Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory. Pokaż wszystkie posty

Program rządu Trumpa

 Stałych Czytelników przepraszam za pewien brak aktywności. I to zdecydowanie nie z powodu braku tematów, bo świat jaki znamy rozpada się na naszych oczach. Właściwie to właśnie oczekiwanie na taki lub zbliżony przebieg wydarzeń było powodem pisania tego bloga. Już kilkanaście lat temu. 

Co się dzieje w amerykańskich wyborach?

W ostatnich dniach się wydarzyły dwie istotne rzeczy w amerykańskich wyborach prezydenckich.

Pierwszą był oczywiście zamach na Donalda Trumpa, a chronologicznie drugim, acz ważniejszym, odmowa przyjęcia nominacji, czyli rezygnacja ze startu w wyborach przez Joe Bidena. Ważniejszym tylko dlatego, że Biden już prezydentem nie będzie, co można by było powiedzieć też o Trumpie, gdyby zamach był udany....

Zacznijmy od zamachu

To jest jakaś smutna część amerykańskiej tradycji politycznej. Bym powiedział, że generalnie mająca związek z zamknięciem amerykańskiego systemu politycznego w dwupartyjnym systemie, do którego wstęp jest obwarowany zgodą dotychczasowych elit na kooptację. czy ujmując to w innych słowach, system jest tak zabetonowany, że często jedynym możliwym głosem protestu jest przemoc. Zdecydowanie wolę bardziej inkluzywną demokrację. I w tym przypadku samo istnienie Trumpa jest oczywiście częścią takiego protestu ze strony wyborców- jeśli tak naprawdę zwykłe oczekiwania obywateli nie mogą zostać spełnione, bo obie główne partie je ignorują, założenie trzeciej jest praktycznie niemożliwe, to przedstawienie się jako człowiek z zewnątrz i zagospodarowanie takiego elektoratu protestu jest jedną z możliwych, opłacalnych strategii politycznych. I to przecież Trump robił, i robi nadal. Motywów zamachowca nie znamy i może ich nigdy nie poznamy, ale wiemy, że był to wyborca Republikanów. Jedynie mogę spekulować, że zaszedł gdzie właśnie taki mechanizm- od wiary w skuteczność kandydata protestu i tego żę Trump jest drogą wyjścia poza skorumpowany system dwupartyjny do rozczarowania, załamania takiej wiary i szukania zemsty za to rozczarowanie. Cóż. To tylko spekulacje.

Znacznie ciekawsze były fakty, a konkretnie karykaturalna wręcz nieudolność Secret Service, czyli amerykańskiej służby federalnej zajmującej sie ochroną najważniejszych osób w państwie (a kandydat głównej partii takim jest, nawet jeśli nie piastuje akurat żadnego urzędu). Nie ma co tu wchodzić w szczegóły taktyczne, kto potrzebuje ten znajdzie bez trudu. Po prostu z prawidłowo działającą ochroną ten zamach w taki sposób nie powinien się wydarzyć. Nie tylko zaraz po, ale i do dziś szefowa Secret Service konsekwentnie odmawia podania się do dymisji. Zapewne już niedługo, bo po rezygnacji z kandydowania przez Joe Bidena, tak czy inaczej będą musiały nastąpić zmiany. I nikogo lepsze do spektakularnej zmiany pod ręką na razie nie będzie. Dla szukających tu spisku- nie, nie ma żadnego. Życie Trumpa uratował drobny ruch głową już w trakcie lotu pocisku, a zresztą przypadkowy podmuch wiatru mógł i tak jego tor lotu zmienić na tyle, że kula byłaby śmiertelna. Takiego strzału się po prostu nie da zrobić jakąś ustawką, przeżycie zamachu było czystym przypadkiem. 

Niekompetencja SS bardzo wiele mówi o ogólnej sytuacji w waszyngtońskich elitach. Jeśli ktoś się stał już ich częścią to jego działania nie podlegają prawie żadnej kontroli ani weryfikacji. I jednocześnie atmosfera kompletnego oderwania od rzeczywistości, prowadzącego do epickiej niekompetencji jest tam wszechobecna. I właściwie nie bardzo wiadomo jak z tego wyjść. Przykładów jest mnóstwo. Od "broni masowego rażenia" w Iraku do aktualnego zarządzania pomocą wojskową dla Ukrainy, kryzysem żeglugi na Morzu Czerwonym i właściwie wszystkim czego się dotknie rząd federalny albo ustabilizowane amerykańskie elity. Jak zarządzanie Boeingiem. 

Sprawa Boeinga też jest kolejnym symptomem tego samego. Zostawiając na chwilę samo zarządzanie firmą, jest też kwestia federalnej odpowiedzi na poziomie politycznym. Otóż Boeing jest nawet nie tyle ekstremalnie ważną, co wręcz kluczową firmą w dla amerykańskiej infrastruktury, przemysłu lotniczego, kosmicznego i zbrojeniowego. W wielu miejscach kluczowych wręcz dla codziennego życia, jak też samego podstawowego funkcjonowania państwa, zwyczajnie nie można ich zastąpić. Przecież bez Boienga przemieszczanie się ludzi pomiędzy różnymi miastami w USA byłoby obecnie niemożliwe. I problemem przecież nie jest konieczność jakiejś ekspansji, nowej inżynierii finansowej czy czegoś takiego. Problemem jest zarządzanie ta firmą jak tanią pizzerią czy sklepem z butami, bez żadnego uwzględniania jej znaczenia dla funkcjonowania państwa. I najwyraźniej udziałowcom się to też podoba. Co oznacza, że rozsądne wyjście jest jedno- nacjonalizacja i natychmiastowe wyrzucenie zarządu, a następnie mianowanie ludzi, którzy będą będą brać pod uwagę znaczenie tej firmy dla funkcjonowania państwa i społeczeństwa. Co jak najbardziej może polegać na demonopolizacji, na ułatwieniu wejścia konkurencji na poszczególne rynki. Ale coś trzeba zrobić. Być może samo wyłączenie tej firmy z antykolejowego lobbing już by coś zmieniło. 

Jednak to są fantazyjne spekulacje. W sposobie widzenia świata przez amerykańskie elity nacjonalizacja w ogóle nie istnieje. Jeśli, może jakaś szalona radykalna lewica by jeszcze coś mówiła o nacjonalizacji jakiś bankrutów, to nacjonalizacja wypłacalnej firmy tylko dlatego, że sposób zarządzania nią prowadzi infrastrukturę w stronę chaosu i ruiny jest poza horyzontem pojmowania.  

I w tej sytuacji, galopującej niekompetencji w całych amerykańskich elitach, z rządem federalnym na czele, jest prezydent, który w oczywisty sposób nie ma jż sił życiowych i energii na kontrolowanie osób dookoła siebie. I ta niekompetentna administracja rządzi się sama. To jest oczywiście przepis na dryf w stronę katastrofy i amerykańscy wyborcy nawet zaczynali przychylnym okiem spoglądać na sponsowanego przez Moskwę faszystę. Do tego byłą już w miarę dobrze przygotowana i rozpędzona machina kompromitacji Bidena, według dość dobrych moskiewskich wzorców. 

I to wszystko Joe Biden popsuł rezygnując z kandydowania. Mamy rok 2024, dziś nikogo właściwie nie obchodzi, że kandydatem jest kobieta i to niezupełnie biała. A nawet jeśli to co najwyżej zapiekłych seksistóœ i rasistów, którzy i tak by głosowali na Trumpa, w przeciętnej elektoratu i wśród niezdecydowanych właściwie ich nie ma. 

Więc jaki mamy efekt? 

Otóż taki, że Demokraci się natychmiast zjednoczyli i zwarli szeregi wokół Kamali Harris, do kampanii wrócił (czy w ogóle pojawił się... ) entuzjazm, a Kacapy razem z Trumpem i amerykańską oligarchią nie mają przygotowanych montaży ani naracji dla zdyskredytowania Harris. I na szybko mogą coś zrobić co najwyżej po seksistowsko- rasistowskich liniach, które dzis niekoniecznie bedą w ogóle działać, a jeśli to słabo. 

Co o potencjalnej prezydenturze Harris?

Tak naprawdę w kategorii "zwykłej" niekompetencji to dużo gorzej od Bidena być nie może, więc pewnie nie będzie. Oczywiście poza zwykłą niekompetencją jest też kwestia czystej współpracy z wrogami ludzkości i cywilizacji i tu mówimy o Trumpie. Więc przy wyborze Trump vs. Biden to był wybór pomiędzy niekompetentnym i pozbawionym energii fizycznej i umysłowej kandydatem, a czystym promoskiewskim zdrajcą, zawodowym oszustem i człowiekiem który wybierał się na wybory po to aby uniknąć więzienia. 

Obecnie mamy wybór pomiędzy relatywnie młodym, jakoś kompetentnym politykiem, ze znacznie większym niż Joe Biden doświadczeniem we władzy wykonawczej (tak!), a tym drugim. Oczywiście wynik będzie wtedy kiedy będzie i taki jaki będzie, ale mój poziom optymizmu drastycznie się zmienił w ostatni weekend.

To wszystko jednak pokazuje jedną rzecz i ona jest naprawdę ponura:

Jesteśmy cały czas na granicy katastrofy. Balansujemy na linie. Prezydentura Trumpa będzie katastrofą nie tylko dla Ukrainy, ale dla każdego miejsca zagrożonego Rosyjską ekspansją. I to byłyby całe 4 lata. Jesteśmy kompletnie na granicy kompletnego chaosu klimatycznego. Rozregulowanie zabezpieczeń i wysiłków dla ochrony klimatu choćby w jednym z dużych państw zepchnie nas z klifu i to szybko.

Tym razem chyba się uda. Ale co będzie następnym?

Drodzy Czytelnicy, właściwie sytuacja jest taka sama jak od lat. Miejmy nadzieję, optymizm na dziś polega na tym, że "jakoś to będzie", ale myślmy o sobie, bo czasem jeden drobny podmuch wiatru dzieli nas od katastrofy. OK, w tym przypadku śmierć Trumpa może by nie była katastrofą. A może by była, bo znaleźliby się naśladowcy męczennika. 


 




Jeszcze o El Nino

 Ukazała się kolejna prognoza dotycząca oscylacji pacyficznej (El Nino, znaczy) . Aktualna faza El Nino może się zakończyć już zaraz, w kwietniu, a po czasie tranzycji nowa faza La Nina może być już nawet w lipcu. 10 lat temu to by nie była żadna specjalna wiadomość, ale już jesteśmy w sytuacji, że każdy drobiazg nawet niewiele zmieniający sytuację, może być tą kroplą przelewającą dzban. 

Właściwie co to znaczy?

Znaczy to tyle, że po 3 letniej, dość mocnej La Nina, zaledwie kilkumiesięczna faza El Nino nie zdążyła rozładować całego zapasu energii zachomikowanego w środkowym Pacyfiku. I jeśli teraz będzie zbierane jeszcze więcej tego ciepła, to kolejna faza rozładowywania może być naprawdę potężna. W skrócie: wszystko, wszędzie i w jednym momencie. 

Problem nie polega oczywiście na tym, że gdzieś tam będzie padać, a gdzieś indziej nie. Problem polega na tym, że przez chaos klimatyczny nastąpi chaos w produkcji żywności i wzrost jej kosztów, czyli wzrost kosztów życia dookoła świata. Czyli problemy z dostępnością żywności w biedniejszych krajach i częściach społeczeństw, a kryzys kosztów życia dla klasy średniej większości świata. Co oznacza w dalszej konsekwencji spadek konsumpcji wyrobów przemysłowych i mieszkań, problemy płatnicze, w tym z obsługą pożyczek, etc. Taki normalny zestaw, którego próbkę przerabialiśmy rok-dwa lata temu i pełni konsekwencji jeszcze nie widać. A zbliża się druga runda...

Choć oczywiście możemy wierzyć, że od teraz fazy oscylacji pacyficznej będą po prostu krótkie, maksymalnie do roku i pomimo gwałtownego ocieplania klimatu, infrastruktura i produkcja żywności będzie to wytrzymywać i dostaniemy w prezencie czas na dostosowanie się. 

Bym jednak powiedział, że wiara w cuda to dość słaby sposób na planowanie działań. A konkretnie to jest znacznie gorzej, bo ja sam zakładałem że długości i moc poszczególnych faz będą mniej-więcej stabilne, a wychodzi na to, że jednak nie. Że długość i siła stają się jeszcze bardziej nieprzewidywalne, więc możemy i powinniśmy się spodziewać nie tylko normalnego zestawu, ale właśnie znacznie mocniejszych niż dotychczas efektów tej oscylacji, sięgających dalej i jeszcze bardziej destrukcyjnie wpływających na wszystko.

W takim razie ile mamy czasu? 

Odpowiedź jest prosta- nie wiadomo. Ale taki rozwój wydarzeń właściwie tylko umacnia moje przewidywanie, że następne El Nino będzie naprawdę olbrzymim testem dla spójności cywilizacji. I obecna prognoza oznacza, że mamy co najmniej rok mniej czasu niż mi się to wydawało miesiąc temu...

