Pokazywanie postów oznaczonych etykietą energia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą energia. Pokaż wszystkie posty

Czy Europę czeka upadek?

 Kiedyś obiecałem Czytelnikom, że jak przyjdzie czas się mniej lub bardziej pakować z Europy to dam znać. I daję. Jakby.

Konkretnie to odpowiedź na pytanie czy czas się pakować i spadać brzmi- nie wiadomo i to zależy.

O następnym prezydencie USA

Rozpoczynam ten tekst po raz kolejny, chyba czwarty. Poprzednie wersje, zanim skończyłem już się dezaktualizowały. Tym razem go skończę i opublikuje, nawet jeśli już będzie nieco niekatulany, co najwyżej przeczytacie o tym w końcowej części. 

ten tekst miał dotyczyć prawyborów w Partii Demokratycznej, czyli bardzo, bardzo ważnym procesie który zmierza do wyłonienia prawdopodobnego nastepnego prezydenta USA. 
Napisałem "następnego". Chyba, że jednak osoba wybrana w następnych wyborach wcale nie będzie następnym od dziś prezydentem.

Kiedy to piszę prezydentem USA jest Donald Trump. Możliwe, że kiedy będę ten tekst kończyć, to już nim nie będzie. 

Trump, od początku swych rządów prowadzi ekstremalna wersję tradycyjnego republikańskiego zamachu na republikę. Znaczy demontażu instytucji. Sąd Najwyższy już od dawna jest obszarem sporu partyjnego, a nie rozstrzygania o prawie i to oczywiście demoluje kraj. Ale zwykle trzymano się pozorów i prezydenci nominowali tam osoby, które miały spore doświadczenie i jakąś wiedzę. Wstawienie tam człowieka zasadniczo bez żadnego potrzebnego w tej robocie CV, notorynego pijaka i prawie na pewno gwałciciela jest numerem w stylu mianowania konia senatorem przez Kaligulę. Ta klasa. I to mu uszło doskonale na sucho. 
Podobnie jak mianowanie członków rodziny do wykonywania krytycznie ważnych funkcji państwowych, gdzie byli komicznie niekompetentni, wyłudzanie łapówek od wszystkich dookoła za pośrednictwem hoteli i inne podobne rzeczy, które dotychczas znaliśmy z satrapi afrykańskich i historii upadku Rzymu. 
Oczywiście nic takiego by się nie działo, gdyby nie kompletna nieudolność i paraliż decyzyjny opozycji, dezorganizacja opinii publicznej przez brak rzetelnych mediów i do tego ekstremalnie skorumpowani Republikanie na czele z przywódcą większości w Senacie. Aktualnie nazywanym Moscow Mitch, dzięki blokowaniu każdej inicjatywy mogącej zagrozić cudom nad urną oraz wzięciu solidnej łapówki od Diepraski, czyli właściwie osobiście od Putina.  

Tenże sam Moscow Mitch za drugiej kadencji Obamy, blokował wszystkie nominacje sędziowskie. Co też demontowało republike, a dziś je seryjnie przepycha, blokując debatę i przesłuchania, aby tylko robić to jak najszybciej. Co oznacza, że po prostu dwóch przestępców wspólnie obsadza hurtowo stanowiska sędziów federalnych. To jest dalszy rozkład państwa, który będzie przynosił skutki przez kilkadziesiąt lat. Możliwe, że to w końcu zabije demokracje w Ameryce. 

To jest stan polityki w USA. 

Który mógłby nas mniej obchodzić, gdyby nie jeden drobiazg. Polityka Rosji, zupełnie oczywiście, polega na tym, aby jak najdłużej podtrzymać światowe uzależnienie od ropy i ewentualnie gazu jako źródeł energii. Dlatego jest koniecznie, i robią wszystko co mogą aby spowolnić wypieranie samochodów z miast, elektryfikację transportu i dekarbonizację energetyki (znaczy rozwój OZE, bo atomem też lubią). Dla nikogo nie będzie zaskoczeniem, że Trump realizuje dokładnie tę politykę. 

I to jest problem dla świata. Całego, każdego z nas bez wyjątku. 

Sytuacja klimatyczna jest znacznie gorsza niż przewidywały to najbardziej pesymistyczne prognozy i pogarsza się szybciej niż miała. Teraz już nikt mający kontakt z rzeczywistością nie moze oczekiwac powstrzymania ocieplenia na poziomie 1,5 C. 2 st też jest mało realne. Na dziś, jeśli nie spowolnimy transformacji energetycznej, to może wyrobimy się poniżej 4 st. C, co będzie i tak kompletną katastrofą, ale w okolicy tej wielkości możemy spodziewać się sprzężeń zwrotnych, które dołożą drugie 4 st. C. I to jest całkowicie gwarantowany koniec cywilizacji oraz sporej części życia na Ziemi. 

Tyle wynosi stawka drugiej kadencji Donalda Trumpa. Albo innego putinowskiego minionka w Białym Domu. 
Jeśli po 2020 roku natychmiast rozpocznie się poważne zmniejszanie emisji, ochrona przyrody i klimatu, to może wyrobimy w okolicach nieco ponad 2 stopni. Ale to musiałaby być natychmiastowa rewolucja. Z takimi drobiazgami jak natychmiastowe rozpoczęcie redukcji spalania węgla i całkowita jego eliminacja do 2030 w bogatszych regionach świata. UE to jest bogatszy region świata, tak ku przypomnieniu i Polski to też dotyczy. I Niemiec, i Bułgarii i Rumunii też. I zwłaszcza Japonii, gdzie nikt w ogóle nie rozumie o czym jest mowa.

Sytuacja w UE to jest w sporej części kwestia wyborów w Niemczech i nadziei na to, ze uda się w końcu odspawać Merkel od stołka i rozpoczną tam rządy jacyś odpowiedzialni politycy. Ale najważniejszym światowym przywódcą jest i będzie prezydent USA. Bo ten kraj ma największy wpływ dzięki sile ekonomicznej i militarnej, o samej politycznej przez wpływy w instytucjach międzynarodowych nie wspominając. 

Własnie tą siłę próbował wykorzystać Trump. W normalny sposób, czyli najpierw wydając polecenie złamania ustawy budżetowej, przez całkowicie nielegalne wstrzymanie przelewu pomocy dla Ukrainy, a następnie dzwoniąc do prezydenta Ukrainy i w mafijnym stylu żądając dostarczenia kwitów na Joe Bidena, czyli potencjalnego przeciwnika w wyborach. I oczywiście tego typu traktowanie Ukrainy jest jak każde jego działanie zupełnie przypadkiem zbieżne z interesem Moskwy. Każdy z elementów tego działania jest wystarczający do zapewnienia mu wieloletniej odsiadki. O tym nie ma dyskusji. 

Problem polega na tym, że tej odsiadki nie będzie. Instytucje republiki nie mają jak się bronić. Dopiero w sytuacji ataku na Bidena, Demokraci rozpoczęli formalną procedurę impeachmentu. Praktycznie od razu spieprzając sprawę, bo Nancy Pelosi już zaproponowała ograniczenie dochodzenia wyłącznie do kwestii ukraińskiej. To wygląda jak gwarancja spieprzenia sprawy, ale zdaje się, że towarzystwo od czasu popierania Hilary Clinton weszło na wyższy poziom nieudolności- spieprzyli zawalenie sprawy, czyli zawalili sprawę tak nieudolnie, ze zrobili to co podobno zamierzali. Otóż z sondaży wynika, że po zapowiedzi rozpoczęcia impeachmentu poparcie dla usunięcia Trumpa gwałtownie wzrosło i w badaniach jest 43:43. Ale to jest drobiazg. Z wiarygodnych, nawet nie przecieków, tylko po prostu oświadczeń w mediach ze strony prominentnych Republikanów wynika, że dziś, gdyby głosowano nad zdjęciem Trumpa z urzędu to 30-35 republikański senatorów byłoby za. Pod warunkiem tajności głosowania. Oczywiście to głosowanie będzie jawne, ale to pokazuje bardzo ciekawy obraz. Każdy z nich oddzielnie boi się Trumpa, bo to Trump jest kochany przez fanatycznie rasistowski elektorat, który wybiera Republikanów. I to Trump może jednym tweetem zakończyć każdą karierę. Ale jednocześnie praktycznie wszyscy go nienawidzą. I jeśli znajdą pretekst, który ich połączy, albo po prostu zobaczą, że i tak idą na dno, to najpierw jemu urządzą Idy Marcowe. 

Trump nigdy nie był lojalny ani nawet uczciwy wobec osób które mógł oszukać, wykorzystać lub po prostu stojących niżej w hierarchii. Tak działa całe życie i tak zostało. Dziś też tak jest i w tej sytuacji zupełnie bym się nie zdziwił, gdyby oprócz Giulianiego wrzuci pod autobus także Penca. Co byłoby zabawne, bo mógłby mianować nowego wiceprezydenta. I mogę się założyć, że szukałby osoby, która byłaby już całkowitą chodzącą kompromitacją. Nawet na tle jego i Penca. Trudno to sobie wyobrazić, ale to byłoby jakimś hamulcem przed wyrzuceniem go z urzędu i znakomitym uzupełnieniem stałej linii politycznej.  

Choć lista ludzi chcących być lojalnym wobec niego drastycznie się kurczy z każdym dniem. 

Tak czy inaczej, jeśli ktoś chce jeszcze chwilę pożyć w minimalnie stabilnym świecie, niech się modli o pozbycie się tych szaleńców i odspawanie od stołków. 

Rewolucja energetyczna, oligarchia i postprawda.

Żyjemy w czasach rewolucji energetycznej, czyli w swej istocie kolejnej rewolucji przemysłowej (więcej o tym w tym tekście). Zmiana dominującego sposobu pozyskiwania energii i transportu zawsze stwarza nowych wygranych i przegranych. Ci którzy mają wygrać siedzą cicho i pracują, ci którzy mają przegrać, głośno krzyczą jak to jest świetnie, a po cichu szukają frajerów, którzy odkupią od nich biznesy, które jeszcze jakoś działają, ale świetlistej przyszłości nie mają żadnej.
Ten schemat się powtarzał nie raz. W czasach rozwoju żeglugi i możliwości taniego importu zbóż, arystokracja dzielnie trzymała się przy władzy, po cichu sprzedając majątki, a pieniądze pakując w huty i kopalnie. Ta operacja była możliwa dzięki temu, że posiadanie majątku ziemskiego łączyło się z prestiżem i/lub możliwością udziału we władzy państwowej, więc istniał na nie zbyt pomimo oczywistej nieatrakcyjności takiej inwestycji. Choć oczywiście udział we władzy i kontrola nad mediami pozwalała długo przekonywać publikę, że jednak nieruchomości ziemskie są doskonałą i dochodową rzeczą.
Identyczne procesy zachodziły przy okazji kolejnych zmian. Zapewne duże pieniądze były przeznaczane na to, aby przekonać publikę, że kanały żeglugowe mają się świetnie, kiedy cały interes już dawno zżerały pociągi i ciężarówki. Nie inaczej było cały czas z fabrykami wyposażonymi w starsze maszyny, etc.

Dziś trwa sobie nowa rewolucja energetyczna. Cały przemysł węglowy znika w odmętach przeszłości, zarówno górnictwo, jak też energetyka. Widać już dość dobrze, że bateryjne pojazdy elektryczne są zwyczajnie lepsze w olbrzymiej większości zastosowań od pojazdów spalinowych. Za tym musi przyjść spadek popytu na ropę i upadek przynajmniej niektórych z dzisiejszych producentów samochodów (zapewne większości).
Wiadomo, że energetyka odnawialna pozwala na skokowy spadek kosztów energii, tak samo jak pojazdy bateryjne. Oraz wiadomo, że mamy na świecie problem z klimatem spowodowany spalaniem paliw kopalnych, nie wspominając o "zwyczajnym" zanieczyszczeniu powietrza. Rozwiązaniem każdego z tych problemów jest przejście w całości na energetykę odnawialną i elektryfikacja transportu (i używanie biopaliw w nielicznych miejscach gdzie elektryfikacja jest niemożliwa lub zbyt kosztowna).
Rozsądna dyskusja może i powinna się toczyć na temat ścieżki likwidacji niepotrzebnego przemysłu, rozbudowy potrzebnego i zastępowania go, szans jakie to daje, mobilizacji ludzi i kapitału. W wielu miejscach się ona toczy.
Taka dyskusja powoduje jednak jedną, bardzo ważną rzecz- zarówno klasa polityczna, jak też opinia publiczna zdaje sobie sprawę, że model biznesowy oparty na paliwach kopalnych i silnikach wewnętrznego spalania jest skończony. Że fabryki działają i działać będą, ale żadnej przyszłościowej wartości nie mają, ich wartość należy wyliczać w ten sposób, ze można ich używać aż do zużycia i porzucić. Tak samo jak bezwartościowe się staną dotyczącego tego patenty, etc. To jest znacząca różnica w wycenie wszelkich firm. Zaczynając od odpowiedzi na pytane czy problemy z płynnością kopalni węgla są chwilowe i można trochę ją dokapitalizować i mieć poważny majątek, czy to tylko dziura w ziemi z której nigdy się nie wyciągnie ani grosza. 
Każde z tych pytań, a jest ich tysiące może być warte nie milion, a sto milionów. Albo kilkadziesiąt miliardów. Dolarów.

