Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chiny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chiny. Pokaż wszystkie posty

Mroczny sezon wyborczy

Zbliżają się wybory w USA. Z jednej strony całkiem ważne, a z drugiej właściwie to istotne rzeczy wydarzą sie niezależnie od ich wyniku i w podobnym czasie. Więc można najpierw wspomnieć o dwóch innych- w Mołdawii i Gruzji. Właściwie to jeszcze nie zakończonych w momencie kiedy to piszę.

Katastrofa o biblijnych proporcjach

Epidemia to jest jedna rzecz. Druga to jej efekty ekonomiczne. I tu było olbrzymie miejsce do popisu dla władzy, która mogła rozsądnie przezimować gospodarkę, albo udawać, że nic się nie dzieje, czy wręcz w imię neolibskich durnot dać ludziom ochłap na chwilę, ale pogłębić problemy z płaceniem za nieruchomości.
I to ostatnie przyjęto jako drogę postępowania w USA. I wszyscy za to zapłacimy. Drogo.
Mianowicie w ramach tarczy antykryzysowej wysłano tam po czeku na 1200 usd, zawieszono eksmisje i dołożono całkiem sporo do zasiłków dla bezrobotnych.
I teraz: czek był jeden, był i znikł, nie ma. Epidemia, nawet w przypadku sprawnych działań i tak by trwała dłużej niż się na początku spodziewano. A z działalnością rządu Trumpa, po pół roku jest znacznie gorzej niż ktokolwiek mógł przewidywać.

Co to wszystko oznacza?

Otóż to, że ludzie chowają się w domach, nie konsumują i nie pracują. Czyli ekonomia stoi. Jednorazowy czek był i znikł, teraz w wielu amerykańskich domach zaczęło się szukanie jakichkolwiek pieniędzy. I ich nie ma. Bo gospodarka dalej stoi i bez pokonania epidemii stać będzie. 
I nie wchodząc w szczegóły mechanizmu, już jest chyba jasny czas podać liczbę:

32%

Tyle amerykańskich gospodarstw domowych w lipcu nie zapłaciło przynajmniej części swoich zobowiązań za nieruchomość. A 19% nie zapłaciło nic. 

Powiedzmy to jeszcze raz. Co 3 gospodarstwo domowe nie miało pieniędzy na czynsz lub ratę kredytu za mieszkanie. A to są przecież wydatki ponoszone zaraz po jedzeniu.
Co 5 gospodarstwo domowe nie zapłaciło nic. Tam prawdopodobnie jest głód, być może łagodzony przez food stamps lub banki żywności. 

To nas prowadzi do uzasadnionego wniosku, że co 3 gospodarstwo domowe nie ma środków na nic poza żywnością, a co 5 nie ma nawet na żywność. Być może te liczby są gorsze, lepsze raczej nie. 
I mamy właśnie kończący się zakaz eksmisji. 
1/3 gospodarstw domowych jest zagrożona eksmisją. Zapewne część z nich się dogada, ale to cokolwiek da jedynie w przypadku wzrostu dochodów takiego gospodarstwa. Co oczywiście może nastąpić, w sytuacji wyjątkowego fuksa lub wzrostu gospodarki. Obie te rzeczy mogą się oczywiście zdarzyć, ale rozsądnie rzecz biorąc nie należy się spodziewać żadnej z nich, przynajmniej na masową skalę.

To oznacza, że już zaraz będziemy świadkami największej akcji pozbawiania ludzi dachu nad głową od czasu nalotów dywanowych. 
A zaraz potem wielkiej jak lej po bomie dziury w budżecie każdego kto żył z najmu lub finansowania nieruchomości. Co w dużym skrócie oznacza cały system finansowy USA. 

Teraz zabawniejsza część historyjki: do końca czerwca obowiązywał zakaz eksmisji i dodatkowy zasiłek dla bezrobotnych w wysokości 600 USD tygodniowo. To nie było mało. I tego już też nie ma.

Jest za to olbrzymie bezrobocie oraz rozpoczyna się fala obniżek płac. Jednym firmy obniżają po prostu, choć to nie jest popularne w USA, w końcu kraju mentalności sukcesu, więc takich sytuacji jest prawdopodobnie zaledwie ok. 4 mln. Innym po prostu ubywa godzin pracy i takich sytuacji jest znacznie, znacznie więcej. 

To są tylko liczby, ale za nimi są prawdziwe ludzkie tragedie. Oraz, co ważniejsze, kompletny brak alternatyw dla większości. Nawet jeśli dziś jest się wśród szczęśliwców, gdzie całe gospodarstwo domowe utrzymało dochody, to nie ma żadnej gwarancji, że za pół roku nadal tak będzie. I nawet jeśli ma się niezłe kwalifikacje, to bezrobocie w danej branży może być zbyt wysokie, aby znaleźć jakąkolwiek nową pracę (halo, piloci?). 

To już jest największy kryzys w historii współczesnej ekonomii, a rozpoczęcie egzekucji i zakończenie dopłat do zasiłków go bardzo, bardzo szybko pogorszy. 
A przecież nic się nie poprawia, wręcz przeciwnie, sytuacja epidemiologiczna się pogarsza. I obecnie wszystko wskazuje na to, że co najmniej do czasu objęcia urzędu przez nowego prezydenta to będzie się nadal pogarszać. 

Pogarszać. Z poziomu 140 tys zgonów i 1/3 społeczeństwa bez pieniędzy na podstawowe opłaty. 
W tym tempie USA prawdopodobnie przebiją liczbę zgonów z epidemii grypy z 1918-19, a być może też ofiar 2 w.ś. Już teraz liczba zgonów przekroczyła wszystkie pozostałe wojny toczone poza terytorium USA. 
Za to tempo hamowania gospodarki przebiło wszystkie powojenne recesje o głowę, w tym również kolaps 2009 roku. Teraz pozostaje kwestia czy poziom załamania będzie podobny czy znacząco gorszy jak w Wielkiej Depresji. 

I nie będzie tak "łatwo" jak w 2009, kiedy światowa ekonomia została dość szybko podniesiona przez gigantyczny program inwestycyjny w Chinach. Nic takiego tym razem nie będzie. Będzie rachityczne kilkaset miliardów w UE, i kompletny rozkład w USA co najmniej do 21 stycznia przyszłego roku. A Chiny są skoncentrowane na sobie i wprowadzaniu zamordyzmu aby ratować swoją klasę oligarchów. Światu już nie pomogą. 


Katastrofy B737 max i co z nich wynika

Niedawno wydarzyły się dwie tragedie lotnicze. Rozbiły się kolejno dwa samoloty 737 MAX, najpierw indonezyjski, następnie etiopski. Zupełnie rutynowo na katastrofę indonezyjskiego samolotu świat zareagował wzruszeniem ramion i na tym by się skończyło, gdyby nie kolejna, tym razem państwowych etiopskich linii lotniczych. Indonezyjskie miały w ostatnich latach sporo pecha, ale i nie słyną z najlepszego szkolenia i zarządzania. Etiopia to jest inna kategoria (naprawdę!) i tu sytuacja natychmiast eskalowała do pełnoskalowego kryzysu. Zakazy lotów dookoła świata, na początku z wyjątkiem USA, potem Federal Aviation Agency po prostu zignorowała prezydenta i też zakazała lotów. Oraz zawiesiła certyfikat typu dla tej wersji. I to właśnie jest centrum całej sprawy.  

Certyfikat oraz "wersja".

Otóż handlowe statki powietrzne muszą być po pierwsze zarejestrowane (co za zaskoczenie) a w tym celu musza przedstawić dowód że są bezpieczne, czyli certyfikat. Po drugie zaś musza operować z załogą przeszkoloną do obsługi tego konkretnego typu pojazdu. Co jest zupełnie oczywiste, bo każdy model samolotu czy helikoptera zachowuje się inaczej, a w krytycznej sytuacji w powietrzu nie ma czasu na dywagacje, trzeba działać tak, aby rozwiązać problem. A w tym celu najpierw trzeba znać maszynę. 
Te wymogi są zupełnie logiczne i tak samo logiczne jest to, że różne wersje tego samego samolotu, mogą mieć ten sam certyfikat dopuszczenia do lotów i pilotów bez dodatkowego szkolenia. W końcu co za różnica, czy samolot ma mniej czy więcej miejsc pasażerskich albo jest tylko towarowy jeśli się w locie zachowuje tak samo, nieprawdaż?
W ten sposób zbudowano rodzinę A32x, obejmując samoloty od kilkudziesięciu miejsc i regionalnego zasięgu do ponad dwustu i międzykontynentalnych. Airbusy zaprojektowano dokładnie do konkurowania z Boeingem 737, który w czasie premiery A320 był sprzedawany od 20 lat. 

I przede wszystkim, w przeciwieństwie do 737 zaprojektowano je już po kryzysie naftowym. Co oznaczało, że przewidziano w konstrukcji możliwość montażu silników o dużo większej średnicy. Z prostego powodu, że w miarę wzrostu sprawności rośnie też średnica silników. Albo w miarę wzrostu średnicy- sprawność. Aż do optymalnej średnicy ok. 4 metrów. Której jeszcze nie osiągnięto i również A32x nie jest w stanie osiągnąć. 
Ale problem polega na tym, że do B737 już nie dało się zamontować dzisiejszej generacji silników. Wobec czego zamontowano je w innym miejscu, zmieniając w ten sposób zachowanie samolotu. Czyli faktycznie stworzono nowy model. Jednocześnie awionikę uzupełniono elektroniką mającą symulować stary model. I nie informowano o tym ani klientów ani pilotów. Linie lotnicze oczywiście nie chciały o tym wiedzieć, bo musiałby przyznać, że coś jest nie tak. Ale piloci chcieli i nawet przez związki zawodowe domagali się tego od Boeinga. Który ich z grubsza rzecz biorąc olał.
Cóż, ja się przyznam, że od pewnego czasu prawie nie jem mięsa, dlatego że zwyczajnie przestało mi smakować. Oczywiście obfitość doskonałej wołowiny dookoła powoduje, że kiedy się pojawiają jacyś goście z biednych krajów to należy im to pokazać i też skorzystać. O tym wspominam, bo ja się nie nadaję, ale gdyby był tu jakiś wegetarianin motywowany po prostu troską o planetę, to bym polecał zmianę diety: raz na jakiś czas po prostu zjeść jakiegoś prezesa wielkiej korpo. Świat byłby od tego lepszy. Znacznie lepszy niż przy samym zaprzestaniu jedzenia mięsa. 

Na przykład, gdyby ktoś zjadł prezesa Boeinga kilka lat temu to może kilkuset ludzi nadal by żyło. A tak amerykańscy podatnicy poniosą koszty procesu karnego i dożywotniego trzymania takiego typa za kratami. Oczywiście żartuję, żadnego postępowania nie będzie, a jeśli nawet to skończy się drobną grzywną. 

W tym wszystkim pada oczywiste pytanie: gdzie był nadzór? Przecież cały proces projektowania samolotu był nadzorowany przez FAA (Federal Aviation Agency) i jej urzędnicy sprawdzali wszystkie rzeczy mające wpływ na bezpieczeństwo. Ta.. sprawdzali. Dzięĸi cieciom budżetowym ta agencja po prostu nie ma kompetencji do wszechstronnego nadzoru i faktycznie przystawiała pieczątki na pomysłach Boeinga licząc na odpowiedzialność firmy. Co oznacza, że dziś i FAA ma problem z wiarygodnością.
I takim klimacie, po drugiej katastrofie B737 MAX, kiedy cały świat zakazywał lotów lego samolotu, prezes Boienga zadzwonił do Prezydenta USA i prosił o nie zawieszanie certyfikatu w USA. Jeden idiota prosił, drugi się zgodził. Co znakomicie poparło tezę o braku niezależności administracji od biznesu i dalej podkopało wiarę w FAA. I tak następnego dnia FAA zignorowała prezydenta i zawiesiła certyfikat. Ale mleko się rozlało. 

Na dziś Boeing pewnie dostanie kwity od FAA. Pytanie jak bardzo zostaną one uznane za wiarygodnie. Ale linie lotnicze już, jeśli mają wybór, to wymieniają sprzęt na Airbusy. W lotnictwie wszystko dzieje się bardzo powoli, ale jak już trend się rozpocznie, to zwykle jest nie do zatrzymania.

