Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trump. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trump. Pokaż wszystkie posty

Imperializm zamiast chleba w świecie rządzonym przez pomarańczowe małpy

Ekipa kremlowskich minionków z Waszyntonu, z Trumpem na czele, usiłuje zmusić Żeleńskiego do poddania się i Ukrainy zarazem. To nie jest specjalnym zaskoczeniem, to było wiadome od wyniku wyborów. 

Problem polega na tym, że wykorzystując siłę ekonomiczną i wpływy USA niestety mogą zmusić go do ustępstw. A właściwie jeszcze wiekszy, że już to zrobili. 

Aktualna propozycja pokoju ze strony Ukrainy to faktycznie jest zgoda na zamrożenie konfliktu. Co oznacza pozostanie wojsk rosyjskich na obecnej linii kontaktu i utrzymanie tych terenów jako konstytucyjnych terenów Ukrainy. Taki "pokój" byłby w Rosji odebrany jako zwycięstwo, a to jest dokładnie najgorsza rzecz, która moze się nam przytrafić. Nam, to znaczy szeroko rozumianemu Zachodowi, który chce spokojnie i dostanio żyć. 

I dla wszystkich, którzy tego oczekują, lub jakiejś podobnej sytuacji mam złą wiadomość- to bedzie niemożliwe do czasu przekonania elit i/lub rosyjskiego społeczeństwa, że przegrali i to koniec. A jeśli nie uwierzą, to potrzebne jest doprowadzenie tego kraju do takiego stanu, że nikt o zdrowych zmysłach nie bedzie mieć większych wątpliwości. Wszystko inne będzie tylko chwilowym rozejmem, który Moskale przeznaczą na zbrojenia, albo jeszcze gorzej- wyciągnięcie wniosków z dotychczasowego przebiegu walk. Wyciągnięcie wniosków, czyli poprawę taktyki, struktury dowodzenia i sprzętu. Albo, co gorsza, zmniejszenie skali złodziejstwa w zarządzaniu wojskiem i zamówieniami wojskowymi.  

Więc w stosunku do każdego teoretycznego zawieszenia broni podstaowym pytanie nie jest czy wojna się zakończy, czy kto co uzyska, a jak to odbierze rosyjskie społeczeństwo. Tak, wiem, przypisywanie rosyjskiemu społeczeństwu demokratycznej sprawczości brzmi absurdalnie, ale w tym przypadku jest na miejscu. 

Bo nie chodzi o to,  że mieszkańcy Rosji mają decydować o kierunku polityki, czy nawet o tym kto ma nimi rządzić. Takiej władzy nie mają i chyba nawet większość do niej nie aspiruje.  Ale każdy zawsze ma możliwość uświadomienia sobie, że władza jest po prostu słaba. I można jeje wejść na głowę. Jeśli takie przekonanie stanie się wystarczająco powszechne, to z jednej strony wzrośnie poziom przestępczości i ogólnie anarchii- bo państwo jest słabe i nie działa, a z drugiej zacznie dojrzewać myśł, że władza nie ma legitymacji i trzeba ją po prostu zmienić. Albo że nad niczym nie panuje i teraz wszystko wolno. 

Lub ujmując to inaczej- władza nie wypełnia swojej części kontraktu społecznego, bo jest w tym nieudolna i należy ją wymienić. W zachodnim świecie ten kontrakt społeczny to spokój i dobrobyt, ale w Rosji kontrakt społęczny polega na tym, że społeczeńśtwo godzi się na dowolny zamordyzm i wyrzeczenia jeśli zostanie im dostarczona duma imperialna i podboje. 

I w ramach putinizmu to wszystko jest podlane sosem "wielkiej wojny narodowowyzwoleńczej" czy jak tam nazywają tą część 2 wś w której już nie byli sojusznikami nazistów. 

Tak napompowali ten balon, że dość spektakularną wtopą władzy stał się fakt, że "3-dniowa operacja militarna" trwa już dłużej niż epizod wrogości ZSRR i 3 Rzeszy. Nie wygląda to na rzecz specjalnie istotną, ale w istocie jest. Bo każe porównać obecną władzę do imperialnych sukcesów stalinizmu. I to porównianie nie wychodzi najlepiej. 

Ale z drugiej strony, dzięki działalności agenta Krasnova, Moskwa jest bliżej niż kiedykolwiek do osiągnięcia ważnego długoterminowego celu- czyli rozbicia NATO, a przynajmiej usunięcia USA z sojuszu. Chodzi oczywiście o sprawę Grenlandii, która jest przecież tak absurdalnie pozbawiona jakiegokolwiek racjonalnego uzasadnienia, że wygląda jakby oficer prowadzący Trumpa kiedyś powidział do kogoś "potrzymaj mi piwo".

Tak czy inaczej- nawet wycofanie się z Krymu z jednoczesnym rozbiciem NATO nadal by mogło wyglądać jak sykces Rosji. I to nie jest śmieszne, bo to znaczy, że nawet przegrana Rosji w dzisiejszej wojnie może zamiast zakończyć historię tego kraju to jednak ciąfle pozostać jedynie wstępem do następnej inwazji. 

A jakby komuś brakowało złych wiadomości- to wygląda na to, że Starlinki na wyposażeniu armii rosyjskiej działają na tyle dobrze, że są używane do komunikacji z dronami dalekiego zasięgu nad Ukrainą. Oczywiście w drugą stronę Ukraińcy nie moga ich tak używać.... Więc mamy kolejny znak odwrócenia sojuszy. Pytanie jak daleko Pomarańczowa Małpa i jego minioki się posuną. Do ataku na europejski kraj NATO? Mamy to na stole. Wojna handlowa już jest rzeczywistością, nie żądną hipotetyczną przyszłością. Dostawy sprzętu wojskowego dla Rosji- jak widać Starlinki przecierają drogę. Następne mogą być dane wywiadowcze. 