Na co można liczyć?

Na nic. Bez sprawnego światowego przywództwa nic się nie da zrobić. A tymczasem w USA prezydentem zostanie albo Joe Biden albo Donald Trump. Chyba że obaj nie dożyją wyborów...

Żaden z nich nie ma ani umiejętności ani chyba nawet zamiaru objąć tego światowego przywództwa i zrobić czegoś rzeczywistego dla próby ratowanie tego co się da. A przecież USA to jest 25% światowych emisji i właściwie należy do nich też doliczyć chiński przemysł produkujący szajs dla amerykańskich konsumentów. Amerykańska energetyka zmienia się szybko, ale jeśli chcemy mieć jakąkolwiek szansę, to szybkość spadku emisji musi być większa niż w ogóle cokolwiek kiedykolwiek planowano. I oczywiście nie będzie. 

Czyli jaką mamy sytuację?

Zupełnie prostą- moim zdaniem zglobalizowana gospodarka przemysłowa stoi na ostatnich nogach i jest nie do uratowania. Co nie oznacza, że nagle ludzkość zapomni jak się robi samochody czy korzysta z prądu. Ale oznacza, że obszary faktycznie odcięte od współczesnej infrastruktur i technologii będą stawać się coraz większe i jeśli w ogóle będzie można mówić o zaawansowanym świecie, to pozostanie on w postaci wysp, współpracujących ze sobą w znacznie mniejszym stopniu niż dotychczas. 

Więc te wyspy będą musiały się w znacznie większym stopniu opierać na lokalnych zasobach. I tu dochodzimy do prawdziwego sedna problemu- te zasoby muszą być. Nie jako "dostęp do rynków finansowych" czy "produkcja mięsa z pasz z innego kontynentu", tylko z rzeczy które realnie na miejscu występują. 

Ja osobiście to zadanie odrobiłem kilkanaście lat temu i podjąłem stosowne działania. Jeden powód do stresu mniej, bo miejszam w miejscu, gdzie może zabraknąć iPhonów, ale nie zabraknie niczego co jest naprawdę niezbędne dla utrzymania życia, ekosystemu, a nawet działającego państwa i gospodarki. W najczarniejszym scenariuszu chaosu klimatycznego to już jest naprawdę bardzo dużo. 

I wiecie co? Ja przez długi czas uznawałem za właściwą prognozę zmian klimatycznych najczarniejszą granicę konsensusu naukowego. Znaczy jak widełki były "od 0,5 C do 1,5 C w roku X", to po prostu uznawałem, że będzie 1,5 C, postępowałem stosownie do tego i jestem z tym bardzo OK. Tylko sytuacja zaczyna wyglądać tak, że dalsze trzymanie się tego algorytmu wygląda na nieodpowiedzialny optymizm. 


Wybory w USA, przełomowy dzień

Minęły już trzy prawybory, w Iowa, New Hampshire, Newadzie oraz Południowej Karolinie . W pierwszych trzech największą liczbę głosów zdobył Sanders. Dla pokazania perspektywy- to się nigdy nie zdarzyło. To, znaczy zdobycie największej liczby głosów we wszystkich trzech pierwszych prawyborach przez kandydata. Z którejkolwiek partii. To pokazuje skalę poparcia dla Sandersa.

Ale ciągle w Iowa nie zdobył największej ilości delegatów. I to w ogóle były bardzo ciekawe prawybory. Ciekawe, ponieważ aplikacja, która miała pomagać w liczeniu zawaliła się. 
Zanim przejdę do szczegółów, to trzeba podkreślić skalę wyzwania. Otóż tam było zorganizowanych nieco poniżej 2 tys. obwodów głosowania. I z każdego miano przesłać wyniki pierwszego ustawienia wyborców, ostatniego oraz ilość delegatów. Czyli trzy rekordy, każdy po 4-7 zestawów liczb, zwykle dwucyfrowych. Licząc ze sporym zapasem, 8 liczb 16-bitowych każda, razy 3, razy 2048 (dla okrągłego rachunku) to daje .. z całego stanu. Tyle danych w ogóle trzeba było zebrać. Zajęło to.... tydzień. Aplikacja specjalnie zaprojektowana do tego zadania wysypała się od razu. Zapasowy kanał, czyli telefony były tak zorganizowane, ze nie dało się dodzwonić i przekazać informacji. Co w sumie nie miało aż tak wielkiego znaczenia, ponieważ reguły głosowania były tak sformułowane, że wiele z osób organizujących te głosowania sama ich nie rozumiała. A szkoleń wcześniej zaniedbano. 
Dla uzupełnia obrazu, ten soft kosztował coś ponad 150 tys usd., zapłaciła za niego oczywiście Partia Demokratyczna Ohio. Ale tylko w części. Resztę dorzuciła partia z Newady i...... sztab wyborczy Buttegiega. Prawie zaraz po rozpoczęciu liczenia, jak już się okazało, że cały system się zawalił, nikt nie zna wyników i nie wiadomo kiedy będą, co zrobił kandydat Buttiegieg? Ogłosił że wygrał. WTF?

I żeby było śmieszniej, po tygodniu, jak już czegoś tam się względnie doliczono (choć dokładnie tego chyba w ogóle nie zrobiono) okazało się, że najwięcej głosów zdobył Sanders, ale najwięcej delegatów Buttegieg. Prorok jaki czy co?

Południowa Karolina to następny interesujacy przypadek. Podobnie jak na całym Południu, Partia Demokratyczna tam prawie nie istnieje, czasem ma jakieś lokalne sukcesy, ale w polityce stanowej nigdzie tam się nie liczy. Nie ma członków, nie ma działaczy, jest garść ludzi wspominających dawne sukcesy, czyli czasy, kiedy rasiści byli związani z Demokratami, a nie Republikanami, jak dziś. Ale głosy delegatów na konwencji są tak samo ważne jak z Kalifornii. 
W 2016 roku w stanach, gdzie Partia Demokratyczna faktycznie istnieje, działa i liczy się w polityce to Sanders otrzymywał olbrzymie poparcie. Ale głosy z Południa poszły w całości na Clinton, podobnie jak aparatu partyjnego. 
Dziś mamy podobną sytuację. Z drobnymi poprawkami- poparcie dla Sandersa jest wyższe niż wtedy, a aparatczycy głosują dopiero w drugim podejściu. Czyli jeśli na konwencji będą delegaci przynajmniej 3 kandydatów i nikt nie uzyska większości w pierwszym głosowaniu. 

Ale Buttegieg już zrezygnował, Warren się nie liczy, reszta tym bardziej. Jest Biden, na którego stawia aparat partii, który, jak już pisałem, zdecydowanie woli przegrać wybory z Bidenem niż wygrać z Sandersem. 
I jest republikański miliarder, rasista i kolega Trumpa. Zaraz, zaraz, przecież mówimy o prawyborach w Partii Demokratyczej. No tak... Skoro Clinton mogła najpierw doprowadzić do bankructwa partię, a potem faktycznie ją przejąć, to dlaczego miliarder nie może sobie jej kupić?
Na szczęście jeszcze była debata, na którą go zaproszono. Zresztą tylko dzięki zmianie regulaminu w ostatniej chwili, czyli też pewnie za drobną dotacją. Ale Bloomberg, bo tu o nim mowa w debacie wypadł tak doskonale arogancko i niekompetentnie, że to akurat zostanie zapamiętane na długo. 

Tu wypada przypomnieć o jeszcze jednym drobiazgu: próg wyborczy do podziału delegatów wynosi 15%. I obowiązuje zarówno w hrabstwach jak też całym stanie, więc kandydat, który otrzymuje pomiędzy 15 a ok. 20% ma szansę dostać nieproporcjonalnie mały udział. 
Więc aby mogła być konwencja z trzema kandydatami, każdy z nich musi regularnie uzyskiwać przynajmniej te 15-20%. Biden tyle na Południu uzyska, często dużo więcej. Ale aby powstrzymać Sandersa, ktoś musi dostać głosy i mandaty poza Południem. I co więcej, bezpieczne 20% głosów, bo jeśli to będzie mniej niż 15%, to faktycznie przypadną najsilniejszemu. Czyli Sandersowi.

I w tej, niesamowicie ciekawej sytuacji, czekamy na wtorek. Wtedy 3.03 odbędą się prawybory w kilkunastu stanach. W tym Kalifornii i Teksasie. W Kalifornii wygra Sanders, na Południu Biden. I po raz pierwszy będzie też Bloomberg, który nie startował w ogóle w pierwszych czterech. 
Jeśli Bloomberg dostanie swój solidny udział delegatów, to gra jeszcze potrwa, będzie ciężka dla wszystkich, ale w końcu wygra pewnie Biden. 
 Następne pytane zależy czy ktoś wyraźnie wygra w Teksasie. Jeśli Biden, to gra trwa dalej, ale nadal ze wskazaniem na Sandersa. Jeśli Sanders, to prawybory można uznać za zakończone. Jeśli będzie coś w okolicach remisu, to Biden i tak jest na straconej pozycji. 
Ale wiecie co może być najśmieszniejsze? Że Bloomberg i Biden wzajemnie sobie poodbierają głosy i w kilku stanach mogą nawzajem się pozrzucać poniżej 15%

I zupełnie serio. Niezwykle rzadko się zdarza, że można powiedzieć, że zaraz będzie dzień, który zadecyduje o losach świata. Ale właśnie taki będzie. Stawką jest demokracja i socjalizm lub wyzysk przez oligarchię i zamordyzm. I kolejne 4 lata przyspieszonej erozji instytucji w USA może być nie do odrobienia przez wiele dziesięcioleci. 
Wam życzę obgryzania chipsów we wtorek, bo ja chyba będę obgryzać paznokcie....

O wyborach w Urugwaju. I w sumie wszędzie indziej też.

Drodzy czytelnicy!

Wszędzie zawsze się zbliżają jakieś wybory, w Urugwaju w sumie też. Choć akurat tutaj sytuacja jest o tyle zabawna, że nie wiadomo, czy będą, czy już były. 

O tyle nie wiadomo, że formalnie to dopiero będą, ale faktycznie nikt sobie nie wyobraża co by się musiało stać, aby kandydat Frente Amplio ich nie wygrał. To znaczy w miarę wiadomo, musiałby być to polityk pokroju obecnego ministra finansów, Daniela Astori, którego popularność jest raczej jednocyfrowa, ale to do momentu aż powie coś konkretnego publicznie, bo wtedy spada do ujemnej.
Ale był święcie przekonany, że jako jednemu z trzech najstarszych i najważniejszych polityków FA prezydentura mu się po prostu należy. Bo dwóch pozostałych, Jose Mujica i Tabare Vazquez już to stanowisko piastowało. 

Moim zdaniem był jedynym politykiem FA, który w ogóle mógł przegrać wybory prezydenckie. Ale kandydatem nie będzie. Czaił się, podchodził, ale w końcu Mujica go podpuścił, żeby publicznie się zadeklarował. Powiedział parę rzeczy, które można było zrozumieć jako poparcie, a następnie zapowiedział, ze spotka się z nim jak oficjalnie ogłosi swoją kandydaturę. Astori to zrobił, opowiedział mediom, że teraz wybiera się do Pepe prosić o poparcie i poszedł. Spotkanie się odbyło, a po nim Mujica powiedział publicznie, że Astori się nie nadaje. I to tyle na temat tej kandydatury. Jeśli najpopularniejsza publicznie postać w twoim bloku politycznym mówi, ze się nie nadajesz, to możesz iść na emeryturę. 
To była pierwsza runda. 

Ale najpierw dygresja, konieczna dla zrozumienia sytuacji. Frente Amplio najbliżej do czegoś co byśmy nazwali koalicją wyborczą, ale nieco bardziej sformalizowaną. Otóż powstała w 1971 roku i, z przerwą na trepokrację, istnieje do dziś. Pierwotnymi założycielami była Partia Socjalistyczna, Partia Komunistyczna i Partia Chrześcijańskich Demokratów, do tego doszło przez lata sporo mniejszych ugrupowań, Chrześcijańscy Demokraci zmienali nazwy z częstotliwością w miarę identyczną jak kolejne partie z udziałem Leszka Balcerowicza i obecnie nazywają się Frente Liber Seregni. Główna postacią FLS jest już wspomniany Astori i tu podobieństwo do Balcerowicza staje się jeszcze bardziej uderzające, bo polityka obu jako ministrów finansów była bardzo zbliżona, a wpływ na osobistą popularność właściwie identyczny. Ale Astori już zakończył karierę polityczną. Ministrem jeszcze jest, ale po tym jak go urządził Mujica, politykiem już nie.
W 1989 po kilku latach debat, do Frente Amplio przyjęto ugrupowanie Mujicy, Movimento de Participacion Popular (Ruch Powszechnej Partycypacji?, nie wiem jak to w miarę dobrze przetłumaczyć). W czasach nam bliższych jeszcze powstała frakcja Casa Grande, która programem jest praktycznie tożsama z MPP, ale jest ofertą dla ludzi, którzy nie chcą popierać faceta, który torturował przysłanych przez CIA specjalistów od tortur, z okazji wizyty prezesa GM spalił budynek przedstawicielstwa, obrabował całkiem sporo nomenklaturowych firm i pralni pieniędzy, a także uczestniczył w niezliczonych strzelaninach z policją, tudzież paramilitarnymi bojówkami (gdzie w tych realiach ślad praktycznie zawsze prowadził do Waszyngtonu. Lub Langley) oraz jego kolegów.

