- Dwie ciekawe rzeczy- wczoraj były wybory. Jak już wspominałem konstytucja zasadniczo jest dość podobna do tej z USA, i tak samo wybierano 1/3 Senatu oraz, co się różni, 1/2 składu Izby Deputowanych. Co istotne- wybory do izby niższej odbywały się według systemu d`Honta, a okręgi wyborcze pokrywają się z granicami prowincji (oraz okręgu autonomicznego Capital Federal).
- Ma to znaczenie o tyle, że różnice w populacji pomiędzy poszczególnymi prowincjami są znaczne, a Buenos Aires (prowincja) to ok. 12 mln mieszkańców, czyli ponad 1/4 populacji. Wobec czego dokładnie tam się koncentruje większość kampanii wyborczych. Z czego tez olbrzymia większość populacji prowincji stanowi Gran Buenos Aires (czyli miasto), ale należy wyłączyć z tego centralnie położony w aglomeracji Capital, który stanowi odrębną część Federacji, o populacji ok 3 mln. Struktura społeczna za to się różni w znacznym stopniu, za czym idą podziały polityczne. Capital- to przede wszystkim ośrodek handlu, finansów, administracji, itp., cała reszta miasta to przemysł, jeśli handel to lokalny, itp.
- Po tym przydługim wstępie- do konkretów. Wybory się odbyły, chyba wszyscy uczestnicy ogłosili zwycięstwo- znaczy zadowoleni... Ale, otóż wczoraj się zdarzyło pierwszy raz w historii, aby jakakolwiek opozycja wobec peronistycznego rządu wygrała w prowincji Buenos Aires (nie sprawdzałem tego dokładnie, bo historia tu nie ma takiego dużego znaczenia- zresztą może z wyjątkiem czasów Menema, który przed wyborami się podawał za peronistę, a potem okazał się neoliberałem- albo aferałem :))
- Tak czy inaczej- się zdarzyło- ale w dość dziwny sposób, bo od pewnego czasu niejaki Massa, burmistrz Tigre był mocno nadymany przez Grupo Clarin- czyli faktycznie olbrzymia większość telewizji, radia i sporą część prasy. Całkiem skutecznie, bo właśnie uzyskał ponad 40% głosów w prowincji- wobec czego ogłosił zwycięstwo.
- PRO, czyli partia rządzącego w Capitalu prezydenta (z bliskim zera poparciem gdziekolwiek indziej) uzyskała dwa mandaty w Senacie. Co prawda w samych wyborach do rady miasta poszło mu tak sobie- ale też mógł ogłosić zwycięstwo.
- Radicales jak najbardziej też wygrali- w niektórych prowincjach, tych w których zwykle, nawet nieco lepiej niż ostatnio.
- Rządząca Frente para Victoria tymczasem zwiększyła posiadaną większość, zarówno w Izbie Deputowanych, jak też w Senacie (a co najmniej utrzymali władzę- nie ma jeszcze ostatecznych wyników) - chyba też mieli prawo ogłosić zwycięstwo, choć zasadniczo dziś rano Clarin pisał, że FpV przegrała wybory. Dlaczego to już nie zrozumiałem, może to mój problem z hiszpańskim.. Choć właściwie to Gazety Wyborczej też często nie rozumiem...
- Czyli zasadniczo nic się nie zmieniło. Inna sprawa, że kolejne inicjatywy polityczne wypływające z La Ambajada działają tak długo, jak udają coś innego. Dopóki Massa przez parę miesięcy, ze wsparciem wielkich mediów był w stanie się przedstawiać jako peronista (w końcu na burmistrza był wybrany jako) to może nawet zgarnąć sporo głosów. Ale w końcu coś nastąpi- albo deklaracja w jedną, albo w drugą. W skrócie- albo się przyłączy do rządzącej koalicji, albo o większej ilości głosów następnym razem w prowincji może zapomnieć. Wśród klasy robotniczej naprawdę jest dość mało zwolenników globalizacji i fanów inwestorów finansowych. To tak w skrócie- jeśli zdarzy wam się wyczytać coś odwrotnego- w szczególności właśnie teksty o przegraniu wyborów przez peronistów (zwanych kirchnerystami przez Clarin- to jeśli wyjątkowo nie używają inwektyw).
