Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katastrofa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katastrofa. Pokaż wszystkie posty

Węgiel, czyli my lub oni.

W dyskusji pod poprzednim wpisem poruszono temat węgla i energetyki węglowej, obiecałem odnieść się do tego obszerniej i oto macie, drodzy czytelnicy:

Jedną z bardzo wyraźnych tendencji trwającej Rewolucji Energetycznej jest znikająca rola węgla w gospodarce. Nie, nie zmniejszająca się. Po prostu znikająca.

Nowa energetyka już dziś produkuje prąd nie tylko lepszej jakości, ale i tańszy. Bez administracyjnych regulacji i potężnych dotacji budowa nowych elektrowni węglowych nie ma żadnego sensu ekonomicznego. Eksploatacja istniejących w większości przypadków jeszcze jakiś ma, ale w większości miejsc na świecie budowa elektrowni węglowych wynika jedynie z powodu rozgrzebania inwestycji z czasów, gdy to mogło mieć sens, z powodu chorej organizacji rynku energii lub z powodu decyzji politycznych. 

W tym ostatnim przypadku przyczyną jest zwykle jakaś mieszanka korupcji i negacjonizmu globalnego ocieplenia, w różnych proporcjach. Tak dochodzimy do kolejnego powodu, czyli właśnie globalnego ocieplenia. Stopniowe i powolne ocieplanie klimatu od prawie dwóch lat wygląda jakby wymknęło się jakiekolwiek stabilności, a każdy kolejny miesiąc bije rekordy ciepła. Groźba usmażenia naszej jedynej planety staje się po prostu realna.

Dlatego wynegocjowano, podpisano i jest na dobrej drodze do wejścia w życie porozumienie paryskie.
Aby powstrzymać ocieplenie już nie w rozsądnym zakresie, ale po prostu w takim, które nie zniszczy cywilizacji, szybkie odchodzenie od paliw kopalnych jest po prostu konieczne. Z czego na dziś najłatwiejsze, najtańsze i najszybsze zapewnia zaprzestanie spalania węgla. I może to zapewnić najszybszy spadek emisji CO2. Węgiel, choć najczęstszym i najpoważniejszym jego zastosowaniem jest wytwarzanie elektryczności, ma też swoją poważną rolę w wytopie stali i tam nie jest łatwy do zastąpienia. Za to trzecie zastosowanie, w skali świata marginalne, to spalanie w celach grzewczych i tu eliminacja węgla jest łatwa i tania.
Ale świat skupia się na eliminacji emisji węgla z generacji elektryczności. To jest rzecz, którą, my, jako ludzkość możemy zrobić najszybciej i da największy efekt. Czyli będzie efektywnie najważniejszym krokiem dla nie usmażenia naszej jedynej planety. Równolegle potrzebne jest każde możliwe działanie, a jednocześnie poszukiwanie i rozwijanie technologii tam, gdzie jeszcze nie potrafimy tanio i efektywnie zastąpić paliw kopalnych.
Alternatywa jest prosta: jeśli tego wszystkiego zaniechamy to nasza planeta przestanie nadawać się do życia, ewentualnie możliwe do zamieszkania będą znacznie mniejsze niż dziś obszary, położone w zupełnie innych miejscach. 
Rachunek możliwości też jest prosty. Podstawowymi paliwami kopalnymi są węgiel, ropa naftowa i gaz ziemny. Zastąpienie ropy w transporcie nie jest proste, ani tym bardziej tanie. Pozostaje eliminacja gazu lub węgla. Z tego spalanie gazu jest zarówno znacznie czystsze, jak też może być wydajniejsze energetycznie oraz w razie potrzeby odbywać się na bardzo małą skalę, świetnie ułatwiając kogenerację. Droga eliminacji pierwszy do odstrzału jest węgiel. Jako, że czasu już brakuje, nie ma żadnej możliwości manewru ani wyboru innej drogi. Takie są realia.

Czas na bardzo proste stwierdzenie, prowadzące do być może kontrowersyjnej deklaracji. 
Otóż jedną sprawą jest to piszę po polsku, w moim ojczystym języku (choć jednym z trzech używanych na co dzień). Życzę Polsce i wszystkim Polakom, aby kraj był dobrym, cywilizowanym i wygodnym miejscem do życia. 
Ale: Polska jest częścią naszej planety. Możemy żyć w bardzo wielu różnych miejscach. Możemy się przenieść pojedynczo lub wszyscy razem. Ale jak dotychczas nikt z nas nie ma żadnej możliwości przeniesienia się na inną planetę. Mamy tylko Ziemię. I w tym momencie wybór jest prosty. Każdy, kto świadomie prowadzi działania zmierzające do dalszej destrukcji planety jest szkodnikiem. Jest moim osobistym wrogiem i powinien być wrogiem każdego przyzwoitego człowieka. Jedną sprawą jest bycie zmanipulowanym przez media, nie rozumienie świata, postępowanie tak jak zawsze się postępowało i jak robią wszyscy inni. Zupełnie inną kwestią jest praca redaktora, polityka, czy kierownictwa wielkiego koncernu, którzy co najmniej powinni zdawać sobie sprawę z tego co robią, jednak robią wszystko aby zniszczyć naszą piękną planetę i cywilizację razem z tym. To są po prostu wrogowie ludzkości. Jeśli ja bym został z jakiś tajemniczych powodów postawiony przed wyborem: Polska czy Ziemia, cóż.... Planeta bez Polski istniała i może istnieć. Polska bez życia na Ziemi- chyba nie bardzo. Stąd każdy, kto w smarując sobie gębę Polską, chrześcijaństwem, czy co tam sobie jeszcze wymyśli świadomie działa na rzecz niszczenia życia na naszej jedynej planecie jest niegodzien miana człowieka i traktowania jako człowieka.
I znów: detale są ważne. Jedną sprawą jest koncern energetyczny produkujący prąd z węgla, ale który ma realny plan zmniejszania i następnie rezygnacji ze spalania węgla, a drugą rzeczą są męty, które uznają, że opłaca im się promować "czysty węgiel" czy inne bzdury w trzecim świecie, po to aby zarobić parę dolarów ze sprzedaży sprzętu, którego nigdzie indziej by nie wcisnęli. Jedną sprawą są politycy, którzy rządzą krajem z gospodarką opartą na węglu, ale robią wszystko aby to uzależnienie zakończyć, nawet ryzykując lokalne bunty społeczne (jak w Chinach) a kompletnie inną rzeczą jest podnoszenie takiego uzależnienia do rangi cnoty i kultywowanie go przez nieetyczne tępienie alternatyw (Hiszpania Rajoy'a, czy większość najbardziej skorumpowanych reżimów trzeciego świata).
W skrócie: nie jest problemem gdzie się dziś znajdujesz, bo wszyscy na naszej planecie znajdujemy się w nie najlepszym położeniu. Problem polega na tym, co dalej chcesz z tym robić. I jak to porównamy do tego, co naprawdę można zrobić w danej sytuacji. I nie, ignorancja zarządów, polityków, ani nawet redaktorów zajmujących się tematem nie jest żadnym usprawiedliwieniem, bo za to dostają pieniądze, aby wiedzieli. Koniec. 
To, czy mają taką wiedzę, przecież niezwykle łatwą do zdobycia, w moich oczach pozwala jedynie odróżnić niekompetentych ignorantów, którzy nigdy nie powinni zajmować się pracą którą wykonują, od ludzkiego ścierwa, które świadomie przykłada rękę do niszczenia naszej jedynej planety. Naszej, więc mojej też.
Niestety, lub stety, tego typu ścierwa mają bardzo podobny sposób myślenia i działania, wzajemnie się świetnie czują w swoim towarzystwie. Stąd drodzy czytelnicy, możecie bardzo łatwo, właśnie po stosunku do paliw kopalnych znaleźć całe łańcuszki powiązań między oligarchami ostatniego sortu i znakomicie działające spółdzielnie promotorów paliw kopalnych z najbardziej skorumpowanymi politykami i najobrzydliwszymi dyktaturami oraz nie jednym redaktorem i "ekspertem od rynku energii i paliw"

Turcja i okolice, czyli historia bardzo przyspieszyła

Nieudolny zamach stanu w Turcji jest rzeczą potencjalnie bardzo, bardzo ważną. 

Na teraz nie jest szczególnie istotny jego przebieg, ani to, czy był planowany, zarządzony przedwcześnie, czy był od początku prowokacją Erdogana. Ważne są skutki i dalsze potencjalne zdarzenia.
Skutkiem, który nastąpił od razu i będzie mieć największe konsekwencje, jest konsolidacja władzy przez tureckiego sułtana dyktatora prezydenta. Opozycja została zlikwidowana. 

Jakie znaczenie ma jakaś tam próba zamachu stanu w jakimś kraiku? Mniejsze lub większe. Ale jeśli ten kraj kontroluje ważną cieśninę, ma drugą co do wielkości armię NATO oraz jest prawie otoczony pełnym zestawem kryzysów międzynarodowych, to sprawa wygląda nieco poważniej. 

Turcja jest mniej lub bardziej kluczem, a co najmniej istotnym graczem w sprawach Syrii, Armenii i konfliktu z Azerbejdżanem, relacji Iranu ze światem, Krymu, dostępu rosyjskiej floty do Morza Śródziemnego, w mniejszym stopniu kwestii greckiej, ale przecież w niej też ma znaczenie. O takim szczególe jak kwestia podziału Cypru nie warto wspominać... To są wszystko jednak drobiazgi. Dokładnie i wyłącznie polityka Turcji decyduje o przebiegu i skali kryzysu uchodźców w Europie oraz o kwestii kurdyjskiej. 
Rzecz jasna, w żadnej z tych spraw nie rozstrzygają wyłącznie decyzje Ankary. Ale w każdej z nich coś ma do powiedzenia. 

Na każdą z nich mają wpływ decyzje jakie może podjąć turecki władca. A od kilku dni, od nieudanego zamachu stanu, może tych decyzji podjąć więcej różnych i spotkać się ze znacznie mniejszym sprzeciwem opozycji.

A co go właściwie dotychczas ograniczało? 

Najładniej powiedzieć- podstawowe zasady ustrojowe państwa. Bynajmniej nie chodzi tu o jakieś głupoty sądownicze i parlamentarne. To w Turcji nigdy nie stanowiło problemu. Co stanowiło?

Aby odpowiedzieć na to pytanie trzeba wrócić się do początków nowoczesnej Turcji, czyli czasów zaawansowanego rozkładu Imperium Osmańskiego. 

W początkach ubiegłego wieku było wyraźnie widoczne, że sukcesem organizacyjnym i politycznym są państwa narodowe, z pewnym wskazaniem na nieliczne wówczas republiki. Wielonarodowe monarchie cechowały się dysfunkcjonalnością i wydawały się anachronizmem. Religia jako czynnik jednoczący państwo już zwyczajnie nie działała. Dlatego bardzo wyraźnie sypało wielonarodowe imperium katolickie, tak samo jak wielonarodowe imperium muzułmańskie. 

W CK monarchii rosły w siłę ruchy narodowe, które potem zagospodarowały gruzy po niej. W anachronicznej monarchii muzułmańskiej była grupa, która zdawała sobie sprawę z kierunku w jakim podąża zarówno CK monarchia, jak też Imperium Osmańskie. Sami określili się jako młodoturkowie. Ich wizja polegała na uratowaniu państwa przez przekształcenie się w nowocześnie zarządzaną narodową monarchię konstytucyjną lub republikę. OK, fajnie, ale monarchię jakiej narodowości? Żadna nie stanowiła większości. Ale dominującą narodowością byli Turkowie. A co najmniej wśród tej grupy reformatorów. 

Wobec czego pozostało drugie pytanie-  jak stworzyć państwo tureckie, a wielkim obszarze zamieszkałym przez Ormian, Kurdów, Arabów, Greków, Bułgarów, etc. 
Ruch ten faktycznie objął władzę i w 1908 roku doprowadził do detronizacji sułtana. A następnie rozpoczął politykę dyskryminacji wszystkich narodowości nietureckich, co częściowo przyczyniło się do kolejnych wojen bałkańskich i wojny z Włochami. Zakończyły się one odebraniem Imperium prawie wszystkich terytoriów europejskich i afrykańskich.
W ten sposób, został rozwiązany problem mniejszości słowiańskich, częściowo greckich i oraz Tuaregów.  

