Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samochód. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samochód. Pokaż wszystkie posty

O polskim samochodzie elektrycznym, czyli ElektroŻuk na miarę naszych możliwości.

W ramach reform gospodarczych premier Morawiecki zapowiedział "Plan Elektromobilności". W jego zamierzeniu za 10 lat ma w Polsce być milion samochodów elektrycznych. 
Zapewne większość z tego ma pochodzić z nowej polskiej, krajowej produkcji.
OK, fajnie. Czas spojrzeć na szczegóły.

Min. Morawiecki jako część uzasadnienia powiedział dość ciekawą rzecz. Mianowicie stwierdził, że kraje zachodnie mają ponad sto lat doświadczenia w konstruowaniu silników, a nowoczesne pojazdy elektryczne to nowe technologie, gdzie prawie każdy ma możliwość świeżego startu i umiejscowienia się na tym rynku. Co w tym ciekawego? Otóż to, że jest to prawdziwa i poprawna ocena dzisiejszego stanu technologii i przemysłu. A zdanie, które mógłbym tak określić, z ust jakiegokolwiek przedstawiciela obecnego rządu, dotychczas słyszałem wyłącznie od Anny Streżyńskiej. Tak, wiem, że to jedno zdanie, ale z kryteriami "poprawne według dzisiejszego stanu wiedzy i technologi" umieszczonymi w roku 2016, takiej wypowiedzi np. min. Tchórzewskiego prawdopodobnie nie da się znaleźć, nawet jednozdaniowej. Na potwierdzenie tej tezy, wspomnę, że ten milion samochodów elektrycznych od razu przeliczył na zyski elektrowni węglowych i wyszło mu 2 miliardy rocznie, więc jest przekonany.

O obecnej polityce przemysłowej polski decyduje trio Szyszko- Adamek- Tchórzewski i nic się nie wydarzy bez ich zgody. Jako, że poziom wiedzy każdego z nich nie przekracza późnych lat 60-tych i to jeszcze tłumaczeń z radzieckich książek, które były tłumaczeniami tego co ukradli w Niemczech w 45, to i poziom wiedzy o dzisiejszym świecie jest adekwatny. 

Nikt nie jest w stanie żadnemu z nich wytłumaczyć jak działa współczesna infrastruktura, bo wymagałoby to objaśniania w szczegółach rozwoju technologii ostatnich 60 lat. Mniej więcej od wynalazku tranzystora. Dla rozjaśnienia- nie, nie przesadzam. Nie miałem okazji rozmawiać z żadnym z tych panów, ale jak najbardziej miałem z osobami, które objaśniały i broniły ich zamiarów. Nie, nie da się podjąć merytorycznej dyskusji, ponieważ są to ludzie, którzy nic nie wiedza o technologii ostatnich 40 lat, a poprzednich 20 dość niewiele. 

I tu wracamy do Morawieckiego. Absolutnie podziwiam jego geniusz, że potrafił takie towarzystwo przekonać do czegokolwiek współczesnego. Choć pozostaje pytanie- właściwie do czego?
Odpowiedź: do produkcji polskiego, elektrycznego samochodu osobowego na skalę co najmniej kilkudziesięciu tysięcy sztuk rocznie, a raczej 200-300 tysięcy. 

Generalnie jestem całkowicie za. Jest to bardzo dobry pomysł na skok technologiczny. Przy okazji można stworzyć lokomotywę ciągnącą gospodarkę, a nawet spełnić w minimalnym stopniu cele środowiskowe ograniczania emisji CO2, etc. Trio S-A-T uniemożliwia i uniemożliwi jakąkolwiek modernizację energetyki i przemysłu ciężkiego, więc takie ominięcie tej betonowej zapory jest świetną sprawą. 
Co więcej, mają to sfinansować koncerny energetyczne i to jest kolejna dobra wiadomość, ponieważ te firmy mają za dużo pieniędzy. I mogą je wydać na finansowanie budowy czegoś, co ogarnia swoją wiedzą nasze trio, albo czegoś współczesnego. Ten pierwszy przypadek oznacza gwarantowane wyrzucenie pieniędzy w błoto i jeszcze zadłużenie się na jakieś elektrownie węglowe, czy inne bzdury, a ten drugi daje szanse na wydanie czegoś sensownego.
Stąd moja pierwsza konkluzja- plan sfinansowania pomysłu krajowego koncernu od samochodów elektrycznych przez koncerny energetyczne jest bardzo dobry. Nie dlatego, że jest taki super błyskotliwy, ale dlatego, że każdy inny sposób wydania tych pieniędzy jest na pewno znacznie gorszy i na pewno będzie obciążeniem dla rozwoju. Może z wyjątkiem morskich elektrowni wiatrowych, za którymi trwa lobbying. Też nie najlepszy obecnie pomysł, ale i tak najlepszy z realnych.

