Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Demokraci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Demokraci. Pokaż wszystkie posty

Gerrymangering

Tytułowe zjawisko jest dość interesujące. A dokładniej powinno nas teraz interesować bo moze mieć ciekawe konsekwencje dla świata.

Dla przypomnienia gerrymangering to procedura zmiany granic okręgów wyborczych w taki sposób, aby zapewnić zwycięstwo w wyborach jednej z partii, nawet jeśli jest daleka od osiągnięcia większości. 
Robi się to tak, że przez te manipulacje granicami okręgów "pakuje" się wyborców przeciwnika w jeden/kilka okręgów, gdzie osiąga on powiedzmy 90% poparcia, a pozostałe tak konstruuje aby nasza partia zdobyła tam nieco ponad połowę głosów. W ten sposób, jeśli na danym obszarze wybieramy powiedzmy 10 posłów w jednomandatowych okręgach po 1000 wyborców każdy i dwie parte, A i B, to możemy te okręgi podzielić tak:
W 4 okręgach zwycięża partia B. Zdobywając wszystkie głosy, po 1000. Razem 4000 na partię B, 0 głosów na partię B.
W 6 okręgach zwycięża partia A. Zdobywa po 501 głosów w każdym, partia B po 499. Razem 3006 na partię A i 2994 na partię B.

Łącznie partia A zdobyła 3006 głosów z 10 tys., a partia B 6994 z 10 tys. Partia A otrzymuje większość mandatów przy 30% głosów. Pytanie- zwolennikiem której partii był człowiek odpowiedzialny za ustalenie granic okręgów wyborczych?

Po chwili refleksji koniecznej na przemyślenie powyższych wyników możemy łatwo się domyślić, że granice okręgów ustalał zwolennik partii A. Ale wybory nie są aż tak precyzyjnie przewidywalne. A przynajmniej nie w każdym kraju. Zresztą w tych, gdzie są doskonale przewidywalne, nie potrzeba sztuczek z granicami okręgów. 
Więc potrzeba do tego dość solidnych badań wyborczych, ale też określonej geografii wyborczej. Podziału społeczeństwa na bloki wyborcze zależne od miejsca zamieszkania. Albo na miejsce zamieszkania zależnie od preferencji wyborczych. Albo zamożności wpływającej na jedno i drugie. W podanym przykładzie te dane musiały być nieskończenie precyzyjne. Takich danych nie ma. W rzeczywistości mówimy o głosowaniu w pierwszych 4 okręgach w powiedzmy 70-80% na partię B i 55% w pozostałych na partię A. Partia A nadal wygrywa zdobywając mniejszość głosów, ale różnica nie jest aż tak drastyczna jak w pierwszym przykładzie. 

Oprócz orientacji z geograficznych preferencjach wyborców i stabilności tych preferencji potrzeba solidnej dozy cynizmu u stosownych decycentów, przez co partie bliższe ideałom demokracji rzadziej stosują takie metody. I oczywiście działają one jedynie w przypadku ordynacji większościowej. Co przy okazji zaleca patrzenie z jeszcze większą podejrzliwością na promotorów takich rozwiązań.

Po tym skrótowym przedstawieniu problemu, drodzy Czytelnicy, kto z Was zauważył gigantyczną słabość tego rozwiązania?
Tak, może zapewnić długoletnie rządy mniejszości. Ale tylko pod warunkiem stabilności. Jeśli sytuacja się naprawdę posypie, partia A zacznie być postrzegana jako prawdziwa banda, której należy się pozbyć za wszelką cenę, to nawet zwyczajowy margines tych 5 czy 10% nie pomoże. Stracą 10% poparcia, ale też wszystkie mandaty. Jak ktoś nie zauważył jak to możliwe- partia B zbiera swoje 4 miejsca, jak zawsze. Ale potem uzyskuje nieco ponad większość w pozostałych 6. I tak uzyskując powiedzmy 60% głosów zdobywa 100% mandatów. Przez pazerność partii A.

A teraz możemy rozszyfrować tej nazwy partii. Masowy gerrymangering w USA uprawiają Republikanie, a Demokraci raczej nie. Miejscami, sporadycznie, ale zasadniczo prawdziwym byłoby twierdzenie że to Republikanie opierają swój biznes polityczny na utrzymywaniu władzy mniejszości wszystkimi możliwymi metodami, a Demokraci, jeśli w ogóle starają się walczyć o władzę, to robią to odwołując się do głosu większości. 
I ten proceder zupełnie dobrze działał z punktu wiedzenia Republikanów, a zwłaszcza sponsorującej ich oligarchii. Od czasu przejęcia rasistów przez Partię Republikańską, w przededniu wyboru Nixona, to ta partia dominowała w polityce USA. 
I dominuje do dziś, między resztą swoich polityk, kultywując też rasizm. 