Po przyjęciu MPP Frente Amplio po raz pierwszy wygrało poważniejsze wybory (na burmistrza Montevideo), a w 2005 wybory prezydenckie i parlamentarne. To była inna epoka w dziejach świata, przed 2009 rokiem i wtedy kompromis komunistów, lewicowych partyzantów, centrowych socjalistów i zwykłych neoliberałów miał rację bytu, bo można było wypracować plan inkluzji społecznej opartej o wzrost gospodarczy na zasadach liberalizmu. Dzięki polityce socjalnej rynek rósł, konsumpcja rosła, wszystko ładnie wyglądało i ściągało inwestycje, a polityka fiskalna była taka jak inwestorzy lubili.
Impreza na całym świecie się skończyła w 2009, inwestycji przemysłowych na zasadach liberalizmu już po prostu nie ma. Czasem można ściągnąć coś, co jest ze względu na poziom zagrożenia dla ludzi i środowiska wyrzucane nie tylko z Europy, ale i z Chin. Ale i tu konkurencja do takich inwestycji jest ostra. Więc model stracił sens.
Ale wtedy (znaczy od 2010) prezydentem był Mujica.  W ramach polityki pokryzysowej po prostu państowe przedsiębiorstwa (państwowe monopole: UTE- energetyczny, ANTEL - telefoniczny i ANCAP - paliwowy)  rozpoczęły inwestycje na gigantyczną skalę. Czego długotrwałym (znaczy dzisiejszym) efektem jest sieć internetowa i energetyczna na poziomie światowej czołówki, czyli z zupełnie innej ligi możliwości finansowych i organizacyjnych. ANCAP dla odmiany rozpoczął program produkcji alkoholu z trzciny cukrowej. Niebyt liczne, ale w północno- wschodnim regionie kraju są obszary nadające się pod tę uprawę. Od lat pogrążone w nędzy, jak właściwie większość obszarów typowo cukrowych dookoła świata. Wraz z nowymi cukrowniami-gorzelniami wróciła praca i pieniądze (żałosne, ale i tak zmieniające wiele).
Po wyborach w 2015 roku powrócił prezydent Vazquez (konstytucja zakazuje kolejnych kadencji), który razem z ministrem Astori usiłują przywrócić wzrost na zsadach liberalizmu. Tylko ze tak to nie działa. Inwestorów w konkretne rzeczy już nie ma. Tonący brzytwy się chwyta i zawarli porozumienie z firmą UPM, producentem papieru, ze zbuduje kolejną (trzecią w Urugwaju) fabryke celulozy. Porozumienie wygląda tak, że Urugwaj ma zbudować (tak naprawdę odbudować) prawie 300 km linii kolejowej w europejskim standardzie, zagwarantować określony przepływ wody w rzecze, zbudować terminal do przeładunku w porcie Montevideo, ustanowić strefę wolnocłową ze zwolnieniem z wszystkich podatków i jeszcze parę innych takich, a UPM zobowiązało się do podjęcia decyzji czy zainwestuje w budowę papierni. Serio. I jest taka sytuacja, że podejmą decyzję do marca 2020, kiedy to wszystko, co ma zbudować rząd Urugwaju ma już być gotowe. A i jeszcze rząd ma zorganizować szkołę dla kadr technicznych, oni przyślą program. Żeby było śmieszniej są tam takie kwiatki jak to, że w obu równie obowiązujących tekstach (hiszpańskim i angielskim) stawka za przewozy kolejowe różni się 10-krotnie.
Ale pomińmy drobiazgi. W tym obrazie chyba nikogo nie zaskoczy, że aktualna polityka finansowa polega na maksymalnym dojeniu państwowych firm i wstrzymywaniu inwestycji. zgodnie z liberalną mantrą: inwestycje mają być prywatne, a budżet zrównoważony. Tylko nie ma ani jednego ani drugiego. Są państwowe inwestycje na rzecz jednej prywatnej firmy, za obietnicę rozważenia przez tę prywatną firmę czy w ogóle będzie inwestować.
A deficyt i tak jest praktycznie taki sam jak za Mujicy.

W takim klimacie gospodarczym i politycznym trwa kampania przed prawyborami. Znaczy mają one wyłonić wspólnego kandydata na prezydenta z ramienia Frente Amplio. Przegrany będzie wiceprezydentem. Z racji układu sił główni kandydaci są wystawiani przez Partię Socjalistyczną i MPP, pomiędzy nimi odbędzie się starcie. Partia Komunistyczna też tradycyjnie wystawiła swojego kandydata, który tradycyjnie zajmie trzecie miejsce.
Ze strony Partii Socjalistycznej kandydatem jest Daniel Martinez, obecny burmistrz Montevideo. Postać która całkiem lubię i nie mam żadnego problemu z tym że byłby to nowy prezydent. Miasto jest o niebo lepiej zarządzane niż poprzednio i sprawy zaczęły się zmieniać w rozsądnym kierunku, rozumie jak działa współczesny świat i kraj też by mógł być zmieniony. Problem polega na tym, ze jego wsparcie i zaplecze polityczne stanowi właśnie PS i co jeszcze gorsze, Frente Liber Seregni. Więc za bardzo nie może podskoczyć i w starciu zagraniczni truciciele vs krajowy rozwój przeważnie musza wygrać ci drudzy. Aczkolwiek jest to zawodowy polityk z solidnym doświadczeniem i potrafi sobie poradzić. 
Kandydatem MPP jest Carolina Cosse, obecnie minister przemysłu, wcześniej prezes Antela. Znacznie mniej znana i doświadczona. Właściwie można powiedzieć, że nie jest zawodowym politykiem, ale potrafi się znaleźć. Za to reprezentuje sobą MPP i Casa Grande oraz bardzo, bardzo solidne kompetencje inżynierskie, w tym po prostu rozumienie świata. O Martinezie zresztą można powiedzieć to samo.
Więc wybór jest pomiędzy dwoma naprawdę dobrymi kandydatami, z czego kwestia zaplecza, programu i podejścia do ekonomii sprawia, że kibicuję Cosse. 
Wiadomo, że jedno z nich będzie kandydatem na prezydenta, a drugie na wiceprezydenta. I wiadomo, że wykluczając nagłą nadaktywność Facebooka promującego rosyjskiego oligarchę, to kandydat Frente Amplio wygra wybory. BTW: tak, właśnie ruski oligarcha, wprost powiązany z Kremlem jest startuje w prawyborach w Partido Nacional, czyli najpoważniejszej opozycji wobec Frente Amplio. Znaczy urodzony w Urugwaju i wżeniony w KGB czy inny Gazprom, ale fakt jest faktem. I to dopiero prawybory.
Zakładając jednak, że wszystko potoczy się normalnie, to całemu światu można życzyć takiego problemu wyborczego. 

Więc będą prawybory, ale na razie była konwencja programowa Frente Amplio

Z której relację przedstawi nasz specjalny korespondent, który jest wykwalifikowanym dziennikarzem (w pewnym sensie):

"Kongres niespodziewanie postanowił, że zamiast prawyborów tym razem odbędzie się walka bokserska.
W prawym narożników stanął Daniel Martinez, zawodnik wagi ciężkiej, który po godzinach pracy jako prezes Ancapu własnoręcznie przerzucał szuflą tysiące ton ropy. W lewym narożniku Karolina Cosse, która potrafi w lot przeprowadzać operacje matematyczne których nazw nigdy nie słyszeliście oraz w niewyjaśniony do dziś sposób spowodowała, że mały kraik na końcu świata ma szybszy dostęp do serwerów Google niż miasteczko w którym te serwery stoją.
Zadzwonił gong i oczywiście waga ma znaczenie. Prowadzi, tak wyraźnie widać, ze prowadzi. To nie był gong. To Jose Mujica prowadzi czołg, który właśnie z chrzęstem gąsienic rozjeżdża ekipę Socjalistów i FLS. Już tylko słychać trzask łamanych kości i znikł... Czołg znikł. Martinez też. Nikt nie wie, czy żyje. 
Z ostatniej chwili. Po trzech dniach przerzucania zwłok byłych polityków odnaleziono burmistrza. Jest cały i zdrowy, ale powiedział, że przez te całe prawybory musiał zjeść kilku swoich kolegów i nie chciałby tego powtarzać.
Cosse została ogłoszona zwycięzcą przez walkowera."

To koniec relacji
Wydaje mi się wiarygodna, nieprawdaż?

Niestety pozostałe media podały tylko, że na kongresie podejmowano uchwały programowe. I były one bardzo ciekawe. Otóż zdecydowano o podwyższeniu podatków, zwłaszcza od większych firm i paru innych drobiazgach, które są bardzo dokładnie sprzeczne z polityką obecnego rządu i bardzo zbieżne z poglądami Mujicy. Co w skrócie oznacza, że PS i FLS byli tam w izolacji i wyraźnej mniejszości. I to jest bardzo mocna prognoza na wynik prawyborów. Jeśli tak, to mi się naprawdę wszystko podoba.

A przy okazji po kongresie nagle się zdarzyły cuda. Otóż minister przemysłu, czyli Carolina Cosse zapowiedziało, że nie będą rozpoczęte żadne wywłaszczenia dopóki nie zostanie przeprowadzony pełen audyt skutków podwyższenia poziomu wody w zaporze Rincon de Bonete. Oficjalnym wyjaśnieniem tego podwyższenia jest produkcja elektryczności, ale faktycznie to jest kwestia wody dla papierni.
A w samym Montevideo ma być przebudowana główna ulica. Projekt przygotował Jan Gehl we własnej osobie, ale potem lobby samochodowe go kompletnie wykastrowało. Ostateczna wersja miała polegać na tym, że poszerzą chodnik, na ulicy będzie rozdzielony pas dla autobusów i samochodowo - rowery. Czyli faktyczne poszerzenie chodnika i namalowanie buspasu.  Kpina. Ale kiedy już Martinez się odnalazł po kongresie to w projekcie magicznym sposobem pojawił się zakaz ruchu samochodów od Starego Miasta (czyli w kierunku popołudniowego szczytu) od 16 do 19 w dni powszednie. Czyli faktyczny powrót do projektu Gehla, bez formalnej zmiany. Cóż, lobby samochodowe, jak najbardziej powiązane z obecna władzą wyraźnie przegrało i rozpoczął się konkurs plucia im do zupy. Choć Martinez zrobił w tym zakresie dużo mniej niż zapowiadał. Czy spotkał się z oporem dużo większym niż spodziewany, a teraz się nie musi nim przejmować.  

Ktoś się mnie pytał o jakiś dokładniejszy opis poglądów politycznych. Właściwie tu odpowiedziałem. Ale w skrócie uważam, że państwa nie powinny służyć do tego, aby bogaciła się garstka, a do tego, aby jak najwięcej ludzi mogło wspólnie żyć, nie przeszkadzać innym ani sobie nawzajem, nie niszczyć sobie zdrowia, ani środowiska. Obecnie na skalę światową mamy problem koncentracji kapitału i to w coraz głupszych rękach, niszczenia środowiska i klimaty na skalę zagrażającą cywilizacji, a zaraz może i życiu na planecie. Więc po prostu trzeba prowadzić politykę, która uruchomi wiedzę i kapitał i rozpocznie inwestowanie w zmianę gospodarki na rozsądniejsza. To jest polityka jaką prowadził rząd Mujicy, to jest dokładnie polityka którą proponuje w USA Bernie Sanders, a na skalę UE Yanis Varoufakis. Krajowe partie to są Zieloni w Niemczech i Razem w Polsce. Ta propozycja polityki teraz ma swoją nazwę jest to "Green New Deal" i jak najbardziej spodziewam się dalszego jej wdrażania od 2020 w Urugwaju. 
I jak ktoś sie mniej zapyta o poglądy, to nie zawsze się we wszystkim zgadam z wymienionym towarzystwem, ale że oni wszyscy mówią mniej-więcej to samo, to można założyć, że jeśli dowolne dwie z tych osób czy partii mają tożsame stanowisko w danej sprawie, to i ja je podzielam. 

Po zwycięstwie Bolsonaro

Jair Bolsonaro, jeśli ktoś nie wie, to obecny prezydent-elekt Brazylii.

Brazylia jest federalną republiką prezydencką, w istocie ustrój jest dość podobny do znanego ze Stanów Zjednoczonych. Co oznacza, że prezydent ma naprawdę sporą władzę. Niekoniecznie w zakresie legislacji i czasem go zatrzymuje Sąd Najwyższy, czasem musi się dzielić władzą ze stanami, ale generalnie dość samodzielnie kształtuje politykę kraju. Zwłaszcza jak może liczyć na przychylność parlamentu federalnego, a Bolsonaro prawdopodobnie będzie mógł. 