- A tymczasem Sąd Najwyższy, kochany jako ostatnia ostoja sprawiedliwości przez inwestorów i innych takich wbił nóż w plecy. Dziś- już po radości z wygranych wyborów, zapadł wyrok. W sprawie zgodności z konstytucją przepisów ustawy medialnej zakazujących nadmiernej koncentracji. Jak łatwo się można domyślić- akcje grupy Clarin poszybowały w dół, 21 % w Londynie, zaledwie 7% w BA, bo tu szybciej zawieszono notowania.... Zresztą komunikat grupy po wyroku był oczywiście pełen frazesów o wolnym rynku i jego strasznym łamaniu, itp. (zresztą tez nie sposób było tego bełkotu dokładnie zrozumieć- ach ten trudny jezyk...) Dla wyjasnienia- zgodnie z ustawą mają sprzedać te aktywa, które przekraczają dopuszczalne limity koncentracji na lokalnych rynkach mediów i ogólnokrajowe. I tyle. A wyrok to jest akurat bardzo dobra wiadomość. Taki zalew chamstwa, dezinformacji, konfliktowania społeczeństwa i niszczenia wizerunku kraju za granicą, jaki uprawia Clarin może być porównywalny chyba tylko z polskimi mediami salonowymi, bo nawet największe palanty z np. Fox News trzymają jeszcze jakiś poziom.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywłaszczenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywłaszczenie. Pokaż wszystkie posty
Wybory w Argentynie- czyli nic nowego oraz wyżyny alternatywnej rzeczywistosci medialnej
Zmiana paradygmatu ekonomii
Jak wiadomo długotrwałym czytelnikom
bloga, w trakcie jego pisania nieco zmieniłem poglądy gospodarcze.
Bezpośrednim powodem tego było zapoznanie się z obecnym systemem
gospodarczym Argentyny (a raczej prowadzoną polityką) i wielce
odkrywcze spostrzeżenie, że to działa. Tak jak nadal uważam, że
maksymalne zwiększanie wolności gospodarczej jest korzystne dla
społeczeństwa jako ogółu, tak też za najistotniejsze
ograniczenie dla tejże wolności zacząłem postrzegać nie
działalność rządów, ale międzynarodowych korporacji,
ustalających własne reguły gry i niszczących, często w
bezwzględny i nieetyczny sposób lokalne gospodarki. O czym sam nie
miałem pojęcia wcześniej- w Ameryce Łacińskiej i Brazylii
powstała właściwie nowa szkoła ekonomii, kompletnie nie znana w
anglojęzycznym świecie, oczywiście w Polsce też. Nie podawałem
dotychczas żadnych źródeł- z prostego powodu- wszystkie które
znałem, były po hiszpańsku, ewentualnie portugalsku. Na szczęście,
jeden z wybitniejszych przedstawicieli tejże szkoły ekonomii jest z
pochodzenia Polakiem i trochę pisał po polsku, co tez jest dostępne
na jego stronie. Na początek mogę polecić wywiad dla GW, a potem
zdecydowanie polecam zapoznanie się z całością prac. Po
przeczytaniu całości przez niektórych mam nadzieję się pożegnać
z korwinowskimi bzdetami w komentarzach.
Tu całość, dostępna na licencji
copyleft.
Konflikt o Malwiny- są pierwsze ofiary
Jedna z tych ofiar właśnie wylądowała
u mnie na talerzu- ponieważ jest to kalmar. O co chodzi? Otóż w
ramach zimnej wojny pomiędzy Argentyną i Wielką Brytanią, rząd
argentyński sukcesywnie niszczy kolejne obszary gospodarki Malwinów.
Jak wcześniej pisałem- wielkie statki wycieczkowe na linii
południowoatlanyckiej mają obowiązkowe puntkty turystyczne w
Buenos Aires, „na końcu swiata” w Ziemii Ognistej oraz dalej
płyną przez Cieślinę Magellana i wzdłuż wybrzaża Chile.