Ale zanim wrócimy do USA, możemy jeszcze pokazać przykład manipulacji okręgami z polskiego podwórka. Otóż szalona reforma samorządowa w wykonaniu AWS m.in. powołała nowe województwa. I w tym przypadku te województwa nadal były okręgami wyborczymi, ale o kształcie tych okręgów mógł zdecydować rząd. I zdecydował, Województwa stały się bardzo dziwne z punktu widzenia sieci powiązań gospodarczych, poziomu rozwoju, sieci transportowej, czy rozwoju przemysłowego. 
Ale za to stały się zupełnie nie dziwne, jeśli uznamy, że główną cechą jest poparcie dla AWS. Z pewnym marginesem, oczywiście.
Ale potem się okazało, że Polska tych reform wybitnie nie lubi, a duet 4 neoliberalnych reform i Balcerowicza to było dużo za dużo. AWS i tak się w ogóle nie dostał do parlamentu, ale gdyby uzyskał wynik trochę lepszy niż kompletnie katastrofalny, to i tak by się przejechał na swoich rachubach senackich.
Bo nie zapominajmy, że cała ta zabawa może działać tylko w wyborach większościowych, a takie są w Polsce do Senatu. Ale implozja AWS miała minimalne znaczenie dla Polski i żadnego dla świata. 
Za to polityka w USA ma podstawowe znaczeni dla świata. 
I dlatego nadchodzące wybory są ważne. I ja bardzo, bardzo chciałbym zobaczyć ten efekt zemsty gerrymangeringu. Bo to może zatopić kompletnie Partię Republikańską. 

Wybory w USA, przełomowy dzień

Minęły już trzy prawybory, w Iowa, New Hampshire, Newadzie oraz Południowej Karolinie . W pierwszych trzech największą liczbę głosów zdobył Sanders. Dla pokazania perspektywy- to się nigdy nie zdarzyło. To, znaczy zdobycie największej liczby głosów we wszystkich trzech pierwszych prawyborach przez kandydata. Z którejkolwiek partii. To pokazuje skalę poparcia dla Sandersa.

Ale ciągle w Iowa nie zdobył największej ilości delegatów. I to w ogóle były bardzo ciekawe prawybory. Ciekawe, ponieważ aplikacja, która miała pomagać w liczeniu zawaliła się. 
Zanim przejdę do szczegółów, to trzeba podkreślić skalę wyzwania. Otóż tam było zorganizowanych nieco poniżej 2 tys. obwodów głosowania. I z każdego miano przesłać wyniki pierwszego ustawienia wyborców, ostatniego oraz ilość delegatów. Czyli trzy rekordy, każdy po 4-7 zestawów liczb, zwykle dwucyfrowych. Licząc ze sporym zapasem, 8 liczb 16-bitowych każda, razy 3, razy 2048 (dla okrągłego rachunku) to daje .. z całego stanu. Tyle danych w ogóle trzeba było zebrać. Zajęło to.... tydzień. Aplikacja specjalnie zaprojektowana do tego zadania wysypała się od razu. Zapasowy kanał, czyli telefony były tak zorganizowane, ze nie dało się dodzwonić i przekazać informacji. Co w sumie nie miało aż tak wielkiego znaczenia, ponieważ reguły głosowania były tak sformułowane, że wiele z osób organizujących te głosowania sama ich nie rozumiała. A szkoleń wcześniej zaniedbano. 
Dla uzupełnia obrazu, ten soft kosztował coś ponad 150 tys usd., zapłaciła za niego oczywiście Partia Demokratyczna Ohio. Ale tylko w części. Resztę dorzuciła partia z Newady i...... sztab wyborczy Buttegiega. Prawie zaraz po rozpoczęciu liczenia, jak już się okazało, że cały system się zawalił, nikt nie zna wyników i nie wiadomo kiedy będą, co zrobił kandydat Buttiegieg? Ogłosił że wygrał. WTF?

I żeby było śmieszniej, po tygodniu, jak już czegoś tam się względnie doliczono (choć dokładnie tego chyba w ogóle nie zrobiono) okazało się, że najwięcej głosów zdobył Sanders, ale najwięcej delegatów Buttegieg. Prorok jaki czy co?

