobrowolnie, to progresywiści (jak ten kierunek nazywa się w USA) będą musieli wypromować swoich kandydatów w prawyborach. 

To jest polityka, która na pewno będzie prowadzona. Teraz mamy zasadnicze pytanie- z jakim wynikiem?
Jeśli progresywiści przejmą PD i/lub uzyskają znaczny wpływ wśród członków Kongresu i pokonają większość GOP w obu izbach, to po dwóch ciężkich latach, będą kolejne dwa paraliżowania administracji Trumpa i potem święty spokój. OK, sprawa załatwiona. Dla nas, USA i świata to rzecz o którą każdy wierzący człowiek powinien się co dzień modlić. Niewierzący też, nie zaszkodzi, a może zadziała.

Jeśli Partia Demokratyczna będzie sama opierać się, dzisiejszy zarząd nie poda się do dymisji i/lub nowy będzie z tej samej bajki oraz progresywiści będą przegrywać prawybory wskutek machlojek to będzie problem. Republikanie utrzymają władzę, a demokratycznie kongresmeni będą z gatunku tych, co lubią zawierać najdziwniejsze kompromisy. 

To będzie oznaczało dla Zachodu po prostu brak reprezentacji. Kompletną niemożliwość artykułowania i obrony swoich interesów politycznych i ekonomicznych. Problem, który trzeba jakoś rozwiązać. 
Jednym z rozwiązań, najbardziej prawdopodobnym będzie stopniowa ucieczka całego przemysłu i zapaść ekonomiczna. Drugim, zupełnie możliwym- secesja. Pierwsze objawy spowolnienia gospodarczego na Zachodzie spowodują natychmiastowy resentyment. Dziś adresowany już nie do abstrakcyjnych sił rynkowych, tylko dokładnie pod adresem jednego świra u władzy, popierających go skorumpowanych karierowiczów i fanatyków oraz równie skorumpowanej i nieudolnej opozycji. 
Z takiego punktu wyjścia są dwa- stworzyć własną opozycję, która przynajmniej częściowo ucywilizuje system, albo całkowicie się od niego odłączyć.
To drugie jest radykalne, ale zapewne okaże się bardzo kuszące.
Przez ostatnie 20 lat dysproporcja gospodarcza pomiędzy Kalifornią (czy całym Zachodem) i resztą USA tylko się powiększała. Patrząc na fundamenty gospodarki, sposób organizacji biznesu, etc. to wygląda jak przymusowe połączenie Skandynawii z Brazylią. To nie może na dłuższą metę działać. Albo Brazylia zostanie ucywilizowana, oligarchowie utemperowani, a gospodarka zacznie rozwijać technologię, albo Skandynawia pójdzie swoją drogą.

Jednak nawet secesja, choć jest drugim najlepszym rozwiązaniem, nie załatwi wszystkich problemów. Na wschodzie zostanie fikcyjna gospodarka i trochę surowców oraz dość potężna armia. I ideologia nakazująca siłowe popieranie tego przemysłu surowcowego wszędzie gdzie się da. Dokładna kopia putinowskiej Rosji. Z takim samym syfem, niedostępnością opieki medycznej, infrastrukturą tylko na pokaz, skrajnie agresywną armią i propagandą. Fajnie co?

A już teraz ministrem spraw zagranicznych najprawdopodobniej będzie facet dla którego Estonia to przecież przedmieścia St. Petersburga i nie można oczekiwać, że USA się będzie mieszać w takie rzeczy.

Za to w ograniczenie wydobycia ropy na Bliskim Wschodzie na pewno. Jak? Tak samo jak za Bushów. Obu. Tylko nawet GW to był odpowiedzialny centrowy polityk na tle Trumpa. Będzie tak samo, tylko bardziej. Więcej wojen na bliskim wschodzie to mniej ropy na rynku, to więcej pieniędzy u nafciarzy i w budżecie Rosji. I w końcu będą mogli zająć te swoje przedmieścia. 






