Otóż raz mam dobrą wiadomości w tych ponurych czasach. Jeśli ktoś lubi fabułę katastroficzo- dystopiczną to już nie musi szukać beletrystyki. Wystarczy że się podłączy do wiadomości z USA.
Ale żadnych więcej dobrych wiadomości nie ma.
W tym dystopijnym obrazie na pierwszy plan nie wysuwają się powszechnie znane kwesti, czyli epidemii, ekstremalnej liczby bezrobotnych, nie działającego systemu opieki zdrowotnej ani braku siatki bezpieczeństwa na złe czasy. To wszystko byłoby ponure, ale dalekie od pełnego opisania dzisiejszej rzeczywistości. Dziś, i z każdym nowym dniem to zamienia się coraz bardziej w ponury teatr bezdusznego okrucieństwa, ale też absurdu.
Na rozgrzewkę drobny, przypadkowy news: w Brooklynie sąsiedzi skarżyli się na smród dobiegający z U-Haula. Znaczy takiej ciężarówki z wypożyczalni, zwykle używanej do przeprowadzek. Przyjechała policja, otworzyła. W środku załadowana ludzkimi zwłokami, które zaczynały się poważnie rozkładać. W drugiej takiej- to samo, łącznie 40-60 ciał.
Jak się tłumaczył właściciel krematorium przy którym to się działo, nie wie dlaczego jego pracownicy tego nie rozładowali. Cóż...
Ale mam jedno zasadnicze pytanie- dlaczego mógł znaleźć więcej naczep chłodniczych? Znaczy więcej, bo tam stały już dwie, też wypełnione zwłokami. Może już brakuje chłodni do wynajęcia w okolicy Nowego Jorku? W końcu to jest jedyna część transportu która jeszcze prawie normalnie pracuje.
Jak ktoś chce bliższy opis to jest tu
A następnie mamy taki ładny obrazek, który właściwie opisuje dzisiejsze USA
Tak, to jest protest w USA. Tak, to są hasła protestu.
I nie, wygląda na to, że nikomu nic się nie pomyliło. Otóż odbywają się protesty przeciwko ograniczeniom kwarantanny. I tak, jak najbardziej pod hasłami wysłania ludzi do obozów pracy, gdzie mają realną szansę nie przeżyć tego doświadczenia.
I tak, rasiści mówią to otwartym tekstem.
A tak dokładniej chodzi o zakłady mięsne, niezupełnie rzeźnie, ale takie firmy, gdzie się rozbiera półtusze lub kurczaki. Praca tam wygląda tak, że jest linia produkcyjna i wzdłuż niej stoją, najczęściej ramię w ramię pracownicy i każdy odcina jeden, zawsze ten sam kawałek.
I tak przez całą zmianę, nawet bez możliwości zasłonięcia ust przy kichaniu czy kaszlu, bo by pomięli kawałek do odcięcia.
Po opisie można się domyślić, że praca ta nie cieszy się specjalnym powodzeniem u ludzi mających jakąkolwiek alternatywę.
I dość oczywiście takie miejsce jest dość dobrym rozsadnikiem wszelkich infekcji. A COVID-19 bardzo dobrym.
Oczywiście, jak większość miejsc pracy także i to można zrobić nieco bezpieczniejszym: zrobić większy dystans pomiędzy stanowiskami pracy, dać środki ochrony osobistej, pilnować dystansu w szatniach, etc. Ale nie zrobiono w tym zakresie nic, przynajmniej w olbrzymiej większości tych zakładów. Które zresztą należą w tejże olbrzymiej większości do zaledwie kilku koncernów.
Nie zrobiono nic, więc w kolejnych zakładach wybuchają epidemie i kiedy sytuacja już jest nie do opanowania, to są zamykane. Więc na inne zakłady w koncernach jest nakładana presja szybszej pracy, w większym zagęszczeniu. I tak to się rozwija. I żeby było śmieszniej, w wielu z tych miejsc oficjalnie nie ma żadnej epidemii, bo z jednej strony większości z tych ludzi i tak nie stać aby pójść do lekarza czy szpitala, zresztą może żadnego nie być w okolicach gdzie są takie zakłady. Bo ludzie co prawda są, ale i tak ich nie stać na opiekę medyczną w żadnych czasach. A lepszej pracy nie ma, bo gdyby była, to zakłady mięsne by nie mogły działać z braku pracowników.
A zresztą to są zazwyczaj bezpiecznie Republikańskie okolice i administracja stanowa się nie przejmuje żadną epidemią i po prostu nie ma testów. A rząd federalny nie przejmuje się okręgami bez znaczenia dla wyniku wyborów, więc nie ma żadnych testów.
Za to przejmuje się tym, aby tego typu firmy mogły działać. Więc republikański (oczywiście) gubernator Iowa zadeklarował, że kiedy firma ogłosi że pracuje, to kto nie zgłosi się do pracy ten traci prawo do zasiłku dla bezrobotnych. I nieważne jaka jest sytuacja epidemiczna.
Kolejni republikańscy gubernatorzy robią to samo. W Teksasie ogłoszono po prostu uruchomienie gospodarki, kto się nie stawi, traci zasiłek.
Oczywiście nie ma tam żadnych przesłanek, że epidemia się kończy, nie ma żadnego powszechnego testowania, ani weryfikacji kontaktów, kwarantanny, niczego. Za to w stanach, gdzie gubernatorzy starają się panować nad epidemią i rozsądnie ją przetrwać oraz uruchamiać wszystko jak się będzie dało, to odbywają się manifestacje jak na obrazku. I choć hasło jest wybitne, to jedna rzecz jest nietypowa- protestująca ma maseczkę, to akurat jest mało spotykane w tym towarzystwie. No, chyba że to prowokacja i pani przyszła ich trollować. To IMO jej wyszło.
I zacząłem od opisu dystopii, to mogę i tak skończyć. Otóż żona gubernatora Massachusetts jest Koreanką. Nic nadzwyczajnego, ale w tej sytuacji ona użyła swoich kontaktów i stan kupił w Korei 500 tys testów. Ale zabawniejszy był transport. Mianowicie na polecenie Jareda Kushnera (zięcia Trumpa, jakby ktoś nie pamiętał) federalni jeżdżą po kraju i konfiskują należące do stanów transporty rzeczy przydatnych do zwalczania epidemii. Nikt nie wie co się z nimi dalej dzieje, bo rząd ich nie rozdaje nikomu. Może sprzedaje kolegom, a może po prostu niszczy.
Więc tenże gubernator jest Republikaninem, więc wie na co stać to towarzystwo, ale najwyraźniej nie ma ochoty w tym uczestniczyć. Więc zorganizował to tak: ładunek przyleciał koreańskim samolotem (aby był poza jurysdykcją federalną) i to bezpośrednio na lotnisko w Massachusetts , aby nie przekraczał granic stanowych (bo wtedy może paść w łapy federalnych. A na lotnisku czekała zmobilizowana na te okazję stanowa Gwardia Narodowa. Tak, stan musiał wysłać swoje siły zbrojne, aby chronić się przed rządem federalnym.
A zakup tak wyglądał, bo wcześniej rząd federalny zrobił to tak, aby stany i miasta się wzajemnie licytowały o ochłapy dostępnych testów i środków ochronnych. A potem i tak przejmował ten kupiony towar.
To znaczy od słabszych. Bo po pierwszych takich przypadkach gubernator Kalifornii publicznie przypomniał federalnym ile kasy płynie z Kalifornii do Waszyngtonu. Tonem sugerującym, że wcale nie musi płynąć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bankructwo rządu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bankructwo rządu. Pokaż wszystkie posty
Istota gospodarki USA i kiedy będzie kryzys
USA w 1945 były absolutnie dominującą potęgą. Krajem którego dominacja w światowej gospodarce nie mogła się równać z niczym znanym kiedykolwiek wcześniej lub później w historii. Nie przesadzam. Gospodarka USA stanowiła około połowy światowego PKB, przy mniej niż 5% światowej ludności.
To w jaki sposób zostało wykorzystane to bogactwo wpływa na dzisiejszy świat i będzie wpływać jeszcze długo. A zostało wykorzystane na dwie rzeczy. Pierwszą z nich była odbudowa Europy Zachodniej i Japonii. Ale według nowego modelu gospodarczego, narzuconego z Waszyngtonu.
A drugim był rozwój USA według tego samego modelu.
To prowadzi nas do bardzo ciekawej obserwacji. Otóż ostentacyjna zamożność USA lat 50-tych i model gospodarczy i społeczny zmotoryzowanych przedmieść, który wtedy powstał nie był w żadnej mierze droga która doprowadziła do rozwoju, ani sposobem na uzyskanie potęgi przez USA.
To był sposób wydania już posiadanych środków i potencjału przemysłowego. Dziś wygląda on absolutnie idiotycznie pod każdym względem: ekonomicznym, efektywności gospodarczej i społecznym, ale panuje przekonanie, ze w latach 50-tych to miało sens i była to metoda dzięki której USA stały się najzamożniejszym krajem świata. Nie, nie była. Był to wtedy dokładnie taki sam idiotyzm jak i dziś, ale ten kraj już był obłędnie bogaty i mógł sobie na to pozwolić.
I naprawdę to nie było tak, ze "ludzie tego chcieli" albo że "rynek zdecydował". Ludzie wrócili z wojny, zakładali rodziny i chcieli gdzieś mieszkać. A o tym gdzie i jakie mieszkania można zbudować zawsze mniej lub bardziej decyduje administracja. W tym przypadku bardziej. To rząd federalny określił zasady jakimi musza kierować się władze lokalne określając szerokość ulic, liczbę miejsc parkingowych, w dalszej kolejności rozdzielenie funkcji mieszkalnych i handlowych, etc. Do stopnia w którym samochód stał się absolutnie niezbędną do życia rzeczą. Co w oczywisty sposób zmniejszyło efektywność społeczeństwa, podwyższyło koszty życia dla wszystkich i zmniejszyło konkurencyjność USA.
W początkowym okresie miało to bardzo pozytywne reperkusje. Mianowicie odbudowany za amerykańskie pieniądze przemysł Niemiec i Japonii mógł być, dzięki konkurowaniu niższym kosztami życia, poważnym eksporterem na obłędnie bogaty amerykański rynek. W tych dwóch krajach (jak i większości innych) społeczeństwa były wciąż zbyt biedne, aby tworzyć poważny popyt. Kto miał dostęp do rynku USA ten miał możliwość dalszego rozwoju.
Nie chodzi w typ opisie o krytykę powszechnej motoryzacji czy polepszania standardów mieszkaniowych. Chodzi o to, że system był skonstruowany tak, aby wymuszać maksymalne korzystanie z samochodów. Czego konsekwencja było niszczenie na różne sposoby alternatywnych, bardziej efektywnych gospodarczo metod transportu (W przypadku transportu ludzi w mieście każda metoda jest bardziej efektywna niż indywidualna motoryzacja. Każda).
Na skalę gospodarki miało to tę konsekwencję, że robotnik musiał zarobić nie tylko na wyżywienie i ogrzanie mieszkania, a również na samochód i znacznie droższe przecież ogrzanie domu. Nawet jeśli akurat nie zbudowanego z kijków i tektury, to i tak wolno stojącego, bez śladów izolacji i daleko od wszystkiego. To musiało pogarszać konkurencyjność.
Dopóki w innych krajach trwała odbudowa zniszczeń to wszystko było na miejscu. Bogate Stany importowały, płaciły, za to zrujnowana Europa kupowała maszyny do odbudowy czy żywność do przetrwania. Ale kiedy sytuacja wróciła do przedwojennej, masowy import przestał być potrzebny. Lokalna produkcja była tańsza, bo równie, czy bardziej fachowa siła robocza pracowała za mniej i było to wytwarzanie na miejscu.
Realnie rzecz biorąc drogi amerykański robotnik nie był nikomu potrzebny. I zgodnie z tą logiką został wyrzucony za burtę. Lata 60-te to już pełnia efektywności Japonii i Niemiec, widoczne były efekty masowych inwestycji w elektryfikację kolei, masowy transport i rozsądne planowanie mieszkaniowe, czyli efektywnie olbrzymią różnicę kosztów pracy przy zaspokojeniu wszystkich podstawowych potrzeb rodzin robotniczych. Co oznaczało, że eksport z USA po prostu przestał być konkurencyjny na rynkach eksportowych. Widać to jeszcze dziś na niektórych ulicach Ameryki Łacińskiej, gdzie jak najbardziej nadal są amerykańskie ciężarówki z lat 40, 50-tych i wczesnych 60-tych, ale późniejsze są to wyłącznie produkcja europejska, ewentualnie japońska, a ostatnio chińska.
Jeśli jedne kraje inwestowały w elektryfikację kolei, a inne w rozbudowę obłędnie nieefektywnych ekonomicznie przedmieść, to w końcu musiało to doprowadzić do sytuacji, w której wszystko jeszcze jakoś działa, ale już nie ma perspektyw. Dotychczasowy system musiał zbankrutować. I coś takiego oficjalnie stało się w USA w 1971 roku.