Zupełnie logiczną konsekwencją takiej sytuacji jest chęć przekonania przez aktualnie umoczonych w stary system, że absolutnie nie ma żadnej rewolucji, wszystko jest dokładnie tak samo jak było, a ci, którzy twierdzą inaczej to grupka fantastów i wariatów.

Wielki przemysł ma dość łatwo, bo opracował w ciągu dziesięcioleci metody i ma na usługach wystarczające sztaby ludzi, aby panować nad przekazem nawet przez dziesięciolecia. I ogłupić publikę do stopnia w którym nie można przeprowadzić dyskusji nad najprostszymi rzeczami. Przecież to jest zupełnie nieprawdopodobne z każdego rozsądnego punktu widzenia, że w ogóle dopuszczono do sprzedaży benzynę zawierającą ołów oraz, że nie wzbudziło to powszechnej dyskusji publicznej i refleksji przez kilka dziesięcioleci.

Dane o szkodliwości palenia tytoniu oraz badania nad siłą uzależnienia i metodami jego leczenia były jakby rozmywane i znikały z dyskusji publicznej. Dopiero procesy sądowe wykazały, że było to działanie z premedytacją prze koncerny tytoniowe, a kluczową rolę grała tu mała garstka skorumpowanych naukowców i olbrzymie budżety reklamowe, które pozwalały wpływać na linię praktycznie każdego medium o większym zasięgu.
To samo, tylko na znacznie większą skalę zostało powtórzone przy okazji debaty o zmianach klimatycznych.  Pieniądze firm od paliw kopalnych są znacznie większe, niż te o których koncerny tytoniowe mogły w ogóle marzyć.
Jedną z metod jest podważanie ustalonych faktów za pomocą pseudoinstytutów i podejrzanych uniwersytetów, które otrzymują relatywnie duże pieniądze za żyrowanie tekstów przygotowanych przez lobbystów jako prac naukowych. Następnie te rzekome prace stają się podstawą do następnych "badań naukowych". Całość treści takich badań można zawrzeć w jednym zdaniu :rozmywamy i podważamy nawet najbardziej oczywiste i wielokrotnie udowodnione fakty, które sa sprzeczne z interesami. Nie mówimy tu o żadnych kontrowersyjnych problemach. Mówimy o rozmywaniu powszechnej i znanej od stuleci wiedzy. Jak to, że metale ciężkie są śmiertelnymi truciznami, ale w mniejszych dawkach najpierw niszczą zdrowie fizyczne i psychiczne.  Następnie, kiedy już mamy "instytuty" i "badania naukowe" to możemy zacząć organizować "szkolenia". Zwłaszcza, że pieniądze nie grają roli to możemy oprócz "szkoleń" jeszcze dotować stosowne organizacje.

A kto może i powinien być beneficjentem takich szkoleń oraz dotacji? Przecież nie ten, kto rozumie na czym to wszystko polega. To jest prosty, czysty i oczywisty wróg. Beneficjentem powinien być ten kto po pierwsze nic nie rozumie, a po drugie ma lub może mieć w przyszłości wpływ na politykę. Nic nie stoi na przeszkodzie takiego kandydata wspomóc na każdym etapie kariery.

Wystarczy, że dzięki temu system utrzyma się jeszcze przez kilka lat. Wydatki na to wszystko są jedynie drobnym ułamkiem zysków. W bonusie mamy możliwość dociągnięcia przez prezesa do emerytury bez zainteresowania organów ścigania.

Na to ten schemat i metody dopracowane przez przemysł tytoniowy została dołożona druga warstwa. Dopracowane przez kremlowski reżim metody ogłupiania społeczeństwa przez tak intensywne podawanie sprzecznych komunikatów i masowe promowanie najdzikszych bzdur, że przeciętny człowiek po relatywnie krótkim czasie przestawał odróżniać prawdę od fałszu, co otwierało możliwości zupełnie bezkarnego robienia w polityce dokładnie wszystkiego, bo nikt nie był w stanie sam ocenić prawdziwości informacji, ani nawet wiarygodności źródeł.

W zakresie kształtowania opinii publicznej w interesie Rosji jest praktycznie dokładnie to samo, co w interesie zachodnich koncernów naftowych, więc kto stoi za daną częścią propagandy czasem jest trudne do odróżnienia. W końcu Rosja jest też faktycznie koncernem naftowym. W dość dobry sposób media Murdocha z Fox "News" na czele nauczyły się kremlowskich metod manipulacji społeczeństwem, a może było odwrotnie. Nikt tego nie wie, są to w końcu czasu postprawdy.
Interesy są te same, ale dla prezesa zachodniego koncernu najgorszą sprawą może być grzywna czy wyrok w zawieszeniu. Dla rosyjskich oligarchów, z prezydentem włącznie jeszcze większy spadek dochodów z ropy może oznaczać konieczność szukania państwa które im udzieli azylu.

Nie twierdzę, że każda decyzja i zawsze jest skutkiem lobbingu albo wsparcia przez stosowne koncerny kariery ludzi, którzy im pasują. Czasem rozsądny mąż stanu też podejmuje decyzje wprost w interesie określonych lobby. W niektórych przypadkach nawet długa i rozsądna dyskusja prowadzi do konkluzji, że trzeba udzielić czasowego wsparcia określonym gałęziom przemysłu. 
Czego przykładem jest polityka Niemiec, którym regularnie zarzuca się hipokryzję. I słusznie, bo odstawiając paliwa kopalne w energetyce, w przypadku transportu nieco pracują nad zmniejszeniem udziału samochodów osobowych, ale nie robią nic, co mogłoby naruszyć interesy lub choćby postrzeganie na świecie wielkich niemieckich producentów samochodów.  Którzy sami zajęli się truciem, jak zawsze, zamiast zmiany modelu biznesowego na możliwy do utrzymania w przyszłości.
Ale jedno to kompromis, czy nawet hipokryzja w ramach rozsądnej polityki, a drugie to jej kompletna negacja i działanie wprost w interesie całego tego towarzystwa.

Ten olbrzymi napływ pieniędzy i nacisk na opinią publiczną był w wielu miejscach naprawdę skuteczny.  Prezydentem USA został człowiek, który w każdym możliwym miejscu działa na rzecz lobby paliw kopalnych. 
Na szczęście przy okazji jest kompletnie nieudolny, więc działania regularnie przynoszą odwrotny efekt. Po wypowiedzeniu porozumień paryskich poszczególne stany, pod przewodnictwem gubernatorów Kalifornii i Nowego Jorku przejęły pałeczkę i zadecydowały o samodzielnym ograniczeniu emisji CO2 w na tyle przyspieszony sposób, że wykonają paryskie zobowiązania USA. Próba zniesienia sankcji wobec Rosji spowodowała to, że Kongres się obraził i sankcje przedłużył i zaostrzył. W tym wobec kolejnych oligarchów, a to własnie jest największy problem- potrzebują pieniędzy zablokowanych w ramach sankcji, gdy będzie czas zwiewać z Rosji. Najwyraźniej wielki biznes od trucia wszystkiego razem z  rosyjskimi wspólnikami w przypadku promowania Trumpa trochę przesadził. Pomysł był niezły- wziąć największego durnia, który nie będzie nic rozumiał i sterować go przez telewizor, bo z czytaniem słabo. Tylko poszło za dobrze. Dureń nie potrafi wykonać prostych poleceń.

Za  to nowy prezydent Francji nie przejmuje się niczym i zadecydował o wprowadzeniu kompletnego zakazu sprzedaży samochodów spalinowych. Za 23 lata, ale to jest konkret, z konkretnym terminem w poważnym kraju przemysłowym. Do tego czasu pozostanie jedynie dość małe zużycie paliw kopalnych w energetyce, głównie gazu, który jest potrzebny do bilansowania przerośniętej floty atomowej. Ta deklaracja to praktycznie wyrok śmierci dla biznesu naftowego. I Rosji przy okazji, oczywiście.

I na deser zostanie Polska. Kraj, który tak idealnie wpisuje się polityką rządową w interesy lobby węglowo- naftowo- rosyjskiego, że naprawdę nie wiadomo, czy to spisek i plan, czy po prostu wskazówki dotyczące polityki wprost przychodzą ze stosownych central do ministra, albo nawet bez jego pośrednictwa do departamentów legislacyjnych. Tak naprawdę nie podejrzewam, że mogą przyjść z którejkolwiek polskiej firmy, to nie ten poziom refleksji i orientacji w świecie. Ale z wielkich koncernów kontrolujących elektrownie węglowe? Jak najbardziej. Z zachodnich firm naftowych? Mniej, one w Polsce nie mają dużych interesów. Z Rosji? Ci mają. W każdej części rynku paliw kopalnych.
Teoretycznie można do tej listy dopisać jeszcze administrację Trumpa, ale wybory w USA nic w tej części polskiej polityki nie zmieniły, ta sprawa była wcześniejsza. Zapowiedzi i jasny kierunek był wskazany już przed wyborami w Polsce.
I tak samo jak Trump i Tillerson robią wszystko, co mogą w interesie Rosji, a że działają w ramach administracji i są nieudolni, to faktycznie niedużo mogą, tak działania polskiej administracji są w realizacji tychże wspólnych interesów Rosji i koncernów naftowych znacznie skuteczniejsze. 

Tak wygląda cała ta historyjka. Najpierw trzeba rozumieć fizykę i znać współczesną technologię na tyle, aby odróżniać rzeczywistość od kłamstw. Potem te kłamstwa poukładać w rządki i zobaczyć w jakie wzory się układają. Wtedy dokładnie widać w czyim są one interesie oraz bardzo dokładnie kto wspomaga ich dystrybucję. Co na przykład prowadzi nas do następnego pytania, o rolę Facebooka w ostatnich wyborach w USA. Wiadomo, że ich udział w rozprzestrzenianiu kłamstw i wpływie na wynik wyborów był nieproporcjonalnie wielki. Czego nie wiemy, to czy możemy wierzyć zapewnieniom Zucerberga, że to wszystko był uboczny skutek algorytmów dopasowujących wiadomości do osoby, czy jednak należy zadawać pytania, których nikt nie chce zadawać?


Kto właściwie rządzi w USA?

Główne media wszelkich opcji politycznych przynajmniej zgodziły się ostatnio przynajmniej w jednej kwestii: podobał im się atak na bazę syryjskich sił powietrznych.

Atak był zaskoczeniem dla wielu osób. Dla niektórych pozytywnym, dla innych bardzo przykrym. W Warszawie i Kijowie mogą strzelać korki od szampana, w Moskwie ponoć najpopularniejszym dowcipem jest:
"Na Łubiance ponownie przeliczono głosy i okazało się, że wybory prezydenckie  USA wygrała Hilary Clinton"

W skrócie- sytuacja się zmieniła i zaskoczyła sporo osób.
Aby ja zrozumieć, najpierw trzeba ocenić i określić podstawowych aktorów.

