Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emerytura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emerytura. Pokaż wszystkie posty

Ostatni wpis o deficycie- krótko.(deficyt cz.4)

MinFin podał, że deficyt sektora finansów publicznych wyniesie w tym roku 112,25 mld złotych. Dodawszy do tego trupy w szafach - pewnie 120- 150 mld. Wpływy podatkowe będą mniejsze od planowanych (ale niespodzianka...) i pewnie w okolicach mojego szacunku 200 mld. Co oznacza, że moje szacunki co do twardości lądowania były nadmiernie optymistyczne.
Na tym na razie kończę temat - nawet dałem pewne rady na przyszłość. Zostaliście, moi drodzy czytelnicy ostrzeżeni.Wszystkie pomysły polityków o redukcji deficytu, konsolidacji finansów publicznych, itp. można włożyć między bajki. Jedynym wyjściem jest natychmiastowe wycofanie się państwa z całego socjału - łącznie z molochem "edukacji", drastyczna obniżka emerytur i zachowanie obecnego poziomu opodatkowania. Długu się nie da spłacić.
W sumie to chyba zostanę zwolennikiem PO- nie przeprowadzają żadnych reform, bo to do niczego nie doprowadzi i umacniają zamordyzm - a to się przyda w sytuacji drastycznego wzrostu niezadowolenia.
Pozostaje jedynie zacytować Ronalda Reagana- "Nie przejmuję się deficytem. Jest już wystarczająco duży, żeby sam się zaczął o siebie martwić"

Ile wynosi deficyt budżetowy?- cz.1

Niestety prosta odpowiedź na to pytanie – brzmi „nikt tego nie wie”. Część powodów jest oczywista – obligacje rządowe są emitowane w różnych walutach, których kurs zmienia się co sekundę, bony skarbowe o krótkim terminie wykupu zmieniają obraz sytuacji regularnie, a krótkoterminowe pożyczki podmiotów sektora publicznego często w ogóle nie uwzględniane w jakikolwiek sprawozdaniach. Przyjmijmy zatem, że 100 miliardów złotych w 2010 r., które się wymsknęło ministrowi finansów jest kwotą mniej- więcej prawdziwą. Patrząc co prawda na ZUS, działalność samorządów wielkich miast i wszelkiego rodzaju przystawki okołobudżetowe przypuszczam, że jest to nadal mocno zaniżona kwota, ale niech tam.
W te 100 mld wchodzi oficjalny deficyt samorządów, ale skoro samorządy są prawie w całości finansowane transferami z budżetu – można traktować je jak część budżetu państwa. Dodatkowym argumentem może być to, że wpadanie miast w spiralę długu jest spowodowane w dużej części zmniejszaniem dotacji i dokładaniem ustawowych obowiązków. Oczywiście, gminy oprócz dotacji, udziałów w podatkach państwowych i prywatyzacji, mają też własne dochody podatkowe – ale są one na tyle niewielkie, że nie zmieniają obrazu sytuacji.
A teraz druga strona równania – nie żadne PKB, do którego się zwykle porównuje dług, tylko dochody budżetu. Dlaczego tak? Dług nie będzie spłacany z jakiegoś mitycznego PKB, tylko z tego co państwo jest w stanie zedrzeć z podatników – czyli właśnie istotne są dochody budżetu. I to dochody podatkowe – olejmy dochody z prywatyzacji – one się w pewnym momencie skończą, i to zakładam, że oddawać będzie trzeba jak już nie będzie co sprzedawać.
Otóż dochody podatkowe planowane na 2010 rok wynoszą 223 mld złotych.
Obetnijmy parę zer po obu stronach i mamy gospodarstwo domowe, które zarabia rocznie 22,300 złotych, wydaje wszystko i dodatkowo pożycza 10 tys złotych rocznie, aby pokryć wydatki, wyprzedając przy okazji posiadane gadżety na 2500 zł. Fajnie się tak żyje – aż do bankructwa, bo po paru latach takiego życia naprawdę nie da się tego oddać.
Kot w Gołębniku pisał niedawno cykl artykułów o możliwych oszczędnościach i jak zrównoważyć budżet – tylko opierał się na innych liczbach.
Należy do tego jeszcze dołożyć fakt, że w bredniach lorda Keynesa jest ziarno prawdy – dług stymuluje gospodarkę. Każda złotówka wydana przez budżet wraca w sporej części w postaci podatków. Jeśli przyjmiemy (bardzo ostrożnie), że jest to tylko 40%, oznacza to też to, że kończąc od jutra zadłużanie Rzeczypospolitej, dochody budżetu zmniejszają się o 40 mld.
I teraz drodzy libertarianie policzcie co się da zrobić. Na mój nos realne pole manewru wymusza m.in. jedną rzecz- zrównoważenie budżetu Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Pod takim ładnie eufemistycznym określeniem ukrywa się albo drastyczna podwyżka składek ZUS (która z całą pewnością nie przyniesie wzrostu dochodów- czyli rozwiązanie nierealne), albo drastyczna obniżka emerytur. Oczywiście, jak zacznie się poszukiwanie oszczędności to w pierwszej kolejności przytną jak zwykle wojsko i policję – bo oni nie protestują, ale każdy kto mieszka obok lotniska wojskowego, wie, że odrzutowiec wojskowy na niebie stał się ostatnio bardzo rzadkim zjawiskiem – czyli najprawdopodobniej budżetu na szkolenie wojskowe już dawno nie ma. Nie sądzę, by dało się jeszcze dużo przyciąć. Molocha państwowej edukacji nie odpuszczą i z poważnych wydatków zostają tylko emerytury. Ale dotacja do FUS to oficjalnie tylko 37 mld. W rzeczywistości więcej – dochodzą jeszcze kwoty „refundacji składek OFE”, czy czegoś takiego i pewnie parę innych nieoficjalnych kanałów przelewowych. Podobno na wypłaty emerytur ZUS wyda w tym roku 102 mld złotych. Czyli powiedzmy, że bez dotacji emerytury muszą realnie spaść o połowę. A to nadal jest za mało. Rząd potrzebuje nie tylko zbilansować ZUS, ale zamienić go z powrotem w dojną krowę. Obniżka emerytur o 80, 90%? - możliwe. Ale to nie wszystko. ZUS także przestaje pożyczać – kolejne zmniejszenie wpływów podatkowych...
Ja osobiście nie widzę żadnej możliwości zrównoważenia budżetu państwa – realnego, bez przerzucania zobowiązań na gminy i fundusze celowe. W grę wchodzi już tylko bankructwo przez defaut lub hiperinflację. A mówimy o (naprawdę!!) jednym z bardziej odpowiedzialnych fiskalnie krajów Europy...
Podsumowując – skrajnie cynicznie. Nie jestem przeciwnikiem dalszego zadłużania rządu. Teraz to już jest problem wierzycieli.  