Ruch młodoturecki był w sporej części (ale i reszta elit także) zafascynowany państwem narodowym o największych widocznych sukcesach- czyli Niemcami.  Jedną z rzeczy, która na pewno zrobiła wrażenie na młodoturkach było rozwiązanie kwestii narodowościowej w Niemieckiej Afryce Południowo-Zachodniej. Nie wchodząc w szczegóły- niemiecka armia kolonialna bardzo sprawnie dokonała ludobójstwa na większości populacji narodów Herero i Nama.
I to dla nich stało się wzorem rozwiązania kwestii ormiańskiej, greckiej, kurdyjskiej i arabskiej. Tak mogłoby powstać narodowe państwo tureckie, nowoczesne w formie i treści. 
Ta fascynacja Niemcami i wzajemne dobre relacji sprawiły, że gdy wybuchła wojna światowa, Imperium Osmańskie znalazło się po stronie państw centralnych. Czyli później przegranej. kilku milionom Ormian życia to nie uratowało, ale tym, którym zdążyła pomóc armia rosyjska- już tak.
Podejrzewam, że dokładnie takie plany jak eksterminacji Ormian były też przygotowywane wobec pozostałych nietureckich narodowości. Zaraz po Wielkiej Wojnie wybuchła wojna z Grecją, która bardziej broniła swoich krajan. Większość z których musiała porzucić wszystko i uciec z wybrzeży Azji Mniejszej na dzisiejsze terytorium Grecji.  To i tak było lepsze niż podzielenie losu Ormian. Tereny zamieszkałe przez Arabów dostały się pod rządy państw europejskich i ich mieszkańcom mógł co najwyżej grozić kolonialny wyzysk, ale nie ludobójstwo (Niemcy już przecież nie miały koloni).
Pozostali Kurdowie. 
Ale w międzyczasie wojna się skończyła. Próba zmiany i utrzymania Imperium Osmańskiego skończyła się niepowodzeniem. I tak jedynym wyjściem pozostało narodowe państwo tureckie, ale bez sułtana i z zamiarem modernizacji. 
Jednym z nielicznych wybitnych dowódców sułtańskiej armii był niejaki Mustafa Kemal, po przegranej wojnie, w obliczu zamiaru kompletnego rozparcelowania dawnego imperium zaczął działać metoda faktów dokonanych. Przejmował kontrolę nad kolejnymi terytoriami, też nadzorując i organizując czystki etniczne, zwłaszcza wobec Greków. 
Kampania ta zakończyła się sukcesem, alianci pozwolili na powstanie państwa tureckiego, świeckiej republiki obejmującej praktycznie całą Azję Mniejszą. W której już nie było Ormian ani Greków. 
Prezydentem, dożywotnim rzecz jasna, tego państwa został Mustafa Kemal. Który w ramach kampanii modernizacji kraju nakazał wprowadzenie nazwisk. I sam przyjął skromne nazwisko Ataturk. 

To są prawdziwe zasady ustroju Republiki Tureckiej. Kult Ataturka, świeckość, ważna rola armii, turecki szowinizm, ale bez ludobójstwa. Tak, to ostatnie, zupełnie bez przesady, to granica na której cały czas znajduje się Turcja. Ale jeśli ją przekroczy to pierwszym celem są Kurdowie. 

Ataturk był zwolennikiem państwa umiarkowanego w swoim działaniu, przynajmniej na tyle, aby mogło należeć do ogólnie pojętej zachodniej wspólnoty.
Z tego wywodziły się właśnie zasady ustrojowe. Świeckość, nawet według konstytucji gwarantowana przez wojsko, sojusz z Zachodem, modernizacja technologiczna i edukacja oraz oczywiście prymat języka i kultury tureckiej.  Jest to bardzo dalekie od zachodniego społeczeństwa opartego na demokratycznej wspólnocie, ale linią przewodnią jest nieszkodliwość dla sąsiadów. Utrzymanie się jako cywilizowane państwo w zachodniej wspólnocie. Temu służy(ła) cała sieć powiązań w tureckim państwie i wojsku, między innymi służących do hamowania zbyt radykalnych polityków. Z czego radykalizm w takich realiach to mógł być radykalizm islamski lub młodoturecki. I wraz ze zniszczeniem opozycji broniącej idei Ataturka, Turcja pod rządami Erdogana przesunie się w stronę jednej z tych dwóch ideologii. Oczywiście, teoretycznie teraz może stać się wielokulturową nowoczesną republiką w zachodnim stylu, ale to nie wydaje mi się zbyt prawdopodobne. 
Wszyscy się dziś boją i straszą islamizmem, ale akurat on nie jest tu żadnym problemem i nie będzie. Bo i niby dlaczego? Sojusz islamski z Saudami przeciw Izraelowi? To byłby problem Izraela, zresztą niezbyt wielki, bo z Turcja nie graniczą i z większymi sojuszami dawali sobie radę. 
Ideologia młodoturecka to inna sprawa. Z punktu widzenia moralności nie mamy nic bardziej obrzydliwego na tapecie, bo mówimy o ideologii ludobójczej. 
Pytanie czy Erdogan jest młodoturkiem? Wykluczając dwie pierwsze możliwości, czyli demokrację i ataturkizm, zostają te dwie- młodoturkizm i zwyczajna kleptokracja. Jak sądzę, przez pierwsze lata jego rządów wszyscy podejrzewali to drugie, że będzie zwyczajnym złodziejem i nie spowoduje żadnych większych problemów. 

Rozegranie sprawy uchodźców i obecne ataki na Kurdów pokazały, że takie myślenie było błędem. Mamy do czynienia z odrodzeniem idei Imperium Osmańskiego w zestawie ideą tureckiej czystości rasowej, a to wszystko w wykonaniu sprytnego i sprawnego polityka.

To już jest zła wiadomość. Następne będą gorsze.
Przypominam, że Turcja jest członkiem NATO i w tymże NATO ma drugą najsilniejszą armię. Ale to jest drobiazg. Najważniejsze jest to, że ma dostęp do zachodnich technologii wojskowych. Zarówno dla użytku, jak też w formie licencji produkcyjnych. 
Jeśli mówimy o zmianie kierunku polityki Turcji w stronę rewizji granic i czystek narodowościowych, to najlepszymi sojusznikami są ci którzy też z takiego planu uczynili swą politykę. Dokładnie tak samo jak III Rzesza i ZSRR byli świetnymi sojusznikami. Do czasu przynajmniej. 
Czas wrócić do najpoważniejszej kwestii- Kurdowie. Najliczniejszy dziś naród bez państwa.. choć nie do końca. Po upadku Saddama Hussaina wynegocjowali autonomię w swojej części Iraku, którą udało się przekształcić w faktycznie niepodległe i funkcjonujące państwo. Teraz są dobrymi i sprawnymi sojusznikami Zachodu. Zapewniają stabilność w kurdyjskiej części Syrii oraz piechotę w walce z ISIS. Wszędzie, oprócz Iranu, Kurdowie byli obywatelami drugiej kategorii. Dziś, we własnym państwie mogą żyć względnie normalnie. Tak samo jak Kurdowie w Syrii, przynajmniej jak na warunki państwa w stanie upadku.
Tymczasem samo istnienie narodowości kurdyjskiej jest w ramach ideologii młodotureckiej niedopuszczalne. Czy Erdogan podziela tę opinię? Czyny wskazują, że tak. 
Kurdowie, jak każdy naród, też są podzieleni. Kurdowie Tureccy przez dziesięciolecia otrzymywali wsparcie z ZSRR, siłą rzeczy ich reprezentacja uległa wpływom Kacapii. Tego raczej nie da się powiedzieć o Kurdystanie. Pozostaje pytanie na ile władze i społeczeństwo prawie niepodległego Kurdystanu poczują się do obowiązku pomocy rodakom. 
Nie potrzeba żadnych mocnych deklaracji. Wystarczą zwykłe działania dyplomacji. I może się okazać, że gdzieś za kulisami doszło do odwrócenia sojuszy. W sposób zupełnie naturalny państwa Zachodu, czyli też NATO, będą wspierać swojego lojalnego sojusznika, czyli Kurdystan, a z nieufnością traktować dotychczasowego sojusznika, czyli Turcję, której władze podważają ideologię państwa z której ten zachodnie sojusz wynika. 


Całkiem sporą, sfanatyzowaną przez propagandę i przeszkoloną wojskowo populacją dysponuje Rosja. Na szczęście dla Polski i świata, Kacapstwo nie jest w stanie samodzielnie wymyślić i wdrożyć młotka, a ostatni poważny transfer technologii miał miejsce przy okazji wyłapywania niemieckich naukowców i techników w 1945. Turcja cały czas ma dostęp do zachodnich technologii, w tym możliwość i umiejętność licencyjnej produkcji oraz własnego projektowania i rozwoju. 
Są to rzeczy, za które Rosja zapłaci dosłownie każdą cenę. Rosji wcale nie jest potrzebny żaden sojusz, ani żadne formalne i publicznie ogłaszane umowy. Wystarczy możliwość kopiowania technologii. 
Czyli mamy dwóch zbrodniarzy, z których jeden jest w stanie zyskać bardzo, bardzo wiele na współpracy z drugim, a obaj nie cofną się przed niczym, aby realizować swoje cele. W końcu obaj mają na rękach krew swoich poddanych współobywateli. 
Co Rosja ma do zaoferowania? Teoretycznie niewiele. Praktycznie też na tyle mało, że zapłaci każdą cenę jaką Erdogan sobie zażyczy. I prawdopodobnie będzie mniej lub bardziej oznaczało to wycofanie się Rosji z regionu Kaukazu i Bliskiego Wschodu i oddanie Turcji swoich wpływów i interesów. 
Czyli klasyczny podział stref wpływów. 

W takim razie spójrzmy na mapę. Pierwsze sprawa to Armenia. W czasie pierwszej wojny światowej Turcy starannie skorzystali z doświadczeń niemieckich w Afryce, a może i doradców i całkiem podobną metodologią prawie wymordowali Ormian. Prawie, bo akurat rosyjską armia na Kaukazie dowodził generała, który miał pojęcie o swojej robocie. Przy okazji stanowił on połowę kompetentnych generałów w carskiej armii. W związku z czym, zanim osmańska armia wymordowała i wygnała na pustynię wszystkich Ormian, linia frontu zdążyła się przesunąć i uratować sporą ich część.  Co do dziś pamiętają. Jest to jedyny w historii przypadek, gdy Moskale naprawdę kogokolwiek wyzwalali i mu pomogli, stąd Ormianie są jedynym narodem mającym pozytywna opinię o państwie rosyjskim, przynajmniej z tych, które bywały w zasięgu Moskwy.
Następnym sąsiadem jest Irak, a właściwie Kurdystan, który co prawda teoretycznie jest częścią Iraku, ale w rzeczywistości jest to samodzielne państwo. Które własnie powstaje jako państwo narodowe, jedne z nielicznych w tamtym regionie. 
A kolejnym sąsiadem jest Syria, a właściwie jej ruiny. Kraj, którego głupia i skorumpowana władza trzymała w stanie stagnacji, ani szczególnej biedy, ani specjalnego rozwoju i tak sobie mogło to trwać dopóki były pieniądze i dopóki zmiany klimatyczne nie wysadziły w powietrze połowy rolnictwa w kraju. Rosnąca bieda i tłumy bezrobotnych bez kwalifikacji w połączeniu z tępym dyktatorem to była mieszanka wybuchowa. W końcu beczka prochu wybuchła, kraj został zrujnowany do reszty, Liban i Jordania ponoszą koszty ekstremalnie wielkiego napływu uchodźców, których próbują utrzymać, choć ewidentnie żadnego z tych krajów na to nie stać. Dla odmiany Turcję na to bez trudu stać, ale lepiej ich wykorzystywać w nieludzkich warunkach, a jeszcze lepiej pomóc zorganizować mafię przerzucającą ich do znienawidzonej Grecji.   
Ale to nie koniec złych konsekwencji.
Jeśli dojdzie do porozumienia dwóch morderców, i porozumienie to będzie opierać się na podziale stref wpływów, czyli w swej istocie powrotowi do 19-ego wieku, to siły Rosji wycofane z Kaukazu i Bliskiego Wschodu będą mogły znaleźć się gdzie indziej. Co w połączeniu z możliwością modernizacji armii jest tą właściwą bardzo złą wiadomością. 

Ta bardzo zła wiadomość brzmi- jeśli dojdzie do porozumienia Putin- Erdogan, a porozumienie takie jest bardzo opłacalne dla obu stron, to możliwą konsekwencją jest znacznie zwiększenie armii rosyjskiej możliwej do rozdysponowania na innych frontach, oraz co gorsza, skok technologiczny w zakresie sprzętu.
Przypomnę na przykład, że obecnie w Rosji nie ma żadnej firmy, która byłaby w stanie stworzyć działający układ przeniesienia napędu dla czołgu ważącego więcej niż ok 40 ton. T-90 jest nieco cięższy, ale kosztem gigantycznego spadku niezawodności. A w tej masie nie da się zbudować pojazdu, który byłby odporny nawet na lekkie rakiety ppanc. najnowszej generacji. Ale jeśli dostaną nawet tylko kompletne powerpacki z Turcji, to propagandowa "Armata" może stać się naprawdę działającym, może nawet nowoczesnym czołgiem. I pełno innych, podobnych drobiazgów. 

W skrócie: to jest czas, aby naprawdę śledzić wiadomości. Nie jakieś głupoty o tym kto i gdzie się wysadził, tylko prawdziwe wiadomości. A relacje pomiędzy dwoma bandziorami z potężnymi armiami są naprawdę ważne. A jeśli (kiedy?) tych dwóch się dogada, to będzie czas, aby bardzo poważnie przemyśleć kwestię ścieżki ewakuacji z Europy Środkowej. Przynajmniej dla rodziny. 


Smoleńsk- nadal więcej pytań niż odpowiedzi, ale są to poważne pytania.