Są to Putin (czy cała oligarchia wywodząca się z KGB) i Trump, ale znacznie ważniejsi są aktorzy pozornie drugoplanowi: Paul Manaford, Steve Bannon oraz Ivanka Trump i jej mąż, Jared Kuschner (których możemy traktować łącznie)

Wielki gambit Rosji miał polegać na tym, że dochodami z surowców miała być finansowana modernizacja sił zbrojnych i ekspansja propagandowa i polityczna. Ta ekspansja miała gwarantować stałe zyski z eksportu surowców. Mechanizm ten polega na tym, że zdobyty wpływ polityczny jest kierowany na utrzymanie i umocnienie rynków zbytu surowców, a najlepiej uzyskanie naturalnego monopolu. Stąd olbrzymie pieniądze sa przeznaczane na dyskredytowanie energetyki odnawialnej, oraz wpływ na społeczeństwo i rządy w krajach, które najbardziej mogą tym interesom zaszkodzić. Najważniejszym dla obecnej sytuacji przykładem były rządy Ukrainy po Pomarańczowej Rewolucji, dzięki którym na Ukrainie nastąpił wzrost produkcji energii odnawialnej, wydobycia gazu, utrzymanie przemysłu węglowego i cały, bardzo szeroki zestaw działań na rzecz niezależności energetycznej. Reszta historii jest znana. Następne wybory wygrywa Janukowicz, który całą tę próbę niezależności szybko rozmontowuje, w sporej części topiąc całą te politykę w morzu korupcji. Janukowycz i jego ekipa okazują się tak głupi, że prowadząc nachalnie korupcjogenną i prorosyjską politykę tracą resztki poparcia i doprowadzają do rewolucji, która ich zmiata. Rosja zajmuje Krym, gdzie jest skoncentrowana duża część ukraińskiej produkcji elektryczności z fotowoltaiki i wydobycia gazu. Łatwe pieniądze trafiają do bardzo wielu ludzi prezentujących poglądy spójne z celami Rosji dookoła świata. Od obrońców energetyki węglowej do ruchów antyszczepionkowych.

Donald Trump


Trump jest w sporej części kopią Janukowycza. Na wpół kryminalnym biznesmenem odznaczającym się zdecydowanie większą brutalnością i agresją niż realnymi umiejętnościami. Wielokrotnym bankrutem, co przy możliwościach jakie miał z rodziny oznacza po prostu kretynem, który znalazł się w elitach i juz tam został, choć generalnie nie jest akceptowany z powodu swojego prymitywizmu (najbardziej miarodajne są wypowiedzi Michaela Bloomberga na jego temat). Z czego zapewne przez ostatnie kilka lat jego interesy były poważnie wspierane przez rosyjskich oligarchów.
Wszystko by się układało jak na Ukrainie, rząd USA by sprawnie zabijał rozwój konkurencji dla paliw kopalnych gdzie tylko by mógł (to i tak robi) oraz pracował nad wsparcie dla interesów Rosji dookoła świata. To ostatnie robił, aż do czasu ataku na syryjską bazę lotniczą. 
Co się zmieniło? Rewolucji nie było. Ale było, i nadal śledztwo krążące wokół sporej części rządu. I docierające do Trumpa. Rzeczą zmieniająca reguły gry jest dość szybko postępująca demencja. Jeśli ktoś jest zainteresowany, łatwo znaleźć wywiady z Trumpem sprzed 30-40 lat. Wtedy był to człowiek niezbyt inteligenty i bez większego pojęcia o świecie, ale z poziomem słownictwa i gramatyki jakiego można oczekiwać od dorosłego, słabo wykształconego człowieka. W wypowiedziach w czasie kampanii wyborczej słownictwo było znacznie bardziej ubogie, używał wielu zaimków, etc. Obecnie, zamiast oczekiwanej poważniejszej formy i treści wypowiedzi, dalsze ubożenie komunikacji. Do poziomu, który odpowiada człowiekowi z demencją. Czymkolwiek spowodowaną. 
Dodatkowo, jako notoryjny bankrut miał problemy z finansowaniem inwestycji przez amerykańskie banki. 

Paul Manaford


Kluczowa postać i łącząca dwie powyższe. Człowiek, który zarabiał dziesiątki milionów dolarów jako rosyjski lobbysta w USA. Jeszcze w zeszłym roku miał oddać 90 mln dolarów, które wziął od Rosji na założenie telewizji internetowej i zwyczajnie je przytulił, nie zrobił nic i wziął do kieszeni. A to na pewno nie jedyna taka sprawa, ile dostał za wybory na Ukrainie nikt nie wie. Takich pieniędzy nie dostaje się za zamiatanie ulic. Dostaje się na przykład za znalezienie kandydata, wypromowanie go, wygranie wyborów i obsadzenie rządu według życzeń płacącego. Co Manaford zrobił na Ukrainie. Dokładnie on wynalazł Janukowycza i zrobił go prezydentem. Oczywiście ze stosowną współpracą całego aparatu stojącego do dyspozycji Kremla, ale to on kierował. Miał na pewno duży wpływ na wybranie samego Janukowycza jako właściwego człowieka oraz być może całkowity na skład jego rządu. Podobną rolę pełnił w kampanii Trumpa, być może to on go wynalazł i namówił na kandydowanie. Na pewno też się lepiej zabezpieczył, bo to on wymyślił i wstawił osobę wiceprezydenta. Co w skrócie oznacza, że w razie śmierci lub impeachmentu, prezydentem nadal będzie osoba za którą zapłacili mocodawcy Manaforda. To samo dotyczy się sporej części obsady najwyższych stanowisk. Co, patrząc na cacus prokuratora Wiktora Pszonki pozwala zrozumieć dlaczego w sporej części sprawiają wrażenie jeszcze głupszych i bardziej oderwanych od rzeczywistości niż przeciętna Partii Republikańskiej. Np. nowy sędzia Sadu Najwyższego, Neil Gorsuch jest tu przykładem nawet nie wybitnym, co epickim. Gwarantuję, że jeszcze o nim wielokrotnie usłyszymy. Co jest w sumie mało zabawne, bo ministrowie są i znikną, a skład SN pozostanie na lata, a może dziesięciolecia.

Steve Bannon


Kompletny i zupełny świr. Można posłuchać jego niespójnego wydzierania się jako gwiazdy kanału "Breibart News". Z ciekawostek- założonego aby stanowić kontrę dla "mainstremowych mediów nieprzychylnych Izraelowi". Tak czy inaczej, pod koniec kampanii oraz po wyborach uzyskał nieproporcjonalnie wielki wpływ na obsadę kadrową i politykę Białego Domu. Jak się wydaje, kolejny protegowany Manaforda. Generalnie, człowiek, który naprawdę nic nie wie i nic nie rozumie, ale udało mu się doprowadzić do sytuacji, w której był doradcą do spraw bezpieczeństwa, a jednocześnie filtrem przez który przechodziły właściwie wszystkie informacje związane z bezpieczeństwem wewnętrznym i polityką międzynarodową, jakie dochodziły do Prezydenta. Który to prezydent podejmował na ich podstawie decyzje. Decyzje, które dobrze się wpisywały w interesy Rosji.

Ivanka Trump i Jared Kushner


Ukochane dziecko Donalda Trumpa i jej mąż. Wielokrotnie dawał do zrozumienia, że ma do nich (w szczególności do niej) pełne zaufanie. W kręgu władzy znaleźli się zupełnym przypadkiem, bo ojciec i teść został prezydentem. Dotychczas nie uczestniczyli w polityce, ale widać po nich przynajmniej podstawowe rozumienie świata, orientację w nim i zdrowy rozsądek. Majątek Ivanki bardzo ucierpiał na wizerunkowej katastrofie początków rządów Trumpa, sporo sieci handlowych zrezygnowało ze sprzedawania sygnowanych jej nazwiskiem torebek i biżuterii. 

Mając postacie, możemy bez trudu zrekonstruować dramat.

Trump nie za wiele rozumie ze świata i zupełnie nic z obowiązków bycia głową państwa. Większość polityki prowadziła administracja. I była to polityka od początku bardzo radykalna. Zmierzająca jak najszybciej do demontażu administracji i jak największej ilości funkcji państwa. Czyli eufemistycznie mówiąc, daleka od interesów USA i jego obywateli. Za to budząca szczery zachwyt Kremla. A także była to polityka wprost zapowiadana przez Steve'a Bannona. I realizowana. 
Dookoła Manaforda, Bannona i całej otoczki wokół finansowania wyborów i wpływu na kampanię wyborczą rozpoczęły się śledztwa. Zarówno FBI, jak też komisji Kongresu. Na początek doprowadziły do kompromitacji rusofilskich kretynów w stylu generała Flynna, czy np. doradcy Trumpa, Cartera Page'a (którego rosyjski szpieg nazywał po prostu "idiotą", jak wynika z wyciekniętych podsłuchów).
Działania administracji stawały się publicznym pośmiewiskiem, a reakcja na rządy ze strony społeczeństwa mocna i wyraźna. Co spowodowało np. bojkot wyrobów Ivanki Trump. 
To wszystko polewamy sosem demencji. Donald Trump zwyczajnie coraz mniej kojarzy i w tej sytuacji ma problemy z podejmowaniem decyzji. W oczywisty sposób w takiej sytuacji zaczyna się to zrzucać na najbliższe i zaufane osoby, zwłaszcza zaufane od lat. Oraz w miarę utraty pamięci i zdolności poznawczych najpierw ma się problem z relacjami z osobami poznanymi niedawno. 
Jeśli to wszystko połączymy, to wzrost ogromne znaczenie i wpływ Ivanki staje się oczywisty. 
Stopniowo coraz ważniejsze się stawało, kto wylatuje z Donaldem do Mar-o-lago. A na tej liście była rodzina, a nie było najbardziej podejrzanych typów i oczywistych rosyjskich lobbystów. Aby unikać dolewania paliwa do publicznych podejrzeń. 
Kiedy mamy w tej kombinacji człowieka, który zupełnie nie radzi sobie z obowiązkami i odpowiedzialnością i szuka rady i informacji u jedynych ludzi, do których ma zaufanie. Ivanka i Jared. Przy jakiejś okazji zapewne to któreś z nich pokazało mu film z ataku gazowego w Syrii. Co spowodowało impulsywną decyzję o ataku na syryjską bazę lotniczą. Oraz pytanie- dlaczego o tym nic wcześniej nie wiedział i równie nagłe wyrzucenie Bannona. 
W pewnym sensie był to jakby zamach stanu. Pałacowa wymiana decydentów i kompletna zmiana polityki. Choć może to ostatnie też jest pod pewnym znakiem zapytania, bo Jared Kushner zapomniał się przyznać, ze i on widywał w trakcie kampanii wyborczej z rosyjskim ambasadorem i to wielokrotnie. A majątek jego rodziny, głównie w nieruchomościach na Manhattanie, też mógł wymagać solidnego zastrzyku gotówki. 

To jest sedno sprawy. 

Podstawowe pytanie brzmi: co dalej?


Jedno jest pewne- to jest mimo wszystko dobra wiadomość. Gorszego zestawu niż Bannon i pozostałe pacynki Manaforda nie sposób sobie nawet wyobrazić, więc może być tylko lepiej.
Gorsza wiadomość jest taka, że jak pokazała sprawa Syrii, konflikt pałacowy będzie się rozgrywał w rytm agresywnej polityki międzynarodowej. Co stawia na ostrzu noża np. sprawę Korei. 
Ale jest przede wszystkim tragiczną wiadomością dla Kremla. Dobrze przygotowana i sprawnie przeprowadzona akcja rozbicia jedności Zachodu kończy się nie tylko porażką, ale również wizerunkową tragedią wprost prowadzącą do zaostrzenia kursu. 
W optymistycznej wersji wydarzeń śledztwo w sprawie wyborów odkryje przepływy wsparcia, kontaktów i pieniędzy, rujnując środowiska, którym jest z Moskwą po drodze. Czyli np. wielu lobbystów ze światka paliw kopalnych. To byłaby świetna wiadomość, ale nie jestem aż takim optymistą.

W każdym przypadku i tak mamy cały zestaw bardzo dziwnych postaci kierujących ministerstwami. Jak też garść alt-rightu w Kongresie, która ich popiera. Ci ludzie chcą rozmontować państwo i to w jakimś stopniu zrobią. 
Pozostanie tylko jedno pytanie- jak duże będą szkody? I czy doprowadzą do następnego światowego kryzysu. Na to drugie nadal należy i tak odpowiedzieć pozytywnie, bo każdy republikański prezydent urządzał jedno załamanie gospodarcze na kadencję.
Ale już nie musimy mówić o impeachmencie i ewentualnym skazaniu jako pewnej rzeczy. I prawie na pewno nie mówimy o prorosyjskiej polityce USA, a to jest bardzo poważny powód do ulgi. We wszystkich krajach mających pecha graniczyć z Rosją. Znacznie ważniejsze jest jednak złamanie podstaw propagandy i wiarygodności narracji przez najważniejszego na świecie gracza na międzynarodowym rynku paliw kopalnych (tak, Arabia Saudyjska ropy eksportuje więcej, ale tylko ją, Rosja to też gaz i węgiel.)  