A może jutrzenka nadziei jednak gaśnie?

Ten wpis będzie właściwie kontynuacją dwóch poprzednich. W pierwszym postawiłem tezę, że głównymi motywacjami Trumpa i jego ekipy są lojalność wobec Kremla i chciwość. Oraz oczywiście rasizm/seksizm, czy inaczej mówiąc ideologia supremacji białych mężczyzn.

Z tego wynika, ze przyszłość Europy wisi na włosku, bo z sojuszem Moskwy i Waszyngtonu nawet wspólnie działająca Europa będzie mieć poważny problem. A Ukraina sama sobie zapewne nie poradzi.

Czy może być gorzej? Oczywiście, że tak!!!

W USA Donald Trump najpierw rozmontował system ochrony epidemiologicznej w USA i zamknął amerykańskie laboratoria monitorujące potencjalne nowe epidemiczne wirusy. Jedno z tych laboratoriów było w Wuhan, tak, tym samym. Zamknięte w kwietniu zeszłego roku. Potem, poinformowany przez wywiad w listopadzie 2019 o nowym wirusie po prostu to zignorował, a obecnie sposobem zarządzania pomógł doprowadzić do światowego załamania gospodarczego oraz prawdopodobnie jesteśmy na początku najbardziej śmiertelnej epidemii w historii USA. 
Wzrost bezrobocia pobił wszystkie rekordy i przy okazji dowiedzieliśmy się jaka jest łączna pojemność systemów zgłaszania się po zasiłek dla bezrobotnych we wszystkich stanach. Jest to 6,6 mln tygodniowo. Z wyjątkiem pierwszego tygodnia, tylu ludzi się rejestruje. Inni nie mogą się dodzwonić i próbują w następnym tygodniu.

Kongres przegłosował bailout. Zresztą nie jedyny, bo faktycznie już go prowadzi FED. Który nazwał żabę rybą i uznał, że obligacje które miały poziom inwestycyjny przed kryzysem, nadal go mają i choć wprost nie może kupować obligacji śmieciowych to to robi. Dzięki temu ostatni miesiąc przetrwał Ford Motor Company, parę firm naftowych i im podobnych.
W legalnym bailoucie dano obłędną ilość kasy dla wielkich korpo, część Tump wyda bez żadnej kontroli, ale był też fundusz dla małych firm i 1200 usd na głowę dla obywateli. I zgadnijcie co? Kasa dla małych firm się już skończyła. I właściwie nie wiadomo dlaczego, bo nikt nic nie dostał i nikomu jeszcze nic nie zatwierdzono. 
Ale z tymi 1200 usd jest jeszcze śmieszniej. Najpierw Trump powiedział, żeby wstrzymać druk czeków, bo on chce, żeby był na nich jego podpis. Totumfackie, ale niegroźne. Oprócz oczywiście tego, że dziesiątki milionów ludzi czeka na tą kasę aby mieć co do garnka włożyć i nie wylądować na ulicy. Otóż nie. To bydle by nie było sobą, gdyby oprócz tego nie odwaliło jeszcze jakiego świństwa. Otóż jednocześnie zdecydował, że banki przez które przejdą te czeki mogą je zatrzymać na poczet długów. Efektywnie opóźnieniem tej wypłaty wpędził ludzi w długi i potem pozwolił na zatrzymanie ostatniej kasy na przeżycie za te długi. W skrócie zrobił to tak, aby w miarę możliwości nic nie trafiło do potrzebujących. 
Do tego Partia Demokratyczna już wygrała wybory. Udało się pozbyć Sandersa. Teraz mogą spokojnie poczekać do zaprzysiężenia Trumpa na drugą kadencję. 

Zwykle Republikanie do ciężkiej recesji doprowadzali dopiero w drugiej kadencji, ale tu Trump też przebił wszelkie rekordy. Z głupoty, nienawiści, rasizmu i chciwości doprowadził do ruiny swój kraj i zapewne do nędzy i cierpienia większą część świata. Czy może być cokolwiek gorszego niż jego druga kadencja? 

Otóż odpowiedź jest. I niestety, ale jest ona pozytywna.

Pamiętacie jak po wyborze Bolsonaro na prezydenta Brazylii napisałem, że teraz to wszyscy będziemy mieli przej.....? No to mamy. 
Trump zniszczy tylko ekonomię i światowy system wymiany towarów, krążenia pieniądza, etc. i doprowadzi do nędzy setki milionów ludzi dookoła świata. Bo tyle może jako prezydent USA. Niestety prezydent Brazylii może więcej. Może zniszczyć dużą część światowego ekosystemu. 
I to robi. Od czasu objęcia urzędu rozmontował większość nie tylko hamulców, ale nawet monitorowania stanu wylesiania. Chodzi przede wszystkim o Amazonię, ale nie tylko. To się dzieje w całym kraju.

