Stałych Czytelników przepraszam za pewien brak aktywności. I to zdecydowanie nie z powodu braku tematów, bo świat jaki znamy rozpada się na naszych oczach. Właściwie to właśnie oczekiwanie na taki lub zbliżony przebieg wydarzeń było powodem pisania tego bloga. Już kilkanaście lat temu.
Co się dzieje w amerykańskich wyborach?
W ostatnich dniach się wydarzyły dwie istotne rzeczy w amerykańskich wyborach prezydenckich.
Pierwszą był oczywiście zamach na Donalda Trumpa, a chronologicznie drugim, acz ważniejszym, odmowa przyjęcia nominacji, czyli rezygnacja ze startu w wyborach przez Joe Bidena. Ważniejszym tylko dlatego, że Biden już prezydentem nie będzie, co można by było powiedzieć też o Trumpie, gdyby zamach był udany....
Zacznijmy od zamachu
To jest jakaś smutna część amerykańskiej tradycji politycznej. Bym powiedział, że generalnie mająca związek z zamknięciem amerykańskiego systemu politycznego w dwupartyjnym systemie, do którego wstęp jest obwarowany zgodą dotychczasowych elit na kooptację. czy ujmując to w innych słowach, system jest tak zabetonowany, że często jedynym możliwym głosem protestu jest przemoc. Zdecydowanie wolę bardziej inkluzywną demokrację. I w tym przypadku samo istnienie Trumpa jest oczywiście częścią takiego protestu ze strony wyborców- jeśli tak naprawdę zwykłe oczekiwania obywateli nie mogą zostać spełnione, bo obie główne partie je ignorują, założenie trzeciej jest praktycznie niemożliwe, to przedstawienie się jako człowiek z zewnątrz i zagospodarowanie takiego elektoratu protestu jest jedną z możliwych, opłacalnych strategii politycznych. I to przecież Trump robił, i robi nadal. Motywów zamachowca nie znamy i może ich nigdy nie poznamy, ale wiemy, że był to wyborca Republikanów. Jedynie mogę spekulować, że zaszedł gdzie właśnie taki mechanizm- od wiary w skuteczność kandydata protestu i tego żę Trump jest drogą wyjścia poza skorumpowany system dwupartyjny do rozczarowania, załamania takiej wiary i szukania zemsty za to rozczarowanie. Cóż. To tylko spekulacje.
Znacznie ciekawsze były fakty, a konkretnie karykaturalna wręcz nieudolność Secret Service, czyli amerykańskiej służby federalnej zajmującej sie ochroną najważniejszych osób w państwie (a kandydat głównej partii takim jest, nawet jeśli nie piastuje akurat żadnego urzędu). Nie ma co tu wchodzić w szczegóły taktyczne, kto potrzebuje ten znajdzie bez trudu. Po prostu z prawidłowo działającą ochroną ten zamach w taki sposób nie powinien się wydarzyć. Nie tylko zaraz po, ale i do dziś szefowa Secret Service konsekwentnie odmawia podania się do dymisji. Zapewne już niedługo, bo po rezygnacji z kandydowania przez Joe Bidena, tak czy inaczej będą musiały nastąpić zmiany. I nikogo lepsze do spektakularnej zmiany pod ręką na razie nie będzie. Dla szukających tu spisku- nie, nie ma żadnego. Życie Trumpa uratował drobny ruch głową już w trakcie lotu pocisku, a zresztą przypadkowy podmuch wiatru mógł i tak jego tor lotu zmienić na tyle, że kula byłaby śmiertelna. Takiego strzału się po prostu nie da zrobić jakąś ustawką, przeżycie zamachu było czystym przypadkiem.
Niekompetencja SS bardzo wiele mówi o ogólnej sytuacji w waszyngtońskich elitach. Jeśli ktoś się stał już ich częścią to jego działania nie podlegają prawie żadnej kontroli ani weryfikacji. I jednocześnie atmosfera kompletnego oderwania od rzeczywistości, prowadzącego do epickiej niekompetencji jest tam wszechobecna. I właściwie nie bardzo wiadomo jak z tego wyjść. Przykładów jest mnóstwo. Od "broni masowego rażenia" w Iraku do aktualnego zarządzania pomocą wojskową dla Ukrainy, kryzysem żeglugi na Morzu Czerwonym i właściwie wszystkim czego się dotknie rząd federalny albo ustabilizowane amerykańskie elity. Jak zarządzanie Boeingiem.