Czas przejść do konkretów:
Do sukcesu nowego przedsięwzięcia potrzeba kapitału i wiedzy dla produkcji oraz popytu i dostępu do rynku dla sprzedaży. Brak dowolnego z tych elementów = fail. 
W takim razie pozostaje ocenić co jest. Jest obiecana ilość kapitału duża jak na Polskę i żenująco mała jak na koncern zajmujący się masową produkcją tanich samochodów osobowych. Jak zrozumiałem mowa jest o kwocie mniejszej niż miliard złotych, czyli poniżej 250 mln dolarów. To nie jest kwota za jaką można rozpocząć masową produkcję samochodu. Nieważne, czy spalinowego, czy elektrycznego. Za to jest zdecydowanie za duża jak na montownię. Ale to sam kapitał zakładowy. Do tego jeszcze doliczamy finansowanie długiem i dodatkowe emisje akcji. Jakaś ilość kredytowania będzie możliwa od początku, przyjmijmy, że zanim pierwszy produkt pokaże się na rynku możliwy do zainwestowania kapitał będzie w okolicach 1 mld dolarów. Co za to można zbudować? Nadal nie można zbudować fabryki masowej produkcji samochodów. Inwestycja Tesli do rozpoczęcia produkcji Modelu 3 to jest coś około 6-8 mld dolarów (wliczając fabrykę baterii). Takich pieniędzy polski koncern mieć nie będzie. 
W takim razie na co wystarczy to co może być? Na pewno nie wystarczy na kompletną, wydajną fabrykę baterii. I to właściwie zamyka sprawę. Może wystarczyć na zbudowanie fabryki baterii według dzisiejszych wzorców, co w skrócie oznacza, że kiedy rozpoczną produkcję kolejne wielkoskalowe inwestycje Tesli, BYD i innych takich, to nowa fabryka będzie z definicji przestarzała, o kosztach produkcji wyższych niż konkurencja. To koniec. A do tego należy doliczyć koszty sieci stacji szybkiego ładowania, sieć sprzedaży, marketing, etc.
W takim razie może opcja ze spółką dla produkcji baterii? 
Nie. Dokładnie z tego samego powodu, dla którego ŻADEN wyrób zaawansowanego przemysłu pochodzący z Polski i przeznaczony na masowy rynek, na światowym rynku nie ma szans. Żadne "nowe iPhony", "Nowe Warszawy" i cokolwiek jeszcze się tam wymyśli. Powodem jest to, że nikt o zdrowych zmysłowych nie rozpocznie produkcji wyrobu, w kraju który jest narażony na bojkot konsumencki. A w roku 2016, roku najcieplejszym roku w znanej historii, rząd złożony z negacjonistów globalnego ocieplenia i działający pod sztandarem promocji węgla i zwalczania OZE po prostu prosi się o międzynarodowy wpi...l. Jak się prosi, to w końcu go otrzyma. Od konsumentów w cywilizowanych krajach, być może także polityków pod naciskiem wyborców. Co oczywiste, nikt nie ma ochoty dobrowolnie pakować się na taki wózek, a przecież większość wielkich firm i tak jest pod sporym naciskiem dla eliminacji emisji CO2 w łańcuchu dostaw. Stąd nikt nie będzie lokował w Polsce nic więcej niż montownię, a na pewno żadnego energochłonnego przemysłu. Przynajmniej na normalnych warunkach.
Skoro kapitał mamy omówiony, to przechodzimy do wiedzy. Tu akurat sytuacja jest znacznie prostsza. Pojazdy elektryczne dziś to nie jest żadna kosmiczna technologia. Coś jeżdżącego i jako- tako nadającego się do produkcji prawdopodobnie byłaby w stanie zaprojektować co lepsza grupa z przyzwoitej politechniki.  Za to pociągnięcie technologii dalej, przesunięcie jej granic i zrobienie czegoś lepszego niż dotychczasowe wymaga solidnej wiedzy, wizji i dostępu do rynku naprawdę wykwalifikowanych inżynierów. Tu sytuację możemy ocenić w szkolnej skali na 3-. Nie jest super, ale da się.
Znacznie ciekawsza, ale i bardziej skomplikowana sprawa jest od strony popytu.
Właściwie jaki samochód miałby być produkowany i dla kogo? Na razie słyszałem o małym samochodzie z relatywnie niewielkim zasięgiem, rzędu kilkudziesięciu kilometrów. OK, to jest jakiś pomysł. Typowy drugi samochód w rodzinie, miejski i wystarczający dla dojazdów do pracy. Problem polega na tym, że rynek na małe, wyłącznie miejskie samochody właściwie nie istnieje. Próbował Smart, próbowali kolejni producenci takich małych samochodów elektrycznych- zwłaszcza Nissan. Jakoś to idzie, jak krew z nosa, zarobić się nie da. Oczywiście, baterie i cała reszta cały czas tanieją i teraz może kalkulacja będzie mniej brutalna. Ale w tym celu potrzeba by było fabryki naprawdę tanich baterii. Na co na pewno jest zbyt mało kapitału. 
Druga i ważniejsza sprawa, to konkurencja używanych samochodów. Dlaczego polskie rodziny jako drugi samochód miałyby zacząć kupować nowe pojazdy, gdy pierwszy ma swoje kilkanaście lat i wciąż jeździ? To miałoby jakiś sens, jeśli użyteczność samochodu można by było ograniczyć do tych kilkudziesięciu kilometrów wokół domu. W tym celu jednak musi istnieć dobry, ogólnokrajowy system komunikacji publicznej. Jeśli to jest pomysł Morawieckiego na załatwienie sprawy, ta ja uchylam kapelusza. "Tak, mamy świetny samochód, ale widzicie, drodzy koledzy i koleżanki ministrowie, nie ma na niego popytu, bo ludzie chcą jeździć do rodziny i na wakacje, a transportu publicznego nie ma. Jak zorganizujemy go tak jak w cywilizowanych krajach, to ludziom nie będą potrzebne stare diesla z Niemiec i zaczną kupować nasze cuda."
 Pewnie też nie zaczną, ale jeśli ktoś mi zaproponowałby, że potrzeba tylko wyrzucić w błoto miliard złotych, aby rząd podjął decyzję, że teraz transport publiczny będzie zorganizowany tak, jak to robią biali ludzie, to ja się tylko zapytam, gdzie to błoto i czy jak sam dorzucę to pójdzie szybciej? 

Ale spójrzmy na inne alternatywy. Może nie mały samochód osobowy, a coś innego?
Luksusowa limuzyna elektryczna lub samochód sportowy? W końcu tak zaczynał i nadal działa Tesla? 
Tak, ale jeśli produkcja będzie w większym stopniu oparta o OZE, w kraju opanowanym manią prowęglową nie ma szans, wyjaśnione wyżej.

Elektryfikacja autobusów i transportu publicznego? 
Tak, to jest coś co może działać. Ale jest już w Polsce co najmniej dwóch producentów oferujących elektryczne autobusy, nowego wielkiego państwowego koncernu specjalnie nie potrzeba. Silniki też są produkowane w Polsce. Nie ma baterii i nie ma popytu. O popyt bardzo łatwo, wystarczy zmusić samorządy do zakupu określonej części pojazdów czy pracy przewozowej opartej o prąd i załatwione. I byłoby to bardzo, bardzo rozsądne posunięcie. Ale nowy państwowy od produkcji koncern jest w tym wszystkim najmniej potrzebny. 

Jest też jeszcze inna opcja. Jakiś pojazd oparty nie o nadwozie samonośnie, jak to z osobowymi bywa, a o ramę. Na ramie nie jest łatwo zbudować dobry i tani samochód osobowy, ale za to możemy mieć uniwersalnie podwozie. Tak jak rama z silnikiem Garbusa dawała radę zarówno w samochodzie prawie sportowym (Porsche 356), jak też uniwersalnym wodzidle dostawczym, a nawet drezynie kolejowej. Nowy garbus, jak to ładnie brzmi, prawda? Tylko w rzeczywistości byłby to pojazd bardzo źle trzymający się drogi i o niewielkim zasięgu. Za to nadający się jako samochód do wypożyczalni, dla Straży miejskich, wszelkiego rodzaju lokalne wozidło firmowe, do dystrybucji, ekip remontowych, pogotowia technicznego, etc. Słowem- czarny wół roboczy gospodarki. To może mieć sens, jeśli ktokolwiek w ten sposób podejdzie do sprawy. 

Pozostaje tylko jedna rzecz, czyli popyt, który dla własnie takiego produktu rozwiązać najłatwiej. Wszystkie firmy państwowe zobowiązuje się do zakupu takiego pojazdu, a inny wybór musiałyby bardzo solidnie uzasadniać. Do tego dołożyć obowiązkowe preferencje przy przetargach jednostek państwowych i samorządowych i kilkadziesiąt tysięcy sztuk rocznie da się sprzedać. A zwykłych ludzi nie zmuszać. To nie zadziała. Jedyne co można w tej sytuacji zrobić, to zakazy używania silników spalinowych w centrach miast, a docelowo wszędzie w obszarach zabudowanych. Ale to co najwyżej przekona ludzi do komunikacji publicznej, oraz zmusi firmy dystrybucyjne i remontowe do zakupu takich pojazdów. Ale zaczną od poszukiwania używanych, więc lepiej poczekać, aż te firmy państwowe zaczną wymieniać flotę. 
To jest jedyna metoda, która w ogóle ma szanse zadziałać. I powiedzmy sobie szczerze, że jest bardzo, bardzo mała szansa, że będzie to samochód wybitny, lub nawet przeciętny. Najprawdopodobniej będzie gorszy niż przeciętna i droższy. Nie będzie to ani polski Tesla, ani nawet Nissan. Co najwyżej ElektroŻuk. Ale w skali gospodarki krajowa produkcja z jednej strony i ograniczenie importu paliw z drugiej to korzyści nie do przecenienia. 