Po protestach studentów, przeciw wojnie, hipokryzji i braku perspektyw nowego pokolenia zwyczajnie ogłoszono bankructwo, a nowe pokolenie zdecydowano się wyrzucić za burtę. Nie do końca jednak, bo wymyślony został nowy model gospodarczy. Taki, w którym USA pozostaną potęgą, ale już nie przemysłu, a konsumpcji. Po prostu ten kraj został największym producentem długu na świecie. I to działało. Rosnące zadłużenie wszystkich pozwalało na dalszą konsumpcję i dalszy transfer kapitałów na cały świat. Ten sam świat został jednocześnie skuszony wizją dochodowych, bezpiecznych inwestycji i Wall Street, jak magnes przyciągała wszystkie możliwości inwestycje z całego świata. USA miało nowy model, który opierał się na destrukcji własnego przemysłu i klasy robotniczej, wzroście zadłużenia i pompowaniu pieniędzy z całego świata przez system finansowy USA. I to działało.
Ale zastanówmy się jakie są potrzebne warunki do tego, aby to działało.
Po pierwsze oczywiście wiarygodność USA, administracji, systemu prawnego i banków.
Po drugie- poważna konsumpcja, czyli istotna klasa średnia, po trzecie możliwości inwestycyjne czyli biznes w stylu Hollywood i Krzemowej Doliny, gdzie można mieć astronomiczne zwroty z kapitału.
Teraz mamy kryzys tego modelu. Właściwie rzecz biorąc przestaje on działać. I co dalej?
Dalej są trzy wyjścia. Albo to naprawić i starać się znaleźć coś nowego dopóki pieniądze płyną, albo pogodzić się ze śmiercią tego modelu i przebudować kraj dopóki są pieniądze. Przebudować przez modernizację i zwiększanie efektywności gospodarki. Zarówno po stronie konsumpcji, jak też produkcji, aby można było konkurować na rynkach światowych.
Trzecie brzmi tak, że skoro model finansowy przestaje działać to wracamy do modelu przemysłowego.
Jednak aby model przemysłowy mógł działać, musi istnieć masowy popyt, czyli niskie koszty życia. Niskie koszt życia oznaczają demontaż suburbii, co wymaga czasu. Oczywiście jest też alternatywa, która polega na tym, że konsumpcję ogranicza się do 20% społeczeństwa, a pozostała część dostarcza niskich kosztów produkcji. Co jest w swej istocie modelem brazylijskim.
W każdej z tych wersji wybór sprowadza się do jednego: Albo rozpoczną się masowe inwestycje w obniżenie kosztów życia, albo ten kraj nie ma innego wyjścia jak utrzymywanie pozycji konfliktami zbrojnymi aż do ostatecznego zawału. Bo on musi nastąpić. Z powodu nieefektywnej gospodarki i budżetu tonącego pod ciężarem zbrojeń.
Sprowadzając do wspólnego mianownika: albo modernizacja przez efektywność energetyczną i uzyskanie międzynarodowej konkurencyjności przemysłu, albo zmiana w drugą Brazylię. Z czego ta druga wersja ma jeszcze dodatkową opcje utrzymywania fikcji potęgi poprzez militaryzację.Zarówno zewnętrzną, jak też wewnętrzną. To podtrzymywanie może i będzie trwać dopóki międzynarodowy kapitał będzie przepływał przez USA i traktował ten kraj jako bezpieczną przystań.
Ta przystań na dziś jest bezpieczna i taką pozostanie jeszcze przez jakiś czas.
Jak długi?
Otóż to zależy od decyzji politycznych w bardzo, bardzo bliskiej przyszłości.
Cofając sie nieco: polityka Obamy, często powolna i zbyt ostrożna, ale jednak solidnie pchała USA w stronę rozwoju przemysłowego i poprawy efektywności gospodarki. Czyli było to wyjście pokojowe i rozsądne.
Teraz mamy jednak rząd Trumpa. który jest bardzo radykalny i konsekwentny w budowaniu drugiej Brazylii. Odziedziczył gospodarkę rozpędzoną inwestycjami, głównie w efektywność energetyczną i bardzo starannie stara się to zakończyć i powrócić do polityki G.W.Busha, tylko na sterydach. Czyli zastąpić militaryzacją pogoń za efektywnością, czyli całkowicie przekierować strumień inwestycji. Oraz zwiększyć deficyt w celu zwiększenia importu kapitału i jego prywatnego tworzenia. Dokładnie to zostało zrobione za pomocą reformy podatkowej. Do tego obniżono podatki wielkim korpo i podwyższono jej dla klasy średniej w bogatszych stanach typu Kalifornia i Nowy Jork. Co uderzy po kieszeniach najbardziej produktywne jednostki oraz w stany, które same najwięcej inwestują. A obniżka podatków jest faktycznie dla inwestorów giełdowych, czyli w większości banków inwestycyjnych.
Zupełnie oczywiście kapitał inwestowany w efektywność energetyczną ściąga pieniądze z rynku, bardzo, ale to bardzo utrudnia powstanie bań spekulacyjnych i przez to zyski w modelu spekulacyjnym. I to jest właściwie sedno sprawy.
Teraz spokojnie przechodzimy do obecnego rządu. Jest to najbardziej groteskowa zbierania skorumpowanych przygłupów, których da się znaleźć wśród amerykańskiej oligarchii. A konkurencja jest tam spora. Steve Bannon już wyleciał, ale jego duch unosi się nadal. Gdzie jego programem, określonym zupełnie wprost i realizowanym był demontaż państwa. Rozmontowanie działających instytucji tak, aby już nie dało się prowadzić efektywnej polityki przemysłowej, i ekonomicznej.
Zauważmy, że jeszcze w tej układance nie ma Rosji. Ale te interesy też są. Nawet bardziej, bo bym powiedział, że kwestia wsparcia Trumpa to nie była tylko kwestia interesów moskiewskiej kliki. Oczywiście, że tak, ale nie tylko. To jest też model gospodarczy, który jest obowiązującym w Rosji. Wąska oligarchia rządząca krajem, klasa średnia, która może względnie wygodnie żyć i 80% nędzarzy, którzy walczą o utrzymanie i stanowią tanią rezerwę roboczą i militarną.
Co ma tą ciekawą konsekwencję, że zarówno jednego jak tez drugiego zażarcie broni międzynarodówka nie tylko kacapoidów, ale też zupełnie zwyczajnych rasistów.
W takim razie pozostaje pytanie- co będzie dalej. I tu mamy bardzo jasną odpowiedź: na dziś zupełnie tego nie wiadomo. Sytuacja wygląda jak stanie pijanego na płocie, z którego może spaść w każdą stronę.
Albo USA staną się drugą Brazylią, czyli eksporterem surowców do Chin bez większego znaczenia politycznego, z gigantycznym rozwarstwieniem społecznym, bez możliwości awansu społecznego i targanym wojnami gangów, gdzie dość solidnie zmierzają. Albo wykorzystają pozostałe środki i pozycję międzynarodowa dla przebudowy gospodarki. Problem polega na tym, że pierwsza zmiana szkodzi tylko większości społeczeństwa, a druga oligarchom, zwłaszcza finansowym i zbrojeniowym.
To dość marnie rokuje co do poprawy sytuacji. Po drodze są wybory i dojrzewający bunt przeciwko głupiej i skorumpowanej Partii Demokratycznej oraz ekstremalnie skorumpowanej i prooligarchicznej Partii Republikańskiej. Naprawdę zobaczymy co się stanie.
Z czego pozytywne rozwiązanie to nie tyle impeachment Trumpa, co wpakowanie przynajmniej kilku członków rządu za kraty oraz jak najpełniejsza weryfikacja decyzji podjętych przez nich. Z czego np. Betsy DeVos może to dotyczyć już dziś. Patologia jaką są federalnie gwarantowane pożyczki studenckie nie powinna istnieć, a na pewno nie powinno się ścigać dłużników. W ramach niszczenia państwa zdecydowała ona o zatrudnieniu firm windykacyjnych do tego, a w ramach korupcji zatrudniona została jej własna firma. Polityka to jedno i ta decyzja jest fatalna dla kraju, ale tylko korupcja jest przestępstwem. Zresztą to i tak drobiazg w porównaniu do zupełnie poważnego pomysłu zastąpienia US Army w Afganistanie i Iraku przez firmę jej brata (i przejęciu rządowych pieniędzy z solidnym naddatkiem, oczywiście)
Wersja negatywna brzmi: Trump jest wybrany na druga kadencję i Republikanie zachowują większość w Kongresie zarówno w 2018 jak i 2020. Sprawa będzie posprzątana. To zbyt wiele lat w już zbyt zniszczonym kraju, aby móc wrócić do rozwoju zapewniającego stabilność i długoterminowe prosperity. Jeśli w tym roku Republikanie utrzymają Kongres, to każdemu, kto nie jest w górnych 10% społeczeństwa bym gorąco polecał spokojne spieniężanie wszystkiego i inwestowanie gdziekolwiek indziej. Jeśli utrzymają w 2020 to zrobienie tego również z własną osobą.
Ale to przede wszystkim jest teraz najważniejsza kwestia ekonomiczna świata. Od sytuacji w USA zależy prosperity na całym świecie, bo to nadal jest największy rynek. Kto tam handluje, ma środki na inną działalność. Na przykład robienie polityki u siebie. I ta polityka jest taka, aby się podobała interesom Waszyngtonu. Wpływ nie jest aż tak wielki jak w latach 50-tych, ale ciągle ma znaczenie.
P.S.
Historia Trumpa na 99% wygląda tak, że utopił w kasynach Atlantic City większość odziedziczonego majątku. Od tego czasu zajmuje się głównie praniem pieniędzy dla rosyjskiej mafii i jest zasadniczo słupem. Stąd nie tylko normalne działania w interesie Moskwy (których jest sporo, ale naprawdę musi mieć na nie alibi przed Kongresem) ale też paniczny strach przed rzeczami, które mogą obrazić jego zwierzchników. Stąd np. wychylanie się z gratulacjami powyborczymi dla Putina czy współpraca w rozmywaniu odpowiedzialności za śmierć szpiega w UK.
Proste konsekwencje neoliberalizmu, czyli co słychać w Brazylii
W Brazylii dzieje się nie za wesoło. Jest to z jednej strony skutek gorszej koniunktury na główne towary eksportowe, ale w znacznie większym- szalonego konfliktu politycznego, który ma tam miejsce.
Niedawna opozycja, a obecnie władza zrobiła dużo, aby tę władzę uzyskać.
Właściwie należałoby mówić- odzyskać, bo chodzi w pewnym przybliżeniu, o elity, które dominują w gospodarce i polityce Brazylii jeszcze od czasów kolonialnych. I cały ten czas prezentowały pewien sposób myślenia i organizacji państwa, który też możemy określić mianem kolonialnego. Lub w jakikolwiek inny sposób, ale oparty na dość mocnym rozdziale pomiędzy posiadające elity i pozostawioną bez dobrego państwa olbrzymią większość społeczeństwa.
Rządy Partido dos Trabalhadores wywróciły tę sytuację. Po raz pierwszy zanegowano zasadę, że państwo ma służyć najbogatszej części społeczeństwa. W sferze wartości władze uznały, że biedniejsza część społeczeństwa też powinna mieć dostęp do przyzwoitej edukacji, opieki zdrowotnej, etc. Tak też odebrało to społeczeństwo.
W systemie federalnym, jak Brazylia, możliwości zmiany państwa i implementacji reform są znacznie mniejsze niż w państwie unitarnym, więc nie można powiedzieć, ze rządy PT całkowicie zmieniły kraj. Ale całkiem sporą jego część.
To oczywiście wywołało u elit politycznych wrażenie, że "ukradziono im kraj". I co za tym idzie korzystali z każdej możliwej metody, aby władzę PT podminować, rozłożyć i odebrać. PT nigdy nie miało samodzielnej większości w parlamencie, więc w jakimś zakresie było to łatwe. Sojuszników ideologicznych dla lewicy nie było, istnienie każdej koalicji opierało się w lwiej części na zwyczajnym przekupstwie. Po prostu- koalicjantami partii, która chciała rządzić po to, aby naprawdę zmieniać kraj byli najbardziej skorumpowani ludzie istniejący w brazylijskiej polityce.
Na tej zasadzie został też dobrany wiceprezydent kandydujący wraz z Dilmą Rousseff. Jest typowym członkiem oligarchii, idealnym przedstawicielem kasty dzięki której Brazylia, kraj pełen bogactw, dookoła świata kojarzy się z nędzą faweli.
Dla pozbycia się władzy Partido dos Trabalhadores wystarczyło pozbyć się pani prezydent. Co umożliwia konstytucja w formie impeachmentu, władzę w takim przypadku przejmuje wiceprezydent i można mieć gwarancję, że koalicjanci PT natychmiast zmienią front.
Potrzebny był jeszcze tylko pretekst. I taki został dostarczony. Nakreślę tu sytuację- spadek cen surowców na rynkach światowych pogorszył bilans handlowy Brazylii. Oraz spowodował spadek dochodów zarówno prywatnych, jak też budżetu. Co w dalszej kolejności spowodowało ograniczenie konsumpcji i inwestycji, czyli spowolnienie wzrostu gospodarczego. Zupełnie oczywiście w takiej sytuacji minimalnie odpowiedzialny rząd stara się utrzymywać zatrudnienie i wydatki inwestycyjne, aby nie doprowadzić do załamania gospodarki.
A co zrobiła banda oligarchów w brazylijskim parlamencie? Otóż w ustawie budżetowej zapisała ekstremalne i nierealne cele cięć budżetowych. Rząd Dilmy Rousseff usiłował wykonać budżet w zapisanej formie. Co, jak można się łatwo domyślić doprowadziło do masowego wkurzenia ludzi, którzy nie tylko mieli coraz większy problem z utrzymaniem się i znalezieniem pracy, ale byli też uderzani co chwilę podwyżkami cen i ograniczeniami zakresu świadczeń publicznych.