I wszędzie proces jest ten sam. Jeśli wytniesz las, to drastycznie spada parowanie i jest mniej wilgoci do kondensacji i następnych opadów. Kiedy robi się to na skalę kontynentu, to i klimat się zmienia na skalę kontynentu. I w tym względzie Bolsonaro osiągnął już sukces porównywalny z ekonomicznymi i epidemiologicznymi osiągnięciami Trumpa. Tylko w ważniejszej kwestii.
Otóż to parowanie z Amazonii i centralnej części Brazylii jest poważnym, czy może prawie jedynym źródłem opadów i wody w dorzeczy Parany. Jednej z największych rzek świata, której dorzecze w tej chwili żywi setki milionów ludzi. Głupim i złym przemysłowym rolnictwem i destrukcją gleb soją i glifosatem, ale żywi. 
Albo żywił. Sytuacja jest teraz taka, że tam po prostu nie pada. Wody nie ma.  W na większości biegu Parany jest rzeka ma około metra głębokości, a w wyższym biegu, nieco poniżej wodospadów Iguacu, ale już jako Parana ma dziś oszałamiające 10 cm głębokości. Od wczoraj spadło o 5. Opadów nadal nie ma, nic ich szybko nie zapowiada. Nic ich szybko nie zapowiada bo właśnie się tam kończy pora deszczowa i zaczyna się sucha. Nie nie pomyliłem się. Pod koniec pory deszczowej w jednej z największych rzek świata praktycznie nie ma wody. 

Nie ma co panikować, to nie cała Argentyna ani Brazylia. Nawet Paragwaj, najbardziej narażony mimo wszystko miał względne opady. Co prawda dotyczy to większości terytorium Brazylii, ale tej mniej zagospodarowanej. W końcu chodzi o to że jest właśnie karczowana. A w Argentynie to jest region lasów i tylko częściowo pampy, gdzie woda idzie raczej bezpośrednio znad oceanu. 
Ale Bolsonaro nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Ma prawie 3 lata do końca kadencji i może być ponownie wybrany. 
Jeśli Trump wygra reelekcję to zniszczy do szczętu amerykańską i światową gospodarkę. Ale jeśli wygra Bolsonaro to zniszczy światowy ekosystem. I będziemy się zastanawiać jak mogliśmy się przejmować takimi drobiazgami jak jakaś ekonomia. I wtedy będziemy mieć naprawdę przej...

Nowy lepszy rok

Przyznam, że w nowy rok patrzę z optymizmem. Można powiedzieć, że nieuzasadnionym, bo jednocześnie jestem przekonany, że będzie najgorszym, najbardziej niestabilnym i pełnym zagrożeń spośród tych, które większość osób ma w swojej pamięci.

Ale jednocześnie jestem przekonany, że to będzie dno i nikt nie zapuka od spodu. W przyszłym roku już będzie widać, jak źle było i że sprawy idą we właściwym kierunku.

Zaczynając od kwestii, która może zabić nas wszystkich, czyli zmianach klimatu. Na dziś jest taka sytuacja, że prezydent największego i najbogatszego kraju świata jest, powiedzmy to wprost, przygłupem. Który jednocześnie jest przekonany o własnej genialności oraz konieczności ochrony interesów całego biznesu paliw kopalnych. Tyle o USA
Jeden z kolejnych największych trucicieli, czyli Niemcy, w rytmie kolejnych rządów Angeli Merkel rozmontowują niemiecką Rewolucję Energetyczną, a przez sadystyczne niszczenie krajów południowej części strefy Euro, także hamują potencjalne zmiany w całym regionie.  

Na to nakładamy złe i skorumpowane rządy trzymające się stołków w RPA, ostatni przewrót polityczny w Brazylii i oczywiście Maybota i mamy dookoła świata, w kluczowych miejscach, przerażająco głupie i nieodpowiedzialne rządy, jeśli nawet nie zwyczajne bandy złodziei. Ale przede wszystkim mamy rządy kompletnie ignorujące wspólny problem całej ludzkości.

Kwestie ochrony klimatu znakomicie łączą i się nakładają na problem braku inwestycji, opisanego poprzednio, i polityków popieranych (czy wręcz wybieranych) przez oligarchów czerpiących astronomiczne zyski z dawno zamortyzowanych inwestycji. A przynajmniej mogących z nich wyciągać pieniądze na skalę wystarczającą do korumpowania polityków i wyłudzania państwowych dotacji i inwestycji w swoje interesy.  

Do tego są forsowane kolejne inwestycje konserwujące system oparty na paliwach kopalnych, zwłaszcza dotyczące gazu w Niemczech i wiele, wiele innych. Jedynym z niewielu państw realizującym sensowną politykę na poważną skalę są Chiny. Normalną, czyli inwestycji zapewniających ruch w gospodarce i inwestowania w odchodzenie od paliw kopalnych. 
Cały czas ci ludzie są przy władzy, robią swoje rzeczy, które nie wyglądają zbyt mądrze, a znacznie częściej są po prostu zwykłym, durnym, niepotrzebnym okrucieństwem. I nic nie wskazuje na to, aby się to miało w jakikolwiek sposób szybko zmienić.

Dlaczego więc jestem optymistą?

Odpowiedzią jest sztuka. Zupełnie konkretny kawałek, czyli film Mela Brooksa "The Producers". Kto nie oglądał powinien nadrobić zaległości i dopiero później wrócić do dalszej części tekstu. 
Kto nie boi się spoilerów może się nie przejmować, ale naprawdę sporo straci. 

Fabuła polegała na tym, że dwóch cwaniaków wymyśliło plan na przekręt. Zrobią sztukę teatralną, która będzie kompletną klapą, zupełnym dnem. Zrobią ją za pieniądze inwestorów, ale jeśli będzie doskonale wiadomo, z recenzji, szybkiego zdjęcia z afisza, etc., że to jest klapa, to nikt ich nie nigdy nie zapyta o budżet i wydatki. Bo wiadomo, ze stracili wszystko. Spokojnie sprzedali tysiące procent udziałów, wyciągali pieniądze jak im się podobało i pracowali nad najgorszym możliwym przedstawieniem. Nadszedł dzień premiery, pierwszy akt poszedł znakomicie, cała publiczność uznała, że to kompletny gniot, niektórzy zaczęli wychodzić, wszystko w porządku. 
Niestety, na początku drugiego aktu ktoś z publiczności krzyknął :"Ludzie, to jest śmieszne!". Percepcja się zmieniła. Przedstawienie było tak absolutnie głupie, że aż zostało odebrane jako świetna komedia. 