PSL koło w USA, czyli prawybory według Clinton

Dalej trwają prawybory w USA. W poprzednim tekście pisałem, że Nowy Jork może rozstrzygnąć sprawę nominacji w Partii Demokratycznej w dwóch przypadkach- jeśli wygra Sanders lub jeśli Clinton wygra bez wątpliwości co do rzetelności głosowania. Sanders nie wygrał, za to jeszcze przed prawyborami burmistrz Nowego Jorku wysłał do Stanowej Komisji Wyborczej żądanie wyjaśnienia w jaki sposób i dlaczego z list wyborczych w samym Brooklynie zniknęło około 126 tys wyborców. W dniu wyborów był klasyczny scenariusz, znany już z prawyborów w Arizonie: zbyt mała ilość punktów wyborczych, obłędnie niskie tempo obsługi, seryjne awarie maszyn do liczenia głosów i wiele innych tego typu zdarzeń.

O stylu całego tego głosowania zaświadczyć może historyjka znajomego- udał się do lokalu wyborczego i usłyszał, że nie ma go na liście wyborców. Trzy tygodnie przed głosowaniem upewniał się, że jest, i to powiedział w komisji wyborczej. Cóż, był, nie ma, nic nie wiemy. W tym momencie powiedział, że natychmiast dzwoni do organizacji zajmującej się nadzorem nad prawidłowością głosowania (niestety, nie wiem, czy do służb miejskich, prokuratury, czy jakiejś NGO, ale nie ma to znaczenia). Po zapowiedzi i zamiarze zgłoszenia jego braku na liście- jego nazwisko odnalazło się. Ot tak, ktoś kartkę nie tak obrócił, czy coś. Wszystko w porzadku, zdarza się. Tylko zaraz po zakończeniu głosowania prokurator miejski Nowego Jorku powiedział, że call center do zgłaszania problemów obywatelskich ledwo się wyrabiało i w związku z tym rozpoczyna śledztwo w sprawie przebiegu wyborów.
Jeszcze w trakcie wyborów to samo zadeklarował miejski comptroller (czyli niezależny audytor, ale będący urzędnikiem publicznym). 
Następnego dnia po wyborach zebrała się Miejska Komisja Wyborcza New York City, czyli ciało nie wykonawcze, a nadzorcze i zawiesiło bez prawa do wynagrodzenia urzędniczkę odpowiedzialną za listy wyborcze w Brooklynie. 
Tak wyglądało głosowanie w mieście Nowy Jork. W pozostałej części stanu nie było większych problemów, kolejki do lokali wyborczych były w normie, spisy wyborców względnie zgadzały się z rzeczywistością i wygrał Berni Sanders.
Rzecz jasna, w skali stanu miasto waży tak mocno, że nic nie mogło zmienić wyniku. I nie zmieniło. 
Podsumujmy ostanie 10 prawyborów, które odbyły się na północ od równoleżnika 36 i pół (czyli dawnej granicy niewolnictwa)
W 8 z nich wygrał Bernie Sanders, w dwóch- Arizonie i Nowym Jorku- Hilary Clinton. 
W Arizonie wszystkie możlwe strony głośno narzekają na sposób prowadzenia prawyborów i domagają sie ich powtórki, o czym pisałem poprzednio. Nie sądzę, aby jakakolwiek powtórka była prawdopodobna, bo działacze Partii Demokratycznej twierdza, ze wszystko jest i było w porządku.
Skala, wielkość i donośność skandalu w Nowym Jorku jest większa, choć mi się wydaje, że prawdziwy zakres machloj wyborczych był mniejszy niż w Arizonie. Ale to bardzo trudno, czy wręcz jest niemożliwe do stwierdzenia. Jedyne co jest wiadome na pewno, to istnienie setek tysięcy wyborców, którzy chcieli wziąć udział w prawyborach w Partii Demokratycznej i im to bardzo różnymi metodami uniemożliwiono. Metody te czasem miały pewien związek z prawem, częściej nie, ale zawsze stanowiły drastyczne naruszenie kultury demokratycznej. 
Media nie bardzo lubią o tym informować, ale w świecie Twittera i Facebooka już nie musza...
Dla Clinton to jest wyścig z czasem- czy uzyska wystarczającą przewagę w prawyborach zanim metody działania jej i działaczy Partii Demokratycznej skompromitują ją i siebie dokumentnie. 