Sprawa Boeinga też jest kolejnym symptomem tego samego. Zostawiając na chwilę samo zarządzanie firmą, jest też kwestia federalnej odpowiedzi na poziomie politycznym. Otóż Boeing jest nawet nie tyle ekstremalnie ważną, co wręcz kluczową firmą w dla amerykańskiej infrastruktury, przemysłu lotniczego, kosmicznego i zbrojeniowego. W wielu miejscach kluczowych wręcz dla codziennego życia, jak też samego podstawowego funkcjonowania państwa, zwyczajnie nie można ich zastąpić. Przecież bez Boienga przemieszczanie się ludzi pomiędzy różnymi miastami w USA byłoby obecnie niemożliwe. I problemem przecież nie jest konieczność jakiejś ekspansji, nowej inżynierii finansowej czy czegoś takiego. Problemem jest zarządzanie ta firmą jak tanią pizzerią czy sklepem z butami, bez żadnego uwzględniania jej znaczenia dla funkcjonowania państwa. I najwyraźniej udziałowcom się to też podoba. Co oznacza, że rozsądne wyjście jest jedno- nacjonalizacja i natychmiastowe wyrzucenie zarządu, a następnie mianowanie ludzi, którzy będą będą brać pod uwagę znaczenie tej firmy dla funkcjonowania państwa i społeczeństwa. Co jak najbardziej może polegać na demonopolizacji, na ułatwieniu wejścia konkurencji na poszczególne rynki. Ale coś trzeba zrobić. Być może samo wyłączenie tej firmy z antykolejowego lobbing już by coś zmieniło.
Jednak to są fantazyjne spekulacje. W sposobie widzenia świata przez amerykańskie elity nacjonalizacja w ogóle nie istnieje. Jeśli, może jakaś szalona radykalna lewica by jeszcze coś mówiła o nacjonalizacji jakiś bankrutów, to nacjonalizacja wypłacalnej firmy tylko dlatego, że sposób zarządzania nią prowadzi infrastrukturę w stronę chaosu i ruiny jest poza horyzontem pojmowania.
I w tej sytuacji, galopującej niekompetencji w całych amerykańskich elitach, z rządem federalnym na czele, jest prezydent, który w oczywisty sposób nie ma jż sił życiowych i energii na kontrolowanie osób dookoła siebie. I ta niekompetentna administracja rządzi się sama. To jest oczywiście przepis na dryf w stronę katastrofy i amerykańscy wyborcy nawet zaczynali przychylnym okiem spoglądać na sponsowanego przez Moskwę faszystę. Do tego byłą już w miarę dobrze przygotowana i rozpędzona machina kompromitacji Bidena, według dość dobrych moskiewskich wzorców.
I to wszystko Joe Biden popsuł rezygnując z kandydowania. Mamy rok 2024, dziś nikogo właściwie nie obchodzi, że kandydatem jest kobieta i to niezupełnie biała. A nawet jeśli to co najwyżej zapiekłych seksistóœ i rasistów, którzy i tak by głosowali na Trumpa, w przeciętnej elektoratu i wśród niezdecydowanych właściwie ich nie ma.
Więc jaki mamy efekt?
Otóż taki, że Demokraci się natychmiast zjednoczyli i zwarli szeregi wokół Kamali Harris, do kampanii wrócił (czy w ogóle pojawił się... ) entuzjazm, a Kacapy razem z Trumpem i amerykańską oligarchią nie mają przygotowanych montaży ani naracji dla zdyskredytowania Harris. I na szybko mogą coś zrobić co najwyżej po seksistowsko- rasistowskich liniach, które dzis niekoniecznie bedą w ogóle działać, a jeśli to słabo.
Co o potencjalnej prezydenturze Harris?
Tak naprawdę w kategorii "zwykłej" niekompetencji to dużo gorzej od Bidena być nie może, więc pewnie nie będzie. Oczywiście poza zwykłą niekompetencją jest też kwestia czystej współpracy z wrogami ludzkości i cywilizacji i tu mówimy o Trumpie. Więc przy wyborze Trump vs. Biden to był wybór pomiędzy niekompetentnym i pozbawionym energii fizycznej i umysłowej kandydatem, a czystym promoskiewskim zdrajcą, zawodowym oszustem i człowiekiem który wybierał się na wybory po to aby uniknąć więzienia.