Lech Kaczyński zginął 6 lat temu. Prawie wszystko, czego się od tego czasu dowiedzieliśmy wskazuje na to, że był jedną z ofiar wojny, którą kremlowska banda rozpoczęła ze światem. 

Dziś cały czas pozostaje otwartym pytanie- co się właściwie stało. Nawet jeśli już mamy bardzo mocne poszlaki na poparcie hipotezy eksplozji ładunku wybuchowego w środku samolotu, to nadal zupełnie nie wiadomo skąd mógł się tam wziąć. Czy został umieszczony w trakcie remontu w Rosji, czy wniesiony przez kogoś w nocy przed lotem, czy któryś z pasażerów samolotu miał ze sobą? Czy może jednak mechanizm katastrofy był inny? W szczególności rozpad turbiny któregoś z silników. W radzieckich wynalazkach nie było to nic szczególnie niezwykłego, ale pozostają bardzo wazne pytania jak mogło to doprowadzić do rozpadu całego samolotu, a nie tylko odcięcia niektórych częsci przez lecące łopatki. I mnóstwo innych tego typu pytań.
Nie mam z tym specjalnego problemu, jest to bardzo ważna sprawa, jestem ciekaw i pewien, że na całkiem sporą części z powyższych pytań jeszcze usłyszymy wiarygodną odpowiedź. 
Nie jestem pewien za to czy usłyszymy dokładną odpowiedź na jeszcze ciekawsze pytania. O dokładny mechanizm i personalia pociągających za sznurki w utrudnianiu śledztwa. Jeszcze lepiej o motywy. Czy Ewa Kopacz jest tylko głupia, czy nie tylko? Kim jest Donald Tusk i Radosław Sikorski? Na to pytanie nie ma prostej odpowiedzi. Na pewno są ludźmi, którzy cofnęli Polskę politycznie, dyplomatycznie i gospodarczo o wiele lat wstecz. To wiadomo. Ludźmi, którzy stworzyli system marnowania na olbrzymią skalę środków unijnych, które faktycznie nie pomogły w modernizacji infrastruktury i gospodarki, choć były na to przeznaczone. Ludźmi, którzy stworzyli system inwigilacji i nieformalnych represji na skalę nieznaną we współczesnej Europie. Tę listę można przedłużać, dziś nie o to chodzi. Odpowiedzi wymaga znacznie ważniejsze pytanie. Pytanie o ich rolę w utrudnianiu śledztwa w sprawie śmierci dwóch prezydentów, w tym jednego urzędującego oraz prawie całego dowództwa sił zbrojnych.

Następnym pytaniem, bardzo poważnym i zasadniczym dla przyszłości zarówno Polski jako kraju, jak też Polaków jako narodu, jest pytanie o to, co się z tymi ludźmi i cała resztą ich popleczników teraz stanie.
Akurat na te pytania padły dziś, w szóstą rocznicę katastrofy, odpowiedzi. Jarosław Kaczyński zapowiedział, że można rozmawiać o wybaczeniu po przyznaniu się do winy i karze, a dotychczas Polacy mieli tendencję do zbyt łatwego wybaczania wrogom, Antoni Macierewicz powiedział, że pierwsza będzie prawda, a potem pojednanie, a Andrzej Duda zaapelował o wzajemne wybaczenie. 
Łacząc te wypowiedzi w jedną spójną politykę: wybaczone bedą słowa, ale nie czyny. Wybaczone bedzie tylko tym, którzy się przyznają, albo choć opamiętają. Dla tych, którzy uczestniczyli w działaności przestepczej, przebaczenia nie bedzie, przynajmniej nie przed karą. Choć, może, jeśli dziś jeszcze pomogą dojść do prawdziwego obrazu sytuacji? 
W tym miejscu pozostaje jedno pytanie, na które nikt nigdy nie udzieli publicznej odpowiedzi. A co jeśli się okaże, że był to bez wątpienia zamach, a sprawstwo kierownicze można z dużym prawdopodobieństwem przypisać komuś w Polsce? Nie GRU, a osobom/osobie z polskiego rządu, służb specjalnych, wojska? Następnie kolejne lata współpracy ze zbrodniarzami w celu ukrycia prawdziwego biegu wydarzeń. Winy zbyt duże aby dąło się je zmyć zwykłym więzieniem. Może jeszcze w którymś miejscu trudne do udowodnienia w procesie karnym. Może ta wiedza byłaby zdobyta z nielegalnych podsłuchów, dzięki nieoficjalnej współpracy z obcymi policjami, dokumenty zdobyte we włamaniach za granicą, etc. Z drugiej strony niewątpliwa wina za najcięższego możliwego kalipru przestępstwo przeciw państwu. Można zadać retoryczne pytanie- jak zareagowałby w takiej sytuacji rząd USA, Francji, Niemiec czy Izraela. Państw zasadniczo praworządnych, gdzie zwykle wyrok ma związek z sądem, gdzie istnieje realne istniejące prawo do obrony. Ale Osama bin Laden, zamachowcy z olimpiady w Monachium czy schwytani członkowie Rote Armee Fraction nie widzieli nigdy żadnego sędziego (ci ostatni widzieli, ale nie w sprawie "samobójstwa"). Frank Kutschera wiedział jakie jest ryzyko. 
Bardzo podobna sytuacja: szefowie niemieckiej tajnej policji w Warszawie kończyli życie na ulicy z kulą w głowie jeszcze za czasów cesarza Wilhelma. Frank Kutschera sądził, że przy odpowiedniej konspiracji i ochronie uda mu się przeżyć i odpowiednim poziomem brutalności spacyfikować  to miasto. Pomylił się, a następnego tak odważnego już w całej 3 Rzeszy nie znaleziono. 
We wspomnieniach Hansa Franka jest naprawdę świetnie oddana jak niemieccy urzędnicy mieli ubaw z anonimowych pism podpisanych przez Polskie Państwo Podziemne, przez panikę tych którzy je otrzymali po śmierci innych odbiorców, aż po śmierci Kutschery administracja Generalnego Gubernatorstwa uznała ostrzeżenie od polskich władz za wystarczający powód przeniesienia urzędnika. 

Wspólny mianownik to bardzo wyraźna informacja- jak chcesz to nas zaatakujesz, nie zawsze możemy temu zapobiec. Ale jeśli uznamy, że przekroczyłęś granicę, to nie wyjdziesz z tego żywy. Nawet jeśli ukryjesz w fortecy na końcu świata. W niebezpiecznym świecie my, jako obywatele po to mamy państwa, aby potrafiły taki komunikat wysłać. 

Dziś nie wiemy czy aż tak drastyczna sytuacja miała miejsce, nie wiadomo czy to pytanie będzie zadane, ani czy będzie trzeba je zadać. Ale jeśli, to ktoś będzie musiał udzielić odpowiedzi. 

Kolejne pytania to co z Rosją i co z Putinem?
Żadnych złudzeń- nie będzie żadnej wojny z Rosją, ta wojna już jest. Czy się komuś to podoba czy nie, Rosja rozpoczęła wojnę w celu odbudowy ZSRR i jego strefy wpływów, a odpowiedzialnemu polskiemu rządowi pozostaje udzielić odpowiedzi na podstawowe pytanie- jaki wynik jest w interesie Polski w tej wojnie. Dopiero potem powinno paść pytanie o możliwości jego osiągnięcia. A tymczasem wszystkim obawiającym się konfrontacji z Rosją radzę wziąć głęboki oddech i przemyśleć jeszcze raz ten akapit. Nie ma się czego bać, trzeba działać. Jeśli głęboki oddech nie zadziałał, polecam głęboki rozbieg i szybkim uderzeniem o ściane poustawiać sobie pod deklem wszystko na swoje miejsce. Zjednoczony czterdziestomilionowy naród nie ma się czego bać.

Na pytanie o optymalną przyszłość ja udzielę odpowiedzi. W najlepszym polskim interesie jest bałkanizacja Rosji. Rozpad na wiele wzajemnie zwalczających sie państw i państwek. 
Jak to osiągnąć?- po pierwsze potrzebny jest PR dobrze zorganizowanego kraju i narodu, który może być wzorem. Po drugie wspomaganie i sponsorowanie wszystkich możliwych separatyzmów. I po trzecie i najważniejsze- wojna ekonomiczna. Drenaż zasobów i niszczenie źródeł dochodów. Jak najskuteczniejsze na dłuższą metę. 
To oznacza niszczenie popytu na gaz, ropę i węgiel oraz obniżanie cen lotów kosmicznych, tytanu i innych zaawansowanych rzeczy, które przypadkiem Rosji pozostały po ZSRR. 
Wyroby rosyjskiego przemysłu powoli przestają mieć znaczenie na światowym rynku, ale np. w zakresie załogowych lotów kosmicznych to wciąż kapsuła Sojuz jest jedyną, która może dostarczyć astronautów w miarę bezpiecznie w obie strony. Tak pozostanie najprawdopodobniej tylko do czasu uzyskania certyfikatów przez kapsułę Dragon ze SpaceX, co jeszcze potrwa najwyżej kilkunaście miesięcy. Będzie to koniec jednego z problemów, czyli rosyjskiego komercyjnego programu kosmicznego. 

Kolejne pytanie dotyczy Putina. Jest on bandytą i zagrożeniem dla ludzkości, ale z drugiej strony gwarantem, że gospodarka Rosji nie stworzy niczego nowego. Najlepszym rozwiązaniem znów jest powtórka z Jugosławii, czyli Międzynarodowy Trybunał Karny lub inne podobne rozwiązanie. Może sobie być dożywotnim prezydentem w Moskwie, ale poza jej granicami będzie ściganym przestępcą. Wspólnie przez Polske, Ukrainę, Gruzję, Holandie, Malezję, Estonię i inne kraje na szkodę których popełnił przestępstwa przeciw ludzkości.  

A w zakresie podstawy rosyjskiej gopodarki, czyli surowców energetycznych? W polskim interesie jest jak najszybsza dekarbonizacja gospodarki, choć zaczynając od zużycia ropy i gazu, a nie węgla. W rosyjskim interesie jest wyśmiewanie i torpedowanie wszelkich wysiłków tego typu, zwłaszcza na tradycyjnych rynkach dla rosyjskich surowców energetycznych, czyli także w Polsce. 
Przy okazji polskie władze, kapitał i społeczeństwo powinno wspierać i promować rozwój każdej technologii konkurencyjnej wobec czegokolwiek, co Rosja oferuje na sprzedaż, a w szególności alternatywne źródła energii i elektryfikację transportu.  Z całą pewnością zastępy wiernych klientów same się znajdą wśród państw, które już doświadczyły na własnej skórze moskiewskiej przyjaźni.
Tak samo ważna jest międzynarodowa izolacja Rosji, odcięcie od importu technologii i kapitału. Zniszczeniem obecnie istniejącego przemysłu i kapitału spokojnie zajmie się kremlowska banda, ważne, aby nie mogli kupić ani ukraść nic nowego. Międzynarodowe ściganie Putina jest tu idealnym środkiem do celu. Prostym, cywilizowanym i we wspólnym interesie wszystkich zainteresowanych stron. 

A gdzie w tym wszystkim jest sprawa wraku prezydenckiego samolotu? To jest akurat jedno z prostszych pytań. Cóż, Hans Frank, fanatyczny nazista, osobisty nominat Hitlera, przywódcy tysiącletniej Rzeczy, grzecznie odwoływał urzędników, którzy nie podobali się Polskiemu Państwu Podziemnemu. Skoro tak, to Putin ma wraku i czarnych skrzynek nie oddać? Odda, albo jego podwładni zbuntują się i oddadzą, tylko należy ich przekonać zrozumiałymi dla nich metodami. Hans Frank zrozumiał, OWP po Olimpiadzie w Monachium także.







Pożar w magazynie dokumentów- postęp śledztwa

Na życzenie - aktualizacja sprawy pożaru magazynu dokumentów Iron Mountain, większość wiadomości z dzisiejszej gazety, trochę własnego googlowania dla potwierdzenia. 

Każdy wie, że jak policja kogoś przyprowadzi do prokuratora, to ta osoba na pewno jest winna i tylko będzie kłamać, aby się wybielić. Dlatego prokurator powinie pisać akty oskarżenia, a nie zajmować się takimi głupotami jak słuchanie kryminalistów, czy co gorsza marnowanie pieniędzy podatników na sprawdzanie kłamstw kryminalistów….

Przecież to prawie tak jakby kryminaliści decydowali o wydawaniu pieniędzy państwa i środków budżetowych. W demokratycznej III RP to się przecież nie może wydarzyć.  A nie, czekaj....

Niestety, olbrzymia większość argentyńskich prokuratorów nigdy nie była na szkoleniu w Polsce, ani żadnym innym kraju o prawidłowo działającej prokuraturze np. w Armenii czy Rosji. 

Dlatego argentyński wymiar sprawiedliwości robi wszystko odwrotnie. Kryminaliści chodzą po ulicach latami i zamyka się ich dopiero jak się uprawomocnią jakieś niepotrzebne wyroki. A przecież wszyscy wiedza, że jak prokurator kogoś oskarży, to na pewno jest winny i te wszystkie szopki z sądami to są potrzebne tylko głupim lewakom z Zachodu….