A przy zakrojonej na naprawdę szeroką skalę elektryfikacji transportu i wyraźnego spadku zużycia paliw płynnych istnieje szansa na złagodzenie lub nawet zneutralizowanie skutków polityki prowęglowej. 

Ja widzę tylko taką, jedną jedyną możliwość, że to wszystko będzie mieć ręce i nogi. Pożyjemy, zobaczymy. Jak na razie przypuszczałem, że nie może być nic gorszego od rządów PO. Obecna władza stara się udowodnić, że owszem, może.
Z samochodu elektrycznego też może wyjść spektakularna klapa pseudoluksusu, nikomu niepotrzebny ElektroMaluch lub mało spektakularny, ale pożyteczny ElektroŻuk. Nie do mnie należy wybór, a Czytelnicy z trochę bardziej poinformowanego punktu widzenia będą obserwować co z tego wyrośnie. Jako, że sprawa bardziej dotyczy polityki niż energii, to tekst znalazł się tutaj, a nie na Rewolucji Energetycznej, gdzie jak zawsze zapraszam.

P.S.
Gdyby już powstał wielki koncern i dopiero wtedy prezes i dział projektowy panicznie szukał inspiracji to jest juz gotowa idea, opisana, nawet po polsku, tu link.

Wieści z Ameryki

Prezydent Wenezueli, Eduardo Maduro nie dostał zgody na międzylądowanie w USA w trakcie swojego lotu do Chin. W związku z tym stwierdził, że nie leci do USA na otwarcie sesji plenarnej ONZ. Evo Morales zaapelował, aby w ramach solidarności przeciwko kolejnemu złamaniu Konwencji Wiedeńskiej nie leciał żaden z prezydentów z Ameryki Południowej, ale się nie przyjęło.
W Argentynie trwa kampania wyborcza. Czasem nawet zabawna. Co prawda to są tylko wybory do Kongresu (konstytucja jest bardzo podobna do USA)i prawdopodobnie rządzącej koalicji peronistów nie grozi utrata większości, ale zawsze wynik może być niespodzianką- albo przebieg kampanii. Np. kandydat banksterów naczytał się widocznie Clarinu za dużo i uwierzył w swoją popularność, w związku z czym wybrał się do jednej z najbiedniejszych części Gran Buenos Aires, Ciudad Evita. W tej części miast zarówno najbardziej uderzyła bieda czasów neoliberalizmu, jak też w największym stopniu poprawiła się sytuacja pod rządami peronistów. Będąc promowanym przez Clarin, został raczej trafnie skojarzony jako neoliberał i w związku z tym przywitany jajkami oraz kamieniami. Zachowanie z lekka bandyckie, ale po co się pchał do dzielnicy, w której i tak by nie wygrał, i do której nawet mnie się nie zdarza trafiać? Naczytał się gazet i zgłupiał, ot co. Ale gubernator prowincji Buenos Aires (w której to się odbywało, Gran Buenos Aires to jedna aglomeracja, częściowo w stołecznym okręgu autonomicznym- Capital – 3 mln mieszkańców i 10 mln w prowincji) zapowiedział, że nie ma żadnego problemu, policja prowincji jest do dyspozycji i gdyby którykolwiek z kandydatów potrzebował ochrony, wystarczy poprosić. Cóż- bezczelne- bo w domyśle- kandydat potrzebuje ochrony przed wyborcami. Czyli, na szczęście, tutejsza prawica (czyli dość realnie odpowiednik PO) znów zrobiła z siebie pośmiewisko, czy z niej zrobiono, i jest to dobra informacja.
Przy okazji Zgromadzenia Ogólnego ONZ przynajmniej ruszyła się do przodu sprawa porozumienia z Iranem w sprawie dochodzenia w sprawie zamachów na ambasadę Izraela w Buenos Aires i stowarzyszenia żydów w Argentynie w latach 90-tych. Śledztwo nie doprowadziło do prawie niczego, bo jedynie do podejrzeń o współudział kilku Irańczyków, w tym jednego z ministrów obecnego rządu. Iran wszystkiemu zaprzeczał, twierdząc, że poszlaki to fałszywki spreparowane przez CIA/Mossad. Zgodnie z porozumieniem mają się odbywać wspólne przesłuchania świadków przez irańskich i argentyńskich prokuratorów w neutralnym kraju. Znaczy Szwajcaria, Norwegia lub Kuba. Jednakże irański parlament jeszcze nie ratyfikował tego porozumienia i nie śpieszy się za bardzo. Jednocześnie ratyfikowano je w Argentynie przy, co ciekawe, bardzo gwałtownym sprzeciwie wszystkich stowarzyszeń żydowskich.
I następne- firma Buquebus, praktycznie monopolista w połączeniach Argentyna- Urugwaj Włączył do ekspolatacji nowy prom, o zabawnej prędkości 58 węzłów i na gaz ziemny oraz wymienia swoją flotę autobusów w Urugwaju. Całą, 500 sztuk. Na elektryczne. Nie hybrydy, nie trolejbusy, czy coś. Autobusy w całości na baterie. Chińskie BYD e9, pierwsze już dostarczono, reszta w ciągu 2 lat. Co więcej razem z tym zamierza budować stacje ładowania - fotowoltaiczne. Przyznam, że jest to ciekawy obraz jak firma transportowa rezygnuje z użycia ropy (co prawda firma osiąga dość obłędne zyski i konkurencja jest niegroźna, ale...). Swoją drogą, patrząc na parametry tych autobusów, deklasują one wszystko co dotychczas było możliwe- dzięki nowemu typowi baterii i jednocześnie superkondensatorom (nikt tego wcześniej nie połączył). To tak a`propos wyłącznie odtwórczego charakteru chińskiego przemysłu. Zresztą nawet się te autobusy pojawiły na testach w Warszawie, ale idioci i/lub nieuki z komisji przetargowej stwierdziły, że zasięg 250 km na jednym ładowaniu to za mało, bo im potrzeba 350, a czas ładowania to nie było obiecane 3h a 5h. W tym miejscu- …... , przecież to jest pierwszy tego typu sprawnie działający pojazd. 250 km dziennego przebiegu dla miejskiego autobusu to jest ładny wynik. W najgorszym razie może działać na 4-godzinnych zmianach w szczycie. Ale po sprowadzeniu choć kilku egzemplarzy zapewne dość silni polscy producenci autobusów by go skopiowali. Cóż- dołożę moje zdanie- obecne władze Warszawy należy odwołać nie za cokolwiek konkretnego (choć pewnie też), tylko za taką prostą, bezrefleksyjną i bezdenną głupotę na każdym kroku.
Przy okazji- BYD podejrzewa, że władze Sao Paulo kupiły kilka egzemplarzy nie w celu testów, a kopiowania, i pod Sao Paulo jest budowana nowa fabryka kopii tego pojazdu.