Zazwyczaj zawijały tez na Malwiny- do niedawna, kiedy argentyński
rząd ogłosił, że coś takiego jest nielegalne- jako uznawanie
brytyjskiej suwerenności nad wyspami, wobec czego statki które
zawinęły do któregokolwiek portu na Malwinach (czyli praktycznie
Port Stanley) nie będą wpuszczane do Argentyny. Kompanie żeglugowe
dbają o swój interes, a w skali atrakcyjności turystycznej Buenos
Aires, czy Ushuaia (na Ziemi Ognistej) bije na głowę wyspy, więc
turyści znikli. Kompletnie i z dnia na dzień. Następna sprawą
było poszukiwanie ropy i gazu wokół wysp (według oficjalnej
propagandy brytyjskiej- jedyny powód konfliktu, g... prawda)- otóż
z jednej strony, po nacjonalizacji YPF nowy program inwestycyjny tej
firmy zakłada prowadzenie poszukiwań i wydobycia ze wspólnikami w
poszczególnych złożach (czyli potencjalnie spore pieniądze dla
poszukiwaczy ropy i to w relatywnie- jak na dzisiejsze czasy- łatwych
złożach), a z drugiej zapowiedziano pozwy przeciwko kazdej firmie,
która będzie bądz prowadziła prace poszukiwawcze lub wydobywcze
na wyspach, bądź je finansowała. Cóż- argentyński sąd
(generalnie uczciwy) raczej w tym wypadku odszkodowanie zasądzi- bo
w myśl Konsytucji, jest to terytorium Argentyny, więc byłyby to po
prostu nie zapłacone podatki i opłaty wydobywcze- i jeśli dana
firma ma jakikolwiek majątek w Argentynie...., albo nawet w innych
krajach z którymi Argentyna ma wystarczająco przyjazne stosunki (a
to jest prawie cała Am. Południowa- w tym Wenezuela). Krótko
mówiąc- racjonalnie zachowująca się firma naftowa nie będzie się
dotykać Malwinów, bo ma drobną szansę trochę zarobić i prawie
pewność sporo stracić. Pozostali tylko drobni spekulanci, których
kapitał jednak jest zdecydowanie za mały na przeprowadzenie całości
prac poszukiwawczych i wydobywczych spod dna morza na południowym
Atlantyku (bo to spore pieniądze), zwłaszcza wśród problemów z
finansowaniem. Nawet jeśli prace będą dalej prowadzone- to firmy
poszukiwcze w takiej sytuacji poprosza o bardzo hojne zwolnienia
podatkowe albo nawet dotacje. I wszystko w porządku- ale tak czy
inaczej budżet wysp za dużo z tej ropy, nawet jeśli jest- to nie
zobaczy.
I tu przechodzimy do budżetu.
Falklanczycy chwala się, że wyspy maja zdrowe finanse, są
samowystarczalne, oraz wysoki PKB, itp. To wszystko prawda, ale tenże
wysoki dochód budżetowy nie bierze się z produktywności
gospodarki, a redystrybucji wysokich dochodów (przynajmniej na
głowę) z opłat połowowych. I, co więcej gospodarka rybna jest
raczej rabunkowa, większośc gatunków ryb przełowiono, obecnie
ponad połowa budżetu to są dochody z opłat za połowy tylko
jednego gatunku- kalmara argentyńskiego- zresztą to nie rybacy z
wysp, tylko obce przedsiębirstwa, głównie chińskie, ale do
niedawna też Dalmor. Więc wracamy do zawartości mojego talerza.
Tenże kalmar ma ciekawy (politycznie) cykl rozrodczy. Rozmnaża się
w delcie La Platy (czyli obok Buenos Aires), a następnie dorastając
powoli migruje w stronę Malwinów. Rozwiązanie jest proste-
Presidenta poprosiła rybaków o odłowienie jak największej ilości
kalmarów zanim dotrą do wód terytorialnych Malwinów. Stąd
właśnie cena kalmara w okolicach kurczaka (ok. całego w lodzie w
porównaniu do rozebranych części kurczaka).