Niestety, argentyńscy prokuratorzy zamiast pisać akty oskarżenia, to tylko czytają jakieś niepotrzebne akta i wysyłają policję nie po to, aby łapać kryminalistów, tylko po jakieś niepotrzebne niby zabezpieczania dowodów. Policja prawidłowo wchodzi do domu o 5 rano i zamiast wszystkich aresztować, tylko zabiera jakieś papiery, żeby niepotrzebnie zajmowały miejsce w szafie prokuratora, który potem to miesiącami czyta, zamiast pisać zarządzenia i akty oskarżenia... 

Dlatego właśnie dopiero teraz prokuratura informuje, że toczą się śledztwa w różnych  sprawach dotyczących co najmniej 4 różnych banków, gdzie kluczowe dowody znajdowały się w magazynie Iron Mountain, który spłonął w lutym.   Były tam kopie cyfrowe dokumentacji, której obowiązkowy okres przechowywania minął i oryginały zostały zniszczone. Czyli znajdowały się tam jedyne egzemplarze dokumentacji kluczowej dla śledztw. 

W najbardziej zniszczonej części magazynu, gdzie prawdopodobnie rozpoczął się pożar, znajdowały się cyfrowe kopie dokumentacji. Czyjej? Nikogo nie zaskoczę, nazwy są te same co zwykle. HSBC, JP Morgan, BNP Paribas i jako rodzynek argentyński Banco Patagonia. 

HSBC jest podmiotem śledztwa w sprawie o pranie brudnych pieniędzy. Spaliło się 26326 pudeł z CD z 46528 składowanych. JP Morgan Chase z oddziału w Buenos Aires składował 4406 pudeł, z których zniszczeniu uległo 4000. Prokuratura uważa, że zniszczone zostało ok 90% danych pozwalających zidentyfikować klientów. Od 2008 roku prokuratura prowadziła śledztwa w sprawie ułatwiania prania pieniędzy przez ten bank. Jakiś czas temu połączono je w śledztwo w sprawie seryjnego organizowania przez bank operacji prania pieniędzy oraz naruszania prawa dewizowego. Czyli, jeśli z tych zarzutów zostałaby złożona całość, urzędnicy banku mogą mieć postawione zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej. 
Dość dokładnie jest wyjaśniona sprawa, w której JP Morgan z  Banco Patagonia przez oszukańcze praktyki bankowe pomogli sfałszować dane na temat kondycji sporej spółki, w wyniku czego jej większościowi udziałowcy mogli za mocno zaniżone kwoty wykupić mniejszościowych. JP Morgan robił część na Bahamach, Banco Patagonia w Argentynie. trzeba jednak przyznać, że Banco Patagonia występuje jako jedyny w pojedynczej sprawie, a nie jako organizator całego procederu. Biorąc to pod uwagę, lista skraca się do dokładnie tych co zwykle. 

Ta prokuratura jest tak powolna, że jeszcze nie ma aktu oskarżenia w powyższej sprawie z 2005. Co prawda nie słyszałem, aby polska prokuratura kiedykolwiek wyjaśniła jakąkolwiek sprawę, w której by aktywnie działał wielki bank i trzeba by było wyciągnąć dane z raju podatkowego. Ale to na pewno dlatego, że w Polsce takich przestępstw nie ma.

Wreszcie BNP Paribas. Tu także, po analizie poszczególnych przestępstw śledczy doszli do wniosku, że całe jedno piętro w banku służy wyłącznie do działalności przestępczej, faktycznie działało jak kolejny, niezależny oddział banku i łącznie wyprano oraz nielegalnie przeprowadzono przez granicę około miliarda dolarów. Zniszczeniu uległo 1206 z 2554 pudeł.

Śledztwo obecnie toczy się w kierunku podpalenia. Nigdzie nie podano, czy prokuratorzy sa tego pewni, czy uznają na obecnym etapie za wersję najbardziej prawdopodobną. 

Właściwie bez komentarza, ale widać jak bardzo ważna jest względna przynajmniej niezależność kraju od tego typu towarzystwa. W zadłużonym kraju prokuratura nie mogłaby prowadzić takiego śledztwa, bo rynki dokonałyby "drobnych nacisków" na ministra finansów czy innego premiera i śledztwo musiałoby się skończyć błędem pilota….     

Drugi mój wniosek- w 89 roku należało, gdyby to było politycznie możliwe oczywiście, wyrzucić dokładnie wszystkich prokuratorów. Sędziów zasadniczo też, ale tych którzy nigdy nie awansowali, ani nie byli funkcyjnymi można by było zostawić, dla odrobiny stabilności. Peerelowska prokuratura naprawdę sobą nic nie reprezentowała i braku wiedzy i fachowości nikt by nie zauważył, bo zwyczajnie jej nie było. Sekretariaty  (były i są kompetentne i niezbędne) zostawić nie ruszone przez chwilę, a etaty prokuratorów obsadzić tymi, którzy mieli jakiś kontakt z cywilizowanym wymiarem sprawiedliwości, jakby prawdziwych prawników z emigrantów zabrakło, to nawet tymi którzy zostali w cywilizowanych procesach na zachodzie skazani (no, może nie za szpiegostwo..). I tak by byli bardziej kompetentni niż kacapski prokurator. 
Sędziów sądów rejonowych można było zostawić, większość z nich miała pojęcie o swoje robocie., pozostałych wyrzucić. Odsiałoby to wszystkich karierowiczów, a to oznaczało też większość TW. Niektórym awans utrudniała także głupota czy alkoholizm i byłoby z tym trochę problemów, ale ogólnie znacznie lepszy kadrowo wymiar sprawiedliwości by to wynagrodził całemu społeczeństwu z górka..      

Nobel dla Putina

Byłbym za. Nie żartuję. Uważam, że facet naprawdę zasłużył:

1. Zjednoczył światowe mocarstwa w zamiarze pozbycia się agresywnego szaleńca dysponującego bronią atomową ze wspólnoty międzynarodowej.

2. Spowodował zjednoczenie podzielonego dotychczas społeczeństwa ukraińskiego, które chce teraz budowy uczciwego państwa spokoju i dobrobytu.

3. Spowodował aresztowania i blokady majątków istotnej grupy cynicznych złodziei okradających własne kraje.

4. W istotnej części pomógł ośmieszyć nieudolnego władcę i przez późniejszą współprace z nim zlikwidował możliwość konstytucyjnej dwuwładzy na Ukrainie.

5. Znacząco umocnił w europejskich społeczeństwach poparcie dla energii odnawialnej, oszczędności i ogólnego odchodzenia od paliw kopalnych z naciskiem na ropę i gaz w pierwszej kolejności, czym przyczynił się tez do znaczącego wsparcia dla powstrzymania zmian klimatycznych.

6. Swoja polityką wprowadził agresywne i od stuleci stanowiące zagrożenie dla sąsiadów państwo na ścieżkę pokojowego samozniszczenia. 

Niestety, prawdopodobnie nie miał zamiaru wywołać ani jednego z tych skutków, więc nie bardzo wiem, czy do końca się ten Nobel należy. W końcu Obama dostał za dobre intencje, bez żadnych skutków. Może też się da przyznać za dobre skutki, bez żadnych intencji? Przyjmijmy, że tak jest i za niezamierzone konsekwencje też pokojowy Nobel się należy.
Oto uzasadnienie:

ad. 1
Swoim zachowaniem doprowadził do wspólnej dla wszystkich poważnych państw opinii na temat Rosji jako kraju nieprzewidywalnego w swej agresywności i nie respektującego zasad współżycia międzynarodowego. Dodana etykietka, łącznie z wielkością i siłą armii i faktem posiadania broni atomowej jednoczy wszystkich odpowiedzialnych za przyszłość świata ludzi, a w szczególności przywódców większych państw. Ta sytuacja przypomina stosunek do Niemiec w 1943-44 roku. Nikt nie popierał ich polityki, a sojusznicy starali się odciąć. W tej dziedzinie umożliwienie wspólnego zdania i działania Prezydenta Obamy i Republikanów w Kongresie to sprawa nawet nie na Nobla, ale prawie na kanonizację....

ad. 2 
Społeczeństwo Ukrainy, które dotychczas było rozdarte i mentalnie podzielone sporami złodziejskich polityków, mieszaniem oligarchów, podziałami językowymi, religijnymi i przepaścią w mentalności (postsowiecka v. zachodnia v. rosyjsko-imperialna) zostało w ciągu kilku tygodni właściwie zjednoczone. Oczywiście są tam olbrzymie pokłady bierności, ale wśród tych, którzy maja jakieś zdanie, prawie się nie zdarza inne niż zamiar tworzenia i mieszkania w uczciwej, jednolitej, wielonarodowej Ukrainie. 

ad 3.
Dzięki nieudolnej dyplomacji doprowadził do sankcji na grupę oligarchów żyjących z okradania tak wcześniej Ukrainy, jak też obecnie Rosji. Sama ta podstawa przyznania Nobla może być nieco kontrowersyjna, ponieważ on sam też jednocześnie do nich należy. Ale jeśli potraktujemy to jako dobrowolne oddanie skradzionego majątku to może należy jednak poważnie rozważyć kanonizację? Albo przynajmniej beatyfikację? 

ad 4.
Ostentacyjne traktowanie Wiktora Janukowycza jako marionetki przekazującej rozkazy z Kremla oddaliło możliwość  podziału na Ukrainie na gruncie konstytucyjności władz i znacząco zmniejszyło prawdopodobieństwo utworzenia quasi-państewka w jej rosyjskojęzycznej części.

ad 5.
Dla wszystkich stało się oczywiste, że Rosję należy albo powstrzymać, albo zniszczyć. Wobec tego, że jej gospodarka importuje najniezbędniejsze rzeczy codziennego użytku i podstawową żywność, eksportując ropę i gaz, oczywiście należy uderzyć przez ograniczenie dochodów ze sprzedaży ropy i gazu. Niestety, nie jest obecnie możliwe wprowadzenie embarga, więc należy pracować nad zmniejszeniem zależności i przez to możliwości negocjacji cenowych. Dla wszystkich rozsądnych i mających pojecie ludzi jest oczywiste, że oznacza to politykę ograniczania zużycia przez poprawę efektywności zużycia i zastępowanie ropy i gazu innymi paliwami, w szczególności odnawialnymi. Nie węglem, bo przypominam, że Rosja jest też eksporterem węgla.  W oczywisty sposób zmniejszy to zakres przyszłych anomalii klimatycznych. Właściwie to znów jest to zasługa powyżej Nobla. 

ad 6. 
Najważniejszy, ale i najtrudniejszy do uzasadnienia punkt.  W pewnym sensie połączenie poprzednich. Połączona wola wszystkich istotnych państw świata w zamiarze powstrzymania Putina nie doprowadziła i IMO nie doprowadzi do konfrontacji zbrojnej na dużą skale. Być może Rosja dokona jeszcze jednej agresji. Ostatniej w swojej historii. 

Dla wszystkich gorącogłowych Sarmatów mam do przypomnienia dowcip:
dwa byki, stary i młody wychodząc zza wzgórza ujrzały w pewnym oddaleniu stado krów. 
Młody się odzywa: 
- chodź, pobiegniemy szybko i przelecimy jakieś. 
Na co stary odpowiada: trzy błędy w jednym zdaniu. Nie pobiegniemy, tylko podejdziemy, nie szybko, tylko spokojnie i nie jakieś, tylko wszystkie.

I właśnie tak będzie wyglądać i już wygląda reakcja świata. Wyrok na Rosję już zapadł, egzekucja chwile potrwa, Putin rycersko otrzymał czas na cofnięcie się, co głupio uznał za oznakę słabości. Obecne sankcje jeszcze nie wystarczą, są dopiero pierwszym ostrzeżeniem. Efektywnie świat wygląda zupełnie inaczej, niż w czasach zimnej wojny i nawet zakaz eksportu nowoczesnej technologii za dużo nie da, bo Chińczycy raczej go nie będą respektować. Ale zadziała na przykład coś zupełnie innego i znacznie prostszego, rotacyjne embargo: trzy miesiące na np. łożyska, potem 3 miesiące na akumulatory, i kolejne wystarczająco długie okresy, aby wywołać braki w zaopatrzeniu i wystarczająco krótkie, aby w Rosji nie opłacało się budować fabryk i rozpoczynać produkcji. Zwłaszcza, jeśli długość tego będzie nieprzewidywalna. 

Ludzie przestraszeni brakami w zaopatrzeniu zaczną oczywiście wykupywać pojawiające się dane dobra. A kupowanie na zapas akumulatorów obciąża gospodarkę, bo jest to z punktu widzenia krajowej ekonomii oczywiście idiotyczny sposób oszczędzania, przez niszczenie tych przykładowych akumulatorów od samego składowania, jeszcze bardziej drenując zasoby kraju jako całości.  Niekoniecznie będzie to dokładnie tak, ale z pewnym prawdopodobieństwem coś podobnego. 