Cały czas tu krążymy wokół jednego, zasadniczego faktu: projektowanie samolotów jest obłędnie drogie. Co oznacza, że aby cały ten biznes miał jakikolwiek sens, sprzedaż musi być odpowiednio duża. Konsekwencją tego jest to, że im większa skala produkcji i udział w rynku tym lepiej. Ale same linie lotnicze nie chcą pozwolić na monopol jednego producenta i często dbają o utrzymanie słabszego. To oznacza po prostu duopol producentów samolotów. I taki duopol istniał od początku ery wielkich samolotów pasażerskich. Którą można powiedzieć, że rozpoczął Boieng. W różnych czasach drugim producentem był Lockhead, McDonnel Douglas i wreszcie, zasadniczo od lat 80-tych, Airbus. Który jako pierwszy producent spoza USA został tym drugim. Ale od dwóch lat role się odwróciły, to Airbus jest pierwszy, Boieng drugi. I z racji przestarzałej gamy produktów jest na ryzykownej pozycji. 
Tu możecie się zapytać- jakiej przestarzałej? A Dreamliner? Otóż ten samolot był rewolucją. 10 lat temu. Ponieważ jako pierwszy w historii na tyle mały samolot pozwolił na obsługę tras międzykontynentalnych, co zupełnie zmieniło ekonomię działania małych lotnisk i mniejszych linii lotniczych. A wiele z nich uratowało, jak np. LOT. Ale nowa wersja silnikowa A321 o przedłużonym zasięgu jest w stanie zrobić prawie to samo. I co więcej, można do jej obsługi na trasach międzykontynentalnych wykorzystać pilotów regionalnych. W ten sposób Dreamliner właściwie stracił sens. Oczywiście nie jest przestarzały technicznie, ale stał się przestarzały moralnie. 
A właściwie nic  innego Boieng nie ma w ofercie. 
Więc na dziś musi natychmiast rozpocząć projektowanie następcy 737 i to musi być samolot lepszy nie tylko od A32x, ale i od jego następcy. To jest oczywiście możliwe, ale wymaga sprawnego i dobrze zarządzanegodziału projektowego. Problem polega na tym, że już w trakcie projektowania Dreamlinera zarząd uznał, że taniej będzie ograniczyć własne biura konstrukcyjne i outsoucować ile się da. I nawet sporą częśc projektu zrobiono w Indiach. A potem okazało się, że to się do niczego nie nadaje i zrobiono ponownie w USA, ale już w dużej części w zewnętrznych firmach. 

Dziś mają zredukowane biura konstrukcyjne, przestarzałą gamę produktów i nawet nie rozpoczęli prac nad nowym modelem. 
Za to Prezydent USA rozpoczął wojnę handlową z drugim najważniejszym rynkiem zbytu, czyli Chinami. Gdzie zupełnym zbiegiem okoliczności akurat kończy się certyfikacja lokalnej produkcji odrzutowca wąskokadłubowego, czyli samolotu klasy B737/A32x. Rząd chiński jeszcze nie ogłosił retorsji za nieuzasadnione wprowadzenie ceł, ale śmiało można się spodziewać, że samoloty pasażerskie mają dużą szansę znaleźć się na takiej liście. Samoloty, czyli Boeing. 

Kiedy COMAC C919, czyli tenże chiński samolot wejdzie do produkcji, to zapewne Boeing będzie mógł po prostu zamknąć biuro sprzedaży. Bo będzie zupełnie niepotrzebne. 
A zaraz później ich przedstawiciele nie będą mieli po co jeździć po dużej części państw afrykańskich i azjatyckich. Po Europie już nie mają po co. W ten sposób Boeing ma szase pozostać firmą konkurencyjna jedynie na rynku amerykańskim. Który jednak jest największy na świecie i jakiś czas można z tego żyć. Ale tu nie o przeżycie chodzi, a o sfinansowanie projektu nowego samolotu i osiągnięcie na nim rentowności.  W sytuacji, w jakiej ta firma jest pierwszy raz w historii: nie dominującego giganta na rynku, a słabnącego drugiego, który musi płynąć szybciej niż inni aby utrzymać się na powierzchni. I patrząc na to, jak stracili swoją pierwszą pozycję, tak sądzę, że z czasem stracą i drugą. A trzeciego miejsca na tym rynku nie ma.
to wszystko jest ciekawe, bo samoloty pasażerskie były jednym z ostatnich wyrobów cywilnej inżynierii z USA, które jeszcze są sprzedawane na świecie. I teraz też to się kończy. 
Może jednak amerykański styl zarządzania i kapitalizmu nie jest najlepszy?


Marzenie pionierów kolei staje się faktem, czyli tory łączą cały świat

Dzisiejszy wpis tematyką bardziej pasuje do Rewolucji Energetycznej, ale tu mnie dawno nie było, a sprawa ma więcej aspektów politycznych, niż technicznych, więc zostawiam.

Brytyjscy pionierzy kolei, a raczej biznesmeni kolejowi, mieli wielkie marzenie -- połączyć koleją Wyspy Brytyjskie z perłą w koronie Imperium, czyli Indiami. A jeszcze lepiej -- także z Hongkongiem. Teoretycznie takie połączenie istnieje od lat, ale z kolejnymi przeprawami promowymi, zmianami rozstawu szyn i innymi ulepszeniami jest całkowicie bezużyteczne jako środek taniego i szybkiego transportu.

Cóż, obecnie sytuacja się zmienia. Co prawda ani brytyjski kapitał, ani nawet inżynierowie nie maja z tym praktycznie nic wspólnego i też droga niezupełnie będzie prowadzić do Indii.  
Otóż właśnie trwa lub rozpoczyna się budowa lub poprawianie paru odcinków linii kolejowych. Zadziwiającym zbiegiem okoliczności jest lista tych odcinków, gdzie wszystkie przeszkody znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a problemy z finansowanie są nieistniejące. 

Niedawno (jakoś w listopadzie) oddano do użytku nowy dworzec kolejowy we Wiedniu. Dzięki temu wzrosła przepustowość całego węzła, w tym możliwość przejazdu pociągów szybkiej kolei na liniach południkowej i równoleżnikowej. Oraz przepustowość towarowa. Dalej na zachód oczywiście mamy rozbudowana sieć połączeń kolei klasycznej i szybkiej, na zachód aż do Szkocji, na południe niedługo ruszy linia standardu 320 km/h Tangier- Casablanca (choć tunelu pod Gibraltarem nie ma i będzie najwcześniej za 15 lat). Ale ruszamy z Wiednia. Na wschód. Teoretycznie linia do Budapesztu jest częścią projektowanego europejskiego korytarza szybkiego ruchu i jako taka będzie trzymana w wysokim standardzie a tory do Budapesztu zawsze będą w dobrym stanie, o co ma dbać UE.

Także w zeszłym roku rozpoczęto budowę kolejowej towarowej obwodnicy Budapesztu. Pociągi towarowe już nie będą przejeżdżać przez centrum miasta i blokować węzła. Także na Węgrzech jest modernizowany tor w kierunki Belgradu. Do tego miejsca oczywiście większość inwestycji jest dofinansowywana przez Unię Europejską, a pomoc organizacji spoza UE jest bardzo trudna do uzyskania, by nie rzecz niemożliwa.

Jedziemy dalej, najlepsze ukształtowanie terenu dla kolei jest w stronę Belgradu. Linia w trakcie ulepszania. Jesteśmy na granicy UE, w Serbii, od granicy węgierskiej do Belgradu, to inna sprawa. Także trwa modernizacja, co prawda do nie tak wielkich prędkości, bo maksymalnej 160 km/h. Ale za to Serbom udało się ją sfinansować w sporej części z grantów. Co dość zadziwiające granty pochodziły z Chin. Chińczycy mają raczej zwyczaj pożyczać pieniądze i jeszcze te kredyty trafiają w całości do chińskich firm zatrudniających wyłącznie chińskich robotników, czyli kredytobiorcy mają co prawda zbudowana infrastrukturę, zazwyczaj dobrze i  tanio, ale żadnego impulsu dla gospodarki, tylko odsetki do spłacania. Cóż, zapewne skośnookim trochę zależało.

A dlaczego mogło im zależeć na połączeniu prowincjonalnego Budapesztu z zadupiem Belgradu? Bo linia kolejowa idzie dalej. Z powrotem do Unii Europejskiej, czyli Bułgarii, gdzie co prawda nic nie jest robione, ale i  odcinek wkrótce dociera do nowej granicy, Turcji. Już poza UE, więc można brać kasę od Chińczyków. I biorą. Chińska forsa się szybko i łatwo znajduje na całą główną linię, od granicy z Bułgarią do granicy z Iranem.. Akurat sami wpadli na pomysł, że potrzeba zbudować tunel pod Bosforem, linię szybkiej kolei ze Stambułu do Ankary i następnie dalej do Kars. Oraz połączenie stałą linią kolejową do Iranu. Obecnie istnieje tylko prom przez jezioro Van. Ale linia je omijająca jest w budowie. Z forsą nie ma żadnych problemów, to budują....
 W taki sposób po zakończeniu obecnych inwestycji dotychczasowa linia będzie mogła być w całości towarowa, a pociągi osobowe trasę 2000 km od jednej granicy do drugiej będą pokonywać w mniej niż 10 godzin.

W Iranie jest jeszcze zabawniej. Od dobrych kilkunastu lat trwa tam wielka rozbudowa sieci kolejowej. Ale z racji olbrzymich odległości pomiędzy miastami i trudnego terenu większość to są jednotorowe niezelektryfikowane linie, łączące tylko ważniejsze miasta. Ale jest wyjątek. Linia Tabriz -- Teheran -- Mashad jest dwutorowa, obecnie jest elektryfikowana, a ponadto na tej trasie jest budowana równoległa linia szybkiej kolei. W samym Teheranie w zeszłym roku oddano do użytku kilkukilometrowy tunel linii średnicowej, czterotorowy, drastycznie podwyższający przepustowość węzła. Tu można się domyślić, że prace są sfinansowane chińskimi kredytami i opierają sie na chińskiej technologii.
Ale najciekawsze jest dalej. Z Iranu do Chin droga jeszcze daleka. A co więcej, zachodnie rejony Chin są same w sobie miejscem raczej mało przyjaznym i doskonale pozbawionym jakiejkolwiek infrastruktury. 
To przejdźmy zobaczyć co u Smoka słychać. A słychać to, że najważniejsze połączenie w zachodniej części Chin, czyli linię kolejową do Urumczi zwolniono z ruchu pasażerskiego i będzie przeznaczona w całości do przewozu towarów, ponieważ zakończono budowę 1500 km trasy szybkiej kolei z centralnych Chin. Dotychczasowa linia, jak najbardziej dwutorowa i zelektryfikowana, będzie obsługiwać tylko ruch towarowy. Który z Urumczi może toczyć się dalej do Kazachstanu, gdzie jest przeładowywany na szerokie tory i dalej przez Rosję do Europy, lub za kilka lat nową linią do Iranu. Następna jest linia kolejowa z Urumczi do Aksu, obecnie ulepszana i budowana dalej do Kashgar (to ciągle Chiny, choć nazwy brzmią jak z języków tureckich, i słusznie bo to tereny zamieszkałe przez Ujgurów, czyli Kazachów).
 Ale jeszcze zabawniej jest dalej. Jest planowany tunel i już zaczęło się doprowadzanie linii kolejowej do niego, łączący Chiny przez Kirgistan z Tadżykistanem. (tu już pewnie najtwardsi sprawdzą w końcu na mapie gdzie to właściwie jest). Linia połączy chińska sieć z Duszanbe. Oprócz tego znalazł się chiński kredyt na sfinansowanie linii z Duszanbe przez przełęcz na południe od miasta, w stronę Qurgonteppa. Tą umowę podpisano w grudniu. 

I tu się zaczynają poważne sprawy

Ponieważ między Tadżykistanem a Iranem bezpośredniej granicy nie ma. Lądowe połączenie istnieje albo przez Uzbekistan i Turkmenistan, albo przez Afganistan. Uzbekistanem rządzi bliżej nieznana banda prorosyjskich buców, którzy nic nie rozumieją, jak to kacapy i mają fatalne relacje z wszystkimi sąsiadami, regularnie zamykając granice dla tranzytu. Nawet Chińczycy nie potrafią się z nimi dogadać. Pozostała jedyna możliwość - Afganistan. Cóż, wydaje się, że niestabilny, ogarnięty wojną kraj. A tymczasem z Mashad w Iranie do Herat w Afganistanie nowiutka linia kolejowa już jest i dalej będzie budowana do Mazar i Szarif. Skąd do wyżej wymienione Quronteppe juz brakuje zaledwie około 200 lub 300 kilometrów i jednego mostu. Co prawda jest dopiero wstępne porozumienie, ale tu raczej nikt się nie wyłamie

Z tej linii teoretycznie w Tadżykistanie obowiązuje rosyjski rozstaw torów, ale w praktyce oczywiście to chińczycy zdecydują jaki będzie. A będzie oczywiście chiński, czyli europejski, jak na całej reszcie tej trasy. To oznacza, ze za kilka lat, po raz pierwszy w historii, będzie można przejechać pociągiem ze Szkocji do Chin, nie wysiadając z tego pociągu, który cały czas będzie się toczył na tym samym rozstawie torów. 
Cóż, powie ktoś, przecież od czasów ukończenia transsyberyjskiej jest połączenie lądowe z Chinami. Tak, ale po pierwsze wymaga zmiany wagonów lub wózków jezdnych, co trwa i kosztuje, a po drugie przez długi czas łączyło się z wysokim ryzykiem kradzieży, a do dziś trwają problemy z chorymi praktykami cenowymi i nieprzewidywalnymi czasami tranzytu. To są wszystko problemy, które występują tylko w Rosji i nic dziwnego, że również Chiny potrzebują alternatywnych tras. Co prawda od połowy zeszłego roku, czyli początku dewaluacji rubla, koleje rosyjskie zachowują się znacznie racjonalniej, ale mleko się rozlało. Praktycznie całość tej południowej linii Europa -- Chiny istnieje, jest w budowie lub planowaniu z zapewnionym finansowaniem.
Co ciekawe, widać, że docelowa przepustowość tej linii będzie olbrzymia. Dwutorowa linia, której elektryfikacja na wszystkich odcinkach idzie pełną parą, a w Turcji, Iranie i Chinach istnieje, lub jest w budowie z  równoległą linia szybkiej kolei pasażerskiej. 