I właśnie ten moment nastąpił w USA. Wszyscy brali Donalda Trumpa na serio i ludzie dokładnie śledzący co się dzieje mogli tylko krzyczeć w przerażeniu. Co w sumie i ja robiłem.
Dziś sytuacja się o tyle zmieniła, że wyszła książka Michaela Wolffa o realiach Białego Domu. Dobrze udokumentowana, broniąca się nagraniami i bezpośrednimi wypowiedziami publicznymi. I pokazująca komediowy poziom braku pojęcia o realiach własnej pracy przez wszystkich Trumpów i ich otoczenie. Po prostu "Ludzie, to jest śmieszne!" Pozostało tylko poczekać krótkie kilka dni, kiedy najpierw prawnicy prezydenta negowali wiarygodność książki, w tym samym piśmie żądając przesłania jej egzemplarza a później po wydaniu, sam Donald wysłał tweeta w którym określił się jako "very stable genius". Co już chyba zostało potocznym określeniem. Książka, jak się wydaje przebiła popularnością co najmniej wszystko wydane w ostatnich latach, ale z drugiej strony to po prostu jest trochę dziennikarstwa i to wcale nie tak wysokich lotów. Jeśli komuś się wydaje, że Donald Trump jest normalnym, poważnym człowiekiem i kompetentnym politykiem, to zdecydowanie powinien ją przeczytać. Jeśli ktoś ma wrażenie, że jest ekstremalnie niekompetentnym przygłupem otoczonym bandą świrów i  złodziei to w sumie nie warto tracić czasu, bo niczego nowego się nie dowie.

Jest jeszcze jedna książka, która zmieniła politykę i świat w ten sam sposób. Tym razem obnażając krótkowzroczność i głupotę europejskich elit politycznych, zwłaszcza niemieckich.  Pokazują, że król jest nagi. I jest to książka znacznie, znacznie ważniejsza niż opowiastki Wolffa. Trump z nadętego bufona, który mógł robić wrażenie na mniej zorientowanych stał się po prostu pośmiewiskiem. I tak zostanie. Będzie tak samo głupi i niebezpieczny w swoim zdebileniu i nadal będzie prezydentem. Przynajmniej przez jakiś czas. Ale jest pośmiewiskiem. Już nie tylko w lewicowej bańce, ale w głównej, zwykłej części społeczeństwa. Co oznacza, że każda kolejna rzecz którą zaproponuje nie będzie oceniana jako legitymowana polityka, tylko najpierw jako opowieści przygłupa, a dopiero potem, jeśli przez przypadek będzie mieć to sens, będzie wsparte przez ludzi i administrację. 

A wracając do niedawnej książki o Europie. Jest "Adults in the room" Yanisa Varoufakisa. Pełny (czy prawie) opis wydarzeń kiedy był ministrem finansów i tego co się działo za zwykle zamkniętymi drzwiami. Pozycja dla zdecydowanie bardziej wyrobionego czytelnika, ale zupełnie obowiązkowa, warto nawet zarywać noce, do czego i ja się przyznaję. Niezależnie od poglądów, podejścia, utożsamiania się z taką czy inną polityką, nigdzie nie można się dowiedzieć rzeczy, które opisał Vaoufakis. Ponieważ w te środowiska się wchodzi i nigdy nie wynosi żadnych informacji. Yanis to zrobił, polecam samemu dowiedzieć się dlaczego. Oczywiście w przypadku europejskich elit nie mamy nigdzie do czynienia z oczywistym przygłupem, albo przynajmniej jest to lepiej ukryte dzięki  stabilniejszym systemom politycznym. 

Ale mamy do czynienia z hipokryzją, wysokim poziomem nieodpowiedzialności i znęcania się nad słabszymi i w imię ochrony własnych drobnych interesików.  
W skrócie "król może nie jest nagi, ale jest zwykłą małostkową gnidą, a nie żadnym królem". 
W Europie nic się nie zmienia z dnia na dzień. Ale to było poruszenie lawiny. Która oczywiście może się jeszcze gdzieś zatrzymać, choć należy w to wątpić. Celem działań Varoufakisa jest uratowanie i reforma UE. Impakt jego działań na pewno będzie duży. Ale czy taki? Trudno powiedzieć. 
Na pewno można powiedzieć, że my, jako ludzkość, zachodni świata, widzimy koniec tego zjazdu w dół. Jeszcze się staczamy, ale widzimy, że kierunek trzeba zmienić i zaczynamy widzieć jak to powinniśmy zrobić. Czy zmiana kierunku nie skończy się katastrofą, to jest inne pytanie. 
Ale kompromitacja i zniknięcie obecnego systemu i układu władzy jest widoczne i bliskie. W USA wybory do Kongresu są w listopadzie. W Europie, we Francji tradycyjna klasa polityczna już wyleciała w powietrze, w Polsce właściwie też. Przecież prawie w dniu premiery książki Wolffa, w Polsce odbyło się głosowania nad obywatelskimi projektami zmian ustawy aborcyjnej. W którym opozycja parlamentarna przypomniała wszystkim dlaczego w kraju zdominowanym przez liberalne myślenie liberalne partie przegrały wybory. I dlaczego przegrają też następne. I że to wszystko pójdzie w zupełnie dobrą stronę, a na razie jest naprawdę śmiesznie. 

