Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozkład państwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozkład państwa. Pokaż wszystkie posty

Program rządu Trumpa

 Stałych Czytelników przepraszam za pewien brak aktywności. I to zdecydowanie nie z powodu braku tematów, bo świat jaki znamy rozpada się na naszych oczach. Właściwie to właśnie oczekiwanie na taki lub zbliżony przebieg wydarzeń było powodem pisania tego bloga. Już kilkanaście lat temu. 

O nowym rządzie Trumpa i trochę ogłoszeń

 Rząd Trumpa się powoli wyłania, wygląda jakby zestaw nazwisk układano według dwóch kryteriów- lojalności wobec państwa i kompetencji. To chyba wszystko w porządku, co nie? Niezupełnie

Geografia i ekonomia krajów po rozpadzie Rosji

Oficjalnie, jak wiadomo celem wojennym Ukrainy jest wyzwolenie całości ziem, uzyskanie odszkodowań i osądzenie zbrodniarzy wojennych. 

Nieoficjalnie, czy półoficjalnie jest to demontaż Rosji i powrót państwa moskiewskiego do granic sprzed 1471 roku, czyli sprzed podboju pierwszej części ziem Nowogrodu Wielkiego. 

Oczywiście pozostaje pytanie jak się do takiej perspektywy odniesie szeroko pojęty Zachód? Najpierw przypomnijmy, że sama Rosja już była na skraju rozpadu w 1992 roku i została uratowana decyzją prezydenta Busha. A konkretnie dostawami żywności, w tym do dziś wspominanych udek kurczaków, które dały władzy centralnej jakieś środki nacisku i kontroli nad regionami. Serio, ten kraj się nie rozpadł dzięki sprezentowanym kawałkom kurczaków.

To była świadoma decyzja Waszyngtonu i konsekwentna polityka kolejnych prezydentów, jak najbardziej zmierzająca do utrzymania istnienia Rosji i niedopuszczenia do rozprzestrzenia/ przypadkowego użycia broni atomowej. Albo był to tylko pretekst, prawdziwym uzasadnieniem była chęć utrzymania jak najsilniejszego państwa moskiewskiego, bo klika miłośników Rosji jest tam dość potężna. I wywodzi się głównie z ludzi dookoła wywiadu. Nie dlatego ze cokolwiek wiedzą lepiej, tylko wręcz przeciwnie- absolutne g.. wiedzą, ale całą karierę poświęcili pisaniu raportów na temat ZSRR, bloku sowieckiego i Rosji, wykazując w nich z jak ważnym i potężnym przeciwnikiem się ma do czynienia. Gdyby przez przypadek się okazało, no nie wiem- np. że w rosyjskiej armii nie ma podoficerów, a szkolenie i dowodzenie jest farsą, a logistyka się nie zmieniła od 2 wś, bo nadal tam nie ma sztaplarek i przyczep do ciężarówek, to mogłoby się okazać, że całe to towarzystwo kompletnie nie ma pojęcia o swojej robocie i jest niepotrzebne. Więc musieli wtedy i muszą dziś wymyślać kolejne zagrożenia. Po tym, jak rosyjska armia okazała się farsą, jedynym jakie pozostało to oczywiście zagrożenie nuklearne. Ale kilka dni temu to zagrożenie zostało zweryfikowane. A konkretnie starsze wersje systemów zachodniej obrony przeciwrakietowej starły się z najlepszymi, dopiero wprowadzonymi do służby rosyjskimi rakietami dalekiego zasięgu. Okazało się, że tak, rosyjskie rakiety mogą na coś spaść. Ale w kawałkach, po strąceniu ich przez obronę przeciwlotniczą. I co istotne, w obronie Kijowa prawie na pewno użyto rakiet nie tylko modeli, ale i egzemplarzy wyprodukowanych na długo przed ukończeniem projektu rosyjskich "Kindżałów". Znaczy, że dla obszarów bronionych przez zachodni sprzęt rosyjskie rakiety są nie tylko dziś niegroźne, ale i nigdy nie były zagrożeniem. I to właściwie skreśla całą rację bytu imperium moskiewskiego. Działało skutecznie, bo jednocześnie było fantastycznym wzorem korupcji i prywatnego bogacenia się, przy całkowitej bezkarności władz i ich popleczników. Ale dziś kolejne tego elementy znikają i się rozpadają. Ostatnim jeszcze w całości był atomowy straszak, ale skoro się okazało, że zachodnia obrona przeciwlotnicza działa 100/100, to już też nie istnieje. I razem z tym pojawia się w samej Rosji akceptacja dla rozmontowania tego państwa.

A z drugiej strony Zachód, zbliża się do konsensusu, że utrzymanie Rosji w latach 90-tych mogło być błędem. I przede wszystkim, że w obecnej postaci jest to państwo zarówno imperialne, jak też zbrodnicze i konieczna jest zarówno dekolonializacja, jak też jakaś forma denazyfikacji. A jeśli to nie będzie możliwe, to otoczenie kordonem jak najlepiej działających państw małego Księstwa Moskiewskiego. 

Zgoda i udział USA w wysłaniu samolotów jest przy okazji prawdziwym objawem upadku, a może i rozmontowania "frakcji deeskalacji", ponieważ to towarzystwo oczywiście spowalniało i sabotowało każdy etap dozbrajania Ukrainy, ale już na początku zapowiedzieli, że nie będzie żadnego przekazania zachodnich samolotów, ani niczego co by wymagało tworzenia stałej infrastruktury dla broni zachodnich typów. Ta linia została przekroczona, będą szkoleni mechanicy i infrastruktura do obsługi F-16, "frakcja deeskalacji" straciła twarz. 

Wracając do zasięgu Księstwa Moskiewskiego- i tak trudno jest dokładnie określi jakie i kiedy były jego granice. A na pewno jest to trudne do określenia w dzisiejszych kategoriach władzy państwowej, suwerenności i granic. Bo tam się mieszały trzy systemy: zwierzchności Mongołów, relacji zbliżonych do feudalnych i kupowania wpływów handlowych. Ale to nie ma tak wielkiego znaczenia, bo sprawę analizujemy w dzisiejszych realiach. I tu świetną robotę w tej kwestii zrobił niejaki Władimir Putin, dzieląc Rosję na okręgi federalne. I własnie te okręgi federalne wyglądają jak idealny sposób podział współczesnej Rosji na zupełnie sensowne nowe państwa. I nawet Centralny Okręg Federalny w sumie dość dobrze odpowiada pierwotnym granicom Księstwa Moskiewskiego. Więc skorzystamy z już gotowej mapy i możemy się zastanowić jak takie państwa by wyglądały i mogły działać. 

Najpierw mapa, korzystając z uprzejmości Wikipedii:


Zacznijmy od europejskiej części. Jasnożółty jest już wspomniany Centralny Okręg Federalny, ze stolicą oczywiście w Moskwie. I to są granice przyszłego państwa moskiewskiego, które są zupełnie w porządku z punktu widzenia Ukrainy, jak też państw bałtyckich i Polski. Z czego z punktu widzenia Litwy i Polski dobrą  wiadomością jest to, że obwód Królewiecki znajduje się w Północno-zachodnim Okręgu Federalnym. 

Północno-zachodni Okręg Federalny

Stalica w Petersburgu i co istotne obejmuje całość granic Rosji z państwami UE, całe wybrzeże Morza Bałtyckiego i całą europejską część wybrzeża mórz północnych. Poza tym niespecjalnie jest tam cokolwiek. Zimno, błoto, nie bardzo jest jakikolwiek przemysł, rolnictwo ani górnictwo. Ale byłbym pewnym optymistą co do perspektyw takiego państwa. Z jednego powodu- jego historii. Bardzo zamierzchłej, bo mam na myśli Republikę Nowogrodzką, ale Nowogród zawsze był częścią europejskiego systemu gospodarczego, obracał się w kręgu kultury i tradycji Europy Zachodniej, Oczywiście, był zapadłą dziurą na jej obrzeżach, ale jednak częscią. Petersburg za czasów carskich też był pewną kontynuacją tego, choć już tylko jako stolica Kacapii. Więc, jeśli takie państwo wybierze zachodnią drogę, to realnie ma na niej pewne szanse. Zwłaszcza, że może w takim przypadku liczyć na pomoc postkomunistycznych państw UE oraz Skandynawii. A to jest sporo. 

Z czego wybór zachodniej drogi oznacza pełne zerwanie powiązań politycznych z Moskwą, uznanie swojej części zobowiązań Rosji z tytułu inwazji na Ukrainę, ściganie i wydawanie zbrodniarzy wojennych, denuklearyzacja, itd.  To jest spora cena, ale dla takiej Republiki Petersburskiej dobra i opłacalna do zapłaty. Tylko wymagałoby to decyzji, że chcą być czymś innym niż dzisiejsza Rosja. I spokojnie widzę miejsce takiego kraju zarówno w EU jaki NATO (o tyle o ile by miało jeszcze jakieś znaczenie, ale właśnie dla tych krajów by miało). I byłby to bardzo ciekawy kulturowo twór, ponieważ byłoby to państwo rosyjskojęzyczne i kulturowo rosyjskie, ale odwołujące się do tradycji republikańskiej i mocno prozachodnie w mentalności i kulturze. Byłoby takie, bo alternatywa to błoto i bieda, a zdeklarowana i konsekwentna prozachodniość by dawała jedyną szansę utrzymania państwa i społeczeństwa. Zapewne by się nie obyło bez bólów, ale takie byłoby położenie i zasoby, że nie byłoby żadnej innej alternatywy. Zamieszkuje go 13,5 miliona mieszkańców, z czego około połowy w aglomeracji Petersburga. Co z jednej strony daje dużą i zróżnicowaną gospodarkę w relatywnie najlepszym miejscu tego państwa, ale z drugiej patologiczną nierównomierność rozwoju, urbanizacji i infrastruktury. Poza tym nie ma tam zbyt wiele. Są lasy, błoto, dość dobre (jak na Rosję) porty- cały dostęp do Bałtyku i europejska, mniej zamarzająca część Oceanu Północnego. Z górnictwem słabo, z przemysłu niewiele, rolnictwa prawie nic. Na europejskiej drodze miałby jakieś szanse, na rosyjskiej by był to bardzo szybko coraz gorszy syf. Ale elity mogłyby nadal zarabiać, oni sobie poradzą.