Konsekwencje powstania tej linii będą potężne

Brak zmiany rozstawu torów oznacza znacząco tańszy transport towarów. Docelowo można liczyć, że będą to kwoty takie jak koszty frachtu na bardziej konkurencyjnych rynkach przewozów kolejowych, czyli w okolicach 0,01 dolara za tonokilometr. To oznacza ceny za fracht tylko nieco wyższe niż transportu morskiego licząc całą trasą, a na odcinkach do Iranu czy Turcji -- tańsze. Ba, koszty transportu np z Chin na Kaukaz wyraźnie spadną.
Oraz, co ciekawe -- kiedy zostanie zbudowana tylko ta już dziś budowana lub planowana na poważnie część szybkiej kolei, to pociąg pasażerski od granicy bułgarsko -- tureckiej do granicy chińskiej będzie jechać niewiele ponad 24 godziny. Co oznacza pierwszą realną konkurencję dla linii lotniczych w podróżach międzykontynentalnych. Ale sam ruch pasażerski to naprawdę pikuś. Chodzi o towary.
Oznaczać to też będzie, że w tranzycie lądowym Daleki Wschód -- Europa, Rosja przestaje być niezbędnym pośrednikiem. Co patrząc na koszty zmiany rozstawy kół, rosyjską nieudolność w zarządzaniu, złodziejstwo i pozostałe problemy, prawdopodobnie w ogóle przestaną być pośrednikiem.

Dalej konsekwencje też są niemałe. Tadżykistan to najbiedniejsze państwo poradzieckie, którego władza trzyma się na rosyjskich bagnetach, a społeczeństwo jest językowo i kulturowo bardzo bliskie Persom. W momencie jakiegokolwiek osłabienia dzisiejszego reżimu, partia proirańska natychmiast przejmuje władzę i wyrzuca rosyjskie wojska albo rozpoczyna się na nowo wojna. Trudno ja nazwać domową, jak to rosyjskie wojska strzelają do cywilnych powstańców....Stąd zapewne władza już liczy na uzyskanie odrobiny wsparcia dla siebie od Chińczyków, za spokojny tranzyt. A po ewentualnym przejęciu władzy opozycja zapewne jeszcze chętniej i szybciej będzie budować połączenie z Iranem, a zapewne zupełnie chętnie zmieni rozstaw szyn w całym kraju.

Ale jeszcze potężniejsze będą konsekwencje następnego odcinka. Od Mazar-i-Szarif do Herat, czyli Afganistan. To będzie najpoważniejsza inwestycja infrastrukturalna w historii Afganistanu. I pierwsza w historii możliwość taniego wywozu minerałów z tego kraju. Są tam potężne i bogate złoża wszystkiego -- z bardzo prostego powodu, przy geologicznym bogactwie są to jedne z niewielu na świecie nigdy nie eksploatowanych złóż. Bo nigdy nie było infrastruktury. Teraz będzie kolej. Prosto do Chin. I patrząc realnie nigdzie indziej. Chyba, że zachodnie firmy górnicze będą mieć zgodę na tranzyt przez Iran....
Przy okazji, należy subtelnie zauważyć, że w niezbyt odległej perspektywie całość tej trasy będzie zelektryfikowana, a co ciekawe, większość już przebiega przez tereny bardzo zasobne w potencjał energii odnawialnej, a w zachodniej części Chin to energia wiatrowa jest podstawą sieci energetycznej. Iran tak samo przebudowywuje energetykę na odnawialna w całkiem sprawny sposób, Turcja dopiero zaczyna. Czyli można śmiało powiedzieć, ze przy okazji jest to bardzo poważna perspektywa istotnego odstawienia paliw kopalnych w ruchu towarowym i późnej pasażerskim między Europą a Środkowym i Dalekim Wschodem. 
A następną konsekwencją jest, z punktu widzenia Chin, bezpieczeństwo ich szlaków handlowych przed blokadą morską. Co znacząco zmniejsza możliwość ewentualnego szantażu ze strony USA lub Japonii. Dotychczas do kompletności blokady handlowej Chin potrzeba blokady morskiej i utrudnienia tranzytu przez Rosję. Teraz do tej listy dojdzie jeszcze Iran. 

W tym wszystkim właśnie Iran zyskuje status kraju tranzytowego i dopóki Ajatollachowie nie narobią zbyt dużo głupot, tylko na tym zyska. A straci zarabiający na tym samym Kazachstan, bo stamtąd pociągi dalej muszą iść przez Rosję....
To wszystko nie zdarzy się jutro. Zanim powstanie bezpośrednia, całkowicie przejezdna linia minie jeszcze kilka lat, a zanim cały opisany zakres prac będzie zakończony, to zapewne kilkanaście. 
Ale rozwój chińskiej sieci kolejowej jest największym obecnie, a może i w historii świata projektem infrastrukturalnym. I czy nam się podoba, czy nie, ukształtuje ten świat na następne co najmniej dziesięciolecia.

Manewry po rosyjsku

W Rosji odbyły się ćwiczenia Wostok 2014. Echem się odbiło to szerokim, według merdiów snujących propagandę siły Rosji pokazują właśnie tą siłę. 
Pokazały kilka rzeczy:
1. Na dalekim wschodzie Rosji znajduje się jakieś wojsko, które we swej większości potrafi być wystarczająco trzeźwe, aby przedostać się z koszar na poligon. 
2.  Prawdopodobnie to wojsko jest uzbrojone.
To są rzeczy prawie pewne.
Teraz czas na bardzo prawdopodobne. Patrząc na przebieg ćwiczeń, gdzie w trybie awaryjnym ściągano jednostki z europejskiej części Rosji, lokalne najwyraźniej nie były w stanie wykonać zadań poligonowych. Oczywiście to nie jest jedyne wyjaśnienie. Możliwe, że naprawdę był taki scenariusz ćwiczeń. Ale pierwsze wyjaśnienie jest  bardzo prawdopodobne, zważywszy, że w trakcie manewrów zginęło co najmniej 3 żołnierzy.  To oznacza albo bardzo nieszczęśliwy wypadek albo ryzykowne i/lub nieumiejętne dowodzenie. Patrząc na brak szczegółów- raczej chodzi o złe dowodzenie. Tu już czysto plotkarska teoria- że te kompetentne jednostki z europejskiej części Rosji ściągano z frontu pod Donieckiem, bo właściwie żadnych innych posiadających realną zdolność bojową w Rosji już nie ma. Tu jest poszlaka mocnego przygaszenia konfliktu w trakcie tych manewrów.
Kolejną rzeczą bardzo prawdopodobną był atak śmiechu w sztabach Japonii i Chin. Te ćwiczenia były zorganizowane dokładnie w tym samym celu co wszystkie okoliczne- prężyć muskuły, okazywać siłę i zmuszać do traktowania jak równorzędnego przeciwnika. Cóż, to może działać na chcące świętego spokoju kraja europejskie, które w imię pragmatyzmu czasem odpuszczają nawet honorowe sprawy. Azjaci tego nie mają. Oni nie mogą utracić twarzy. Wobec czego tego typu głupawe zastraszanie po prostu nie działa. 
A jeszcze przypomnijmy liczby. W manewrach wzięło udział ponoć 145 tys żołnierzy. Sporo. I dla takiej ilości był sprzęt, może nawet trochę więcej zakonserwowanego.
Tak czy inaczej lwia część tego sprzętu pochodzi, bo musi pochodzić z czasów radzieckich. Ta odrobina zmodernizowanego do poziomu przypominającego lata 90-te ubiegłego wieku jest zasadniczo w Europie.  Dla nie pamiętających mapy- to Rosja i to Rosja. Co za różnica.

No jest. 

Dla wyraźnego pokazania tej różnicy należy się cofnąć o ponad 100 lat. 

Wojna rosyjsko- japońska. Jak wiadomo wygrana przez Japonię, Większość floty carskiej przestała istnieć, wojska na wschodzie zostały praktycznie anihilowane. Imperium prawie się rozpadło, implozja została powstrzymana na kolejne 11 lat dzięki zdolnym ministrom i pewnej elastyczności cara. 
Usprawiedliwień dla przegranej zawsze się sporo znajdzie. Z tego co się orientuję, w historiografii sowieckiej jest zawsze jedno: "błąd pilota". Do dziś nie wiedzą dlaczego przegrali wojnę 1920. Oficjalnie, dowódcy później rozstrzelani byli idiotami. Tak przynajmniej mi tłumaczył znajomy sowiecki człowiek, co się w szkołach pilnie uczył. 
Wracając do normalnego świata- armia rosyjska była znacznie liczniejsza, lepiej uzbrojona i doświadczona niż japońska. Ale przegrała bo jej tam nie było. Nie było również dla tej części co była wystarczających ilości amunicji i wyposażenia. Bo nie mogło być. Przemysłu ani nawet większych skupisk ludności na wschodzie nie było, dlatego wszystko trzeba było przywozić co najmniej z zachodniej Syberii. A połączenie było tylko jedno- kolej transsyberyjska. Która jednak wtedy miała przerwę na jeziorze Bajkał. W lecie to nie był problem- przeładowywano i transportowano statkami. W zimie w sumie też nie- saniami po lodzie, a może nawet układano tymczasowe tory? W trakcie zamarzania lodu i roztopów- połączenia nie było.   Do tego linia ta była zbudowana na mały nacisk na oś, więc lokomotywy musiały być dość słabe oraz jednotorowa. W skrócie- przepustowość była żałosna i nie wystarczała na utrzymanie armii walczącej z Japonią.
Dziś kolej transsyberyjska wygląda zupełnie inaczej, dookoła Bajkału linia jest od dawna, cała jest dwutorowa i zelektryfikowana- przepustowość jest nieporównywalna. Na północ jest jeszcze jedna Bajkalsko- Amurska Magistrala. Jednotorowa i niezelektryfikowana o mocno górskim przebiegu, ale jest.  Potrzeby logistyczne też są sporo większe... Tylko w 1904 roku Japonia była krajem, który rozpoczynał uprzemysłowienie importując maszyny i technologię oraz uprawiając na rynki wewnętrzne i okolice dość prymitywną produkcję, a Rosja mocarstwem  z trzykrotnie liczniejszą populacją i nieporównywalnie bardziej uprzemysłowionym (mimo ogólnego zacofania). Dziś, hmmm. Populację jeszcze można porównywać- jest prawie taka sama. Znaczy populacja Rosji jest prawie taka sama jak 100 lat temu i Japonii obecnie. O przemyśle w porównaniu z japońskim obecnie raczej nie należy wspominać... O jakości sprzętu wojskowego, łączności i logistyki też raczej nie.
Wracając do połączeń- drogi pomiędzy zachodnią Syberią i Dalekim Wschodem Rosji nie ma żadnej. Tzn. na mapie teoretycznie istnieje, ponoć była już uroczystość otwarcia. Asfalt mają  położyć juz w 2017, czy coś takiego. W skrócie- drogi nie ma.
W wypadku konfliktu linia kolejowa też by szybko przestała istnieć, to było przy okazji wszystkich konfliktów ostatnich kilkudziesięciu lat ćwiczone wielokrotnie.
Jeśli japoński sztab skręca się ze śmiechu na widok rosyjskiego prężenia muskułów, to może to pokaz dla inny wielkich wrogów? Np. Chin. Yyyy. Gęsta siatka połączeń z wnętrzem fabryki świata i ponad miliardowa populacją. Najwyraźniej liczą na to, że wielcy wrogowie ze wschodu umrą ze śmiechu na widok rosyjskiej armii.
Ale jest. Zawsze to coś, w razie W przez chwilę może stawić opór. 
W końcu tak naprawdę roszczenia terytorialne wobec Rosji mają trzy państwa. Tylko trzy, a patrząc na histerię kacapskiej propagandy wydaje się, że cały świat z USA i Polską na czele.
Cóż- te trzy państwa to są Chiny (co najmniej tzw. 33 wioski, a może i całość terenów z nierównoprawnych traktatów), Japonia (południowe Kuryle) i Ukraina (Krym, oczywiście). 
Jak widać, z prawdziwymi wrogami na wschodzie Rosja sobie nie jest w stanie poradzić, więc tworzy nowych na zachodzie. Fajna polityka.