Nie ma złych wiadomości.

Po wyborach w USA nie ma złych wiadomości. Serio. Żadna z konkluzji powyborczych nie jest zła. 

Najpierw mamy dobrą wiadomość- Hilary Clinton nie wygrała wyborów. Nikt jej nie lubi, jest w pewnym sensie uosobieniem establishmentu, którego wszyscy mają dość. OK. Gdyby wygrała, nadal by nikt jej nie lubił, ale były drobne szanse na to, że prowadziłaby dobra politykę i bardzo duże prawdopodobieństwo, że przeciętnie- złą, typową dla elit politycznych USA. Nie będzie prezydentem, więc istnieje nawet szansa, że Demokraci w kolejnych wyborach będą wystawiać kandydatów akceptowalnych dla społeczeństwa. 

Druga wiadomość, bardzo niepokojąca jest taka, że prezydentem USA zostanie Donald Trump. Gwiazda tanich programów rozrywkowych bez żadnego doświadczenia politycznego i oprócz rasizmu, nieznanych poglądów. Bardzo niepokojące, ale to jeszcze nie jest zła wiadomość.

Następna wiadomość jest tak, że mniej- więcej wiadomo, kto będzie członkiem Gabinetu (czyli na nasze- mamy giełdę kandydatów na ministrów). Nazwiska, czyli polityka i poglądy tych ludzi którzy się tam pojawiają nie są złe. 
Są absolutnie, cholernie, czachorozwalająco przerażające.

Aby to zrozumieć, trzeba na chwilę spojrzeć na gospodarkę USA. 

Na dziś większość tej gospodarki to jest konsumpcja, której w miarę wysoki poziom jest podtrzymywany przez deficyt rządu federalnego. Ale bez realnej gospodarki to wszystko nie mogłoby zbyt długo działać. I ta realna gospodarka jest. Składa się na nią kilka sektorów:
1. Zbrojeniówka. Nie mam tu na myśli krajowych zakupów w USA, tylko eksport. Te produkty generalnie są podobnej jakości jak inne zachodnie, albo niższej, a prawie zawsze droższe. Gospodarka pracuje i zarabia, ale daleko tam do prawdziwej wiedzy i innowacyjności, a sprzedaż i napływ pieniędzy ma związek głównie z potęgą polityczną i militarną samych Stanów Zjednoczonych.
2. Rolnictwo. Wydajne, oparte na olbrzymim zużyciu chemii i degradacji gleb, produkujące głównie produkty masowe typu soja i zboża. Konkuruje na rynkach światowych.
3. Rolnictwo w Kalifornii i mniejszym stopniu na Florydzie-  wyspecjalizowane niszowe produkty o dużej wartości dodanej, oparte na technologii oraz nisko płatnej pracy imigrantów. 
4. Przemysł naftowy i petrochemiczny. Skoncentrowany w Teksasie. Nawet nie tyle samo wydobycie, co wszystkie światowej klasy firmy usługowe, badania i rozwój, etc. Oraz produkcja, w tym eksportowa mnóstwa różnych wyrobów petrochemicznych.
4. Przemysł przetwórczy- skoncentrowany w Rust Belt oraz Południu- niskie technologicznie montownie i wytwórnie, prawie w całości na rynek wewnętrzny, głównie motoryzacyjne. Niskie pensje, niekonkurencyjne koszty i jakość. Niezbyt duża ilość działów projektowych i rozwojowych Forda i GM. 
5. Przemysł lotniczy i kosmiczny- zarówno na rynek krajowy, jak też poważny przemysł eksportowy. Skoncentrowany na Zachodnim Wybrzeżu. Wysokie pensje, światowa jakość.
6. Przemysł medialny, IT, robotyki, nowoczesnych technologii. Praktycznie w całości skoncentrowany w Kalifornii, zależny od otwartego światowego rynku, zależny od dobrej jakości edukacji i/lub łatwej imigracji inżynierów
7. Przemysł finansowy. Skoncentrowany w Nowym Jorku, gdzie obsługuje lokalny rynek oraz banksterskie manipulacje dookoła świata oraz w Kalifornii, gdzie jest częścią wyspecjalizowanej infrastruktury finansowania nowych przedsięwzięć technologicznych i medialnych. Te dwie grupy nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego.

Po co to wyliczenie?

Otóż postawmy granicę na górach Sierra Nevada, czy trochę na wschód od nich, na granicy pustyni. Na zachód od tej granicy jest przede wszystkim Kalifornia, poza tym Waszyngton, Oregon, Hawaje i Alaska i zależy jak ustalimy, również kawałek Newady i Nowego Meksyku. 
Na wschód od tej linii mamy wyłącznie montownie dla lokalnej konsumpcji, przemysł obsługujący potrzeby imperialne (zbrojeniówka i banksterka) oraz surowce z niewielkim dodatkiem usług naftowych.
Na zachód od tej linii mamy praktycznie całość eksportowego przemysłu USA. Drogi czytelniku- co ostatnio widziałeś amerykańskiej produkcji? Na przykład w tej chwili czytasz bloga, którego operatorem jest Google. Jeśli leciałeś samolotem, to możliwe że Boeingiem. Jeśli oglądałeś wysokobudżetowy film- zapewne z Hollywood. Ale kontakt z rzeczami produkowanym na wschód od gór mogłeś mieć jeśli jadłeś parówki 100% mięsa i soja akurat była z USA. Równie dobrze mogła być z Brazylii.
Poprzemysłowa ruina większość USA opiera się na taniej pracy, obniżaniu kosztów, eksporcie surowców i manipulacjach walutowych. Zachód to jest maszyna do rozwoju technologii. Nie potrzebuje niskich podatków, potrzebuje dobrych inżynierów i za to chętnie płaci. Trzeba przypomnieć, że Krzemowa Dolina to nie tylko software. To cały system uruchamiania i finansowania przedsięwzięć przesuwających granice technologii. Biochemia, genetyka, robotyka i wszystkie inne dziedziny. Zapewne mało kto zdaje sobie sprawę, że Tesla Motors to nie tylko baterie i silniki elektryczne. To także nowe metody spawalnicze nie stosowane nigdy wcześniej w masowej produkcji. To wszystko wymaga nauki, elastyczności, łatwej wymiany kadr i szybkiego dostępu do kompetentnych technicznie kapitalistów.

Ten podział na część surowcową i przemysłową, eksploatacyjny i technologiczny model gospodarki jest praktycznie niemożliwy do pogodzenia. 
Program i rząd Trumpa jest w czysty sposób pro-oligarchiczny. Ministrem finansów najprawdopodobniej zostanie partner Goldman-Sachs i współpracownik Sorosa. Ministrem spraw wewnętrznych facet, który ze zorganizowanej dyskryminacji rasistowskiej i bezpodstawnych aresztów uczynił znak firmowy i sztandar swojej polityki. 
W takim państwie nie da się prowadzić ani badań, ani podejmować ryzyka potrzebnego na co dzień w Krzemowej Dolinie, ani też ściągać inżynierów z całego świata dla podtrzymania przewagi konkurencyjnej.
Po prostu rząd Trumpa to jest egzystencjalne zagrożenie dla infrastruktury biznesowej Krzemowej Doliny i nawet Hollywood. 

To oznacza, że jedno z nich musi zniknąć. Faszystowski rząd USA oznacza po prostu upadek przemysłu Zachodniego Wybrzeża. Z tych realiów wszyscy sobie w miarę zdają sprawę. W San Francisco Trump uzyskał 10% głosów, a w San Mateo County (obejmującym sporą część Krzemowej Doliny) 19%

Pytanie jakie są możliwości. Pierwsza to taka, że Trump odpuści ze swojej polityki to, co najbardziej uderza w Zachód. Jest to niemożliwe. 
Oprócz IT, gdzie możliwy jest kompromis, polem konfliktu jest energetyka, ogólnie energia i kwestie klimatyczne. Kalifornia już ma duży problem ze zmianami klimatycznymi, promowany przez rząd powrót do energetyki węglowej to nie jest coś możliwego do zaakceptowania przez to społeczeństwo. Ale też rozwój technologii odnawialnych jest skoncentrowany w SV. Rząd Trumpa uderzy w nich bezpośrednio, jak wcześniej Reagan. Tesla Motors i sam Elon Musk będzie musiał stać się wrogiem publicznym. Tak po prostu. SolarCity szkodzi węglowi, a Tesla nafcie.
Deportacja nielegalnych imigrantów, zwłaszcza latynoskich nie oznacza żadnego oddechu dla fabryk Midwestu. Ale za to oznacza prawie wyrok śmierci dla plantacji pistacji, winnic i gajów oliwnych Kalifornii. 

Dla Zachodu na dziś kluczowym problemem jest po prostu powstrzymanie Trumpa. Wszystkimi dostępnymi metodami. Wystarczy sparaliżować jego administrację i jakoś się przeżyje te 4 lata. Osiem lat byłoby kompletną tragedią, prawdopodobnie nie byłoby już czego zbierać.
Sama Krzemowa Dolina mogłaby się stopniowo przenieść, zapewne do Kanady. W rejonie Seattle jest też całkiem solidny ośrodek IT, równie dobrze mógłby rozwinąć się 30 min drogi na północ, już za granicą.

Od politycznej strony patrząc na dziś jest tylko jedna droga. Na teraz zwyczajne przekupstwo części Kongresu aby paraliżować najbardziej faszystowskie idee, a za dwa lata, przy okazji wyborów, pozbawienie Republikanów większość w obu izbach. 
To pierwsze wymaga lobbingu i pieniędzy, które znajdą się bez problemu. Przekupni Republikanie też bez trudu. 
To drugie jest bardziej skomplikowane i znacznie więcej od tego zależy. Po pierwsze, Partia Demokratyczna pod obecnym zarządem skompromitowała się całkowicie. To nie była normalna przegrana, to byłą katastrofa spowodowana przez głupotę, niekompetencję i chciwość ludzi kierujących kampanią Clinton i przez nią samą.

Na dziś obrona zachodu musi polegać na poparciu popularnej platformy wewnątrz Partii Demokratycznej, definitywnym pozbyciu się ludzi Clinton i podobnych oraz odbudowie wiarygodności bazując na kandydatach oferujących bezkompromisowe powstrzymywanie Trumpa oraz rzeczach takich jak ochrona klimatu, powszechna opieka zdrowotna, odcięcie polityki od pieniędzy oligarchów, etc. 
Jeśli dotychczasowa elita Demokratów nie odejdzie dobrowolnie, to progresywiści (jak ten kierunek nazywa się w USA) będą musieli wypromować swoich kandydatów w prawyborach. 

To jest polityka, która na pewno będzie prowadzona. Teraz mamy zasadnicze pytanie- z jakim wynikiem?
Jeśli progresywiści przejmą PD i/lub uzyskają znaczny wpływ wśród członków Kongresu i pokonają większość GOP w obu izbach, to po dwóch ciężkich latach, będą kolejne dwa paraliżowania administracji Trumpa i potem święty spokój. OK, sprawa załatwiona. Dla nas, USA i świata to rzecz o którą każdy wierzący człowiek powinien się co dzień modlić. Niewierzący też, nie zaszkodzi, a może zadziała.

Jeśli Partia Demokratyczna będzie sama opierać się, dzisiejszy zarząd nie poda się do dymisji i/lub nowy będzie z tej samej bajki oraz progresywiści będą przegrywać prawybory wskutek machlojek to będzie problem. Republikanie utrzymają władzę, a demokratycznie kongresmeni będą z gatunku tych, co lubią zawierać najdziwniejsze kompromisy. 

To będzie oznaczało dla Zachodu po prostu brak reprezentacji. Kompletną niemożliwość artykułowania i obrony swoich interesów politycznych i ekonomicznych. Problem, który trzeba jakoś rozwiązać. 
Jednym z rozwiązań, najbardziej prawdopodobnym będzie stopniowa ucieczka całego przemysłu i zapaść ekonomiczna. Drugim, zupełnie możliwym- secesja. Pierwsze objawy spowolnienia gospodarczego na Zachodzie spowodują natychmiastowy resentyment. Dziś adresowany już nie do abstrakcyjnych sił rynkowych, tylko dokładnie pod adresem jednego świra u władzy, popierających go skorumpowanych karierowiczów i fanatyków oraz równie skorumpowanej i nieudolnej opozycji. 
Z takiego punktu wyjścia są dwa- stworzyć własną opozycję, która przynajmniej częściowo ucywilizuje system, albo całkowicie się od niego odłączyć.
To drugie jest radykalne, ale zapewne okaże się bardzo kuszące.
Przez ostatnie 20 lat dysproporcja gospodarcza pomiędzy Kalifornią (czy całym Zachodem) i resztą USA tylko się powiększała. Patrząc na fundamenty gospodarki, sposób organizacji biznesu, etc. to wygląda jak przymusowe połączenie Skandynawii z Brazylią. To nie może na dłuższą metę działać. Albo Brazylia zostanie ucywilizowana, oligarchowie utemperowani, a gospodarka zacznie rozwijać technologię, albo Skandynawia pójdzie swoją drogą.