Utnę łeb maczetą!

Artykuł opublikowany pierwotnie na stronie http://www.mariusz.waszak.pl/felietony/209.html , publikacja za zgodą Autora. Rzecz o nietypowym pomyśle na emigrację - Uganda.

Mój zacny kolega – Wojtek Cejrowski w dość teatralny sposób chce się zrzec (a może już to zrobił?) obywatelstwa polskiego, a raczej europejskiego i zamierza osiąść w jednym z państw południowoamerykańskich. Zaczynam dochodzić do wniosku, że Wojtek uczynił słusznie i zastanawiam czy nie pójść w jego ślady. Polska podobnie jak cała Europa stała się miejscem, w którym człowiek ceniący wolność i swobodę nie ma już, czego szukać. I, co gorsza, nie tylko, że nie widać nadziei na poprawę tego stanu rzeczy, a na pewno będzie znacznie gorzej. Ostatnio wzruszył mnie pomysł na całkowity zakaz sprzedaży tytoniu, który ma zacząć obowiązywać w Związku Socjalistycznych Republik Europejskich od roku 2025. Potem (a może wcześniej) podobny los spotka alkohol, a może i sól, cukier itp. Wszystko wskazuje na to, że przyjdzie nam żyć w rzeczywistości, z jaką zetknął się, przeniesiony w czasie, bohater filmu „Człowiek demolka”, czyli w państwie, w którym wszystko, co szkodliwe jest zakazane, a o tym, co jest „szkodliwe” decydują „autorytety” rodem z Komisji Ewrosowieckiej. Niedawno pojawił się (w Szkocji) pomysł na zredukowanie nieprzytomnej prędkości 50 km/h, z którą wolno poruszać się pojazdom na terenie zabudowanym do znacznie bardziej „postępowych” 30 km/h. Rewelacja! A jaki wpływ z mandatów do urzędniczych kieszeni!