A tymczasem na froncie donieckim  trwa podobno zawieszenie broni. 

Stary numer, jeszcze z czasów Złotej Ordy, ostatnio stosowany przez nich w Abchazji. W trakcie zawieszenia broni nie walczy rosyjskie wojsko a tylko "separatyści".  Co prawda z wyglądu jedni od drugich się nie różnią, ale nie czepiajmy się szczegółów
Z konkretów - wczoraj (piątek 03.10) odbyły się dwa szturmy na donieckie lotnisko (gdzie od dawna odpiera kolejne ataki ukraińska załoga. Ciekawe. W pierwszym uczestniczyły dwa czołgi i transporter opancerzony. 
Jak wynika z później zamieszczonych na forach opisów przez rosyjskiego żołnierza, relatywnie blisko budynków lotniska, bez żadnych wcześniej widocznych przejawów obecności Ukraińców, praktycznie w jednej chwili trafione zostały oba czołgi, w jednym wyleciała wieża (znaczy wybuch amunicji- nie ma co zbierać z załogi), drugi się zapalił, ale mógł się wycofać. W tym samym momencie zabity został kierowca ciężarówki, więc desant się z niej ewakuował dokładnie po to aby wpaść pod celny ogień moździerzowy. Rozpoczęty bez wstrzeliwania się, od razu pełną salwą.

 Kto się schronił za wycofującym się czołgiem, ten przeżył. 

Drugi atak był znacznie poważniejszy. Z tego samego źródła wynika, że do szturmu zebrano ok 50 ciężarówek żołnierzy i 30 czołgów. Atakujący dostali się na parter terminala lotniska, a potem się stamtąd z powrotem wynieśli. W zawieszeniu broni (tym razem prawdziwym) Ukraińcy pozwolili pozbierać rannych i trupy. Potrzebne do tego smutnego zajęcia były 3 grupy z ciężarówkami. 
Jak dalej wynika z tego opisu z rosyjskiej strony- z batalionu Specnazu zostało około kompanii. Co oznacza, że i drugi szturm w sporej część spotkał los pierwszego- generalnie złapanie w zmasowany i celny ogień na otwartej przestrzeni. 
Po tym opisie, dość smutną wiadomością dla Ukraińców jest to, że zginął także dowódca rosyjski, major Specnazu. Tu mieli gwarancję głupoty, a może następny przez przypadek będzie mieć jakieś kwalifikacje? Po stronie obrońców zginął 1 żołnierz, 3 rannych. To jest aż nieprawdopodobne, choć z każdego punktu tego opisu widać bardzo dobre dowodzenie i wyszkolenie po stronie ukraińskiej i bardzo złe po rosyjskiej.
Obrońcy- byli niewątpliwie dobrze zamaskowani. Obliczenia pola ognia moździerzy były wcześniej wykonane. Snajperzy na stanowiskach dobrze przygotowani. Cała odpowiedź obrońców doskonale skoordynowana. Umocnienia były przygotowane doskonale, ponieważ rozpoznanie, pomimo oczywistego wskazania stanowisk ogniowych w pierwszym ataku, atakującym w drugim szturmie nic nie dało, więc musiały być przygotowane zapasowe pozycje, być może liczne. 
Za to armia rosyjska atakowała klasycznym pancernym szturmem na przełamanie obrony po otwartym terenie. To działało. W czasie I w.ś., kiedy nie było jeszcze broni przeciwpancernej.... W czasie wojny zimowej też tak atakowali, w czasie 2 w.ś. też. Za każdym razem przeciwników dziwiło, jak można dopuścić do śmierci takiej ilości własnych żołnierzy takim głupim dowodzeniem.
Ale cóż- zgodnie z tamtejszym nauczaniem, sprzęt i taktyka są doskonałe i najlepsze bo kacapskie. Tylko czasem są zdrajcy dowódcy, którzy się nie znają i nie potrafią tak doskonale zagrzewać do szturmu. Yyyyy. Serio...

Niemcy, Chiny i fabryka musztardy

W kwestii Ukrainy, postawiłem wcześniej tezę, że istnieją tam bardzo poważne chińskie interesy. W skrócie dotyczą one tranzytu. Trochę się powtórzę, ale uważam sprawę za szalenie ważną.

Aby Chiny mogły stać się prawdziwym mocarstwem z jednej strony i zapewnić bezpieczeństwo krajowi i swoim obywatelom z drugiej, musza mieć możliwość bezpiecznego transportu surowców, komponentów i w ogóle handlu zewnętrznego.   Bez spełnienia tego warunku pozostaną jeszcze jednym kraikiem, który flota USA może bezkarnie zablokować i zmusić do takiego lub innego działania. 

Da się to wykonać poprzez zbudowanie floty mogącej się równać z amerykańską. Zasadniczą wadą takiego rozwiązania są obłędne koszty oraz rozpoczęcie wyścigu zbrojeń, co oczywiście drenuje siły i środki z gospodarki, a szczególnie obniża cywilne wydatki inwestycyjne. Tego Chińczycy nie chcą i dlatego nie mają zamiaru iść tą drogą. Częściowe zbrojenia mają oczywiście miejsce, ale do możliwości US Navy w przewidywalnym okresie się nie zbliżą. Jedyne czego po chińskiej flocie i obronie wybrzeża można się spodziewać w przewidywalnym czasie to właśnie możliwości obrony wybrzeża i jakiejś dominacji na najbliższych akwenach. 

Skoro nie planują i nie widzą możliwości obrony szlaków morskich w razie konfliktu- co pozostaje? Szlaki lądowe. Dla przesyłu towarów masowych oraz wszystkiego na olbrzymie odległości oznacza to w praktyce linie kolejowe. 

To akurat w chińskich planach rozwoju jest przestawiane zupełnie jasno i oficjalnie. Oprócz realizowanego na olbrzymią skalę przestawienia Chin na tory, zasadnicze znaczenie ma rozbudowa linii kolejowych poza granicami tego kraju. Oficjalnie takie linie są w planach cztery. Pierwsza do Singapuru, w budowie, druga do Europy południowym skrajem Morza Kaspijskiego jest gotowa, ale wymaga dwóch zmian szerokości torów (na granicy chińsko-kazachskiej i turkmeńsko- irańskiej) oraz przeprawy promowej, obecnie tylko jednej (dzięki tunelowi pod Bosforem) , na granicy irańsko- tureckiej. Planowane lub budowane odcinki kolei w Iraku ominą jezioro Van a w Jordanii (z kolejną zmianą rozstawu) dociągną spójny system do wybrzeży Morza Czerwonego, po którego drugiej stronie znajduje się wielki, własnie budowany system kolejowy Afryki Wschodniej.  Chyba nie trzeba dodawać, ze w każdym z tych przedsięwzięć dominująca rolę odgrywa kapitał chiński?
Kolejne linie są bardziej problematyczne. Co do pomysłu połączenia Azji i Ameryki koleją przez cieśninę Beringa- osobiście uważam to, na dziś, za kompletną fikcję. Technicznie zapewne możliwe, ale tak obłędnie drogie, że nierealne. Zbudowanie kilku/kilkunastu tysięcy kilometrów linii kolejowej przez dzikie i bezludne tereny (znaczy bez żadnych ładunków po drodze), z najdłuższym tunelem podmorskim, przez tysiące kilometrów wiecznej zmarzliny, kilka pasm górskich i to wszystko w sporej części w strefie sejsmicznej.  W połowie tej litanii z ust inżynierów od takiego projektu, księgowi by uciekli z głośnym krzykiem.  

Dlatego własnie sądzę, że opowiadanie o tym pomyśle było tylko kolejnym środkiem nacisku Pekinu na Moskwę, że rząd chiński sam planuje inwestycje na ich terytorium. 

Następna linia o strategicznym znaczeniu ma znaczenie własnie pierwszorzędne. Na północ od Morza Kaspijskiego, czyli przez tereny Kazachstanu i dalej przez Moskwę, Białoruś i Polskę do zachodniej Europy lub przez Kazachstan, południową Rosję (a najważniejsze- Wołgograd) i Ukrainę i dalej Polskę, Słowację lub Węgry do zachodniej Europy. Zasadniczo Polskę, bo już istnieje tor o rosyjskim rozstawie dociągnięty do okolic połączonych z zachodnia siecią autostrad (Sławków).  Budowa drugiego jest planowana pod Wiedniem.  Ten będzie omijać Polskę, tory mają zostać poprowadzone z Ukrainy przez Słowację. 

Najważniejsze w tym wszystkim są dwie rzeczy- już istniejąca infrastruktura, której najdroższymi elementami są mosty (lub tunele) na wielkich rzekach. 

A własnie północna linia jest znacznie ważniejsza dla połączenia Chin z Europą- czyli bardzo istotnej kooperacji przemysłowej, w razie potrzeby alternatywnej drogi przesyłu surowców, a także jest drogą najkrótsza i najprostszą. Z właściwie jedną zmianą szerokości torów- na granicy chińsko- kazachskiej, ale tamtejszy terminal też może działać jako zbiorczy suchy port przeładowujący ładunki z całych Chin. Tak samo Sławków, na tyle blisko od odbiorców, że można przeładowywać pojedyncze kontenery bezpośrednio na ciężarówki.   
W taki sposób dochodzimy do tezy- linia kolejowa  w bezpieczny sposób łącząca Chiny z Europą na północ od Morza Kaspijskiego jest kwestią być lub nie być strategicznego bezpieczeństwa Chin.  Nieco mniejsze, ale podobne znaczenie ma dla Europy, zwłaszcza Niemiec. 
To wszystko wymaga jednak oprócz istnienia infrastruktury też przewidywalnych i odpowiedzialnych podmiotów o nią dbających.  Wzorem takiej współpracy może być Kazachstan, który pod rządami Wielkiego Chana Prezydenta Nazarbajewa przewozi olbrzymie ilości kontenerów, pompuje gaz i ropę dla Chińczyków, intensywnie rozbudowując całą infrastrukturę, a zyski tranzytowe postawiły na nogi to postsowieckie bagno.  Grzecznie bierze na to kredyty z Chin, Kazachskie Koleje Państwowe będą musiały wozić, aby je spłacać.
Z drugiej strony- w Polsce, raczej też nie ma problemów. LHS jest na bieżąco utrzymywana i modernizowana, terminal przeładunkowy działa sprawnie, istniejące szlaki na Zachód także są w jakimś stanie, kolejowe i drogowe. 
Tranzyt przez Ukrainę jest nieco bardziej problematyczny, ale to także nie jest problem.  Zwłaszcza, że obecne władze zapewne wkrótce rozpoczną rozwiązywanie największych problemów- czyli skorumpowanej  administracji, w tym straży granicznej i drogówki. Na szczęście obie te formacje się skompromitowały doszczętnie w trakcie obecnej wojny i prawdopodobnie zostaną całkowicie rozwiązane lub przejdą głęboką weryfikację. Tak samo można się spodziewać pewnej reformy kolei na wzór zachodni. Na pewno będzie utrzymywany w dobrym stanie technicznych korytarz wschód- zachód. Być może znajdą się na to jakieś fundusze unijne lub chińskie....
Dla dopełnienia tego korytarza pozostaje jeszcze Rosja. Państwo, którego władze mają kompletnie gdzieś stan infrastruktury, za dostęp do torów przy przewozach transgranicznych Koleje Rosyjskie żądają absurdalnych stawek, a co najważniejsze- nie można mieć żadnej gwarancji niezmienności  polityki, za to można mieć gwarancję wpływu polityki na najprostsze nawet umowy handlowe. Dodawszy do tego obraz imperialnych zapędów oraz politykę powodującą wręcz nienawiść u wszystkich sąsiadów- jest to obraz państwa rządzonego w skrajnie nieodpowiedzialny sposób. 
Taka sytuacja nie będzie mogła trwać wiecznie. Jest to zbyt ważny strategiczny interes Chin i Niemiec. Zresztą nie po to inwestują olbrzymie pieniądze w rozwój własnej sieci kolejowej (i kazachskiej też), aby pociągi o strategicznej wartości stały tygodniami w stepie, czy były regularnie okradane. Czy co gorsza w imię jakiś neoimperialnych rojeń- granica może być  zupełnie zamknięta z dnia na dzień. Z takimi ludźmi nie da się pracować i jestem zupełnie pewien, że Chińczycy także nie mają zamiaru.  