Jeszcze o tajnych laboratoriach co mają zbawić świat

Dodając trochę do poprzedniego wpisu pod tym tytułem- moją tezą jest- nie potrzeba niczego ponadto, co już istnieje- może z odrobiną ulepszeń. Ale za to fizyki się nie przeskoczy. Ograniczenia są, jakie są i żadne pomysły rodem ze StarTreka tego nie zmienią. Ale poza tym, trzymając się ziemi i nie odlatując za daleko- można sobie wyobrazić parę rzeczy:
Przypuśćmy, że na poziomie elit biznesowych, finansowych i politycznych zapada konsensus- wobec wyzwań obecnej sytuacji energetycznej przebudowujemy w całości gospodarkę na źródła odnawialne i działamy konsekwentnie w tym kierunku. Nawet tego typu deklaracje się zdarzają.
Więc pewien technologiczny opis stanu docelowego. Akurat konkretne miejsce nie ma za dużego znaczenia. To, że sieć energetyczną można w dużej części oprzeć na źródłach odnawialnych jest w miarę oczywiste- czy w całości- to oczywiście inne pytanie. Widziałem badania (oczywiście nie pamiętam gdzie- był to jakiś niemiecki instytut), w których wyliczano, że przy zabezpieczeniu potrzeb rzędu 9% z niezawodnych elektrowni wodnych można całą sieć oprzeć na źródłach odnawialnych i da się to jakoś zbilansować. Kluczem do wszystkiego jest jednak transport. Jeśli będzie istnieć nowoczesna sieć transportowa, cywilizacja pozostanie.
Słoniem w menażerii jest tu samochód osobowy. Każdy może sam zobaczyć jaką część wydatków na ogólnie pojęte wyroby przemysłowe przeznacza na samochód i rzeczy z nim związana, a jaką na całą resztę. Ale tylko przemysłowe- nieprzetworzona żywność i energia nimi nie są (paliwa w sporej części- tej rafineryjnej). 
Otóż, pomimo prób, dobry i sensowny samochód na energię odnawialną można zrobić tylko jako zasilany bateriami, w których to wypadku obecna technologia nie jest wcale taka odległa od teoretycznych limitów. Problem polega na tym, że do utrzymania jazdy samochodem osobowym po dobrej drodze z prędkością, gdzie opór powietrza jeszcze nie stanowi dużego problemu potrzeba ok. 10 kW, czyli na taką jazdę (znaczy powiedzmy 90 km/h na autostradzie) przez godzinę potrzeba 10 kWh (można to zmniejszyć zwężają opony- ale kosztem drogi hamowania)- ok. 70-100 kg dobrych baterii litowych. Dodawszy do tego gorsze drogi, jazdę pod górę, a zwłaszcza miejską (choć odzysk energii przy hamowaniu trochę tu może pomóc) mamy to co mamy i żadne sztuczki marketingowców tego nie zmienią. Ale przede wszystkim właśnie ta ilość zużywanej energii wygląda nieco nierealnie i też trudno wyobrazić sobie działanie przemysłu na takim poziomie w oparciu o źródła odnawialne- przynajmniej w początkowym okresie. Choć z drugiej strony oczywiście należy wykorzystać możliwie jak najbardziej istniejąca infrastrukturę, zanim zbuduje się nową, bardziej efektywną.
Ale dalej- obecne ceny fotowoltaiki są już tak niskie, że można sobie wyobrazić przejście całej energetyki na energię odnawialną, dodawszy do tego oczywiście wiatr- ale jego zasoby zaczynają być, zwłaszcza w Europie, ograniczone. Oczywiście problemem jest to, że wiatr wieje kiedy chce, a słońce świeci tylko w dzień, a w warunkach zimowej Europy i to nie bardzo. Oczywiście jako dodatek może działać smart grid, słuszna ilość elektrowni szczytowo-pompowych, kiedy już zabraknie miejsc na tamy, itp.- ale żadnych złudzeń, chyba przez długi czas nawet najbardziej udanej przebudowy sieci energetycznej sojusznikiem pozostanie 20 stopień zasilania...
Podsumowując- to wszystko da się zrobić- ale koszty zarówno inwestycyjne, jak też poziomu życia muszą być spore. Droższy i zawodny prąd w sieci w miejsce dostępnych paliw, drastyczne zmniejszenie produkcji przemysłowej i przebudowa jej struktury to są spore wyzwania. Bez kompletnego zawału państwa i struktury społecznej możliwe tylko w krajach relatywnie bogatych, a i to tylko pod warunkiem zgody społeczeństwa. Alternatywą jest co prawda funkcjonowanie w warunkach pogłębiającego się kryzysu i stopniowe staczanie się w stronę Kongo, ale przy braku zaufania społecznego i tak większość oceniałaby takie działania jako złodziejstwo i brak jest jakichkolwiek szans na sukces.
Teraz- co jest możliwe, zakładając powyższe warunki? Po pierwsze- generalnie transport szynowy. W warunkach miejskich oczywiście klasyczny tramwaj- jest dobry, sprawdzony i względnie tani. Dla pewnego wyobrażenia- opory ruchu na szynach dla przeciętnego nowoczesnego (czyli dość dużego) tramwaju to 4 kW (porównajmy to z samochodem!!!). Patrząc oczywiście na trwałość samego taboru i czas eksploatacji wyposażenia linii mamy ten sam problem- budowanie porządnych rzeczy na dekady zamiast wyrzucania na śmietnik po kilku latach. W warunkach kryzysu to oczywiście zaleta, ale przeniesienie zasobów na inwestycje w takiej sytuacji jest problematyczne. Sensowna sieć tramwajowa może oczywiście tez służyć do transportu towarów- tylko znów- to jest trudność przede wszystkim ze strony biznesowej- jak właściwie to rozliczać? Tego typu rozwiązania jak najbardziej istnieją, ale są wyjątkami i oczywiście najpierw musi istnieć dobra sieć tramwajowa, a dopiero potem można myśleć o adaptacji jej do transportu towarowego.
Dlatego tez znacznie większym problemem jest transport międzymiastowy i zwłaszcza podmiejski. Międzymiastowy- to właściwie jest całkowicie dzisiejszy model- zelektryfikowana kolej jest czymś co jest i działa. Problemem jest zarządzanie i logistyka, ale generalnie jest zupełnie dobrze- dodatkiem zastępującym samoloty na krótszych trasach oczywiście jest szybka kolej. Znów- to tylko kwestia zgody społecznej na inwestycje.
Najbardziej problematycznym miejscem są przedmieścia i mniejsze miejscowości. Właściwie zawsze transport w tym zakresie był nieopłacalny. W 19 w. rozwiązywano to tak, że wielkie firmy budujące główną siec kolejową zawierały porozumienia z lokalnymi biznesmenami dopłacając do eksploatacji bocznych linii, które służyły jako feeders (brakuje mi dobrego polskiego słowa) dla głównej linii. Pojawienie się transportu motorowego znakomicie zniszczyło tą ekonomię i następnie boczne linie zaczęły znikać, wszędzie na świecie. I tu pojawia się dość ciekawa konstrukcja pewnej argentyńskiej firmy- Tecnotren. Założenie biznesowe jest ciekawe- stworzyli pojazd do transportu pasażerów po opuszczonych liniach kolejowych. Ten pociąg nie spełnia oficjalnych wymogów bezpieczeństwa dla pojazdów kolejowych, w związku z czym waży 1/4 tego co by musiał ważyć spełniając te wymogi. Maksymalna prędkość 40 km/h, czyli żałosna (ale właściwa dla torów w złym stanie), ale za to silnik 1.7 D fiata (który tu naprawi każdy kowal) i zużycie paliwa, jak podają 16 litrów ropy na 100 km. Oczywiście dostosowanie tego do logistyki towarowej to inny problem, ale sprzęt jest i zdaje się, że staje się całkiem popularny, bo opuszczonych torów akurat w Argentynie nie brakuje. Pojazd ten jest tak mało energożerny, ze po obłożeniu go panelami słonecznymi powinien działać nawet bez doładowywania baterii. 
Oczywiście- zupełnie lokalny transport, czy to ludzi czy towarów, pozostanie domeną samochodów elektrycznych- i tu jest ich nisza- dowóz do lokalnej stacji kolejowej, załadunek, wyładunek. Tak to może działać. Ale o dziwo nie widziałem na rynku żadnego pojazdu elektrycznego o właśnie takim przeznaczeniu. Co nie zmienia faktu, że skonstruowanie go jest raczej łatwe i poradziłby sobie z tym prawie że pan Wiesio co ma garaż. To tak w skrócie- zużycie paliwa bezpośrednio w rolnictwie to jest w najlepszym wypadku traktor elektryczny i wymiana zespołów baterii, a w transporcie morskim na dziś sprawa mało realna- w rzecznym zupełnie inna sytuacja- barka napędzana ogniwami słonecznymi wydaje się dość realnym pomysłem. W ten sposób realnie można zmniejszyć, w miarę postępu inwestycji zużycie paliw kopalnych do powiedzmy 5-10% dzisiejszego. Tylko... Wymaga to oczywiście zgody społecznej, pokonania lobbys zyskujących na utrzymaniu status quo- czyli realnie przekonania stosownych oligarchów, że po zmianach też zarobią. I to jest tak naprawdę największy problem. A jeśli uda się stworzyć system, gdzie zarabia na takim przekształceniu także klasa średnia- co w dużym stopniu się udało w Niemczech, to właściwie sukces jest zapewniony.
Przekształcenie to oczywiście koszty inwestycji- efektywnie zmniejszenie konsumpcji i dług. Ale z nadzieją na wyjście. Wymaga jedynie wspólnego działania i spójności społecznej, ewentualnie oświeconego zamordyzmu- ale jest on znacznie gorszy niż społeczna zgoda.