Kolega Cejrowski może jednak spać spokojnie – nie zamierzam mu się naprzykrzać w Ameryce Południowej. Myślę o czymś innym. Swojego czasu odwiedziłem Athena Club w Kampali – stolicy Ugandy. Spotkałem tam przeuroczą, blisko stuletnią, Szkotkę. Początkowo byłem przekonany, że to turystka podróżująca sobie po Afryce. Okazało się, że wcale nie! Ona tam mieszkała stale. Jej nieżyjący już mąż był brytyjskim dyplomatą, dzięki czemu większość życia przemieszkała w najbardziej nawet osobliwych miejscach na świecie. Na starość postanowiła osiąść właśnie w Ugandzie – twierdziła, że ten kraj Dobry Pan Bóg stworzył dla siebie, żeby i on miał miejsce, w którym osiądzie na starość. Dziś, kiedy patrzę na zdjęcia wówczas zrobione dochodzę do wniosku, że ta miła pani miała rację. Uganda leży na samym równiku, a więc krótkie zimowe dnie, których tak nie lubię tam nie mają miejsca – słońce wstaje o godzinie szóstej rano, a zachodzi o osiemnastej. Codziennie – przez 365 w roku. Równikowe upały? Nieprawda! Uganda leży 1 300 metrów nad poziomem morza i średnie temperatury oscylują w granicach 22 – 28 stopni Celsjusza, a więc najbardziej komfortowych. Dodatkowo klimat stabilizuje obecność Wielkiego Jeziora Wiktorii – jednego z największych akwenów słodkowodnych na świecie. Nie ma zimy, ale jest pora deszczowa – wyjątkowo łagodna – deszcze padają głównie w nocy. Choroby tropikalne? Mój śp. Ojciec przemieszkał tam z matką i siostrą kilka ładnych lat i to w latach czterdziestych ubiegłego stulecia i jakoś na nic nie zachorowali. Ludność tubylcza? Mieszanina plemion Bantu, głównie Baganda – bardzo łagodni, spokojni, tęsknie wspominają czasy koloni, a nielicznych białych traktują z wielką estymą. Byli wtedy Brytyjską Afryką Wschodnią. Język urzędowy – angielski i Luganda. Są rzeczy, których Ugandzie nie ma np. fotoradarów, ZUS,u, VAT'u, przymusu jazdy w pasach, wszechobecnych kamer, gazety wyborczej, TVN'u, zakazów palenia, blokad na koła, alkomatów, koncesji, dowodów osobistych, stref parkowania, a jazda na podwójnym gazie nie robi na nikim wrażenia. Ma ktoś ochotę na „trawkę'? Proszę uprzejmie! Nie ma żywności modyfikowanej genetycznie, konserwantów, spulchniaczy, „polepszaczy” smaku, a dojrzałe w równikowym słońcu owoce smakują w sposób niedający się nawet porównać z marketowym świństwem zaś herbaty zaparzonej dosłownie na progu plantacji nigdzie w Europie się nie skosztuje i to za żadne pieniądze. Koszty utrzymania? Śmieszne. A na weekendy można sobie skoczyć np. do któregoś z kurortów w okolicach Mombasy – śródziemnomorskie wczasowiska to przy tym grajdoły na bagnistym stawem.

Czy w Ugandzie nie zabraknie wielkomiejskich, cywilizacyjnych rozrywek? Ależ skąd! Kampala to nowoczesna metropolia nieustępująca miastom polskim. A jak będzie mało to można sobie skoczyć do Nairobi (40 min. samolotem) a to już prawdziwy Paryż Afryki. Zresztą wolałbym raczej mieszkać w Entebbe lub Jinia, a jak będzie mnie stać to kupię sobie półwysep na Wielkim Jeziorze Victorii – mam już nawet stosowny upatrzony. Niewielki około 300 hektarów.