A dlaczego tak się dzieje? To proste. To Clinton ma dostęp do kasy. Olbrzymie pieniądze jakie jest w stanie załatwić od wielkich korporacji przepływają przez Partię Demokratyczną do jej komitetu wyborczego. To ona, jako Sekretarz Stanu załatwiała wielkie kontrakty eksportu uzbrojenia, dziś kwestia miliarda dolarów na kampanie nie stanowi większego problemu. Zresztą jak podliczono, łacznie ona i Bill otrzymali za wygłaszanie wykładów około 150 mln dolarów, zawsze może w razie czego dorzucić jakiemuś działaczowi na jego kampanię.
Sanders tego nie może i przede wszystkim nie chce zaoferować. Co drastycznie pogarsza jego popularność wśród działaczy oraz koncernów medialnych. Jak na razie w wyścigu Demortatów o nominację niewiele sie zmieniło. O tyle, że Clinton jest coraz bliżej bandy, za którą jest wkurzenie wyborców, którzy już nie bedą chcieli jej oglądać, co i działacze bedą usieli przyjąć do wiadomości. Otwartym pytaniem pozostaje kiedy to się stanie i czy zdąży wpłynąć na wynik prawyborów. A może dopiero po prawyborach, ale skompromituje i pogrązy kampanię Clinton w wyborach?

W takim razie przechodzimy do Republikanów. W nowym Jorku Trump wygrał, co oznacza, że nikt z pozostałych uczestników prawyborów nie ma realnej szansy na nominację. Co wcale nie oznacza, że to Trump zostanie kandydatem Partii Republikańskiej!!!
Jest on niepopularny wśród działaczy partii (podobnie jak Sanders wśród Demokratów), ale też w społeczeństwie. Za to potrafi zaprezentować sobą wystarczający poziom agresjii, aby przekonać do pójścia na prawybory wystarczającą ilość wkurzonych wyborców, co jak na razie całkiem dobrze działa. 
Na dziś realne pozostają dwa wyniki. Albo Trump uzbiera wystarczająco delegatów, by zostać wybranym w pierwszym głosowaniu na krajowej konwencji nominującej kandydata, albo nie. Jeśli tak- będzie kandydatem, lecz to jest nieco mniej prawdopodobne niż to, że tych delegatów nie uzbiera, wtedy ciągle otrzyma największą liczbę głosów, ale po pierwszym głosowaniu delegaci nie będa musieli głosować zgodnie z deklaracją. Co oznacza, że kandydatem na prezydenta będzie mogła zostać dowolna osoba, nawet nie uczestnicząca wcześniej w prawyborach. 
Kto- na dziś to niemożliwe do przewidzenia. Może władze partii mają już gotowy jakiś scenariusz, może kilku kandydatów, zależnie od tego który bedzie do zaakceptowania przez delegatów, a następnie przez wyborców.
W takim razie na dziś pozostają następujące scenariusze- jeśli Trump uzbiera 1237 delegatów to zostaje kandydatem Partii Republikańskiej i przegrywa wybory, prezydentem zostaje Demokrata. Z jednym wyjątkiem- nominację Demokratów otrzymuje Clinton, ale w trakcie kampanii wychodzi, że to ona stała za machlojami w prawyborach i automatycznie otrzymuje wynik jaki otrzymałby Nixon po Watergate, Trump zostaje prezydentem. Starcie Rosja kontra cywilizacja Rosja wygrywa przez walkower cywilizowanego świata i wszyscy mamy przechlapane.