Nadwołżański Okręg Federalny

Nazwa brzmi z rosyjska (znaczy w oryginale), ale rzeczywistość już taka nie jest. Z 30 milionów mieszkańców Rosjan jest teoretycznie nieco ponad połowa, ale w niepodległym państwie to się by zaczęło szybko zmieniać. Druga połowa to są Tatarzy, którzy by zapewne szybko je zdominowali, a ludzie z podwójną tożsamością narodową lub właśnie się rusyfikujący by tę przynależność szybko zmienili. Zwłaszcza, że całkiem istotna część deklaruje rosyjskość tylko oportunistycznie. 

Tak czy inaczej spór o dominującą narodowość tego regiony by wybuchł natychmiast i możliwe, że potrwał całe pokolenie. I zapewne by się skończył z dominującą pozycją języka i kultury tatarskiej.  

W kwestii gospodarczej jest to gigant. Jest tam skoncentrowana duża część rosyjskiego wydobycia ropy, olbrzymia część rafinacji i, razem z sąsiednim Okręgiem Uralskim prawie rosyjskiego przemysłu ciężkiego i bardzo duża części wydobycia innych surowców. Oczywiście to wszystko było najpierw zarządzane po sowiecku, potem demolowane sztywnym i zawyżonym kursem walutowym, a potem zarządzaniem przez putinowskich złodziei. Ale nadal to jest przemysłowe serce dawnego wielkiego mocarstwa. Same zakłady Kamaz jeszcze niedawno były ósmym największym producentem ciężarówek w Europie, a i tak większość ich możliwości pozostała niewykorzystana. I są świetnym przykładem, bo ich do niedawna jedynym produktem był pojazd całkiem dobry, jak na lata 60-te. Na dziś i już 30 lat temu, zupełnie żenujący. I tak wygląda to wszystko, co przetrwało upadek ZSRR, jakoś tam działa, zwykle będą przestarzałym. Ale jednocześnie są tego olbrzymie ilości. Które dziś pracują na rynek Rosji i częściowo dawnego ZSRR, ale w razie rozpadu będą mieć kolejną fazę problemów. 

Kolejnym problemem jest dostęp do rynków. Do których lądem jest wszędzie daleko, a dostęp morski byłby niezwykle ograniczony (choć wbrew pozorom istniejący!) Otóż właściwie całość przemysłu  i większość populacji w tym regionie jest położona nad Wołgą i jej żeglownymi dopływami (Kamą). W dole tej rzeki jest kanał Wołga-Don, przez który statki mogą dopłynąć do Donu i Morza Azowskiego. Mowa jest o całkiem sporych jednostkach, do 5500 ton, czyli jakiś dostęp do morza jest. Choć oczywiście pozostanie problem praw przepływu w kanale Wołga- Don i na samych tych rzekach. I przyznam, że akurat tutaj podział Rosji też byłby błogosławieństwem dla państw Azji Środkowej, ponieważ logicznym rozwiązaniem byłyby umiędzynarodowienie kanału albo przynajmniej pełne prawa tranzytu dla wszystkich zainteresowanych, czyli również wszystkich państw położonych nad Morzem Kaspijskim. 

W sumie- 30 mln mieszkańców, spore wydobycie ropy, mocno uprzemysłowiony region i z istotną częścią nie-rosyjskiej populacji o silnej tożsamości narodowej. I kluczowy pod względem położenia między Europą a Azją. Derusyfikacja może by trwała długo, ale dość szybko by się okazało czyj to jest kraj. 

Południowy i Północnokaukaski Okręgi Federalne

Potraktujemy je łącznie ze względu na położenie geograficzne, bo w sumie to nie mogą się różnic bardziej. Jeden jest płaski, drugi na stokach wysokich gór, jeden na zróżnicowaną i stabilną gospodarkę, drugi jest utrzymywany wyłącznie z dotacji i pensji migrantów, jeden jest rosyjskojęzyczny, w drugim Rosjan jest niewielu.

Zacznijmy od Południowego Okręgu Federalnego. W jego południowo-zachodniej części jest najłagodniejszy klimat w Rosji, sporo urodzajnych stepów, duża produkcja zboża, stopniowo zanikająca na wschodzie i przechodząca w półpustynie. Jedyne w Rosji niezamarzające porty i ogólnie łatwy start. Kiedykolwiek by się oddzielili od obecnego państwa rosyjskiego- mają działającą infrastrukturę i pieniądze. Nie tak wielkie jak mogą mieć inni, ale coś co działa i na co niewątpliwie jest stabilny popyt. Oczywiście terez się tam wydarzają różne rzeczy, płoną położone tam rafinerie, stacje transformatorowe, systemy sterowania kolei, czy wreszcie może się jakieś nieszczęście przydarzyć Mostowi Krymskiemu i to w sposób blokujący tor wodny z Rostowa. Ale to wszystko jeszcze w trakcie obecnej wojny, Wystarczy to potem jako-tako uruchomić i powstanie kraik, niezbyt bogaty, ale mogący się utrzymać na swoim. 16 mln ludzi, w większości rolniczy kraj, może działać. I niezwykle ważny jako miejsce tranzytowe. Wspomniany wyżej kanał Wołga-Don, ale też jako lądowe połączenie między Ukrainą a Kazachstanem i dalej Chinami. Zainteresowanych w stabilności i jako-takiej prosperity tego regionu może być parę osób. A że wielkich surowców do łupienia tu nie ma, to może i da się to zrobić. 

Północnokaukaski Okręg Federalny jest czymś zupełnie innym. Zacznijmy od relacji społecznych. Jest tam kilkanaście, czy może kilkadziesiąt narodowości mówiących językami z różnych grup językowych. Znajomość rosyjskiego jest oczywiście powszechna, ale nie zupełna.  Tradycyjna struktura rodowo-plemienna się tam zachowała i ma się dobrze. Z wyjątkiem Czeczenów, którzy po powrocie ze stalinowskiego zesłania całkowicie się wymieszali i stworzyli coś częściowo przypominającego współczesny naród. Ale chyba wszystkie te narodowości to muzułmanie, którzy po upadku ZSRR stopniowo dryfowali w stronę coraz bardziej ortodoksyjnych i radykalnych wersji. Na to wszystko się nakłada całkowity brak jakiejkolwiek produktywnej gospodarki. Jedyne aktywności to drobne rolnictwo na własne utrzymanie i pieniądze rządowe, które pochodzą z dotacji z Moskwy. Każdy kto może wyjeżdża. Jedni do pracy w Moskwie, inni do wojska. Tam nie ma nawet turystyki, bo kto jeździ do ortodoksyjnie muzułmańskich regionów? Pewna ilość wydobycia i rafinacji ropy w Czeczeni została całkowicie zniszczona w wojnach. Więc Okręg Północnokaukaski będzie po prostu eksporterem przemocy, niestabilności i najemników. Zarówno dla różnych stron wojen domowych jak też przestępczości zorganizowanej. I wyzwanie stabilności granic, albo ich jakiegoś narysowania na nowo w największym stopniu będzie mieć właśnie Okręg Południowy. Tak czy inaczej zapewne Czeczenia, i może też jakieś inne republiki staną się niepodległymi państwami. I słowo "shithole" nabierze nowego znaczenia.

Okręgi Uralski, Syberyjski i Dalekowschodni.

Czyli cała azjatycka część Rosji. Podział pomiędzy tymi okręgami jest zupełnie sztuczny, nie mający związku ani z barierami geograficznymi, ani kulturowymi. Zresztą na większości tego terenu barier geograficznych prawie nie ma. Są całkowicie zintegrowane infrastrukturalnie, a rozbudowa wspólnej infrastruktury jest tam dość prostym zajęciem.  Kanał pomiędzy rzekami Ob i Jenisej nawet był kiedyś zbudowany (i następnie porzucony). Ale przede wszystkim jest to olbrzymi, w większej części bezludny obszar. I w większej części nie nadający się do zamieszkania. Jednak na południu istnieje infrastruktura kolejowa, jest całkiem sporo urodzajnych ziem, wielkie miasta, a w nich nieco jeszcze działającego przemysłu. Rzeki są spławne i dostępne dla całkiem dużych statków i barek, trzy główne można łatwo połączyć kanałami. Ale porty u ich ujścia nie tyle zamarzają, co odwrotnie- czasem rozmarzają, z czego te we wschodniej części do niedawna nie każdego roku rozmarzały. Do portów nad Pacyfikiem, które działają przez większość roku, można się dostać tylko koleją lub rzeką Amur. Której połączenie z systemami rzek syberyjskich byłoby ekstremalnie skomplikowane. 

Na specjalną wzmiankę zasługuje też Jakucja, który to region ma powierzchnię zbliżoną do Indii, czy Argentyny i jest zamieszkały przez 3 mln ludzi. Z wyraźną tożsamością narodową i ekonomią wystarczająca dla utrzymania samodzielnego państwa. Oraz ciekawymi praktykami rolniczymi, umożliwiającymi produktywne rolnictwo w strefie wiecznej zmarzliny. Niekoniecznie byłoby im po drodze w rosyjskojęzycznym państwie. 