A wieczorami będę robił sobie seanse rozkoszy: podgryzając koźlę pieczone w ananasach i popijając zmrożoną Warangi (miejscową gorzałkę) włączę telewizor albo Internet i będę rozkoszował się paskudną pogodą w Polsce i kolejnymi głupkowatymi posunięciami polskich i ewrokołchoźnianych rządów grabieżców. Posunięciami łupiącymi kieszenie, ograniczającymi wolność i rozszerzającymi totalną inwigilację. A jak któryś z tych łupieżców przyjedzie do Ugandy to osobiście mu łeb utnę – tępą maczetą! A ścierwo zakopię, bo obawiam się, że hieny i krokodyle pochorowałby się po takim poczęstunku. A co one winne, bidule?

Mariusz Waszak

Za to ja sprawdziłem - przynajmniej pobieżnie regulacje i praktykę pozwolenia na pobyt i obywatelstwa tegoż egzotycznego kraju. Jako czysto drugi paszport - nie warto sobie zawracać głowy. Raczej chcą zrzeczenia się dotychczasowego obywatelstwa, naturalizacja po 10 lub 20 latach, itd. Za to z prawem pobytu wydaje się, że nie ma żadnych problemów - więc emigracja emerytalna? Może nawet niezły pomysł na luksusowe życie za polską emeryturę.

Maczeta Ockama

Party just begins

Ciekawe wiadomości przyniósł dzień. Właśnie otwiera się sezon demonstracji. I druga - podwyżki cen chleba nieuniknione. Razem - co i tak widać - rozpoczyna się na ostro przykręcanie śruby. Dzisiejsza demonstracja, pokojowego i kulturalnego KoLibra to może być symboliczny początek końca. Planowana na 22.09 demonstracja pracowników budżetówki jest o tyle ciekawa, że zaproszono na nią górników, a ci jak wiadomo - nie żartują. Co prawda tylko orkiestrę, ale myślę, że rząd zrozumie aluzję. Później mają demonstrować już sami górnicy...
Więc nie będzie zamrożenia płac w budżetówce i będą dotacje dla Kompanii Węglowej. Będą kolejne podwyżki podatków, które do niczego nie doprowadzą - albo doprowadzą większość mieszkańców do życia na granicy przeżycia.
Zgadując, że większość posiadaczy nowych mieszkań i kredytów we frankach utrzymuje się z dwóch pensji w budżetówce (bo tak najłatwiej o kredyt) i funkcjonuje bez oszczędności, żyjąc na styk - będzie zabawnie. Na szczęście nie jestem i nie chciałbym być w ich skórze. Jeśli podwyżek płac nie będzie, inflacja i nawet ta drobna podwyżka VAT ich wykończy. Najpierw finanse, potem małżeństwo i zdrowie. Jeśli podwyżki będą - rząd będzie musiał najpierw skroić kogoś innego. Na nich i tak przyjdzie czas później. Stawiam na emerytury - i to nie przyszłe, wydłużanie wieku, itd. Obecne. Może tak jak funkcjonariusze SB znajdzie się inny wdzięczny cel - milicjanci z komuny? A może będzie całkowicie legalnie. Już teraz jest ustawa o finansach publicznych nakazująca zawieszenie waloryzacji emerytur po przekroczeniu 55% relacji zadłużenia do PKB. Dołożyć do tego inflację i jest OK. Oznacza to po prostu drukowanie pustego pieniądza na potęgę. W oficjalnym języku NBP wykaże wysokie zyski. Tyle że - przewiduję oficjalne zadłużenie państwa na koniec roku budżetowego na poziomie 54,8%, albo coś takiego. Co prawda wymaga to nieco twórczego podejścia do rachunków - jeśli pod koniec zeszłego wynosiło 49,7 (czy coś takiego) a deficyt jest w okolicach 7% PKB - ale, w statystykach nie takie rzeczy bywały.
Jest też szlachetna idea przerzucania zobowiązań publicznych na gminy - oczywiście bez odpowiedniego finansowania, ale w wypadku wielkich miast ten numer jest na wyczerpaniu. Prawie wszystkie są zadłużone w okolicach maksymalnego dopuszczalnego (60% rocznych przychodów) i już są na etapie chowania trupów w szafach (typu niby prywatna spółka miejskich spółek, która oświetla ulice i zadłuża się pod przyszłe płatności z miasta). Co też pokazuje, że nie da się obliczyć prawdziwego zadłużenia, ani miast, ani państwa.
Ktoś ma pomysł kogo mogą jeszcze wyrolować nie narażając się zbytnio? Oczywiście w to, że jakieś agencje zostaną zlikwidowane, a urzędnicy zwolnieni to nie wierzę. Można się przed nimi jedynie schować lub bronić - ale to drugie są w stanie, na dziś, zrobić tylko ZZ górników - do których mi jak najdalej.
Ale jeśli ktoś jeszcze zdąży to mimo wszystko zapraszam na manifestację o 18.00 przed Pałacem Prezydenckim (KoLiber przeciwko podwyżce VAT)