Standing by Standing Rock

Obecnie dzieje się w USA sprawa która będzie mieć całkiem istotne konsekwencje w przyszłość. Otóż jest planowany, a właściwie już na zaawansowanym etapie budowy rurociąg z terenów formacji roponośnej Bakken w okolice Chicago, gdzie będzie się łączyć z systemem rurociągów dostarczających do rafinerii w okolicach centrów populacji.

Rura ma przesyłać dziennie 450 tys. baryłek, czyli ilość zbliżoną do np. zużycia w całej Polsce.

Inwestorzy zebrali pieniądze, pozwolenia poszły szybko i rozpoczęli budowę. Północna Dakota to generalnie jest miejsce w którym nic nie ma, więc i nie było specjalnych przeszkód.

Aż do czasu, gdy te przeszkody się zaczęły. Zacznijmy od drobnego uporządkowania kwestii terytorialnych. Od najprostszej- wodami płynącymi w USA zarządza rząd federalny przez US Army Corps o Engineers. Oni wydają pozwolenia na korzystanie z wód oraz na budowanie przepraw, etc, w tym przekroczenie rurociągu przez rzekę.
A sam rurociąg ma przekroczyć Missouri w pobliżu granicy Dakoty Północnej i Południowej. Dla firmy i urzędników nie stanowiło żadnego problemu, że przy okazji ma być zakopany dokładnie na świętym terenie i cmentarzu indiańskim. 
Co też jest ciekawe, to w ogóle nie jest teren Stanów Zjednoczonych!!! Otóż plemię Sioux (Lakota), jak większość innych, zawarło kolejne traktaty z rządem federalnym USA. Zasadniczo są to po prostu traktaty międzynarodowe. Określały one zakres jurysdykcji terytorialnej, czyli po prost granicę pomiędzy USA i państwami indiańskimi. Te granice były następnie regularnie naruszane przez białych, następnie zawierano kolejne traktaty, ograniczające terytorium Indian, etc. Ale akurat Sioux ostatni traktat zawarli w 1851 roku i od tego czasu uznali, że nie mają zamiaru cedować więcej do USA. Oczywiście taki drobiazg zupełnie nie przeszkodził osiedlaniu się białych rolników i górników, wpisywaniu własności terenu do rejestrów USA, etc. Co miało "legitymację" w postaci aktów Kongresu. Taka sama sytuacja dotyczyła wszystkich innych terytoriów indiańskich i rząd federalny w 1944 roku podjął próbę załatwienia problemu; w ten sposób, że  nowa granica byłaby wytyczona według faktycznej linii osadnictwa, a Sioux otrzymaliby 100 mln USD. Ta oferta nie została przyjęta, rząd federalny nie ma najmniejszego zamiaru zwracać ziemi, nawet tej opuszczonej przez rolników i przejętej- co zresztą nakazał sąd federalny.... Więc pieniądze powędrowały na wydzielony rachunek, na którym są do dziś i zbierają odsetki. Stąd istnieje pewna rozbieżność co do zasięgu obecnych granic rezerwatów, a granic według traktatów. 
Rura ma przebiegać kilkaset metrów od obecnej granicy. 
Ale protest rozpoczął się i trwa pod hasłem ochrony wody. Co ma mnóstwo sensu, bo Missouri jest dopływem Missisipi, ale też jedynym źródłem wody dla Indian, miast w dole rzeki i rolnictwa. Każdy rurociąg w końcu się rozszczelni, a jak pokazuje praktyka, te budowane i eksploatowane w USA taki los spotyka dość szybko. W samej Północnej Dakocie w zeszłym roku było około 200 mniejszych i większych wycieków z rurociągów. 
Indianie rozpoczęli protest, są to mieszkańcy prerii, więc po prostu założyli obóz, taki sam, z jakim wędrowali przez stulecia za stadami bizonów. Ten akurat w miejscu budowy rurociągu.

Wtedy pojawiła się policja Północnej Dakoty. Z pojazdami pancernymi, snajperami i całą resztą sprzętu zmilitaryzowanej policji. To są obecne standardy w USA, więc nic szczególnie dziwnego. 
Protest trwa od miesięcy, główne media go starannie ignorują, lub powielają oświadczenia policji. W sumie też jak zwykle.

Niedawno zaczęły się dziać rzeczy sugerujące, że może jednak jesteśmy już w 21 wieku i może przynajmniej częściowo amerykański system działa lepiej niż demokracja w stylu radzieckim.
Po pierwsze: internet przełamuje blokadę informacyjną. Jeśli dzieje się coś naprawdę ważnego i kompletnie ignorowanego przez oficjalne media, to mimo wszystko ma szanse przebić się do opinii publicznej. 
Drugim elementem było pojawienie się z poparciem na terenie obozowiska, a następnie zorganizowanie demonstracji przed Białym Domem przez senatora Bernigo Sandersa. Czyli człowieka, który potrafił porwać tłumy i który, gdyby nie machloje urządzane przez oficjeli Partii Demokratycznej, zapewne byłby dziś prezydentem-elektem.
To włączyło sprawę do zainteresowania opinii publicznej. Choć jeszcze nie mediów. Te nie interesują się nadal. 