Ze strony administracji USA, a nawet europejskiego nadzoru bankowego jest pełne zielone światło dla wszelkich kombinacji mogących oskubać Rosję, rosyjskie firmy i rosyjskich oligarchów powiązanych z Kremlem.  Ze strony nowego niemieckiego przemysłu energii odnawialnej, będzie to więcej niż entuzjazm.   Amerykańskie, szwedzkie i szwajcarskie firmy zbrojeniowe już zacierają ręce. Ponoć jakieś 6 tys. niemieckich firm robi jakieś interesy w Rosji, ale w tym miejscu wypada przypomnieć, że sama branża energetyki odnawialnej zatrudnia w Niemczech ok 400 tys osób, w większości dobrze płatnych i mających coraz większą siłę przebicia.

 W związku z tym, absolutnie  mnie nie dziwią wyniki sondażu pokazującego, że ponad 3/4 Niemców nie chce obecnie wzmocnienia militarnego wschodniej flanki NATO, a jednocześnie ponad połowa uważa, że Rosja stanowi zagrożenie dla pokoju i ma zamiar następnych aneksji. Znów: drodzy sarmaci, pamiętajcie o starszym byku.  I nie tylko. Niemcy to jest naród, który prędzej czy później przegrywał z nami, Polakami wszystkie wojny. Nie oczekujmy od nich szczególnej lotności myślenia. 

Najpierw Hans musi pogadać z Helmutem, potem Helmut z Rainerem, potem jeszcze Rainer z Hansem i wszyscy jeszcze raz. A potem są tak zmęczeni tym myśleniem i gadaniem, że się tylko biorą do roboty i już drugi raz nie zastanawiają. Na dowód absolutnej prawdziwości tych stereotypów mogę przytoczyć tweeta od samej Angeli Merkel, która zdaje się że dziś doszła do tych samych wniosków co ja 3 tygodnie temu i ogłosiła światu, że Niemcy nie są uzależnione od rosyjskiego gazu. 

A za kilka tygodni ma być ogłoszona nowa polityka energetyczna Niemiec. Spodziewam się dokładnie tego, co też już napisałem wcześniej. Oni naprawdę myślą tak powoli, ale potem zwykle dochodzą do imponująco sensowych wniosków. Dlatego spodziewam się ostrego przyspieszenia i państwowego wsparcia dla programu izolacji termicznej mieszkań i oszczędzania gazu dla celów grzewczych. BTW - wczoraj program zwiększania efektywności wykorzystania gazu ogłosił rząd Argentyny. Po latynosku niedorobiony, ale szybciej, niż najbardziej zainteresowani....
  
Nasz bohater, Władimir Putin, doprowadził do rozpoczęcia wojny ekonomiczno- technologicznej, która wobec miażdżącej przewagi Zachodu, zwłaszcza Niemiec, musi doprowadzić do podkopania potęgi eksportu surowców energetycznych Rosji, czyli do znaczącego osłabienia tego kraju. Osłabienie wpływów z eksportu, chaos ekonomiczny poprzez nieprzewidywalne sankcje, brak rozwoju technologicznego poza zbrojeniówką, nieefektywne zużywanie energii, kredyty zaciągnięte na rozwój produkcji surowców energetycznych przy możliwości szantażu przez odbiorców - to jest przepis na idealną katastrofę. Wyjściem byłoby jedynie szybkie przekształcenie Rosji w państwo narodowe, zdolne do przetrwania załamania gospodarczego. 

Ale nie po to stary byk strofuje młodego. Rosja zostanie rozmontowana kompletnie. Banksterka weźmie swoje, koncerny zbrojeniowe z USA ukradną kolejne technologie, Chiny i Niemcy będą mieć bezpieczne połączenie lądowe, Tatarzy swoje dwa kraje - Krym i Tatarstan. Po oddzieleniu Tatarstanu komunikacja pomiędzy europejską częścią Rosji a Syberią jest zerwana i są to dwa oddzielne kraje. To zupełnie poważnie, jak dla mnie, większość z racjonalnego przewidywania, ale trochę na wyczucie, Rosja jest dokładnie na kursie do rozpadu. Rosja posiada ledwo zbilansowaną gospodarkę już obecnie. Na horyzoncie czai się destabilizacja urządzana przez cały koncert mocarstw. Bez kultury technicznej i wynikającej stąd chęci i umiejętności modernizacji, bez działających mechanizmów zmiany władzy, dosłownie otoczona wściekłymi wrogami, to jest przepis na katastrofę, a przynajmniej poważną degradację państwa. 

 Z polskiego punktu widzenia taki los się szczerze Rosji należy, dla pokoju, rozwoju  i stabilności w tej części świata. Stąd wniosek o przyznanie nagrody Nobla uważam za całkowicie uzasadniony. 

Wieści z lepszej Ameryki- marzec 2014

Wieści z Ameryki
   Co się na świecie dzieje, to się dzieje. Na moim kontynencie generalnie spokój, aż nie ma o czym pisać. Ale jakieś wiadomości się znajda.

 Michele Bachelet wygrała wybory w Chile. Niespecjalnie ktokolwiek miał co do tego wątpliwości, wiec i wynik nikogo nie zdziwił. Jest oczywiście nazywana lewicową i polska prasa bezmyślnie serwuje polskiemu czytelnikowi jakieś skojarzenia z mieszanina poglądów społecznych co radykalniejszej europejskiej lewicy oraz gospodarki w stylu leninowskim. Znaczy nigdy dość przypominania.

W Ameryce łacińskiej określenie lewicowy znaczy mniej - więcej dokładnie to samo co określenie prawicowy w postkomunistycznej części Europy.   Zamiar pozbycia się odpowiednio  rosyjskich lub amerykańskich baz ze swojego terytorium, możliwość prowadzenia niezależnej polityki zagranicznej w oparciu o dobre relacje z sąsiadami, pozbycie się wpływów mocarstwa i zaprzyjaźnionego z nim biznesu w kluczowych dziedzinach gospodarki, zwłaszcza wydobyciu surowców energetycznych. A także, co istotne, namawianie lokalnych biznesmenów do patriotyzmu gospodarczego, tworzenia miejsc pracy i włączania jak największej liczby ludności w gospodarkę towarowo- pieniężna i masową konsumpcję - po prostu ogólna poprawa poziomu życia, koncentrując się na początku na najbardziej upośledzonych warstwach i rozszerzanie klasy średniej.

To jest najbardziej ogólny skrót programu peronistów w Argentynie, Partii Robotniczej z Brazylii, obecnej prezydent Chile czy rządzących w Wenezueli. Z tych krajów Wenezuela ma największe znaczenie strategiczne (przez ropę, oczywiście) i jest relatywnie najsłabszym krajem. Nic dziwnego, że ma największe problemy z Wielkim Bratem. W ten płynny sposób przeszliśmy do ostatniej zadymy w tejże Wenezueli. Cały scenariusz był taki sam jak zwykle, to nawet nudne, dzielna opozycja, wywodząca się jak zwykle ze starej oligarchii (znaczy specjalistów od włażenia w d... każdym z kolei potencjalnym kolonizatorom) staje na czele obywatelskiego sprzeciwu, manifestacje, strajki, itp.

Strajki w najważniejszym przemyśle, czyli naftowym się zasadniczo skończyły po tym, jak Chavez pozwolił spokojnie odejść strajkującej załodze i zastąpił ich świeżymi absolwentami i emerytami. Zadziałało. Teraz główną ostoją opozycji są media, zwłaszcza te największe. Stąd w znakomity sposób świat nie ma pojęcia co tam się naprawdę dzieje, zwłaszcza jeśli doda się do tego regularne automatyczne sortowanie wiadomości na facebooku według algorytmu zgodności z interesami USA.

Widziałem to również w Argentynie, kiedy pod koniec zeszłego roku opozycja pod przywództwem grupy Clarin (koncernu medialnego, którego współwłaścicielem jest Goldman Sachs) organizowała demonstracje pod hasłem obalania rządu. Pojawiły się ciężkawe dowcipy antyrządowe, które polubiło setki tysięcy ludzi, jakieś wiadomości od nieznanych osób, itp. To tak, gdyby ktoś się pytał jak wyglądały te spontanicznie zorganizowane przez ludzi na facebooku rewolucje….

Nowym elementem w Wenezueli byli tajemniczy snajperzy. Co prawda od lat trwa, zwłaszcza w Caracas i okolicach, także podkręca przez media fala przestępczości i strachu wśród zamożniejszych warstw, ale tego jeszcze nie było (więc zasadniczo rosyjskiej propagandzie i Janukowyczowi wierzę, że ze snajperami na Majdanie nie miał nic wspólnego, bo wszystko wygląda wręcz identycznie). Cóż, tradycyjnie wyrzucono paru dyplomatów USA, za nimi powędrował ambasador Panamy i wygląda na to, że pozbawiony realnego poparcia społecznego bunt się wkrótce rozmyje, tak samo jak kilkanaście poprzednich. Co do poparcia społecznego dla lewicowej/prawicowej polityki w Ameryce Łacińskiej - wkrótce także wybory w Brazylii. Znowu nuda, bo poparcie dla prezydenty jest w okolicach 80%, dla Partii Robotniczej trochę mniej, ale i tak większość w parlamencie (po raz pierwszy) jest bardzo prawdopodobna. Jak się rozpocznie kampania wyborcza, to będzie ustawowy zakaz podwyżek dla sfery budżetowej, więc tradycyjnie w Brazylii trwa przedwyborcza fala strajków. Ponoć od miesiąca, jak donosi znajomy, nie działa poczta. Cóż, do Europy takie wiadomości nie docierają.

Są zadziwiające podobieństwa polityki, ale były też różnice.  W Ameryce Łacińskiej Kościół Katolicki zasadniczo zawsze był emanacją oligarchii, która to oligarchia tradycyjnie zastanawiała się komu sprzedać kraj. Stąd, w kompletnej odwrotności do PRL, Kościół raczej nigdy nie cieszył się za dużym szacunkiem zwykłego ludu i stąd tak duża ucieczka od Kościoła, która jest widoczna w całej Ameryce. Jak łatwo się domyślić, władza walcząca z oligarchami i często też przeżartymi agenturą wielkiego brata siłami zbrojnymi niespecjalnie miała dobre stosunki z takim kościołem. Po prostu - wyobraźmy sobie, że towarzysze Gomułka, Gierek i Jaruzel zamiast walczyć z Kościołem, piją sobie z dzióbków z biskupami, oficjalnie się obnoszą z wiarą, a obowiązkowym punktem niedzielnego program TV jest msza św, z udziałem I sekretarza.  Łatwo się domyślić, że bunt solidarnościowy w 1980 w Polsce by nie tylko nie ufał Kościołowi, ale był mu otwarcie przeciwny, tak samo jak partii. I to jest jedyna różnica pomiędzy latynoską lewicą, a wschodnioeuropejską prawicą spod znaku PiS czy Fideszu.    

 Jak z powyższego widać, obecny papież nie tylko nie jest postacią typową dla latynoamerykańskiego kościoła, a wręcz kompletnym zaprzeczeniem mocno ustalonych stereotypów.  Stąd, z chwilą jego wyboru, dość chłodne relacje państwa z Kościołem, nawet w Argentynie się gwałtownie ociepliły. Znaczy relacje kardynała Bergoglio z rządem zapewne nie były takie złe, ale reszta biskupów to inna sprawa. Po wyborze sytuacja się zmieniła o tyle, że władza może oficjalnie przychylić się do wizji Kościoła jaką ma papież, jest im zdecydowanie po drodze. Dlatego właśnie Krystyna (prezydenta, znaczy) wybrała się do Watykanu na śniadanie z okazji rocznicy objęcia urzędu przez Papierza. Skoro już tam jest, to oczywiście spotka się z premierami i prezydentami Włoch i Francji, może jeszcze kimś tam.

Okazja się świetnie nadarzyła, bo MSZ Rosji, Ławrow idiotycznie porównał, będąc w Londynie, zajęcie Krymu do Wojny o Falklandy. Porównanie zupełnie trafne, bo zarówno Rosja, jak tez Wielka Brytania nie ma nawet kawałka legitymistycznego uzasadnienia do tych terytoriów, ale za sobą wolę większości ludności (jak śmiesznie by nie wyglądało referendum na Krymie, jednak jestem skłonny uwierzyć w prorosyjską większość - w końcu spora część rosyjskojęzycznych tam to emeryci i rodziny radzieckich jeszcze  wojskowych i bezpieczników).

Stąd Prezydenta nie mogła przepuścić okazji. Argentyna już wypowiedziała swoje zdanie, przewodnicząc aktualnie Radzie Bezpieczeństwa ONZ zostało szybko zwołane posiedzenie i głosowanie zorganizowane w ciągu godzin od wniosku. To też jest bardzo symptomatyczne. Argentyna nie tylko nie ma żadnych poważnych interesów w rejonie Morza Czarnego, ale także ceni silną Rosję jako przeciwwagę dla wpływów USA (które są tu największym problemem). I co - i nic. Rosyjska dyplomacja okazała się tak nieudolna, że skutecznie zrazili i ustawili we wrogiej pozycji nawet potencjalnych przyjaciół.