Potencjał takiego syberyjskiego państwa, geograficzny, infrastrukturalny, demograficzny i gospodarczy byłby właściwie identyczny jak Kanady. Podobna populacja (30 mln), podobnie surowcowo-eksportowa gospodarka i bardzo podobne grupy i ilości surowców. Syberia miałaby wyraźnie lepszą infrastrukturę, ale wymagającą pewnego doinwestowania dla nowego kształtu państwa. I bardziej skomplikowaną sytuację geopolityczną. Kanada nie była, nie jest i nie będzie w stanie się obronić przed USA i jest i będzie bezpieczna przed każdym innym potencjalnym przeciwnikiem, samodzielnie, nawet bez sojuszu z USA. Sytuacja Syberii byłaby dużo bardziej skomplikowana. Jeśli europejska część Rosji by pozostała zjednoczona, to byłby to niezwykle groźny sąsiad. I dokładnie to samo można by było powiedzieć o Chinach. A z drugiej strony niepodległość Syberii i jej niezależność od obu tych państw jest po prostu ważna dla pokoju światowego. I tak naprawdę to jest stawka całego tego procesu. Gdyby Rosja została podzielona tylko na dwa państwa, wzdłuż Uralu, też byłoby dobrze. Jedyny problem polegałby na tym, że ta europejska część nadal miałaby zasoby, aby robić to co zwykle. Co dla stabilności całego systemu wymusza także podział europejskiej części Rosji.

I wreszcie:

Centralny Okręg Federalny

Ze stolicą w Moskwie. To byłaby i pozostała resztka Rosji. Mentalnie, kulturowo, oczywiście etnicznie. Zapewne też ustrojowo, a może nawet z jakąś częścią obecnej władzy. Populacja niecałych 40 mln, czyli jak Polska, a powierzchnia 650 tys km2, czyli by konkurowała z Ukrainą o w kategorii największego państwa europejskiego. A dokładniej o 3 miejsce, bo pierwsze dwa by zajmowały inne państwa porosyjskie.  

I to państwo, niezależnie od prawdziwej wielkości i swojego potencjału mentalnie pozostanie mentalnie w imperialnej przeszłości i sfałszowanej na potrzeby propagandy wersji historii. Po podlaniu imperializmu sosem z szowinizmu, rasizmu i maczyzmu, duszonego w słabym kontakcie z zewnętrznym światem wyjdzie po prostu militarystyczny rewanżyzm. W sumie dokładnie taki sam jak wobec Polski, Finlandii i Rumunii po pierwszej wojnie światowej i do byłego bloku sowieckiego po jego rozpadzie. Czego rozwinięciem były kolejne wojny, które od rozpadu ZSRR, Rosja toczy prawie bez przerw. W zmniejszonej wersji będzie to samo, tylko z jeszcze mniejsza siłą i większą agresją. 

I z powodu struktury przemysłowej i ekonomicznej, byłoby też zmuszone do agresji. Otóż z rzeczy materialnych, w Moskwie i okolicach nie wytwarza się nic. W całym Okręgu Centralnym praktycznie nie ma górnictwa, przemysłu jest odrobina, a i to w ramach łańcuchów powiązanych z innymi regionami (jak było w też w ZSRR), dla rolnictwa niespecjalnie są warunki i ten region chyba nawet gdyby musiał, to i tak by się nie stał samowystarczalny żywnościowo. W skrócie- kompletny brak czegokolwiek i całkowita katastrofa. Ale w Rosji wszystkie sieci powiązań łączą się w Moskwie, nie tylko nieformalne o którym możemy pomyśleć. Ale większość firm została zachęcona/zmuszona w ostatnich latach do przerejestrowania się do Moskwy. Po rozpadzie okaże się, że formalna kontrola nad wszystkim nadal tam jest. Inny przemysł, o którym zapominamy- rozrywka i propaganda- też jest skupiona w Moskwie. Jedynym konkurencyjnym źródłem rosyjskojęzycznych produkcji audiowizualnych jest Ukraina. 

W skrócie- będzie to taka dzisiejsza Rosja, ale pod każdym względem co najmniej o rząd wielkości gorsza. Bardziej agresywna, bardziej nacjonalistyczna, bardziej militarystyczna i która będzie stanowić większe zagrożenie dla sąsiadów. I nie bardzo widzę alternatywę dla takiego rozwoju sytuacji. Ponieważ takie małe państwo moskiewskie byłoby potencjałem ekonomicznym zbliżone do Somalii czy Jemenu, tylko do tego ludzie jeszcze potrzebują ogrzewania do przeżycia. Za to będzie dysponować całą infrastrukturą do kontynuowania dominacji kulturowej i ekonomicznej nad resztą obszaru, czyli przede wszystkim Syberią i terenami tatarskimi. Więc nie będzie mieć wyjścia jak tylko używać tej infrastruktury dla zdobycia zasobów pozwalających w ogóle utrzymać populację. I to oznacza, że relacje Moskwy z państwami porosyjskimi będą takie jak Rosji z poradzieckimi. Czyli albo eksploatacja z dążeniem do dominacji albo wrogość. I zawsze różne aktywności zmierzające do przejęcia struktury politycznej państwa. 

W największym skrócie- nowe państwo rosyjskie w granicach Centralnego Okręgu Federalnego będzie dokładnie tą samą Rosją, którą znamy. Kupa zimnego błota, która kradnie technologię przydatne wojskowo i rabuje co może aby zastraszać sąsiadów oraz inwestuje olbrzymie zasoby już prawdziwego profesjonalizmu w manipulowanie państwami i społeczeństwami, które chce też obrabować. Na szczęście będzie mieć dużo mniej zasobów, mnóstwo tego zasobów tego profesjonalizmu zostało zużyte i zniszczone przez gang Putina, a nowe państwo będzie mieć dużo mniejsze możliwości pod każdym względem. Ale nie mniejsze ambicje. Choć zrewidowane do realności będą polegać na usiłowaniu przejęcia/utrzymania kontroli nad państwami porosyjskimi, tak jak to robią obecnie z poradzieckimi. 

I przyznam, że nie bardzo widzę jakąkolwiek alternatywę dla takiej ścieżki. Znaczy nie samego rozpadu, on może nastąpić lub nie i  w wielu różnych wersjach, nawet takich, które dziś uznajemy za nieprawdopodobne lub wręcz nie umiemy sobie ich wyobrazić. 

Nie bardzo widzę alternatywę dla agresji i usiłowania dominacji przez państwo moskiewskie. Jest i będzie do tego zmuszone przez strukturę gospodarki, posiadane zasoby i oczywiście doświadczenia kulturowe. Do których należy jeszcze dołożyć traumę przegranej wojny i rozpadu państwa. Traumę, które każde byłe imperium musi jakoś przerobić i każde ma z tym problemy. Negacja i sprzeciw są pierwszymi tego etapami i nie widzę powodu, aby mogło być inaczej. Jeszcze nie doszli do etapu akceptacji rozpadu ZSRR. I zajmie im to jeszcze długi czas. Może kiedy dzisiejsi nastolatkowie będą mieć po 60 lat i rządzić krajem, to co się zmieni. Do tego czasu trzeba z tym jakoś żyć. I jeśli każdy z ich sąsiadów będzie mógł w miarę sobie sam z tym poradzić, a z dowolnymi sojusznikami bez problemów, to kwestia moskiewska będzie chwilowo rozwiązana. 

Kiedy skończy się wojna?

 Z racji tego, że względnie celnie przewidziałem dalszy rozwój wojny rosyjsko-ukraińskiej, napisawszy w 2014, że sytuacja w 2022 będzie wyglądać w pewnym przybliżeniu tak jak dziś wygląda, to stylem prawdziwego hazardzisty, napiszę jeszcze raz o przyszłości. A później zobaczymy i się pośmiejemy. 

Dla jasności- napiszę teraz i absolutnie nie będę tego tekstu edytował (chyba że ortografy, literówki i w ekstremalnej sytuacji niejasne gramatycznie zdania). Jak teraz będzie, tak zostanie. W sumie niepotrzebnie to podkreślam, bo jeszcze nic takiego nigdy nie zrobiłem, ale tu podkreślam specjalnie, bo i specjalnie będę spekulował.

Zaczynamy 28.04.2022 roku

Ogólnie- Ukrainie nie zabraknie ani pieniędzy, ani sprzętu, ani motywacji do prowadzenia wojny. Co zasadniczo implikuje, że ją wygra. Zresztą oczekiwania co do wyniku sa następujące: Rosja wygra jeśli dokona destrukcji państwa ukraińskiego albo przez aneksję albo przez zainstalowanie rządu marionetkowego, a Ukraina wygra jeśli zachowa niepodległość. Rosyjskie cele wojenne są już niemożliwe do realizacji, i ta wojna jest dla nich przegrana. Ale jak bardzo przegrane, ile będzie jeszcze ofiar i co dalej, to jest kwestia szczegółowego rozwoju sytuacji.

Otóż najbliższe tygodnie to będą stopniowo wzbierające na sile ofensywy ukraińskie. Pierwsza w stronę Mariupola, o ile nie upadnie do końca kwietnia. A w tym tempie problemem może być jedynie woda, kilka dni bez żywności to jeszcze nie jest sprawa krytyczna (ja wiem, dla ludzi siedzących w zimnie, rannych i dzieci znacznie gorsza, ale jest jak jest)

Czyli- jeśli nie zabraknie wody, to Mariupol zostanie częściowo odblokowany w pierwszym tygodniu maja. Powiedzmy do dnia zwycięstwa w kacapskim kalendarzy. Częściowo odblokowany, to znaczy, że opancerzone i uzbrojone konwoje będą mogły się przedrzeć do huty i z powrotem. 