Obecnie mamy wybór pomiędzy relatywnie młodym, jakoś kompetentnym politykiem, ze znacznie większym niż Joe Biden doświadczeniem we władzy wykonawczej (tak!), a tym drugim. Oczywiście wynik będzie wtedy kiedy będzie i taki jaki będzie, ale mój poziom optymizmu drastycznie się zmienił w ostatni weekend.
To wszystko jednak pokazuje jedną rzecz i ona jest naprawdę ponura:
Jesteśmy cały czas na granicy katastrofy. Balansujemy na linie. Prezydentura Trumpa będzie katastrofą nie tylko dla Ukrainy, ale dla każdego miejsca zagrożonego Rosyjską ekspansją. I to byłyby całe 4 lata. Jesteśmy kompletnie na granicy kompletnego chaosu klimatycznego. Rozregulowanie zabezpieczeń i wysiłków dla ochrony klimatu choćby w jednym z dużych państw zepchnie nas z klifu i to szybko.
Tym razem chyba się uda. Ale co będzie następnym?
Drodzy Czytelnicy, właściwie sytuacja jest taka sama jak od lat. Miejmy nadzieję, optymizm na dziś polega na tym, że "jakoś to będzie", ale myślmy o sobie, bo czasem jeden drobny podmuch wiatru dzieli nas od katastrofy. OK, w tym przypadku śmierć Trumpa może by nie była katastrofą. A może by była, bo znaleźliby się naśladowcy męczennika.
Jeszcze o El Nino
Ukazała się kolejna prognoza dotycząca oscylacji pacyficznej (El Nino, znaczy) . Aktualna faza El Nino może się zakończyć już zaraz, w kwietniu, a po czasie tranzycji nowa faza La Nina może być już nawet w lipcu. 10 lat temu to by nie była żadna specjalna wiadomość, ale już jesteśmy w sytuacji, że każdy drobiazg nawet niewiele zmieniający sytuację, może być tą kroplą przelewającą dzban.
Właściwie co to znaczy?
Znaczy to tyle, że po 3 letniej, dość mocnej La Nina, zaledwie kilkumiesięczna faza El Nino nie zdążyła rozładować całego zapasu energii zachomikowanego w środkowym Pacyfiku. I jeśli teraz będzie zbierane jeszcze więcej tego ciepła, to kolejna faza rozładowywania może być naprawdę potężna. W skrócie: wszystko, wszędzie i w jednym momencie.
Problem nie polega oczywiście na tym, że gdzieś tam będzie padać, a gdzieś indziej nie. Problem polega na tym, że przez chaos klimatyczny nastąpi chaos w produkcji żywności i wzrost jej kosztów, czyli wzrost kosztów życia dookoła świata. Czyli problemy z dostępnością żywności w biedniejszych krajach i częściach społeczeństw, a kryzys kosztów życia dla klasy średniej większości świata. Co oznacza w dalszej konsekwencji spadek konsumpcji wyrobów przemysłowych i mieszkań, problemy płatnicze, w tym z obsługą pożyczek, etc. Taki normalny zestaw, którego próbkę przerabialiśmy rok-dwa lata temu i pełni konsekwencji jeszcze nie widać. A zbliża się druga runda...
Choć oczywiście możemy wierzyć, że od teraz fazy oscylacji pacyficznej będą po prostu krótkie, maksymalnie do roku i pomimo gwałtownego ocieplania klimatu, infrastruktura i produkcja żywności będzie to wytrzymywać i dostaniemy w prezencie czas na dostosowanie się.
Bym jednak powiedział, że wiara w cuda to dość słaby sposób na planowanie działań. A konkretnie to jest znacznie gorzej, bo ja sam zakładałem że długości i moc poszczególnych faz będą mniej-więcej stabilne, a wychodzi na to, że jednak nie. Że długość i siła stają się jeszcze bardziej nieprzewidywalne, więc możemy i powinniśmy się spodziewać nie tylko normalnego zestawu, ale właśnie znacznie mocniejszych niż dotychczas efektów tej oscylacji, sięgających dalej i jeszcze bardziej destrukcyjnie wpływających na wszystko.
W takim razie ile mamy czasu?