Kraje Ameryki Łacińskiej nie muszą mieć w kwestii ukraińskiej zdania, a nawet tutejsze lewicowe rządy mogłyby poprzeć Rosję. I co - i ruscy sami to spieprzyli. Co prawda zdanie Brazylii jeszcze nie jest znane, ale sytuacja jest taka sama. Jest to kwestia nieistotna dla Brazylii, jeśli przez Argentnę zostanie ta sytuacja przedstawiona jako identyczna z kwestią Wysp Południowego Atlantyku, to w ramach solidarności stanowisko Brazylii pewnie będzie takie same.  A przypomnę, że gospodarka Brazylii jest większa zarówno od rosyjskiej jak też od brytyjskiej, a liczba ludności zbliżona do sumy tych dwóch. Powtórzę jeszcze raz, dla wszystkich miłośników i fanów wielkiej Rosji.  Mówimy o kraju, którego gospodarka jest mniejsza niż Brazylii, która to Brazylia regionalnym może, ale żadnym światowym mocarstwem nie jest i takiego nie udaje.
Jak widać nic się nie dzieje. Nudy. Ale patrząc na skuteczność działania argentyńskiego rządu i wykorzystywania najdziwniejszych szans - jak teraz, aby kwestię Malwinów podnieść na forum międzynarodowym poza Południową Ameryką, zaczynam się zastanawiać nie czy, tylko kiedy wyspy przejdą na rzecz Argentyny. Niezbyt szybko, tego jestem pewien, ale ewidentnie Wielka Brytania, ze swoim ciężko nieudolnym rządem jest w defensywie. Pożyjemy zobaczymy, ja też mogę się zdziwić.    
Poza tym, po dewaluacji peso (razem z większością walut emerging markets) nastąpiła fala podwyżek cen i roszczeń płacowych przed doroczną sesją negocjacji związkowych. Na razie nie rozpoczęły się zajęcia w szkołach, choć rok szkolny trwa od tygodnia. Znaczy w skrócie atak inflacji. Na efekty poczekamy, myślę, że wróci do normy rzędu kilkunastu procent.

A na deser ciekawostka. Rozpoczął się proces w sprawie katastrofy kolejowej na dworcu Once. Rodziny ofiar twierdzą, że śledztwo było bardzo szybkie i sprawne, bo trwało zaledwie dwa lata. Przypominam, że w mniej - więcej tym samym czasie nastąpiła katastrofa w Szczekocinach, ale w Polsce bodajże minister ogłosił po dwóch dniach winnych, śledztwo się skończyło w dwa tygodnie i dróżnik na ławie oskarżonych.

W Argentynie się nie znają i zamiast szybko załatwić sprawę, to dwa lata gmerają w jakiś hamulcach pociągu, nagraniach kamer, księgowości firmy i gdzie im jeszcze do głowy przyjdzie. A w efekcie sądy mają kupę roboty, bo oprócz samego maszynisty jeszcze jest 28 innych oskarżonych. Dwóch byłych ministrów transportu (z rządzącej partii!!!), właściciele firmy zarządzającej linią, związkowcy odpowiedzialni za szkolenie maszynisty, i ktoś tam jeszcze. Żeby nie było - w Argentynie to, że jest się oskarżonym nie oznacza, że będzie się skazanym i oczywiście, jak wszędzie, prawdopodobieństwo skazania i wymiar kary spada w miarę posiadanych środków.

 Stan na dziś wygląda tak: niedoświadczony, 25- letni maszynista został przez związki zawodowe dopuszczony do samodzielnej jazdy i prowadził przeładowany skład w godzinach szczytu, z częściowo niesprawnymi hamulcami głównymi i zupełnie nie działającym awaryjnym. Maszynista nie hamował poprawnie na stacji końcowej, wjechał zbyt szybko i uderzył w także niesprawne odbijaki, co łącznie spowodowało śmierć 52 osób.  Ministerstwo transportu jest odpowiedzialne za stan stacji i torów, w tym odbijaków, firma wykonująca przewozy za tabor, maszynista oczywiście za poprawną jazdę, a związki za dopuszczeni do wykonywania zawodu. Wszyscy zawalili, wszyscy są na ławie oskarżonych, choć wydaje się oczywista wina maszynisty i niestety w Polsce na tym śledztwo by się zakończyło i analogicznie w sprawie Szczekocin się zakończyło, choć przynajmniej jeden minister transportu także powinien siedzieć obok, a może zamiast dróżnika.   

Magazyn płonie

Był dziś w Buenos Aires (samym mieście) pożar. Tragiczny. Spalił się magazyn, w trakcie zawaliła się ściana, zginęło 9 strażaków.
To by było tyle w temacie. Natomiast znacznie ciekawsze jest co to był za magazyn i co w nim było. Otóż należał on do firmy Iron Moutain, wielkiej korpo zajmującej się usługami przechowywania i archiwizacji danych. Jej akcje są składnikiem indeksu S & P 500, itd. Generalnie ma swoje oddziały w większej części świata i jako taka oferuje też ogólnoświatowe usługi archiwizacyjne, stąd należy się domyślać, że lwią część jej klientów stanowią także międzynarodowe korpo.

Z tymi ostatnimi w Argentynie jest aktualnie zabawnie. Do drobnych problemów Shella i czołowych banków inwestycyjnych, o których pisałem ostatnio dołączyli rolnicy. No, powiedzmy, że dla potrzeb propagandy w wydaniu organu prasowego Goldman Sachsa (Clarin, znaczy) nazywa się ich rolnikami. Chodzi mianowicie o Bulge International, Cargill i jeszcze jedną z wielkich agrokorpo, chyba Midland. Każda z nich to są setki tysięcy hektarów żyznej pampy w samej Argentynie, oprócz tego USA, ale też Europa Środkowa, zwłaszcza Rumunia, Ukraina, itd. Specjaliści od manipulowania rynkami i okradania całych państw (np. pierwsza z nich prawie oficjalnie prowadziła neoliberalną politykę ekonomiczną Argentyny w latach 1989-92). Ale oficjalnie są to biedni, wiecznie wyzyskiwani rolnicy....

Przy ostatniej kwestii spadku rezerw walutowych wypłynęło zupełnie poważne pytanie – gdzie są dziesiątki milionów ton pszenicy i soi z ostatnich żniw? Powinny zostać wyeksportowane, jak zwykle, i spowodować dopływ waluty do banku centralnego. I zostały- te zebrane przez mniejszych i średnich producentów. Osobiście prezes Sociedad Rural Argentina przyznał, że rolnicy mogą sobie oszczędzać w czym chcą, a jak lubią w zbożu i soi to będą i aktualnie „oszczędzają”. No mogą, ale trzymanie tej ilości w silosach i silosoworkach (chyba tak to jest po polsku?) jest nieco dziwnym zachowaniem. Zwłaszcza jak zaczyna przeszkadzać w następnych uprawach. Tak czy inaczej, chodzi o równowartość 30 MILIARDÓW dolarów, których nie ma w banku centralnym, bo sobie leżą na polach. A jak gdzie i dokładnie od kiedy, jakie są zobowiązania tego dotyczące i kto czym handlował nie wiemy. Nie wiemy także po co Shell składał zlecenie kupna dolarów dwa tygodnie temu, ani dlaczego znane banki inwestycyjne zamiast same zarobić na tak lukratywnym zleceniu albo chronić klienta je zmieniając, złożyły w imieniu klienta zlecenie na rynku. I już się nie dowiemy, bo dziś właśnie spłonął magazyn z dokumentacją... My, zwykli obserwatorzy, to oczywiście jedna sprawa, ale znakomicie to także utrudni działanie prokuraturze, w tym Wydziałowi Przestępstw Finansowych, który w zeszłym tygodniu wszczął śledztwo w sprawie manipulowania kursem peso przez Shella i banki....

A tak przy okazji: podobny pożar magazynu dokumentów tej samej Iron Mountain był w Londynie w 2006. Też budynek spłonął do fundamentów, na szczęście wtedy nie było ofiar- za to później policja ustaliła, że było to podpalenie. Sprawców bodajże nie znaleziono.  

Huragan


Kilka dni minęło od huraganu Sandy. Zaczyna być widoczny zakres zniszczeń. Jest on przerażający, jak wiadomo zwłaszcza w Nowym Jorku. A najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że to już nawet oficjalnie nie był huragan. Zwykła, porządna burza. Wiatr w porywach osiągał 110 km/h- zapytajcie się dowolnego mieszkańca zachodniej Francji, czy nawet polskiego Helu- czy to jest katastrofalny wiatr- odpowiedzią będzie śmiech. Spory, tak, nakazujący rozsądek i szacunek dla żywiołu- też. Ale katastrofalny? Oczywiście- należy spojrzeć w porównaniu do tego co zwykle wieje. To akurat bardzo łatwo zobaczyć na zdjęciach. Przy wietrze zdarzającym się raz na kilka lat łamią się gałęzie drzew i niektóre, słabsze drzewa w całości. To był właśnie obraz nakreślony przez Sandy'ego w Nowym Jorku. Wielkość opadów także nie była taka duża. Największy problem spowodowała zwiększona fala przypływu- ale też nie była to żadna katastrofalna wielkość, z odpowiednimi przygotowaniami zniszczenia powinny być niewielkie- molo w Atlantic City musiało się rozpaść, ale podstacja energetyczna na Manhattanie powinna jednak zostać obroniona...
Dla porównania- akurat tego samego dnia, choć rano w Buenos Aires spadło sporo deszczu- sporo to eufemizm, bo w ciągu 2 godzin został pobity historyczny rekord opadów w październiku- efekty? Zalane 4 linie metra i pozostałe dwie częściowo, wszystkie tunele w aglomeracji i wszystkie niżej położone dzielnice. Kilka tysięcy osób ewakuowanych, itd. Co więcej- było ostrzeżenie przed ulewą, więc zwyczajowo zalewane miejsca raczej były na to przygotowane, ale meteorolodzy nie przewidzieli skali tej ulewy, więc dla miasta w całości było to niespodziewane uderzenie. I teraz- dwie linie działały cały czas (choć nie po całej trasie), pozostałą część sieci uruchomiono po kilku godzinach. Pociągi działały chyba cały czas, może z wyjątkiem samej ulewy i pewnego spowolnienia dla oszacowania ewentualnych uszkodzeń. Autobusy zmieniły trasy i jak tylko woda nieco opadła- kursowały, gdzie się dało. Wywieziono samochody, które z ulewą spłynęły zagradzając ulice i po 3 godzinach miasto działało. W najbardziej zniszczonych miejscach prądu nie było max 2 dni (ale to wyjątki, tak gdzie trzeba było czekać na spłynięcie wody), itd. łącznie 2 ofiary śmiertelne- jedna która utonęła w domu i druga śmiertelnie porażona prądem od zwarcia spowodowanego zalaniem. Po prostu obrona cywilna tu w miarę działa.
Inne miejsca, gdzie także Sandy się pojawił- na Bahamach przynajmniej zrobił coś pożytecznego dla świata, bo oprócz jednego człowieka zginął także jakiś prezes banku.
I, co jest całkiem istotne- Kuba, gdzie okazał się najgorszym huraganem od kilkudziesięciu lat. Zginęło 11 osób, co zresztą na Kubie wywołało ciężki szok i rządową obietnicę zbadania każdego z tych przypadków, ponieważ zwykle przez cały sezon huraganów są najwyżej 2-3 ofiary śmiertelne. Wiatry dochodzące do 200 km/h dość dokładnie zdemolowały drugie co do wielkości miasto- Santiago, które zostało smutnie ochrzczone teraz „miastem bez drzew”. Przyznam, że zdjęcia złamanych i wyrwanych z korzeniami palm- normalnie roślin bardzo odpornych na wiatry, robią wrażenie. Demolka totalna- ponad 15 tys domów zniszczonych, 130 tys uszkodzonych (czyli praktycznie prawie wszystkie). Można się zastanawiać jakim cudem tylko 11 ofiar śmiertelnych, kiedy na Haiti, gdzie była tylko krawędź cyklony i zaledwie deszcze- ponad 50 (choć w rzeczywistości nie wiadomo ile). Otóż w tym tekście jest odpowiedź – doskonale zorganizowana obrona cywilna. Żeby nie było, że to propaganda- to jest anglojęzyczna opozycyjna gazeta, choć pisana z Kuby (której konstytucja jak wiadomo, nie gwarantuje wolności po wypowiedzi, ale dopóki się nie próbuje promować kapitalizmu w dzisiejszym wydaniu- chyba nie ma z tym problemów).
To wracamy do Nowego Jorku. Informacje typu- zalana cała sieć metra i może za parę dni ruszy (jakoś w okolicach wieszania tego wpisu miała być uruchomiona?), paliwa brakuje wszędzie, w tym dla policji i straży pożarnej. Komunikacja autobusowa nawet została przerwana na dłuższy czas (tego to już prawie nie rozumiem?) Na południe od 39 ulicy nie ma prądu i nie wiadomo kiedy będzie. Akurat na szczęście spory kawałek tego obszaru to Chinatown, a Chińczycy, jak to Chińczycy- przynajmniej potrafi się szybko i przyzwoicie zorganizować- i choćby donosić żywność i wodę mieszkającym na wyższych piętrach osobom starym czy chorym, bo oczywiście policja, FEMA, czy inna obrona cywilna się tym nie zajęła. To jest działające państwo? Opis tego przypomina jedynie burdel jaki panował w ZSRR przy okazji trzęsienia ziemi w Armenii w 1988- które oczywiście było znacznie tragiczniejszym wydarzeniem- ale to przynajmniej było prawdziwe trzęsienie ziemi, a nie zwykła burza.
Co prawda- ofiar śmiertelnych jest znacznie mniej (choć sądzę, że liczby te znacząco wzrosną po odnalezieniu jeszcze ludzi, którzy nie mogli wyjść z mieszkań, bo np. nie byli w stanie zejść po schodach 20 pięter kiedy nie działają windy, itd. Można się pocieszać, że skutki i tak wyglądają na lepsze niż Katriny, ale co z tego- „Państwo znów zdało egzamin”