Jednak nawet secesja, choć jest drugim najlepszym rozwiązaniem, nie załatwi wszystkich problemów. Na wschodzie zostanie fikcyjna gospodarka i trochę surowców oraz dość potężna armia. I ideologia nakazująca siłowe popieranie tego przemysłu surowcowego wszędzie gdzie się da. Dokładna kopia putinowskiej Rosji. Z takim samym syfem, niedostępnością opieki medycznej, infrastrukturą tylko na pokaz, skrajnie agresywną armią i propagandą. Fajnie co?

A już teraz ministrem spraw zagranicznych najprawdopodobniej będzie facet dla którego Estonia to przecież przedmieścia St. Petersburga i nie można oczekiwać, że USA się będzie mieszać w takie rzeczy.

Za to w ograniczenie wydobycia ropy na Bliskim Wschodzie na pewno. Jak? Tak samo jak za Bushów. Obu. Tylko nawet GW to był odpowiedzialny centrowy polityk na tle Trumpa. Będzie tak samo, tylko bardziej. Więcej wojen na bliskim wschodzie to mniej ropy na rynku, to więcej pieniędzy u nafciarzy i w budżecie Rosji. I w końcu będą mogli zająć te swoje przedmieścia. 






Węgiel, czyli my lub oni.

W dyskusji pod poprzednim wpisem poruszono temat węgla i energetyki węglowej, obiecałem odnieść się do tego obszerniej i oto macie, drodzy czytelnicy:

Jedną z bardzo wyraźnych tendencji trwającej Rewolucji Energetycznej jest znikająca rola węgla w gospodarce. Nie, nie zmniejszająca się. Po prostu znikająca.

Nowa energetyka już dziś produkuje prąd nie tylko lepszej jakości, ale i tańszy. Bez administracyjnych regulacji i potężnych dotacji budowa nowych elektrowni węglowych nie ma żadnego sensu ekonomicznego. Eksploatacja istniejących w większości przypadków jeszcze jakiś ma, ale w większości miejsc na świecie budowa elektrowni węglowych wynika jedynie z powodu rozgrzebania inwestycji z czasów, gdy to mogło mieć sens, z powodu chorej organizacji rynku energii lub z powodu decyzji politycznych. 

W tym ostatnim przypadku przyczyną jest zwykle jakaś mieszanka korupcji i negacjonizmu globalnego ocieplenia, w różnych proporcjach. Tak dochodzimy do kolejnego powodu, czyli właśnie globalnego ocieplenia. Stopniowe i powolne ocieplanie klimatu od prawie dwóch lat wygląda jakby wymknęło się jakiekolwiek stabilności, a każdy kolejny miesiąc bije rekordy ciepła. Groźba usmażenia naszej jedynej planety staje się po prostu realna.

Dlatego wynegocjowano, podpisano i jest na dobrej drodze do wejścia w życie porozumienie paryskie.
Aby powstrzymać ocieplenie już nie w rozsądnym zakresie, ale po prostu w takim, które nie zniszczy cywilizacji, szybkie odchodzenie od paliw kopalnych jest po prostu konieczne. Z czego na dziś najłatwiejsze, najtańsze i najszybsze zapewnia zaprzestanie spalania węgla. I może to zapewnić najszybszy spadek emisji CO2. Węgiel, choć najczęstszym i najpoważniejszym jego zastosowaniem jest wytwarzanie elektryczności, ma też swoją poważną rolę w wytopie stali i tam nie jest łatwy do zastąpienia. Za to trzecie zastosowanie, w skali świata marginalne, to spalanie w celach grzewczych i tu eliminacja węgla jest łatwa i tania.
Ale świat skupia się na eliminacji emisji węgla z generacji elektryczności. To jest rzecz, którą, my, jako ludzkość możemy zrobić najszybciej i da największy efekt. Czyli będzie efektywnie najważniejszym krokiem dla nie usmażenia naszej jedynej planety. Równolegle potrzebne jest każde możliwe działanie, a jednocześnie poszukiwanie i rozwijanie technologii tam, gdzie jeszcze nie potrafimy tanio i efektywnie zastąpić paliw kopalnych.
Alternatywa jest prosta: jeśli tego wszystkiego zaniechamy to nasza planeta przestanie nadawać się do życia, ewentualnie możliwe do zamieszkania będą znacznie mniejsze niż dziś obszary, położone w zupełnie innych miejscach. 
Rachunek możliwości też jest prosty. Podstawowymi paliwami kopalnymi są węgiel, ropa naftowa i gaz ziemny. Zastąpienie ropy w transporcie nie jest proste, ani tym bardziej tanie. Pozostaje eliminacja gazu lub węgla. Z tego spalanie gazu jest zarówno znacznie czystsze, jak też może być wydajniejsze energetycznie oraz w razie potrzeby odbywać się na bardzo małą skalę, świetnie ułatwiając kogenerację. Droga eliminacji pierwszy do odstrzału jest węgiel. Jako, że czasu już brakuje, nie ma żadnej możliwości manewru ani wyboru innej drogi. Takie są realia.

Czas na bardzo proste stwierdzenie, prowadzące do być może kontrowersyjnej deklaracji. 
Otóż jedną sprawą jest to piszę po polsku, w moim ojczystym języku (choć jednym z trzech używanych na co dzień). Życzę Polsce i wszystkim Polakom, aby kraj był dobrym, cywilizowanym i wygodnym miejscem do życia. 
Ale: Polska jest częścią naszej planety. Możemy żyć w bardzo wielu różnych miejscach. Możemy się przenieść pojedynczo lub wszyscy razem. Ale jak dotychczas nikt z nas nie ma żadnej możliwości przeniesienia się na inną planetę. Mamy tylko Ziemię. I w tym momencie wybór jest prosty. Każdy, kto świadomie prowadzi działania zmierzające do dalszej destrukcji planety jest szkodnikiem. Jest moim osobistym wrogiem i powinien być wrogiem każdego przyzwoitego człowieka. Jedną sprawą jest bycie zmanipulowanym przez media, nie rozumienie świata, postępowanie tak jak zawsze się postępowało i jak robią wszyscy inni. Zupełnie inną kwestią jest praca redaktora, polityka, czy kierownictwa wielkiego koncernu, którzy co najmniej powinni zdawać sobie sprawę z tego co robią, jednak robią wszystko aby zniszczyć naszą piękną planetę i cywilizację razem z tym. To są po prostu wrogowie ludzkości. Jeśli ja bym został z jakiś tajemniczych powodów postawiony przed wyborem: Polska czy Ziemia, cóż.... Planeta bez Polski istniała i może istnieć. Polska bez życia na Ziemi- chyba nie bardzo. Stąd każdy, kto w smarując sobie gębę Polską, chrześcijaństwem, czy co tam sobie jeszcze wymyśli świadomie działa na rzecz niszczenia życia na naszej jedynej planecie jest niegodzien miana człowieka i traktowania jako człowieka.
I znów: detale są ważne. Jedną sprawą jest koncern energetyczny produkujący prąd z węgla, ale który ma realny plan zmniejszania i następnie rezygnacji ze spalania węgla, a drugą rzeczą są męty, które uznają, że opłaca im się promować "czysty węgiel" czy inne bzdury w trzecim świecie, po to aby zarobić parę dolarów ze sprzedaży sprzętu, którego nigdzie indziej by nie wcisnęli. Jedną sprawą są politycy, którzy rządzą krajem z gospodarką opartą na węglu, ale robią wszystko aby to uzależnienie zakończyć, nawet ryzykując lokalne bunty społeczne (jak w Chinach) a kompletnie inną rzeczą jest podnoszenie takiego uzależnienia do rangi cnoty i kultywowanie go przez nieetyczne tępienie alternatyw (Hiszpania Rajoy'a, czy większość najbardziej skorumpowanych reżimów trzeciego świata).
W skrócie: nie jest problemem gdzie się dziś znajdujesz, bo wszyscy na naszej planecie znajdujemy się w nie najlepszym położeniu. Problem polega na tym, co dalej chcesz z tym robić. I jak to porównamy do tego, co naprawdę można zrobić w danej sytuacji. I nie, ignorancja zarządów, polityków, ani nawet redaktorów zajmujących się tematem nie jest żadnym usprawiedliwieniem, bo za to dostają pieniądze, aby wiedzieli. Koniec. 
To, czy mają taką wiedzę, przecież niezwykle łatwą do zdobycia, w moich oczach pozwala jedynie odróżnić niekompetentych ignorantów, którzy nigdy nie powinni zajmować się pracą którą wykonują, od ludzkiego ścierwa, które świadomie przykłada rękę do niszczenia naszej jedynej planety. Naszej, więc mojej też.
Niestety, lub stety, tego typu ścierwa mają bardzo podobny sposób myślenia i działania, wzajemnie się świetnie czują w swoim towarzystwie. Stąd drodzy czytelnicy, możecie bardzo łatwo, właśnie po stosunku do paliw kopalnych znaleźć całe łańcuszki powiązań między oligarchami ostatniego sortu i znakomicie działające spółdzielnie promotorów paliw kopalnych z najbardziej skorumpowanymi politykami i najobrzydliwszymi dyktaturami oraz nie jednym redaktorem i "ekspertem od rynku energii i paliw"

No hay gas

W Urugwaju trwa sobie strajk pracowników dystrybucji gazu. Dla wyjasnienia- chodzi o propan-butan, rozwożony w butlach; dystrybucji gazu ziemnego tu nie ma.
Strajk jest jakiś niezauważony, media się specjalnie nim nie interesują, i generalnie jaby wszyscy go mieli zupełnie gdzieś. Co jest bardzo, ale to bardzo dziwne. Ja sam, pomimo śledzenia wydarzeń dowiedziałem się dlatego, że w lokalnym oddziale dystrybucji, na rogu mojej ulicy zrobiło się jakoś podejrzanie cicho, później przechodząc odkryłem kartkę "No hay gas". Sam gazu nie używam, a nawet gdybym używał, to i tak butle używane do gotowania wymienia się powiedzmy raz na miesiąc. Gaz u dystrybutorów w Montevideo skończył się w piątek, w interiorze już od środy- czwartku były poważne problemy i lokalne braki. W sobotę już właściwie nigdzie nie  można było wymienić butli. (dziś jest wtorek, 15.03.2016)
Od czysto fizycznej strony przyczyną tego jest zablokowanie przez związkowców bramy z rozlewni gazu położonej przy jedynej w kraju rafinerii. Oprócz tej jest jeszcze tylko jedna, której włascicielem jest jedna z mniejszych firm dystrybucyjnych, ale ma ona na tyle małą przepustowść, że sprzedaje gaz tylko swoim stałym klientom i na potrzeby odbiorców krytycznego znaczenia (szpitale, etc.) Większość zwykłych ludzi gazu po prostu nie może kupić, nigdzie.
Ludzie zapewne trochę zaczęli oszczędzać; np. w niedzielę zdziwiłem się, dlaczego restauracje są pełniejsze ludzi niż zazwyczaj. Ale mimo to gaz do kuchenek w części domów już się skończył. Tu uwaga- praktycznie nikt, przynajmniej w miastach, nie trzyma drugiej, zapasowej butli. Dystrybutorzy pracują 24h/7 i gaz jest zwykle dowożony w ciągu kilkunastu minut, max 1h. Problemem w tym wszystkim nie jest gaz, problemem jest to, że wszystkie butle atestowane w Urugwaju wysychają i fizycznie nie ma ich gdzie napełnić, za granicą oczywiście też nie, bo atest jest z Urugwaju i nie jest uznawany gdzie indziej.
Tyle opisu, przebieg tego wszystkiego wydaja się dość dziwny. Na przykład to, że strajk zorganizował nie główny związek pracowników dystrybucji gazu, a kilka miesięcy temu zarejestrowani rozłamowcy. Sam rozłam w związku w kraju, gdzie praktycznie wszystko załatwia się konsensusem już jest dziwny. Trochę światła na sprawę rzuca to, że większość nowego związku pochodzi z jednej firmy, która ma dość długą historię kombinowania przy wysokości premii, etc. (BTW- nie chodzi o nie wypłacanie pensji, takiego zjawiska w Urugwaju nie ma, albo ogłasza się upadłość, albo sąd by kazał pomysłodawcy dłuższy czas odpocząć od interesów, w drastycznych sprawach odpoczynek byłby na koszt urugwajskiego systemu penitencjarnego).