Ale na poprawienie nastroju dowcip z okolic poprzedniego bankructwa lokalnego rządu:
Towarzysz Gierek w trakcie gospodarskiego objazdu kraju wizytuje przedszkole:
- ile wynosi dzienna stawka żywieniowa? - pyta
- 80 zł
- za dużo - proszę obniżyć do 40
Następnie wizytuje więzienie:
- ile wynosi dzienna stawka żywieniowa?
- 40 zł
- za mało - proszę podwyższyć do 80
Premier obok nie wytrzymał i potem się go pyta: Słuchaj Edek, jaka w tym logika, że zabierasz dzieciom, a dajesz więźniom?
i usłyszał odpowiedź:
A ty myślisz, że jak nas stąd zdejmą to do przedszkola poślą?

The Perfect Storm


Tytułowy sztorm miał miał miejsce od 29.10.1991 do 1.11.1991. A „doskonałym” był dlatego, że trzy sztormy połączyły się w jeden- o przerażającej sile. Właśnie coś takiego przewiduję dla gospodarki w najbliższych latach. Najpierw weźmy składniki:
  1. Klasyczny kryzys zadłużenia- ten z bańki na nieruchomościach nie został rozwiązany, a zaledwie tymczasowo zaleczony przez przeniesienie zobowiązań na rządy. Więc nadchodzi, bo musi nadejść, fala niewypłacalności rządów, w poważniejszych państwach może tylko wysokiej inflacji i tym razem niezaleczalne załamanie systemu bankowego- bo rządy już nie będą mogły pomóc. Patrząc na skalę kredytów i pożyczek dla oczywistych bankrutów (czy to NINJA w Stanach, czy południowoeuropejskie obligacje) i w błędne inwestycje już nie ma innej możliwości. Sektor bankowy (czy bańkowy) musi się zmniejszyć- a doszedł do tego poziomu, że może się to stać już tylko przez załamanie- powolna delewaryzacja już się nie może udać.

  2. Peak Oil- lub przynajmniej stały wzrost obiektywnych kosztów wydobycia. Powoduje, że dla utrzymania poziomu życia mieszkańców rząd musi stopniowo zmniejszać opodatkowanie paliw płynnych. Oczywiście żaden tego nie robi, a ludzie nie zmieniają trybu życia- więc wszyscy żyją na kredyt- co powoduje i zwielokrotnia efekt z pkt. 1. Wcześniej pisałem, że najważniejszą konsekwencją Peak Oil będzie zmniejszanie się bazy podatkowej- właśnie to miałem na myśli. Jak sądzę też, w całej Europie właśnie akcyza od paliw jest głównym i prawie jedynym sposobem opodatkowania szarej strefy i turystyki. Co tłumaczy pierwsze falę niewypłacalności rządów właśnie na południu Europy.

  3. Rozpad strefy Euro. Rzecz właściwie pewna- choć niestety jest alternatywa, tyle że znacznie gorsza- paneuropejski zamordyzm w ramach jednego systemu fiskalnego, z kontrolą zewnętrznych przepływów pieniężnych. Sądzę, że szansa na w miarę bezbolesne załatwienie sprawy była i już minęła- tj. nie udzielanie żadnej pomocy greckiemu rządowi i wykluczenie Grecji ze strefy Euro. W Grecji byłby potworny chaos, a cała strefa by mocno straciła- ale by miała cień szansy na przetrwanie. Na dziś jako najbardziej prawdopodobny (bo jestem niepoprawnym optymistą) oceniam scenariusz Neue Euro wprowadzonego przez Niemcy, może razem z Holandią, Austrią czy Francją i błyskawiczną dewaluację starego- ale im dłużej będą walczyć o utrzymanie tym większą szansę mamy obudzić się pewnego dnia w żyjącym Związku Radzieckim, albo rozpadającej się Jugosławii. Możemy mieć jedynie nadzieję, że tym razem Polska nie posłuży jako teren tranzytowy dla czołgów, a jako miejsce na obozy dla uchodźców.