Co się może dalej stać?

Pierwsza i najprostsza rzecz- zastraszyć do poziomu bezwolnej pacynki. To zasadniczo Chińczycy zrobili z Putinem przed ostatnim szczytem w Szanghaju. Wiceprezydent Li Yuanchao 27 kwietnia, na i tak niezbyt udanym forum ekonomicznym w Petersburgu zaproponował, że skoro Rosja nie może sobie poradzić z zaludnieniem Syberii, to Chiny mogą z tym pomóc. 
Nie musiał wspominać o referendum, Putin i tak podpisał umowę gazową. Przypominam, że Rosja zrezygnowała z ceł eksportowych, na swoim terytorium finansuje całość inwestycji, nawet bez chińskich kredytów, cena sprzedaży jeśli zapewni jakikolwiek zysk, to znikomy. Umowa o budowie kopalni węgla wygląda na jeszcze zabawniejszą. Po prostu, na terenie Rosji, relatywnie blisko granicy, chińskie firmy zbudują kopalnię węgla, połączą ją koleją z chińską siecią i tyle. To jest po prostu najczystszej postaci kolonializm. Nie pisze tu z pozycji żadnego współczucia wobec Kremla czy sympatii. Po prostu przestrzegam przed zbyt pozytywnym postrzeganiem Chin w tym konflikcie. Jest to po prostu mocarstwo, które bezwzględnie realizuje swoje interesy.    
Zastraszenie Putina, najlepiej korzystając z wiecznej ruskiej paranoi, że ktoś im ziemię chce zabrać to najprostsze rozwiązanie, działa i będzie działać. 
Prawdopodobnie jednak władze zarówno Chin, jak też Niemiec zdają sobie sprawę, że w kwestii zarządu rosyjską infrastrukturą tak się nie da. Trzeba wypracować jakieś długoterminowe rozwiązanie. Układ władzy, przynajmniej na interesującym obszarze, który byłby tak wiarygodny i bezproblemowy jak Nazarbajew. 
Dokładniej spójrzmy jeszcze raz na geografię. Możliwe połączenia są dwa- od granicy kazachskiej do ukraińskiej główne linie kolejowe prowadzą albo przez Moskwę, albo przez Wołgograd. Jedna z nich musi być przyzwoicie utrzymana i musza być dopuszczone pociągi zewnętrznych przewoźników. To jest absolutne minimum. Jeśli ktoś usłyszy o udziale niemieckich lub chińskich firm czy kapitału w renowacji sieci kolejowej na południu Rosji- niekoniecznie to musi oznaczać wspomaganie Putina... 
Na dłuższą metę jednak kraj z wbitym na twardo poczuciem mocarstwowości i bomba atomową nie może służyć jako bezpieczny korytarz tranzytowy. Rozwiązanie takie jak z gazem i węglem nie do końca pasuje. 
Pewna poszlaka- jeszcze nie do końca wiem o jakich konsekwencjach, ale w miarę spójnie pasuje. Otóż przemysł Wołgogradu jest faktycznie w stanie likwidacji.  W ciągu ostatnich kilku lat kilkukrotnie bankrutowała i została w 2012 ostatecznie zamknięta fabryka traktorów, dokładnie ta sama w której jeszcze w trakcie walk o sąsiednie ulice w 1942 ciągle montowano T-34. Po sąsiedzku znajdowała się Stalingradzka Stocznia Rzeczna, w której wtedy produkowano pancerze tychże T-34, zbankrutowała w zeszłym roku. Po drugiej wojnie  zbudowano petrochemię. Po ubiegłorocznym bankructwie podjęto decyzję o wygaszaniu produkcji i likwidacji. Jest jeszcze huta aluminium. Firma nie zbankrutowała, koncern ma inne huty, podjęli decyzje o zakończeniu produkcji w Wołgogradzie. Fabryka silników zbankrutowała i została zamknięta także w zeszłym roku.  Fabryka rur małej średnicy w październiku zeszłego roku. Huta stali, która dostarczała stal dla wyżej wymienionych jeszcze działa, ale można się domyślać, że nie bije rekordów produkcji.

Sprawnie działa już tylko fabryka musztardy 

Mówimy o milionowym mieście i zamknięciu większości przemysłu ciężkiego w ciągu kilkunastu miesięcy. To miasto od swojego powstania było ośrodkiem przemysłu ciężkiego i maszynowego, w krótkim czasie przestało być. Porównałem trochę z informacjami z innych regionów- dalej na północ jest źle, ale w żadnym przypadku nie aż tak. Widać spowolnienie przemysłowe, falę bankructw, itp., jednak nigdzie indziej w Rosji nie zbliża się to do poziomu implozji jak w Wołgogradzie. Stawiając sprawę we właściwej proporcji- stopniowo straciło w miarę stabilna i relatywnie dochodową pracę ok 100-150 tys ludzi bezpośrednio i co najmniej drugie tyle w kooperacji i okolicznych usługach. W milionowym mieście. To po prostu musi w średnim terminie oznaczać potężne problemy całej lokalnej gospodarki, w oczywisty sposób emigrację każdego kto ma taką możliwość- przede wszystkim do innych regionów Rosji. Poza tym upadek przemysłu ciężkiego oznacza zmniejszenie obciążenia kolei i spowolnienie zużycia linii.

Dalszy przebieg wydarzeń będzie bardzo ciekawy. Najwygodniejsza dla wszystkich by była eksploatacja w stylu kolonialnym, bez żadnych zmian terytorium, tak np. Karelia jest już dawno w fińskich rękach i kieszeniach.. Jednakże, jeśli rosyjskie władze nie dostosują się do chińskich interesów, to będzie zrobione co potrzeba. Obecne się próbują się stawiać lub, patrząc na przykład Ławrowa, mogą być w ogóle zbyt głupi i niedouczeni aby w ogóle rozumieć co się dookoła nich dzieje.

Poziom wiedzy o świecie i historii prezentowany przez p.Ławrowa nasuwa podejrzenie, że ostatnie działania rządu Rosji mogły także być skutkiem zwyczajnego podpuszczenia, a ten zestaw orłów nie zrozumiał, że jest wystawiany na widelec. To by wyjaśniało całe szaleństwo zajmowania Krymu. Do tej teorii by świetnie pasowało zachowanie zarówno Chińczyków jak też Niemców. Jedni i drudzy najbardziej skorzystają z obecnego przebiegu wydarzeń i najbardziej sprawiali wrażenie przychylnych Moskwie, co nie przełożyło się na żadne realne poparcie. 

Zasadniczo świetnie wróży to dla świata. Jeśli rosyjski rząd jest naprawdę przeżarty niekompetencją do tego stopnia, to dalsze rządy tej ekipy doprowadzą do implozji całego kraju. Mam nadzieję, że odpowiedzialne państwa zabiorą z Kacapii bomby atomowe i przez jakiś czas znów będzie święty spokój. 

Jak pisałem wcześniej- to jest dokładnie najlepszy możliwy rozwój wydarzeń. Rosja będzie rządzona przez ekipę złodziei i nieudaczników izolowanych międzynarodowo. Stopniowo tracąc możliwości przemysłowe, a co za tym idzie także militarne doprowadzą do sprowadzenia Rosji do poziomu Nigerii z czego wszyscy będą zadowoleni.

Najśmieszniejsze jest to, że ten proces już ma miejsce

I to w bardzo ładnym sektorze gospodarki. Jak niedawno sprawdziłem, Rosja do niedawna importowała całość potrzebnych jej silników do śmigłowców. Od kilku lat próbowali uruchomić krajową produkcję, nie udało się jak na razie- drobne braki technologiczne i kacapska organizacji oraz kontrola jakości. Ale importu także nie ma. Bo jedyny producent silników do śmigłowców Mi oraz Ka mieści się na Ukrainie. Chwilowo nie sprzedaje do Rosji. Na razie śmigłowców mają sporo, ale każda godzina pracy to godzina pozostałego resursu mniej. A nowoczesna armia bez śmigłowców nie istnieje.  Cóż- jak będzie strasznie potrzeba, może Chińczycy im sprzedadzą. Ale nawet ze znikomą empatią do Rosji czuje lekkie przerażenia na myśl o cenie.
A o Rosji jeszcze trochę będzie. Bardzo ciekawy temat, wszystko wygląda zupełnie inaczej niż w propagandzie, a powszechny obraz medialny, jest pod wpływem tej propagandy mocno fałszywy. 

Nobel dla Putina

Byłbym za. Nie żartuję. Uważam, że facet naprawdę zasłużył:

1. Zjednoczył światowe mocarstwa w zamiarze pozbycia się agresywnego szaleńca dysponującego bronią atomową ze wspólnoty międzynarodowej.

2. Spowodował zjednoczenie podzielonego dotychczas społeczeństwa ukraińskiego, które chce teraz budowy uczciwego państwa spokoju i dobrobytu.

3. Spowodował aresztowania i blokady majątków istotnej grupy cynicznych złodziei okradających własne kraje.

4. W istotnej części pomógł ośmieszyć nieudolnego władcę i przez późniejszą współprace z nim zlikwidował możliwość konstytucyjnej dwuwładzy na Ukrainie.

5. Znacząco umocnił w europejskich społeczeństwach poparcie dla energii odnawialnej, oszczędności i ogólnego odchodzenia od paliw kopalnych z naciskiem na ropę i gaz w pierwszej kolejności, czym przyczynił się tez do znaczącego wsparcia dla powstrzymania zmian klimatycznych.

6. Swoja polityką wprowadził agresywne i od stuleci stanowiące zagrożenie dla sąsiadów państwo na ścieżkę pokojowego samozniszczenia. 

Niestety, prawdopodobnie nie miał zamiaru wywołać ani jednego z tych skutków, więc nie bardzo wiem, czy do końca się ten Nobel należy. W końcu Obama dostał za dobre intencje, bez żadnych skutków. Może też się da przyznać za dobre skutki, bez żadnych intencji? Przyjmijmy, że tak jest i za niezamierzone konsekwencje też pokojowy Nobel się należy.
Oto uzasadnienie:

ad. 1
Swoim zachowaniem doprowadził do wspólnej dla wszystkich poważnych państw opinii na temat Rosji jako kraju nieprzewidywalnego w swej agresywności i nie respektującego zasad współżycia międzynarodowego. Dodana etykietka, łącznie z wielkością i siłą armii i faktem posiadania broni atomowej jednoczy wszystkich odpowiedzialnych za przyszłość świata ludzi, a w szczególności przywódców większych państw. Ta sytuacja przypomina stosunek do Niemiec w 1943-44 roku. Nikt nie popierał ich polityki, a sojusznicy starali się odciąć. W tej dziedzinie umożliwienie wspólnego zdania i działania Prezydenta Obamy i Republikanów w Kongresie to sprawa nawet nie na Nobla, ale prawie na kanonizację....

ad. 2 
Społeczeństwo Ukrainy, które dotychczas było rozdarte i mentalnie podzielone sporami złodziejskich polityków, mieszaniem oligarchów, podziałami językowymi, religijnymi i przepaścią w mentalności (postsowiecka v. zachodnia v. rosyjsko-imperialna) zostało w ciągu kilku tygodni właściwie zjednoczone. Oczywiście są tam olbrzymie pokłady bierności, ale wśród tych, którzy maja jakieś zdanie, prawie się nie zdarza inne niż zamiar tworzenia i mieszkania w uczciwej, jednolitej, wielonarodowej Ukrainie. 

ad 3.
Dzięki nieudolnej dyplomacji doprowadził do sankcji na grupę oligarchów żyjących z okradania tak wcześniej Ukrainy, jak też obecnie Rosji. Sama ta podstawa przyznania Nobla może być nieco kontrowersyjna, ponieważ on sam też jednocześnie do nich należy. Ale jeśli potraktujemy to jako dobrowolne oddanie skradzionego majątku to może należy jednak poważnie rozważyć kanonizację? Albo przynajmniej beatyfikację? 

ad 4.
Ostentacyjne traktowanie Wiktora Janukowycza jako marionetki przekazującej rozkazy z Kremla oddaliło możliwość  podziału na Ukrainie na gruncie konstytucyjności władz i znacząco zmniejszyło prawdopodobieństwo utworzenia quasi-państewka w jej rosyjskojęzycznej części.

ad 5.
Dla wszystkich stało się oczywiste, że Rosję należy albo powstrzymać, albo zniszczyć. Wobec tego, że jej gospodarka importuje najniezbędniejsze rzeczy codziennego użytku i podstawową żywność, eksportując ropę i gaz, oczywiście należy uderzyć przez ograniczenie dochodów ze sprzedaży ropy i gazu. Niestety, nie jest obecnie możliwe wprowadzenie embarga, więc należy pracować nad zmniejszeniem zależności i przez to możliwości negocjacji cenowych. Dla wszystkich rozsądnych i mających pojecie ludzi jest oczywiste, że oznacza to politykę ograniczania zużycia przez poprawę efektywności zużycia i zastępowanie ropy i gazu innymi paliwami, w szczególności odnawialnymi. Nie węglem, bo przypominam, że Rosja jest też eksporterem węgla.  W oczywisty sposób zmniejszy to zakres przyszłych anomalii klimatycznych. Właściwie to znów jest to zasługa powyżej Nobla. 

ad 6. 
Najważniejszy, ale i najtrudniejszy do uzasadnienia punkt.  W pewnym sensie połączenie poprzednich. Połączona wola wszystkich istotnych państw świata w zamiarze powstrzymania Putina nie doprowadziła i IMO nie doprowadzi do konfrontacji zbrojnej na dużą skale. Być może Rosja dokona jeszcze jednej agresji. Ostatniej w swojej historii. 