Stąd wnoszę, że zapewne główny związek próbował łagodzić sytuację i jakoś szukać porozumienia, aż pracownicy się wkurzyli na sposób traktowania przez firmę i bezskuteczność związku, założyli nowy i wzięli się do dość radykalnych działań. Niestety, nie z każdym da się dogadać.

W tym wszystkim pewną zagadką dla mnie pozostawała postawa rządu. W końcu mamy do czynienia z problemem w małej firmie, ale który dotyka większości populacji kraju. Rząd ma całkiem sporo różnych narzędzi aby przyspieszyć rozwiązanie konfliktu albo zmniejszyć jego znaczenie dla mieszkańców. Od negocjacji ogranizowanych przez stosownego ministra, aż do tymczasowej zgody na użycie argentyńskich i/lub brazylijskich butli oraz wojskowe ćwiczenia logistyczne w postaci rządowej dystrybucji. 

Co właśnie istotne i ciekawe- nic takiego nie ma miejsca. Rząd z konfliktu znikł, nikt nie interweniuje, nawet nikt nie komentuje. Żaden polityk nic nie mówi, więc media też za sprawą nie gonią. Dokładnie jakby rząd uznał, że przedłużający się konflikt jest mu na rękę. Od strony rozgrywek politycznych i opini publicznej na pewno na rękę nie jest, bo każdy zauważa, że nie ma gazu i bezczynność rządu politycznej chwały mu nie przysporzy. Pozostaje jedna teoria- prezydent, czy rząd uznał, że pozowolenie na przedłużenie strajku jest zgodne z polityką państową.

Zupełnie niezgodnie z intuicją- bo jak- socjalistyczny rząd pozwala na przedłużanie konfliktu pracowniczego? Ale to jest zupełnie logiczne rozwiązanie.

Z kilku powodów. Po pierwsze, w środku konfliktu jest firma nie najlepiej traktująca pracowników, działająca na normalnym, konkurencyjnym rynku. Nie tylko nie jest ona nikomu potrzebna, ale i rządowi bardzo na rękę jest wysłanie na rynek sygnału, że jak przedsiębiorca poczuwa się do bycia częścią społeczeństwa i posiadania jakiś obowiązków, to społeczeństwo w razie potrzebu mu pomoże. A jak uważa, że jest jedyny i najważniejszy- to niech uważa tak dalej i sam załatwia swoje sprawy.
Po drugie- czas odejść od używania gazu. Przypomnę, że Urugwaj nie ma ŻADNYCH surowców energetycznych, przynajmniej do niedawna nie miał. Tu nie rosną nawet lasy. Od 30 lat rosną plantacje drzew, dzięki czemu kraj już jest samowystarczalny w drewno opałowe oraz eksportuje celulozę. Wcześnie nie był. 
Oprócz tego są rzeki, na nich zapory, choć największa jest na granicznej rzece, wspólna z Argentyną. Jednak energetyka wodna nie dostarcza i nigdy nie dostarczała wystarczającej ilości prądu, resztę do niedawna uzupełniano prądem z elektrowni na ropę i importem, stąd import gazu i dystrybucja w butlach gazu do gotowania, ogrzewania, etc był całkiem sensownym wyjściem. Dziś elektrownia na ropę pracuje wyłącznie przy największych upałach i bezwietrznej pogodzie, bo olbrzymią część prądu dostarczają wiatraki, jeszce niewielką, ale też szybko rosnącą elektrownie słoneczne. Zapewne w przyszłym lub 2018 roku elektrownia cieplna nie będzie już potrzebna nawet w czasie bezwietrznych dni. Już teraz graniczna elektrownia wysyła prąd głównie do Argentyny, pojawia się sporadyczny eksport także do Brazylii. W takiej sytuacji najrozsądniejszą polityką jest dla odmiany eliminacja gazu i zastępowanie jego użycia prądem. Co wcale nie jest specjalnie droższe, przy korzystaniu z drugiej taryfy- tańsze, przy ogrzewaniu klimatyzatorem- dużo tańsze niż gazem. Problem polega na kosztach inwestycji przy klimatyzatorze oraz przyzwyczajeniach przy gotowaniu, etc. Pomimo generalnie wysokich cen wszelkich postaci energii w stosunku do dochodów w Urugwaju, nie są one aż tak wysokie, aby zmotywować ludzi do zmiany. Stąd zwyczajny brak gazu zmusi ludzi do użycia jakiś alternatyw. Żadnych złudzeń, najpierw to bedzie parillada i salsa criolla, ale przynajmniej przy użyciu krajowego drewna. Dopiero w tygodniu, gdy brak czasu, pieniędzy lub jakaś niespodziewana myśl, że wypada jednak żywić się czymś innym niż wyłącznie wołowiną może spowodować, że niektórzy spróbują użyć maszynek elektrycznych. 

Nie wszyscy, to na pewno, ale może trochę osób zacznie. Jak się okaże, że tego używania wcale tak bardzo nie widać na rachunku za prąd, albo widać mniej czy niewiele więcej niż płąciło się za gaz (co jest całkiem prawdopodobne), to proces zmiany powoli ruszy. Ludzie ze sobą rozmiawiając powiedzą o sporej praktyczności i znikomej różnicy w cenie. Co będzie oznaczać jedno- rynek dystrybucji gazu zacznie się kurczyc. Co oznacza dla firm optymalizację kosztów- czytal zamykanie części punktów dystrybucji, i ograniczanie działaności, co oznacza rezygnację z niektórych stref lub wydłużenie czasu dostaw, albo ktoś wyleci z rynku. Reszta przez chwilę odetchnia, aż przyjdzie czas na następnego. Spólka zależna państwowej rafinerii przetrwa na pewno, bo ma gigantyczne plecy kapitałowe, gaz prosto z rafinerii i własną rozlewnię. Oraz jest państwowa, czyli postrzegana przez Urugwajczyków jako "nasza". 

Trzeci powód nieinterwencji rządu to wreszcie postawa związkowców, dość konfrontacyjna, zdecydowanie za bardzo jak na tutejsze zwyczaje. Tu mogła zapaść cyniczna, ale zgodna z państowym interesem decyzja, że lepiej będzie jak akurat ta firma i ten związek wykończą się nawzajem, żadne z nich nie pasuje do Urugwaju.

Co do pozostałych dystrybutorów, zapewne niedługo zaczną się pojawiać ogłoszenia o sprzedaży za dobrą cenę sieci dystrybucji gazu w Urugwaju. Jeśli będzie to mniej niż wartość nieruchomości minus odprawy, to może i warto, w każdym innym przypadku lepiej to omijać. 



Jak się robi zmiany ustroju?

Rafał Bauer napisał bardzo, ale to bardzo ważny tekst. Tekst, który mógłby i powinien trafić do podręczników szkolnych. Zwłaszcza historii, jeśli w ogóle zacznie się w szkołach nauczanie najnowszej historii.

Dla tych, którym kompletnie nie chce się zajrzeć do linka, albo co ja uważam w nim za najważniejsze:
Wskazanie kolejnych poszlak dla tezy, że w połowie lat 80-tych trwała pełną parą akcja przygotowywania zmiany ustrojowej. Była ona rozgrywana i reżyserowana z Kremla, wykonywana przez lokalnych zarządców. 

Najważniejsza w tym tekście rzeczą jest wskazanie nowych poszlak dla tezy, że przemiany lat 89-90 były wcześniej zaplanowane, ale nie miały na celu żadnej demokratyzacji, etc. Celem była metamorfoza imperium moskiewskiego i oparcie kontroli nad satelitami na nowych zasadach, jednocześnie zwiększając strefę wpływów. 

Odważna teza, nieprawdaż. A w jaki sposób miało się to odbyć?

Dokładnie tak jak się odbyło. Poprzez zbudowanie i zorganizowanie całej infrastruktury energetycznej w bardzo konkretny sposób. Mianowicie możliwie kompletnie uzależniający transport i energetykę od dostaw ze wschodu. Za tym szła możliwość nacisków, żądania koncesji i manipulowania cenami, czyli normalne zachowania  monopolisty. Dokładnie po to, aby utrzymać prokremlowski system rządów w całym obszarze poradzieckim oraz w miarę możliwości tę sferę rozszerzyć. 

Terytorialnie mówmy w pierwszej kolejności od odwiecznych celach strategicznych- dostępu do niemieckiej technologii i cieśninie Bosfor, do czego celem pośrednim są wpływy na Bałkanach. Wystarczy spojrzeć na kierunki rozbudowy sprzedaży rosyjskich surowców- i niespodzianka, pokrywa się. Inna sprawa, że specjalnych alternatyw i tak nie ma.

Jeśli rozszerzyć- to tą samą metodą co zawsze. Czyli podstawionych ludzi jako pośredników, decydentów utrzymujących dotychczasową zależność lub ją umacniających. Ci ludzie już zupełnie dobrze orientują się w lokalnej polityce i mogą wspomagać polityków odpowiednio lojalnych i głupich.
Co nas niestety prostą droga prowadzi do podejrzenia, że częścią tego planu przestawienia się Kremla na dominację energetyczną jest odpowiednia propaganda, wpływająca zarówno na opinie publiczną, jak tez decydentów. 

Przecież skoro cała operacja zmiany systemu została tak znakomicie przygotowana medialnie i propagandowo, to dlaczego druga jej część miałaby być odpuszczona?

Jestem pewien, że nie została. Że absolutnie dominujący przekaz ma na celu przekonanie jak najszerszej publiki decydentów o konieczności i celowości prowadzenia polityki w zakresie energii zgodnej z celami Kremla. 

Te cele można dość łatwo zdefiniować- zwiększanie zależności od paliw, zwłaszcza tych, w których trudniej znaleźć alternatywnych dostawców. To oznacza na przykład promowanie gazu ziemnego. Ale tylko tam, gdzie to jest bez sensu. W zwykłych elektrowniach, i spalaniu w  kotłowniach. Jeszcze lepiej- promowanie oleju opałowego jako łatwego i czystego paliwa. I tym podobne. W tym na przykład połączenie konieczności likwidacji górnictwa węglowego i  promowania budowania nowych elektrowni węglowych. Efektywnie to jest naganianie do zakupu rosyjskiego węgla i dalsze uzależnianie się. Niekoniecznie nawet dla rozgrywania polskiego rynku. Równie ważne jest utrzymywanie globalnego popytu, stąd obowiązkowo ideologiczne zwalczanie energetyki odnawialnej,  serwowanie przekazu o bezsensowności, etc. Same oczywiste rzeczy. Jeśli ktoś ma wątpliwości, proponuję posłuchać Korwina Mikke. WSZYSTKO co on wygaduje jest wypowiadane w interesie Kremla. Czasem tylko jako podgrzewanie wewnętrznych konfliktów w Polsce, czasem właśnie jako promowanie celów rosyjskiej polityki w Polsce. 

Zdecydowanie warto posłuchać/ poczytać. Śmiało można założyć, że od strony technicznej i ekonomicznej wszystko co wygaduje ten człowiek jest kompletną bzdurą, ale to nie ma znaczenia. Znaczenie ma sposób przekonywania i wpływ na opinię publiczną. A był on nie taki mały. Spora część dzisiejszych 30-40 latków aktywnych w życiu społecznym gdzieś po drodze przeszła przez UPR, a co najmniej się zetknęła. Spora część przesiąkła tymi poglądami (w tym i ja), nie każdy potrafi je w całości zweryfikować.

W każdym przypadku odsyłam. JKM publikuje w wielu miejscach, opinie wygłasza wszędzie, można znaleźć bez trudu, choć rzadko konkretne. O tyle, o ile wypowiada się jasno coś promując lub zniechęcając- jest to dokładna prezentacja kremlowskiego planu. Zresztą zawsze można wybrać się na spotkanie i zadać pytania. 