W trakcie rozwoju wydarzeń pojawi się oczywiście nadprodukcja przemysłu i nadmiar mocy transportowych. Nadmierne zadłużenie z konieczności oznacza po prostu zaciskanie pasa i ograniczanie zakupów rzeczy, które nie są niezbędne do przeżycia. Energię do życia i ogrzania się ludzie będą chcieli mieć za wszelką cenę (wszelką- czyli zapomnijmy o bezpiecznych ulicach), za to- nowych telewizorów, samochodów i innych takich- nie bardzo. To uderzy znacznie mocniej w kraje przemysłowe- czyli Niemcy, Japonię, Koreę Pd. i Chiny. W krajach rolniczych ludzie sobie jakoś poradzą, ale w przemysłowych- rozwiązanie politykom narzuci się tylko jedno: dogadać się z obecnymi wierzycielami, dalej pożyczać i rozruszać gospodarkę przez roboty publiczne i zbrojenia.


Myślę też, że niestety ten rozwój wydarzeń jest już niemożliwy do zawrócenia lub powstrzymania i jedyne co pozostało to kupować czas na przygotowania. W tym świetle napiszę coś bardzo dziwnego: popieram obecnie proponowaną podwyżkę VATu. Nie jest to specjalnie drakońska podwyżka- za to dobrze zrobiona jak PR dla wierzycieli. Dalej będą pewnie robione z wielkim hukiem symboliczne redukcje w administracji, obniżki emerytur (to może nie symboliczne), itd. Wszystko w jednym celu- za wszelką cenę utrzymać się przy władzy- a na dziś to oznacza dyktaturę wierzycieli. Im dłużej nabywcy polskich obligacji będą się na to nabierać, tym lepiej- więcej czasu na przygotowania. A wysokością długu i podatków już się nie przejmuję. Podatki (w tym inflacyjny) i tak zostaną podniesione do maksymalnej zdolności płatniczej ludzi (czyli do granicy, gdzie przeciętna rodzina będzie na skraju nędzy), a długów rząd i tak nie odda- więc co za różnica ile nie odda. Inaczej niż przez przymusowe OFE i tak im nie pożyczę ani grosza.


Podsumowując:

Welcome back to 1933:



Tu prośba- jeśli ktokolwiek jest w stanie zidentyfikować model i cenę nowego takiego samochodu- bardzo proszę o komentarz. Ostatnio tak wspomniałem w rozmowie ze znajomym, że po załamaniu się systemu bankowego zapewne dałoby się kupić roczne BMW za 5000 zł. Ciekawe- czy to właśnie taka proporcja?

Bardzo dziękuję za informację- otóż był to najprawdopodobniej Hudson Essex Sedan 1930, a że zdjęcie wykonano zapewne zaraz po krachu, w listopadzie 1929- oznacza to, że był to zupełnie nowy samochód z salonu- przyszły rok modelowy. Sprawdziłem- nowy taki kosztował 685 dolarów- ale chyba w tańszej niż ta wersji.
Porównując proporcje wychodzi nowe BMW 3 za ok. 25 tys. zł- też nieźle.