Południowa Karolina to następny interesujacy przypadek. Podobnie jak na całym Południu, Partia Demokratyczna tam prawie nie istnieje, czasem ma jakieś lokalne sukcesy, ale w polityce stanowej nigdzie tam się nie liczy. Nie ma członków, nie ma działaczy, jest garść ludzi wspominających dawne sukcesy, czyli czasy, kiedy rasiści byli związani z Demokratami, a nie Republikanami, jak dziś. Ale głosy delegatów na konwencji są tak samo ważne jak z Kalifornii. 
W 2016 roku w stanach, gdzie Partia Demokratyczna faktycznie istnieje, działa i liczy się w polityce to Sanders otrzymywał olbrzymie poparcie. Ale głosy z Południa poszły w całości na Clinton, podobnie jak aparatu partyjnego. 
Dziś mamy podobną sytuację. Z drobnymi poprawkami- poparcie dla Sandersa jest wyższe niż wtedy, a aparatczycy głosują dopiero w drugim podejściu. Czyli jeśli na konwencji będą delegaci przynajmniej 3 kandydatów i nikt nie uzyska większości w pierwszym głosowaniu. 

Ale Buttegieg już zrezygnował, Warren się nie liczy, reszta tym bardziej. Jest Biden, na którego stawia aparat partii, który, jak już pisałem, zdecydowanie woli przegrać wybory z Bidenem niż wygrać z Sandersem. 
I jest republikański miliarder, rasista i kolega Trumpa. Zaraz, zaraz, przecież mówimy o prawyborach w Partii Demokratyczej. No tak... Skoro Clinton mogła najpierw doprowadzić do bankructwa partię, a potem faktycznie ją przejąć, to dlaczego miliarder nie może sobie jej kupić?
Na szczęście jeszcze była debata, na którą go zaproszono. Zresztą tylko dzięki zmianie regulaminu w ostatniej chwili, czyli też pewnie za drobną dotacją. Ale Bloomberg, bo tu o nim mowa w debacie wypadł tak doskonale arogancko i niekompetentnie, że to akurat zostanie zapamiętane na długo. 

Tu wypada przypomnieć o jeszcze jednym drobiazgu: próg wyborczy do podziału delegatów wynosi 15%. I obowiązuje zarówno w hrabstwach jak też całym stanie, więc kandydat, który otrzymuje pomiędzy 15 a ok. 20% ma szansę dostać nieproporcjonalnie mały udział. 
Więc aby mogła być konwencja z trzema kandydatami, każdy z nich musi regularnie uzyskiwać przynajmniej te 15-20%. Biden tyle na Południu uzyska, często dużo więcej. Ale aby powstrzymać Sandersa, ktoś musi dostać głosy i mandaty poza Południem. I co więcej, bezpieczne 20% głosów, bo jeśli to będzie mniej niż 15%, to faktycznie przypadną najsilniejszemu. Czyli Sandersowi.

I w tej, niesamowicie ciekawej sytuacji, czekamy na wtorek. Wtedy 3.03 odbędą się prawybory w kilkunastu stanach. W tym Kalifornii i Teksasie. W Kalifornii wygra Sanders, na Południu Biden. I po raz pierwszy będzie też Bloomberg, który nie startował w ogóle w pierwszych czterech. 
Jeśli Bloomberg dostanie swój solidny udział delegatów, to gra jeszcze potrwa, będzie ciężka dla wszystkich, ale w końcu wygra pewnie Biden. 
 Następne pytane zależy czy ktoś wyraźnie wygra w Teksasie. Jeśli Biden, to gra trwa dalej, ale nadal ze wskazaniem na Sandersa. Jeśli Sanders, to prawybory można uznać za zakończone. Jeśli będzie coś w okolicach remisu, to Biden i tak jest na straconej pozycji. 
Ale wiecie co może być najśmieszniejsze? Że Bloomberg i Biden wzajemnie sobie poodbierają głosy i w kilku stanach mogą nawzajem się pozrzucać poniżej 15%

I zupełnie serio. Niezwykle rzadko się zdarza, że można powiedzieć, że zaraz będzie dzień, który zadecyduje o losach świata. Ale właśnie taki będzie. Stawką jest demokracja i socjalizm lub wyzysk przez oligarchię i zamordyzm. I kolejne 4 lata przyspieszonej erozji instytucji w USA może być nie do odrobienia przez wiele dziesięcioleci. 
Wam życzę obgryzania chipsów we wtorek, bo ja chyba będę obgryzać paznokcie....

Witamy w Nowym Roku! To będzie ROK!

Rozpoczął się nowy rok. Tradycyjnie możemy się zastanowić jaki będzie. Tym razem to jest znacznie łatwiejsze niż rok, a zwłaszcza dwa lata temu. 

Otóż dobiega końca dość ważny proces historyczny. Przełom już nastąpił, ale zmiana bywa chaotyczna i czasem dość brzydka.