Przyjemnie się żyje w liberalnym państwie

Jedną z rzeczy, które można usłyszeć od ludzi odrobinę znających Amerykę Łacińską jest to, że istnieje tu niespotykany w Europie czy USA poziom wolności. To jest jak najbardziej prawda. I zdecydowanie wzmacnia to poczucie przyjemności i lekkości życia. Choć jest to tylko jedna strona medalu. Drugą jest naprawdę drakońska odpowiedzialność jak się komuś swoim działaniem zaszkodzi.
Dla przykładu- nawet w stolicy żaden policjant nie zareaguje jak się przechodzi na czerwonym świetle, nawet lawirując pomiędzy pędzącymi samochodami- skoro ja ryzykuję swoje własne życie- to co go to obchodzi? To nie jest tylko jakiś zwyczaj, czy coś- jakiś czas temu tutejszy Sąd Najwyższy orzekł, że zakaz posiadania i używania narkotyków jest niezgodny z konstytucją, ponieważ konstytucja zakazuje karania za rzeczy, które nie szkodzą innym. Po takim wyroku, resztę możecie sobie dopowiedzieć sami- na pytanie „czy tu można robić ….......”, odpowiedź brzmi- dopóki kogoś nie skrzywdzisz, pies z kulawą nogą się tobą nie zainteresuje. Ale oczywiście jest też druga strona medalu- nikt się tobą nie zainteresuje jak śpisz na ulicy.
I teraz do rzeczy- taki system, jak zupełnie słusznie zauważają ortodoksyjni konserwatywni liberałowie może funkcjonować tylko z naprawdę drakońską odpowiedzialnością za naruszenia paru prostych zasad. Cóż- powiem, że nie chciałbym i mam nadzieję, że nigdy nie znajdę się w takiej sytuacji.
Dla pewnego zobrazowania i dość łatwego porównania z Polską. Otóż w Buenos Aires kilka lat temu (w 2004 r.) wydarzyła się spora tragedia- spłonęła dyskoteka, w trakcie koncertu. Zginęły 194 osoby, kilkukrotnie więcej zostało rannych. Tragedia, z zachowaniem proporcji, ale dość podobna w charakterze do pożaru w Hali BHP Stoczni Gdańskiej. Zasadnicza różnica istnieje w zakresie odpowiedzialności.
Więc- w po pożarze w Gdańsku postępowanie sądowe trwało 16 lat i zakończyło się skazaniem jednej osoby (kierownika hali) na karę pozbawienia wolności w zawieszeniu.
Po pożarze w Republica Cromanon (tak się nazywał tenże klub w Buenos) właściciel generalnie cały swój majątek przeznaczył na odszkodowania, co zresztą i tak nie jest dla niego problemem, bo sąd raczył zdecydować, że przez następne 20 lat za wyżywienie i mieszkanie będzie płacić mu rząd. Manager klubu i (miejski) inspektor przeciwpożarowy się udali na 18- letnie wakacje, po wznowieniu procesu członkowie grającego wtedy zespołu (6 osób) zmieniło ubrania i fryzury na 11 lat. Inni pracownicy klubu i miejscy urzędnicy udali się na sporo krótsze wakacje. Pożar ten wydarzył się prawie dokładnie 10 lat po gdańskim, za to postępowanie sądowe zakończyło się rok wcześniej (za wyjątkiem wznowionego wobec członków zespołu).
Można powiedzieć- medialna sprawa, ale słyszałem też od znajomego historyjkę, jak to wskutek wypadku, spowodowanego przez kogo innego, zginęła pasażerka samochodu wynajętego z kierowcą. Sprawa była nieco bardziej skomplikowana- bo samochód ten musiał się zatrzymać na poboczu autostrady wskutek awarii i został uderzony przez inny, który w niekontrolowany sposób zjechał na to pobocze. Skończyło się bez odsiadki, ale potężnym odszkodowaniem od właściciela samochodu.
Inny przykład- jeśli policjantowi zdarzy się w Polsce zastrzelić bandytę to może się spodziewać upokarzającego dochodzenia i wsparcia psychologa. W Argentynie- premii i ewentualnie medalu. Ale nie słyszałem o przypadku postrzelenia niewinnych osób tutaj- może się zdarzają, w Polsce to na pewno jest częstsze (mimo tego, że w Argentynie policji jest, a przynajmniej widać, dużo więcej)
Więc- przykłady dobrane subiektywnie, mam nadzieję, że wyjaśniłem o co mi chodzi. Tu naprawdę jest zdecydowanie więcej wolności, ale jej granica jest zakreślona bardzo wyraźnie i lepiej się nie znaleźć po drugiej stronie.  