Odpowiedź jest prosta- nie wiadomo. Ale taki rozwój wydarzeń właściwie tylko umacnia moje przewidywanie, że następne El Nino będzie naprawdę olbrzymim testem dla spójności cywilizacji. I obecna prognoza oznacza, że mamy co najmniej rok mniej czasu niż mi się to wydawało miesiąc temu...
Na co można liczyć?
Na nic. Bez sprawnego światowego przywództwa nic się nie da zrobić. A tymczasem w USA prezydentem zostanie albo Joe Biden albo Donald Trump. Chyba że obaj nie dożyją wyborów...
Żaden z nich nie ma ani umiejętności ani chyba nawet zamiaru objąć tego światowego przywództwa i zrobić czegoś rzeczywistego dla próby ratowanie tego co się da. A przecież USA to jest 25% światowych emisji i właściwie należy do nich też doliczyć chiński przemysł produkujący szajs dla amerykańskich konsumentów. Amerykańska energetyka zmienia się szybko, ale jeśli chcemy mieć jakąkolwiek szansę, to szybkość spadku emisji musi być większa niż w ogóle cokolwiek kiedykolwiek planowano. I oczywiście nie będzie.
Czyli jaką mamy sytuację?
Zupełnie prostą- moim zdaniem zglobalizowana gospodarka przemysłowa stoi na ostatnich nogach i jest nie do uratowania. Co nie oznacza, że nagle ludzkość zapomni jak się robi samochody czy korzysta z prądu. Ale oznacza, że obszary faktycznie odcięte od współczesnej infrastruktur i technologii będą stawać się coraz większe i jeśli w ogóle będzie można mówić o zaawansowanym świecie, to pozostanie on w postaci wysp, współpracujących ze sobą w znacznie mniejszym stopniu niż dotychczas.
Więc te wyspy będą musiały się w znacznie większym stopniu opierać na lokalnych zasobach. I tu dochodzimy do prawdziwego sedna problemu- te zasoby muszą być. Nie jako "dostęp do rynków finansowych" czy "produkcja mięsa z pasz z innego kontynentu", tylko z rzeczy które realnie na miejscu występują.
Ja osobiście to zadanie odrobiłem kilkanaście lat temu i podjąłem stosowne działania. Jeden powód do stresu mniej, bo miejszam w miejscu, gdzie może zabraknąć iPhonów, ale nie zabraknie niczego co jest naprawdę niezbędne dla utrzymania życia, ekosystemu, a nawet działającego państwa i gospodarki. W najczarniejszym scenariuszu chaosu klimatycznego to już jest naprawdę bardzo dużo.
I wiecie co? Ja przez długi czas uznawałem za właściwą prognozę zmian klimatycznych najczarniejszą granicę konsensusu naukowego. Znaczy jak widełki były "od 0,5 C do 1,5 C w roku X", to po prostu uznawałem, że będzie 1,5 C, postępowałem stosownie do tego i jestem z tym bardzo OK. Tylko sytuacja zaczyna wyglądać tak, że dalsze trzymanie się tego algorytmu wygląda na nieodpowiedzialny optymizm.
Wybory w USA, przełomowy dzień
O wyborach w Urugwaju. I w sumie wszędzie indziej też.
A przy okazji po kongresie nagle się zdarzyły cuda. Otóż minister przemysłu, czyli Carolina Cosse zapowiedziało, że nie będą rozpoczęte żadne wywłaszczenia dopóki nie zostanie przeprowadzony pełen audyt skutków podwyższenia poziomu wody w zaporze Rincon de Bonete. Oficjalnym wyjaśnieniem tego podwyższenia jest produkcja elektryczności, ale faktycznie to jest kwestia wody dla papierni.
A w samym Montevideo ma być przebudowana główna ulica. Projekt przygotował Jan Gehl we własnej osobie, ale potem lobby samochodowe go kompletnie wykastrowało. Ostateczna wersja miała polegać na tym, że poszerzą chodnik, na ulicy będzie rozdzielony pas dla autobusów i samochodowo - rowery. Czyli faktyczne poszerzenie chodnika i namalowanie buspasu. Kpina. Ale kiedy już Martinez się odnalazł po kongresie to w projekcie magicznym sposobem pojawił się zakaz ruchu samochodów od Starego Miasta (czyli w kierunku popołudniowego szczytu) od 16 do 19 w dni powszednie. Czyli faktyczny powrót do projektu Gehla, bez formalnej zmiany. Cóż, lobby samochodowe, jak najbardziej powiązane z obecna władzą wyraźnie przegrało i rozpoczął się konkurs plucia im do zupy. Choć Martinez zrobił w tym zakresie dużo mniej niż zapowiadał. Czy spotkał się z oporem dużo większym niż spodziewany, a teraz się nie musi nim przejmować.