Stąd sie wzięły masowe demonstracje w zeszłym roku. Choć sądzę, że jeśli w ogóle jacyś, to zaledwie mała mniejszość domagała się zastąpienia Dilmy przez Michela Temera. Większość zapewne widziała to jako czarny scenariusz. Który nastąpił.
Dilma Roussef została oskarżona o naruszenie dyscypliny budżetowej i usunięta z urzędu.
Wtedy nastąpiło to samo, tylko bardziej.
Cięcia budżetowe i usiłowanei zrównoważenia finansów publicznych nie tylko nie doprowadziły do ich równowagi, ale też do 5% recesji. Czyli porównywalnej z sytuacją Rosji, której gospodarka oprócz spadku cen surowców została też obciążona sankcjami i zwiększonym ryzykiem politycznym. Cóż, oligarchia brazylijska własnemu krajowi, dobrowolnie dostarczyła ekwiwalent sankcji międzynarodowych tylko po to, aby pozbyć się "parweniuszy" z "ich" urzędów.
To wszystko spowodowało potężne problemy budżetowe na każdym szczeblu władzy i cięcia wszędzie tam, gdzie to możliwe, nieważne czy rozsądne.
Jak na przykład osłabienie poziomu bezpieczeństwa w więzieniach. Z czego Brazylia nigdy nie słynęła, ale w ostatnich tygodniach nastąpiła fala buntów, które kończyły się wojnami konkurencyjnych gangów i dziesiątkami ofiar. Za każdym razem. Z kilku, może kilkunastu. Sprawa jest tak poważna, że prawdziwa liczba ofiar jest nieznana.
Dwa tygodnie temu policja urugwajska w jednym z miasteczek na granicy brazylijskiej musiała zgromadzić zwiększone siły, po tym jak ich brazylijscy koledzy poinformowali, że jeden z gangów gromadzi siły przy granicy, a oni nie mają funkcjonariuszy, aby ich rozbić.
To były jednak pojedyncze przypadki, można powiedzieć, odosobnione. Następnym jednak etapem jest wzrost przestępczości, bo ludzie nie mają z czego żyć. Na to się nakładają rozciągniete do granic wytrzymałości budżety stanów i oszczędności a policji. Mieszanka wybuchowa. W biednym interiorze to nie powoduje aż takich problemów, ludzie są tam przyzwyczajeni do ciężkich czasów i życia prawie bez pieniędzy. W głównych metropoliach, czyli Sao Paulo, Rio de Janeiro i Brasilii nędza pojawia się ostatnia. W pozostałych wielkich miastach sytuacja pogarsza się najszybciej.
Na dziś to jest stan Espiritu Santo, zwłaszcza jego stolica Vitoria. Strefa metropolitarna tego miasta to około 2 mln mieszkańców, z ogółu 3,8 mln mieszkańców stanu.
W takim razie- co się dzieje?
Niewesoło. Tak w skrócie. Jeszcze się to nie stacza do poziomu Somalii, ale naprawdę nie jest daleko.
Zacznijmy od tego, że strajkuje policja. Zasadniczo nawet nie oni, bo oni nie mogą. Rodziny funkcjonariuszy blokują wyjazdy z koszar. Żądają zwiększenia podstawy wynagrodzenia, która w tej chwili wynosi w przeliczeniu niecałe 3500 złotych. Straciło ono wyraźnie na wartości wraz ze spadkiem siły nabywczej spowodowanej utratą wartości reala. Uwaga- nazwa może być bardzo myląca, bo w Brazylii zwyczajna, państwowa policja nazywa się Policia Militar.
Co się dalej stało?
Otóż miasto, jak też reszta stanu właściwie zaprzestało życia. Spora część sklepów została zamknięta, kierowcy autobusów odmawiają jazdy bez uzbrojonej ochrony. Tak, zwykłych miejskich autobusów. Zresztą firmy i tak nawet nie chcą ich wypuszczać na trasy. Liczba napadów na samochody wzrosła do kilkuset dziennie (to przynajmniej wiadomo, bo utrata samochodu musi być zgłoszona, inne przestępstwa niekoniecznie).
I najbardziej uderzająca statystyka- w ciągu pierwszych pięciu dni strajku doszło do 105 zabójstw. To zwyczajnie wygląda jak strefa wojny, a nie jak zwyczajny kraj.
Nic dziwnego, że dla załatwienia sytuacji rząd federalny wysłał regularne wojsko. Co jak na razie nie przyniosło efektu. Okazało się, że 550 żołnierzy to zbyt mało.
Stąd kilka dni temu zapadła decyzja o przerzuceniu dodatkowych spadochroniarzy, wojsk pancernych (!!!) i lotnictwa (!!!).
Tak, po prostu zwyczajna armia, wyposażona jak na wojnę. Zamiast radiowozów- transportery opancerzone i śmigłowce.
Dowództwo zapowiada, że jest po to, aby wykonać misję i nie wraca bez sukcesu.
Cóż, bym powiedział, że zwyczajne uspokojenie sytuacji "trochę" za dużej przestępczości ulicznej w żadnym przypadku nie powinno przekroczyć możliwości wojska i sama obecność zapewne załatwi sporą część problemu.
I nastąpi koniec sprawy? Miejmy nadzieję, ale niekoniecznie. Jest w tym wszystkim niemały haczyk. Otóż oddziały wojskowe są przerzucane z sąsiadującej z Espiritu Santo prowincji Rio de Janeiro. No i co za problem? Taki, że jak będą w jednym stanie, to nie będzie ich w drugim.
A stan Rio de Janeiro jest, dzięki szalonej autarkii rządu federalnego, praktycznie bankrutem. Od miesięcy nie zdarzyło się, aby urzędnicy (i policja) otrzymali pensje na czas.
Dość łatwo wyobrazić sobie sytuację, że i oni rozpoczną strajk. I wtedy, w drugiej co do wielkości metropolii kraju już nie będzie kogo posłać na patrole. Drugiej metropolii i głównym ośrodku turystycznym. To nie będzie zabawne.
To będzie już w całości obserwowanie jak oligarchiczni neoliberałowie niszczą kraj do poziomu oddania ulic gangom. Czyli Somalii.
Skutki jednej decyzji
O zawale i bankructwie Argentyny w 2001 roku wiedza wszyscy. A przynajmniej całkiem spora część osób interesujących się czymkolwiek więcej niż czubkiem własnego nosa i zdjęciami kotów.
Kraj był bankrutem, niskie ceny surowców dobiły gospodarkę wyniszczoną neoliberalną deindustrializacją, władza znalazła się na ulicy i to dosłownie.
Po kilku dniach demonstracji i zamieszek kolejny prezydent zrezygnował, w międzyczasie zdecydowano o zawieszeniu spłaty długu zagranicznego, później zdewaluowano walutę i gospodarka sprawnie ruszyła do przodu, odbicie cen surowców przyszło także w idealnym momencie.
Tyle o Argentynie. Mało kto wie, że w tym samy czasie Urugwaj był gospodarczo i politycznie w sytuacji dość podobnej, tylko jeszcze gorszej.
Tak samo szalona polityka neoliberalna doprowadziła do uzależnienia gospodarki od kilku najważniejszych surowców i resztę ekonomii praktycznie zrównała z ziemią, tak samo chora polityka monetarna doprowadziła do wydrenowania rezerw i tak samo załamanie jednego i drugiego doprowadziło do kryzysu politycznego.
Różnica polegała na tym, że obywatele i przedsiębiorcy z Argentyny jeszcze mieli odrobię kapitału. Przechowywanego w urugwajskich bankach, który wyciągnęli, kiedy był on potrzebny w czasie załamania gospodarki. W taki sposób w Urugwaju nie zostało dokumentnie nic. Ludzie też wyszli na ulicę, głodni, bez pieniędzy, pracy i dochodów. Też z zamiarem wyrzucenia prezydenta z pałacu. Natychmiast.
Ale nikt o tym wyrzuceniu nie słyszał, nieprawdaż? I słusznie, bo nic takiego nie nastąpiło. Burmistrzem Montevideo był wówczas polityk Frente Amplio, czyli koalicji powstałej jako sprzeciw wobec tradycyjnej oligarchii i stojącej w opozycji do neoliberalnej polityki lat 90- tych. Skoro przewidywana katastrofa właśnie nastąpiła, to i byli dla społeczeństwa raczej wiarygodni.
Burmistrz Vazquez był wystarczająco wiarygodny dla demonstrantów. W tamtym momencie mógł zostać pełniącym obowiązki prezydenta.
Ale tego nie zrobił, w przeciwieństwie do rozwoju wypadków w Argentynie. Prezydent Jorge Battle został poinformowany, że może i powinien dokończyć kadencję, ale strategiczne decyzje powinien konsultować z Vasquezem.
Jedna z najważniejszych z tych strategicznych decyzji dotyczyła zadłużenia zagranicznego. Po dewaluacji waluty było ono bardzo trudne do udźwignięcia i Międzynarodowy Fundusz Walutowy doradzał restrukturyzację. Znów to Vasquez podjął decyzję, że kredyty będą spłacane zgodnie z harmonogramem.
Miało to swoje koszty, niemałe dla kraju bez przemysłu, wydrenowanego z kapitału i w środku dołka cen jedynych rzeczy dostarczających twardej waluty.
Ale przyszłość pokazała, że był to też bardzo poważny kapitał polityczny. O sytuacji Urugwaju nikt nie usłyszał. Nie było restrukturyzacji długu zagranicznego , nie było upadłości całego sektora bankowego, nie było nawet przedterminowych wyborów. Na tle sytuacji w Argentynie, większość ludzi odbierała Urugwaj jako nudny, spokojny kraj. Osoby zorientowane w skali problemów, odbierały Urugwaj jako oazę stabilności i bezpieczeństwa inwestycji, bo nic się nie wydarzyło, choć gospodarka powinna się była zawalić wywołując kryzys polityczny.
Sytuacja została opanowana, następne wybory oddały całość władzy w ręce Frente Amplio i nikt się nie zdziwił, że fotel prezydenta objął dotychczasowy burmistrz Montevideo, czyli Tabare Vasquez, uzyskując większość głosów już w pierwszej turze, dokładnie tak samo jak Frente Amplio uzyskało ponad 50% głosów w wyborach parlamentarnych i uzyskuje w kolejnych wyborach do dziś. Konstytucja Urugwaju zakazuje sprawowania stanowiska prezydenta przez kolejne kadencje, więc w 2010 roku prezydentem został inny kandydat Frente Amplio, Jose Mujica, a teraz, od 2015 znów nim jest Tabare Vazquez.
Konsekwencje takich a nie innych decyzji Vasqueza najłatwiej zobaczyć porównując późniejszą historię Urugwaju z Argentyną.
Po pierwsze, poziom konfliktu politycznego jest zupełnie inny. Ówczesne elity rządzące, a dziś opozycja, były w stanie zrozumieć, że doprowadziły kraj do krawędzi, a pomocną dłoń podali im, ci, którzy ich zwalczali, w tym wcześniej z bronią w ręku. Spora część oligarchii nadal ma poglądy takie same, jakie mieli i chętnie by rządzili, tak jak przez dziesięciolecia, ale uczestniczą w demokratycznej dyskusji, bo i tego oczekują od nich wyborcy. Jest oczywiście pewna cecha narodowa, czy zbiorowe doświadczenie, którego brakuje w Argentynie.
Drugą kwestią, połączona z brakiem szczególnie agresywnego dyskursu publicznego, jest wiarygodność. Polityczna, kredytowa oraz dobra opinia.
Wbrew pozorom, to ostatnie jest bardzo ważne, a może najważniejsze. Dzięki temu, że nikt nie słyszał o żadnym poważnym konflikcie w Urugwaju, czy wręcz jakichkolwiek problemach tego kraju, to jedyne wiadomości, jakie dochodzą, są pozytywne. Opozycja nie wywleka dyskusji politycznej poza kraj, nigdzie żadne większe grupy kapitału, czy lobbystów nie mają większych konfliktów z Urugwajem, bo umowy są dotrzymywane.
Co to może dać? Rozwiązane ręce, gdy taki konflikt się pojawia, zwłaszcza z potężnymi przeciwnikami. Tabare Vazqauez cały czas (również w czasie pełnienia urzędu) praktykuje jako onkolog. Połączenie wykonywania zawodu onkologa i funkcji prezydenta musiało spowodować chęć zmniejszenia używania tytoniu.
Jak zwykle nic na siłę, jedynie zakazano palenia w budynkach użyteczności publicznej, restauracjach, itp. Oraz ekspozycji i reklamy papierosów i tytoniu w każdej formie. Człowiek przebywający w przestrzeni publicznej w Urugwaju w ogóle nie dowie się, że w ogóle istnieje coś takiego jak papierosy. Tym bardziej nie są znane ich marki, bo i skąd? W sklepach trzyma się je poza wzrokiem klienta i podaje tylko na żądanie, nie ma żadnej ekspozycji, ani reklamy. W całym kraju. A na paczkach można zobaczył ładne zdjęcia płuc palaczy. Była to w owym czasie najbardziej drastyczna regulacja antytytoniowa.