Wtedy zmilitaryzowana policja postanowiła pokazać kto tu rządzi i spacyfikować część Indian. Użyto do tego dział dźwiękowych, gumowych kul, granatów ogłuszających, czyli normalnego zakresu przeciw cywilom. Ale z jednym przesadzili- przy całkiem sporym mrozie użycie armatek wodnych to już było barbarzyństwo. 
O którym w normalnych warunkach nikt by się nie dowiedział, bo to tylko Indianie i żadne media nie są zainteresowane. Ale internet i wcześniejsze nagłośnienie sprawy trochę zmieniły. Co najmniej kilkaset tysięcy, a raczej miliony ludzi wiedziało co to za sprawa i zobaczyło nagrania z interwencji policji. 

Za to niejaki Wes Clark jr, syn generała Wesleya Clarka, rozpoczął zupełnie nową rzecz. Mianowicie wpadł na pomysł ściągnięcia weteranów, byłych żołnierzy, na sam protest. Nie do końca w celu stania w tłumie, ani z drugiej strony żadnej zmilitaryzowanej formacji.
Idea polega na tym, że ludzie, którzy przyzwyczajeni do ryzykowania życia pojawią się jako zwarta formacja, ale całkowicie nieuzbrojona. Po prostu żywe tarcze. I to już nie będą jacyś Siuxowie, zwyczajni podludzie, tylko koledzy z wojska tych, którzy stoją po drugiej  stronie. Bo oczywiście policja, zwłaszcza zmilitaryzowane oddziały, składa się w sporej części z byłych żołnierzy.
Pomysł to pomysł, ale odzew był zaskakujący, nawet dla samych organizatorów. Najpierw założyli oni dwa konta dla zbierania pieniędzy, jedno na koszty sprzętu i transportu, drugie na koszty prawne, czyli grzywien, kaucji i obrońców. Bardzo szybko pojawiły się wpłaty, a co więcej, śmiesznej wielkości wpłatami uzbierały się setki tysięcy dolarów. A także pojawili się ochotnicy. W niespodziewanej ilości. Plan polegał na tym, że kilkudziesięciu weteranów pojawi się na kilka dni, pokaże swoją solidarność, wystawi się na pierwszej linii na potencjalny atak policji, a następnie proza życia nakaże większości z tych ludzi wyjechać. Jako, że Corps of Engineers wysłał wezwanie do opuszczenia terenu do 5 grudnia, to Wes Clark zaplanował zebrać weteranów na 4 grudnia. 
W skrócie- zgłosiło się wystarczająco, aby zorganizować brygadę według wojskowego wzoru, razem ze służbą medyczną, etc. A że na miejscy niespecjalnie jest możliwość i potrzeba obecności więcej niż tysiąca osób na raz, to wygląda na to, że obecność weteranów będzie raczej długotrwała. Stawiałbym na to, że po prostu permanentna, do końca protestu.

Ktoś się zapyta- OK, tysiąc czy ileś tam osób, byłych żołnierzy, wybiera się na kompletny koniec świata, posiedzieć parę dni w obozie indiańskim. I co z tego?
Otóż to, jaki był entuzjazm wśród tych ludzi. A dokładniej- kim są. Są to obywatele USA, którzy chcieli służyć krajowi i zaciągnęli się do wojska. Zazwyczaj ambitni ludzie z najbiedniejszych rodzin i dzielnic, dla których armia jest jedynym sposobem wyrwania się z rasistowskiego społeczeństwa. I gdzie wylądowali? Zazwyczaj na wojnie rozpętanej przez prezydenta- idiotę w interesie swoich kolegów- nafciarzy. W trakcie takiej służby, ci którym zależało na kraju i społeczeństwie, cóż, wykonywali rozkazy, ale chcieli i woleliby robić coś, walczyć, w imieniu i dla narodu, o poprawę życia, a nie dla koncernów naftowych. 
I dziś zostali wezwani. Aby stanąć bez broni, ryzykować zdrowie (choć raczej nie życie) przeciwko tym samym koncernom naftowym, w obronie wody i współobywateli. Patrząc z tego punktu widzenia- entuzjazm jest zrozumiały. Informacja i dłuższe teksty przeleciały przez chyba wszystkie media sprofilowane pod opuszczających armię.

Kolejną ciekawostką w tym konflikcie jest kilka następnych rzeczy. Dakota Północna to jest miejsce gdzie nie ma nic. Oprócz złóż ropy, które w ostatnich latach stały się możliwe do masowej eksploatacji, dzięki nowym metodom frakingu. Po to jest potrzebny rurociąg. Swoją drogą, ropa jest dziś transportowana pociągami i ciężarówkami, ale gaz ziemny- nie. Jest zwyczajnie spalany we flarach i nikt nie ma zamiaru go pożytecznie używać, czy transportować gdziekolwiek. Zapewne, gdyby ten rurociąg miał służyć go transportu gazu ziemnego, sprzeciw byłby znacznie słabszy. Nie mieliby specjalnego powodu do protestu nawet radykalni ekologowie, bo po dostarczeniu do sieci, gaz byłby użyty zamiast węgla. Gaz nie jest aż tak wielkim ryzykiem dla wody i ekosystemu. 

Nie ma nic, więc i budżet stanu nie jest za duży i siły policji też nie. Utrzymywanie nawet kilkudziesięciu policjantów ze sprzętem w środku niczego przez miesiące już nadwyrężyło budżet stanu, bo na samo utrzymanie policji w miejscu budowy poszło jż 15 mln dolarów. Co rozwiązano na dwa sposoby- emitując obligacje, które bez problemów znalazły nabywców oraz korzystając z systemu do wzywania wsparcia z innych regionów. System ten służy do koordynacji pomocy przy klęskach żywiołowych, ale w oczach gubernatora Siuxowie na budowie rurociągu najwyraźniej się na to kwalifikują. 