Po zwycięstwie Bolsonaro
Rewolucja energetyczna, oligarchia i postprawda.
Najgłupszy rząd świata
Jak Macron wygrał wybory we Francji
Jaka piękna katastrofa, czyli dalej o wyborach w USA
Trwa kampania wyborcza w USA. Od dawna, więc nic nowego. Ale jej przebieg jest już dość niezwykły, czego zresztą można się było spodziewać.
Nie jest to w żadnym przypadku większość społeczeństwa, ale za to solidna baza, fanatyczna część Partii Republikańskiej. Do tego dochodzi drobna grupa ludzi w jakiś sposób przekonanych do lokalnych polityków Republikanów, z różnych powodów, z których wcale nie ostatnim może być to, że akurat dany senator, deputowany czy gubernator może być przyzwoitym i pożytecznym dla lokalnej społeczności politykiem. Co prawda prawdopodobieństwo kariery takiej postaci w GOP nie jest zbyt wielkie, to nie to środowisko, ale jest to możliwe. Inna część elektoratu będzie też głosować na partię Lincolna i Eisenhowera, niezależnie od aktualnej polityki.
W tym wszystkim elity GOP, towarzystwo pełne cynizmu, za to pozbawione elementarnej wiedzy o świecie, zaczęło rozumieć kim właściwie jest Trump. Albo rozumieć, że to co prawda jest taki sam nieuk jak Reagan, ale bez zaawansowanej sklerozy, stąd nie można nim tak łatwo manipulować. Uświadomienie sobie tego faktu było pewnym szokiem dla elit Republikanów, dla których Trump też był dość wygodnym kandydatem, w tym sensie, że nie reprezentował żadnego skrzydła partii i wszyscy przypuszczali, że kto zyski ze sprzedaży ustaw przypadną temu kto akurat podsunie mu doradców i to był akceptowalny kompromis.
Trump był sprytniejszy, a co najmniej potrafiący bardziej agresywnie bronić swoich interesów. Co w połączeniu z jego kompletnym brakiem orientacji przyniosło bardzo zabawny efekt. Mianowicie cały white trash, to jądro GOP, stoi za nim murem. Nadęcie, totumfactwo, dewocja i kompletny brak orientacji w świecie w połączeniu z pogardą dla wszystkich i wszystkiego dookoła- to przecież musi imponować.
W takiej sytuacji możemy być świadkami bardzo ciekawych wyborów. Republikanie mają szansę nie tylko przegrać wybory prezydenckie w najgorszym stylu w historii, ale zupełnie realna jest utrata przez nich Senatu, a jeśli pociąg do przepaści nadal będzie się rozpędzać, to i Izby Reprezentantów oraz części gubernatorów.
A taki scenariusz w komplecie oznacza zupełnie nową jakość polityczną. W praktyce konsensus nie znany od czasów New Dealu. I wolne ręce w zakresie realizacji programu. Co oznacza w średnim terminie wyrok dla przemysłu paliw kopalnych, z USA jako liderem prześlizgniecie się przed katastrofą klimatyczną i bardzo złe wiadomości dla wszelkich dyktatur i półdemokracji zakochanych w ropie, gazie i węglu.
P.S.
W poprzedniej wersji tego tekstu nieprawdziwie podałem, że Kongres Polonii Amerykańskiej poparł Donalda Trumpa. Cóż, brałem informacje z nieodpowiednich źródeł, zdarza się. Tekst nie dotarł do zbyt wielu osób, ale jeśli kogoś uraziłem to przepraszam.
O finansowaniu partii i co z tego wynika
A tu dla przypomnienia kilka słów o polityku, który wiedzę miał podobną, znacznie więcej sprytu, ale nie odziedziczył miliarda dolarów i nowojorskich polityków, którym tatuś zasponsorował całą karierę:
https://www.youtube.com/watch?v=MbfsdC1Pxlc