Rewolucja energetyczna, oligarchia i postprawda.

Żyjemy w czasach rewolucji energetycznej, czyli w swej istocie kolejnej rewolucji przemysłowej (więcej o tym w tym tekście). Zmiana dominującego sposobu pozyskiwania energii i transportu zawsze stwarza nowych wygranych i przegranych. Ci którzy mają wygrać siedzą cicho i pracują, ci którzy mają przegrać, głośno krzyczą jak to jest świetnie, a po cichu szukają frajerów, którzy odkupią od nich biznesy, które jeszcze jakoś działają, ale świetlistej przyszłości nie mają żadnej.
Ten schemat się powtarzał nie raz. W czasach rozwoju żeglugi i możliwości taniego importu zbóż, arystokracja dzielnie trzymała się przy władzy, po cichu sprzedając majątki, a pieniądze pakując w huty i kopalnie. Ta operacja była możliwa dzięki temu, że posiadanie majątku ziemskiego łączyło się z prestiżem i/lub możliwością udziału we władzy państwowej, więc istniał na nie zbyt pomimo oczywistej nieatrakcyjności takiej inwestycji. Choć oczywiście udział we władzy i kontrola nad mediami pozwalała długo przekonywać publikę, że jednak nieruchomości ziemskie są doskonałą i dochodową rzeczą.
Identyczne procesy zachodziły przy okazji kolejnych zmian. Zapewne duże pieniądze były przeznaczane na to, aby przekonać publikę, że kanały żeglugowe mają się świetnie, kiedy cały interes już dawno zżerały pociągi i ciężarówki. Nie inaczej było cały czas z fabrykami wyposażonymi w starsze maszyny, etc.

Dziś trwa sobie nowa rewolucja energetyczna. Cały przemysł węglowy znika w odmętach przeszłości, zarówno górnictwo, jak też energetyka. Widać już dość dobrze, że bateryjne pojazdy elektryczne są zwyczajnie lepsze w olbrzymiej większości zastosowań od pojazdów spalinowych. Za tym musi przyjść spadek popytu na ropę i upadek przynajmniej niektórych z dzisiejszych producentów samochodów (zapewne większości).
Wiadomo, że energetyka odnawialna pozwala na skokowy spadek kosztów energii, tak samo jak pojazdy bateryjne. Oraz wiadomo, że mamy na świecie problem z klimatem spowodowany spalaniem paliw kopalnych, nie wspominając o "zwyczajnym" zanieczyszczeniu powietrza. Rozwiązaniem każdego z tych problemów jest przejście w całości na energetykę odnawialną i elektryfikacja transportu (i używanie biopaliw w nielicznych miejscach gdzie elektryfikacja jest niemożliwa lub zbyt kosztowna).
Rozsądna dyskusja może i powinna się toczyć na temat ścieżki likwidacji niepotrzebnego przemysłu, rozbudowy potrzebnego i zastępowania go, szans jakie to daje, mobilizacji ludzi i kapitału. W wielu miejscach się ona toczy.
Taka dyskusja powoduje jednak jedną, bardzo ważną rzecz- zarówno klasa polityczna, jak też opinia publiczna zdaje sobie sprawę, że model biznesowy oparty na paliwach kopalnych i silnikach wewnętrznego spalania jest skończony. Że fabryki działają i działać będą, ale żadnej przyszłościowej wartości nie mają, ich wartość należy wyliczać w ten sposób, ze można ich używać aż do zużycia i porzucić. Tak samo jak bezwartościowe się staną dotyczącego tego patenty, etc. To jest znacząca różnica w wycenie wszelkich firm. Zaczynając od odpowiedzi na pytane czy problemy z płynnością kopalni węgla są chwilowe i można trochę ją dokapitalizować i mieć poważny majątek, czy to tylko dziura w ziemi z której nigdy się nie wyciągnie ani grosza. 
Każde z tych pytań, a jest ich tysiące może być warte nie milion, a sto milionów. Albo kilkadziesiąt miliardów. Dolarów.

Zupełnie logiczną konsekwencją takiej sytuacji jest chęć przekonania przez aktualnie umoczonych w stary system, że absolutnie nie ma żadnej rewolucji, wszystko jest dokładnie tak samo jak było, a ci, którzy twierdzą inaczej to grupka fantastów i wariatów.

Wielki przemysł ma dość łatwo, bo opracował w ciągu dziesięcioleci metody i ma na usługach wystarczające sztaby ludzi, aby panować nad przekazem nawet przez dziesięciolecia. I ogłupić publikę do stopnia w którym nie można przeprowadzić dyskusji nad najprostszymi rzeczami. Przecież to jest zupełnie nieprawdopodobne z każdego rozsądnego punktu widzenia, że w ogóle dopuszczono do sprzedaży benzynę zawierającą ołów oraz, że nie wzbudziło to powszechnej dyskusji publicznej i refleksji przez kilka dziesięcioleci.

Dane o szkodliwości palenia tytoniu oraz badania nad siłą uzależnienia i metodami jego leczenia były jakby rozmywane i znikały z dyskusji publicznej. Dopiero procesy sądowe wykazały, że było to działanie z premedytacją prze koncerny tytoniowe, a kluczową rolę grała tu mała garstka skorumpowanych naukowców i olbrzymie budżety reklamowe, które pozwalały wpływać na linię praktycznie każdego medium o większym zasięgu.
To samo, tylko na znacznie większą skalę zostało powtórzone przy okazji debaty o zmianach klimatycznych.  Pieniądze firm od paliw kopalnych są znacznie większe, niż te o których koncerny tytoniowe mogły w ogóle marzyć.
Jedną z metod jest podważanie ustalonych faktów za pomocą pseudoinstytutów i podejrzanych uniwersytetów, które otrzymują relatywnie duże pieniądze za żyrowanie tekstów przygotowanych przez lobbystów jako prac naukowych. Następnie te rzekome prace stają się podstawą do następnych "badań naukowych". Całość treści takich badań można zawrzeć w jednym zdaniu :rozmywamy i podważamy nawet najbardziej oczywiste i wielokrotnie udowodnione fakty, które sa sprzeczne z interesami. Nie mówimy tu o żadnych kontrowersyjnych problemach. Mówimy o rozmywaniu powszechnej i znanej od stuleci wiedzy. Jak to, że metale ciężkie są śmiertelnymi truciznami, ale w mniejszych dawkach najpierw niszczą zdrowie fizyczne i psychiczne.  Następnie, kiedy już mamy "instytuty" i "badania naukowe" to możemy zacząć organizować "szkolenia". Zwłaszcza, że pieniądze nie grają roli to możemy oprócz "szkoleń" jeszcze dotować stosowne organizacje.

A kto może i powinien być beneficjentem takich szkoleń oraz dotacji? Przecież nie ten, kto rozumie na czym to wszystko polega. To jest prosty, czysty i oczywisty wróg. Beneficjentem powinien być ten kto po pierwsze nic nie rozumie, a po drugie ma lub może mieć w przyszłości wpływ na politykę. Nic nie stoi na przeszkodzie takiego kandydata wspomóc na każdym etapie kariery.

Wystarczy, że dzięki temu system utrzyma się jeszcze przez kilka lat. Wydatki na to wszystko są jedynie drobnym ułamkiem zysków. W bonusie mamy możliwość dociągnięcia przez prezesa do emerytury bez zainteresowania organów ścigania.

Na to ten schemat i metody dopracowane przez przemysł tytoniowy została dołożona druga warstwa. Dopracowane przez kremlowski reżim metody ogłupiania społeczeństwa przez tak intensywne podawanie sprzecznych komunikatów i masowe promowanie najdzikszych bzdur, że przeciętny człowiek po relatywnie krótkim czasie przestawał odróżniać prawdę od fałszu, co otwierało możliwości zupełnie bezkarnego robienia w polityce dokładnie wszystkiego, bo nikt nie był w stanie sam ocenić prawdziwości informacji, ani nawet wiarygodności źródeł.

W zakresie kształtowania opinii publicznej w interesie Rosji jest praktycznie dokładnie to samo, co w interesie zachodnich koncernów naftowych, więc kto stoi za daną częścią propagandy czasem jest trudne do odróżnienia. W końcu Rosja jest też faktycznie koncernem naftowym. W dość dobry sposób media Murdocha z Fox "News" na czele nauczyły się kremlowskich metod manipulacji społeczeństwem, a może było odwrotnie. Nikt tego nie wie, są to w końcu czasu postprawdy.
Interesy są te same, ale dla prezesa zachodniego koncernu najgorszą sprawą może być grzywna czy wyrok w zawieszeniu. Dla rosyjskich oligarchów, z prezydentem włącznie jeszcze większy spadek dochodów z ropy może oznaczać konieczność szukania państwa które im udzieli azylu.

Nie twierdzę, że każda decyzja i zawsze jest skutkiem lobbingu albo wsparcia przez stosowne koncerny kariery ludzi, którzy im pasują. Czasem rozsądny mąż stanu też podejmuje decyzje wprost w interesie określonych lobby. W niektórych przypadkach nawet długa i rozsądna dyskusja prowadzi do konkluzji, że trzeba udzielić czasowego wsparcia określonym gałęziom przemysłu. 
Czego przykładem jest polityka Niemiec, którym regularnie zarzuca się hipokryzję. I słusznie, bo odstawiając paliwa kopalne w energetyce, w przypadku transportu nieco pracują nad zmniejszeniem udziału samochodów osobowych, ale nie robią nic, co mogłoby naruszyć interesy lub choćby postrzeganie na świecie wielkich niemieckich producentów samochodów.  Którzy sami zajęli się truciem, jak zawsze, zamiast zmiany modelu biznesowego na możliwy do utrzymania w przyszłości.
Ale jedno to kompromis, czy nawet hipokryzja w ramach rozsądnej polityki, a drugie to jej kompletna negacja i działanie wprost w interesie całego tego towarzystwa.

Ten olbrzymi napływ pieniędzy i nacisk na opinią publiczną był w wielu miejscach naprawdę skuteczny.  Prezydentem USA został człowiek, który w każdym możliwym miejscu działa na rzecz lobby paliw kopalnych. 
Na szczęście przy okazji jest kompletnie nieudolny, więc działania regularnie przynoszą odwrotny efekt. Po wypowiedzeniu porozumień paryskich poszczególne stany, pod przewodnictwem gubernatorów Kalifornii i Nowego Jorku przejęły pałeczkę i zadecydowały o samodzielnym ograniczeniu emisji CO2 w na tyle przyspieszony sposób, że wykonają paryskie zobowiązania USA. Próba zniesienia sankcji wobec Rosji spowodowała to, że Kongres się obraził i sankcje przedłużył i zaostrzył. W tym wobec kolejnych oligarchów, a to własnie jest największy problem- potrzebują pieniędzy zablokowanych w ramach sankcji, gdy będzie czas zwiewać z Rosji. Najwyraźniej wielki biznes od trucia wszystkiego razem z  rosyjskimi wspólnikami w przypadku promowania Trumpa trochę przesadził. Pomysł był niezły- wziąć największego durnia, który nie będzie nic rozumiał i sterować go przez telewizor, bo z czytaniem słabo. Tylko poszło za dobrze. Dureń nie potrafi wykonać prostych poleceń.

Za  to nowy prezydent Francji nie przejmuje się niczym i zadecydował o wprowadzeniu kompletnego zakazu sprzedaży samochodów spalinowych. Za 23 lata, ale to jest konkret, z konkretnym terminem w poważnym kraju przemysłowym. Do tego czasu pozostanie jedynie dość małe zużycie paliw kopalnych w energetyce, głównie gazu, który jest potrzebny do bilansowania przerośniętej floty atomowej. Ta deklaracja to praktycznie wyrok śmierci dla biznesu naftowego. I Rosji przy okazji, oczywiście.

I na deser zostanie Polska. Kraj, który tak idealnie wpisuje się polityką rządową w interesy lobby węglowo- naftowo- rosyjskiego, że naprawdę nie wiadomo, czy to spisek i plan, czy po prostu wskazówki dotyczące polityki wprost przychodzą ze stosownych central do ministra, albo nawet bez jego pośrednictwa do departamentów legislacyjnych. Tak naprawdę nie podejrzewam, że mogą przyjść z którejkolwiek polskiej firmy, to nie ten poziom refleksji i orientacji w świecie. Ale z wielkich koncernów kontrolujących elektrownie węglowe? Jak najbardziej. Z zachodnich firm naftowych? Mniej, one w Polsce nie mają dużych interesów. Z Rosji? Ci mają. W każdej części rynku paliw kopalnych.
Teoretycznie można do tej listy dopisać jeszcze administrację Trumpa, ale wybory w USA nic w tej części polskiej polityki nie zmieniły, ta sprawa była wcześniejsza. Zapowiedzi i jasny kierunek był wskazany już przed wyborami w Polsce.
I tak samo jak Trump i Tillerson robią wszystko, co mogą w interesie Rosji, a że działają w ramach administracji i są nieudolni, to faktycznie niedużo mogą, tak działania polskiej administracji są w realizacji tychże wspólnych interesów Rosji i koncernów naftowych znacznie skuteczniejsze. 