Dla wszystkich gorącogłowych Sarmatów mam do przypomnienia dowcip:
dwa byki, stary i młody wychodząc zza wzgórza ujrzały w pewnym oddaleniu stado krów. 
Młody się odzywa: 
- chodź, pobiegniemy szybko i przelecimy jakieś. 
Na co stary odpowiada: trzy błędy w jednym zdaniu. Nie pobiegniemy, tylko podejdziemy, nie szybko, tylko spokojnie i nie jakieś, tylko wszystkie.

I właśnie tak będzie wyglądać i już wygląda reakcja świata. Wyrok na Rosję już zapadł, egzekucja chwile potrwa, Putin rycersko otrzymał czas na cofnięcie się, co głupio uznał za oznakę słabości. Obecne sankcje jeszcze nie wystarczą, są dopiero pierwszym ostrzeżeniem. Efektywnie świat wygląda zupełnie inaczej, niż w czasach zimnej wojny i nawet zakaz eksportu nowoczesnej technologii za dużo nie da, bo Chińczycy raczej go nie będą respektować. Ale zadziała na przykład coś zupełnie innego i znacznie prostszego, rotacyjne embargo: trzy miesiące na np. łożyska, potem 3 miesiące na akumulatory, i kolejne wystarczająco długie okresy, aby wywołać braki w zaopatrzeniu i wystarczająco krótkie, aby w Rosji nie opłacało się budować fabryk i rozpoczynać produkcji. Zwłaszcza, jeśli długość tego będzie nieprzewidywalna. 

Ludzie przestraszeni brakami w zaopatrzeniu zaczną oczywiście wykupywać pojawiające się dane dobra. A kupowanie na zapas akumulatorów obciąża gospodarkę, bo jest to z punktu widzenia krajowej ekonomii oczywiście idiotyczny sposób oszczędzania, przez niszczenie tych przykładowych akumulatorów od samego składowania, jeszcze bardziej drenując zasoby kraju jako całości.  Niekoniecznie będzie to dokładnie tak, ale z pewnym prawdopodobieństwem coś podobnego. 

Ze strony administracji USA, a nawet europejskiego nadzoru bankowego jest pełne zielone światło dla wszelkich kombinacji mogących oskubać Rosję, rosyjskie firmy i rosyjskich oligarchów powiązanych z Kremlem.  Ze strony nowego niemieckiego przemysłu energii odnawialnej, będzie to więcej niż entuzjazm.   Amerykańskie, szwedzkie i szwajcarskie firmy zbrojeniowe już zacierają ręce. Ponoć jakieś 6 tys. niemieckich firm robi jakieś interesy w Rosji, ale w tym miejscu wypada przypomnieć, że sama branża energetyki odnawialnej zatrudnia w Niemczech ok 400 tys osób, w większości dobrze płatnych i mających coraz większą siłę przebicia.

 W związku z tym, absolutnie  mnie nie dziwią wyniki sondażu pokazującego, że ponad 3/4 Niemców nie chce obecnie wzmocnienia militarnego wschodniej flanki NATO, a jednocześnie ponad połowa uważa, że Rosja stanowi zagrożenie dla pokoju i ma zamiar następnych aneksji. Znów: drodzy sarmaci, pamiętajcie o starszym byku.  I nie tylko. Niemcy to jest naród, który prędzej czy później przegrywał z nami, Polakami wszystkie wojny. Nie oczekujmy od nich szczególnej lotności myślenia. 

Najpierw Hans musi pogadać z Helmutem, potem Helmut z Rainerem, potem jeszcze Rainer z Hansem i wszyscy jeszcze raz. A potem są tak zmęczeni tym myśleniem i gadaniem, że się tylko biorą do roboty i już drugi raz nie zastanawiają. Na dowód absolutnej prawdziwości tych stereotypów mogę przytoczyć tweeta od samej Angeli Merkel, która zdaje się że dziś doszła do tych samych wniosków co ja 3 tygodnie temu i ogłosiła światu, że Niemcy nie są uzależnione od rosyjskiego gazu. 

A za kilka tygodni ma być ogłoszona nowa polityka energetyczna Niemiec. Spodziewam się dokładnie tego, co też już napisałem wcześniej. Oni naprawdę myślą tak powoli, ale potem zwykle dochodzą do imponująco sensowych wniosków. Dlatego spodziewam się ostrego przyspieszenia i państwowego wsparcia dla programu izolacji termicznej mieszkań i oszczędzania gazu dla celów grzewczych. BTW - wczoraj program zwiększania efektywności wykorzystania gazu ogłosił rząd Argentyny. Po latynosku niedorobiony, ale szybciej, niż najbardziej zainteresowani....
  
Nasz bohater, Władimir Putin, doprowadził do rozpoczęcia wojny ekonomiczno- technologicznej, która wobec miażdżącej przewagi Zachodu, zwłaszcza Niemiec, musi doprowadzić do podkopania potęgi eksportu surowców energetycznych Rosji, czyli do znaczącego osłabienia tego kraju. Osłabienie wpływów z eksportu, chaos ekonomiczny poprzez nieprzewidywalne sankcje, brak rozwoju technologicznego poza zbrojeniówką, nieefektywne zużywanie energii, kredyty zaciągnięte na rozwój produkcji surowców energetycznych przy możliwości szantażu przez odbiorców - to jest przepis na idealną katastrofę. Wyjściem byłoby jedynie szybkie przekształcenie Rosji w państwo narodowe, zdolne do przetrwania załamania gospodarczego. 

Ale nie po to stary byk strofuje młodego. Rosja zostanie rozmontowana kompletnie. Banksterka weźmie swoje, koncerny zbrojeniowe z USA ukradną kolejne technologie, Chiny i Niemcy będą mieć bezpieczne połączenie lądowe, Tatarzy swoje dwa kraje - Krym i Tatarstan. Po oddzieleniu Tatarstanu komunikacja pomiędzy europejską częścią Rosji a Syberią jest zerwana i są to dwa oddzielne kraje. To zupełnie poważnie, jak dla mnie, większość z racjonalnego przewidywania, ale trochę na wyczucie, Rosja jest dokładnie na kursie do rozpadu. Rosja posiada ledwo zbilansowaną gospodarkę już obecnie. Na horyzoncie czai się destabilizacja urządzana przez cały koncert mocarstw. Bez kultury technicznej i wynikającej stąd chęci i umiejętności modernizacji, bez działających mechanizmów zmiany władzy, dosłownie otoczona wściekłymi wrogami, to jest przepis na katastrofę, a przynajmniej poważną degradację państwa. 

 Z polskiego punktu widzenia taki los się szczerze Rosji należy, dla pokoju, rozwoju  i stabilności w tej części świata. Stąd wniosek o przyznanie nagrody Nobla uważam za całkowicie uzasadniony. 

Ukraina jeszcze dalej, czyli Gazprom i car jest nagi

Według mnie na dziś sytuacja jest rozwiązana, zgodnie z tym co twierdziłem wcześniej. Putin przegrał. On osobiście. Postawił na szali zakład, że zachodnie mocarstwa (cokolwiek o nich nie sądzić jeszcze jakąś siłę mają) nie zareagują na aneksję Krymu i/lub destabilizację Ukrainy. I przegrał. Tak jak się przegrywa zakład. Tylko, że on na szali postawił całą ideologię imperializmu rosyjskiego.

Obywatele Rosji zadają sobie co jakiś czas pytanie, dlaczego żyją na tak relatywnie niskim poziomie materialnym i słyszą odpowiedź, że trzeba utrzymywać imperium. Ta odpowiedź jest zupełnie dobra. Za imperium można poświecić drugi plaster szynki na chlebie z masłem i wszystko w porządku. Tylko jeśli przywódca tego imperium utrzymać nie potrafi to ma prze....

Bo, najzwyczajniej w świecie pojawia się pytanie: gdzie jest mój plaster szynki i kto go zjadł. Odpowiedź: oszukali nas i okradli, ale odbijemy - jest dobra. Odpowiedź: nie ma i nie wiemy gdzie - jest zła.
Zła odpowiedź kończy się we wschodniej despotii żądaniem głowy.
Dziś czasy mamy jednakże trochę inne i na przykład Chruszczow po dymisji jeszcze żył. Putin być może też przeżyje. Może nawet utrzyma się na stołku. To ostatnie to zresztą byłoby najlepsze dla wszystkich rozwiązanie.
Bez poważania międzynarodowego i krajowego, zmuszony do sprzedaży surowców, siłą rzeczy odwróciłby proces stopniowego odzyskiwania siły i wpływów przez Rosję.

Alternatywy są dwie: najbardziej prawdopodobna, czyli domęczenie się do końca kadencji i oddanie władzy, mniej lub bardziej dobrowolne, komuś z ekipy, kto będzie tolerowany przez społeczność międzynarodową, albo kryzys i obalenie władzy w stylu ukraińskim. To ostanie jednak uważam obecnie za raczej nieprawdopodobne, ponieważ najważniejsze w tym wszystkim jest coś zupełnie innego.

Dyplomacja gazowa poniosła w całej rozciągłości klęskę. Każdy klient Rosji, jeśli miał odrobinę myślenia państwowego i instynktu samozachowawczego zrobił co mógł, aby się od Rosji jako monopolisty uwolnić (w Polsce niestety tylko rząd Kaczyńskiego w ogóle działał w te stronę, ale na szczęście Tusk to olał zamiast zepsuć).

To wszystko jednak ma oczywiście swój fundament, którym jak zwykle jest energia. I prawda, jak wszyscy podejrzewają, chodzi o gaz - tylko z zupełnie innej strony, niż wszyscy podejrzewają...

Niemcy nie potrzebują już rosyjskiego gazu. Mogą z niego zrezygnować w całości jutro, z bardzo drobnymi uciążliwościami, lub za powiedzmy dwa lata - wtedy nikt by tego nie zauważył. Kupują, bo jest im wygodnie, ale nie są w żadnym stopniu od niego uzależnieni. Byli, owszem,10 lat temu. Dziś to Gazprom ma problem.

Wyjaśnieniem jest OZE, a przede wszystkim energetyka wiatrowa. Według zasad działania sieci energetycznej (zasad dla wykorzystania z OZE, oczywiście) siec ma obowiązek przyjąć cały prąd wyprodukowany przez OZE, a następnie kupuje dalej, od kolejno najtańszego w produkcji. W ten sposób, przy relatywnie stałym zużyciu, działających tradycyjnych elektrowniach i umiarkowanym eksporcie prądu, najbardziej traci najdroższe źródło energii. Najdroższa jest produkcja z oleju, ale takowej już praktycznie w kontynentalnej Europie nie ma, następny jest gaz. I w tym miejscu się dzieją najciekawsze rzeczy.

Otóż: zużycie gazu do celów energetycznych w Niemczech leci na pysk. Tak, to jest najlepsze określenie. Przy mało zmienionym poziomie zużycia grzewczego, łączne zużycie rosło ze znaczną roczną zmiennością:
od roku 1990 i 2293 petajouli, do 2006 roku i 3312 petajouli .
Od tego roku widać spadek: w 2012 łączne zużycie wyniosło 2954 petajouli. Co istotne: Niemcy maja swoje złoża i oczywiście najpierw korzystają z nich, a dopiero potem z importu z krajów ościennych, na końcu zaś potrzebują gazu z Rosji. Gaz z Rosji jest też pierwszym, z którego rezygnują.
Wiadomo, ze niemieckie wydobycie w tym czasie spadło z ok 600-650 PJ do 390 PJ w 2012 roku. Wiadomo, ze import z Rosji i Holandii był w 2012 roku praktycznie równy i wynosił po ok. 650 PJ. Stad wnioskując, można prawie cały spadek konsumpcji przypisać zmniejszonym zakupom z Gazpromu. To by dawało 358 PJ, powiedzmy, ze w związku ze spadkiem wydobycia na Morzu Północnym przyjmiemy 300 PJ.
To i tak jest 1/3 poprzedniego rosyjskiego eksportu do Niemiec, który stanowi prawie 30% sprzedaży eksportowej Gazpromu.