Następnie, po drobnej przerwie operacyjnej, czyli prawdopodobnie w drugiej połowie maja ruszą dwie ofensywy. Jedna na północy druga na południu. Ta północna zapewne będzie miała na celu odcięcie jednostek rosyjskich w okolicach Izyum, a południowa- nie mam pojęcia. Najprędzej chyba na Melitpol, odcinając jednostki między Mariupolem a Melitpolem, ale równie dobrze może ruszyć od Chersonia w stronę Krymu. Albo gdziekolwiek indziej przez stepy, tam nie ma żadnych barier fizycznych oprócz Dniepru i Krymu.

Te ofensywy będą jeszcze raczej powolne, nastawione bardziej na zużycie przeciwnika niż odbijanie terenu. Tempo ofensyw będzie zależało od stanu przeciwnika, który jest marny, ale jak zły i jak chętny do poddawania się to się dopiero okaże. Mogą potrwać po 2 dnia, a równie dobrze po 2 tygodnie.

Po udanych ofensywach (i nie mam wątpliwości, że będą udane) nastąpi kolejna pauza operacyjna, tym razem bez żadnego zagrożenia ze strony armii rosyjskiej- ponieważ w kotłach lub odwrotach straci ona kolejne 20-40 batalionów oraz wcześniej ok 10 na odcinku Mariupola. To oznacza, że realna siła armii rosyjskiej będzie w okolicach 30-50 batalionów i to jest tak ogólnie żart w stosunku do długości frontu. Krótko mówiąc, front się będzie musiał załamać i po krótkiej przerwie wojska Ukrainy rozpoczną po prostu natarcie na całej linii, zatrzymując się dopiero na granicy. To nastąpi w czerwcu, trudno powiedzieć kiedy dokładnie i doprowadzi do odbicia co najmniej do granicy z 24.02. a całkiem prawdopodobne, że też zajęcia okupowanej części Donbasu. 
Taki rozwój wydarzeń może jednak spowodować problem polityczny, taki że część sojuszników uzna, że sprawa jest załatwiona i mogą resztę olać. Rozwiązaniem jest oczywiście spowolnić ofensywę, pozostawić w rękach przeciwnika część terenów zajętych po 24.02 i odbić te zajęte wcześniej. W ten sposób w rękach rosyjskich pozostaną rolnicze tereny Ługańska, ale zawali się most na Krym i rozpocznie ukraińska ofensywa. Krym zawsze był naturalna fortecą i jedyne łatwe zajęcie w historii odbyło się w 2014. Ale z drugiej strony walki będą w momencie, kiedy z armii rosyjskiej już nie tak wiele pozostanie, a cały półwysep będzie odcięty od zaopatrzenia. Jednak czas walk jest chyba całkowicie niemożliwy do przewidzenia. Powiedziałbym, że walki o Krym zakończą się pomiędzy połową lipca a połową sierpnia. I to też będzie koniec aktywnej części wojny, chwilę potrwa oczyszczanie obszarów przygranicznych i ogólnie linia frontu z końcem sierpnia będzie się pokrywać z granicą międzynarodową.

Ale to nie będzie oznaczać pokoju. Podpisanie traktatu pokojowego bez kapitulacji Ukrainy oznacza koniec Putina i prawdopodobnie też jego całego reżimu. Dlatego Rosja już pozbawiona możliwości ofensywnych będzie udawać, że ta wojna trwa. Będą ataki rakietowe i może nawet lotnicze na terytorium Ukrainy, będzie minowanie i próba utrzymania blokady morskiej, oczywiście będzie trwał sabotaż i wojna elektroniczna. Więc w tym sensie wojna się nie skończy, aż do upadku reżimu w Rosji.

Ta faza potrwa prawdopodobnie do końca życia Putina. Które może zakończyć się mniej lub bardziej naturalnie wkrótce i to otworzy drogę do negocjacji, albo potrwać jeszcze rok, dwa, albo i więcej i to otworzy drogę do całkowitej implozji rosyjskiej gospodarki.

W tym kontekście musimy pamiętać o takim drobiazgu jak to, że ziarno siewne, sadzeniaki ziemniaków, czyste genetycznie nasienie byków i inne tego typu rzeczy są także do Rosji importowane. Z zachodniej Europy, a jakże. Tak samo jak maszyny rolnicze i części do nich. Rosja jest dziś co prawda dużym eksporterem płodów rolnych, ale ich produkcja opiera się nie tylko na zachodniej technologii, ale jest całkowicie uzależniona od ciągłych zachodnich dostaw. Które albo są już objęte embargiem, albo sparaliżowane przez embargo w logistyce, albo przez odmowy sprzedaży przez dostawców. 

W tym roku już zostało zasiane co miało być. I zapewne będzie jakoś zebrane, może nie w całości, ale prawie. Ale w przyszłym ziarno i inne do sadzenia będzie gorszej jakości, nawozy będą, ale trucizny rolnicze już niekoniecznie, sprzęt się zacznie sypać i zbiory na pewno będą dużo niższe niż normalne. 

Na to nakładamy presję związaną z brakiem dewiz i konieczność eksportu co się da. A da się zabrać żarcie i je wywieźć, w końcu Stalin to zrobił, to i Putler może. 

Oraz w szybkim tempie staje cała reszta gospodarki. Rwą się łańcuchy dostaw, logistyka nie działa i sytuacja pogarsza się z każdym dniem. Dziś poza kolejowym handlem z Chinami, realnie pozostał jeden jakby działający kanał transportu- ciężarówkami przez Gruzję do Turcji. Jakby, bo z obu stron Gruzji czas czekania na granicach zaczyna się liczyć w tygodniach, a nawet gdyby wszystko szło idealnie, to przepustowość wąskich, górskich dróg nie pozwoli na rozwiązanie 10% problemów logistyki Rosji.  

Sądzę, że do pełnego zatrzymania pozostają krótkie tygodnie. I dopiero wtedy się rozpocznie prawdziwa fala bankructw i zwolnień, jakieś okresy wypowiedzenia. Czyli do kieszeni przeciętnych pracowników nowa sytuacja gospodarcza uderzy w pełni tak gdzieś dopiero w sierpniu- wrześniu. 

Te dwie rzeczy się prawdopodobnie zbiegną. Katastrofa militarna razem z gospodarczą. I dopiero wtedy, z pustą michą, przeciętny mieszkaniec Kacapii rozpocznie szukanie winnych. I prędzej czy później ktoś zada pytanie czy może rządy w Rosji nie są tak doskonałe jak się wszystkim wydawało. Ktoś inny go posłucha, ktoś wyjdzie na ulicę. I oczywiście zostanie spałowany. Ale od pałowania michy nie przybywa i w końcu się uzbierają tacy, którym to będzie wszystko jedno i też wyjdą. Paru się zastrzeli, będzie jeszcze chwila spokoju. Tylko że potem się pojawiają tacy, którym już jest kompletnie wszystko jedno, bo nie mają żadnej alternatywy i to jest koniec. Oczywiście niekoniecznie koniec rządów Putina, on już udowodnił, że dla niego jest całkowicie OK rządzić kupką gruzów i stosem czaszek, co za różnica czy tak będzie wyglądać Grozny, Mariupol, Kursk czy Moskwa. Jak długo potrwa ta faza?

Może całkiem długo, nawet wiele lat. Im dłużej tym bardziej nie będzie co zbierać, ale też na dłużej oddali jakiekolwiek zagrożenie ze strony Moskwy. Na wszystkich polach. 

Powiedziałem. Zajrzymy tu za kilka tygodni, potem miesięcy i wszyscy się pośmieją. Albo to ja będę się śmiał ostatni....

O następnym prezydencie USA

Rozpoczynam ten tekst po raz kolejny, chyba czwarty. Poprzednie wersje, zanim skończyłem już się dezaktualizowały. Tym razem go skończę i opublikuje, nawet jeśli już będzie nieco niekatulany, co najwyżej przeczytacie o tym w końcowej części. 

ten tekst miał dotyczyć prawyborów w Partii Demokratycznej, czyli bardzo, bardzo ważnym procesie który zmierza do wyłonienia prawdopodobnego nastepnego prezydenta USA. 
Napisałem "następnego". Chyba, że jednak osoba wybrana w następnych wyborach wcale nie będzie następnym od dziś prezydentem.

Kiedy to piszę prezydentem USA jest Donald Trump. Możliwe, że kiedy będę ten tekst kończyć, to już nim nie będzie. 

Trump, od początku swych rządów prowadzi ekstremalna wersję tradycyjnego republikańskiego zamachu na republikę. Znaczy demontażu instytucji. Sąd Najwyższy już od dawna jest obszarem sporu partyjnego, a nie rozstrzygania o prawie i to oczywiście demoluje kraj. Ale zwykle trzymano się pozorów i prezydenci nominowali tam osoby, które miały spore doświadczenie i jakąś wiedzę. Wstawienie tam człowieka zasadniczo bez żadnego potrzebnego w tej robocie CV, notorynego pijaka i prawie na pewno gwałciciela jest numerem w stylu mianowania konia senatorem przez Kaligulę. Ta klasa. I to mu uszło doskonale na sucho. 
Podobnie jak mianowanie członków rodziny do wykonywania krytycznie ważnych funkcji państwowych, gdzie byli komicznie niekompetentni, wyłudzanie łapówek od wszystkich dookoła za pośrednictwem hoteli i inne podobne rzeczy, które dotychczas znaliśmy z satrapi afrykańskich i historii upadku Rzymu. 
Oczywiście nic takiego by się nie działo, gdyby nie kompletna nieudolność i paraliż decyzyjny opozycji, dezorganizacja opinii publicznej przez brak rzetelnych mediów i do tego ekstremalnie skorumpowani Republikanie na czele z przywódcą większości w Senacie. Aktualnie nazywanym Moscow Mitch, dzięki blokowaniu każdej inicjatywy mogącej zagrozić cudom nad urną oraz wzięciu solidnej łapówki od Diepraski, czyli właściwie osobiście od Putina.  