W tej wersji módlmy się o to, aby machloje skompromitowały Clinton już wcześniej, albo wcale. Z Trumpem nawet ona wygra, bedzie rzadzić w imieniu banków, zbrojeniówki i własnego portfela, ale nie spowoduje żadnej wielkiej katastrofy.
Największą niewiadomą pozostaje inny kandydat Republikanów, ale można przyjąć za pewnik, że bedzie to człowiek środka. O poglądach i podejściu, które będzie możliwe do zaakceptowania przez jak największą grupę zarówno delegatów, jak też wyborców. Jeśli znajdą kogoś naprawdę bez poglądów za to z dobrymi umiejętnościami aktorskimi, to może byłby w stanie wygrać nawet z Sandersem. Co jest złą informacją, bo umiarkowany republikanin to ktoś, kto bedzie rządzić w imieniu wielkich banków zbrojeniówki i własnego portfela. Żadna wielka katastrofa, ale i nic dobrego.

A najzabawniej było w dalszej częsci głosowania w Newadzie 
Otóż pawybory wygrała tam Clinton. Tak przynajmniej podały media, nieprawdaż. Prawdaż podały. Tylko... nie wygrała. Wyborcy wybrali delegatów na poziomie gmin. Większośc delegatów miała reprezentować Clinton i tak wszędzie się podaje. Tylko następnie ci delegaci udali się na głosowanie i wybór delegatów na poziomie County. I w Clark County, obejmującym miasto Las Vegas, czyli 80% populacji stanu, delegaci Clinton generalnie nie stawili się. Komisja wyborcza tradycyjnie, starała sie pomóc jak mogła, działacze szukali delegatów, głosowanie odwlekano. W międzyczasie nawet ci, którzy przyszli dali sobie spokój i poszli, w końcu odbyło sie głosowanie i większość delegatów na konwencję stanową to delegaci Sandersa. Ale oczywiście we wszelkich zestawianiach podaje się, jakby na konwencji, której jeszcze nie było już wybrano stanowych delegatów przez tych, którzy nie przyszli.

Przed wyborami w USA

Trwają prawybory w USA. Dziś jeszcze liczy się 4 kandydatów. Którykolwiek z nich zostanie prezydentem, będzie to jakiś "pierwszy". Pierwsza kobieta na tym stanowisku, pierwszy Latynos, pierwszy Żyd, lub typ łaczący w sobie pierwszy raz w tej skali pokłady ignoracji, bigoctwa i niezrównoważenia emocjonalnego. 

Osoby choć odrobinę interesujące się polityką zapewne bez trudu rozpoznały jako ostanią wymienioną osobę Donalda Trumpa. Jego potencjalny wybór byłby bardzo złą wiadomością dla USA. Człowiek tak kompletnie napakowany chorą wizją świata z jednej strony i pogardzający każdym kto nie jest milionerem z drugiej z całą pewnością rozwali gospodarkę już do końca. Nie żeby dziś miała się kwitnąco, ale widać jaskółki powrotu produkcji do USA, które mocno negocjując z biznesem wywalczyła administracja Obamy (a raczej on sam). Trump z całą pewnością to bardzo skutecznie rozwali. Dla gospodarki i produkcji w USA to będzie katastrofą co najmniej taką jak rządy Reagana. Dla sprawy polskiej ten ostatni postrzegany jest bardzo pozytywnie, jako główny przywódca obozu zachodniego, który skutecznie podciął podstawy istnienia ZSRR, zarówno gospodarcze, jak i propagandowe. Niezależnie od prawdziwości tego obrazu (pytanie na ile pomagano prawdziwej rewolucji "Solidarności", a na ile projektowi "3RP" i na ile były to świadome decyzje polityczne), wiadomo, że Trump w odniesieniu do Polski i reszty Europy Środkowej będzie po prostu wchodzić w d... Putinowi. Dziś to zapowiada i wierzę, że zrealizuje.
Perspektywa, sama możliwość wygrania przez Trumpa wyborów prezydenckich oznacza dziś dla Polski bardzo poważny problem. Mianowicie można i należy założyć, że w ciągu pierwszych tygodni lub miesięcy jego rządów będzie skłonny do ulgowego traktowanie Rosji, a nawet nie realizowaniu zobowiązań sojuszniczych przy wojnie hybrydowej. Jeśli Trump będzie nominowany z jakąkolwiek szansą na zwycięstwo w wyborach to oznacza, że na 20 stycznia 2017 Rzeczpospolita musi mieć wojsko gotowe i wystarczająco silne dla odparcia "zielonych ludzików", jak też udzielenia poważnej pomocy w wyparciu ich z państw nadbałtyckich. Dziś takiej armii nie ma. To oznacza wyścig z czasem. Przy okazji- każdy może w nim pomóc. Ci na miejscu mogą wstępować do nowej obrony terytorialnej lub uczestniczyć nowych przetargach dla armii. Potrzeba wszystkiego. Nasza diaspora może i powinna dbać o opinię o kraju na najdziwniejszych miejscach świata. Oraz przypominać, że Rosja to bandycki kraj, rządzony przez zbrodniarzy i terrorystów. A w USA zrobić wszystko co się da, aby nie dopuścić do zwycięstwa tego palanta.