Jak zwykle w takich sytuacjach szeryfowie z okolicznych hrabstw wysłali kogo mogli. Wtedy zaczęło się dziać śmiesznie, bo otrzymywali spore ilości mail, czy telefonów z opisami i filmami z opisem i wyglądem spraw pod Standing Rock.  Szeryf z Gallatin County w Montanie także wysłał wsparcie i po doinformowaniu się w sytuacji zwyczajnie zawrócił swoich podwładnych z drogi. Siły z innych hrabstw były wycofywane przed czasem, albo zupełnie odwrotnie, stanowiły aktywne wsparcie z pełnym obrazem sytuacji. Jak np. w Minneapolis, gdzie po wysłaniu sił gubernator otwartym tekstem potępiała działania szeryfa. Co przekłada kryzys na politykę wewnętrzną innych stanów.

Najważniejsza w tym wszystkim jest dynamika kryzysu. Corps of Engineers już wydał oświadczenie, że nie ma zamiaru usuwać protestujących siłą. Gubernator był po tym tyleż zabawny, co bezczelny. Wydał nakaz ewakuacji (tylko takie narzędzie prawne mu pozostało) z powodu "zagrożenia życia i zdrowia". No tak, mrozy na prerii to nic przyjemnego. Tylko, że jakby tego nie zauważał, gdy podległe mu siły polewały wodą ludzi na mrozie. Może pod wpływem tych wydarzeń nabrał wrażliwości.

Sytuacja jest taka, że dla dalszej budowy albo gubernator, albo prezydent będzie musiał po prostu wydać rozkaz szturmu na obóz i chroniąca go brygadę weteranów. 
Obecny prezydent takiego rozkazu nie wyda. Unika całej sprawy i umywa ręce, ale na pewno nie wyda rozkazu użycia siły w interesie nafciarzy.
Gubernator to inna sprawa. Zrobiłby to bardzo chętnie, ale zaczyna być za słaby i czas działa na jego niekorzyść, choć zapewne liczył, że zima sama załatwi sprawę. 

Nie załatwi. Ostatnią faktycznie istniejącą możliwością jest prezydent Trump. Jeśli protestujący dotrwają do 20 stycznia, to zapewne zobaczą Gwardię Republikańską. Znów- ich byłych kolegów z wojska, z rozkazem prezydenta.

A wiecie co jest najlepsze? Donald Trump jest udziałowcem w tym rurociągu.

I reakcja społeczeństwa USA na użycie siły przez prezydenta w obronie jego własnej inwestycji, przeciwko pokojowym protestującym będzie prawdziwym testem tego, jak źle jest. A może jak dobrze?

Oczywiście jest też teoretyczna możliwość, że Obama zauważy jakiś problem i po prostu cofnie zgodę na budowę przepustu pod rzeką, co Corps of Engineers jak najbardziej mogą zrobić. Nie raz pokazał, że przy odpowiedniej ilości hałasu robi to czego oczekują dowolni protestujący.

P.S.

Zaledwie chwilę po opublikowaniu, życie dopisało następny rozdział. Jednak decyzją prezydenta Obamy, CoE zawiesiło zgodę na przepust pod Missouri i przeprowadzi analizę zagrożeń dla środowiska. Co potrwa co najmniej kilka miesięcy, upłynie czas na który został wynajęty sprzęt do budowy rurociągu i jeśli zostanie zbudowany, to dużo wyższym kosztem. Choć wtedy zapewne rozpocznie się dalsza część blokady.

P.P.S.

Z punktu widzenia klimatu może się wydawać, że transport ropy rurociągiem jest lepszy niż ciężarówkami. Oczywiście, że jest. Ale problemem nie jest transport. Ta ropa, skoro została wydobyta i tak zostanie gdzieś spalona, co za różnica gdzie. Problem polega na tym, że powinniśmy my wszyscy, jako ludzkość, całkowicie zakończyć wszystkie inwestycje w paliwa kopalne, na każdym szczeblu. Jeśli kapitał i polityce tego nie rozumieją, to dobrze by było, aby rozumieli to przynajmniej ludzie. Nie tylko brak nowego rurociągu, ale też nie zbudowanie kolejnej stacji benzynowej, a nawet zaprzestanie budowy wagonów do transportu węgla sprawia, że cała ta niszcząca naszą planetę infrastruktura staje się mniej wydajna oraz pozostaje więcej kapitału na potrzebne inwestycje.

Z okazji Dnia Niepodległości


Cele polityki zagranicznej nowej administracji USA są zupełnie jasne. Jest m.in. to maksymalne napchanie kieszeni oligarchów naftowych. Nie zostało to sformułowane w ten sposób, ale dokładnie to jest cel. Oczywiście bankowych i pozostałych też, o czym świadczą prawdopodobne nominacje.

Aby to osiągnąć należy  załatwić dwie sprawy- jak najbardziej ułatwić wydobycie w USA i każdym innym miejscu pozwalającym transferować zyski do amerykańskich koncernów oraz spowodować podwyższenie i utrzymanie wysokich cen ropy. To wszystko. Reszta jest lipą dla utrzymania władzy. Ale ta lipa będzie mieć kształt klasycznego faszyzmu. Budowa infrastruktury finansowana długiem, służąca wyłącznie prywatnemu interesowi lub nie służąca niczemu i nikomu. Raczej to pierwsze, bo już w zapowiedziach pojawia się Partnerstwo Publiczno- Prywatne. To taka ładna nazwa dla budowania prywatnej infrastruktury za państwowe pieniądze. Oczywiście to będzie oznaczać jakiś ruch w biznesie, jakieś nawet względnie przyzwoitych miejsc pracy. Nic, co może mieć znaczenie w przyszłości, ale coś co może mieć znaczenie w wyborach w 2020 roku. A to jest ważne, bo 4 lata polityki Trumpa świat jakoś przeżyje. 8 to może być za dużo. 