Ta polityka jest po prostu skuteczna, kto palił, ten pewnie nadal pali, ale pokolenie wchodzące w dorosłość praktycznie nie zna tytoniu. Odsetek palaczy wśród osób obecnie wchodzących w dorosłość wynosi poniżej 10%, podczas gdy wcześniej wynosił około 40%.
A gdzie tu kwestia dobrej opinii? Otóż następnie koncern Phillip Morris pozwał Urugwaj. Przed sądem arbitrażowanym przy Banku Światowym o naruszenie jego interesów i psucie inwestycji. Serio, proces się toczy, jak na razie wyroku nie ma, ale Urugwaj jest i ma się dobrze, za to Phillip Morris jest od strony publicznego wizerunku po prostu skończony.
Po regulacji urugwajskiej, za tym przykładem poszło nieco innych państwa świata, swoją walkę z tytoniem prowadziły też Norwegia i Australia (też pozwane przez Phillip Morris).
Jednak dopiero po pozwie potężnego koncernu przeciw małemu, sympatycznemu kraikowi, walka z tytoniem stała się modna. Na koszty procesu niejaki Michael Bloomberg wyłożył z własnej kieszenie 50 mln dolarów. Bynajmniej nie dla P-M., Światowa Organizacja Zdrowia przystąpiła do procesu, zgadnijcie po czyjej stronie? A dookoła świata w 2011 roku przeszła fala legislacji antytytoniowych.
To wszystko nie zmienia faktu, że tą legislacją rząd Vazqueza oczywiście pozbawił zysków koncerny tytoniowe i oczywiście zmniejszył wartość ich wcześniejszych inwestycji. Co więcej, miał taki zamiar. To pewnie wystarczy do wygrania procesu przez Phillip Morris. Tyle, że dzięki różnicy w opinii światowej o jednym i drugim, zasądzone odszkodowanie ma szansę wejść nie do majątku P-M, a do masy upadłościowej po nim.
I wcale bym się nie zdziwił, gdyby takie odszkodowanie zostało pokryte przez międzynarodową zrzutkę. Sfinansowaną specjalnym podatkiem od wyrobów tytoniowych.
Bo Urugwaj to mały i biedny kraj, od którego chciwi bandyci chcą wyłudzić pieniądze, aby dalej truć i uzależniać jego mieszkańców. Przynajmniej tak wszyscy to na świecie odbierają, zarówno obywatele, jak i rządzący.
W tym samych czasie władze Argentyny próbowały walczyć ze zorganizowaną kampanią opluwania finansowana przez nabywców obligacji oraz funkcjonować w warunkach wściekłego konfliktu wewnętrznego.
Co nas sprowadza do bardzo poważnego pytania- jaki stereotypowy obraz tych krajów ma przeciętny człowiek? O Argentynie zwykle coś słyszał. Oprócz pozytywnego obrazu przyrody, kultury i kuchni, Argentyna jest synonimem problemów ekonomicznych i ryzyka inwestycyjnego. O Urugwaju, jeśli ktokolwiek cokolwiek słyszał, to na pewno nic negatywnego. Czasem o kuchni, znacznie lepszej niż argentyńska, czasem o podejściu do marihuany, najczęściej o biednym i skromnym prezydencie Mujicy. Ale o jakichkolwiek problemach? Nie ma takiego tematu.
Jeszcze o polskim rządzie, teraz na chłodniej
Minęło trochę ponad pół roku działalności nowego rządu, jedynego niekoalicyjnego od wielu dziesięcioleci. Po dość emocjonalnych uwagach, jakie miałem, czas napisać coś trochę spokojniej. Emocjonalnych, bo Polska to nadal jest, w jakimś sensie, mój kraj. Z drugiej strony nie mogłem uwierzyć, że osoby, które mniej lub bardziej przygotowywały się latami do poprawy państwa, mogą być aż tak niekompetentne.
Teraz, na sporo chłodniej mogę to ocenić.
Wrażenia z obserwacji działań rządu Beaty Szydło są... dziwne. Teoretycznie jest to rząd jednej partii, która powinna mieć jakąś spójną wizję gospodarki i działający razem na rzecz jej realizacji.
W rzeczywistości widzę go jak koalicję dwóch ugrupowań werbalnie mających wspólne cele, ale w rzeczywistości nie mających ze sobą kompletnie nic wspólnego.
Deklarowanym celem dojścia do władzy PiS było usprawnienie i modernizacja państwa. Usprawnienie wojska, administracji, polityki fiskalnej, gospodarki, unowocześnienie infrastruktury i też rozpoczęcie prowadzenia polityki zagranicznej typowej dla współczesnego, niepodległego państwa.
O polityce zagranicznej pisałem, zdania nie zmieniam. Minister Waszczykowski albo nie wie na czym polegają zadania współczesnego MSZ, albo nie chce wiedzieć, albo wie, ale nie chce tego robić. Za tą ostatnią tezą przemawia fakt, że polityka kadrowa pozostała bez zmian, jak polska dyplomacja i służby konsularne były zdominowane przez niekompetentnych pajaców z ubeckich rodzin, tak nadal są, mają się dobrze, są utrzymywani na stanowiskach i nowi wysyłani na kolejne. Dotychczasowy aparat ministerstwa nie działa i nie jest zmieniany. Jedyną rzeczą która w takiej sytuacji może robić minister to pokazywać się w rożnych miejscach i mówić rzeczy, o których ma pojęcie lub nie, ale nie mają żadnego związku z deklarowaną działalnością PiS, bo bandy potomków ubeków co prawda nie mają zielonego pojęcia o godnym reprezentowaniu kraju i opieką nad jego obywatelami, ale na pewno mają pojęcie o udupianiu każdego, kto będzie tego próbował na własną rękę.
Dla odmiany zmiany w Ministerstwie Sprawiedliwości są szybkie, sprawne i przemyślane. A jak się komuś nie podoba, to zawsze może np. zostać szeregowym prokuratorem w Ciechanowie. Albo woźnym. Prokuratura na pewno, komornicy prawdopodobnie i sądy być może będą wkrótce działać znacznie lepiej.
Zmiany w wojsku są wzorcowe, obecne ćwiczenia (Anakonda 16) mają skalę i scenariusz idealnie załatwiający kwestię relacji z Rosją. W skrócie- na Kacapów nie ma innej metody jak pokazanie z wystarczającym przekonaniem wystarczająco solidnej pałki. Ta pałka została pokazana. Bardzo wyraźnie. I nie, nie przesadzam, Antoni Macierewicz samą tą decyzją jak najbardziej wypełnia kryteria otrzymania Pokojowej Nagrody Nobla. Której za coś takiego oczywiście nie otrzyma.
Z drugiej strony mamy Krzysztofa Tchórzewskiego, ministra energetyki. Materia zbyt skomplikowana dla przeciętnego zjadacza memów. Zapewne tylko to jest przyczyną dla której w konkurencji na najpopularniejszego bohatera przegrywa nie tylko z Petru, ale również wszystkim żyjącymi byłymi prezydentami. Wierzcie mi, poziomem wiedzy i kompetencji w pełni zasługuje na odebranie tego stanowiska nawet od Petru. Na przykład w sprawie samochodów elektrycznych powiedział "Minister Energii powiedział, że cała energii nauki powinna skupić się na wymyśleniu bardziej trwałego systemu zasilania niż znany od ponad stu lat akumulator." No i fajne, ale sam minister zapewne ma przy sobie telefon komórkowy, w którym jest akumulator zrobiony w technologii bynajmniej nie znanej od stu lat, a zaledwie kilkunastu. Co więcej w tej technologii sprzed kilkunastu lat można zrobić samochód osobowy o zasięgu 500 km i czasie ładowania 80% baterii w 45 min. Oraz autobusy o zasięgu rzędu 300 km. Wskazówka dla niektórych ministrów: obie te rzeczy można dziś kupić, standardowe z salonu, szukać w Internecie pod hasłami "samochód Tesla" oraz "autobus BYD K9". Reszta wypowiedzi i decyzji prezentuje bardzo zbliżony poziom wiedzy technicznej. Zarówno jeśli chodzi o samą technikę, jak i poziom dziś oferowanych rozwiązań. Problem polega na tym, że Petru mówi o rzeczach znanych ze szkoły podstawowej, a Tchórzewski mimo wszystko wymagających jakiejś orientacji. Ale wszystkich miłośników memów naprawdę zachęcam do przyjrzenia się wypowiedziom ministra Tchórzewskiego. Im prędzej ten człowiek zostanie powszechnym pośmiewiskiem, tym lepiej dla Ojczyzny. Wystarczy wziąć którąkolwiek z jego konkretnych wypowiedzi i sprawdzić obecny poziom technologii w danej dziedzinie. Zapewniam, że w każdym przypadku będzie z czego się śmiać.
Bardzo blisko energetyki jest infrastruktura. Tu poziom jest zbliżony. Choć może dla pomysłu ładowania pieniędzy w energetykę węglową znalazłoby się jakieś uzasadnienie typu "ja nigdy w życiu nie słyszałem o internecie, a wszystkie książki które czytałem wydano w ubiegłym wieku", tak dla pomysłu rozbudowy infrastruktury dla towarowej żeglugi śródlądowej w Polsce nawet takiego usprawiedliwienia bym nie przyjął. Poziom pomysłów ministra Adamczyka absolutnie przekracza mój poziom umiejętności krytyki.
A później mamy na przykład Ministerstwo Finansów. I prawdziwy kwiatek. Wszystkie historie wyżej można schować. Oddam głos fachowcowi, tu link do całkiem dobrego tekstu na Weszło. W największym skrócie- jednym z elementów modernizacji państwa jest modernizacja systemu finansowania sportu z jednej strony i uregulowania hazardu z drugiej. Obie te rzeczy były poza organizacyjnymi możliwościami 3 RP. Obecnie MF proponuje, aby w uproszeniu pozostawić jak było, czyli kompletnie bez sensu. Minister Gowin (szkolnictwa wyższego, jakby ktoś nie pamiętał) przygotował projekt, który jest, w dużym uproszeniu, nowoczesny. Po prostu normalna regulacja, wzorowana na dobrze działających rozwiązaniach w normalnych krajach. Najwyraźniej jednak nie jest w stanie przekonać do tego rządu, czy partii i rozpoczął promowanie swojego rozwiązania przez media. Będąc w opozycji do Ministerstwa Finansów.
Do tego mamy taką postać jak Szyszko. W sprawie wycinku w Puszczy Białowieskiej nie znam się i nie wiem, która strona ma rację. Za to wiem, bo to widać było w światowych mediach, że forsowanie wycinki zaszkodziło wizerunkowi Polski. Co najmniej do stopnia, w którym IKEA zapowiedziała, że nie będzie kupować drewna z Puszczy Białowieskiej. To o czymś świadczy, konkretnie o tym, że zapowiedzieli to ratując swój wizerunek.
Oraz znacznie grubsza sprawa. Po powrocie z konferencji klimatycznej w Paryżu opowiadał, jak to załatwił, że pochłanianie CO2 wskutek zalesiania będzie także wliczane do bilansu emisji danego kraju. Fajnie, ale to było postanowione dość dawno, zasadniczo w jednym celu- aby przymknąć oko na lipne deklaracje środowiskowe państw, które nie mają żadnego zamiaru uczestniczyć w światowej polityce klimatycznej. A głównie chodziło o jedno państwo. Nie, nie Polskę, Polska jest częścią UE i tak naprawdę nie miała zbyt wiele do powiedzenia. Chodzi o Rosję, która jako deklarację klimatyczną dostarczyła stos nietrzymających się kupy bredni okraszonych deklaracją pochłaniania przez zalesianie. Rosja i tak jest międzynarodowym pariasem, ale dzięki temu konferencja lepiej się udała. A polski minister wsparł działania tego pariasa i jeszcze opisywał to jako swój sukces. To już nie jest dno, a pukanie od spodu.
Do tego zestawu mamy Anne Streżyńską, która po prostu ma pojęcie o tym co robi i co zamierza zrobić. Co tu więcej dodawać?
Oraz Mateusza Morawieckiego, który, nie pierwszy raz, chce wykorzystać swoją wiedzę, umiejętności i kontakty dla przysłużenia się Ojczyźnie. Nie mam żadnych wątpliwości co do takiego podejścia. Miał znaleźć pieniądze na wielki program modernizacji energetyki i infrastruktury oraz dokapitalizowania polskiego innowacyjnego przemysłu i znalazł. Problem polega na tym, że o programach na jakie zostaną wydane te pieniądze będzie decydować w największej części Tchórzewski i Adamczyk. A oni prześlą tę forsę na wszystkie najgłupsze pomysły, jakie tylko można będzie można znaleźć. W skrócie- Morawiecki daje gwarancje, że znajdzie każdy grosz, który będzie można przeznaczyć na inwestycje, a duet T-A daje gwarancje, że możliwe mało z tego zostanie przeznaczone na cokolwiek produktywnego.
Cały obraz wygląda tak, jakby to był rząd koalicyjny i to wyjątkowo nie dobranych i nie znoszących się partnerów. Z jednej strony Macierewicz, Morawiecki, Ziobro, Gowin, Streżyńska, chyba też Radziwiłł (nie wiem, tu nie znam się), czyli ludzie których pracę szanuję i podziwiam, choć czasem są znaki zapytania jak np. trwanie przy uznawaniu słowackich tytułów akademickich, ale nie zmieniają obrazu ludzi, którzy chcą zmodernizować kraj, mają wiedzę i umiejętności jak to zrobić i po prostu robią.