Tenże sam Moscow Mitch za drugiej kadencji Obamy, blokował wszystkie nominacje sędziowskie. Co też demontowało republike, a dziś je seryjnie przepycha, blokując debatę i przesłuchania, aby tylko robić to jak najszybciej. Co oznacza, że po prostu dwóch przestępców wspólnie obsadza hurtowo stanowiska sędziów federalnych. To jest dalszy rozkład państwa, który będzie przynosił skutki przez kilkadziesiąt lat. Możliwe, że to w końcu zabije demokracje w Ameryce. 

To jest stan polityki w USA. 

Który mógłby nas mniej obchodzić, gdyby nie jeden drobiazg. Polityka Rosji, zupełnie oczywiście, polega na tym, aby jak najdłużej podtrzymać światowe uzależnienie od ropy i ewentualnie gazu jako źródeł energii. Dlatego jest koniecznie, i robią wszystko co mogą aby spowolnić wypieranie samochodów z miast, elektryfikację transportu i dekarbonizację energetyki (znaczy rozwój OZE, bo atomem też lubią). Dla nikogo nie będzie zaskoczeniem, że Trump realizuje dokładnie tę politykę. 

I to jest problem dla świata. Całego, każdego z nas bez wyjątku. 

Sytuacja klimatyczna jest znacznie gorsza niż przewidywały to najbardziej pesymistyczne prognozy i pogarsza się szybciej niż miała. Teraz już nikt mający kontakt z rzeczywistością nie moze oczekiwac powstrzymania ocieplenia na poziomie 1,5 C. 2 st też jest mało realne. Na dziś, jeśli nie spowolnimy transformacji energetycznej, to może wyrobimy się poniżej 4 st. C, co będzie i tak kompletną katastrofą, ale w okolicy tej wielkości możemy spodziewać się sprzężeń zwrotnych, które dołożą drugie 4 st. C. I to jest całkowicie gwarantowany koniec cywilizacji oraz sporej części życia na Ziemi. 

Tyle wynosi stawka drugiej kadencji Donalda Trumpa. Albo innego putinowskiego minionka w Białym Domu. 
Jeśli po 2020 roku natychmiast rozpocznie się poważne zmniejszanie emisji, ochrona przyrody i klimatu, to może wyrobimy w okolicach nieco ponad 2 stopni. Ale to musiałaby być natychmiastowa rewolucja. Z takimi drobiazgami jak natychmiastowe rozpoczęcie redukcji spalania węgla i całkowita jego eliminacja do 2030 w bogatszych regionach świata. UE to jest bogatszy region świata, tak ku przypomnieniu i Polski to też dotyczy. I Niemiec, i Bułgarii i Rumunii też. I zwłaszcza Japonii, gdzie nikt w ogóle nie rozumie o czym jest mowa.

Sytuacja w UE to jest w sporej części kwestia wyborów w Niemczech i nadziei na to, ze uda się w końcu odspawać Merkel od stołka i rozpoczną tam rządy jacyś odpowiedzialni politycy. Ale najważniejszym światowym przywódcą jest i będzie prezydent USA. Bo ten kraj ma największy wpływ dzięki sile ekonomicznej i militarnej, o samej politycznej przez wpływy w instytucjach międzynarodowych nie wspominając. 

Własnie tą siłę próbował wykorzystać Trump. W normalny sposób, czyli najpierw wydając polecenie złamania ustawy budżetowej, przez całkowicie nielegalne wstrzymanie przelewu pomocy dla Ukrainy, a następnie dzwoniąc do prezydenta Ukrainy i w mafijnym stylu żądając dostarczenia kwitów na Joe Bidena, czyli potencjalnego przeciwnika w wyborach. I oczywiście tego typu traktowanie Ukrainy jest jak każde jego działanie zupełnie przypadkiem zbieżne z interesem Moskwy. Każdy z elementów tego działania jest wystarczający do zapewnienia mu wieloletniej odsiadki. O tym nie ma dyskusji. 

Problem polega na tym, że tej odsiadki nie będzie. Instytucje republiki nie mają jak się bronić. Dopiero w sytuacji ataku na Bidena, Demokraci rozpoczęli formalną procedurę impeachmentu. Praktycznie od razu spieprzając sprawę, bo Nancy Pelosi już zaproponowała ograniczenie dochodzenia wyłącznie do kwestii ukraińskiej. To wygląda jak gwarancja spieprzenia sprawy, ale zdaje się, że towarzystwo od czasu popierania Hilary Clinton weszło na wyższy poziom nieudolności- spieprzyli zawalenie sprawy, czyli zawalili sprawę tak nieudolnie, ze zrobili to co podobno zamierzali. Otóż z sondaży wynika, że po zapowiedzi rozpoczęcia impeachmentu poparcie dla usunięcia Trumpa gwałtownie wzrosło i w badaniach jest 43:43. Ale to jest drobiazg. Z wiarygodnych, nawet nie przecieków, tylko po prostu oświadczeń w mediach ze strony prominentnych Republikanów wynika, że dziś, gdyby głosowano nad zdjęciem Trumpa z urzędu to 30-35 republikański senatorów byłoby za. Pod warunkiem tajności głosowania. Oczywiście to głosowanie będzie jawne, ale to pokazuje bardzo ciekawy obraz. Każdy z nich oddzielnie boi się Trumpa, bo to Trump jest kochany przez fanatycznie rasistowski elektorat, który wybiera Republikanów. I to Trump może jednym tweetem zakończyć każdą karierę. Ale jednocześnie praktycznie wszyscy go nienawidzą. I jeśli znajdą pretekst, który ich połączy, albo po prostu zobaczą, że i tak idą na dno, to najpierw jemu urządzą Idy Marcowe. 

Trump nigdy nie był lojalny ani nawet uczciwy wobec osób które mógł oszukać, wykorzystać lub po prostu stojących niżej w hierarchii. Tak działa całe życie i tak zostało. Dziś też tak jest i w tej sytuacji zupełnie bym się nie zdziwił, gdyby oprócz Giulianiego wrzuci pod autobus także Penca. Co byłoby zabawne, bo mógłby mianować nowego wiceprezydenta. I mogę się założyć, że szukałby osoby, która byłaby już całkowitą chodzącą kompromitacją. Nawet na tle jego i Penca. Trudno to sobie wyobrazić, ale to byłoby jakimś hamulcem przed wyrzuceniem go z urzędu i znakomitym uzupełnieniem stałej linii politycznej.  

Choć lista ludzi chcących być lojalnym wobec niego drastycznie się kurczy z każdym dniem. 

Tak czy inaczej, jeśli ktoś chce jeszcze chwilę pożyć w minimalnie stabilnym świecie, niech się modli o pozbycie się tych szaleńców i odspawanie od stołków. 

Hiszpania i po Hiszpanii

Dawno temu napisałem post, w którym twierdziłem, że Hiszpania jest zbyt niespójnym wewnętrznie krajem, a relacje ekonomiczne pomiędzy regionami są zbyt patologiczne, aby ten kraj mógł na dłuższą metę zachować spójność.

W niedzielę 1.10.2017 zobaczyliśmy ważny, a jak sądzę, kluczowy akt tego procesu.

Jak wiadomo, władze Katalonii rozpisały referendum w sprawie niepodległości.

Pytanie jest jedno: czy chcesz aby Katalonia stała się niepodległym państwem o ustroju republiki?

Dla uporządkowania podstawowych faktów- tak, władze Katalonii nie mają umocowania aby rozpisać w takiej spawie referendum. Dotyczy ono ogólnohiszpańskiej kwestii konstytucyjnej i jako takie powinno być rozpisane za zgodą rządu centralnego.
Sprawa trafiła do hiszpańskiego sądu najwyższego i jak najbardziej podzielił on to stanowisko. 

To jednak zupełnie zraziło organizatorów, postanowili przeprowadzić referendum pomimo tego. rząd hiszpański zareagował bardzo agresywnie. Madryt przejął kontrole na katalońska policją, wysłał państwową policję i Guardia Civil. 
W Katalonii niekoniecznie dominowały nastroje za niepodległością, ale na pewno były i są bardzo powszechne nastroje republikańskie, czyli przekonanie o wadze głosu ludu. Opór Madrytu przeciw referendum po prostu dolewał oliwy do ognia. 
Zatrzymania lokalnych polityków (ponad 700!), przejęcie kontroli na lokalną policją i inne takie działania zjednoczyły sporą część społeczeństwa w idei przeprowadzenia referendum

W samym dniu głosowania siły porządkowe kontrolowane przez Madryt po prostu próbowały zatrzymać głosowanie, zamykając lokale, konfiskując karty i urny. 
I tu zdarzyła się rzecz najważniejsza- przysłane siły porządkowe były w stanie zamknąć mniej niż 100 lokali wyborczych. Katalońska policja wykonująca rozkazy Madrytu to dokonała jeszcze w nieco ponad dwustu lokalach. Co oznacza, że łącznie uniemożliwiono głosowanie w około 10% lokali. Zresztą nadal dwie strony podają różne liczby.