Wraz z kryzysem 2008 roku umarła liberalna demokracja. Nikt tego tak od razu nie zauważył, ale minęło 10 lat i trudno z tym dyskutować. Była ona reprezentowana i kontrolowana przez konsensus polityczny tradycyjnych partii socjaldemokratycznych i chadeckich. Jedni i drudzy żyli w zgodzie z wielkim przemysłem i związkami, działając w roli arbitra i utrzymując spokój społeczny i zadowolenie, pozwalając przemysłowcom na zyski, ale żądając inwestycji, a od związków żądając szacunku dla interesów pracodawców, ale zapewniając solidny udział płac w zyskach. 
W 2008 roku system się załamał. Jego ważny element, czyli prywatne inwestycje przemysłowe właściwie przestał istnieć. To nie było nic spektakularnego, oficjalnie nic się nie zmieniło, oficjalnie co najwyżej wszystko się przeciągało. Ale w ramach tego przeciągania korporacje żądały więcej, dając coraz mniej. Kontrakt został złamany, ale dotychczasowe partie nie miały na to żadnej odpowiedzi. 
Z grubsza rzecz biorąc dlatego od 10 lat trwa upadek moralny i pogrom wyborczy dotychczasowych partii liberalno-demokratycznych. Partie chadeckie, czy umiarkowanej prawicy spotkał ten sam los co socjaldemokratów lub jeszcze gorszy. Ta gorsza wersja wystąpiła chyba we wszystkich krajach anglosaskich. Otóż ich wewnętrzną radą na upadek dotychczasowego modelu było całkowite podporządkowanie się interesom już nie produkcyjnych korporacji a kryminalnej oligarchii. Która jeszcze miała pieniądze i zainteresowanie polityką. W to weszła także transformacja dotychczasowych korporacji w poszukiwaniu dochodów. Najbardziej spektakularnym przykładem są tu Republikanie w USA, gdzie z dotychczasowa ekspozytura banksterki i przemysłu zbrojeniowego implodowała w 2010 roku i w następnych wyborach, w 2012 została zastąpiona przez kompletnie zdziczałych świrów. 
Zauważcie jednak, że dotychczasowa, korporacyjna socjaldemokracja tak bardzo już nie miała nic do zaproponowania, że przegrała wybory, pomimo tego że po prawej stronie radykalizacja postępowała i zdziczałe świry przegrały walkę o przywództwo z zwykłym, prymitywnym kanciarzem, tylko dlatego, że był radykalnym i wiarygodnym rasistą. 

To nie jest zjawisko wyłącznie amerykańskie. Identyczny proces polityczny odbywa się dookoła świata. W różnych odmianach. Prawie wszędzie tradycyjna socjaldemokracja imploduje, razem z nią chadecja, lub ta druga zmienia się w dzikusów. Ale częściej jest zastępowana przez nowe partie radykalnych świrów. Które nie mają żadnego sensownego pomysłu na rządzenie oprócz agresji na system i wobec "innych". Ale to jest często zbieżne z oczekiwaniami ludzi. W praktyce okazuje się, że jest to ta sama polityka posłuszeństwa wobec sponsorów i jeśli jakichkolwiek reform to wyłącznie w celu demontażu jeszcze działających elementów systemu liberalnej demokracji. Na liście sponsorów takich partii obowiązkowo jest Kreml i on też najbardziej korzysta na obecnej koniunkturze politycznej. 

Takie rządy są prawie identyczne w praktyce politycznej. Pewną odmiennością jest jedynie Polska, gdzie taka sama prawicowa banda dzikusów do tej samej polityki dołożyła elementy siatki zabezpieczenia socjalnego. Jest to ważna odmienność, ale jedyna. Tak samo jak francuski Front Narodowy brał miliony dolarów pożyczek z Moskwy, tak jak Trump wspiera Putina gdzie może, tak samo rząd PiS realizuje politykę energetyczną, której ja bym nie nazwał prorosyjską, bo to by mogło sugerować jakąś refleksję i wybór kierunku polityki. Nie, PiS realizuje po prostu moskiewską politykę energetyczną na terenie Polski. W innym dziedzinach pewnie też, albo tylko robią głupoty, jak to prymitywne dzikusy.

W takim razie gdzie tu widzę przełom? I jaką zmianę?
Otóż kluczową figurą w tej układance jest Donald Trump, a właściwie nie on, tylko sytuacja w USA. On jest o tyle istotny, że był z jednej strony doskonałym kandydatem Partii Republikańskiej, a z drugiej strony jest jej uosobieniem i przywódcą. Na tyle, że kto sprzeciwiał się jego wizji, ten zazwyczaj miał okazję już zakończyć karierę polityczną. 
Oraz USA są imperium. Posiadaczem światowej waluty rezerwowej i nadzorcą światowej ekonomii. Kto rządzi w Waszyngtonie, ten ma spory wpływ na Nowy Jork, a kto dominuje na Wall Street ten dominuje w światowej ekonomii. I może pomóc lub przeszkodzić określonym krajom i ludziom w sukcesie. 
Na dziś jest to znakomicie działająca faszystowska międzynarodówka, łącząca aktualne rządy w Moskwie, Waszyngtonie, Rzymie, Budapeszcie, Brasilii i Warszawie. Może niedługo i w Paryżu. 