Oszczędzanie energii w USA


Jest zupełnie oczywistym, że spadek ilości energii dostępnej przeciętnemu człowiekowi musi się wiązać z obniżeniem średniej jakości życia. Oszczędzać można, ale inna nazwa oszczędzania to po prostu zaciskanie pasa. Dla wielu jest ono koniecznością, ale koniecznością niezbyt przyjemną. Znacznie fajniej, gdy absolutnie z niczym nie trzeba się liczyć.
Zużycie energii można ograniczyć w danej populacji o 10% na dwa sposoby: 80 % populacji zakupuje (zużywa) o 12,5% energii mniej, lub 20% populacji zużywa połowę tego co wcześniej. To drugie rozwiązanie jest już prawie zastosowane w Kalifornii, gdzie ładnie przybywa “nowych biednych” czyli dawnej klasy średniej, obecnie żyjącej w kamperach i bawiącej się w chowanego z policją.
W Krzemowej Dolinie, gdzie w tej chwili jeszcze uparcie nie chce się zacząć pora sucha i jest tak zimno jak w Polsce w lecie, około jedna czwarta przestrzeni biurowej stoi wolna do wynajęcia. Są to biura, w których stworzono i nadal tworzy się technologię, z której korzystamy na co dzień siedziąc przed komputerami. Dziś nadal wytwarzane są całkiem pożyteczne rzeczy, ale jest ich po prostu mniej. Ludzie, którzy tam pracowali są już niepotrzebni. Kapitału na nowe startupy nie jest tyle co kiedyś, co oznacza pośrednio, że obecnych zasobów już teraz brakuje na inwestycje. Dostępnych środków konsumujemy coraz większą cześć, mniej i mniej przeznaczając na poprawę bytu w przyszłości, a mimo to obecną konsumpcję i tak trzeba ograniczać.

Poniżej zamieszczam kilka zdjęć dotyczących oszczędzania energii w USA. Mieszkańcy tych pojazdów już nie muszą płacić za domy i stosy gadżetów w nich zgromadzonych, żyją skromnie i oszczędnie (przynajmniej jak na warunki Stanów Zjednoczonych). A przy okazji - na zdjęciu widzimy parking obok sklepu w niedzielne popołudnie: owszem boczny, a nie przed wejściem - ale trochę pusto - nieprawdaż?

Oczywiście nie oznacza to, że 20% populacji żyje w kamperach, ale realne bezrobocie oscyluje wokół tej liczby. Struktury administracyjne państwa działają jeszcze, więc takie koczowanie jest “bezprawne”:  


Standard życia tych ludzi “nieco” odbiega od poprzedniego...


Co do stopnia oszczędności, rzecz jasna ilość kalorii w żywności pozostanie taka sama (przynajmniej do czasu kompletnej katastrofy), z ogrzewania poniżej pewnego poziomu mało kto będzie rezygnował, ale już zużycie energii zakumulowanej w wyrobach przemysłowych zostanie ograniczone. Pamiętajmy o tym, że energia to nie tylko prąd w gniazdku czy paliwo do samochodu ale także, a może przede wszystkim, energia zużyta już do produkcji i transportu różnych zakupywanych przez nas gadżetów. Sprzedawcy tych gadżetów mają problem, ale z drugiej strony wszyscy zaciskają pasa, a nie tylko 20 % “nieudaczników i pechowców”, którzy tracą domy i samochody, i żeby przeżyć imają się dorywczych prac, mieszkając w takich gruchotach. Trzeba też mieć na uwadze, że są to w większości WASP-y przyzwyczajone do poziomu klasy średniej - do gorszych dzielnic zamieszkanych przez czarnych i latynosów po prostu nie pasują. Inna sprawa, że na wolnym rynku i tak nie byliby w stanie nic wynająć: ich zdolność kredytowa jest żadna, nie mają stałej pracy o wystarczajacych dochodach (a jest to wymagane przy wynajmie), nie mówiąc już o tym, że nie są w stanie zapłacić z góry gotówka za najkrótszy możliwy okres najmu (zwykle wynoszący pół roku).

Podsumowując - ograniczenie zużycia energii jest jak najbardziej możliwe. A wyglada ono dokładnie tak samo jak kryzys.......


Drugi paszport – Paragwaj

Skoro nasz szanowny faszystowski dykat premier posuwa się do działań typu nacjonalizacja i publiczne okazywanie pogardy dla własności i poszanowania prawa, używając aparatu państwowego wedle swojego widzimisię, ja wracam do opisu drugiego obywatelstwa. Po ostatnich wiadomościach zalecam ten pomysł jeszcze bardziej.
Dziś kolej na jeden z najciekawszych krajów świata – Paragway. Przyznam, że fascynuje mnie od pewnego czasu i zapewne dość prosty egzamin wymagany do uzyskania obywatelstwa zdałbym bez trudu, ale zaczynając od początku. Jest to państwo bez dostępu do morza i jako takie, było tez do całkiem niedawna prawie odcięte od światowej gospodarki. Po tragicznie przegranej wojnie z Argentyną, Brazylią i Urugwajem w drugiej połowie XIX w. kraj ten był tragicznie wyludniony, a przez brak dostępu do rynków, przez cały czas biedny. Drastyczną zmianą były dopiero rządy prezydenta Afredo Stroessnera. Prezydent jest to określenie formalne i nieco umowne, bo objął rządy w 1954, po przeprowadzeniu zamachu stanu i utracił ją w 1989 po kolejnym zamachu stanu – ale nie czepiajmy się szczegółów. Ważne, że w tym czasie powstała podstawa gospodarki – zapora wodna na Rio Paraguay, zresztą na nieprawdopodobnie dla Paragwaju korzystnych warunkach (budowę sfinansowali w całości brazylijczycy, a udziały są po połowie- jedynie przez początkowy czas Paragwaj sprzedawał prąd poniżej rynkowych cen) – i pokażcie to naszym negocjatorom od gazu... Przy okazji budowy powstało miasto Puerto Presidente Stroessner (obecnie Ciudad del Este)-  największe targowisko świata. Niskie cła importowe do Paragwaju i protekcjonistyczna polityka Brazylii oraz Argentyny stworzyły raj dla handlarzy i przemytników (i pewnie celników też). Co też całkiem ciekawe w Paragwaju nie ma przepisów dotyczących broni. Po prostu ich nie ma. Broń i amunicja sprzedawana jest tak samo jak każdy inny towar. Nawet w Boliwii aby kupić broń trzeba mieć ukończone 18 lat. Poza tym Paragwaj jest, jak fama głosi, skorumpowany do cna- więc niestety trudno mówić o bezpieczeństwie własności i inwestycji, ale jeśli ktoś zrozumie system – to może w nim doskonale prosperować. Możliwości biznesowe są tam prawie nieograniczone.
Co prawda obecnie ten kraj się niepokojąco „cywilizuje”, ale wciąż jest oazą wolności. Podatek dochodowy i system rejestracji samochodów dotarły tam dopiero w obecnym wieku. I jeszcze nie do końca się przyjęły - jak się okazało zarówno obecny prezydent (ekskomunikowany biskup) jak też jego żona jeździli samochodami kradzionymi w Brazylii. Cóż - kupując tam używany samochód należy ustalić czy był kradziony w Brazylii, czy w Argentynie i nie jeździć nim do tego kraju...
Przy okazji samochodu - taki wynalazek jak obowiązkowe przeglądy techniczne funkcjonuje tylko w stolicy – Asuncion, a o ubezpieczeniach nikt nie słyszał.
Po tym skrótowym opisie (naprawdę mógłbym jeszcze długo, ale ile można o takiej egzotyce) przejść wypada do paszportu. Otóż uzyskanie prawa pobytu to żaden problem, a już dwuletnia rezydencja uprawnia do ubiegania się o obywatelstwo. Co więcej, nikogo nie interesuje ile naprawdę przebywało się na terenie kraju. Jak wspomniałem na początku oficjalnie wymagany jest test (po hiszpańsku) z historii, geografii i kultury Paragwaju – ale to też nie problem.
Zapewne pod naciskiem sąsiadów funkcjonuje też inny socjalistyczny wynalazek – prawo jazdy – ale tu z pierwszej ręki wiem, że egzamin składa się z jednego pytania: „czy naprawdę chcesz mieć prawo jazdy?”. Poprawna odpowiedź gwarantuje uzyskanie dowolnej kategorii. Oczywiście też w ramach udawania „cywilizowanego” kraju formalnie jest też przymus edukacji. Wydaje się, że wszyscy mają go gdzieś.
A co do perspektyw na przyszłość – cóż, kraj ten co prawda importuje paliwa płynne, ale eksportuje olbrzymie ilości energii elektrycznej (z zapór) i produkuje rosnącą z roku na rok ilość soi. Jeśli obecny kryzys to już jest peak oil, to ciężko o lepsze fundamenty.