Tak wygląda cała ta historyjka. Najpierw trzeba rozumieć fizykę i znać współczesną technologię na tyle, aby odróżniać rzeczywistość od kłamstw. Potem te kłamstwa poukładać w rządki i zobaczyć w jakie wzory się układają. Wtedy dokładnie widać w czyim są one interesie oraz bardzo dokładnie kto wspomaga ich dystrybucję. Co na przykład prowadzi nas do następnego pytania, o rolę Facebooka w ostatnich wyborach w USA. Wiadomo, że ich udział w rozprzestrzenianiu kłamstw i wpływie na wynik wyborów był nieproporcjonalnie wielki. Czego nie wiemy, to czy możemy wierzyć zapewnieniom Zucerberga, że to wszystko był uboczny skutek algorytmów dopasowujących wiadomości do osoby, czy jednak należy zadawać pytania, których nikt nie chce zadawać?


Najgłupszy rząd świata

Przyznam, że patrząc z daleka na UK ma sie wrażenie, że tym krajem od pewnego czasu rządzą ludzie wypuszczeni prosto ze szpitala psychiatrycznego, a co najmniej z zakładu z internatem dla upośledzonych umysłowo. 
W sumie ten ostatni opis dość dobrze pasuje do Public Schools (czyli prywatnych szkół z internatem, gdzie przyjmuje się tylko z referencjami), w których była wychowywana spora część brytyjskich elit, zwłaszcza konserwatywnych, więc zasadniczo wrażenie jest słuszne.

Jeden z członków tych elit dorobił się całkiem sporego majątku zajmując się usługami w zakresie oszustw podatkowych. Przestępczość jak każda inna, niewymagająca specjalnych zdolności, co najwyżej dobrych znajomości. Problem polega na tym, że jak ktoś dorobi się sporych pieniędzy to czasem mu się wydaje, że ma więcej rozumu niż inni ludzie. Jeszcze częściej ta cecha się pojawia w następnym pokoleniu. I tak nieszczęśliwe się złożyło, że przedstawiciel następnego  pokolenia został Pierwszym Ministrem Zjednoczonego Królestwa. 
Jest to kraj, który jak wiadomo, nie ma większych tradycji demokracji bezpośredniej. A dokładniej żadnych, bo konstytucja tego nie przewidywała. Ale na szczęście konstytucje tam może zmienić aktualny humor premiera, co też i zrobiono. 
Tenże człowiek o rodzinnych tradycjach drobnego kanciarstwa (choć na dużą skalę) już zrobił sporo w celu zahamowania wszelkich inwestycji, stworzenia na nieruchomościach bani, która zjada każdego oprócz tych, którzy byli właścicielami od dziesięcioleci oraz starannego demontażu państwa opiekuńczego w tym kiedyś legendarnie dobrej służby zdrowia. W takiej sytuacji uznał, że potrzebuje spektakularnego pokazania przez naród, że jest ceniony i kochany. I rozpisał referenda w sprawach, w których wszyscy się zgadzają. Jak na przykład dalszego istnienia wspólnego kraju z dobrą opieką zdrowotną, powszechnym dostępem do przyzwoitych warunków mieszkaniowych, etc. Tylko kraje mu się pomyliły, ale mimo to za pierwszym razem się udało. Uznał to za wyraźny sygnał poparcia dla swojego geniuszu i spokojnie zajął się przelewaniem budżetowych pieniędzy na konta kolegów ze szkoły dla upośledzonych. Tylko na już większą i jeszcze bardziej bezczelną skalę, obrazowaną np. przez Hinkey Point C.
Ale naród go kocha, więc trzeba zrobić następne referendum, w którym nikt o zdrowych zmysłach nie zagłosuje przeciw. 
I w taki sposób UK stało się pośmiewiskiem świata jako kraj kraj, w którym nie ma referendów, ale jedno zostało zrobione w celu podjęcia najgłupszej decyzji w historii. 
Swoją drogą w pokoleniu 65+ było najwięcej głosów za wyjściem, a im młodsi wyborcy tym bardziej chcieli pozostać. Wydaje się to dość głupie, ponieważ to najmłodsze pokolenie konkuruje z przyjezdnymi z Hiszpanii, Polski i Rumunii o dziadowskie resztki porządnych miejsc pracy, a emeryci uwłaszczeni w czasach thatcheryzmu pasożytują na nich wszystkich. 
Ale chyba należy przyjąć do wiadomości, że spora część tego pokolenia po prostu jest głupia, bo po Cameronie przyszła Teresa May. Jak pierwszy wydawał się nadętym kretynem oderwanym od rzeczywistości (co potwierdziły jego działania), tak dla tej pani trochę brakuje słów. Co prawda jeszcze nie zrobiła niczego konkretnego, ale jej podejście wróży temu krajowi jak najgorzej. 
Trzeba przyznać, że przynajmniej wzięła się do pracy. Autentycznie. Rozpoczęła trochę podróży po świecie w ramach konstruowania przyszłego brytyjskiego bloku handlowego. Pomysł był dobry, raz już taki blok był, dość duży i potężny. Tylko nikt jej nie powiedział, że jak był budowany poprzedni, to UK było światowym liderem technologicznym, a jak potencjalnemu partnerowi nie odpowiadała oferta handlowa, to argumentem była najpotężniejsza na świecie marynarka i niezbyt wielka, ale świetnie wyszkolona armia. Dziś z tego pozostała niezbyt wielka i nawet lepiej wyszkolona armia, ale to zdecydowanie za mały argument. I takie właśnie są efekty... Zerowe, jak na razie i nie stawiałbym na wielkie sukcesy w przyszłości. 
Tymczasem referendum w sprawie niepodległości Szkocji nie tylko nie zamknęło sprawy, ale własnie ja szerzej otworzyło. Miało być przytłaczająco wygrane, nie było. Różnica był mała, a następnie SNP praktycznie zlikwidowała brytyjskie partie w Szkocji. Co bardziej zaszkodziło Partii Pracy, ale i tak nie zmieniło układu sił w Izbie Gmin. 

Opisując komplet efektów rządów Camerona (i nieco May): w kraju sypie się infrastruktura, zarówno fizyczna, jak też społeczna, sam kraj jest na drodze do rozpadu, wyrzucił się z najbogatszego na świecie i najbardziej zaawansowanego technologicznie bloku handlowego i nikt nie ma pomysłu co dalej. 
W takiej sytuacji Teresa May spojrzała na sondaże i stwierdziła, że wspaniale rządzi, lud ją kocha i potrzebuje tylko mocniejszej legitymacji demokratycznej, a już obiecuje, że nadal będzie wysyłać pieniądze do kolegów ze szkoły dla upośledzonych. 

W sumie to poważnie zastanawiam się czy nie postawić na Corbyna jako premiera po wyborach. Przyznam, że mam co do niego jakieś wątpliwości, mam wrażenie jakiejś niespójności i chyba jest ono podzielane przez co najmniej część wyborców. Ale za to May pokazuje się bardzo dokładnie i spójnie- jako arogancka i bezczelna przedstawicielka oligarchii, czyli klasy, której wszyscy, dookoła świata, mają coraz bardziej dość. 

A sam najchętniej, i tak by było najlepiej dla wszystkich, bym widział po wyborach koalicję antykonserwatywną. Razem z SNP, LD, Plain Cymru i na dokładkę Greens (choć to jest akurat niemożliwe). Szkocja by w końcu poszła swoją drogą, znacznie bliższą Skandynawii, może Walia też. LD by wymusili odrobinę rozsądku w rozstawaniu się z cywilizacją i kraj miałby pewną szansę na miękkie lądowanie tam gdzie się wybiera. 
A wybiera się do trzeciego świata, pytanie o przywództwo to pytanie czy prostą drogą, czy może jednak zakosami i nieco zwalniając.

Jak Macron wygrał wybory we Francji

Jak wiadomo Emanuel Macron będzie nowym prezydentem Republiki Francuskiej. Wygrał przytłaczającą większością głosów z przedstawicielką Rosji, Marine Le Pen. I to bez specjalnych problemów, zamieszania, kontrowersji i afer w tracie kampanii.

Macron nie był najlepszym kandydatem i jest dość widocznym, że francuska klasa polityczna jest w kryzysie, podobnie jak w wielu innych miejscach zachodniego świata. Ale jednak wynik i przebieg wyborów drastycznie rożni się od tego co obserwowaliśmy w kampanii brexitowej i wyborach prezydenckich w USA.

Co się stało?

Po pierwsze- we Francji nie ma wielkich mediów, które z promowania ekstremalnych wizji politycznych oraz dość lekkiego podejścia do etyki uczyniły swój sposób na biznes. Oraz przy okazji otworzyłyby przestrzeń medialną dla czystego zmyślania lub promowania agendy całkowicie toksycznej dla życia publicznego. W USA i UK w tej pierwszej roli występuje koncern Murdocha. Po zdobyciu przez jego media pozycji na rynku powstało miejsce dla płatnych męt typu Breibart a następnie agend obcych interesów udających serwisy informacyjne, typu Al-Jazeera oraz Russia Today. Kiedy to ostatnie przechrzciło się na RT i zaczęło udawać obiektywne medium, dla obsadzenia radykalnej roli przystąpił "Sputnik". Nic z tego nie jest powszechnie dostępne we Francji. Tak, jest internet, tak samo nieufność do głównych mediów i dokładnie tak samo potężne finansowanie i sprawne prowadzenia dużej kampanii czarnego PR przeciwko tradycyjnym partiom, elitom politycznym  i w interesie Le Pen.

Oprócz mediów, nie było nic co specjalnie by się różniło od sytuacji w UK i USA. To co się stało, to brak politycznych efektów kradzieży danych i hakowania na gigantyczną skalę. Czyli tego, co bardzo zaszkodziło kampanii Clinton.

Tu dochodzimy do sedna. We francuskiej kampanii wyborczej sytuacja była dokładnie taka sama. Też była akcja włamywania się na wszystkie możliwe komputery i atak na gigantyczną skalę. Z tych samych miejsc co zawsze, fabryk trolli spod Moskwy i Petersburga. Też były kradzieże danych, a nawet ich publikacja. Ale nie przez Wikileaks, a przez 4Chan i to w ostatnim dniu kampanii.
Czyżby władze Rosji nagle stwierdziły, że przestępcze ingerencje w sprawy innych państw nie powinny mieć miejsca we wspólnocie międzynarodowej? Nieeeeee.

Zwyczajnie sztab Macrona wygrał to starcie.

A jak można wygrać starcie z masowym atakiem w celu kradzieży informacji? Obronić się nie da, to już przerabiało wystarczająco wielu. Ale można starannie monitorować próby ataków i zwyczajnie przy każdym z nich podstawić kilka maszyn i sporo specjalnie spreparowanej treści. I dokładnie to robił sztab Macrona, być z może z pomocą francuskiej policji.

Efekt?

Zwyczajnie- istotna część, a być może duża większość ukradzionych danych to były spreparowane nieprawdziwe historyjki oraz śmieci (co dokładnie, tego się nie dowiemy). Rosyjskie fabryki trolli nie były w stanie przerobić tych danych, tym bardziej odróżnić prawdziwych od nieprawdziwych. Stąd Wikileaks też ich nie opublikowało, bo nie miały żadnej gwarancji prawdziwości.

Tylko tyle i aż tyle. W trakcie kampanii nie było żadnego skandalu wyciągniętego z maili, bo nikt nie wiedział i jeszcze przez długie miesiące nie będzie wiedział co tam jest prawdą, a co nie. A może nigdy, bo nigdy nikt sobie nie zada trudu przejrzenia tego wszystkiego.

Za to już wiadomo jak się obronić przed masową kradzieżą informacji (bo niestety danych osobowych to nie będzie dotyczyć). Przynajmniej żeby zneutralizować lub choć ograniczyć bezpośrednie skutki ataku informatycznego. To jednak nie jest rozwiązanie na dłużą metę. W skali państwa pierwszą i najważniejszą rzeczą jest zmniejszenie możliwości ekonomicznych i rynkowych mediów, które stanową tubę wspierającą tego typu kryminalne działania. Na przykład dlatego, że same wspierają inne kryminalne działania i manipulowanie państwem na wszystkie strony.

Jaka piękna katastrofa, czyli dalej o wyborach w USA



Trwa kampania wyborcza w USA. Od dawna, więc nic nowego. Ale jej przebieg jest już dość niezwykły, czego zresztą można się było spodziewać.

Po jednej stronie mamy zawodowego polityka, któremu jest bardzo daleko do charyzmatycznego lidera, ale generalnie rozumie świat i pracę którą ma wykonywać. To jest Hilary Clinton, która będzie prezydentem wystarczająco dobrym, aby niestabilny dziś świat nie wybuchł kompletnie. 