Pozornie to jest teraz narracja i porozumienie rządzące światem. Pozornie, bo pozostaje pytanie-- jaka narracja? przecież jedynym co ich łączy, to sprzeciw wobec liberalnej demokracji. Która w wydaniu sprzed 2009 roku jest martwa. Tak samo w Rosji, w USA, jak też w Polsce. 
Aby się utrzymać musza utrzymywać poziom agresji i złości w społeczeństwie, bo bez tego ich własna próżnia intelektualna ich zassie.
To zasysanie trwa, można spojrzeć na którykolwiek z tych ruchów i za pierwszym garniturem, który jeszcze bywa sprawny intelektualnie, a przynajmniej sprytny, widać co najwyżej kompletnych przygłupów pchających się do władzy i sprawnie awansowanych. 

Potencjał intelektualny i wizja jest zupełnie gdzie indziej. Jedyną wizją polityki adekwatnej do czasów po 2009 obecnie dysponują progresywiści i partie ekologiczne. To jest projekt Green New Deal, który właściwie łączy wszystkie takie partie dookoła świata. Na razie bardziej w formie zawołania bojowego niż kompletnego programu, ale sama nazwa dość dobrze objaśnia treść. Może być lokalnie wprowadzony gdzieś w Europie, ale faktyczną ogólnoświatową zmianę spowoduje jego uruchomienie w USA.

I tu powoli wracamy do Trumpa. Dotychczasowe elity Partii Demokratycznej to jest ta właśnie typowa socjaldemokracja. I brak pomysłu na dalszą politykę, co było doskonale widać w kampanii Clinton. 

Jednak to co się stało, to drastyczne zwiększenie liczby polityków i aktywistów w tej partii. Ale praktycznie wyłącznie spod znaku progresywistów. To byli w prawyborach ci którzy głosowali na Berniego Sandersa. Dziś jest to około 40% deputowanych Partii Demokratycznej. W przyszłych wyborach prawdopodobnie będzie większość.  

Co pozostawia kwestię poważnej zmiany kursu światowej polityki zależną od wyborów do Senatu i prezydenckich w 2020 roku. A kampania rozpocznie się już wkrótce.

Wybory do Senatu są zależne od potencjalnej implozji Partii Republikańskiej, a ta w sporym stopniu od losu Donalda Trumpa. Taka implozja już w ostatnich wyborach nastąpiła w Kalifornii. Partia Republikańska zasadniczo przestała tam istnieć. Tyle że tam nie ma problemu złości na niesprawiedliwość gospodarczą. Są problemy kryzysu opieki zdrowotnej, jak wszędzie, coraz poważniejszy kryzys klimatyczny i straszna sytuacja na rynku mieszkaniowym. Ale tam Partia Demokratyczna miała jakiś pozytywny plan i odpowiedź na te problemy. 
Dziś zaczyna mieć w całym kraju. I to jest alternatywa dla prawicy. Dopiero to. Socjaldemokracja nie jest alternatywą od 2009, a do zeszłego roku nie było żadnego powszechnego programu.
Właściwie był, ale niekompletny. Dziś niemieccy Zieloni, najsilniejsza frakcja w Partii Demokratycznej USA ma ten sam program. Ciekawy i atrakcyjny dla wyborców. I alternatywę dla prostej złości na zepsuty system.
W dłuższej i średniej perspektywie wynik może być tylko jeden. 
Pytanie co nastąpi teraz?

Otóż teraz mamy sytuację taką, że dużą część prestiżu całego tego łańcucha partii trzyma się na osobie Donalda Trumpa. A mamy właśnie nowy Kongres, gdzie Izba reprezentantów będzie się zajmować przez sporą część swojego czasu dochodzeniem w sprawie osoby powiązań, historii i majątku Donalda Trumpa. I z każdym dniem będą wypadać coraz bardziej kompromitujące trupy z szafy. I jego partia będzie tego bronić. Co będzie z dnia na dzień coraz trudniejsze i coraz śmieszniejsze. Na razie Michael Cohen zapowiedział zeznawanie w Kongresie na 7.02. Potem pewnie następni. 

Tak będzie wyglądać ten rok.
Rok postępującej implozji chadeków i socjaldemokracji, kolejnych, ale już ostatnich sukcesów faszystowskiej międzynarodówki i budowy poparcia dla Green New Deal.

Ale większość zobaczy tylko chaos...

Hilary Clinton i działacze PSL

W USA miały miejsce kolejne prawybory. W tym miejscy mógłbym zakończyć ten tekst, napisać "a nie mówiłem?" i odesłać do poprzedniego. 