Teraz możemy przejść do poziomu uzależnienia Niemiec od importu surowców energetycznych z Rosji. Dla całości sprawy nie ma on praktycznie znaczenia. Produkcja energii elektrycznej z gazu to obecnie poniżej 9%, z czego mniej niż 1/3 to import z Rosji. Czyli mówimy o mniej niż 3% paliwa do produkcji energii elektrycznej. Należy przy tym zwrócić uwagę, ze prąd z gazu się produkuje wtedy, gdy jest on absolutnie potrzebny i nie ma innej możliwości, poza oczywiście blackoutem lub brownoutem (czyli zmniejszeniem napięcia w sieci w związku z brakiem mocy).

Czyli: skoro niemiecka sieć energetyczna jest najlepsza i najbardziej niezawodna na świecie, spośród krajów większych niż mikropaństwa, to odcięcie od rosyjskiego gazu spowoduje najwyżej obniżenie niezawodności do poziomu USA, UK, czy Włoch. A i to niekoniecznie- więcej w dalszej części wpisu.

Reszta gazu idzie na ogrzewanie. Poziom zużycia energii do ogrzewania w Niemczech jest pomijalny. Ile wyjdzie tyle jest i w zasadzie jest to czysty zbytek, z którego można w skrajnych warunkach zrezygnować bez większego problemu.
W razie potrzeby obniżenie temperatury w fabrykach z 22 do 15 i w domach z 26 do 19 stopni to niewielki problem, także niewiele wpływający na komfort życia. Ot, trzeba czasem sweter założyć. Tyle prawdopodobnie wystarczy aby zrezygnować z rosyjskiego gazu w całości.

Z rzekomego uzależnienia, czyli importu rzędu 25% okazuje się , ze 10% nie istnieje, a pozostałe 15% to tylko wygodnictwo zamożnego, z którego to wygodnictwa można zrezygnować z dnia na dzień i narzekać, albo ze stosownym wyprzedzeniem i planem i tego nie zauważyć.

Podsumowując sytuację: w ciągu ostatnich 6 lat popyt na gaz z Gazpromu, uwzględniając tylko Niemcy, spadł o 10% całkowitego eksportu. Teraz patrzymy na dalsze pozycje. Widzimy tu Włochy. Zużycie gazu jest tam spore i uzupełnia istotnie produkcję prądu z elektrowni wodnych. Problem dla Gazpromu polega na tym, ze przy zupełnie dobrych warunkach słonecznych Włoch, fotowoltaika może konkurować z importem gazu.

Następny istotny klient Gazpromu - i tu zdziwienie - Ukraina. I następny problem: w czasie rządów pomarańczowych uchwalono ustawę o OZE która była, jak ja bym to określił, kopią niemieckiej w wersji dla biednych. Umiarkowane, ale rozsądne wsparcie dla sprawdzonych technologii - wiatru, PV i malej hydro i nic więcej, żadnego inwestowania w nowe przełomowe technologie, istotą była niezależność od importu gazu.

I zadziałało: razem z innymi działaniami, oszczędnościami oraz bankructwami szczególnie energożernych fabryk, zużycie gazu na Ukrainie w latach 2009 - 2013 spadło o 40%. Taka liczba to nie są żarty. Jasne, to były proste rezerwy, ale z każdej strony Gazprom miał konkurencje. I to najbardziej perfidną, wcale nie innych dostawców, tylko konsumentów mających tańsze technologicznie alternatywy.

Razem cala ta energetyka odnawialna wcale nie produkuje wielkich ilości energii, ale jak widać wystarczające, aby solidnie zaszkodzić Gazpromowi, a przez to całej Rosji. W normalnej sytuacji nie byłby to wielki problem, ale w obecnej jest to początek problemów. Podstawowym było i nadal jest oparcie całej koncepcji polityki Rosji o dogmat niezastępowalnosci rosyjskiego gazu.

Teraz się okazało, ze był to strategiczny błąd, który spowodował cały zestaw innych problemów. W ramach realizacji tej rosyjsko-gazpromowej polityki inwestowano olbrzymie kwoty w zagospodarowanie nowych pól w najbardziej odludnych i niegościnnych miejscach na ziemi, co się w oczywisty sposób przekładało na koszty, oraz w:

największy strategiczny błąd Rosji, czyli Rurociąg Północny


Z punktu widzenia doktryny polityki gazowej był to świetny projekt, zwłaszcza, ze to Niemcy dali na to kredyt. Jak teraz ten gaz Niemcom jest potrzebny nie do przeżycia, a do ekstra komfortu, z którego można przecież jutro zrezygnować, to sytuacja nie jest taka fajna. A jeszcze niedawno, może nawet w zeszłym tygodniu, zakończono przebudowę rurociągu z Polski do Niemiec i obecnie można pompować gaz także w druga stronę.

Podejrzewam, ze w pilnym trybie spokojnie można w ten sposób przebudować także rurociągi prowadzące z Polski na Ukrainę w ciągu miesięcy, czyli przed najbliższą zimą. W tej wersji Rurociąg Północny jest olbrzymim obciążeniem dla Gazpromlandi, bo Niemcom nie odważą się zakręcić kurka. Nie tylko nie maja żadnego pretekstu, ale jeśliby nawet mieli prawdziwy powód, i tak by to spowodowało zjednoczenie niemieckich władz, społeczeństwa i biznesu pod hasłem zakończenia zakupów z Rosji.
Słowem - gdzie się nie obrócić, dupa z tylu…

A teraz załóżmy taki scenariusz: Rurociągiem Północnym bezpiecznie płynie gaz, to się nie zmieni. Nowe instalacje PV w tym roku w Niemczech dochodzą do takiego poziomu, ze poza sezonem grzewczym, import gazu z Rosji jest niepotrzebny (bardzo prawdopodobne). Aby z punktu widzenia Niemiec coś z tym pasztetem zrobić, można gaz wyeksportować do Polski (już przygotowane), ale w Polsce tez zasadniczo gazu się używa tylko do ogrzewania, na cele przemysłowe spokojnie wystarczają krajowe złoża.

Dalszym, oczywistym rozwinięciem tego pomysłu jest wysłanie tego gazu na Ukrainę, która go potrzebuje. Problem polega na tym, ze Ukraina go bierze bezpośrednio z Rosji, a Niemcy tez maja w umowie klauzule o nieodsprzedawaniu dalej, znaczy odbiorą czy nie, potrzebny czy nie, płacić trzeba, odsprzedać nie można.

Dalej rozwiązanie się narzuca samo: załatwić zamkniecie połączeń gazowych na granicy Rosji i Ukrainy tak, aby wyglądało to w całości na winę Rosji, i dzięki temu mieć uzasadnienie humanitarne do naruszania umowy z Gazpromem i odsprzedawania gazu z Rurociągu Północnego dalej, znaczy do Polski i Ukrainy.
Niemcy zostają gwarantami bezpieczeństwa energetycznego Polski i Ukrainy, oraz już absolutnie podstawowym klientem Gazpromu, który może sam stawiać warunki. Gazu z Rosji generalnie będzie mniej, bo rurociągi przez Ukrainę to nadal zupełna podstawa, ale ten gaz, jak już wspominałem, nie jest tak bardzo potrzebny, a przy patriotycznej akcji oszczędzania energii - w ogóle. W ten piękny sposób Gazpromlandia traci mniej-więcej połowę sprzedażny na najlepiej płacącym rynku. Gazprom w takiej sytuacji ląduje od razu w dość nędznej pozycji. Ma do spłaty kredyty na olbrzymie rozgrzebane inwestycje, z których gaz by może i byłby opłacalny, gdyby trafił do Europy. Tak samo ma do spłaty kredyty za ta nieszczęsna bałtycką rurę. Tez niemałe.

Z dobrych wiadomości dla Rosji i Gazpromu - Chińczycy kupią ten nieszczęsny gaz i zapłacą bez problemów. Zła wiadomość jest taka, że zapłacą gdzieś polowe tego co Europa. Jeszcze gorsza, że bezpośredniego połączenia nie ma. Dobra wiadomość połączenie jednak jest, ale znów gorsza, oczywiście przez Kazachstan…Tą relatywnie nową rurą już wędruje gaz z Azji Środkowej do Chin, z pominięciem Rosji.

Generalnie otwarcie tego rurociągu to była dla Rosji dość marna wiadomość, bo poprzednio kupowali za śmieszne pieniądze gaz z Uzbekistanu i Turkmenistanu i sprzedawali go do Europy. Teraz ten biznes przejął Kazachstan, wysyłając do Chin, co oczywiście robi już od kilku lat kolejna wyrwę w budżecie Gazpromu.

A na deser wszystkiego, adding insult to injury, Kazachstan w zeszłym tygodniu podpisał z Chinami umowę kredytowa: pożyczyli 700 mln dolarów na druga, większa nitkę tej rury. Wystarczy na przesłanie całego gazu z Azji Środkowej lub części rosyjskiego do Chin. A ze Gazprom po zamknięciu ukraińskich rurociągów nie miałby innych odbiorców, to będą sprzedawać za tyle, ile im Chińczycy łaskawie zapłacą, oraz zapłacą za tranzyt stawki, jakich zażąda Kazachstan.

Tu przypomnę jeszcze raz: tradycyjna przyjaźń kazachsko-rosyjska jest jeszcze głębsza, niż była polsko- radziecka w latach 1920 i 39. Oni ich po prostu mieli na karku dłużej i dokładniej, dostając w spadku po ZSRR dwie z trzech największych katastrof ekologicznych. Żadnych złudzeń, każdy Kazach, a już zwłaszcza ich obecny dożywotni prezydent zrobi wszystko, aby podkopać, a najlepiej wykończyć obecna Rosję. I jest ku temu w idealnej pozycji: jednego z dwóch ostatnich sojuszników (obok Białorusi).

Teraz: niesamowicie sprawna polityka ukraińska, która, wspólnie z polska przekonała świat, ze padła ofiara bezpodstawnej agresji, a zrównanie Putina z Hitlerem doszło tak daleko, że w parlamencie USA Republikanie współpracują z prezydentem, co się chyba z obecnym prezydentem jeszcze nie zdarzyło.

Oczywiście, poza gazem jest jeszcze ropa, która o niebo łatwiej transportować i bez której znacznie trudniej się obyć. Ta od Rosji będzie kupowana, tylko bardzo możliwe, ze Niemcy sami przyspiesza program uniezależnienia się od ropy w transporcie, a jeszcze istotna cześć ogrzewania odbywa się tam za pomocą oleju opalowego. To jest możliwe do relatywnie szybkiej zmiany, wymaga tylko odpowiedniej ilości fachowej kadry, kasy i determinacji. Na razie im brakuje tego ostatniego, ale to się właśnie w tym tygodniu zmienia.

Poza tym Rosja w eksporcie ropy tez jest właściwie uzależniona od rurociągów. Transport ropy przez porty Północy wymaga tankowców z klasa lodowa, a tych jest mało i obecnie w cenie, przez Bałtyk możliwe, ale tu są ograniczenia wielkości utrudniające korzystanie z tankowców, a przez Morze Czarne prawie wykluczone bo są tam problemy z przepustowością Bosforu i Turcy bardzo krzywo patrzą na ładunki niebezpieczne w środku ich największego miasta (a jeszcze krzywiej jak to będzie Rosja robić). Na dalekim wschodzie brakuje infrastruktury przesyłowej, a zresztą tez jest problem z lodem. Kolej jest generalnie droga, a i tak zapuszczona, bez nowych inwestycji (o co mają pretensje Chińczycy). Pozostają rurociągi, które prowadza do Europy, lub istnieje zupełnie nowy, do Chin. Przez Kazachstan....

W tej układance o takim drobiazgu jak jeszcze świeże, z końca ubiegłego roku umowy o niemieckim wsparciu dla kazachskiego planu rozwoju energetyki odnawialnej to nawet nie ma co mówić.... Dziwne jakby tego nie było.