Ale nie to jest istotne. tak naprawdę istotne jest to, że Madryt próbował powstrzymać referendum siłą i żałośnie przegrał. 
Z punktu widzenia zwyczajnych negocjacji- nie chcieli rozmawiać, postawili sprawę na poziomie konfrontacji siłowej i przegrali. Obraz brutalności hiszpańskiej policji pozostanie tam na pokolenia. Ponad 700 rannych to nie są przelewki, zwłaszcza w starciu z pacyfistycznie nastawionymi zgromadzeniami. Punkty wyborcze były chronione przez ciągniki okolicznych rolników i straż pożarną. To była po prostu całkowita klęska Madrytu. Następnym krokiem może być tylko ostra amunicja. To się wydaje dziś nierealne, ale tak naprawdę rząd Rajoya nie ma zbyt wielu opcji. Raczej bym się założył, ze do tego nie dojdzie, ale nie jestem w stanie wykluczyć czegoś na kształt stanu wojennego w Kataloni.
Pole manewru rządu w Madrycie jest drastycznie zawężone. Sprowadza się ono tak naprawdę do rozmów z Katalonią i udzielenia jakiś koncesji za pozostanie w ramach jednego państwa, rozwiązania siłowego lub gry na przeczekanie, która się po prostu skończy niepodległością w taki lub inny sposób.
To jest koniec Hiszpanii. Po prostu. Zupełnie nie widzę możliwości utrzymania tego kraju w obecnym kształcie.
Rozwinięcia wymaga kwestia "jakiś koncesji w negocjacjach". Minimum akceptowalnym w Katalonii jeszcze przed referendum był status zbliżony do tego jaki ma Kraj Basków. Co oznaczałoby przyznanie językowi katalońskiemu statusu języka urzędowego. To jest drobiazg, który jednak pogrobowcom Franco z Partido Popular nie mógłby przejść przez gardło.

Franco był kastylijskim szowinistą i w ramach swojej wizji kraju starał się wykorzenić wszystkie inne języki i kultury w Hiszpanii. Dopóki rządził on i jego pogrobowcy, trwał właściwie stan wojny z Baskami. Ta wojna została zakończona. Ale mało kto sobie zdaje sprawę, że zakończyła się właściwie całkowitym zwycięstwem ETA. Tak, Hiszpania ją przegrała. 
Autonomia Kraju Basków jest taka, że lokalnym elitom władza Madrytu nie przeszkadza, bo zasadniczo jej nie ma. Przede wszystkim całość podatków jest zbierana przez rząd lokalny, a do wspólnego skarbu jest opłacana składka zależna od potrzeb w zakresie bardzo wąsko pojętych spraw wspólnych- dyplomacji, kosztów utrzymania władz centralnych i obronności. Co więcej, zakres i sposób opodatkowania uchwalają w całości władze lokalne, choć w przypadku VAT jest on oczywiście mocno zsynchronizowany. Cła stanowią przecież dochód UE, więc suwerenność Hiszpanii nad Krajem Basków jest w dużej części symboliczna. 
Taki status byłby całkowicie do przyjęcia dla katalońskich elit. Problem polega na tym, że bez pieniędzy z Katalonii centralny rząd Hiszpanii jest natychmiastowym bankrutem. 
Piszę ten tekst w niedzielę wieczorem, jeszcze nie wiem co się wydarzy po otwarciu giełd z hiszpańskimi obligacjami. Choć nie spodziewam się niczego przyjemnego dla rządu w Madrycie.

Tak czy inaczej- walka o rząd dusz jest przegrana. Niepodległość będzie, raczej wcześniej niż później. Może być, tak jak w przypadku Basków prawie kompletna, ale nie formalna. A może zostać po prostu jednostronnie ogłoszona w tym tygodniu. 
Jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości- Katalonia jest jednym z najbogatszych regionów Europy. Hiszpania jest krajem, który po kryzysie stopniowo pogrąża się w coraz głębszej korupcji, gospodarkę zaczynają niszczyć zmiany klimatyczne, a rząd pozbawiony demokratycznej legitymacji nie ma żadnej koncepcji sprawnego rządzenia krajem.
Na to nakładamy pozostałe regiony Hiszpanii, które, jeśli odejmiemy Madryt, to mogą konkurować zamożnością z południowymi Włochami lub postkomunistyczną częścią UE. A Madryt żyje z podatków całego kraju. 
Efektywnie- z Katalonii. 
Stąd rząd Rajoya ma za plecami przepaść. To jest piękny obraz greckiej tragedii. Ale nikt nie jest tu winien bardziej niż tradycyjne madryckie elity. Partido Popular i PSOE, dwie tradycyjne partie bardzo starały się obrzydzić do siebie wszystkich Hiszpanów i jednocześnie nie dopuścić do żadnej roli politycznej nowych socjalistów z Podemos. Teraz przyszedł rachunek za to, którey Rajoy bedzie staranie ignorował. Az do końca. Jeszcze nie wiemy jakiego.
Ale każde z trzech możliwych teraz rozwiązań: porozumienie w stylu baskijskim, niepodległość lub interwencja wojskowa na pewno spowoduje jedną rzecz- gwałtowny spadek dochodów podatkowych Madrytu. 
Co dalej nakręci spiralę żądań innych separatystów: Galicji, może jeszcze jakiś? 
Tak czy inaczej- to jest początek końca. Może Hiszpania przetrwa jako kraj w obecnych granicach z faktycznie niepodległą Katalonią, a może nie. Ale od dziś nie jest spójnym krajem, tylko takim, w którym prawie 1/4 populacji kontrolująca połowę ekonomii uznaje władze centralne za brutalnych uzurpatorów. To się nie może skończyć happy endem

Szary dym w białym domu

Jak wiadomo, Biały Dom pod nową administracją jest dziurawy jak sito i właściwie wszystko co się tam dzieje na najwyższych szczeblach natychmiast wycieka do mediów. Co daje bardzo, bardzo ciekawy obraz sytuacji. Najbliższym skojarzeniem byłby zapewne bunkier Hitlera wiosną 1945.

Skojarzenie się wzięło stąd, że Prezydent także ma zupełnie alternatywne źródła alternatywnych faktów, zupełnie podobne do tych, które mówiły o wielkich armiach i cudownych broniach, którym Hitler rozkazywał w kwietniu.
A tymczasem Fu Prezydent wpadł w szał na wieść o tym, że niejaki Jeff Sessions odsunął się od śledztw w sprawie udziału Rosji w kampanii wyborczej. I to jest naprawdę poważny, potężny news.
Nie to, że się odsunął, a reakcja Trumpa.

W takim razie zacznijmy historię od początku:

Jeff Sessions to obecny Attorney General, czyli minister sprawiedliwości. W USA w dużej części też wypełnia obowiązki prokuratora generalnego (federalnego).
Został zatwierdzony przez Senat już w styczniu. Co było początkiem całej sprawy, w trakcie przesłuchania przed głosowaniem został zapytany przez jednego z senatorów, czy w trakcie kampanii miał kontakty z rosyjską administracją. Sessions jednoznacznie temu zaprzeczył. Niedawno media pokazały, że w trakcie konwencji Partii Republikańskiej odbył prywatną rozmowę z ambasadorem Rosji. Trzy dni po tej rozmowie rozpoczęła się publikacja maili z serwerów Partii Demokratycznej.
To się od razu kwalifikuje na wymuszoną rezygnację lub impeachment.

Ale nie zrezygnował. Jeszcze. Na razie wyłączył się z wszystkich spraw dotyczących wpływu Rosji na wynik wyborów.
I Trump się wściekł. Pojawia się bardzo, bardzo poważne pytanie- dlaczego? Jak dotychczas takie sprawy go raczej nie interesowały. Tak w ogóle to go słabo interesuje cokolwiek nie związanego z osobistymi korzyściami.
Oczywiście można to tłumaczyć urażoną dumą, że jego podwładny sam ogranicza sobie zakres władzy. Ale w przypadkach urażenia dumy Trump pisze tweety. Tu sprawa musi być poważniejsza. I jedynym rozsądnym wyjaśnieniem jest to, że Sessions był i jest w coś umoczony i dzięki temu miał skutecznie bronić jeszcze bardziej umoczonych.
Pozostaje pytanie dlaczego Sessions kłamał w tak łatwej do sprawdzenia sprawie? Na konwencji partyjnej był komplet mediów, które starannie śledziły kto z kim rozmawia, czy na osobności i jak długo. Przecież w ramach swoich obowiązków mógł się spotkać z ambasadorem.
Jest prawnikiem i politykiem od dziesięcioleci. Mógł bez trudu wykręcać się od odpowiedzi, ale chciał to ukrywać, ryzykując aferą w razie wykrycia. Jedyna logiczna hipoteza brzmi- sprawa była tak gruba, że alternatywa brzmiała- ukryć wszystko, bo jest zbyt wiele do stracenia.

Ale jednocześnie, już na stołku Prokuratora Generalnego odpuszcza. Przynajmniej częściowo.
Mówimy tu o cynicznie kalkulujących ludziach, więc mamy dość dobry obraz sytuacji:
Sessions miał i nadal ma dużo do ukrycia na temat swoich rozmów z władzami Rosji. To co ma za uszami zapewne wystarczy dla definitywnego zakończenia jego kariery politycznej, ale nie kryminalnego skazania, więc nie jest kompletnie zdesperowany aby manipulować śledztwami. Bo za manipulowanie śledztwami ma gwarantowane kilka lat urlopu na koszt podatników.