Dwie katastrofy- ciąg dalszy


Kilka miesięcy temu zdarzyły się krótkim odstępie czasu dwie katastrofy kolejowe- w Polsce pod Szczekocinami i w Argentynie, w Buenos Aires, na stacji Once. Warto o tym przypomnieć, gdyż w obu zginęło po kilkadziesiąt osób i obie mają swój ciąg dalszy, dość smutno pokazujący kondycję III RP.
W Polsce szybko przeprowadzono śledztwo, ustalono, że winny jest dróżnik, aresztowano go (czy ją?) i sprawa zakończona. Za to kilka dni temu prawie doszło do kolejnej, praktycznie identycznej katastrofy- jedynie szczęśliwym zbiegiem okoliczności dwa pociągi pasażerskie zatrzymały się 6 metrów przed czołowym zderzeniem.
Za to także, kilka dni temu dopiero zakończyło się śledztwo w Argentynie. Przypomnę okoliczności- poranny pociąg podmiejski, wypchany do granic niemożliwości, uderzył w odbijak na końcu linii. Zniszczona została część składu, zginęło 51 osób, 700 zostało rannych (łącznie w pociągu mogło być ponad 2 tys.) . Za to przebieg śledztwa w porównaniu z polskim odpowiednikiem jest ciekawy. Praktycznie od razu do aresztu trafił zarząd i właściciele prywatnej spółki będącej operatorem linii. Oni wszyscy oraz maszynista i nadzrór otrzymali oczywiście zakaz opuszczania kraju. Następnie policja rozpoczęła zabezpieczanie dokumentacji spółki- co ciekawe, znaleziono ją w siedzibie zupełnie innej firmy tych samych właścicieli- co z punktu widzenia procesowego jak najbardziej oznacza słuszność aresztu (bo zamiar ukrywania dowodów). Jednakże- dobra stalinowska instytucja „aresztu wydobywczego”, zapisana w polskim kodeksie postępowania karnego jako areszt w wypadku zagrożenia wysokim wymiarem kary, w cywilizowanych krajach jest mniej znana, więc całe towarzystwo po 3 dniach wyszło.
Dalej też było ciekawie (znaczy w porównaniu z praktyką PL)- obrońcy właścicieli firmy stwierdzili, że maszynista choruje na epilepsję, co ukrył przy przyjmowaniu do pracy i atak epilepsji spowodował zaprzestanie hamowania przed końcem peronu. Linia obrony ciekawa, choroba trudna do wykrycia (bez ataku oczywiście) i zwalniałaby ze sporej części odpowiedzialności. Wobec czego maszynista wylądował na obserwacji. Po chyba 3 miesiącach lekarze nic takiego nie mogli potwierdzić i kolejna obserwacja. W międzyczasie najwyraźniej zbadano wrak i okolice oraz dokumentację (akurat tego, jak dobrze wiem, polska prokuratura nie jest w stanie zrobić w pół roku- przynajmniej rzetelnie zbadać dokumentacji sporej firmy).
I śledztwo się zakończyło. Wynik trochę mnie zaskoczył- bo sędzia śledczy stwierdził, że nie istnieją żadne dowody na niesprawność maszynisty, z analizy wraku wynika, że pociąg hamował do końca i bezpośrednią przyczyną była niesprawność hamulców. Za to pośrednią przyczyną był zorganizowany system korupcji i rozkradania państwowych dotacji, w tym przeznaczonych na poprawę bezpieczeństwa linii. Wobec czego zarzuty usłyszeli właściciele firmy i jej zarząd- i to poważne. Udział w zorganizowanej grupie przestępczej defraudującej środki budżetowe i umyślne doprowadzenie do katastrofy (poprzez liczenie się z możliwością jej wystąpienia wobec zaniedbania utrzymania stanu technicznego składów). Eufemistycznie mówiąc poważne zarzuty, 10 do 25 lat, ale jeszcze ciekawiej- oprócz spowodowania katastrofy, podobny zestaw usłyszało także 4 wysokich urzędników, w tym sekretarz transportu (w polskich realiach najbliżej byłby wiceminister) obecnego rządu, zdymisjonowany zaraz po katastrofie. Czy w wypadku pod Szczekocinami ktokolwiek wyżej poniósł jakąkolwiek odpowiedzialność? Tak się właśnie buduje mechanizm bezkarności i nieodpowiedzialności w systemie przeżartym korupcją do cna. Łamanie takich przyzwyczajeń jest niestety kosztowne i bolesne. Smutno powiedzieć, ale ludzie będący w polskim pociągu zginęli w bezsensownej katastrofie, podczas kiedy w Argentynie pozostali operatorzy kolejowi bardzo szybko przemyśleli przynajmniej kwestie bezpieczeństwa, co zapewne było jedną z przyczyn nieco upierdliwego wycofania z eksploatacji części składów metra, ale trudno.
Cóż- przy tej krótkiej notce- można podsumować- tak się buduje poważne państwo. Jak widać, Argentyna też jest w wielu miejscach przeżarta korupcją, wiele rzeczy nie działa- ale jeszcze działają mechanizmy naprawy tego. W Polsce one nie działają. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby je naprawić- ale jest to bardzo trudne, wymaga odwagi, woli politycznej i czasu. Dopiero wtedy może się rozpocząć naprawa reszty państwa i społeczeństwa- co znów wymaga woli politycznej i czasu. Ta naprawa musi się zacząć od strachu starych ubeków wysokich urzędników państwowych o to, że przy którym „no stała się tragedia” ktoś zapyta się bardzo poważnie o ich osobistą odpowiedzialność. Mnóstwo czasu zostało zmarnowane, sporo ludzi straciło nadzieję i wybrało własne życie (w tym i ja), ale może jeszcze da się coś zrobić i starczy na to czasu?

Wybór USA


Wydaje mi się, że mają wyjątkowo duże znaczenie. Wbrew pozorom, co prawda prezydent USA nie posiada specjalnie dużej władzy- ona jest w rękach sitw wszelakich i „rynków finansowych”, ale jakąś tam posiada- zwłaszcza, niestety w zakresie polityki zagranicznej, a przynajmniej inicjowania „operacji pokojowych”. To zresztą dość dobitnie pokazuje, że świstek papieru zwany Konstytucją USA jest właśnie tym- świstkiem papieru, bo akurat wypowiadanie wojny (bo tak się kiedyś nazywało „rozpoczynanie operacji pokojowych”) jest zastrzeżone dla Kongresu. Ale nie czepiając się szczegółów- polityka Obamy jest znana. W skrócie- unikać awantur i dotrwać do końca kadencji oczekując, że gospodarka w końcu sama znajdzie nowy stan równowagi, w międzyczasie utrzymując spokój społeczny i równowagę wśród grup interesów serwując różne stimulusy. Biorąc pod uwag jak bardzo gospodarka i społeczeństwo USA są zniszczone po 40 latach deindustrializacji, wzrostu „rynków” i ogólnego zadłużenia- nie jest to zła polityka. Dobra też nie, znaczy dokładnie nie wnosi niczego do rozwiązania problemów USA, ale na szczęście nie dokłada nowych dla reszty świata. I niczego innego się bym nie spodziewał po drugiej kadencji. Drugi, mormon dla odmiany (czy ich religia przypadkiem nie nakazuje pacyfizmu??) za to ma znacznie mniejsze szanse na zachowanie spokoju społecznego- jako Republikanin. Przez to oczywiście znacznie łatwiej może się stać celem wybuchu społecznego niż czarny Demokrata. Jak wiadomo- a kto nie wie może łatwo sprawdzić- obecnie w USA już jest w stanie gotowości właściwie cała infrastruktura prawna i techniczna do wprowadzenia czegoś w stylu stanu wojennego. Można i robi się to po kawałku i „miękkimi” metodami, ale w razie wybuchu niezadowolenie społeczne może być i będzie opanowane siłowo. I znów- najlepszym oczywiście pretekstem do takich działań jest fizyczne zagrożenie zewnętrzne, a w szczególności większa „operacja pokojowa”. I w tym tkwi sedno problemu. Kolejna część to „marzenia o wielkiej Ameryce” wśród Republikanów- co oznacza znów to samo- chęć „umacniania demokracji”.
Więc, moim zdaniem od wyników obecnych wyborów zależy w dużym stopniu termin wybuchu 3 wojny światowej, a może i samo zaistnienie tego zdarzenia. Mało przyjemnego i przyznam, że rzygać mi się chce widząc zachwyty co poniektórych nad perspektywą „rozprawienia się” z Iranem, itd. Wojna Izraela z Iranem realnie grozi wybuchem wojny światowej, w której bardzo prawdopodobne jest użycie broni atomowej. Co prawda by to rozwiązało problem ocieplenia klimatu i przeludnienia Ziemi za jednym zamachem, ale jakoś mnie te argumenty nie przekonują.
Więc- nasuwa się następne pytanie- niby czemu uważam, że kolejne 4 lata coś w układzie sił zmienią? Otóż zmienią i to dużo. Obecny układ sił na świecie wygląda ponoć tak, że USA mają największa i najnowocześniejszą armię i flotę i nikt nie może im nawet dorównać w zakresie technologii militarnych. Cóż- bzdura, a konkretnie informacja mocno nieaktualna. Największą- tak, najbardziej zaawansowana technologicznie- nie bardzo, a już pod względem badań i rozwoju technologii- pomimo olbrzymich środków efekty prac rozwojowych są zbliżone chyba do polskiej armii (no, może „trochę” przesadziłem, ale przewaga technologiczna Niemiec, Rosji i Chin istnieje i rośnie). Zapewne zaraz się ktoś do tego twierdzenia przyczepi- więc zapowiadam- wytnę bez litości te komentarze, których autorzy nie odrobią pracy domowej. A wygląda ona tak: obecne liniowe samoloty USA to nieco podrasowana technologia lat 70-tych, a dwa najnowsze modele, które miały zastąpić F-15,F-16 i F18 to F-22, czyli samolot akurat dość dobry, ale zbyt skomplikowany do wdrożenia do masowej produkcji i zastąpienia poprzednich modeli oraz F-35, który wygląda jak koń projektowany przez komisję (co to jest wielbłąd?- koń projektowany przez komisję). F- 35 miał być małym, tanim samolotem w uzupełnieniu drogiego F-22, wyszedł samolot jednosilnikowy (czyli bardziej narażony na utratę w walce czy w wyniku awarii), większy i droższy od F-22, krótko mówiąc z inżynierskiego i wojskowego punktu widzenia- kupa g.... Tak, wiem, lepsze procedury serwisowe, itd.- ale w warunkach frontowych i tandetnej produkcji wojennej to i tak jest prawie gwarancja utraty części drogiego sprzętu za bezdurno. To może pociski? I tu dokładnie i najbardziej widać zacofanie technologiczne USA. Tu drobna dygresja o pociskach (potocznie rakietach):
  1. balistyczne- napędzane w początkowej fazie lotu, dale siłą bezwładu i przyciągania ziemskiego lecą do celu po krzywej balistycznej- są to w większości lub całości obecne rakiety miedzykontynentalne, ale też niemiecka V-2 z II w.ś.
  2. manewrujące- napędzane przez cały czas lotu, przypominają bezzałogowe samoloty i potrafią zmieniać kurs maskując się w terenie lub podążając za celem- większość dzisiejszych a w prymitywnej wersji już niemiecka V-1 z II w.ś.
  3. Niekierowane- stara technologia a dziś ew. poziom taktyczny, nieistotne.
  4. Bomby szybujące- nie do końca ta kategoria, ale istotne, bo potrafią w pewnym zakresie zmieniać kurs i podążać za celem, a jednocześnie są znacznie trudniejsze to wykrycia i zniszczenia przez brak śladu cieplnego silnika. Tak, oczywiście, niemiecka Fritz X z II w.ś.
Jak widać- dla współczesnego pola walki najważniejsze są pociski manewrujące. A w nich- dla pocisków przeciwokrętowych najważniejsza jest prędkość, a przeciwlotniczych układ naprowadzania (bo samolot jest w stanie znacznie bardziej wykonać unik, a okręt użyć różnych gadżetów przeciwrakietowych- jeśli ma czas....).
Co nas doprowadza do kwesti rozwoju technologii silników dla pocisków. I znów wyliczenie:
  1. rakietowy- pocisk przenosi paliwo i utleniacz, bardzo duża moc i prędkość, bardzo krótki czas działania lub potężna wielkość- czyli w praktyce stacjonarne balistyczne lub krótkiego zasięgu.
  2. Turboodrzutowy- w gruncie rzeczy podobny do tych w samolotach (tak, wiem, uproszczenie) potencjalnie duży zasięg i czas działania, prędkość teoretycznie do 2 machów, praktycznie poddźwiękowa.
  3. Ramjet- działa na zasadzie sprężania powietrza samym pędem silnika, dość duży zasięg, prędkość teoretycznie do 5-6 machów, praktycznie 3-4, potrzeba rozpędzić do ok 300-500 km/h aby silnik zaskoczył.
  4. Scramjet (supersonic commpressiom ramjet)- podobny, ale spalanie się odbywa w prędkości naddźwiękowej teoretycznie prędkość do 17 machów, praktycznie do 8-10
To właściwie koniec dygresji.
Jak łatwo zauważyć z tej wyliczanki zapewne najlepszym pociskiem przeciwokrętowym by był taki napędzany silnikiem typu scramjet- ale akurat takie nie istnieją, wobec obłędnego skomplikowania mechaniki płynów w pracy takiego silnika aktualnie dopiero powstają ich pierwsze prototypy- z czego w USA akurat udowodniono, że nie maja o projektowaniu takowych zielonego pojęcia. Wobec czego pozostaje pytanie o ramjet- i tu odpowiedź jest właśnie ciekawa. Zarówno w Rosji, jak i w Chinach pociski napędzane tego typu silnikami są już w linii, w USA nie ma żadnego i po prostu nie ma tej technologii. Tego typu pociski maja wystarczający zasięg, aby wystrzelić je spoza zasięgu obrony przeciwlotniczej grupy lotniskowców oraz wystarczającą prędkość, aby zestrzelenie ich było bardzo trudne.
I takimi pociskami już dysponują Chińczycy. Zapewne w niewystarczającej ilości i niekoniecznie posiada je Iran, ale po 2008 chiński przemysł się w istotnej części przestawił na produkcję zbrojeniową, w tej chwili robią to też USA (jakby ktoś uważał informację o wzroście produkcji przemysłowej za pozytywną hehe). Także- technologia kierowanych bomb szybujących w USA, o ile wiem nie istnieje w produkcji i wdrożeniu liniowym. Zresztą, właściwie całość amerykańskiej armii floty i lotnictwa jest całkowicie zależne od systemu GPS i bez niego przestaną istnieć. Chińczycy pokazali, że dysponują możliwościami zestrzeliwania satelitów i można założyć, że wręcz w pierwszych godzinach ewentualnej wojny światowej system GPS przestanie istnieć. Potrzeba tylko czasu, aby ta wiedza dotarła do Białego Domu i zaczęto tam się zastanawiać nad alternatywnymi rozwiązaniami. Tak samo bomb szybujące- które akurat mogą być wykonane prawie w całości z materiałów nie odbijających fal radarowych i nie emitujące śladu w podczerwieni, ale mają naturalnie mniejszy zasięg, więc tą technologię rozwija np. Argentyna, gdzie potencjalnym przeciwnikiem może być UK, gdzie zasięg obrony zespołu lotniskowców jest mniejszy- ale to znów dygresja.
Cóż- w tym wszystkim istotne jest to, że zmiana światowego przywództwa (a co za tym idzie przywileju kreowania waluty rezerwowej) nigdy nie odbyła się pokojowo. Optymistycznie- teraz mamy, jako ludzkość na to szansę. Ale aby to się stało potrzeba jeszcze kilku lat pokoju i kryzysu. Tego akurat prawie gwarantem jest Czarny z Białego Domu, więc z całego serca życzę mu zwycięstwa.
Ponieważ, jak przewiduję, za kolejne cztery lata zacofanie technologiczne USA będzie już na tyle ewidentne, że kolejny prezydent będzie mógł tylko wynegocjować coś w rodzaju kontrolowanego bankructwa. Problem polega na tym, że wybuch wojny jest oczywiście w interesie kompleksu militarno- przemysłowego (choć, wbrew pozorom, nie tak bardzo- swoje i tak dostają) ale także w długoterminowym interesie banksterskiej oligarchii. Nadzieja w tym, że oni myślą tylko o kwartalnych zyskach.
A czas działa bardzo mocno na niekorzyść USA. Dla samego tego kraju już raczej nie ma żadnej nadziei na uratowanie poziomu życia, a może nawet istnienia, ale gra teraz się toczy o resztę świata. Co prawda- mi w Argentynie to właściwie zwisa, bo czy USA będą dalej spokojnie słabnąć, czy wykonają dziki atak- moja wieś spokojna- choć raczej tak desperacko, jak nieudolnie próbują odzyskiwać wpływy w krajach Am. Łac., ale na szczęście z nastawieniem na nieudolnie i palą kolejne elementy agentury w poszczególnych krajach- co daje nadzieje na przyszłość.
A wobec tego, że Obama ma, jak się wydaje większe szanse na elekcję- akurat jestem optymistą.  Za to ciekawe są też implikacje inwestycyjne. Oczywiście w warunkach wojny waluta tego kraju, który ma wieksze szanse na zwycięstwo zyskuje na atrakcyjności (choć też niekoniecznie na wartości- bo gigantycznego druku należy sie spodziewać). Czyli- jeśli wygra Obama, dolar jeszcze potrwa a nawet się umocni, Jeśli mormon- to obstawiamy szanse na wojnę i zwycięską stronę, a bezpiecznie uciekamy w metal. 