Jednak napiszę kilka nowych rzeczy. Nie o tym, że Berni Sanders wygrywa wszędzie przytłaczającą większością głosów, od kiedy zakończyły się głosowania w dawnym niewolniczym Południu. Hilary Clinton uzbierała tam trochę delegatów, ale zbyt mało, aby utrzymać przewagę przez całe prawybory. Przynajmniej jeśli będą przebiegać jak dotychczas. 
Główne media "nieco" "zapomniały" podać szczegółów ostatnich głosowań, więc je wyręczę:
W prawyborach 22 marca w Arizonie 57%:40% dla Clinton, 44:31 delegatów
 Idaho 78%:21% dla Sandersa, 18:5 delegatów
Utah 79%:20% dla Sandersa, 27:6 delegatów
26 marca:
Alaska 81%:18% dla Sandersa, 13:3 delegatów
Hawaje: 70%:30% dla Sandersa, 17:8 delegatów
Waszyngton (stan) 73%:27% dla Sandersa, delegatów jeszcze nie rozdzielono.

Maszyneria medialnia dzielnie informowała o kolejnych przytłaczających zwycięstwach Clinton i jej nieuchronnej nominacji, gdy wygrywała 50,5% do 48,7% w Illinois i 49,6% do 49,4% w Missouri. Obecnie informują o zwycięstwie Sandersa. Czasami. Zwykle bez podania proporcji głosów. Ale cóż, prywatny biznes rządzi się swoimi prawami. Zwłaszcza, że sponsorami kampanii Clinton są firmy naftowe i wielkie banki, a średnia wpłata na fundusz wyborczy Sandersa to 27 dolarów. Koncerny medialne są mniej zainteresowane posiadaczami 27 dolarów na zbyciu a bardziej bankami i naftą. Takie życie.
Wróćmy do moich poprzednich przepowiedni, mianowicie, że Clinton sobie znakomicie poradzi w dawnych stanach niewolniczych, za to na pozostałym terenie USA z trudem, jeśli w ogóle, nawiąże walkę z uciekającym Sandersem. W powyższej wyliczance wszystko się z tym zgadza, z jednym wyjątkiem- Arizony. 
Nie był to stan niewolniczy, a jednak Clinton wyraźnie wygrała. Co się stało? 

To samo, co wcześniej w Newadzie oraz częsciowo Illinois- cuda nad urną. Obecnie podnoszone są oskarżenia o właściwie cały zestaw sztuczek wyborczych, brakuje już chyba tylko ordynarnego fałszowania oddanych kart wyborczych. Aby było jasne- nie podnosi ich sztab Sandersa, tylko członkowie Partii Demokratycznej. Jak na razie oskarżenia dotyczną drastycznego zmniejszenia ilości lokali wyborczych, skreślania wyborców z list członków Partii Demokratycznej, pomijania głosów osób nie będących członkami partii, świadomego spowalniania tempa pracy, aby jak najmniej osób mogło zagłosować, utrudniania dostępu do komisji, etc. W skrócie- wszystkich możliwych sztuczek wyborczych, aby tylko zaniżyć frekwencję wyborczą w dniu głosowania. Do tego pozbawić prawa głosu grupy bardziej skłonne głosować na Sandersa. Cały obraz wygląda jeszcze śmieszniej niż ostatnie wybory samorządowe w Polsce. Czy może jacyś działacze PSL ostatnio jechali szkolić z procedury wyborczej kogoś w Arizonie?
O tym, że to nie ja przesadzam, świadczy reakcja gubernatora Arizony oraz burmistrza Phoenix. Obaj domagają się federalnego śledztwa w sprawie głosowania. Petycja do Białego Domu w tej sprawie uzyskała 100 tys. podpisów w kilka godzin. 
Określając rzecz dosadnie- poplecznicy Clinton w strukturach partii przegięli pałę i zdaje się, że całkiem wkurzyli Amerykanów. Amerykanie bywają słabo zorientowani w rzeczach spoza ich kontynentu, a poziom zakucia pał i zacofania Południa jest trudny do wyobrażenia i zrozumienia w Europie. Ale wkurzeni Amerykanie bardzo szybko pójda bronić swojej demokracji, jakkolwiek kulawa by nie była. W kolejnych stanach już poszli, a to dopiero poczatek. Chwila czasu jeszcze minie, zanim do powszechnej świadomości dotrze ten obraz sytuacji, nawet jesli mówimy o aktywnych politycznie obywatelach, czyli drobnej mniejszości chodzącej na prawybory.
Moim zdaniem, prawybory w Arizonie były mometem w którym Clinton przegrała prawybory. Wcześniej miała dobrą pozycję startową i jakąś szansę dowiezienia jej do końca. Teraz są dwie możliwości- jeszcze większe cuda nad urną w Nowym Jorku, liczenie na to, że ujdą na sucho, a przewaga wystarczy do nominacji albo rezygnacja. 