A przy okazji- to nie chodzi o drobne
ilości- połowy kalmara argentyńskiego (z czego większość
dotychczas na wodach brytyjskich) to prawie 1/4 ogólnych połowów
głowonogów na świecie. Oczywiście- jeśli zostaną odłowione
przed uzyskaniem optymalnej wielkości- łaczne połowy będą
mniejsze. Cóż, taka jest dla zwykłych ludzi cena polityki. Za to
budżet wysp po obecnym sezonie połowowym się prawdopodobnie
załamie. Z potencjalnych źródeł dochodów pozostaną tylko owce,
a to nie są duże pieniądze- zważywszy na konieczność transportu
niewielkich ilości, czyli przeładunku w jakimś porcie przed
przesłaniem na inny kontynent. I właśnie takich portów brak. W
praktycznie całej Am. Południowej to jest niemozliwe (no, chyba ze
ktoś zapłaciłby również argentyńskie podatki, uznając tym
suwerenność), gdziekolwiek indziej jest wystarczająco daleko, aby
zabić jakąkolwiek opłacalność.
Czyli wojna handlowa w pełni, na razie
ja się mogę cieszyć tanimi kalmarami, a od przyszłego roku
brytyjska metropolia będzie musiała zasypywać rosnący deficyt
budżetowy wysp- albo je pozostawić samym sobie. W pierwszej wersji
padnie mit o samowystarczalności, w drugiej spadający poziom życia
skłoni wielu mieszkańców do wyjazdu. Oczywiście- oba te
rozwiązania są rządowi Argentyny bardzo na rękę. Teoretycznie
jest też możliwy „stimulus” w postaci inwestycji w
infrastrukturę- ale tu znów- jeśli będzie ona o charakterze
militarnym, lub nadającym się do wykorzystania wojskowego, Wielka
Brytania musi się realnie liczyć z embargiem ze strony całej Am.
Południowej (niekoniecznie nastąpi w takim wypadku, ale to realna
opcja)- a jeśli o przeznaczeniu czysto cywilnym- to po pierwsze
potem będzie trzeba tą infrastrukturę utrzymać, a po drugie-
przyda się na czas po przekazaniu wysp Argentynie. Tak czy inaczej-
realnie rząd JKM ma wybory pomiędzy opcjami złymi i gorszymi. Jak
dotychczas postępuje tak samo jak z kryzysem- czyli stara się
ignorować problem i kontrolować propagandę, ale niestety-
propaganda to tylko słowa, a kalmar na moim talerzu, którym także
wygryzłem kawek dziury w budżecie wysp- był jak najbardziej
prawdziwy.
Czyli- zupełnie wyraźnie widać pierwsze efekty polityki- do której argentyński rząd jest zresztą zobowiazany konstytucją, coraz bardziej stan gospodarki wysp nie zalezy od nich samych, ani od Londynu- tylko od Buenos Aires. A że na razie to destrukcja? I tak bywa. I to tez jest ostrzeżenie- zmiany na świecie zawsze się odbywają czyimś kosztem, a często równiez koszem niepotrzebnej destrukcji- choć z mojego punktu widzenia kalmar był na zupełnie własciwym miejscu- obok szklanki wysmienitego wina.
Czyli- zupełnie wyraźnie widać pierwsze efekty polityki- do której argentyński rząd jest zresztą zobowiazany konstytucją, coraz bardziej stan gospodarki wysp nie zalezy od nich samych, ani od Londynu- tylko od Buenos Aires. A że na razie to destrukcja? I tak bywa. I to tez jest ostrzeżenie- zmiany na świecie zawsze się odbywają czyimś kosztem, a często równiez koszem niepotrzebnej destrukcji- choć z mojego punktu widzenia kalmar był na zupełnie własciwym miejscu- obok szklanki wysmienitego wina.
Lubelski Sąd Elektryczny- czyli wielki sukces Ministerstwa Statystyki
Czyli dokładniej Wydział VI Cywilny Sądu Rejonowego Lublin- Zachód, szumnie zwany e-sądem. Zaczynając od końcówki tytułu- Ministerstwo (oficjalnie) Sprawiedliwości rozlicza wszystkich i wszystko na podstawie statystyki- każda rzecz, którą można odnotować statystycznie jest sukcesem lub porażką- za to inne nie istnieją. Niestety, tak się nieszczęśliwie składa, że sprawy bywają bardzo różne, a nawet charakterystyka spraw w różnych sądach, a zwłaszcza ich wydziałach jest bardzo różna. W bardzo dużym skrócie- kult statystyki promuje załatwianie spraw „na odwał” oraz kompletne patologie typu hurtowe wysyłanie aktów oskarżenia przez prokuratury w prostych sprawach (typu „prowadzenie pod wpływem”, czy „posiadanie”) oraz równie hurtowe umarzanie w sprawach skomplikowanych (typu przestępstwa gospodarcze).