Druga strona jest znacznie śmieszniejsza. Tam mamy faceta, który odziedziczył miliardowy majątek i świetne układy dla łatwego pomnażania go, a następnie sporą część (albo i wyraźną większość) stracił przez decyzje tak nieprawdopodobnie głupie decyzje biznesowe, że przeciętnemu człowiekowi trudno w to uwierzyć. Dość powiedzieć, że od lat 70-tych, gdy za pieniądze ojca zaczął inwestować w nieruchomości, za każdym razem kończyło się to wyłożeniem większych pieniędzy przez ojca, aby wyciągać go z bagna, które sam zrobił. Aż nadeszła radosna końcówka lat 80-tych, gdy u szczytu bańki na nieruchomościach zaczął kupować w najwyraźniej przypadkowy sposób hotele, kasyna i linie lotnicze. Co oczywiście skończyło się tak, jak zupełnie normalnie kończy się kupowanie nieruchomości u szczytu bańki bez grama rozumienia rynku. Z tego co wiadomo, w 1995 stracił 916 milionów dolarów. Nic nie wiadomo o innych latach jego prowadzenia interesów ani o obecnym majątku. Zapewne z ówczesnych "sukcesów" ocalił kilkaset milionów, z których zapewne większości pozbył się najpóźniej w 2009 roku. 
Gdzieś w tym czasie zmienił zawód, z nieudolnego biznesmena na showmena. Konkretnie agresywnego, prymitywnego przygłupa, który udaje światową postać, aby imponować najniższej kategorii oglądaczy telewizji. Nie jest jedyny, ani wyjątkowy. W Polsce w samej kategorii jest Janusz Korwin-Mikke czy Wojciech Cejrowski, w UK Jeremy Clarkson. Każdy z nich może dostarczyć nieco rozrywki, rozsądniejsi się z nich śmieją, głupsi wierzą, ale normalne, zdrowe społeczeństwo nie powierzyłoby władzy żadnej z tych postaci. Swoją drogą, chyba każdy z wymienionych przebył tą samą drogę- od milionera z domu do najemnego pajaca, co oczywiście łączy się z nałogowym zmyślaniem na temat własnego życia i kwalifikacji. 

Tę ostatnią cechę właśnie Trump wzniósł na wyżyny. Najwięcej mówiącym przykładem będzie to, że prawnicy zajmujący się bankructwami Trumpa, czyli zatrudnieni przez niego adwokaci, musieli spotykać się z nim po dwóch, aby zawsze mieć świadka, na wypadek, gdyby Trump wypierał się własnych słów. Krótko mówiąc, jest nie tylko nałogowym łgarzem, ale i prymitywnym łgarzem, bo po co regularnie okłamywać własnych adwokatów? Jedyna rzecz, która z tego przychodzi to wyższy rachunek od nich.

Te media, które zwykle mają apolityczną linię redakcyjną, w obecnej kampanii jednoznacznie ostrzegają przez Trumpem jako osobą niezdolną do wykonywania pracy prezydenta US. Taką deklarację przedstawia redakcja USA Today, pierwszy raz w swojej historii, pod każdym artykułem o Trumpie zamieszcza ostrzeżenie Hufinngton Post."New York Times" opublikował zdobyte przez siebie zeznanie podatkowe Trumpa z 1995 roku, co formalnie jest przestępstwem, redaktor naczelny to przyznał i uznał, że musi się dopuścić tego czynu dla ochrony kraju przed osobą niezdolną do pełnienia urzędu prezydenta.
Na tym tle mamy debaty prezydenckie, gdzie Trump nie potrafi powiedzieć jednego kompletnego zdania na temat swojej polityki, które miałoby jakikolwiek związek z logiką lub realnym światem, a najczęściej bazuje na kłamliwym stereotypie mediów ostatniego sortu i głupawym rozwiązaniu nieistniejącego problemu.

Na to nakładają się teksty obrażające wszystkich i bardzo dziwne zarzuty wobec różnych ludzi, które mają zwyczaj okazywać się rzeczami, które Trump chciał o sobie ukryć. Najzabawniejsze było, jak była Miss Universe obraził w serii tweetów, na koniec sugerując, że są z nią jakieś "sex tapes". dziennikarze zaczęli szukać i znaleźli... firmy pornograficzne z Trumpem.
Kiedy wyszły następne nagrania ze jego stylem odnoszenia się do ludzi, a zwłaszcza kobiet, to prominentni politycy Partii Republikańskiej zaczęli odcinać się od swojego kandydata. Co ma szansę podzielić partię na lata, a nawet ją rozbić.
Słowem- z punktu widzenia Republikanów kompletna katastrofa. Z punktu widzenia świata- kompromitacja amerykańskiej demokracji, że ktoś taki mógł zostać kandydatem głównej partii.
Na koniec- z punktu widzenia warstwy społecznej znanej jako white trash- zachwyt. W końcu mają swojego kandydata. Pokazuje, że ktoś na ich poziomie może należeć do elit, a nawet być nominowany przez Partię Republikańską na prezydenta. 

Nie jest to w żadnym przypadku większość społeczeństwa, ale za to solidna baza, fanatyczna część Partii Republikańskiej. Do tego dochodzi drobna grupa ludzi w jakiś sposób przekonanych do lokalnych polityków Republikanów, z różnych powodów, z których wcale nie ostatnim może być to, że akurat dany senator, deputowany czy gubernator może być przyzwoitym i pożytecznym dla lokalnej społeczności politykiem. Co prawda prawdopodobieństwo kariery takiej postaci w GOP nie jest zbyt wielkie, to nie to środowisko, ale jest to możliwe. Inna część elektoratu będzie też głosować na partię Lincolna i Eisenhowera, niezależnie od aktualnej polityki.

W tym wszystkim elity GOP, towarzystwo pełne cynizmu, za to pozbawione elementarnej wiedzy o świecie, zaczęło rozumieć kim właściwie jest Trump. Albo rozumieć, że to co prawda jest taki sam nieuk jak Reagan, ale bez zaawansowanej sklerozy, stąd nie można nim tak łatwo manipulować. Uświadomienie sobie tego faktu było pewnym szokiem dla elit Republikanów, dla których Trump też był dość wygodnym kandydatem, w tym sensie, że nie reprezentował żadnego skrzydła partii i wszyscy przypuszczali, że kto zyski ze sprzedaży ustaw przypadną temu kto akurat podsunie mu doradców i to był akceptowalny kompromis.

Trump był sprytniejszy, a co najmniej potrafiący bardziej agresywnie bronić swoich interesów. Co w połączeniu z jego kompletnym brakiem orientacji przyniosło bardzo zabawny efekt. Mianowicie cały white trash, to jądro GOP, stoi za nim murem. Nadęcie, totumfactwo, dewocja i kompletny brak orientacji w świecie w połączeniu z pogardą dla wszystkich i wszystkiego dookoła- to przecież musi imponować.

W taki oto sposób Partia Republikańska zakiwała się na śmierć. Ma kandydata uwielbianego przez hardkorowy elektorat i kompletnie nieakceptowalnego dla reszty społeczeństwa. Co więcej, partia promująca takiego kandydata jest kompletnie nieakceptowalna dla większości społeczeństwa. Na dziś wybór Trumpa jest całkiem prosty- może przegrać sam, odcięty od poparcia GOP i w żenujący sposób, albo przegrać zwyczajnie, jeśli utrzyma poparcie partii. Dla samej partii to wybór to utrzymanie poparcia dla Trumpa i ograniczenie się do poparcia najbardziej twardogłowej części elektoratu albo odcięcie się od Trumpa, walka o umiarkowanych i ryzyko walki z własną bazą, czyli w skrócie wojny domowej w partii. Która właściwie już się zaczęła.

W takiej sytuacji obie strony zachowują się całkiem rozsądnie. Partia Republikańska usiłuje udawać, że Trump nie istnieje (przynajmniej jej część, bo wspólnego frontu nie i nie będzie), a Trump otwarcie straszy działaczy GOP, że jeśli wycofają poparcie, to on wyciągnie konsekwencje, co pewnie oznacza apel do wyborców, aby nie głosowali na "tych co rozbijają Partię Republikańską". I zapewne ten apel odniesie skutek.
W takiej sytuacji możemy być świadkami bardzo ciekawych wyborów. Republikanie mają szansę nie tylko przegrać wybory prezydenckie w najgorszym stylu w historii, ale zupełnie realna jest utrata przez nich Senatu, a jeśli pociąg do przepaści nadal będzie się rozpędzać, to i Izby Reprezentantów oraz części gubernatorów.
A taki scenariusz w komplecie oznacza zupełnie nową jakość polityczną. W praktyce konsensus nie znany od czasów New Dealu. I wolne ręce w zakresie realizacji programu. Co oznacza w średnim terminie wyrok dla przemysłu paliw kopalnych, z USA jako liderem prześlizgniecie się przed katastrofą klimatyczną i bardzo złe wiadomości dla wszelkich dyktatur i półdemokracji zakochanych w ropie, gazie i węglu.

P.S.
W poprzedniej wersji tego tekstu nieprawdziwie podałem, że Kongres Polonii Amerykańskiej poparł Donalda Trumpa. Cóż, brałem informacje z nieodpowiednich źródeł, zdarza się. Tekst nie dotarł do zbyt wielu osób, ale jeśli kogoś uraziłem to przepraszam.

O finansowaniu partii i co z tego wynika

O powiązaniach Trumpa z Kremlem jest wystarczająco głośno, aby każdy kto chce już usłyszał. Medialne tuby propagandowe już roznoszą teksty "i co z tego?" oraz "Clinton też", a co większe bałwany nawet w to wierzą. 
Są to bardzo, bardzo rożne sytuacje. 
Zacznijmy od podstaw: w USA nie ma żadnego finansowania partii politycznych z budżetu. Ani dotacji na działanie w żadnej postaci, ani czasu antenowego w publicznych mediach, ani nawet jakikolwiek miejsc, gdzie partie polityczne mogą prezentować bezpłatnie swoją agendę. 
To w skrócie oznacza, że skądś trzeba mieć naprawdę duże pieniądze, aby w ogóle funkcjonować w polityce. To oznacza, że zarówno sami politycy, jak też, jeszcze bardziej, partie polityczne muszą, po prostu muszą dogadywać się ze sponsorami i lobbystami, aby w ogóle działać. Część, drobna część polityków jest na tyle charyzmatyczna, rozpoznawalna i ma opinię bycia przyjaciółmi szerokich mas, że może się bez tego obejść i finansować swoją działalność polityczną dzięki masowemu wsparciu przeciętnego społeczeństwa. Ale to są absolutne wyjątki, zawsze były i zawsze tak będzie. Kto twierdzi inaczej, ten nie bardzo zdaje sobie sprawę ze skali potrzebnego kapitału oraz, co najważniejsze, wysiłku jaki trzeba włożyć w pozyskanie, a jeszcze bardziej różnicy tego wysiłku dla pozyskania pieniędzy od małych darczyńców v. dużych sponsorów i lobbystów. Zwłaszcza ci ostatni sami przychodzą i wciskają forsę. 
Cyniczną ostatecznością w takim systemie jest stworzenie partii politycznej, która faktycznie jest biurem sprzedaży ustaw i koncesji. 
Jest to system polityczny znany i z Polski, zwłaszcza sprzed regulacji dotyczących budżetowego finansowania partii politycznych. Najbliżej ideału komercyjnej partii politycznej był chyba Kongres Liberalno- Demokratyczny, ale większość polskiej sceny politycznej lat 90-tych daleko nie odbiegała.