Odrobina filozofii aka rozwinięcie wstępu

Rolą mężczyzny i tym co przynosi mu szczęście jest zapewnić schronienie i bezpieczeństwo swojej rodzinie- w dzisiejszym świecie jest to trudne, a w Polsce drogą wytyczoną przez urzędasów prawie niemożliwe dla przeciętnego człowieka- owszem pensyjka w urzędzie czy korporacji i 30- letni kredyt i ciągła obawa przed utratą pracy- tak naprawdę nie należy żyć i nie da się na dłuższą metę- gdzie jest miejsce dla dzieci i jakiekolwiek zabezpieczenie na gorsze czasy? Bezdzietne małżeństwo pracujące 30 lat na spłatę 50 m2 mieszkania? Przecież to właśnie należy nazwać skrajną nędzą- dom w którym żona musi pracować, a i tak nie mogą mieć dzieci- bo zwolnienie się kobiety z pracy to problem z kredytem. Chyba że żona jest urzędnikiem- pełny socjał, potem dzieci zamiast wychowywać samemu jak należy oddaje się do przechowalni szympansów zwanej szkołą, itd.- ale nie dziwcie się głupiemu buntowi nastolatka- który nie widzi w tym sensu- bo tak naprawdę go nie ma.
Mężczyzna powinien jak najszybciej móc zapewnić sam utrzymanie- choćby podstawowe, kobiecie i dziecku/ dzieciom- wtedy jest i czuję się mężczyzną- wtedy też rodzina w ogóle może być szczęśliwa. W niniejszym blogu chcę przekonać moich czytelników do właśnie takiego sposobu myślenia- co prawda dlatego, że sam go uważam za słuszny i jak mogę pomóc tym, którzy już tak samo uważają. Stąd też dobór większości tematów.
Uważam też, że w przez wyczerpywanie się/ coraz kosztowniejsze wydobycie energii kopalnej niemożliwy do utrzymania jest styl życia zachodnich społeczeństw, a rozwody i depopulacja są tylko tego objawem.
Zauważcie też, że nie piszę w ogóle- i raczej nie mam zamiaru o ZUSie, oszczędzaniu kapitału na emeryturę, itp.
ZUS jest bankrutem, tak jak cała III RP i emerytury będą musiały być zinflacjowane- czyli zmniejszone bez zmiany nominału- stosowna furtka w przepisach do tego już istnieje. Ogólna destrukcja długu też musi nastąpić- przez inflację i defauty rządów- dlatego nie zajmuję się krótko i średnioterminowym inwestowaniem- po prostu: dziś samo zachowanie kapitału wymaga olbrzymiej czujności i umiejętności.
Więc staram się służyć radą, a i zawodową wiedzą moim Szanownym Czytelnikom jak na dłuższą metę przetrwać te ciężkie czas- które zaczęły się w latach 60-tych XX w. i moim zdaniem dokładnie przypominają upadek Cesarstwa Rzymskiego. Przykuwanie kobiet do biurek nie jest żadnym rozwiązaniem.

Inwestycja na następne pokolenie aka prawdziwa emerytura cz1

Tak naprawdę większości ludzi- jak mi się wydaje, w rzeczywistości nie interesuje krótkoterminowa spekulacja. Znacznie poważniejsze od tego ile % papierowych pieniędzy zarobię na lokacie/funduszu/giełdzie/obligacjach w tym roku jest to czy w przyszłości, kiedy będę mniej wydajny w pracy nadal będę miał z czego żyć, czy moje dzieci sobie poradzą i na kogo wyrosną i czy będą w stanie materialnie mi też zapewnić opiekę na starość (oczywiście większość ludzi wierzy w ZUS, ale wkrótce przestaną...)
Rada nr 1 Miej dzieci, dobrze je wychowaj i wykształć. Co do wychowania- truizmy, jak każdy zna swoje miejsce, prawa i obowiązki i jest ich pewien to wszyscy są szczęśliwsi i chcą się trzymać razem i wspierać w życiu. Co do wykształcenia- jeśli masz jakikolwiek prawdziwy zawód (wytwarzasz realnie istniejące przedmioty lub usługi, a ich sprzedaż nie jest uzależniona od istnienia państwowego przymusu ich zakupu) to rada jest jedna- zabieraj dzieci ze sobą do pracy tak często jak tylko to możliwe. Nauczą się znacznie więcej pożytecznych rzeczy niż w "szkole". Jeśli masz szczęście posiadać firmę, nawet własną jednoosobową, małe gospodarstwo- to wystarczy. To czego twój syn się może u ciebie nauczyć sprawi, że poradzi sobie co najmniej tak samo jak ty. A znacznie bardziej prawdopodobne jest to, że dziecięca i młodzieńcza ciekawość z dodatkiem wolności eksperymentowania doprowadzi do tego, że jak będzie miał 20 lat przejmie firmę a ty będziesz mu pomagał a potem przejdziesz na zasłużoną emeryturę. Czysto pieniężną inwestycją jest kupowanie dodatkowych ilości materiału- z którego twój syn będzie budował perpetuum mobile, lub coś podobnego. Ale opłaci się- naprawdę.