W tym kontekście sporo można wywnioskować z reakcji Trumpa. Jeszce raz przypomnę z kim mamy do czynienia. Od początku, od książki "the art of the deal", przez kasyna, linie lotnicze, "uniwersytet", mamy do czynienia z drobnym kanciarzem. Choć na spore kwoty. Człowiekiem, którego główną ideą jest wytwarzanie popularności i spieniężanie jej przez zwyczajne wyłudzenia. Bez większej filozofii, umiejętności zarządczych, wiedzy biznesowej, czy czegokolwiek. Facet ma 70 lat, od co najmniej 40 działa według tego samego schematu, można śmiało zakładać, że dziś jest identycznie.
To jego reakcje stawia w zupełnie konkretnym świetle. Można założyć, że jakaś umowa pomiędzy Trumpem a Rosją jest. Władze Rosji pomogły mu wygrać wybory. Ale zupełnie nie wiedzę, że to był koniec, że Trumpowi chodziło tylko o zostanie prezydentem. Już nim jest, teraz nic by go nie obchodziło. A obchodzi. Więc deal nie został zakończony.
Czego oczekuje Putin w miarę wiadomo. Po pierwsze- obrony światowego systemu promowania i dotowania paliw kopalnych, po drugie i znacznie mniej ważne- uznania aneksji Krymu i zniesienia sankcji.
To pierwsze administracja Trumpa realizuje gorliwie i z zapałem, bez żadnego liczenia się z kosztami dla gospodarki i interesów USA, dookoła drugiego trwają podchody.

Z drugiej strony to musi być największy deal w życiu Trumpa. Który wygląda jakby się sypał, przez jakieś głupie FBI i dziennikarzy.
Co nim jest- oczywiście nie wiemy. Ale patrząc na styl działania i poziom rozumienia świata przez Trumpa, podejrzewam, że chodzi o prostą, ordynarną gotówkę. Być może w trochę bardziej skomplikowany sposób, czyli np. ułatwionego prowadzenia interesów w Rosji, albo czegoś podobnego.
Stawiałbym jednak na to, że sam Trump jest zbyt głupi aby to wszystko przeprowadzić w wystarczająco dyskretny sposób. Jeśli mam rację, to zobaczymy dowody. Kiedyś. Być może.
Najprawdopodobniej w procesie impeachmentu.

To spróbujmy poszukać poszlak na taki przebieg wydarzeń. Trochę już wymieniłem. Następne pytanie będzie o wyrzucenie z urzędu. Brytyjskie firmy bukmacherskie są znane z oferowania zakładów dotyczących polityki. I mają w tym spore doświadczenie, musza dobrze szacować prawdopodobieństwo rożnych wydarzeń, aby jakoś zarabiać.
W takim razie zobaczymy ile płacą za wyrzucenie z urzędu Trumpa przed upływem kadencji. 1,5:1 Ups! Licząc jeszcze prawie 4 lata, to jest mniej niż można zarobić na nieco ryzykowniejszych obligacjach...  Nie sądzę, aby kiedykolwiek w historii którykolwiek z prezydentów USA był aż takim pewniakiem do wyrzucenia z urzędu na tym etapie. To można co najwyżej porównać do Nixona po ujawnieniu Watergate. Ale jeszcze nic nie zostało ujawnione. Dopiero czekamy, a już wyrzucenie go jest przez hazardzistów oceniane jako prawie pewne....

Skoro o hazardzie mowa, to i ja zaspekuluję: któraś z policji, czy to FBI czy jakaś inna ujawni dowody na ordynarne przekupstwo Trumpa. Na olbrzymią skalę.
Co oczywiście doprowadzi do skandalu i impeachmentu. Bardzo możliwe, że Trump nie zrozumie miejsca i powagi sytuacji i zamiast zrezygnować będzie się trzymał stołka do końca. Wcale nie jest wykluczone, że mu się to opłaci i zostanie uniewinniony. Przypomnę, że w sprawie Prezydenta oskarża Izba Reprezentantów, a sądzi Senat. Może być tak, że republikańska większość zwyczajnie przegłosuje uniewinnienie, niezależnie od dowodów.

Tak czy inaczej, szkody zostały już dokonane. To czy Ukraina zapłaci za rządu Trumpa i jak dużo to sprawa drugorzędna. To, że wszyscy zapłacimy, razem z całą biosferą naszej planety za promowanie niszczenia klimatu to jest poważniejszy problem. I żeby nie było. Własnie zlikwidowano obowiązek raportowania i przeciwdziałania wyciekom metanu z instalacji naftowych i gazowych. Nie żadnemu zużyciu, filtrom, czy czymkolwiek. Po prostu firmy mogą się przestać przejmować wyciekami. Metanu. Potężnego gazu cieplarnianego. A i tak, nawet pod najostrzejszymi regulacjami w USA dozwolone były i są tam rzeczy, o których w Europie nikt by nie rozmawiał inaczej jak o długości wyroków więzienia.

Mów mi Narcyz

Ukazał się wywiad na łamach Washington Post. Z prezydentem USA Donaldem Trumpem. 
Dla chętnych tutaj. 
Dla jasności- to co znajduje się poniżej, to moja własna opinia i własny ogląd sytuacji. Jak zwykle staram się oddzielać opinię od faktów i o to także proszę czytelników. 

Wywiad zostal przeprowadzony po objęciu urzędu. Zarzuty typu "takim językiem się mówi w kampanii" są nieaktualne. To jest prezydent USA i mówi z poziomu powagi urzędu.

Fakty mamy takie, że posługuje się językiem i składnią na poziomie 7-9 latka, w oficjalnym wywiadzie prezentuje oczywiste urojenia jako fakty oraz prezentuje rzadko spotykany poziom zadufania w sobie. 
To ostatnie prawdopodobnie wypełnia kliniczne znamiona narcyzmu.
W istocie najpierw John D. Gartner, dość znany psycholog z Uniwersytetu Hopkinsa, a potem wyraźna i rosnąca liczba psychologów i psychiatrów informuje o tym, że Donald Trump jest po prostu chory psychicznie. Jest to coś określane jako Malignant narcissism. Nie znam polskiego terminu, o ile rozumiem chodzi o narcyzm zaawansowany w takim stopniu, że chory nie tylko ignoruje uczucia innych ludzi, ale czuje się lepiej i podnosi się jego samoocena, jeśli może kogoś poniżyć lub się znęcać. Dla jasności powtórzę jeszcze raz. Mówimy o technicznej ocenie dokonanej przez specjalistów klinicznych. To nie jest moja ocena, ale ich diagnoza opiera się na publicznie dostępnych wypowiedziach i informacjach i oceniając zdrowym rozsądkiem, ja uznaję to za udowodniony fakt.

A teraz zmieńmy nieco czas i miejsce. Po pokonaniu Talibów w Afganistanie rozpoczęła się "odbudowa" tego kraju. Robiona w bardzo specyficzny sposób, bo praktycznie nic nie zbudowano, za to wydano co najmniej 110 miliardów dolarów. Klasycznym przykładem była stacja benzynowa za 43 mln dolarów.  Cały urok tego biznesu polegał na tym, że właściwie wszystkie kontrakty trafiały do wąskiej grupy firm i ludzi, które same zwykle nie miały żadnego sprzętu ani kompetencji i jedynie zatrudniały podwykonawców, którzy zatrudniali następnych, aż do samego dołu, który wykonywał półniewolniczą pracę za głodowe stawki. Ale za to bez żadnego nadzoru ani wymagań co do jakości. W ten sposób po drodze rozpłynęło się co najmniej 98-99% środków. I ani grama nie przesadzam.
To były naprawdę wielkie łowy. Potem ta sama grupa, w skład których wchodziły tak osławione firmy jak Halliburton, Blackwater i podobne, zapewne doszła do wniosku, że czas zrobić coś większego. Numer zadziałał w Afganistanie, trzeba było wymyślić coś nowego i większego. Wypadło na Irak. "Odbudowa" wyglądała praktycznie tak samo. Tylko, że tam szło w okolicach 100 mld dolarów rocznie. Drobna część z tego trafiała w formie żołdu do niezbyt dobrze opłacanych i źle żywionych żołnierzy, ale większość do tych samych zleceniobiorców. Tym razem jeszcze lepiej, bo w sporej części opłacanych gotówką bez ewidencji. BTW: Trump snuł opowieści jak to administracja Obamy "zapłaciła Iranowi setki milionów w gotówce" i on sam widział palety z pieniądzmi. To zapewne były zdjęcia palet z dolarami wysyłanych do Iraku, które w większości trafiły do jego obecnych najlepszych kolegów.

Ale nadszedł rok 2005. Wały przeciwpowodziowe wokół Nowego Orleanu, zbudowane według standardów umocowanego politycznie projektanta i najtańszego wykonawcy rozpadły się i zalały miasto. 
Rząd G.W.Busha zawiesił procedury przetargowe aby "sprawnie poradzić sobie z katastrofą". Efekt był taki sam i dość powszechnie znany, bo w Nowym Orleanie były media i co nieco pokazywały, w przeciwieństwie do Iraku i Afganistanu. 
Koszt położenia metra kwadratowego brezentu na dachu domu w jednym z prześledzonych przypadków wyniósł 1750 dolarów. Brezent był zakupiony oddzielnie. Rzeczywisty wykonawca otrzymał 20 dolarów. 
Jedna firma otrzymała kontrakt na usuwanie zwłok. I zabroniono to robić wolontariuszom i lokalnym służbom. Efekt- w środku wielkiego, bogatego kraju, zwłoki leżały w subtropikalnym klimacie nawet tygodniami. Obóz dla ratowników za który zapłacono ponad 5 mln dolarów nigdy nie został zbudowany. I tak dalej. W największym  skrócie- lwia część pieniędzy, zapewne proporcja taka sama jak w Afganistanie i Iraku trafiła do politycznie powiązanych firm, ochłapy do tych, którzy naprawdę wykonali pracę, a większość była wykonana najmniejszym kosztem bez kontroli jakości. Czyli znów tak samo jak w strefach wojennych. Ale najlepsze, z punktu widzenia tych, którzy zarobili było to, że nikt nie poniósł odpowiedzialności. Nie tylko karnej, ale nawet nie było żadnych procesów o zwrot tych środków, nikt w administracji nie odpowiedział nie tylko za takie rozstrzyganie przetargów, ale nawet za niemożność rozliczenia gotówki, która zniknęła w Iraku.