Odrzucając wszystkie pojedyncze decyzje (bo wynikały one z konkretnych interesów w danym czasie i miejscu), śmiało możemy porównać dzisiejsza Partię Republikańską właśnie do KL-D. Żaden jasny, spójny i konkretny program nie istnieje. Istnieją za to pojedyncze interesy.
Tak jak w czasach udziału KL-D w rządach, kiedy jednym z elementów programu było przekazanie prasy lokalnej w ręce kilku niemieckich koncernów, tak i tego typu rzeczy są nawet opisane w programie Republikanów. Swoją drogą kwestią prasy akurat zajmował się jeden z bardziej ambitnych działaczy tej partii, później znacznie bardziej znany i rozpoznawalny dzięki kaszubsko brzmiącemu nazwisku i niezwykle rzadko spotykanemu w Polsce imieniu.
Prawdopodobnie istnieli ludzie, którzy brali deklaracje i kampanię marketingową liberałów za dobrą monetę, ale na szczęście nie było ich zbyt wielu. "Gdańscy liberałowie" w czystej postaci już nie mieli czego szukać w polityce, później zawierać kompromisy ze środowiskami które miały jakiekolwiek spójne poglądy i możliwość przekonania wyborców na zasadzie innej niż nachalnego marketingu. To jest wyższa forma organizacji politycznej. Połączenie jakiś, jakichkolwiek, realnie istniejących środowisk, zainteresowanych życiem politycznym z ideą sklepiku z ustawami i koncesjami. W mniej więcej taki sposób powstała Unia Wolności, jako nowa jakość wynikła z połączenia dwóch kompletnie skompromitowanych partii. Na jedne wybory wystarczyło zanim tę partię znów wyborcy posłali w ch... Ale były i pieniądze, jak zawsze, i jakaś baza oddanych wyborców, więc można było dalej działać, potem znowu zmienić szyld, i tak dalej.
Bardzo, bardzo podobną instytucją jest Partia Republikańska. Ciężko o ustalenie jakiejkolwiek spójnej ideologii, czy wizji państwa lub społeczeństwa reprezentowaną przez tę grupę polityków. 
Za to reprezentacja konkretnych interesów- aaa, to zupełnie inna sprawa. Wiadomo, że chodzi o to, aby przemysł naftowy, zbrojeniowy i branża amerykańskiej pseudoopieki medycznej zarabiały jak najwięcej, a w szczególności zarabiać mają udziałowcy firm w tych branżach. Za to politycy biorą pieniądze dokładnie od tych udziałowców. 
Na dziś pewna komplikacja polega na tym, że to wszystko powoli przestaje działać. Idea nachalnej propagandy, którą przykryje się zwyczajne złodziejstwo jest tylko na tyle dobra, na ile skuteczna jest propaganda. W epoce kontrolowanej przez rząd prasy a następnie telewizji to mogło działać zupełnie dobrze. I działało. Całkiem spora część publiki wyczuwała fałsz, lecz poza oddaniem władzy drugiej partii nic się nie dało zrobić. Druga partia działa w takim samym systemie, więc nie może się dużo różnić. Jednak jeśli jedna z partii jest po prostu sklepikiem z ustawami, to te osoby, które mają zamiar służby publicznej w większości znajdują się w tej drugiej. Wśród innych jej działaczy, na przykład tych, którzy muszą zawierać umowy ze sponsorami i znajdować fundusze na działalność polityczna. 

To pokazuje jak ważne jest finansowanie partii politycznych przez państwo. Najlepiej z budżetu, ale pewnie inne metody jakoś by działały. Tak czy inaczej, partie i politycy powinny być odcięci od lobbystów, a skądś pieniądze muszą mieć.

Ale powyższy opis jest stanem statycznym. Dołóżmy do tego odrobinę dynamiki w postaci coraz lepszej komunikacji między ludźmi z pominięciem masowych mediów. Najbardziej ordynarne kłamstwa i naciąganie publiki w epoce gazet i telewizji mogło zupełnie dobrze działać. W epoce Twittera polityk, który swoją zarozumiałością przykrywa brak minimalnego rozumienia świata i działanie wyłącznie jako marionetka lobbystów staje się nie mężem opatrznościowym, a obiektem kpin. I to bardzo szybko. 

Stąd dla partii "sklepik z ustawami" rozwiązania są dwa. z których jedno jest niemożliwe. Pierwsze rozwiązanie to przyjąć jakąś ideologię, która może mieć związek z działaniem na rzecz dobra wystarczająco dużej grupy wyborców. To jest niemożliwe, bo oznaczałoby zmianę filozofii działania. Dlatego pozostaje opcja druga, czyli więcej tego samego. Aby zamieszać w głowie wystarczającej liczbie wyborców potrzeba było spowodować dezorientację w debacie publicznej oraz doprowadzić ją do pewnego poziomu agresji, aby nie można było prowadzić normalnej debaty (bo w spokojnej dyskusji politycznej ktoś mógłby zapytać o konkrety, zwłaszcza dotyczące interesów sponsorów). W epoce telewizji wystarczyło mieszać za pośrednictwem wystarczająco głupiej i agresywnej publicystyki telewizyjnej. W epoce Internetu trzeba tę dezorientację i agresję wznieść na znacznie wyższy poziom. 
W epoce telewizyjnej wystarczały odpowiednie kontakty z mediami. Często sama idea "sklepiku z ustawami" już to załatwiała automatycznie, bo właściciele mediów tez byli zależni od tych samych sponsorów z wielkimi pieniędzmi. W epoce Internetu to nie wystarcza. Na rozbijanie dyskusji publicznej, czyli mieszanie w głowach i promowanie agresji potrzeba znacznie więcej pieniędzy i możliwości. To oznacza, że trzeba sprzedać więcej i drożej. Targować się, ale nie przejmować niczym i nikim. 
I w taki oto sposób przebyliśmy ewolucję Partii Republikańskiej od Ronalda Reagana do Donalda Trumpa. Aktora, który miał swoją historię sukcesów, dobrą grą przykrywał prywatyzację wszystkiego i dokładne rozwalanie państwa w imię interesów wielkich koncernów. Ale nie sposób mu było zarzucić braku patriotyzmu, czy robienia działań sprzecznych z podstawową racja stanu. Owszem, większość polityki wewnętrznej była nastawiona na zwiększanie długu, niszczenie amerykańskiego przemysłu i klasy średniej, ale od szkodzenia masom społeczeństwa do zdrady kraju jest bardzo daleka droga. 

A dziś mamy Donalda Trumpa. Faceta, który całym swoim życiem udowodnił, ze w kategorii niemoralnego traktowania kontrahentów i nachalnej sprzedaży nie ma dla niego granic. Pozbycie się lokatorów przez olanie utrzymania budynku- nie ma sprawy. Nie zapłacenie podwykonawcom- a co za problem?  Taktyczne bankructwa aby wyrolować wszystkich? No big deal.
Poziom agresji w zachowaniu prywatnym i publicznym- nie do przebicia. 

W skrócie- kandydat zupełnie idealny dla partii politycznej działającej na zasadzie skorumpowanego biznesu, kiedy sprawy zaczynają iść źle. Prawdziwy problem polega na tym, że kiedy miejsce to zajmie właśnie prawdziwy fachowiec od konfliktowania wszystkich z wszystkimi i brania każdej możliwej forsy w każdy możliwy sposób, to jego klęska będzie już ostateczną kompromitacją. Dalej nie ma nic. Jest albo uczciwa dyskusja polityczna w celu rozsądnego kierowania państwem, albo destrukcja do poziomu delegitymizacji, czy wręcz dehumanizacji przeciwnika. Albo marginalizacja partii działającej w taki sposób. Tak jak znikł KL-D (choć niestety jego działacze wrócili), tak i ma szanse zniknąć Partia Republikańska. Na razie taka perspektywa jest zbyt odległa i wydaje się niemożliwa, ale naprawdę kandydatura Trupa jest tak ekstremalna, że dalej wszystko może się wydarzyć.
Zaczynając od faktycznego podziału GOP na dwie części- jedna sponsorowaną przez braci Koch oraz Rosję i drugą, która ma jakiś umiar w tym od kogo bierze forsę. Kampania wyborcza potrwa jeszcze trzy miesiące. Każdego dnia poziom konfliktu i agresji będzie rósł, ale i każdego dnia umiarkowani będą uciekać z obozu Trumpa, a jego zwolennicy konsolidować się w sekcie. 
Będzie zabawnie. Co prawda bardzo mało zabawnie gdy wygra, i to dla nas wszystkich, ludzi na świecie, ale przynajmniej w kampanii można się trochę ubawić.  

A tu dla przypomnienia kilka słów o polityku, który wiedzę miał podobną, znacznie więcej sprytu, ale nie odziedziczył miliarda dolarów i nowojorskich polityków, którym tatuś zasponsorował całą karierę:
https://www.youtube.com/watch?v=MbfsdC1Pxlc



Z frontu prezydenckiego w USA: tragedia zmienia się w farsę

Kampania w USA wchodzi w fazę komiczną. Nie mylić z kosmiczną.

Na placu boju pozostał po republikańskiej stronie tylko Trump, po demokratycznej teoretycznie Clinton i Sanders, praktycznie Clinton. W prawyborach demokratycznych, tak jak przewidywałem, zdecydowała dopiero Kalifornia. Zdecydowała, że jednak Clinton. Jeszcze nie do końca, nie ma wystarczająco delegatów zobowiązanych do głosowania na siebie, aby mieć zagwarantowaną nominację. Ale ma ich więcej niż Sanders i olbrzymie wpływy wśród działaczy partii, którzy mają sporo głosów (to tzw. superdelegaci). 
Clinton ma na horyzoncie kilka drobnych problemów z prawem, zwłaszcza karnym. Dotyczą nie tylko sprawy e-maili i naruszenia zasad bezpieczeństwa państwowej korespondencji, ale też kwestii korupcji przy wydawaniu zgód na sprzedaż broni (przy kontrakcie sprzedaży samolotów do Arabii Saudyjskiej jej fundacja otrzymała kwoty liczone w milionach dolarów zarówno od Saudów, jak też od amerykańskich producentów). Oczywiście to wszystko było legalne, przynajmniej częściowo. Poza tym amerykańska interwencja w Libii to też głównie jej robota. 
W skrócie- jest to osoba z samego środka skompromitowanego środowiska politycznego USA. Pytanie kiedy te rzeczy przejdą w wystarczającym stopniu do publicznej wiadomości. Najprawdopodobniej nigdy, ale w dzisiejszym świecie internetu nigdy nic nie wiadomo. Pojedyncza informacja może się w kilka godzin przebić do szerokiej opinii publicznej i zmienić jej nastawienie. 

Nie ma wyboru, bo kampania Trumpa zmienia się w być może największa farsę, jaką od lat widział zachodni świat. 
Otóż sztaby wyborcze co jakiś czas muszą publikować sprawozdania finansowe. W USA to jest dość poważny obowiązek, a nierzetelność to poważna sprawa. Więc i komitet Trumpa takie sprawozdanie opublikował.
Wynika z niego, że ma na koncie 1,3 mln dolarów, w maju zebrał 3,1 mln, pożyczył od kandydata 2 mln. Zobowiązania zaciągnięte w maju przekraczają 45 mln. 
Aby pokazać te liczby w kontekście: sztab Sandersa ma 15 mln na koncie i zebrał w maju ponad 9 mln, choć dla niego kampania jest już raczej zakończona. Sztab Clinton ma na koncie ponad 42 milion i w maju uzbierał 19,6. 
Widać, że coś jest mocno nie tak. Ale znacznie zabawniejsze sa inne liczby. Rozpoczynając kampanię w marcu 2015, Clinton zatrudniła ponad 200 osób, później kadra rosła, aż w szczycie prawyborów ustabilizowała się na poziomie około 800-850 osób, Sanders obecnie zwolnił poważną część kadry, zaczął kampanię później ale w jej szczycie zatrudniał około 1000 osób. 
A Trump?
Według sprawozdania zatrudnia.... 69 osób. To nie jest liczba, która w ogóle może w jakikolwiek sprawny sposób obsłużyć kampanię prezydencką w USA. 
W największym skrócie- kampania prezydencka Donalda Trumpa jest bankrutem. Natychmiast pada pytanie jak człowiek z majątkiem o deklarowanej wartości 10 mld dolarów, już praktycznie nominat jednej z dwóch głównych partii mógł się znaleźć w takiej sytuacji?
A to nie koniec. Łącznie z budżetu kampanii wydał na zakupy w swoich firmach ponad 6 mln dolarów. To jeszcze nie problem, prawo nakazuje sie rozliczać również z firmami kandydata po cenach rynkowych, a dlaczego nie ma np. urządzić konferencji w swoim hotelu? Ale w tym samym czasie powoli rozpoczyna się właściwa kampania prezydencka. Zdecyduje jak zwykle kilkanaście spornych stanów, trzeba tam prowadzić kampanię wyborczą. Clinton wydała już kilkanaście milionów, a Trump UWAGA! 0 dolarów. Dokładne zero na kampanie telewizyjną w najważniejszych stanach. Co więcej Clinon zawarła umowy i zarezerwowała czas antenowy na resztę kampanii. Trump, jeśli by chciał kupować reklamy telewizyjne, dostanie gorsze wejścia i zapłaci więcej. A bez tego nie dotrze do swoich potencjalnych wyborców, czyli kompletnych dołów społeczeństwa.

Pierwsza i najbardziej prawdopodobna odpowiedź brzmi- tak samo jak i jego kampania jest on bankrutem. A przynajmniej nie ma gotówki, ani możliwości dalszego zadłużania się, co w sumie na jedno wychodzi.

Patrząc na fakt, że od początku jego zorganizowanej aktywności w kampanii wyborczej, trwa znacznie mniej zorganizowany, ale bardzo skuteczny bojkot jego hoteli, to może być całkiem prawdziwe. Ale tego nie wiemy.