Z drugiej strony mamy Waszczykowskiego, Tchórzewskiego, Adamczyka, Szyszkę, chyba też Szałamachę, czyli ludzi, którzy nigdy nie powinni decydować o sprawach kraju. Niektóre z ich działań można określić epitetami typu "skrajny brak kwalifikacji", dla innych emocję biorą górę nad kulturą i nie jestem w stanie nic napisać. Gdyby nie chodziło o Polskę pewnie bym mógł i urządziłbym sobie pośmiewisko, na jakie zasługują.
Nie wiem na której liście powinna znaleźć się Szydło, co skądinąd świetnie świadczy o jej kwalifikacjach czysto politycznych. Ale dla bycia ministrem bycie politykiem nie wystarcza.
Ten podział ma niestety dość wyraźny wspólny mianownik. Ludzie ze starego PC, czy działacze PiS od dawna, zawodowi politycy, stwarzają ten obraz nieudolności i niekompetencji. Ludzie dobrani do projektu modernizacji Polski gdzieś w trakcie walki z bandyckimi rządami PO są jedną z najlepszych i najbardziej kompetentnych ekip w historii Polski.
Zobaczymy jak długo tak chimeryczny rząd może działać. W końcu dysponuje trwałą większością parlamentarną. Bardzo wielu jego członków może mieć podejście, że warto zrobić coś, nawet jeśli kolega jest kompletnym szkodnikiem. Zresztą, gdyby T i A nie mieli pieniędzy to by nie stanowili żadnego problemu, ot, jeszcze kilka lat stagnacji. Problem polega na tym, że dostali pieniądze, których drugi raz nie będzie. A Polska straci kolejnych kilka lat, których drugi raz nie będzie. Ale może przynajmniej zostanie działający aparat sprawiedliwości, wojsko i szkolnictwo wyższe, które wykształci kompetentnych inżynierów, którzy kiedyś zostaną ministrami. Na razie kompetentni inżynierowie są raczej na emigracji i pewnie tam pozostaną.
Co słychać w Brazylii, czyli jak rozwalić kraj.
Obecny kryzys polityczny w Brazylii jest tak naprawdę tylko kolejnym z objawów dysfunkcjonalności tego kraju.
Ostatnim, głośnym wydarzeniem było rozpoczęcie procedury impeachmentu wobec prezydenty Dilmy Rousseff. Rozpoczęcie to jeszcze nie zakończenie, ale usunięcie jej z urzędu wydaje sie przesądzone.
Najpierw postawmy sprawę we właściwych proporcjach. Język portugalski jest najpowszechniej używanym językiem w Ameryce Południowej. Z jednego powodu- jedyny kraj w którym go się używa, ma więcej ludności niż pozostałe 11 krajów położonych na tym kontynencie. To właśnie jest Brazylia.
Podobnie ma sie rzecz patrząc na wielkość gospodarek. Gospodarka Brazylii jest większa od Rosji, i jest absolutnie największą na kontynencie. Stąd wszystko co dzieje sie w Brazylii ma odbicie w statystykach dotyczących całego kontynentu, choćby nie miało z tym wszystkim żadnego związku.
Wracając do Brazylii
Konstytucja przewiduje możliwość impeachmentu prezydenta, co jest uregulowane dość podobnie do procedury przewidzianej w konstytucji USA. Za naruszenie prawa związane ze sprawowaniem urzedu, prezydent może być postawiony w stan oskarżenia przez niższą izbę parlamentu, dalszą część procedury prowadzi Senat. Jeśli prezydent jest oskarżony o nadużycie władzy, sądzi Senat, jeśli o przestępstwo pospolite, to Federalny Sąd Najwyższy (wszyscy lubią "polskie akcenty", więc podam, ze prezes tego ostatniego nazywa sie Ryszard Lewandowski).
Jak łatwo mozna zauważyc, nie wspomiałem jeszcze o co właściwie jest oskarżona Dilma Rousseff, bo to akurat ma dla wyniku procesu najmniejsze znaczenie.
Ważniejsza jest sytuacja obecna. Od rozpoczęcia procesu Prezydenta jest zawieszona w pełnieniu obowiązków, a p.o. stał się dotychczasowy wiceprezydent. Ma to o tyle znaczenie, że jego wizja państwa jest kompletnie odmienna, a faktycznie jest przedstawicielem obozu, który chce się pozbyć zarówno Dilmy, jak też najchętniej całej Partii Pracy z brzylijskiej polityki.
W takim razie trzeba wyjaśnić jak dokładnie ta brazylijska polityka wygląda, bo bez tego nic nie bedzie wiadomo. Otóż w Brazylii jest kilkadziesiąt aktywnych partii politycznych, prawdopodobnie około 40. Aktywnych, czyli mających jakiś udział we władzach na poziomie stanów i jako reprezentacja tych stanów, na poziomie federalnym.
Większość tych partii to sa faktyczne kluby towarzyskie lokalnej oligarchii, znakomicie znane również z Polski powiatowej. Różnica polega na tym, że wójt biednej gminy może co najwyżej zatrudnić w urzędzie rodzinę i znajomych, a szwagrowi dać zlecenie na odmalowanie szkoły. Każdy brazylijski stan to są dziesiątki tysięcy kilometrów kwadratowych urodzajnej ziemii i zasoby minerałów, setki milionów reali na rozbudowe infrastruktury, czy choćby lokalne kluby piłkarskiego dofinansowane z budżetu, ale i eksportujące lokalne talenty do Europy za miliony euro, które niekoniecznie musza trafić do budżetu tego klubu. Tak samo można bezkarnie karczować tysiące hektarów lasów, na których wypasa sie krowy aż do wyjałowienia. Dzięki nomimancjom sędziowskim kontrolowanym przez lokalną partię nie grozi za to żadna odpowiedzialność. Na szczeblu federalnym reprezentacje takich lokalnych klik zawierały koalicje, które umożliwiały jakiekolwiek funkcjonowanie państwa. Bardzo złe, oczywiście, ale bez tego nie działało w ogóle.
Tak sobie działało przez wiele dziesięcioleci. Komu się nie podobało, z tym policja rozmawiała, nawet nie za pomocą pałek, a karabinów, prądu i innych równie subtelnych metod. Taki lokalny obyczaj.
Towarzystwo tych byłych bywalców więzień stało się zaczynem i początkiem Partii Pracy. Śmiało można powiedzieć, że była to, i nadal jest, pierwsza nowoczesna partia polityczna w Brazylii.
To, czego dokonały wcześniejsze rządy Luli i obecnie Rousseff, to przede wszystkim wprowadzenie nowoczesnego systemu zasiłków na dzieci oraz ograniczenie dewastacji środowiska i wylesiania. To pierwsze skrajnie rozwścieczyło tradycyjnych polityków, bo praktycznie całość pieniędzy wcześniej przeznaczana na programy socjalne trafiała poprzez budżety stanowe i lokalne do różnych dziwnych organizacji organizujących pomoc, ostatnie kilka procent czasem do potrzebujących. Program Bolsa Familia kompletnie odwrócił te proporcje i obraził mnóstwo osób na lokalnych szczeblach polityki. Program zapobiegania wylesianiu, zwłaszcza Amazonii, to także jest tradycyjny dopływ pieniędzy z organizacji międzynarodowych, a rząd Luli te pieniądze, zamiast dla organizacji zajmujących się informowaniem jak to nieładnie jest karczować państwowe lasy, przeznaczył na monitorowanie lotnicze i satelitarne, ściganie odpowiedzialnych (na tyle, na ile się dało, czyli bardziej irytowanie oligarchów) oraz poważne traktowanie indiańskich roszczeń.
To wszystko naruszyło polityczne i gospodarcze podstawy ustroju. Oczywiście, nikogo nigdzie nie wywłaszczono, nikomu nic nie zabrano. Ale to, że dotychczasowy szef organizacji pomocy biednym musiał zacząć gdzieś szukać pieniedzy na tę pomoc, choć zawsze je dostawał z budżetu, a "czarnuchy" zaczęly dostawać pieniądze bez jego pośrednictwa to wystarczyło, aby opozycja rozpoczęła konsolidację.
Partia Pracy miała poparcie wystarczające aby Dilma mogła wygrać wybory prezydenckie, ale w wyborach w poszczególnych stanach jakoś zawsze wygrywają partie reprezentujące lokalną oligarchię z tych stanów. Te partie mają później reprezentację w parlamencie federalnym. Na szczęście tradycyjny sposób tworzenia koalicji rządowej w Brazylii polega na zwyczajnym przekupywaniu deputowanych i senatorów. Nie inaczej było za rządów Luli i Dilmy. Tłuste synekury i ordynarne łapówki szły do kieszeni polityków z funduszy Petrobrasu i innych państwowych firm.
W końcu wybuchł skandal z tym związany i od kilkunastu miesięcy trwa dochodzenie, które pokazuje dokądnie taki obraz sytuacji-- pieniądze nie trafiały do polityków Partii Pracy, ale do wszystkich ich koalicjantów. W tym m.in. wiceprezydenta, obecnie p.o. prezydenta.
Od tego śledztwa rozpoczął się kryzys polityczny. Na to nałożył się spadek cen surowców, czyli głównych towarów eksportowych Brazylii i kryzys gospodarczy
Opozycja, choć w tych warunkach trudno uzywać takich określeń. Powiedzmy- partie starej oligarchii w warukach recesji uchwaliły budżet bez deficytu. To, jak wie każdy studen ekonomii drugiego roku, oznacza w praktyce pogłębienie recesji przez prowadzenie polityki procyklicznej.
Rząd Rousseff nie zbilansował budżetu, a właściwie zrobił to tylko na papierze. Deficyt był, i został pokryty wyciąganiem pieniedzy z państowych firm i ich zadłużeniem. Co było całkowicie niezgodne z ustawą budżetową, było naruszeniem dyscypliny budżetowej i jest lekko tylko naciąganą podstawą impeachmentu.
Jednak to bardzo wiele mówi o poziomie brazyliskiej klasy polityczej, a właściwie całej elity społecznej. W sytuacji ekonomicznej bardzo trudnej z powodów stanu światowego rynku zajęli się zwyczajnym podpalaniem własnego kraju. Aby storpedować reformy minimalnie poprawiające środowisko i życie przeciętnego człowieka zdecydowali się zażądać polityki, która musiałby doprowadzić do dwucyfrowej recesji. Rząd tego nie wykonał w żądanym stopniu i recesja wyniosła zaledwie siedem procent? To czas wyrzucić prezydenta.
Siedmioprocentowy spadek PKB. Do tego nie doszła ani Arabia Saudyjska, jeszcze bardziej uzależniona od surowców, ani obłożona sankcjami Rosja.
Takie wyniki w gospodarce oraz zmiana polityczna oznacza, że Brazylia właśnie zakończyła kolejną próbę modernizacji. Wynikiem niepozytywnym.
Zamarzło, moze odmarźnie
Jednym z konceptów, które pojawiły się w powieści "Lód" Jacka Dukaja jest "zamarźnięcie" ludzi i idei. Polegało ono na tym, że gdy tytułowy Lód dostał kogoś w zasięg swojego oddziaływania, to jego relacje ze światem, poglądy polityczne i rozumienie świata przestawały się zmieniać. Właśnie zamarzały. Mógł uczyć się nowych rzeczy, nabierać doświadczenia, ale w żaden sposób nie mógł dokonać żadnego przełomu w swoim życiu, ani zmienić poglądów na religię, politykę, czy technikę, które miał przed zamarźnięciem. Nie był w stanie nawet pogodzić się z przyjacielem z którym pokłócił się akurat zaraz przed zamarźnięciem.
Tym bardziej nikt nie jest w stanie zmienić swojego myślenia na przyjęcie nowego sposobu życia, czy nowej technologii. W powieści Lód pojawił się w 1908 roku, znikł w 1924. Pomimo tego, że w rzeczywistości był to okres niesamowitych zmian technologicznych i całkowicie nowych zjawisk społecznych przez nie spowodowanych (samochód, samolot, telefony i upowszechneinie elektryczności) to w świecie bohaterów powieści nic takiego nie istnieje. Istnieje świat, jaki był w 1908. Nie dlatego, że tego postępu technologicznego nie był. On był, tylko tam, gdzie zamarzło nie był on przyjmowany do wiadomości. Co istotne- to nie brak wiedzy, czy dostępu do niej był tego powodem. Przyczyną było zamarznięcie i nie przyjmowanie do świadomosci użyteczności i możliwości zmian, zarówno w społeczeństwie, jak i technologii.
Pozwolilem sobie nieco dłużej wytłumaczyć, i co nieuniknione zaspoilerować część powieści tym, którzy nie czytali, a mają zamiar. I tak warto przeczytać. Zbyt wiele fabuły nie opowiedziałem.
To pojęcie "zamarźniecia" pozwoliło mi znaleźć wspólny mianownik dla sporej części obecnego polskiego rządu. Już przed wyborami pisałem, że nie wierzę w prawdziwość koncepcji oparcia przyszłości polskiej energetyki na węglu,a transportu na żegludze śródlądowej. Teraz, gdy tego typu plany zostały ogłoszone i są wcielane w życie, razem z zamiarem budowy elektrowni atomowej musze to przyjąć do wiadomości.