Dlaczego w Nowym Jorku?

Wynika to wprost z kalendarza wyborczego. Obecnie, wliczając stan Waszyngton ilość delegatów to około 1030 dla Sandersa v. około 1260 dla Clinton. W ciągu najbliższego miesiąca odbęda sie głosowania w Wisconsin, Wyoming i własnie Nowym Jorku. Wisconsin to 86 delegatów i pierwsze wybory z nowymi wymogami dotyczącymi identyfikacji wyborców, co pewnie spowoduje trochę skandali i bonus dla Clinton. Wyoming to zaledwie 14 delegatów, a Nowy Jork to 247. 
Jak widać to NJ ma znaczenie, reszta to drobiazgi. Łącznie wybieranych delegatów jest 4051. Do tego dochodzi 719 działaczy partyjnych, którzy mogą zagłosować według uważania. Dziś deklarują w lwiej częsci głosowanie na Clinton, ale tak samo deklarowali w 2008, a wygrał Obama. Tak, ci sami ludzie deklarowali głosowanie na tę samą Clinton i zagłosowali na Obamę. Obecnie większość mediów podaje ich jako zadeklarowanych głosujących na Clinton. Hmm...
Na razie na horyzoncie widać Nowy Jork, ale na końcu prawyborów będzie Kalifornia. 475 delegatów. I nie bardzo widzę jak tam może wygrać Clinton. Prędzej bym zadawał pytanie, czy Sanders otrzyma 70 czy 80% głosów, a może spapranie kampanii i/lub cuda nad urną sprawią, żę tylko 60%?
Stąd tak wielkie znaczenie Nowego Jorku. Jest to pierwsze miejsce, gdzie Clinton może stracić przewagę wybranych kandydatów. Jeśli tak się stanie, to kampania prawyborcza Demokratów będzie właściwie zakończona. Dla niej wynikiem niepozytywnym. Jeśli wygra wysoko i bez wątpliwości to może i utrzyma przewagę do końca. Bardziej prawdopodobna będzie jednak wygrana Clinton wśród oparów kolejnych cudów nad urną lub wygrana Sandersa, ale jeszcze bez uzyskania przewagi. W takim razie kto wie- może dopiero Kalifornia rozstrzygnie?

Na pewno już przegrała wiara w amerykańską demokrację, a wygrało wkurzenie. Na Południu juz dawno, obecnie w reszcie kraju. Południe jednak zawsze było kolonią gospodarczą, z panującym systemem skutecznie utrwalającym biedę i nieuctwo. Co obecnie znakomicie pomaga Clinton i Trumpowi.

Tak, własnie, po znęcaniu się nad Demokratami (ok, znęcam się tylko nad Demokratką) czas przyjrzeć sie, co się dzieje u Republikanów. Dzieje sie śmiesznie. Czas zlikwidować NATO, nałożyć embargo na zakupy ropy z Arabii Saudyjskiej i w końcu zrealizować wszystkie inne postulaty Moskwy. To w skrócie progam Trumpa, w miarę kampanii zdradza coraz więcej szczegółów. Co dość dobrze go pogrąża. Jak poprzednio twierdziłęm, że na pewno przegra z Sandersem, tak po tych tekstach mogę z uzupełnić- przegra nawet z Clinton. Choć wolałbym o tym ostanim się nie przekonywać. Trump w Białym Domu to po prostu oficjalne wsparcie Putina przez USA. Co to oznacza dla Polski, Ukrainy, Gruzji i państw bałtyckich chyba wszyscy, jako polskojęzyczni, dobrze wiemy.

Na szczęście, dotychczasowa historia sukcesów biznesowych i politycznych Trumpa wskazuje, że nie ma on żadnych szans wygrać wyborów. Jest on człowiekiem, kóry powołuje się na swoje doświadczenie i sukcesy, wobec czego można się im przyjrzeć. Jego majątek netto wynosi około 4 mld dolarów, czyli MNIEJ niż gdyby to, co odziedziczył zainwestował w fundusz pasywny związny z indeksem giełdy nowojorskiej. Oprócz tego zbliżonej do tego kwoty zobowiązań nie spłacił dzięki kolejnym czterem bankructwom. W większości zakończyły się one utrzymanie przez niego majątku i zwyczajnym nie spłaceniem wierzycieli w zamian za ochłapy udziałów. Tak to się robi w USA. 
Co oznacza, że relatywnie do inflacji, wzrostu rynku kapitałowego i oprocentowania, przez całe swoje życie nie zarobił ani dolara. Doliczając do takiego rachunku wierzytelności, których nie spłacił dzięki bankructwom- stracił cały odziedziczony majątek, ma to czego nie oddał wierzycielom. 