Bankructwa przewoźników i przedsiębiorców a kryzys


Przy obecnej komplikacji świata i infrastruktury potrzebnej do jego sprawnego działania, długotrwałe niedokapitalizowanie (faktycznie z braku zasobów) powoduje dekapitalizację infrastruktury i jej powolną degradację. W pewnym momencie -niemożliwym do precyzyjnego określenia kluczowe elementy tej infrastruktury zaczną się po prostu zawalać i tak jak nie było środków na ich przyzwoite utrzymanie, tak nie będzie na żadną odbudowę. A że problem dotyczy energii- to tym gorzej, bo efektywniejszy energetycznie sprzęt o dotychczasowych parametrach użytkowych wymaga po prostu większych nakładów kapitałowych- i nie chodzi tu o pieniądze, a o rzeczy realne.

Dla przykładu- wyobraźmy sobie dwa miasta połączone drogą- nowoczesną, dwie jezdnie, pełno wiaduktów i tuneli. Powiedzmy, że miasto A jest centrum wielkiego, żyznego regionu rolniczego, acz o relatywnie niewielkim zaludnieniu, co najwyżej z odrobiną surowców mineralnych ale bez przemysłu oraz miasto B- port i przemysł. Ze względu na otoczenie i klimat bez terenów rolniczych w sąsiedztwie. Jeśli ktoś jechał np. z Zagrzebia do Rijeki- jest to dobry przykład do ilustracji tego o czym myślę. Zakładam w tej historyjce przy okazji dość dobry rynek- bez praktyk monopolistycznych.
W "normalnych" czasach opłaty za ruch na drodze pokrywały jej koszty utrzymania. Toczył się zwyczajny handel- płody rolne jechały sobie spokojnie z A do B, w drugą stronę towary przemysłowe, maszyny rolnicze i paliwa. Wskutek samego wzrostu cen paliw- przewoźnicy muszą albo podwyższyć stawki- i część ładunków zniknie, bo przestaną się opłacać, albo nie podnieść i w pewnym momencie rozpocznie się dekapitalizacja taboru (a w rzeczywistości to pośrodku tych dwóch możliwości- wzrost cen frachtu, ale mniejszy niż by to nakazywał rachunek ekonomiczny). W tym samym czasie rosną ceny stali i cementu- zwiększając ceny zarówno odnowienia taboru, jak też remontów drogi. Część ładunków przestaje się opłacać- czyli w rejonie rolniczym (A) należy po prostu porzucić niektóre uprawy- bo ich cena w porcie nie pokrywa kosztów produkcji i transportu (dobry przykład- koszt transportu w Argentynie z rolniczej prowincji Salta do najbliższego portu morskiego- Rosario to ponad 200 dol za tonę- co już czyni eksport czegokolwiek poza ziarnem soi, wełną i koncentratami metali faktycznie nieopłacalnym- a soja na granicy opłacalności)
Wracając- spada liczba pojazdów, więc suma przychodów z drogi spada- pierwszym remedium jest podwyżka opłat (to oczywiście tylko pogarsza sytuację). Więc koszty przewozu dalej rosną, samochody coraz bardziej wyeksploatowane i klejone taśmą, na drodze coraz więcej dziur- coraz dłuższy czas przejazdu, coraz więcej paliwa i np. wymiany zawieszenia (skąd my to znamy....). Proste rezerwy- jak obniżanie realnych wynagrodzeń się w pewnym momencie kończą i następuje nieuchronna dekapitalizacja. To jest po obu stronach- maszyny rolnicze w regionie A się zużywają, przy jednoczesnym niewykorzystaniu mocy fabryk w regionie B. Coraz mniejsze zyski rolnictwa oznaczają biedę w regionie rolniczym i zmniejszony popyt na towary przemysłowe. Koszty utrzymania fabryk pozostają te same, przy zmniejszonej skali produkcji- czyli jednocześnie zwolnienia grupowe, obniżki płac i spadek zysków oraz- oczywiście dekapitalizacja maszyn. Normalnym i racjonalnym postępowaniem każdego z uczestników jest strategia na przetrwanie tego, co uważają za chwilowy kryzys- czyli redukcja kosztów i zaciąganie kredytów „na przetrwanie”. Tylko sytuacja się nie poprawia. I oczywiście po pewnym czasie- przyspieszonym przez konieczność spłaty kredytów następuje zawał. W optymistycznej wersji bankrutuje część przewoźników, pozostali mają wystarczająco ładunków i stawki na tyle rozsądne aby powstrzymać destrukcję produkcyjnego kapitału i płacić podwyższone koszty utrzymania drogi. Ale skoro stawki za transport wzrosły, spadła siła nabywcza w A, to także spada oczywiście siła nabywcza w B i rosną tam ceny żywności. Najzabawniejsze jest to, że z różnych punktów widzenia problemy wyglądają inaczej- przewoźnicy, producenci i konsumenci widza inflację, robotnicy i właściciel drogi- kryzys, banki- problem z płynnością, firmy wydobywające surowce energetyczne i częściowo inwestorzy- widza tylko boom. Co widzi rząd- zależy od tego dla kogo pracuje.... A tak naprawdę to jest po prostu kryzys energetyczny, a nie finansowy. Gdyby to był tylko kryzys finansowy- ceny nośników energii by także spadały- to było na przełomie 2008/2009- ale jak widać nie jest. Ceny ropy i za ty całej reszty wróciły na swoje wysokie poziomy, za to końca kryzysu nie widać.
Można ten system utrzymać na kroplówce, oczywiście, ale kosztem reszty gospodarki. Ta dekapitalizacja kiedyś musi oczywiście doprowadzić np. do zderzenia dwóch zdezelowanych ciężarówek w tunelu, albo zawalenia się wiaduktu. W takiej sytuacji oczywiście nie ma i nie będzie pieniędzy na odbudowę tego w dotychczasowej postaci. Jakoś pewnie da się zastąpić kawałek żelbetowego mostu- drewnianym, ale znowu obniżamy bezpieczeństwo, zwiększając koszt transportu. W końcu nadejdzie krytyczny moment, w którym zawali się coś nie do zastąpienia- i to będzie koniec. Koszty transportu- które stopniowo wzrastały i coraz bardziej utrudniały gospodarowanie polecą w kosmos i już stanie się niemożliwym sprowadzanie produktów z B do A po jakikolwiek rozsądnych kosztach. Przeładowywanie w połowie drogi z ciężarówek na juczne zwierzęta i z powrotem (albo nawet konieczność używania ciężarówek 4x4) dość skutecznie podwyższy koszty czegokolwiek.
Wtedy dość łatwo sobie wyobrazić, że bezrobocie w B będzie dość wysokie- z braku dostępu do rynków, za to w A może nawet brakować rąk do pracy- ale zdobycze współczesnej techniki będą zdecydowanie mniej dostępne- co dość łatwo sobie wyobrazić- konieczność transportu samochodu osobowego ciężarówką terenową znakomicie powyższy jego cenę do poziomu dostępnego tylko dla najbogatszych.
I to tyle historyjki. Jak działa wolny rynek w takiej sytuacji opisałem. Efekt jest mniej- więcej taki, jaki obserwujemy obecnie w skali światowej- zresztą taki zestaw można łatwo ekstrapolować na cały świat. I to jest pewne uproszczenie umysłowe obecnego kryzysu- to nie jest ani inflacja, ani kryzys płynności, ani zwykła recesja- tylko zwyczajny kryzys energetyczny. Najpoważniejsza rzecz z możliwych i skończy się jak zwykle- robotnicy, przedsiębiorcy, bankierzy i rząd dojdą do najmniejszego wspólnego mianownika- kryzys „wywołali obcy”- kto akurat będzie ten „obcy” nie ma większego znaczenia- trzeba go zniszczyć.