Nadal nie wierzę, że normalni ludzie, w jakimkolwiek stopniu kompetentni mogą w 2016 roku wpaść na takie pomysły jak realizowana przez rząd Szydło koncepcja transportowo- energetyczno- ekologiczna. Jednocześnie w tym samym rządzie znajdują się ludzie, którzy są z 21 wieku i sprawnie wykonują swoje obowiązki, bardzo sprawnie przebudowując Polskę na normalny zachodni kraj- to jest Macierewicz, Ziobro, Streżyńska, Morawiecki, Radziwiłł.
Powtórzę- nie wierzę, że ludzie normalni, minimalnie kompetentni moga realizować takie pomysły w roku 2016. Panowie Szysszko, Tchórzewski, czy Gróbarczyk wyglądają i zachowują się zupełnie normalnie. Jak ktoś ma wątpliwości zawsze można porównać do Ewy Kopacz i Bronisława Komorowskiego. Na przykład w japońskim parlamencie. Ze stosowną praca też mieli jakiś kontakt, co najmniej powinni znać tytuły naukowych periodyków, z których można się czegoś dowiedzieć o współczesności.
Pozostaje tylko jedna odpowiedź. Oni nie są z roku 2016. Nie są nawet z 1990, czy okolic. Ten sposób myślenia i poziom wiedzy wskazuje gdzieś na lata 30-te. Co przy okazji świetnie wyjaśnia też zachowanie ministra Waszczykowskiego. Lata 30-te to były czasy gabinetowych porozumień, tajnych sojuszy i załatwiania umów handlowych o skrzynkę pietruszki na poziomie rządowym. Dziś dyplomacja to bardziej sztuka stwarzania opinii o państwie, wykorzystywania diaspory i umiejętnego budowania opinii dla biznesu. I teraz- przecież Waszczykowski nie tylko nie robi współczesnej dyplomacji. Sądzę, że nawet nie tyle nie ma o niej pojęcia, co aktywnie neguje jej istnienie. Zamarzł.
Nikt mi nie wmówi, że minister Tchórzewski nie ma pojęcia o dzisiejszym potencjale transportowym kolei, jej elektryfikacji i nie potrafi tego porównać z potencjałem Odry i Wisły jako dróg transportwych. Jest z wykształcenia i praktyki kolejowym inżynierem elektroenergetykiem. Musi mieć o tym choćby minimalne pojęcie. Ale w takim wypiera tę wiedzę ze świadomości.
Z takimi ludźmi źle się dyskutuje, tak naprawdę zupełnie się nie da, ale poza tym zwykle są nieszkodliwi. Chyba, że zaczynają decydować o politce kraju.
Odwołam się znów do Dukaja, według książki takich ludzi nie da się przekonać niczym. Aż wszystko odmarźnie, wtedy oni też.
I znikną w kilka dni. Problem z tym rokiem 1938 polga na tym, że trwała wówczas pełną parą modernizacja kraju autorstwa Moscickiego i Kwiatkowskiego. Różnica polega na tym, że obaj mieli doskonała orientację w najnowszej światowej technologii (a Mościcki ją osobiście tworzył) i to co zaprojektowali i wdrożyli było na swoje czasy supernowoczesne i całkiem dobrze zdawało egzamin przez następne dzisięciolecia. Bardzo kulawo, ale plany Kwiatkowskiego realizowano w PRL, prawie wszystkie wielkie symbole modernizacji i postępu to był własnie dorobek 2 RP. Supernowczesne w latach 30-tych elektryczne zespoły trakcyjne, którymi większosć Polski jeździ do dziś, lokomotywy zaprojektowane przez Enlish Electic na zlecenie i za pieniądze PKP, których dostawy zaczęły się w 1938. A potem za czasów Gomułki jeszcze raz zapłacono Enlish Elecrtic za licencję na produkcję tych samych lokomotyw, nadal całkiem nowoczesnych w latach 60-tych i jeżdżących do dziś. ALe przecież nikt nie bedzię takiego sprzętu dziś wdrażać do produkcji jako "rozwoju kraju". To było, minęło, świetnie spełniło swoją rolę, działa nadal, ale dziś, jesli mówimy o impulwsie rozwojowym to przecież trzeba tworzyć infrastrukturę i przemysł, który będzie nowoczesny jutro i za 30 lat, a będzie spełniać swoją funkcję przez następne 80 lat.
To co proponuje dziś rząd Szydło jako kierunek rozwoju infrastruktury transportowej i energetycznej jest prostym dokończeniem plau Kwiatkowskiego. Tylko bez uwzględnienia faktu, że w międzyczasie minęło prawie osiemdziesiąt lat. Idee i standardy, które wtedy wdrożono, dziś powinny zostać wycofane. Dla przykładu- elektryfikacja 3 kV DC była najlepszym wyborem z dostępnych w latach 30-tych. Ale dziś nikt nie buduje nowych sieci z takim napięciem, światowy standard kolei to jest 25 kV AC, wszyscy korzystający z innych swoje sieci przebudowywują. W 1938 problemem był sposób transportu węgla do Gdyni i spławność Wisły oraz kanał przez Śląskubył dobrym rozwiązaniem, nowa linia kolejowa przez Kaszuby mogłaby służyć z większym stopniu do konktaktu ze światem. Dziś to wszystko nie ma przecież żadnego znaczenia, eksport węgla nie ma żadnego znaczenia, połaczenia z portami są wystarczające, ale oni o tym, nie wiedzą i nie przyjmą do wiadomości.
I co z tym zrobić? Zamarźli w 1938.
Ale jest druga strona zagadnienia. Rok 1938 były to czasy w któych dla komunistów, radzieckich agentów i proniemieckich sprzedawczyków nie było miejsca w przestrzeni publicznej.
Powtórzenia tego ostatniego oczekuję od PiS. A następnie grzecznego oddania władzy następnemu rzadowi, który nie będzie mieć nic wspólnego z PRL, PRL-bis, 3RP oraz wydawaniem setek miliardów złotych na dokończenie planu Kwiatkowskiego.
Na szczęście panowie Rzepliński, Schetyna i Kijowski bardzo ciężka pracują nad tym, aby Polscy nie zapomnieli jak złym i gównianym dla większości swoich obywateli państwem była 3RP, oraz nad tym, aby wszystkich przekonąć, że jak tylko dostaną z powrotem władze, to będą ze świętym przekonaniem hodawć i kultywować wszystkie patologie neokolonializmu. Za to wyborcy już ich docenili, panowie robią wszystko, aby nie zapomnieli i naprawdę to należy docenić.
W miedzyczasie PiS robi wszystko, aby być postrzeganym jako prawdziwa autorytarna partia z lat 30-tych, taką też prowadzi politykę informacyjną i gospodarczą.
W takim razie pozostaje pytanie- jak to wszystko odmarźnie i kiedy?
Ja widzę to tak- obecne działania w zakresie pobudzania gospodarki i usprawnienia administracji przyniosą efekty. Niezłe, może nawet spektakularne. Usprawniona administracja, ograniczone złodziejstwo i transfer tych pieniedzy w dół społeczeństwa musi spowodować natychmiastowe przyspieszenie gospodarki.
Duży program inwestycyjny- jeszcze większe. Społeczeństwo, które w swej większości przejdzie z upadlającej niepewności pracy i płacy do względnie normalnego życia troche zacznie się interesować państwem, a przynajmniej stanej środowiska wokół domu. Później, gdy inwestycje zaczną się kończyć, zbudowane obiekty zaczną pracować, to wyjdzie ich niedorzeczność ekonomiczna. ALbo nie wyjdzie, bo będa cały czas dotowane, ciągnąc w dół całą gospodarkę. To doprowadzi albo do dojrzałej dyskusji technicznej i przyrodnieczej i zmiany kierunku, albo do załamania gospodarki i zmiany kierunku, albo do międzynarodowych sankcji wskutek niedotrzymania celów klimatycznych i zabetonowania na amen władzy na swoim stanowisku, aż do wykończenia gopodarki i nowej faki neokolonializmu, tym razem w jeszcze bardziej zacofanym kraju.
Dojrzała dyskusja wymaga odmarźnięcia. Zakończenia podziałów z 2 RP. Tego kraju już nie ma. Był, było to dobre, a pod koniec, po wychowaniu własnych elit, także dobrze rządzone państwo, ale jego rozwój został przerwany. Potem, na radzieckich czołgach przywieziono kacapskich bandziorów, którzy przez dzisięciolecia udawali elity i kooptowali do siebie co sprawniejszych i amitniejszych ze społeczeństwa. Kacapskich bandziorów już prawie się udało pozbyć, wszystko jest na dobrej drodze. Potem bedzie trzeba znaleźć ludzi, którzy potrafią budować normalny kraj i wspierać społeczeństwo, aby żyć w spokoju i dobrobycie. Bez durnych konfliktów z mentalnymi i fizycznymi potomokami kacapskich bandziorów, ale też w kraju ze sprawną i nowczesną infrastrukturą, zamożnym i dobrze rzadzonym.
Czarne chmury nad lepszą Ameryką
W lepszej Ameryce polityka się odezwała. Konkretnie się odezwała głosem ludu. Tydzień temu miała miejsce 2 tura wyborów prezydenckich w Argentynie, a w ostatnią niedzielę wybory parlamentarne w Wenezueli. W obu przypadkach wygrali kandydaci prawicowi.
A teraz po raz kolejny przypomnę czytelnikom, że jeśli kojarzą co to jest prawica a co lewica w Polsce to absolutnie nie powinni tego przekładać na realia pozostałej części świata. Może z wyjątkiem niektórych innych państw postkomunistycznych.
Otóż w Polsce kryterium prawicowości jest stosunek do Kościoła (częściowo i juz coraz mniej) i stosunek do tradycji i ideałów Solidarności, a co za tym idzie też do dyktatury, która tę Solidarność i solidarność łamała. Bardzo podobną do Spawacza politykę rozbijania wspólnoty społeczeństwa dekapitalizacji przemysłu, niszczenia innowacyjności i oczywiście skrytobójstwa prowadzili dyktatorzy wojskowi w Ameryce Południowej i Afryce. Tylko wszędzie tam nazywali się prawicowymi i okazywali ostentacyjną pobożność, jaka religia akurat dominowała w kraju, co w warunkach Ameryki Południowej oznaczało katolicyzm. Przy okazji to było dla dyktatorów bardzo wygodne, bo Kościół nie ma w zwyczaju nikogo wyrzucać ze świątyń, nawet państwowej telewizji filmującej dyktatora w odświętnym mundurze. To się własnie nazywa w Ameryce Południowej prawicą. Jaruzel w kościele. Ktoś jeszcze pała sympatią do latynoskiej prawicy? No tak, narodowcy, korwiniści i inni fani kacapów.
Dlatego dość szybko po obaleniu dyktatur w większości krajów wybory wygrały formacje zwane lewicą. Niekoniecznie reprezentujące podobnych ludzi, czy nawet takie samo podejście. Ale wszędzie, czy to Partia Robotnicza w Brazylii, czy Zjednoczona Partia Socjalistyczna w Wenezueli, Front dla Zwycięstwa w Argentynie, czy Szeroki Front w Urugwaju tak samo postrzegał problemy kraju. Zresztą trudno ich było nie dostrzegać.
Problemy, które postrzegała lewica południowoamerykańskie to istnienie dość szerokie rzesze społeczeństwa praktycznie nie uczestniczących w konsumpcji, po prostu żyjących na granicy fizycznej egzystencji. Na terenach wiejskich z płodów jakiego skrawka ziemi, do którego niekoniecznie mają prawo własności, a w miastach w latynoskich slumsach, wśród milionów ludzi żyjących ze zbierania śmieci, drobnych kradzieży, żebractwa, dorywczych prac i ogólnego kombinowania. Na drugim biegunie wszędzie znajdowała się idealnie bezużyteczna i absolutnie bezmyślna klasa wyższa, żyjąca z ochłapów eksploatacji kolonialnej uprawianej przez międzynarodowe koncerny. Surowce były rożne, ale model dokładnie ten sam.
Te własnie lewicowe partie łączyło jedno- chęć zmiany tego systemu gospodarczego. Tyle miały ze sobą wspólnego. W każdym z krajów zakres władzy międzynarodowej i własnej oligarchii był zupełnie różny.
Tak samo różna była wizja i kierunek rozwiązywania tak zdefiniowanego problemu.
Właściwie każda z tych partii zgadzała się, że na dłuższą metę kluczem do modernizacji kraju i wyrównania szans jego mieszkańców jest edukacja. Zwyczajne danie szansy najbiedniejszym warstwom społeczeństwa na awans. W dłuższej perspektywie stworzenie nowych elit, które uzupełnią lub zastąpią dotychczasowy układ skorumpowanych buców. To w każdym z krajów także się różniło. O ile w Urugwaju problem polegał na stworzeniu przez rzad cieplarnianych warunków dla rozwoju sektora IT i przekonaniu młodzieży, że powinna wybrać się na studia techniczne zamiast olewać liceum, w Argentynie problematyczna była kwestia jakości szkół średnich i odbudowy szkolnictwa technicznego, tak w Brazylii i Wenezueli najpierw trzeba było zająć się analfabetyzmem i podstawowymi kwalifikacjami istotnej części społeczeństwa.
W każdym z tych krajów ten program spotykał się z dzikim oporem dotychczasowych elit. I tu także odpowiedzi były różne. Skrajnie różne. Od poziomu konfliktu w Wenezueli, gdzie kolejne próby zamachów stanu, powiązania oligarchii z gangsterami i plaga morderstw wyznaczały standardy polityki. W Argetnynie i Brazylii było pod tym względem zdecydowanie lepiej, bo zaledwie chore z nienawiści do rządu prywatne media promowały jakieś banksterskie męty na "nowych zbawicieli narodu", a rządzące partie musiały się uciekać do regularnej korupcji politycznej aby utrzymać się przy władzy i coś robić dla kraju.