Niestety, to nie jest jeden, ani jedyny. Jest bardzo ładnym probierzem, ale śmiało można przyjąć, że zestaw poglądów chroniących rosyjską dominację w energetyce jest takim samym dogmatem, jak przewodnia rola Partii w pierwszym PRL. W skrócie- nikt, kto ma do powiedzenie coś rozsądnego na temat alternatyw dla rosyjskich surowców nie może się przebić do salonowego dyskursu publicznego, dokładnie tak samo jak nie mogła się w 1975 roku pojawić w telewizji informacja, że ZSRR jest głównym sponsorem światowego terroryzmu. Bo wicie-rozumicie, widzów to nie interesuje.

Ta, powoli sączona z wielu źródeł propaganda okazała się nieporównywalnie bardziej skuteczna od wychwalania przyjaźni ze Związkiem Radzieckim. W toczonych dyskusjach widzę właściwie tylko dwie postawy-  albo przekonanie o konieczności zwiększania zużycia paliw kopalnych bo to jedyna możliwość postępu- i to jest narracja zarówno "strony patriotycznej" jak też większości "salonowej", albo drugą postawą jest negacja uprzemysłowienia i postępu technicznego, a przy okazji promocja pełnego zestawu idei społecznych, czyli w skrócie- pozbawione kultury technicznej lewicowe oszołomy.
W kolejnej grupie jestem ja. Jako dużą wartość uznaję spójne solidarne społeczeństwo, czego moim zdaniem nie da się uzyskać bez odpowiedniej równości społecznej, wskazana jest szeroko rozpowszechniona wiedza techniczna i bardzo ważna dbałość o środowisko na każdym poziomie. Wygląda na to, ze z takimi poglądami w Polsce jestem sam. Mógłbym to mieć gdzieś, ale nie mam.
Problem polega na tym, że dzisiejsza, nowoczesna energetyka oparta o energie wiatrową i słoneczną jest absolutnie konieczna dla rozwoju nowoczesnego przemysłu, który potrzebuje taniego i niezawodnego prądu. Którego nie zapewni ani rosyjski gaz, ani węgiel. Za to zapewnia go energetyka odnawialna. Co jest rzeczą starannie pomijaną w polskiej dyskusji publicznej.

Marzenie pionierów kolei staje się faktem, czyli tory łączą cały świat

Dzisiejszy wpis tematyką bardziej pasuje do Rewolucji Energetycznej, ale tu mnie dawno nie było, a sprawa ma więcej aspektów politycznych, niż technicznych, więc zostawiam.

Brytyjscy pionierzy kolei, a raczej biznesmeni kolejowi, mieli wielkie marzenie -- połączyć koleją Wyspy Brytyjskie z perłą w koronie Imperium, czyli Indiami. A jeszcze lepiej -- także z Hongkongiem. Teoretycznie takie połączenie istnieje od lat, ale z kolejnymi przeprawami promowymi, zmianami rozstawu szyn i innymi ulepszeniami jest całkowicie bezużyteczne jako środek taniego i szybkiego transportu.

Cóż, obecnie sytuacja się zmienia. Co prawda ani brytyjski kapitał, ani nawet inżynierowie nie maja z tym praktycznie nic wspólnego i też droga niezupełnie będzie prowadzić do Indii.  
Otóż właśnie trwa lub rozpoczyna się budowa lub poprawianie paru odcinków linii kolejowych. Zadziwiającym zbiegiem okoliczności jest lista tych odcinków, gdzie wszystkie przeszkody znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a problemy z finansowanie są nieistniejące. 

Niedawno (jakoś w listopadzie) oddano do użytku nowy dworzec kolejowy we Wiedniu. Dzięki temu wzrosła przepustowość całego węzła, w tym możliwość przejazdu pociągów szybkiej kolei na liniach południkowej i równoleżnikowej. Oraz przepustowość towarowa. Dalej na zachód oczywiście mamy rozbudowana sieć połączeń kolei klasycznej i szybkiej, na zachód aż do Szkocji, na południe niedługo ruszy linia standardu 320 km/h Tangier- Casablanca (choć tunelu pod Gibraltarem nie ma i będzie najwcześniej za 15 lat). Ale ruszamy z Wiednia. Na wschód. Teoretycznie linia do Budapesztu jest częścią projektowanego europejskiego korytarza szybkiego ruchu i jako taka będzie trzymana w wysokim standardzie a tory do Budapesztu zawsze będą w dobrym stanie, o co ma dbać UE.

Także w zeszłym roku rozpoczęto budowę kolejowej towarowej obwodnicy Budapesztu. Pociągi towarowe już nie będą przejeżdżać przez centrum miasta i blokować węzła. Także na Węgrzech jest modernizowany tor w kierunki Belgradu. Do tego miejsca oczywiście większość inwestycji jest dofinansowywana przez Unię Europejską, a pomoc organizacji spoza UE jest bardzo trudna do uzyskania, by nie rzecz niemożliwa.

Jedziemy dalej, najlepsze ukształtowanie terenu dla kolei jest w stronę Belgradu. Linia w trakcie ulepszania. Jesteśmy na granicy UE, w Serbii, od granicy węgierskiej do Belgradu, to inna sprawa. Także trwa modernizacja, co prawda do nie tak wielkich prędkości, bo maksymalnej 160 km/h. Ale za to Serbom udało się ją sfinansować w sporej części z grantów. Co dość zadziwiające granty pochodziły z Chin. Chińczycy mają raczej zwyczaj pożyczać pieniądze i jeszcze te kredyty trafiają w całości do chińskich firm zatrudniających wyłącznie chińskich robotników, czyli kredytobiorcy mają co prawda zbudowana infrastrukturę, zazwyczaj dobrze i  tanio, ale żadnego impulsu dla gospodarki, tylko odsetki do spłacania. Cóż, zapewne skośnookim trochę zależało.

A dlaczego mogło im zależeć na połączeniu prowincjonalnego Budapesztu z zadupiem Belgradu? Bo linia kolejowa idzie dalej. Z powrotem do Unii Europejskiej, czyli Bułgarii, gdzie co prawda nic nie jest robione, ale i  odcinek wkrótce dociera do nowej granicy, Turcji. Już poza UE, więc można brać kasę od Chińczyków. I biorą. Chińska forsa się szybko i łatwo znajduje na całą główną linię, od granicy z Bułgarią do granicy z Iranem.. Akurat sami wpadli na pomysł, że potrzeba zbudować tunel pod Bosforem, linię szybkiej kolei ze Stambułu do Ankary i następnie dalej do Kars. Oraz połączenie stałą linią kolejową do Iranu. Obecnie istnieje tylko prom przez jezioro Van. Ale linia je omijająca jest w budowie. Z forsą nie ma żadnych problemów, to budują....
 W taki sposób po zakończeniu obecnych inwestycji dotychczasowa linia będzie mogła być w całości towarowa, a pociągi osobowe trasę 2000 km od jednej granicy do drugiej będą pokonywać w mniej niż 10 godzin.

W Iranie jest jeszcze zabawniej. Od dobrych kilkunastu lat trwa tam wielka rozbudowa sieci kolejowej. Ale z racji olbrzymich odległości pomiędzy miastami i trudnego terenu większość to są jednotorowe niezelektryfikowane linie, łączące tylko ważniejsze miasta. Ale jest wyjątek. Linia Tabriz -- Teheran -- Mashad jest dwutorowa, obecnie jest elektryfikowana, a ponadto na tej trasie jest budowana równoległa linia szybkiej kolei. W samym Teheranie w zeszłym roku oddano do użytku kilkukilometrowy tunel linii średnicowej, czterotorowy, drastycznie podwyższający przepustowość węzła. Tu można się domyślić, że prace są sfinansowane chińskimi kredytami i opierają sie na chińskiej technologii.
Ale najciekawsze jest dalej. Z Iranu do Chin droga jeszcze daleka. A co więcej, zachodnie rejony Chin są same w sobie miejscem raczej mało przyjaznym i doskonale pozbawionym jakiejkolwiek infrastruktury. 
To przejdźmy zobaczyć co u Smoka słychać. A słychać to, że najważniejsze połączenie w zachodniej części Chin, czyli linię kolejową do Urumczi zwolniono z ruchu pasażerskiego i będzie przeznaczona w całości do przewozu towarów, ponieważ zakończono budowę 1500 km trasy szybkiej kolei z centralnych Chin. Dotychczasowa linia, jak najbardziej dwutorowa i zelektryfikowana, będzie obsługiwać tylko ruch towarowy. Który z Urumczi może toczyć się dalej do Kazachstanu, gdzie jest przeładowywany na szerokie tory i dalej przez Rosję do Europy, lub za kilka lat nową linią do Iranu. Następna jest linia kolejowa z Urumczi do Aksu, obecnie ulepszana i budowana dalej do Kashgar (to ciągle Chiny, choć nazwy brzmią jak z języków tureckich, i słusznie bo to tereny zamieszkałe przez Ujgurów, czyli Kazachów).
 Ale jeszcze zabawniej jest dalej. Jest planowany tunel i już zaczęło się doprowadzanie linii kolejowej do niego, łączący Chiny przez Kirgistan z Tadżykistanem. (tu już pewnie najtwardsi sprawdzą w końcu na mapie gdzie to właściwie jest). Linia połączy chińska sieć z Duszanbe. Oprócz tego znalazł się chiński kredyt na sfinansowanie linii z Duszanbe przez przełęcz na południe od miasta, w stronę Qurgonteppa. Tą umowę podpisano w grudniu. 

I tu się zaczynają poważne sprawy

Ponieważ między Tadżykistanem a Iranem bezpośredniej granicy nie ma. Lądowe połączenie istnieje albo przez Uzbekistan i Turkmenistan, albo przez Afganistan. Uzbekistanem rządzi bliżej nieznana banda prorosyjskich buców, którzy nic nie rozumieją, jak to kacapy i mają fatalne relacje z wszystkimi sąsiadami, regularnie zamykając granice dla tranzytu. Nawet Chińczycy nie potrafią się z nimi dogadać. Pozostała jedyna możliwość - Afganistan. Cóż, wydaje się, że niestabilny, ogarnięty wojną kraj. A tymczasem z Mashad w Iranie do Herat w Afganistanie nowiutka linia kolejowa już jest i dalej będzie budowana do Mazar i Szarif. Skąd do wyżej wymienione Quronteppe juz brakuje zaledwie około 200 lub 300 kilometrów i jednego mostu. Co prawda jest dopiero wstępne porozumienie, ale tu raczej nikt się nie wyłamie

Z tej linii teoretycznie w Tadżykistanie obowiązuje rosyjski rozstaw torów, ale w praktyce oczywiście to chińczycy zdecydują jaki będzie. A będzie oczywiście chiński, czyli europejski, jak na całej reszcie tej trasy. To oznacza, ze za kilka lat, po raz pierwszy w historii, będzie można przejechać pociągiem ze Szkocji do Chin, nie wysiadając z tego pociągu, który cały czas będzie się toczył na tym samym rozstawie torów. 
Cóż, powie ktoś, przecież od czasów ukończenia transsyberyjskiej jest połączenie lądowe z Chinami. Tak, ale po pierwsze wymaga zmiany wagonów lub wózków jezdnych, co trwa i kosztuje, a po drugie przez długi czas łączyło się z wysokim ryzykiem kradzieży, a do dziś trwają problemy z chorymi praktykami cenowymi i nieprzewidywalnymi czasami tranzytu. To są wszystko problemy, które występują tylko w Rosji i nic dziwnego, że również Chiny potrzebują alternatywnych tras. Co prawda od połowy zeszłego roku, czyli początku dewaluacji rubla, koleje rosyjskie zachowują się znacznie racjonalniej, ale mleko się rozlało. Praktycznie całość tej południowej linii Europa -- Chiny istnieje, jest w budowie lub planowaniu z zapewnionym finansowaniem.
Co ciekawe, widać, że docelowa przepustowość tej linii będzie olbrzymia. Dwutorowa linia, której elektryfikacja na wszystkich odcinkach idzie pełną parą, a w Turcji, Iranie i Chinach istnieje, lub jest w budowie z  równoległą linia szybkiej kolei pasażerskiej. 