Kolejny z kandydatów na kandydata to Rafael Edward Cruz, zwany Ted. Właściwie jedyne co można o nim powiedzieć, to "Trump light". Bohatersko stawia opór dorobkowi naukowemu 20 wieku, o obecnym nawet nie wspominając. Dopuszcza jednak pewne kompromisy z dzisiejszą rzeczywistością, więc jest przynajmniej częściowo akceptowany przez media i opinię publiczną. Czyli też tragedia, ale nie aż taka. Zresztą bycie w obecnych czasach republikaninem w USA to jest pewien objaw upośledzenia społecznego i umysłowego. 

Słowo- klucz: upośledzenie społeczne. To wyjaśnia całkiem sporą część tych wyborów. Aby ją zrozumieć musimy się na chwilę cofnąć do historii. Dość zamierzchłej. W czasie "Krwawego Kanzas", które było wstępem do wojny domowej w USA, Partia Demokratyczna stała się ostatecznie reprezentacją południowej oligarchii. Wojna domowa się zakończyła, południowa oligarchia w skali kraju została złamana, ale lokalnie zachowała praktycznie pełnię wpływów. W tym w lokalnych władzach i mediach. Ta przewaga pozwoliła na metamorfozę. Prawie w stylu 3RP. Mianowicie wystarczyła, aby przekonać do siebie biednieszą część społeczeństwa. A klasa średnia południa USA stanęła przed wyborem- czy opowiedzieć się za partią północnej antyspołecznej oligarchi, czy za partią południowej oligarchi wspartej południową biedotą. Sytuacja w 20 wieku jednak znacznie się zmieniła. Napływ imigrantów do północnych stanów spowodował tak olbrzymią różnicę potencjałów demograficznych i wyborczych, że partie musiały konkurować o głosy rolników i robotników Północy aby nadal liczyć się w grze. Partia Demokratyczna stała się reprezentacją, mniej lub bardziej skuteczną, drobnych producentów i niższej klasy średniej w ogólności. Republikanie stali się tymi dawnymi Demokratami, czyli oligarchią żerującą na głosach biedoty. Jednak w miarę kurczenia sie klasy średniej i ogólnej pauperyzacji w 21 wieku wzrosła konkurencja o głosy tych najmniej świadomych wyborców, pozbawionych chwili czasu na zastanowienia się nad sprawami państwowymi, jedynie zmuszonymi do pogoni za każdym dolarem aby jakoś przeżyć. 
Najbardziej jest to widoczne w najbiedniejszych częściach kraju, co z grubsza rzecz biorąc pokrywa się z dawną granicą niewolnictwa. Co bardzo ciekawe i niesamowicie znaczące- dokłądnie tak samo wygląda granica pomiędzy głosowaniem na Clinton a na Sandersa w prawyborach Demokratów. 
Jak ktoś nie wierzy tu mapa:
Zielony- Sanders, żółty- Clinton. 
Zauważmy, że głosowały już prawie wszystkie dawne stany niewolnicze i prawie żaden północny (licząc populacją, czyli też głosami elektorów). W dwóch stanach północnych o włos wygrała Clinton i za obydwoma tymi sukcesami snuje się zapach cudów nad urną. Z tego zapachu można się domyslić, że to  Clinton jest zdecydowanie bardziej lubiana przez establishment organizujący prawybory. W największym skrócie jest chyba najbardziej mainsteamowym kandydatem, którego można sobie wyobrazić. Pomimo płci innej niż wszyscy dotychczasowi prezydenci. 
Jednak, jeśli mam rację, to ostatnie wybory w których przy podziale wzdłuż linii niewolnictwa kandydat Południa miał jakiekolwiek szanse odbyły się w 1860 roku. Dziś też nie wróżę Clinton wielkiego sukcesu. A dokładniej żadnych sukcesów na Zachodnim Wybrzeżu, w Nowym Jorku, czy Illinois. A to te miejsca decydują, pomimo dzisiejszego prowadzenia Clinton. Tak, wiem, że wszyscy już skreślili Sandersa. Ja nie i co mi zrobicie?