Kontrola drogowa przez Żandarmerię Wojskową

Chciałbym napisać coś bardziej ogólnego, a tu rząd w pogoni za szmalem ma coraz lepsze pomysły. Muszę przyznać, że ta przedsiębiorczość i inwencja mi imponuje. Jak mam wybierać, to wolę być oskubany przez pomysłowego i zdolnego bandziora, niż przez tępego głupka. Efekt ten sam, ale samopoczucie lepsze. Ale czasami przynajmniej można nie dać się oskubać.
Otóż nowa informacja – Żandarmeria Wojskowa zaczęła urządzać kontrole drogowe. Jak się nie dać naciągnąć na mandat.i jak się zachować w takim wypadku?

Otóż po pierwsze – ŻW ma prawo do kontroli drogowej, ale jest ono ograniczone do terenów wojskowych, ochrony transportów wojskowych (sprawy oczywiste i nieistotne) oraz z naszego punktu widzenia istotniejsze – w czasie akcji związanych z ratowaniem życia lub mienia oraz w powszechnym zakresie – w stosunku do osób prowadzących pojazdy sił zbrojnych oraz do żołnieży służby czynnej. Tyle, że do czasu zatrzymania rozsądnie rzecz biorąc, żandarm nie wie kto zacz – a może mieć podejrzenia, że za kierownicą siedzi akurat żołnierz. Też jadąc samochodem, niestety nie wiemy, czy zatrzymujący nas żandarm robi to w związku z kolumną wojskową, klęską żywiołową czy po prostu przeczuciem, że ma do tego uprawnienia – więc niestety zatrzymać się wypada. Za to zaraz po zatrzymaniu ma obowiązek przedstawić powód zatrzymania. I jeśli się dowiemy, że powodem tym było przekroczenie prędkości, czy inna rzecz służąca wyłącznie wyłudzeniu kasy, należy oświadczyć, iż nie jest się żołnierzem, upewnić się, że kontrola została zakończona i spokojnie jechać dalej. Otóż są jednak sytuacje, kiedy każdy (żandarm również) może przytrzymać człowieka do przyjazdu wezwanej Policji – sytuacje popełnienia przestępstwa – co na drodze oznacza „sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym” - czyli naprawdę grube przegięcie, i tu akurat zatrzymanie przez każdego jest słusznym postępowaniem, oczywiście też w sytuacji spowodowania wypadku z obrażeniami ciała oraz kolejna rzecz, zdecydowanie wątpliwa – prowadzenie pojazdu mechanicznego w stanie nietrzeźwym (czyli powyżej 0,5 promila!). Dalej rozwijając – nawet na kacu kwalifikującym się do odebrania prawa jazdy przez Policję (pow. 0,2 promila), ale poniżej kwalifikacji na przestępstwo możemy spokojnie jechać dalej.
Dla celów dowodowych można poprosić żołnierza o dane i je spisać.
A jeszcze – dlaczego uważam przepisy o zakazie jazdy po spożyciu za faszystowskie – otóż albo sprowadzamy niebezpieczeństwo na drodze, albo nie. I może to mieć związek z alkoholem, albo nie. W normalnym kraju to na organach państwa spoczywa ciężar dowodu – w tym wypadku zagrożenia dla innych na drodze. Przepisy o jeździe pod wpływem są tu protezą dowodową i niemoralnym ograniczaniem wolności. Tak właśnie uważam – jak ktoś myśli inaczej i potrafi to udowodnić – moralnie, a nie statystycznie – chętnie poczytam.

A tymczasem- Szerokiej drogi!!