Ale wracając do naszych owieczek. Rząd ogłasza wielkim sukcesem wprowadzenie e-sądu. Otóż ładnie odtrąbiono załatwienie 2 mln spraw. Wynik zaiste imponujący- zwłaszcza, że obsada tego sądu to jakieś 100 osób. Tylko jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach. I te szczegóły są takie, że sąd ten można wręcz śmiało nazwać „diabelskim pomiotem”. Ani z sądem, ani z żadną podstawową sprawiedliwością nie ma on nic wspólnego- przynajmniej w realnej praktyce. Otóż- teoretycznie procedura wygląda tak, że powód przesyła do e-sądu elektroniczny pozew w którym przedstawia swoje żądanie i opisuje posiadane dowody. Dowodów tych nie załącza (bo nie ma jak) tylko obiecuje je przedstawić w razie przekazania sprawy do zwykłego postępowania. Oczywiście powód też wskazuje adres pozwanego.
I tu zaczyna się zabawa. Pierwszą rzeczą, o której należy pamiętać- to drobny fakt, że niezwykle istotnym uczestnikiem procesu w Polsce jest listonosz. A dokładniej to, że dwukrotnie awizowana i niepodjęta korespondencja jest uznawana za doręczoną. W praktyce oznacza to, że cyniczny wierzyciel podaje adres o którym wie, że jest nieaktualny licząc właśnie na zwykłe niepodjęcie korespondencji- w rzeczywistości sytuacja w której pismo wraca z adnotacją „adresat nie zamieszkuje” czy podobną jest raczej wyjątkiem niż regułą. Czyli nakaz zapłaty się uprawomocnia. Potem, wbrew pozorom wierzycielowi jest dość łatwo znaleźć dłużnika- komornik wysyła zapytanie do ZUS, paru banków, zajmie wynagrodzenie czy rachunek bankowy i nawet nie musi znać adresu- choć przy okazji też go dostaje. Sprawa załatwiona- a że dokumenty na które się powód powoływał w skrajnych wypadkach nawet w ogóle nie istnieją? Kogo to obchodzi- przecież jest 2 mln załatwionych spraw.
Ale idźmy dalej. Otóż nakaz zapłaty jest skutecznie doręczony. Załóżmy nawet, że domniemany dłużnik poradził sobie z kretyńskim formalizmem sprzeciwu od nakazu zapłaty- w takiej sytuacji nakaz traci moc (automatycznie) i sprawa jest przekazywana na drogę procesową- gdzie już względnie sensownie się można bronić. Ale- nie tak szybko.... W takim wypadku- „wierzyciel” ma jeszcze jedną piękną możliwość- przed pierwszą rozprawą powód może wycofać powództwo bez zrzeczenia się roszczenia (nie wchodzę w dalsze szczegóły- nie mają one tu żadnego znaczenia)- to w tłumaczeniu na ludzki język oznacza, że sprawy nie ma i tak jakby nigdy nie było. Nic nie zostało prawomocnie rozstrzygnięte, powód może sobie wnosić sprawę ponownie. I w skrajnie cynicznych (choć już należy je chyba nazwać kryminalnymi) przypadkach- a jakże wnosi. Z innym adresem pozwanego oczywiście.
Kto z tego korzysta- przede wszystkim wielkie firmy windykacyjne oraz nawet bardziej fundusze skrutyzacyjne- to drugie coś to fundusze kupujące hurtowo należności do windykacji, najczęściej drobne, od firm telekomunikacyjnych, pożyczkowych, czasem banków. Papierowe pozwy w takich sprawach są zwyczajnie nieopłacalne- zwłaszcza, że często fundusz nie jest w stanie wiarygodnie udowodnić swojego żądania, za to e-sąd wspaniale zmienił opłacalność takiego biznesu.