Jedynie w Urugwaju sytuacja miała się trochę inaczej. Już po tym, jak prezydent Argentyny, De la Rua w pamiętny sposób opuszczał helikopterem Casa Rosada, a argetnyński kryzys był potężnie odczuwalny w gospodarce Urugwaju, lewicowy burmistrz Montevideo podjął dość brzemienną w skutkach decyzję. Mianowicie, kiedy wszyscy spodziewali się powtórki scenariusza argentyńskiego, a prezydent z dobrej starej rodziny (4 prezydent z tej rodziny) już się zaczynał pakować, przyszedł do niego tenże burmistrz. Wszyscy spodziewali się, że zostanie prezydentem po wymuszonej demonstracjami rezygnacji poprzedniego, a tymczasem Tabare Vazquez zapowiedział, że Jorge Battle dokończy swoją kadencję i tylko ma nadzieje, że nie będzie robił niczego sprzecznego z zasadami demokracji i interesami Urugwaju. ta, swego rodzaju umowa została dotrzymana, Tabare Vazquez i tak został wybrany następnym prezydentem w 2005 roku (i następnie 2015) Spowodowało to znakomite wrażenie, jakby Urugwaj był dobrą i stabilną demokracją, co w połączeniu ze spłacanie długów po Battle i jego poprzednikach świetnie ułatwia relacje handlowe i napływ kapitału kiedy jest potrzebny.
Tak spokojnego oddania władzy przez dotychczasową skorumpowaną oligarchie nie było jednak w żadnym innym kraju. Wszędzie były większe lub mniejsze awantury, które dziś odbijają się czkawką. I niestety wyglądają na skuteczne. Po wielu latach każdego możliwego sabotażu, negowania legitymacji i oczerniania międzynarodowego swojego kraju i jego władz opozycja w Wenezueli wygrała wybory parlamentarne.
Po prawie ponad dziesięcioleciu codziennej dawki bredni i kłamstw przez główny koncern medialny w Argentynie, promowany przez tenże koncern pupilek wygrywa wybory prezydenckie. Rzecz jasna, natychmiast ogłasza obniżki ceł eksportowych i zaciąganie nowych kredytów. I tak dalej.
Pozostaje podstawowe pytanie, czy miliony ludzi włączonych do masowego społeczeństwa będzie rozumieć co się dzieje, budować nową gospodarkę i domagać się równości społecznej, czy jednak model postkolonialny wygra. To pytanie jest otwarte. Tak samo otwarte pozostaje w stosunku do Polski. Zachowanie dotychczasowej oligarchii jest dość jasne. Poziom kontaktów z gangsterami jest (chyba niższy niż w Wenezueli, na zbrojny zamach stanu też się raczej nie odważą (choć kto wie czy katastrofa smoleńska nie była własnie polskim zamachem stanu). Ale widać też, że na poziom przyzwoitości reprezentowany przez Jorge Battle nigdy nie można było liczyć.
P.S.
To jest jedynie liźnięcie tematu, opis całości wymagałby doktoratu. Niestety, ostatni człowiek o którym słyszałem, że chce napisać po polsku doktorat o strukturze społecznej postkolonialnej Ameryki Łacińskiej został wyrzucony z uczelni. A szkoda, bo znał nie tylko język hiszpański ale i keczua. Za organizowanie jakiegoś Komitetu. Macierewicz się nazywał, Antoni, czy jakoś tak, ale dziś ma poważniejszą fuchę.
Grecy i oligarchia
Referendum w Grecji. Było, skończyło się. Grecy odpowiadali na pytanie czy zgadzają się na warunki bailuotu zaproponowane przez wierzycieli negocjujących z greckim rządem. Obywatele nie zgodzili się.
Do teraz historia toczyła się w miarę normalnie. Klasyczna pułapka zadłużenia w jaką wpadło lub zostało wpakowanych dziesiątki państw wcześniej. I niejedna firma. Zupełnie klasyczna skorumpowana sitwa rządowo-oligarchiczna, która z jednej strony tworzy klimat administracyjny i regulacyjny dla pasienia się oligarchów, a z drugiej z tej oligarchii korzysta dla utrzymania się przy władzy. Mechanizm jest dość prosty i powszechnie znany. Powstają jakieś zmiany w przepisach, niezauważone dla większości, korzystne dla jakiś biznesmenów. Ostateczną wersją takiej metody jest kryzys płynności rządu i sektora bankowego, który umożliwia przygotowanym na to inwestorom wykupienie co bardziej interesującego majątku produkcyjnego za ułamek wartości.
Taką metodę z powodzeniem stosowali Brytole w szczycie swojego imperium. Nie oni pierwsi, ani ostatni, ale ze względu na dominację na morzach, interesu dookoła świata oraz dominację prywatnego, a raczej oligarchicznego kapitału- robili to szczególnie spektakularnie. Otóż, brytyjscy kupcy byli wszędzie. Kupując lokalne towary, sprzedając swoje wyroby przemysłowe. Promując wolny handel i nowoczesność. Nowoczesność polega na tym, że kupuje się wyroby brytyjskiego przemysłu, o których kupcy informują, że są nowoczesne. A wolny handel na tym, że nie pobiera się ceł od importu brytyjskich towarów ani od eksportu surowców. W całym tym schemacie najważniejsze jednak były banki. Brytyjskie banki udzielające pożyczek na zakup brytyjskich towarów, zwykle nisko oprocentowanych. Gospodarki krajów Ameryki Łacińskiej i Azji rozwijały się. Na modelu eksportu surowców bogaciła się elita, która także miała dostęp do importowanych towarów luksusowych. Wspaniały model dla lokalnej elity. Nic dziwnego, ze przekładał się także na władzę polityczną. Czasem był to kacyk, a czasem fasadowa demokracja, z jakimiś partiami a bywa, że i wyborami. A jak władca lub elita sprzeciwiły się braniu kredytów, to wysyłano kanonierki.
Klasycznych przykładów takiej polityki najwięcej można znaleźć chyba w historii Argentyny. Praktycznie całe 200 lat to kolejne próby uniezależnienia się od obcej i własnej oligarchii i kolejne mniej lub bardziej udane ludowe projekty polityczne ku temu zmierzające. Za pierwszym podejściem, kiedy dopiero co pozbyto się kolonizatorów z Hiszpanii i naród autentycznie chciał jakiegoś rozwoju, a wśród elit było wielu idealistów, to udało się obronić niezależność polityczną i ekonomiczną, za cenę utraty poważnej części terytorium (dzisiejszego Urugwaju i Malwinów). Któreś z następnych podejść miało miejsce w 1889 roku. Kryzys w Argentynie w tym roku wybuchł z potężną siłą, kiedy ogólnoświatowa panika giełdowa pozbawiła kraj płynności. Rządy oligarchów nie musiały się przejmować takimi rzeczami. W końcu nie oni zbankrutowali więc sprzedali za drobne sieć kolejową Brytyjczykom. To miało znaczenie znacznie większe niż dziś, bo pod koniec 19 wieku kto kontrolował kolej, ten kontrolował gospodarkę. Taryfy przewozowe, czasu przewozów, a nawet w ogóle możliwość przewiezienia danych towarów decydował o opłacalności każdej produkcji, rolnictwa czy górnictwa. Nic dziwnego zatem, że po tym kryzysie Argentyna stała się krajem wyłacznie surowcowym, a co ciekawsze sektory gospodarki bardzo szybko znalazły się w rękach brytyjskich inwestorów. Jednak w trakcie kryzysu powstał zorganizowany opór społeczny- pierwsza nowoczesna partia polityczna, czyli Union Civica Radical. Na początku sprzeciwiali się nie do końca politycznymi metodami, bo od 1891 do 97 trwało faktycznie powstanie zbrojne przeciw rządom oligarchii. Zresztą politycznymi metodami za dużo nie dało się zrobić. Wybory były, prawdopodobnie nawet kandydaci UCR je regularnie wygrywali, tylko ogłaszane wyniki utrzymywały oligarchów przy władzy. A politycy i oligarchowie byli bezkarni, bo w ostateczności zawsze były brytyjskie kanonierki dla "zapewnienia porządku". Sytuacja zmieniła się w 1916 roku, kiedy brytyjskie kanonierki były chwilowo zajęte poszukiwaniem U-bootów i prezydentura przypadła przedstawicielowi UCR. Który natychmiast rozszerzył prawa wyborcze i zmienił sposób przeprowadzania wyborów wprowadzając tajne głosowanie i wiarygodny system liczenia głosów. Do upodmiotowienia ludu jeszcze było daleko, ale to był bardzo poważny krok. Od tego czasu oligarchia dla zachowania status quo musiała wspomagać się wojskiem, ale to zupełnie inna historia.
Można wrócić do Grecji. Przecież ten schemat jest dokładnie ten sam. Wmuszone pożyczki, które w istocie trafiły do kieszeni koncernów powiązanych z kredytodawcami i lokalnej oligarchii (a kto niby budował cąłą tę infrastrukturę, zwłaszcza na Olimpiadę?) współpraca lokalnej oligarchii z międzynarodową banksterką. Następnie kryzys finansowy i programy ratowania wymuszające prywatyzację najważniejszych elementów infrastruktury i likwidację konkurencji dla koncernów powiązanych z pożyczkodawcami (w Grecji chodziło o małą, ale dochodową zbrojeniówkę). Przerzucanie kosztów na społeczeństwo i obronę oligarchów. Przecież Trojka nie chciała zatwierdzić planu, który by polegał na uszczelnieniu systemu podatkowego, choć jest zupełnie oczywistym, że właśnie minimalne opodatkowanie oligarchów może wystarczyć spięcie planu spłaty długów.
Powstanie i sukces Syrizy był dokładnie tym samym co UCR 125 lat wcześniej w Argentynie.
A co będzie dalej?
W najbardziej optymistycznym wariancie rząd przetrwa i przeprowadzi swój plan reform. Dziś już nie związany pomysłami IMF i okolic Ale to wymaga spokoju, dojrzałości politycznej zarówno rządzących, jak też narodu. Oraz braku interwencji militarnej. Swojej lub obcej. W ten sposób Grecy mają szansę wyjść z upodlenia 25% bezrobociem i emeryturami po 400 euro.
Znacznie ciekawsza jest sytuacja drugiego z graczy, czyli IMF. Instytucja, której każdy chce unikać juz dziś. Przynajmniej każdy kto ma jakąś alternatywę (np. Ukraina nie ma..). Ich biura są likwidowane w kolejnych krajach. Ale jeszcze nikt się nie postawił tak mocno przed spłatą długów. Jeśli obecny grecki rząd wyjdzie z tego kryzysu, przeprowadzi swój plan reform i kiedyś odda forsę dla Trojki olewając ich rady- to będzie bardzo blisko końca tej instytucji.
Jest to także bardzo zła informacja dla wszelkich wielkich koncernów przemysłowych i budowlanych z pierwszego świata. Czyli Siemensa, Alstomu i całego pozostałego zestawu z listy najbardziej korumpujących firm świata. Nie to, że stracą szczególnie dużo. Ale to, że czas wielkich żniw się skończył.
Co ważniejsze- to Grecy policzyli głosy.
Aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas
I z pieśnią, że już blisko świt szli ulicami miast
Odpowiedź zależy od pytania, czyli czy Argentyna zbankrutowała?
Argentyna zbankrutowała. Lub nie. Zależy kogo się zapytać, a właściwie zależy od definicji bankructwa.
Jeśli przyjmiemy klasyczną, czyli niemożność wykonania zobowiązań z powodu braku środków (czasowego=utrata płynności, bądź stałego= brak majątku) to według tej definicji Republika Argentyny żadnym bankrutem nie jest. Środki są, zostały wysłane kiedy należało. Tylko sąd zakazał ich przesłania wierzycielom. Obiektywnie wierzyciele pieniędzy nie dostali. Według takiej definicji jest to defaut. Nawet czekają już ponad 30 dni.I nic nie wskazuje, aby w najbliższym czasie te pieniądze dotarły.
Można takich definicji jeszcze trochę wymyślić, ale praktyczne znaczenie będzie mieć tylko jedna: Czy ta sytuacja wypełnia warunki standardowego ubezpieczenia wierzytelności od bankructwa? Znaczy, czy zostaną wypłacone pieniądze z Credit Defaut Swaps czy nie.
Zapewne ich posiadacze teraz się zgłoszą do wystawców żądając zapłaty. Wystawcy zapłacą lub nie. Jeśli zapłacą- nikogo więcej nie będzie sprawa interesować. Jednymi z większych posiadaczy CDS wystawionych na dług Argentyny są te same sępie fundusze, które domagają się spłaty tego długu. Mając oczywisty interes w bankructwie nie miały zamiaru dochodzić do żadnego kompromisu, to jasne. Dla każdego oprócz sędziego Griesy. Choć możliwe, że akurat on nic o tym nie wiedział albo nie rozumiał. .
Teraz nasz dzielny otępiały dureń Sędzia federalny wyznaczył kolejny termin posiedzenia do negocjacji w sprawie spłaty. Ale do końca roku jedynym możliwym wynikiem będzie przyjęcie przez sępów warunków restrukturyzacji.