Uwaga, moja opinia: to był zwyczajny, bezczelny napad na kasę, udał się, nikt nie poniósł odpowiedzialności, zyski można było zainwestować w powtórzenie numeru. Najlepiej na większą skalę.

I wracamy do przedstawienia faktów:
Ten cały schemat oczywiście był zgodny z prawem i legalny. Każdy miał swój kontrakt, a na poziomie rządu wszystko było starannie zaprojektowane. Z jednej strony zmieniano drobne przepisy, ale z drugiej skądś się musiał wziąć zbiór zasad, według których zmieniano przepisy, zasady przetargów, itp. Czymś musiał się kierować rząd przygotowując przepisy dla kolegów. Bo to nie były drobne wyłomy w dobrym systemie. To był całkowicie zaprojektowany system brania pieniędzy bez odpowiedzialności. Żaden urzędnik w normalnym kraju nie przygotowałby sam z siebie takich przepisów.
Otóż, jak najbardziej, istniały stosowne dokumenty z zapisami takich reguł. Jeden z nich brzmiał na przykład: "Wolnorynkowe odpowiedzi na hiragan Katrina i wysokie ceny ropy". Ładny zbiór 32 reguł, natychmiast wdrożonych przez rząd G.W.Busha, który z grubsza rzecz biorąc stanowił gotowy zestaw dla pompowania publicznych pieniędzy do kieszeni nafciarzy oraz zestaw zwolnień podatkowych dla najbogatszych. To zostało wdrożone, oczywiście tylko zwiększyło chaos, bo na papierze do Louisiany trafiały olbrzymie kwoty, w rzeczywistości żadnej odbudowy nie było. 
Akurat ten dokument jest dość istotny ze względu na nazwisko głównego autora. Mike Pence.

Partia Republikańska jest zasadniczo ta sama i taka sama, jak ci którzy odbudowywali Afganistan, Irak i Nowy Orlean. Nawet bardziej, bo dokładnie to środowisko, dzięki olbrzymim pieniądzom stopniowo zyskiwało coraz większe wpływy.
To były fakty.

A teraz wyraźnie oddzielam opinię.
Jak 15 lat temu była to garstka najbardziej ekstremalnych i podejrzanych typów kręcących się wokół najgłupszego prezydenta w historii USA, tak dziś to środowisko stanowi właściwie całość nowej administracji, a G.W.Bush już nie może być nazywany najgłupszym prezydentem w historii USA. Ani najbardziej niepopularnym w chwili objęcia urzędu.

To krótki przypomnienie faktów możemy skompilować z obietnicami wyborczymi Donalda Trumpa. Co do których ja uważam, że będzie je realizować, albo przynajmniej bardzo się starać. Serio. 

Więc mamy absolutnie dominującą w rządzie bandę zwyczajnych złodziei, mających wprawę w niebudowaniu niczego za astronomiczne kwoty z federalnego budżetu USA. Nawet wypróbowali, że na terenie USA też się da i nikomu włos z głowy nie spada. 
Oraz zapowiedziany przez Trumpa plan wydania wielkich kwot na "odbudowę USA". 
Dodając dwa do dwóch właściwie można mieć pełen obraz jak ten plan będzie wyglądać. Można to streścić w kilku słowach:

Everybody down, this is a robbery!!

Szacuję, że będziemy mówić o ordynarnym rozkradnięciu kilku-kilkunastu procent PKB każdego roku. To stworzy system kliencki na skalę całego kraju i rzeczywiście trochę miejsc pracy, praktycznie bez żadnych wymagań co do kwalifikacji. Jeśli jednak taki plan "odbudowy" zostanie wprowadzony, to pod względem infrastruktury, a i struktury gospodarki, USA zawędrują bardzo daleko w stronę Afganistanu i dzisiejszego Iraku. 
Tak naprawdę nie jest to aż taki straszny problem. Infrastruktura w USA jest bardzo marna jak na tak zamożny kraj, za rządów Obamy zrobiono całkiem sporo dla poprawy i efekty tego będą widoczne, co rzecz jasna administracja Trumpa sobie przypisze jako uzasadnienie dla wydania kolejnych setek milionów. 

To wszystko nie będzie aż takim wielkim problemem. Problem pojawi się w zupełnie innym miejscu. Skoro większość tych pieniędzy zostanie rozkradziona, to trafi ona do systemu korupcji politycznej lub zostanie zwyczajnie odłożona przez ludzi, którzy już nie mają co robić z pieniędzmi. Czyli nie wróci do gospodarki. Jeśli do tego dołożymy obniżki podatków dla dokładnie tych ludzi oraz zmniejszenie wydatków budżetowych, to w skali całej ekonomi będzie to oznaczać gigantyczny transfer ze sfery publicznej (która wydaje) i klasy niższej-średniej (które wydają) do górnego promila, który nie wydaje, tylko wycofuje je z gospodarki (nie wierzcie w brednie o "inwestowaniu" i "spływaniu bogactwa"). Co będzie oznaczać dokładnie i po prostu skurczenie krajowego popytu, czyli recesję.  

Dopiero teraz bierzemy pod uwagę, że najwyżej u steru jest człowiek który obsesyjnie musi być podziwiany, jest pozbawiony empatii, a zainteresowanie innymi ludźmi ma jedynie w formie sadyzmu. I ten człowiek będzie powszechnie (i słusznie) oskarżany o nieudolność, wspieranie złodziei, niszczenie państwa i sianie nienawiści. Właściwie to już jest, i robi to np. senator McCain, czyli republikanin i faktyczny przywódca "starej" części partii. 
Trump jest i długo będzie odporny na krytykę, bo nie będzie jej dopuszczał do świadomości. Pytanie i to bardzo, bardzo poważne brzmi- jak długo i co się stanie potem.

Przyznam, że wersją, którą bym uznał za najbardziej prawdopodobną to taka, w której Trump zawsze będzie wierzyć, że jest kochany i podziwiany przez wszystkich, a jeśli będzie manipulował i napuszczał ludzi na siebie wystarczająco mocno, to utrzyma się przez dwie kadencje. Pozostanie poważne pytanie co zacznie robić, kiedy już jasne fakty temu zaprzeczą. Jak brak nominacji w kolejnych wyborach, czy, IMO bardzo prawdopodobny, impeachment. 
Realnie to oznacza, że jeśli wszystko pójdzie swoim zwykłym trybem, Trump będzie nominowany na następną kadencję, a Demokraci wystawią kogoś, kto nie nazywa się Clinton, to po czterech latach sytuacja prawie wróci do normy, rozpocznie się szacowanie strat i być może próba doprowadzenia państwa do porządku. Ale nadal będzie istnieć cała nowa kasta stworzona z programu "odbudowy infrastruktury". I oni będą mieć poważne znaczenie w państwie i polityce. 

Ale jeśli do głowy Donalda Trumpa dotrze spadający poziom poparcia i groźbę utraty władzy uzna za realną.... To będzie jazda bez trzymanki. Na tle której wydanie w pierwszym dniu zakazu wpuszczania obywateli kilku państw będzie wyglądać jak niewinna rozgrzewka. Swoją drogą zakaz wpuszczania dotyczy posiadaczy zielonych kart, mieszkańców Kurdystanu (jednego z bardziej proamerykańskich społeczeństw na świecie) i irackich pilotów wojskowych udających się na szkolenia do USA.

Dopóki jednak wszystko będzie szło zgodnie z planem, cała administracja tym razem skupi się na sprawach wewnętrznych. "Odbudowie" i maksymalnym możliwym konfliktowaniu społeczeństwa w każdej możliwej sprawie. Religii, strachu przed terroryzmem, aborcji, reform szkolnictwa i tym podobnych.  Dla żyjących w USA to nie będzie najlepszy czas, dla pozostałych istnieje pewne prawdopodobieństwo, że to się zatrzyma na granicach tego kraju. Zatrzyma się tylko w pewnym sensie. Ja też jak najbardziej wierzę w zapowiedź izolacjonizmu. Być może nawet wyraźnej podwyżki ceł. Co w niewielkim stopniu wspomoże amerykański przemysł, a tym bardziej niespecjalnie zmieni zatrudnienie, ale za to zupełnie skutecznie zdusi popyt krajowy oraz import. Co uderzy w gospodarkę reszty świata oraz przyczyni się do recesji w USA. Która jak zawsze, nie zatrzyma się na granicach USA.

To są w miarę pewne rzeczy. Następna pewną rzeczą jest podziw dla ustrojów ideowo bliskich. Zwłaszcza tam, gdzie jego narcyzm zostanie zaspokojony. 

I to by było na tyle. Są to rzeczy tak oczywiste, że naprawdę nie chce mi się prowadzić dyskusji na temat "a co jeśli było inaczej" Nie, nie było. Pieniądze na odbudowę Afganistanu, Iraku i Nowego Orleanu zostały zwyczajnie rozkradzione, praktycznie w całości. Ci sami ludzie dziś dominują w Partii Republikańskiej, mają większość w obu izbach Kongresu, zaraz będą mieli większość w Sądzie Najwyższym, a prominentną postacią w tym układzie jest Mike Pence. Facet, który osobiście uczestniczył w projektowaniu systemu rozkradania pomocy dla Nowego Orleanu. Facet, co do którego bym powiedział, że jest ponad 50% prawdopodobieństwa, że zostanie prezydentem w najbliższych 4 latach. 

Jak ktoś chce dyskutować z faktami, które podałem powyżej, to albo poda wiarygodne źródła, albo komentarz wylatuje. Z opiniami oczywiście wolno.