W trakcie pisania tego posta sobie akurat przypomniałem o sprawie idealnie się do tego nadającej. I nawet mogę ją spokojnie opisywać, bo akurat mojej własnej. Otóż dawno temu, chyba jeszcze w latach 90-tych (choć naprawdę nie pamiętam) pewna wielka firma telekomunikacyjna wymyśliła sobie, że jestem jej winny jakieś 1000 zł. Dokładnie tak- wymyślili sobie. Sprawa więc trafiła do windykacji wewnętrznej, potem normalnej firmy windykacyjnej. Przy każdym kontakcie (a bynajmniej ich nie unikałem- choć potem musiałem wyłączać telefon na noc...) uparcie twierdziłem jedną rzecz- zapłacę co do grosza, ale po wyroku sądowym. Żaden komornik wam nie będzie potrzebny- tylko najpierw mnie pozwijcie, pokażcie papiery i porozmawiamy o nich na sali sądowej. Efekt był taki, że ta „zwyczajna” firma windykacyjna wierzytelność rzekomo należną ode mnie zwróciła do rzekomego wierzyciela. Następnie- hurtem tego typu „trudne i o znikomym stopniu prawdopodobieństwa odzyskania” wierzytelności sprzedano firmie zajmującej się właśnie wierzytelnościami trudnymi. Zapewne za śmieszny procent nominalnej wartości- bo to w większości oczywiście są śmieci, przy których trzeba się narobić, a efekt jest też niewielki. W końcu ci też się odczepili. Wierzytelność, nie dość, że co najmniej wątpliwa to jeszcze dawno przedawniona- ale co tam- teraz mają e-sąd. Jest całkiem prawdopodobnym, że został, lub zostanie przeciwko mnie złożony pozew i oczywiście wydany nakaz zapłaty- bo formalnie wszystko będzie w porządku. Zapewne gdzieś będzie awizowany i prawdopodobnie wróci z adnotacją „nie podjęto w terminie”, czyli się uprawomocni. W taki oto sposób każdy wykona swoją pracę, paru cynicznych cwaniaczków zarobi ładne pieniądze- a wyrok zasądzający ode mnie te pieniądze akurat będzie nieściągalny- ale- przypuszczam, że z tych 2 mln spraw oczywiście dziewięćdziesiąt kilka procent to są normalne, prawdziwe i niesporne wierzytelności- ale co zresztą???? To jest powiedzmy 50 albo i 100 tys wyłudzonych wyroków sądowych. Przestępstwo doskonałe- bo pojedynczej osoby, która by robiła coś niezgodnego z prawem, a nawet moralnie szczególnie nagannego- praktycznie nie ma.
Zastanawiam się tylko jak długo by trwał zmiana tej patologii, gdyby przez przypadek wyroki tego typu otrzymało parę osób które mogą coś z takimi rzeczami zrobić.... Oczywiście- powodem w tym wypadku powinna być raczej firma zagraniczna i kwoty powinny być relatywnie niewielkie, aby można je było w miarę szybko ściągnąć z pensji, powiedzmy ministerialnej? Ale tak to właśnie działa- i w miarę wzrostu ilości e-wyroków prawdopodobieństwo takiego zdarzenia rośnie. Zobaczymy.
Cynizm i brutalna siła, czyli dalej o polityce
No i dziś stało się- La Presidenta ogłosiła, że właśnie skierowała do Kongesu projekt ustawy o nacjonalizacji YPF (znaczy narodowego koncernu naftowego, aktualnie własności hiszpańskiej spółki Repsol). Dla jasności- oczywiście Rapsol kasę za YPF dostanie i jak najbardziej może w tej sprawie się wybrać do względnie przyzwoitych, a na pewno niezależnych, sądów.
Konflikt argentyńskiego rządu z Repsolem trwał od pewnego czasu, z istotna eskalacją w ostatnich tygodniach.
Dla przypomnienia- o co chodziło? Dokładnie o politykę energetyczną rządu. Otóż- argentyński rząd uważa, że należy jak najszybciej zaprzestać eksportu ropy oraz zwiększać krajowe wydobycie. Repsol zapewne niespecjalnie był w stanie to robić, zwyczajnie mając problemy ze spłatą swoich długów. W ostatnich tygodniach rządy poszczególnych prowincji Argentyny cofnęły Repsolowi-YPF 15 koncesji na wydobycie ropy i gazu- z powodu braku eksploracji złóż.