Konsekwencje powstania tej linii będą potężne

Brak zmiany rozstawu torów oznacza znacząco tańszy transport towarów. Docelowo można liczyć, że będą to kwoty takie jak koszty frachtu na bardziej konkurencyjnych rynkach przewozów kolejowych, czyli w okolicach 0,01 dolara za tonokilometr. To oznacza ceny za fracht tylko nieco wyższe niż transportu morskiego licząc całą trasą, a na odcinkach do Iranu czy Turcji -- tańsze. Ba, koszty transportu np z Chin na Kaukaz wyraźnie spadną.
Oraz, co ciekawe -- kiedy zostanie zbudowana tylko ta już dziś budowana lub planowana na poważnie część szybkiej kolei, to pociąg pasażerski od granicy bułgarsko -- tureckiej do granicy chińskiej będzie jechać niewiele ponad 24 godziny. Co oznacza pierwszą realną konkurencję dla linii lotniczych w podróżach międzykontynentalnych. Ale sam ruch pasażerski to naprawdę pikuś. Chodzi o towary.
Oznaczać to też będzie, że w tranzycie lądowym Daleki Wschód -- Europa, Rosja przestaje być niezbędnym pośrednikiem. Co patrząc na koszty zmiany rozstawy kół, rosyjską nieudolność w zarządzaniu, złodziejstwo i pozostałe problemy, prawdopodobnie w ogóle przestaną być pośrednikiem.

Dalej konsekwencje też są niemałe. Tadżykistan to najbiedniejsze państwo poradzieckie, którego władza trzyma się na rosyjskich bagnetach, a społeczeństwo jest językowo i kulturowo bardzo bliskie Persom. W momencie jakiegokolwiek osłabienia dzisiejszego reżimu, partia proirańska natychmiast przejmuje władzę i wyrzuca rosyjskie wojska albo rozpoczyna się na nowo wojna. Trudno ja nazwać domową, jak to rosyjskie wojska strzelają do cywilnych powstańców....Stąd zapewne władza już liczy na uzyskanie odrobiny wsparcia dla siebie od Chińczyków, za spokojny tranzyt. A po ewentualnym przejęciu władzy opozycja zapewne jeszcze chętniej i szybciej będzie budować połączenie z Iranem, a zapewne zupełnie chętnie zmieni rozstaw szyn w całym kraju.

Ale jeszcze potężniejsze będą konsekwencje następnego odcinka. Od Mazar-i-Szarif do Herat, czyli Afganistan. To będzie najpoważniejsza inwestycja infrastrukturalna w historii Afganistanu. I pierwsza w historii możliwość taniego wywozu minerałów z tego kraju. Są tam potężne i bogate złoża wszystkiego -- z bardzo prostego powodu, przy geologicznym bogactwie są to jedne z niewielu na świecie nigdy nie eksploatowanych złóż. Bo nigdy nie było infrastruktury. Teraz będzie kolej. Prosto do Chin. I patrząc realnie nigdzie indziej. Chyba, że zachodnie firmy górnicze będą mieć zgodę na tranzyt przez Iran....
Przy okazji, należy subtelnie zauważyć, że w niezbyt odległej perspektywie całość tej trasy będzie zelektryfikowana, a co ciekawe, większość już przebiega przez tereny bardzo zasobne w potencjał energii odnawialnej, a w zachodniej części Chin to energia wiatrowa jest podstawą sieci energetycznej. Iran tak samo przebudowywuje energetykę na odnawialna w całkiem sprawny sposób, Turcja dopiero zaczyna. Czyli można śmiało powiedzieć, ze przy okazji jest to bardzo poważna perspektywa istotnego odstawienia paliw kopalnych w ruchu towarowym i późnej pasażerskim między Europą a Środkowym i Dalekim Wschodem. 
A następną konsekwencją jest, z punktu widzenia Chin, bezpieczeństwo ich szlaków handlowych przed blokadą morską. Co znacząco zmniejsza możliwość ewentualnego szantażu ze strony USA lub Japonii. Dotychczas do kompletności blokady handlowej Chin potrzeba blokady morskiej i utrudnienia tranzytu przez Rosję. Teraz do tej listy dojdzie jeszcze Iran. 

W tym wszystkim właśnie Iran zyskuje status kraju tranzytowego i dopóki Ajatollachowie nie narobią zbyt dużo głupot, tylko na tym zyska. A straci zarabiający na tym samym Kazachstan, bo stamtąd pociągi dalej muszą iść przez Rosję....
To wszystko nie zdarzy się jutro. Zanim powstanie bezpośrednia, całkowicie przejezdna linia minie jeszcze kilka lat, a zanim cały opisany zakres prac będzie zakończony, to zapewne kilkanaście. 
Ale rozwój chińskiej sieci kolejowej jest największym obecnie, a może i w historii świata projektem infrastrukturalnym. I czy nam się podoba, czy nie, ukształtuje ten świat na następne co najmniej dziesięciolecia.

Dalej o sensowności elektrowni atomowej

Nadal absolutnie zdania nie zmieniłem. Generalnie budowę elektrowni atomowej uważam za przedsięwzięcie zasadniczo pozbawione sensu, zarówno od strony bezpośredniej opłacalności, skutków ekonomicznych dla kraju, jak też bezpieczeństwa energetycznego i bezpieczeństwa sieci. Ale w ostateczności mogę przyznać, że właśnie zakończona oraz właśnie rozpoczęta budowa elektrowni atomowej w Argentynie jakiś sens ma. 

Właśnie jest włączana do sieci elektrownia Atucha 2, której budowę rozpoczęto gdzieś za ostatniej kadencji J.Perona, chyba w 1976. Następnie wojskowi jak przejęli władzę, to tak starannie zajęli się interesem, i budowa była tak zorganizowana, że spółka ją budująca upadła jakoś zaraz po upadku dyktatury, zostawiając rozgrzebaną budowę. Wypisz - wymaluj historia Żarnowca. 

Ale w wypadku Argentyny w 2004 r., bardziej jako stymulus dla gospodarki i pomysł na zajęcie dla fachowców i zmniejszanie bezrobocia, budowa została wznowiona, w maksymalnym stopniu krajowymi siłami i środkami. To miało jakiś sens. Zwłaszcza, że przy okazji zbudowano, czy rozbudowano fabrykę ciężkiej wody, która korzysta z jakiejś nowej technologi i chwalą się tylko 10-krotnie niższymi kosztami niż konkurencja. A sprzedają światu za tyle samo... 

Ogółem dla gospodarki budowa miała jakiś sens. Tak samo uran jest krajowego wydobycia, a elektrownia może działać na nie wzbogacanym. Co prawda lepiej działa na wzbogacanym i takim się zwykle ją zasila, ale w razie czego może być też naturalny. Przypominam, że Argentyna, tak samo jak Polska, zgodnie z traktatem o nierozprzestrzenianiu broni atomowej, nie ma prawa wzbogacać uranu. To mogą robić tylko oficjalne mocarstwa atomowe.  I Izrael... 

Sumując: jako skutek dla krajowej gospodarki, rozbudowa potencjału eksportowego i zwiększanie niezależności energetycznej był/jest pozytywny. Żaden z tych warunków nie jest spełniony w Polsce. 

Teraz rozpoczęła się budowa nowej elektrowni- maleńka, 25 MW. Była projektowana jako siłownia do łodzi podwodnej, całkowicie w Argentynie, generalnie to ma być prototyp jako przedstawienie technologii i przygotowanie do eksportu. Akurat potencjalny przynajmniej rynek na małe reaktory istnieje dość poważny i z tego punktu widzenia może to mieć sens. Zobaczymy. 

 Jak to dla siłowni okrętowej, w projekcie postawiono duży nacisk na możliwości szybkiej regulacji mocy, co razem z niewielka wielkością pozbawia ją jednej z zasadniczych wad elektrowni atomowej, czyli produkowania gigantycznego baseload, który bardzo źle współpracuje z OZE i na dziesięciolecia blokuje budowę czystej energetyki. A dodatkowe obciążenie regulacją mocy dla elektrowni węglowych staje się z każdego praktycznego punktu widzenia- identyczne.

Do tego należy dodać znów krajowe wydobycie uranu i jakiś sens to ma - bo istnieje całkowicie krajowy przemysł i od strony bilansu handlowego oraz wykorzystania lokalnych kwalifikacji, to się trzyma kupy. Żadna z tych okoliczności łagodzących nie jest spełniona w Polsce. Żeby było jasne - z polskiego punktu widzenia kupowanie argentyńskiego reaktora jest tak samo bez sensu, jak jakiegokolwiek innego, ale jeśli już, to i tak jest lepszy niż EPR . 

A jak to ma się odnosić do propozycji dla Polski? 

Najważniejsze to pamiętać o nieopłacalności. W przeliczeniu na zainstalowaną moc elektrownia atomowa jest 4-krotnie droższa niż wiatrowa i 2-krotnie droższa niż słoneczna. Przy skrajnie optymistycznych dla atomu założeniach, bo tak naprawdę to nie wiadomo ile kosztują nowe reaktory, a wiadomo, ile kosztuje OZE.  Normalnie reaktor atomowy i wiatrak są tak samo ciężko sterowalne. Można założyć wykorzystanie mocy elektrowni atomowej na 85% (zupełnie realne, nawet optymistyczne) reszta czasu odchodzi na wymiany paliwa i remonty. 

Jak w naszym uproszczonym przykładzie łatwo policzyć, wystarczy produktywność wiatraka na poziomie 21,25% aby wiatrak wychodził taniej. Tylko już dziś się nie buduje w ogóle dla tak niskiego stopnia wykorzystania, zwyczajnie bierze się z katalogu inna turbinę bardziej dopasowaną do charakterystyki wiatru.   
Zakończając ten wątek - w przeliczeniu nie tylko na zainstalowana moc (bo to jest oczywiste), ale i na produkowana energię, energetyka wiatrowa jest tańsza od atomowej. Trochę mógłby zmienić ten obraz czas eksploatacji, ale nieszczególnie poważam ten argument. 

Już odpowiadam: teoretycznie czas eksploatacji elektrowni wiatrowej jest przewidziany na 20 lat, a atomowej na ok. 35. Powinno robić różnice. Ale tak krótki (jak na energetykę) czas eksploatacji wiatraka wynika po prostu z błyskawicznego postępu technologicznego, a nie ograniczeń technicznych. Zwyczajnie, sprzęt ustawiany 20 lat temu jest dziś skandalicznie przestarzały i obłędnie drogi w eksploatacji w porównaniu do dzisiejszego. 

Spodziewając się podobnej obniżki kosztów, klienci nie pytają o przedłużoną trwałość, a producent skoro nie musi, to i nie daje takich zapewnień. Jaka jest prawdziwa trwałość techniczna - zobaczymy, ale naprawdę nic nie stoi na przeszkodzie, aby wolnoobrotowe turbiny były praktycznie wieczne (no dobra, najcięższe i najbardziej wysilone łożyska kiedyś trzeba wymienić), a choćby ciśnieniowe zmęczenie materiału już to uniemożliwia w reaktorach atomowych (albo wymieniamy wszystko po kolei, co zresztą się robi - ale wtedy porównujmy jabłka z jabłkami). 

O energetyce solarnej tu nie będę wspominał, bo jest droższa od atomu (w przeliczeniu na energię, bo na moc i nawet to jest tańsze).  Ale trwałość ogniw fotowoltaicznych zasadniczo nie jest znana, bo pierwsze masowo produkowane z połowy lat 70-tych jeszcze zwykle działają całkiem przyzwoicie, jeśli nie doznały fizycznych uszkodzeń. Przypominam, że producenci zwykle dają gwarancję na 20 lub 25 lat, ale to nie jest w żadnym wypadku przewidywany lifetime.  

Podsumowując: jako receptę, trzymając się tematu, energia atomowa dla Polski. Nowa technologia. Tylko. Kraj jako taki i przemysł nie ma najmniejszego doświadczenia z dzisiejszymi, import w całości to chora idea nieuków. Pozostaje rozwijać własną technologię i w ten, bardzo ryzykowny sposób, wyprzedzić konkurencję. 

Najpierw oczywiście trzeba znać zasoby, wiedzieć kto w Polsce i o czym ma pojęcie, czy można relatywnie łatwo rozwinąć technologię toru, czy którąkolwiek inną z przyszłościowych. To może (absolutnie nie musi!!!) dać jednocześnie relatywnie tanią energię, pobudzenie krajowej gospodarki hi-tech i produkt eksportowy o dużej wartości dodanej. I to może mieć sens. Przynajmniej jakiś, dla rozruszania gospodarki. Bo budowanie wielkiej, w całości importowanej elektrowni atomowej to dowód kompletnej ignorancji elit i tego się będę trzymał.