Co jest tak naprawdę zupełnie możliwe. Zależy od postawy wystawców CDS-ów. Jeśli nie uznają tego zdarzenia za bankructwo, zwyczajnie nie wypłacą kasy. CDS będą bezwartościowe.
Oczywiście rozpocznie się proces sądowy, którego wynik dopiero za kilka lat nam powie czy Argentyna zbankrutowała. TO jest najlepsze. Tak naprawdę nikt dziś odpowiedzialnie nie może odpowiedzieć na takie pytanie.
Za to jeśli sępie fundusze nie dostaną kasy ani z CDS, ani z obligacji to mogą być wkrótce zmuszone do rozmów. Nie wiem, tego pewnie nikt nie wie z arcysępem włącznie ile jeszcze mogą pociągnąć bez finalizacji sprawy.
A z końcem obecnego roku wygasa klauzula zrestrukturyzowanych obligacji zakazująca lepszego traktowania niezrestrukturyzowanych. Dlatego w przyszłym roku argentyński rząd będzie mieć rozwiązane ręce. A na razie jest jak jest.
.
Dług Argentyny- dramatyczna zmiana ról
Sprawa zadłużenia Argentyny rozwija się jak dobry thriller.
Krótkie przypomnienie- w 2001 roku, wskutek sztywnego kursu peso do dolara (1:1) i wyczerpania państwowego majątku do prywatyzacji gospodarka zawalała się w przyspieszonym tempie. W takiej sytuacji rząd, a właściwie ówczesny minister finansów porozumiał się z wierzycielami i większość zadłużenia została zrestrukturyzowana przez wydłużenie terminów spłat oraz pogorszenie warunków dla dłużnika (Republiki Argentyny), tzw. Megacanje. Wkrótce później częściowo odpuszczono utrzymywane absurdalnego kursu i częściowo zdewaluowano peso (do 1:1,4), ale to było za mało, gospodarka implodowała, bezrobocie wzrosło do okolic 25%. Po zamieszkach w których zginęło kilkadziesiąt osób, pod koniec 2001 roku prezydent zrezygnował ze stanowiska, po kilkunastodniowym chaosie, tymczasowy prezydent ogłosił zawieszenie płatności długu. I tak nie było z czego płacić.
W połowie 2003 roku, władzę objął w końcu prezydent wybrany w wyborach powszechnych, Nestor Kirchner. Gospodarka po uwolnieniu z gorsetu sztywnego kursu nieco się ustabilizowała, za prezydencji Kirchnera ruszyła mocno do przodu, bezrobocie zaczęło gwałtownie spadać, szkolnictwo wróciło do przyzwoitego poziomu, etc. Nie to jest istotne, bo tu centralna jest kwestia długu. Dla przypomnienia- w 2005 spłacona całe zadłużenie w Międzynarodowym Funduszu Walutowym. Przedstawiciele tej organizacji zostali poinformowani, że ich doradztwo i pomoc gospodarcza nie jest już dłużej potrzebna. W tym samym roku porozumiano się z większością posiadaczy obligacji wyemitowanych w ramach Megacanje. Łącznie z kolejną rundą przystąpienia (w 2010) do restrukturyzacji objęło to 93% posiadaczy obligacji. Warunki, pomimo solidnej redukcji długu były dość korzystne- trzy rodzaje obligacji do wyboru, w tym z odsetkami zależnymi od wzrostu gospodarczego Argentyny- jak pokazała przyszłość, biorąc je w 2005, można było zarobić lepiej niż na oryginalnych.
Tak czy inaczej, zostało tych 7% posiadaczy obligacji. Nie można ich było legalnie zmusić do restrukturyzacji, bo takiej klauzuli nie przewidywała emisja w ramach Megacanje.
I tak dotarliśmy do posiadaczy tej resztówki, którzy w stosownym czasie wykupili obligi za drobną część nominalnej wartości (wtedy, kiedy nie były spłacane) i wybrali się do sądów w USA. Sądy nie działają najszybciej, ale w końcu wydają jakieś wyroki. W tym wypadku jakieś to jest właściwe słowo. Osławiony już sędzia Griesa z 2 okręgu Manhattanu wydał orzeczenie zasądzające natychmiastową spłatę całości nominału i odsetek dla posiadaczy niezrestrukturyzowanych obligacji, a dokładniej MLN Capital, który był powodem. Wobec, niespodziewanego i niezrozumiałego dla mnie odrzucenia kasacji przez Sąd Najwyższy USA (czyli odmową zajęcia się sprawą, jako nie budzącą wątpliwości prawnych), wyrok się w ostatni poniedziałek (23.06) uprawomocnił.
To było jeszcze proste....
Rząd Argentyny wysłał parę dolarów (coś z 500 mln) na spłatę kolejnej raty obligacji, która przypada 30 czerwca. W tym momencie, zgodnie z wyrokiem sądowym mogłoby nastąpić zajęcie tych pieniędzy i przekazanie ich sępim funduszom (znaczy MLN Capital), ale sędzia Griesa wydał zarządzenie nakazujące Bank of Mellon New York odesłanie z powrotem tych pieniędzy. Rząd Argentyny oczywiście natychmiast protestuje, twierdząc, że Griesa przekracza uprawnienia. Uzasadnia to dość prosto- sprawa starych obligacji to jedna sprawa, a po restrukturyzacji to zupełnie inna i nie było to przedmiotem procesu i wyroku, więc mieszanie się Griesy w sprawę nowych obligacji jest przekraczaniem uprawnień. Krótko mówiąc- mógł te pieniądze zająć na rzecz wierzyciela, ale nie mógł nakazać dysponowania nimi w inny sposób. To oczywiście w rozsądnym systemie prawnym. W prawie w stylu USA wszystko jest możliwe i coś takiego także.
Na razie to drobiazgi. MLN Capital, zgodnie ze zdrowymi zasadami sztuki, domagając się zapłaty od Republiki Argentyny jednocześnie kupił tzw. CDS-y, czyli ubezpieczenie od bankructwa Argentyny. W oczywisty sposób, albo dostaną kasę z wyroku, albo Argentyna zbankrutuje i otrzymają kasę z ubezpieczenia. Cóż, właściwie na to patrząc na razie nastąpiło trzecie rozwiązanie. Republika nie zbankrutowała, bo spełniła całość swoich zobowiązań, a sępy nie dostały forsy. Dość zabawny przy tym jest fakt, że wierzyciele na razie nie dostali pieniędzy (ale termin płatności przypada 30.06.) i prawdopodobnie ich nie dostaną teraz. Tylko wierzyciele powinni skarżyć ostatnie postanowienie Griesy- na zdrowy rozum niezgodne z prawem i zdrowym rozsądkiem. Nic więc takiego dziwnego, że przynajmniej część wierzycieli ustami adwokata reprezentującego włoskich obligatariuszy wyraziła entuzjastyczne poparcie dla zmiany miejsca płatności z Nowego Jorku na Buenos Aires.
Tu wypada przypomnieć czym jest bankructwo, przynajmniej w rozumieniu emitentów CDS. Jest to jednostronna zmiana warunków obligacji przez emitentów. Tak samo dotyczy to kwoty zobowiązania, oprocentowania, jak i miejsca płatności. Rząd Republiki raczej zaskoczył wszystkich zamiarem spłaty i nawet przesłaniem pieniędzy, które mogły i powinny być zajęte. Powinny w ramach powagi wyroków sądowych. Sędzia Griesa sam naruszył powagę swojego wyroku. Nie zajął pieniędzy, które są/były. To rodzi bardzo zabawne konsekwencje- formalnie bankructwa nie ma (jak na razie). Od finansowej strony bankructwa nie będzie, wierzyciele dostaną całość zobowiązania, co najwyżej zmieni się miejsce płatności. Oczywiście w tym przypadku sępy dostają całość z ubezpieczenia.
Bankructwa nie ma, ale sępy nie dostaną pieniędzy. Teoretycznie mogą pozywać emitentów CDS-ów. Praktycznie to kolejne kilkadziesiąt milionów na koszty procesu. Znacząco to obniża opłacalność inwestycji. Zobaczymy.
Jeszcze jeden aspekt sprawy-rząd Argentyny robi co może przedstawiając sprawę na forach międzynarodowych jako wyzysk i nadużycie władzy.
Razem z pomysłem przelania tych pieniędzy łączy się to w logiczną całość- maksymalizowania colateral damage, czyli po prostu założenia, że sępy jakąś kasę dostaną, ale wyrządzenia maksymalnej możliwej szkody dla tychże i im podobnych.
Zasadniczo ten zarzut nadużycia władzy ma sens.Przynajmniej z punktu widzenia prawa kodeksowego/kontynentalnego (czyli opozycji wobec common law obowiązującego w UK i USA), sąd dokonał rozstrzygnięcia poza zakresem sprawy. W zakresie działania common law- nie wiem, ale pomimo całej absurdalności regulacji anglosaskich nie wydaje mi się to aż tak ekstremalne. Oczywiście, wiem, że system common law daje znaczny zakres władzy sędziom, wystarczający dla najdziwniejszych interpretacji prostych postanowień ustaw czy umów.
Cóż- nawet jeśli orzeczenie jest całkowicie zgodne z porządkiem prawnym USA (a na to wygląda) jest tak absurdalnie sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, że nie może się utrzymać jako część dorobku prawnego ludzkości. Tak, wiem, to brzmi strasznie szumnie i nadęcie, ale pewne zasady obowiązują niezmiennie nawet od czasów fenickich lub greckich (odpowiedzialność za straty ładunku w transporcie) oraz rzymskich (bardzo duża część prawa cywilnego), inne są stopniowo akumulowane przez dziesięciolecia. Sędzia Griesa może stać się co najwyżej pośmiewiskiem przyszłych pokoleń prawników, ale na razie wypada jakoś rozwiązać ten dylemat, najlepiej jak najmniej niszcząc istniejący porządek prawny i finansowy.
W tym zakresie zwyczajnie nie mam pojęcia co do dalszego rozwoju sytuacji. Wszystkie możliwości, z bankructwem Republiki na czele wydają się otwarte, choć jakiś kompromis zdaje się zbliżać do prawdopodobieństwa.
A z powiązanych drobiazgów- w lipcu zaczyna się faza sądowa procesu przeciwko Domingo Caballo za emisję obligacji w ramach Megacanje. Zarzuty obejmują przekroczenie uprawnień urzędniczych. W skrócie- nie było właściwej reprezentacji Republiki Argentyny przy emisji obligacji, których dotyczą procesy w USA. Zabawne.
Dla polskich czytelników jeszcze zabawniejsza jest sama postać Caballo. Minister finansów za czasów Menema, odpowiedzialny za wprowadzenie sztywnego kursu peso do dolara. Jego głównym doradcą był Jeffrey Sachs, później znany z doradzania Leszkowi Balcerowiczowi. Wcześniej z opracowania planów reform gospodarczych Boliwii i Brazylii. Bez różnicy- wszystkie skończyły się tak samo- gwałtowną redukcją przemysłu i krajowej wytwórczości, koncentracją handlu, gigantycznym wzrostem importu przemysłowego oraz rozwojem produkcji i eksportu narkotyków (w Am Poł kokainy, w Polsce amfetaminy).
UWAGA- porównanie z sytuacją Polski może nie być do końca adekwatne, więcej o tym w komentarzach.
UWAGA- porównanie z sytuacją Polski może nie być do końca adekwatne, więcej o tym w komentarzach.
Obecnie sytuacja ma się tak, że rząd rozpoczął ofensywę dyplomatyczną i informacyjną wskazując na swoją rzetelność i wiarygodność i wypełnianie zobowiązań, a jako jedyny problem wskazuje działanie jednego szalonego sędziego, którego nawet władze USA nie mogą powstrzymać, choć próbowały (tak, rząd federalny USA wstąpił do procesu po stronie Argentyny). Rządy średniej wielkości krajów dość chętnie poparły takie stanowisko- w końcu w każdej chwili mogą się znaleźć w podobnej sytuacji. Ale trochę lepsze jest to, że czytałem w BBC tekst pisany dokładnie taką optyką, a nawet częściowo to łyknął Bloomberg, choć Wall Street Journal ciągle twardo broni stanowiska sępów.
Ale opinia świata ma pierwszorzędne znaczenie dla załatwiania własnych spraw. Przyznam, że na tym tle, gdzie w ciągu tygodnia argentyńska dyplomacja potrafi zmienić opinię światowych mediów, polska jeszcze bardziej wygląda jak ...... A dokładniej kraj i naród z przylepioną łatką antysemitów, której dyplomacja nie umie albo nie chce usunąć, minister spraw zagranicznych który po ogólnoświatowej sławie z knajackim językiem i chlapaniem tymże jęzorem w przypadkowych miejscach o sprawach które powinny być dyskretne tydzień po publicznym wydaniu się takich spraw nadal piastuje stanowisko.
Pisząc to jeszcze nie znam dalszego rozwoju sytuacji, termin zapłaty raty obligacji jeszcze nie minął. Czytelnicy zapewne sami to sprawdzą...
P.S.
Jak parę rzeczy dobrze pójdzie, to istnieje realne prawdopodobieństwo, że nie będę mieć wolnej chwili na blogowanie w ciągu najbliższych tygodni. Choć zobaczymy, czasem można coś i gdzie w krótkiej wolnej chwili skrobnąć dla rozrywki. Stay tuned, choć nie obiecuję stałego nadawania...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