Czas na drobną dygresję i nakreślenie sytuacji- otóż Argentyna wydobywa ropę w ilościach pozwalających na zaspokojenia krajowego zapotrzebowania w 50-70%, ale złoża są położone daleko na południu, a popyt oczywiście w regionie Buenos Aires i względnie gęsto zaludnionej środkowej części kraju. Więc Repsol uznał, że woli z południa wywozić ropę i sprowadzać gotowe produkty do Buenos Aires. To się nie podobało rządowi zarówno z powodów merkantylistycznych, jak też polityki energetycznej- zwłaszcza, że Argentyna jest importerem netto ropy. Poza tym, jak wiadomo, jest olbrzymim producentem biopaliw oraz olejów spożywczych, które zawsze na paliwo można przerobić. Co najwyżej ich cena wzrośnie w Europie...
Zresztą, jak mi się wydaje- bo oczywiście nie mogę dokładnie wiedzieć, jakiś czas temu Repsol sprzedał dość okazyjnie sporą cześć udziałów w YPF tutejszym, dość zamożnym przemysłowcom, zdaje się mającym dobre relacje z rządem. Cóż- kasa zawsze fajna rzecz, ale jak widać, nie przysłania polityki państwowej.
Za to przyznam, że jedna z rzeczy nieco mi umknęła. Otóż w tutejszym klonie „Gazety Wyborczej” dziś był artykuł na całą pierwszą stronę, że pod wpływem rządu hiszpańskiego cała Unia Europejska solennie potępiła działania Argentyny- czy coś takiego, widziałem tylko nagłówek, gazety nie kupiłem, a po publikacji projektu ustawy tamten temat jakoś mocno przycichł. Ale rząd hiszpański oczywiście się odezwał, że to „naruszenie tradycyjnych dobrych bilateralnych stosunków” i że „za parę dni przygotują odpowiedź, jakie środki podejmą, aby odpowiedzieć na tą decyzję”. Czyli tak w skrócie, to mogą sobie i tym sami dobrze o tym wiedzą... Embargo? Argentyna tego prawie nie zauważy, Chińczycy się ucieszą, a co biedniejsi mieszkańcy Europy przejdą na dietę bezmięsną.
Więc tak naprawdę- to posprzątane. W Kongresie spora większość dla tej ustawy jest- nawet najbardziej zajadła opozycja twierdzi tylko, że rząd nie ma większej wizji samowystarczalności energetycznej, a to jest populizm i już nie ma dużego znaczenia po cofnięciu koncesji na eksplorację, ale i tak raczej z tego wynikało poparcie dla projektu niż zamiar odrzucania go. Zresztą i bez tego partia rządowa ma większość.
Ale- to jest kolejne poważne ostrzeżenie o dzisiejszym świecie. Rządzi ten, kto ma surowce energetyczne oraz siłę- militarną czy polityczną, aby je kontrolować. Bankrutująca Hiszpania takiej siły nie ma. Naprawdę niezwykle skuteczna dyplomacja argentyńska pozwala uzyskiwać tą siłę do obrony żywotnych interesów państwa.
I oczywiście, zapewne też rzecz, którą będziemy widywać coraz częściej. Kraje, które nie są uzależnione od eksportu ropy, w miarę mozliwości będą go po prostu zakazywać. Po Iraku, Libii i sankcjach wobec Iranu, ilość roy dostępnej na wolnym rynku gwałtownie maleje. Wkrótce- może kwestia lat, a może tylko miesięcy kupią ją tylko silni. Dla innych nie będzie. Za żadne pieniądze.
Teraz cyniczny kawałek- ta argentyńska rodzina ma ponoć 25% akcji YPF- oczywiście też zostanie wywłaszczona, zakładając, że plotki o cenie za jaką Repsol próbował sprzedać YPF w ostatnich tygodniach są prawdziwe- to jest mowa o 25% z 12 mld dolarów, czyli 3 mld. Nie jest wykluczone, że jakaś część z tego może wprost do rządzących. I ja teraz powiem- i co z tego? To jest jakieś 70 dol. na jednego mieszkańca Argentyny. W porównaniu do 250 dol miesięcznie na ZUS w Polsce- to mogę odpowiedzieć- i co to jest? Podajcie mi numer konta, sam te drobne wyślę, uczciwie zapracowali.
Subskrybuj:
Posty (Atom)