Peak Oil – przebieg wydarzeń

Nie rozstrzygając na razie, kiedy nastąpił, czy nastąpi – nie będzie to żadna nagła katastrofa. Ropa się nie skończy z dnia na dzień a wręcz przeciwnie – będzie jeszcze bardzo długo wydobywana. Peak Oil w kontynentalnej części USA nastąpił około roku 1930 i proszę, ropę się tam nadal wydobywa, choć coraz mniej.
Podstawową konsekwencją będzie to, że na jednego człowieka będzie przypadać coraz mniej płynnych paliw kopalnych – a presja substytucji podniesie ceny także innych nośników energii (czego chyba większość osób nie zauważa). W optymistycznym wariancie rządy i przeciętny człowiek będą sobie zdawać z tego sprawę i stopniowo zmniejszać uzależnienie od paliw płynnych – oczywiście pod presją rynku. Czyli rzeczy które właściwie widzimy w Polsce – przy nowym samochodzie pytanie „ile pali”, szukanie tańszych paliw (olej z Biedronki do diesli), itp. A także oszczędzanie wszystkich innych postaci energii – docieplanie domów i stopniowe ograniczanie ich rozmiarów. Dalej by było skracanie odległości na które są transportowane towary, przez wzrost cen transportu i stopniowe przechodzenie na bardziej lokalną żywność i wyroby przemysłowe – a także wykorzystywanie wszystkich dostępnych źródeł energii – lokalnego drewna i biomasy do ogrzewania, solarów do wody, itd.
To jest pięknie optymistyczny scenariusz stopniowego dopasowywania się – dalej by było lokalne wytwarzanie energii elektrycznej z własnych źródeł. Bo przypomnę jeszcze raz – samochody elektryczne są rozwiązaniem co najwyżej przejściowym, jeżeli energia pochodzi ze spalania paliw kopalnych. Substytucja ropy węglem (możliwa choćby przez produkcję benzyny z węgla) spowoduje jedynie szybsze wyczerpanie się złóż węgla – acz odwleczenie skutków braku energii. Powyższy scenariusz niestety mógłby się wydarzyć tylko przy założeniu światłego rządu, zdającego sobie sprawę z rozwoju sytuacji i np. opodatkowującego wysoko paliwa płynne (w celu zmuszenia ludzi do szukania alternatyw)- na razie zupełnie jak w Europie i dodatkowo nie wydającego dochodów z tych podatków w celu akumulacji na ciężki okres dostosowawczy – zupełnie nie jak w Europie.
Optymistycznego scenariusza jednak nie będzie. Ludzie będą się starali utrzymać dotychczasowy styl życia za wszelką cenę – zwyczajnie zadłużając się, a rządów dotyczy to jeszcze bardziej.
Niektórzy będą musieli ograniczyć swoje potrzeby energetyczne od razu, inni później a jeszcze inni wcale – ale oznacza to też, że spadnie popyt na dobra przemysłowe – artykuły nie pierwszej potrzeby, za to wymagające mnóstwa energii do wytworzenia. Dlatego też tak mocno w okresie przejściowym ucierpią gospodarki przemysłowe oparte na eksporcie. Jaki będzie dalszy scenariusz? Otóż raz go już przerabialiśmy. Kiedy skończyła się pierwsza epoka taniej ropy (czyli wzmiankowane ok. 1930), przemysłowe gospodarki Niemiec i Japonii znalazły się na dnie (a skala uzależnienia od ropy była znacznie mniejsza niż dziś – transport w wyraźnej części opierał się jeszcze na węglu) i dalej populizm, autarkia i wojna. Pamiętajmy, że w ataku Japonii na USA chodziło właściwie wyłącznie o ropę, a i polityka Niemiec w tym czasie szła w sporej części właśnie za ropą.
Oczywiście, załamanie gospodarki Niemiec nastąpiło w wyniki Wielkiego Kryzysu – tylko może być całkiem prawdopodobnym, że sam kryzys był również kryzysem energetycznym – życie i gospodarka na kredyt w iluzji stałego wzrostu, potem kontrakcja i załamanie.
Innym zjawiskiem jest to, że w sytuacji kurczenia się popytu na dobra przemysłowe, ogólnego spadku zysków i walki o przetrwanie biznesu coraz atrakcyjniejszy staje się dochód od rządu. Choćby pensyjka urzędnicza, a jeszcze lepiej biznes żyjący z rządowej kasy. To również obserwujemy – ubocznym objawem jest gwałtowny wzrost liczby urzędników – typowa dla kryzysu presja na „załatwienie” dla „młodego, wykształconego” który jakoś nie może sobie poradzić.
Razem ze spadkiem wpływów podatkowych z realnej gospodarki powoduje to wykładniczy wzrost zadłużenia rządu. I z tej spirali nie ma wyjścia. Skończy się załamaniem – czy w scenariuszu deflacyjnym – czyli systemowego kryzysu bankowego i wzrostu wartości gotówki (jak w latach 30- tych), czy hiperinflacyjnym, czyli spadkiem wartości pieniądza i faktyczną kasacją długów – nie mam pojęcia.
I jeszcze jedno: Peak Oil nie będzie ogłoszony w mediach i nikt nie powie „proszę Państwa, od dziś ogólnoświatowe wydobycie ropy zaczyna spadać”. Kiedy nastąpi dowiemy się najwcześniej kilka lat później – a bardziej prawdopodobnym jest, że wcale. Tak jak nie wiadomo kiedy nastąpił peak oil w kontynentalnych USA. Bo akurat był kryzys i wydobycie spadło – a potem już nie wróciło do poprzedniego poziomu. I ropy jeszcze starczało dla USA – ale dla Niemiec i Japonii już nie.
Nieco niepokojące jest to, że powyższe, nakładające się nieco objawy kryzysu energetycznego i finansowego właściwie możemy obserwować już od przełomu wieków. Wszyscy biorą je za skutek wariactwa kredytowego – ale właściwie czy wariactwo kredytowe było spowodowane tylko łatwym pieniądzem, czy może też szaleńczą próbą utrzymania „godziwego stylu życia” w USA?

Samochód dla 16- latka

Niestety - to nie jest pełna dziura w przepisach - czyli to co lubię i polecam- zniknięcie z państwowego radaru w całości- ale zawsze kawałek furtki do wolności.
Otóż istnieje coś takiego jak prawo jazdy kategorii B1. Mało kto o tym słyszał - bo generalnie jest bez sensu. Ale - można je uzyskać od 16 roku życia. Swoją drogą, to pokazuje postępy obecnej tyranii - jeszcze nie tak dawno to nie był żaden problem.
Ograniczenie jest właściwie tylko jedno - masa własna pojazdu do 550 kg. Jest to pewien problem, bo maluch waży 570. Ale są rozwiązania.
Otóż Francuzi - gdzie chyba cały jeszcze istniejący przemysł żyje albo z socjalu, albo z omijania go produkują całkiem sporo różnych pojazdów mieszczących się w limicie. I to bez żadnych głupich kompromisów - po prostu plastik zamiast blachy i daje to przy okazji lepszy stosunek mocy do masy. Gdybym był ojcem 16 - latka nie widziałbym żadnego powodu dlaczego nie zwiększyć jego możliwości matrymonialnych przez taki gadżet - a gdybym był sam 16 - latkiem...

A tu największy producent tego rodzaju pojazdów. Prawda, że wybór jak "prawdziwych" samochodów? Używane pewnie też gdzieś są.

Samochód bez prawa jazdy

Dużo się nie da zrobić- ale jest pewna, skromna furtka- może ktoś ją rozszerzy?
Otóż jak na razie nie potrzeba żadnych uprawnień do poruszania się po drogach publicznych pojazdem o pojemności silnika do 50 cm3 lub pojazdem elektrycznym o mocy nominalnej do 4 kw. To pierwsze to proste skutery- dobry pomysł w mieście i tyle. Ale to drugie jest całkiem interesujące. Obecne silniki elektryczne można chwilowo przeciążać ponad nominał- więc mamy 4 kw mocy ciągłej i 5-6 maksymalnej. Dla pojazdu o masie 200-300 kg powinno dać to spokojnie osiągi zdezelowanego malucha. Mało?- sorry, socjalizm się broni gdzie może. A jak osiągnąć sensowny zasięg samochodu elektrycznego o tak małej masie?- No problem. Akumulatorów tyle aby wjechać na stację diagnostyczną a reszta- generator na pokładzie. Mamy normalne użytkowanie pojazdu o mocy porównywalnej do 10-15 koni mechanicznych, co przy oszczędności masy da właśnie osiągi zdezelowanego malucha. Sam jeździłem pojazdem o porównywalnym stosunku mocy do masy- wyprzedzić niczego się nie dało, prędkość maksymalna ok. 110 km/godz. w Warszawie na światłach trąbili z tyłu nawet jak paliłem sprzęgło- ale się dało.
Wkrótce i tak ma zostać wprowadzony obowiązek uprawnień nawet na skutery.
Ale i tak znacznie ważniejsze jest to, że takim pojazdem może legalnie jeździć 13- latek- z kartą motorowerową niestety- cóż, konieczny kompromis z socjałem. Ale pozwala, aby syn mógł się uczyć praktycznych umiejętności tak wcześnie jak to możliwe- kiedy to jest łatwiejsze.
Za jakiś czas- samochód dla 16- latka. Tu już naprawdę nie ma problemu.