Inna możliwość wygląda jeszcze bardziej absurdalnie- Trump po prostu pracuje dla Clinton. Jeśli spojrzeć z boku na ego kampanię, to wszystko co robi, jest to nie tylko kompletny sabotaż kampanii, ale i kompromitowanie Partii Republikańskiej. Dzięki temu wybory może wygrać nawet taka osoba jak Hilary Clinton, choć zapewne wyborcy by jej nie pokochali, gdyby mieli wybór.
Trzecia możliwość, wcale nie wykluczająca dwóch poprzednich brzmi: Trump potraktował to jak biznes. To, czyli kampanię. Nie samo pełnienie urzędu, jak Clintonowie, tylko udział w kampanii. Wszyscy traktują to jako niezbędną inwestycje, on stwierdził, że jeszcze na tym zarobi.
Zresztą dokładnie to zapowiadał w 2000 roku, że kiedy będzie  kandydował na prezydenta, to będzie pierwszą osoba, która zarobi na kampanii. W sumie na razie zarabia. Przynajmniej na samej kampanii, bo straty wizerunkowe jego firm ciągną go znacznie mocniej w dół. Co świadczy o tym, że jego słowa należy traktować poważnie. A wspominając jego słowa o planach wobec Arabii Saudyjskiej, ropy, imigrantów, przemysłu i Rosji jest się czego bać. Zarówno w USA, zdecydowanie też Polsce jak i na świecie. 
Istnieje też możliwość, ze to wszystko jest częścią jakiegoś spójnego planu działania i wygrania wyborów. Ale w tej chwili ta kampania zmierza tak szybko i sprawnie w kierunku katastrofy, że Trump jest raczej  przedmiotem niż podmiotem tego planu.
Możemy też odrzucić drugie dno i założyć, że wyborami prezydenckimi zajmuje się dokładnie tak samo jak biznesem przez całe życie. Czyli nie ma zielonego pojęcia o tym co robi, wydaje mu się, że prowadzenie biznesu to tylko odpowiednia marka i znalezienie jeszcze większych jeleni, którzy od niego coś kupią oraz możliwie wielkie wydojenia każdego kto się nawinie. W związku z tym, że własnie przedstawiłem tu dość dokładny opis sympatyka Partii Republikańskiej, to metoda ta świetnie sprawdziła się dla wygrania prawyborów.  Opis ten jednak nie pasuje do przeciętnego mieszkańca USA, więc i w sondażach wyborczych ma, porównując czas przed wyborami, najgorszy wynika kandydata Republikanów w ostatnim półwieczu. 
Ale do wyborów jeszcze kilka miesięcy. Jeszcze nie ma nawet oficjalnych nominacji partyjnych, przypominam, że żaden z kandydatów Demokratów jeszcze nie ma oficjalnie zapewnionej nominacji. 
Stąd cały czas pytanie, nie czy, a kiedy na Trumpa i Clinton spadną katastrofy prawne i wizerunkowe wywołane ich wcześniejsza działalnością. Na Trumpa własnie spada w tej chwili, co oznacza, że konwencja nominująca kandydata znów zaczyna być otwartą sprawą. Co prawda delegaci są związani swoją deklaracją głosowania na Trumpa i jest to ponad połowa delegatów, ale w końcu to oni głosują. I jeśli wystarczająca ich ilość uzna, że to już przesada, to kto wie? 
Ale mentalność zdeklarowanego Republikanina to nie jest coś, co choć minimalnie cywilizowany człowiek z Europy jest w stanie ogarnąć, więc nie będę nic przewidywać. 
Jeśli, na razie potencjalny, zestaw afer dookoła Clinton eksploduje przed konwencją Demokratów, to kandydatem może równie dobrze być Sanders. Tu akurat żadne inna osoba nie wchodzi w grę, bo pozostała dwójka kandydatów, z których każdy może być wybrany bez żadnego naginania przepisów. 
Jak wcześniej pisałem, tylko Clinton ma w ogóle szanse przegrać z Trumpem. Cóż, sposób działania Trumpa, jakakolwiek jest jego motywacja, sprawia, że chyba nawet ona nie może przegrać. Co w sumie dość dobrze świadczy o USA. Choć bardzo źle, że w ogóle wybór tak wygląda.


PSL koło w USA, czyli prawybory według Clinton

Dalej trwają prawybory w USA. W poprzednim tekście pisałem, że Nowy Jork może rozstrzygnąć sprawę nominacji w Partii Demokratycznej w dwóch przypadkach- jeśli wygra Sanders lub jeśli Clinton wygra bez wątpliwości co do rzetelności głosowania. Sanders nie wygrał, za to jeszcze przed prawyborami burmistrz Nowego Jorku wysłał do Stanowej Komisji Wyborczej żądanie wyjaśnienia w jaki sposób i dlaczego z list wyborczych w samym Brooklynie zniknęło około 126 tys wyborców. W dniu wyborów był klasyczny scenariusz, znany już z prawyborów w Arizonie: zbyt mała ilość punktów wyborczych, obłędnie niskie tempo obsługi, seryjne awarie maszyn do liczenia głosów i wiele innych tego typu zdarzeń.

O stylu całego tego głosowania zaświadczyć może historyjka znajomego- udał się do lokalu wyborczego i usłyszał, że nie ma go na liście wyborców. Trzy tygodnie przed głosowaniem upewniał się, że jest, i to powiedział w komisji wyborczej. Cóż, był, nie ma, nic nie wiemy. W tym momencie powiedział, że natychmiast dzwoni do organizacji zajmującej się nadzorem nad prawidłowością głosowania (niestety, nie wiem, czy do służb miejskich, prokuratury, czy jakiejś NGO, ale nie ma to znaczenia). Po zapowiedzi i zamiarze zgłoszenia jego braku na liście- jego nazwisko odnalazło się. Ot tak, ktoś kartkę nie tak obrócił, czy coś. Wszystko w porzadku, zdarza się. Tylko zaraz po zakończeniu głosowania prokurator miejski Nowego Jorku powiedział, że call center do zgłaszania problemów obywatelskich ledwo się wyrabiało i w związku z tym rozpoczyna śledztwo w sprawie przebiegu wyborów.
Jeszcze w trakcie wyborów to samo zadeklarował miejski comptroller (czyli niezależny audytor, ale będący urzędnikiem publicznym). 
Następnego dnia po wyborach zebrała się Miejska Komisja Wyborcza New York City, czyli ciało nie wykonawcze, a nadzorcze i zawiesiło bez prawa do wynagrodzenia urzędniczkę odpowiedzialną za listy wyborcze w Brooklynie. 
Tak wyglądało głosowanie w mieście Nowy Jork. W pozostałej części stanu nie było większych problemów, kolejki do lokali wyborczych były w normie, spisy wyborców względnie zgadzały się z rzeczywistością i wygrał Berni Sanders.
Rzecz jasna, w skali stanu miasto waży tak mocno, że nic nie mogło zmienić wyniku. I nie zmieniło. 
Podsumujmy ostanie 10 prawyborów, które odbyły się na północ od równoleżnika 36 i pół (czyli dawnej granicy niewolnictwa)
W 8 z nich wygrał Bernie Sanders, w dwóch- Arizonie i Nowym Jorku- Hilary Clinton. 
W Arizonie wszystkie możlwe strony głośno narzekają na sposób prowadzenia prawyborów i domagają sie ich powtórki, o czym pisałem poprzednio. Nie sądzę, aby jakakolwiek powtórka była prawdopodobna, bo działacze Partii Demokratycznej twierdza, ze wszystko jest i było w porządku.
Skala, wielkość i donośność skandalu w Nowym Jorku jest większa, choć mi się wydaje, że prawdziwy zakres machloj wyborczych był mniejszy niż w Arizonie. Ale to bardzo trudno, czy wręcz jest niemożliwe do stwierdzenia. Jedyne co jest wiadome na pewno, to istnienie setek tysięcy wyborców, którzy chcieli wziąć udział w prawyborach w Partii Demokratycznej i im to bardzo różnymi metodami uniemożliwiono. Metody te czasem miały pewien związek z prawem, częściej nie, ale zawsze stanowiły drastyczne naruszenie kultury demokratycznej. 
Media nie bardzo lubią o tym informować, ale w świecie Twittera i Facebooka już nie musza...
Dla Clinton to jest wyścig z czasem- czy uzyska wystarczającą przewagę w prawyborach zanim metody działania jej i działaczy Partii Demokratycznej skompromitują ją i siebie dokumentnie. 

A dlaczego tak się dzieje? To proste. To Clinton ma dostęp do kasy. Olbrzymie pieniądze jakie jest w stanie załatwić od wielkich korporacji przepływają przez Partię Demokratyczną do jej komitetu wyborczego. To ona, jako Sekretarz Stanu załatwiała wielkie kontrakty eksportu uzbrojenia, dziś kwestia miliarda dolarów na kampanie nie stanowi większego problemu. Zresztą jak podliczono, łacznie ona i Bill otrzymali za wygłaszanie wykładów około 150 mln dolarów, zawsze może w razie czego dorzucić jakiemuś działaczowi na jego kampanię.
Sanders tego nie może i przede wszystkim nie chce zaoferować. Co drastycznie pogarsza jego popularność wśród działaczy oraz koncernów medialnych. Jak na razie w wyścigu Demortatów o nominację niewiele sie zmieniło. O tyle, że Clinton jest coraz bliżej bandy, za którą jest wkurzenie wyborców, którzy już nie bedą chcieli jej oglądać, co i działacze bedą usieli przyjąć do wiadomości. Otwartym pytaniem pozostaje kiedy to się stanie i czy zdąży wpłynąć na wynik prawyborów. A może dopiero po prawyborach, ale skompromituje i pogrązy kampanię Clinton w wyborach?

W takim razie przechodzimy do Republikanów. W nowym Jorku Trump wygrał, co oznacza, że nikt z pozostałych uczestników prawyborów nie ma realnej szansy na nominację. Co wcale nie oznacza, że to Trump zostanie kandydatem Partii Republikańskiej!!!
Jest on niepopularny wśród działaczy partii (podobnie jak Sanders wśród Demokratów), ale też w społeczeństwie. Za to potrafi zaprezentować sobą wystarczający poziom agresjii, aby przekonać do pójścia na prawybory wystarczającą ilość wkurzonych wyborców, co jak na razie całkiem dobrze działa. 
Na dziś realne pozostają dwa wyniki. Albo Trump uzbiera wystarczająco delegatów, by zostać wybranym w pierwszym głosowaniu na krajowej konwencji nominującej kandydata, albo nie. Jeśli tak- będzie kandydatem, lecz to jest nieco mniej prawdopodobne niż to, że tych delegatów nie uzbiera, wtedy ciągle otrzyma największą liczbę głosów, ale po pierwszym głosowaniu delegaci nie będa musieli głosować zgodnie z deklaracją. Co oznacza, że kandydatem na prezydenta będzie mogła zostać dowolna osoba, nawet nie uczestnicząca wcześniej w prawyborach. 
Kto- na dziś to niemożliwe do przewidzenia. Może władze partii mają już gotowy jakiś scenariusz, może kilku kandydatów, zależnie od tego który bedzie do zaakceptowania przez delegatów, a następnie przez wyborców.
W takim razie na dziś pozostają następujące scenariusze- jeśli Trump uzbiera 1237 delegatów to zostaje kandydatem Partii Republikańskiej i przegrywa wybory, prezydentem zostaje Demokrata. Z jednym wyjątkiem- nominację Demokratów otrzymuje Clinton, ale w trakcie kampanii wychodzi, że to ona stała za machlojami w prawyborach i automatycznie otrzymuje wynik jaki otrzymałby Nixon po Watergate, Trump zostaje prezydentem. Starcie Rosja kontra cywilizacja Rosja wygrywa przez walkower cywilizowanego świata i wszyscy mamy przechlapane.

W tej wersji módlmy się o to, aby machloje skompromitowały Clinton już wcześniej, albo wcale. Z Trumpem nawet ona wygra, bedzie rzadzić w imieniu banków, zbrojeniówki i własnego portfela, ale nie spowoduje żadnej wielkiej katastrofy.
Największą niewiadomą pozostaje inny kandydat Republikanów, ale można przyjąć za pewnik, że bedzie to człowiek środka. O poglądach i podejściu, które będzie możliwe do zaakceptowania przez jak największą grupę zarówno delegatów, jak też wyborców. Jeśli znajdą kogoś naprawdę bez poglądów za to z dobrymi umiejętnościami aktorskimi, to może byłby w stanie wygrać nawet z Sandersem. Co jest złą informacją, bo umiarkowany republikanin to ktoś, kto bedzie rządzić w imieniu wielkich banków zbrojeniówki i własnego portfela. Żadna wielka katastrofa, ale i nic dobrego.

A najzabawniej było w dalszej częsci głosowania w Newadzie 
Otóż pawybory wygrała tam Clinton. Tak przynajmniej podały media, nieprawdaż. Prawdaż podały. Tylko... nie wygrała. Wyborcy wybrali delegatów na poziomie gmin. Większośc delegatów miała reprezentować Clinton i tak wszędzie się podaje. Tylko następnie ci delegaci udali się na głosowanie i wybór delegatów na poziomie County. I w Clark County, obejmującym miasto Las Vegas, czyli 80% populacji stanu, delegaci Clinton generalnie nie stawili się. Komisja wyborcza tradycyjnie, starała sie pomóc jak mogła, działacze szukali delegatów, głosowanie odwlekano. W międzyczasie nawet ci, którzy przyszli dali sobie spokój i poszli, w końcu odbyło sie głosowanie i większość delegatów na konwencję stanową to delegaci Sandersa. Ale oczywiście we wszelkich zestawianiach podaje się, jakby na konwencji, której jeszcze nie było już wybrano stanowych delegatów przez tych, którzy nie przyszli.