To oznacza wybory Sanders- Cruz lub Sanders- Trump. W drugiej wersji bym sie specjalnie nie przejmował. Z Trumpem może przegrać tylko Clinton. Znaczy, jeśli by została wtłoczona w rami "reprezentatna Południa" . W każdym innym przypadku każdy z nim wygra. Amerykanie naprawdę są głupi, ale nie aż tak.

Jeśli wybory będą pomiędzy Sandersem a Cruzem to bedzie realny i ciekawy wybór. 
O Cruzie już wspomniałem. Warto jeszcze wspomnieć, że w razie jego wyboru bedzie sprawa sądowa jego biernego prawa wyborczego, bo jest urodzony w Kanadzie i w najzabawniejszym przypadku kolejne wybory. Ale na unieważnienie wyboru bym nie stawiał. Prędzej na zwycięstwo Sandersa. Ten ostatni kandydat w kategoriach społecznych i ekonomicznych jest zwolennikiem socjalizmu w skandynawskim stylu. W kategoriach  polityki energetycznej i klimatycznej jest radykalnym zwolennikiem zaprzestania używania paliw kopalnych. W obu tych kwestiach zgadzam się z nim całkowicie. Ma zresztą całkiem dobry dorobek, bo jako burmistrz Burlington (stolicy stanu Vermont) przestawił lokalny zakład energetyczny całkowicie na energię odnawialną, jeszcze w latach 80-tych. Takie podejście w skali USA gwarantuje niski i zmniejszający się popyt, czyli niskie ceny ropy i gazu, czyli zagłodzenie sponsorów terroryzmu. Ktoś jeszcze woli Republikanów, nie widzę?
W kwestii polskiej- nie bardzo można znaleźć wypowiedzi jednego lub drugiego, ale oboje (chyba) rodzice Sandersa pochodzą z Polski. Niedawno był na grobach swoich dziadków i z całą pewnością orientuje się w historii i wzajemnych zależnościach. Niestety, języka polskiego nie zna, prędzej jidish. Ale przynajmniej nikt mu nie wmówi, że tradycyjnie antysemicki sposor terroryzmu, dziś objęty sankcjami, zawsze był miłośnikiem stabilności i pokoju.  Lub, że polscy antysemici w 1942 roku zbudowali sobie obóz w Oświęcimu, bo tak im się podobało. 

Moim zdaniem to jest najlepszy możliwy wybór zarówno dla USA, świata, jak tez Polski. Choć  zapewne będzie dokładnie to samo co z Kennedym. Kacapstwo wyczyta, że prezydentem został jakiś mięczak i zacznie od wypróbowania. A później przyda się dobra ochrona.
I tym optymistycznym akcentem pozostaje pozostawić część wniosków Czytelnikom.