W trakcie pisania sobie sam odpowiedziałem na wątpliwości z początku artykułu, zwłaszcza, ze z przerwami go piszę dwa dni, podczas których się dużo wydarzyło. Obecnie, moim zdaniem, dla uratowania putinowskiej kliki jedyną nadzieją jest szybka diagnoza raka mózgu, o którym się już mówiło. W razie problemów z diagnozą, albo stosownym glosowaniem nad usunięciem z urzędu z powodu stanu zdrowia, wschodnia tradycja medyczna mówi, ze ołów bardzo przyspiesza śmiertelne skutki raka mózgu, zwłaszcza u władców....

Choć z drugiej strony Rosja z coraz większymi problemami i uzależniona od widzimisię Niemiec i Chin oraz płacąca ciężkie frycowe dla Kazachstanu wszystkim się podoba. Wszystkim. I to jest słowo klucz. Właściwie nie ma ani jednego państwa, czy poważnej grupy interesów (czy to banksterka, czy lobby gejowskie) w którego realnym interesie jest poparcie Rosji w dzisiejszym kształcie. Za to w razie czego niepodległe państwa Tatarstanu i okolic - tu Kazachowie i Turcy pomogą, jakieś niepodległe państewko wokół Wołgogradu…. jak wcześniej pisałem - lista chętnych do pomocy jest już bardzo długa. I może w nieco okrojonej Rosji nawet już wtedy ten Putin nie będzie nikomu przeszkadzał.…..


A uprzedzając pytania o dane tu do ściągnięcia (po niemiecku) jest szczegółowe zestawienie niemieckiego matriksu energetycznego za lata 1990-2012, większość wniosków jest właśnie na podstawie szczegółowej analizy tego. Tu dla odmiany dane o zużyciu energii w ogrzewaniu. Pozostałe można łatwo wyguglować, zwłaszcza te z Kazachstanu, bo zdaje się, że media tam są tak bardziej rządowe i podają dość obszernie dane o inwestycjach i umowach rządowych.

Demokracja zwyciężyła pod Stalingradem

Wydarzenia na Ukrainie są właściwie rozstrzygnięte. Dziś już nie za bardzo można w jakikolwiek sposób zmienić bieg wydarzeń. Owszem, może sobie być jakaś interwencja wojskowa Rosji, itp. ale to wszystko znaczenia na dłuższą metę nie ma i mieć nie będzie. Sprawy są rozstrzygnięte i niezależnie co się dalej stanie tam, w Polsce jest pozamiatane.
Od początku rewolucji polskie władze robiły w końcu wszystko aby się trzymać z boku. Obóz WSI - prezydencki oczywiście był i jest kompletnie Majdanowi wrogi. I co? I nic. Nawet obecne urzędujący strażnik żyrandola musiał udawać, że coś robi. 

Najważniejsze jednakże w tym są społeczeństwa. Majdan jest autentycznym sprzeciwem narodu, który zwyczajnie miał dość. Kompletnie dość połączenia sowieckiego burdelu i tumiwisizmu, z rzekomo nowoczesnym i kapitalistycznym wyzyskiem i olewaniem zwykłych ludzi. Krótko mówiąc, dla postsowieckiej oligarchii jest to raj - sowiecki styl zarządzania, który od nich w rzeczywistości nic konkretnego nie wymaga, oprócz utrzymywania stosownych kontaktów i jednocześnie kapitalistyczne uroki korzystania z życia i brak jakiegokolwiek nadzoru czy to prawnego, czy w sowieckim stylu, przez służby. Raj, po prostu. Tak dokładnego systemu w Polsce nie udało im się osiągnąć. 
Ale życie dla zwykłych ludzi w kraju żebrania o pracę, gównianych pensji i olewactwa wszystkiego dookoła, jest podłe. Biedne czy mniej biedne, ale podłe. Choć z polskiej perspektywy trudno w to czasem uwierzyć, ale Ukraińcy pracujący w Polsce, traktowani przecież tak samo źle jak polscy robotnicy, nazywają i odczuwają to jako zupełnie przyzwoity poziom szacunku. W porównaniu do swojego państwa..... Biednie czy bogato, ale nikt nie lubi być traktowany jak kupa gówna. Stąd był bunt i musiał być, bo ukraińska gospodarka do wzorcowych także nie należy, trudno zresztą przypuszczać, aby układ oligarchicznego wyzysku mógł być wzorcowo efektywny. 

W tym starciu raz można docenić to, co się w Polsce zmieniło przez ostatnie 25 lat. Na niskim poziomie, sądów rejonowych, już generalnie nie ma sędziów na telefon. W zwykłych sprawach urzędowych, a nawet większości policji, już nie ma drobnego łapówkarstwa. W Rosji mogą zarobić trochę więcej, ale w otoczeniu tego całego postsowieckiego syfu. 
To powyższe, jak mi się wydaje, intuicyjnie rozumiała znakomita większość aktywnego narodu w Polsce i nie za duża część blogerów i publicystów. A swoimi wypowiedziami i działaniami przeciwko wspieraniu Majdanu się niestety skompromitowali liderzy Ruchu Narodowego... Kiedyś czytałem książeczkę, której autor dowodził, że krakowscy konserwatyści rządzący Galicją są skończonymi durniami (trudno się nie zgodzić), ponieważ pozwalają i promują ludową obrzędowość Ukraińców, pozwalając im się integrować, jednocześnie nie polonizując ich, a też nie pozwalając wytworzyć się dojrzałemu narodowi, z którym Polacy mogą mieć dojrzałe relacje. Autor się nazywał Roman, Dmoch, czy Dmowski, jakoś tak…. To tak zupełnie przy okazji - kto jest wystarczająco kwalifikowany do sprawowania władzy, a kto nie... Panowie Winnicki i spółka niestety powinni wrócić do lektur i dyskusji nad nimi. Tym, którzy ominęli także podręczniki do historii przypominam, że symbol Szczerbca może być w Kijowie bardzo źle widziany, a nasi dzielni narodowcy nie będą wiedzieć o co chodzi. No wypisz - wymaluj sprawa jak z flagami UPA.

Ale tymczasem mamy nową sytuację geopolityczną. 
Mamy wrogą Rosji Ukrainę (a raczej odwrotnie), Rosję, która przez najbliższe dwa pokolenia nie będzie liczącym się mocarstwem (bo takim może się stać tylko razem z Ukraina).
Rozwijając tę myśl- Rosja jest państwem olbrzymim terytorialnie, ale położonym na zadupiu świata, z pewna ilością nowoczesnego przemysłu, ale w żadnym wypadku nie porównywalna z Niemcami czy Japonia (z którą jest porównywalna populacją). Jest olbrzymim eksporterem surowców oraz istotnym broni - i nic więcej. A eksport broni także zależy od pozytywnego postrzegania danego kraju, dlatego tak dobrze sobie radzą Szwecja czy Szwajcaria w tym biznesie.
Olbrzymia różnica odległości od rynków Europy także swoje robi. Rosja bez Ukrainy, skompromitowana mieszaniem się w sprawy sąsiednich krajów nie może być mocarstwem. Jest i jeszcze jakiś czas (niekoniecznie długo - o tym dalej) ważnym państwem, ale czasy dawnej Rosji, pogardzającej swoimi mieszkańcami w imię budowy imperium się w zeszłym tygodniu skończyły. Ponieważ skończyła się możliwość budowy imperium. Została co najwyżej metoda siłowa, która też się skończy katastrofą. 

Dlaczego Rosja nie ma możliwości manewru? Proste: nikt chyba nie zauważył słonia. W Chinach od kilku lat bardzo agresywnie i w imponującym tempie powstają lądowe alternatywy dla morskich połączeń z resztą Azji, Europą i nawet częściowo Afryką. Dla dalszych rozważań proponuję spoglądać na mapę – zapewne nazwy krajów będą znane, ale dokładne ich położenie już niekoniecznie.... 
Zaczynamy: jeszcze 30 lat temu jedyną drogą lądową z Dalekiego Wschodu do Europy była kolej transsyberyjska i połączenia z chińska siecią jednotorową linią przez Mongolię i łącznikiem przy Pacyfiku. W 1990 powstało połączenie sieci chińskiej z radziecką jeszcze w dzisiejszym Kazachstanie. W ciągu ostatnich dwóch lat w Kazachstanie otwarto drugie połączenie z kolejowe z Chinami oraz przez Turkmenistan z Iranem (niezwykle ważne - droga lądowa omijająca Rosję). Z Iranu aż do Istambułu jest bezpośrednie połączenie, ale o nie za dużej przepustowości, ponieważ po drodze jest prom kolejowy na jeziorze Van. Logika by wskazywała, że jest jakaś Chińska inwestycja mająca temu zaradzić i jest - kolejne połączenie Iranu i Turcji przez Irak.

Mongolska sieć kolejowa jest sprawnie rozbudowywana, także w trakcie budowy jest autostrada łącząca granice chińską z rosyjską. Kazachstan (kraj skrajnie wrogi Rosji, choć z racji położenia z nią współpracujący, gdyby ktoś nie wiedział) już skończył swoje 1700 km autostrady z Chin do Niemiec. Białoruś swoją także. Nawet polski odcinek (A2) jest prawie gotowy- to jakby się ktoś pytał skąd się wzięła chińska firma przy tym.  Najgorszy burdel dzielnie trwa w Rosji. Rosyjskie linie kolejowe wołają jakieś szalone stawki za fracht, autostrada nawet nie zaczęta, itp. Korzystając z dotychczasowego monopolu na lądowy transport mogli to robić. Teraz sytuacja się nieco zmieniła przez połączenie przez Iran, ale potencjalnie może się zmienić bardzo poważnie.  Niezależność Ukrainy od Rosji jest właściwie na rękę wszystkim- ale najbardziej i niewątpliwie Chinom. 
Ich przyczółki gospodarcze są tam dość mocne, wcale bym się nie zdziwił pewnym sponsorowaniem Majadanu. Spójrzmy teraz jeszcze raz na mapę. Mamy dwa państwa budujące swoją tożsamość narodową na sprzeciwie wobec Rosji (Kazachowie nie muszą jej budować, już dawno taką mają), oddzielone w najbliższym miejscu o zaledwie 600 km.  Drobna dygresja - a dlaczego to ma takie znaczenie? Proste - na wypadek konfrontacji z USA. Blokada szlaków morskich jest i długo będzie w możliwościach militarnych USA, więc dla zapewnienia kooperacji, zbytu i dostaw surowców konieczne są połączenia lądowe z Bliskim Wschodem, Afryką i Europą. Nie mówiąc o takim drobiazgu jak elektryfikacja kolei, co pozwala na oszczędzanie ropy w transporcie. 

Ale wracamy do naszej mapy. Załóżmy teoretycznie, że pojawiają się chińscy inwestorzy, którym zależy na remoncie i poprawieniu linii kolejowej do terminalu w Sławkowie. Ewentualnie inwestycji w autostradę. Dość prawdopodobne założenie.  Zostaje, dla najkrótszego lądowego połączenia Chin z Europą zaledwie 600-900 km słabo zarządzanego państwa, które stroi fochy, ma pretensje do imperializmu i które trudno ominąć. Realnie jedno miasto, które jest hubem transportowym- zarówno przebiega przez nie szlak rzeczny z  Morza Kaspijskiego (znaczy Kazachstanu) na Morze Czarne (czyli Europa), z pominięciem oceanów, jedyna linia kolejowa, jedyny most przez Wołgę i jedna z dwóch dróg. Wołgograd, dawniej znany pod nazwą Stalingrad. 

To znów dygresja - zupełnie serio ktoś poważany kiedyś pisał, że znaczenie Stalingradu w 2 w.ś. było tylko emocjonalne, bo Hitler koniecznie chciał podbić miasto nazwane na cześć jego przeciwnika....
Patrząc znów na mapę: jeśli, co moim zdaniem jest prawie pewne, Ukraina włączy się w infrastrukturalne koncepcje Chin, rejon Wołgogradu zaczyna wyglądać jak korytarz pomorski. Albo władze Rosji zgodzą się na dyktat chiński, co jednocześnie stanowi ostateczną porażkę putinowskiej koncepcji ZSRR-bis, albo są skazane na pożarcie.  Dlatego też jest możliwe odwrócenie sojuszy przez putinowską Rosję i antychiński sojusz z USA. Choć akurat to ostatnie to by była prosta droga do konfrontacji i przynajmniej wewnętrznych rozruchów o oddzielenie rejonu Wołgogradu, a co za tym idzie odcięcie całej południowej Rosji.  
Tak czy inaczej są to ciekawe czasy, konfrontacja USA - Chiny zbliża się wielkimi krokami, módlmy się o to, aby była pokojowa (ale znając poprzednie przykłady zmiany hegemonów, trudno w te modlitwy wierzyć...)
A przy dobrym wykorzystaniu może to być niesamowita koniunktura dla Polski, we współpracy z Ukrainą. Albo pod rządami obecnych durniów- największy zestaw zmarnowanych szans.