Mamy obraz nieudolnego biznesmena, który pomimo otrzymania wielkiego spadku i regularnych przewałów z trudem utrzymuje stan posiadania. Taki facet chwali się swoimi sukcesami i twierdzi, że tak jak w biznesie poradzi sobie w polityce. No i właśnie tego ostatniego życzę jemu, Ameryce, Polsce i światu. Dla odmiany Ted Cruz jest niestety zawodowym politykiem, z zupełnie normalną listą sukcesów jako zawodowego polityka. Jeśli zostanie nominowany, to kandydat Demokratów, ktokolwiek nim będzie, wyciągnie jego powiązania z rodziną Bushów oraz bankiem Golman Sachs. Każda z tych rzeczy oddzielnie powinna go całkowicie pogążyć, obie naraz, jeśli skutecznie użyte, raczej zakończą wybory. Obecne prawybory pokazały jak niepopularne jest nazwisko Bush nawet w samej Partii Republikańskiej, a przekonanie o skorumpowaniu i pasożytnictwie Wall Street i wielkich banków jest dość powszechne. Dla krótkiego wyjasnienia- jego żona wzięła urlop ze stanowiska managera Golman Sachs, aby szefować zbiórce funduszy dla G.W. Busha. Związki wielkiej nafty i teksańskich Republikanów znane są nie od wczoraj. To oznacza, że w razie starcia Sanders-  Cruz zapewne wybory przekształca sie w plebiscyt Północ i klasa średnia vs. Południe i oligarchia. Wynik jest już znany. Przypomnę, że ostatni raz, gdy Południe z oligarchią mogło liczyć na wygraną był w 1860. A i tak przegrali.

Nadal jednak jedynym układem, w którym w ogóle możliwa jest wygrana Republikanina to starcie Cruz- Clinton. Trump przepadnie w każdej wersji, Sanders też wygrywa w każdej wersji. Nawet w starciu Cruz- Clinton, to po stronie Clinton jest zdecydowanie większe doświadczenie polityczne, a gdy te kompromitujące w oczach przeciętnego wyborcy powiązania polityczno- biznesowe przestają być istoną kwestią (bo dotyczą tak samo obojga...) to Clinton jest na lepszej pozycji, bo to ona ma sporą przewagę ogólnej orientacji i doświadczenia. 

Z powyższej wyliczanki wychodzi następujący obraz:
Trump nie ma żadnych większych szans wygrać wyborów. Im bliżej do nominacji tym większa część delegatów bedzie pochodzić z wybrzeży, a tam jest oceniany dość jednoznacznie. Przeciętny wyborca Trumpa to raczej white trash lub miłośnik Ku Klux Klanu (co się w sporej częsci pokrywa). Jest to obraz społeczeństwa Południa, gdzie już prawybory się zakończyły. 
Wyborca Clinton z południa to trochę inna osoba, zazwyczaj czarny, z nieufnością odnoszący się zarówno do lokalnej oligarchii, żyjący w atmosferze ciągłej agresjii politycznej, posiadający naprawdę znikomą wiedzę o świecie i z równą nieufnością jak do lokalnych "światowych elit" odnoszący się do lewicowych środowisk obu wybrzeży. Taka grupa społeczna istnieje w pewnym stopniu także na Midweście (w danych rejonach przemysłu ciężkiego), ale już nie na wybrzeżach. Dlatego Clinton mogła wygrać w Ohio i mieć całkiem dobre wyniki w Illinois, ale na całym Zachodzie trudno znaleźć jej zwolenników. Nie licząc działaczy partyjnych i lobbystów.
O wyborcach Cruza można powiedzieć najmniej. Właściwie tyle, że nie są to wyborcy Trumpa, ale nadal Republikanie. 

Te wybory są niezwykle ważne nie tylko dla USA, ale i dla świata. Głównie z powodu Sandersa i Trumpa. Jeśli wygra Clinton, będzie raczej to co dziś, z nieco większym niż dziś uprzywilejowaniem banków i wielkich korporacji. Jeśli Cruz, to ze sporo większym uprzywilejowaniem, co na dłuższą metę wykolei gospodarkę USA. Nieprawdopodobne zwycięstwo Trumpa by zapewne rozwaliło gospodarkę i kraj w błyskawicznym tempie, co razem z wolną ręką dla międzynarodowych agresorów z Kremla i pompowaniem forsy do koncernów zbrojeniowych i sponsorów terroryzmu- nasuwa tylko jedno, bardzo ważne pytanie:  Czy mój kraj jest wystarczająco dobrze uzbrojony, a jeśli nie- to gdzie zwiewać?