Sytuacja na światowym rynku ropy wygląda tak, że jest nadprodukcja. Więcej wydobycia niż klientów, nikt nie chce dobrowolnie obniżyć wydobycia, OPEC nie potrafi się porozumieć. Do tego nałożyło się zdjęcie sankcji z Iranu i szybko zwiększająca się tam produkcja. 

Aby doprowadzić z powrotem do cen w okolicach 100 USD za baryłkę trzeba poczekać na wzrost światowego zużycia i nie zwiększać wydobycia aż rozładuje się glut. Zapewne i tak by się to stało za 2-3 lata i ceny ropy zaczęłyby nieco rosnąć.

Druga możliwość to pomóc tym zjawiskom. A jeśli jednocześnie chce się zwiększać wydobycie, to trzeba im bardzo pomóc.

W wersji pokojowej oznacza nagły i szybki wzrost ilości pojazdów spalinowych i ich zużycia paliwa. Na dziś jest to raczej nierealne, teoretycznie możliwe jedynie w Chinach, które właśnie rozpoczynają zakrojony na chińską skalę plan zastępowania pojazdów spalinowych elektrycznymi. Zanim będzie działać na pełną skalę zużycie paliw płynnych będzie rosnąć, więc i tak pewnie lata 2019-20 będą i byłyby w każdym przebiegu wydarzeń czasem drogiej ropy, ale to na zasadzie łagodnego wzrostu i relatywnie krótkotrwałego odbicia. 

Ale "making America great again" oznacza dominację USA na rynku nafty tu i teraz, a nie średnie ceny za 2 lata.
Aby to osiągnąć, potrzebne są inne metody.
A konkretnie eliminacja części produkcji i/lub dostaw na rynek międzynarodowy z jednej strony, oraz zwiększenie popytu z drugiej.
To pierwsze można osiągnąć przez: sankcje dla Iranu lub innego państwa naftowego. Zbombardowanie pól naftowych i destabilizacja dowolnego państwa naftowego. 
Na to drugie jest sprawdzona metoda- wojna. A jak jeszcze doprowadzi do sankcji wobec państwa naftowego to jeszcze lepiej. Nawet zostało wprost wskazane, że chodzi o zerwanie porozumienia z Iranem i sankcje wobec Arabii Saudyjskiej.

Choć wcale nie jest wykluczona, a nawet bardzo prawdopodobne, że wobec wprost wyrażonej groźby ataku militarnego zarówno KSA, Iran, jak też inne państwa Zatoki natychmiast zgodzą się na ograniczenie wydobycia. I to bardzo poważne.

A teraz druga, ale powiązana sprawa związana z nowym rządem USA. Pierwszą linią obrony Polski jest Ukraina i państwa bałtyckie. Jeśli one będą bezpieczne i niepodległe, Polsce nic nie grozi. Ukraina na razie się broni, ale jeśli ceny ropy wzrosną powyżej 100 USD za baryłkę, to relacja sił pomiędzy Ukrainą i Rosją będzie zupełnie inna. I albo obecny rząd się załamie, społeczeństwo popadnie w marazm i wróci do wybierania prorosyjskich złodziei, tak jak to się stało w Gruzji albo po prostu nastąpi inwazja w pełnej skali, bo Rosja będzie bezkarna. 

Dla Polski jest to pierwsza linia obrony. Która zależy nie tylko od siły militarnej, ale też od dyplomacji. Pierwsze w obecnych warunkach ma dużo wspólnego z ceną ropy. Dyplomacja to oczywiście realne gwarancje bezpieczeństwa dla państw bałtyckich i sekowanie, usuwanie ze wspólnoty międzynarodowej każdego, kto w ogóle odważy się kwestionować ich niepodległość. Bo Polska jest następna w kolejności. Kto dziś kwestionuje prawo do istnienia Litwy, Łotwy czy Estonii jednocześnie niszczy pierwszą linie obrony Polski. Obowiązkiem każdego polskiego patrioty jest takie osoby wskazywać i w miarę swoich możliwości zwalczać. Szumne słowa, ale mówimy już wprost o niepodległości



A teraz cytacik:  “Estonia is in the suburbs of St. Petersburg. The Russians aren’t gonna necessarily come across the border militarily. The Russians are gonna do what they did in Ukraine,” he said. “I’m not sure I would risk a nuclear war over some place which is the suburbs of St. Petersburg. I think we have to think about what does this stuff mean.”
Estonie to przedmieścia St. Petersurga. Rosjanie niekoniecznie przekroczą granicę zbrojnie. Zrobią to, co zrobili na Ukrainie. Raczej nie będziemy będziemy ryzykować wojny nuklearnej o jakieś miejsce na przedmieściach St. Petersburga. Myślę, że powinniśmy jeszcze się zastanowić jakie to wszystko ma znaczenie."
To jest podważanie niepodległości Estonii dokładnie i wprost. Zielone światło dla Rosji. Likwidacja pierwszej linii obrony polskiej niepodległości.
Autorem tych słów jest Newt Gingrich, przyszły Sekretarz Stanu (Minister Spraw Zagranicznych) USA. Kurtyna.


Mamy praktyczną pewność bardzo aktywnej polityki USA dla zrobienia wszystkiego, aby w budżecie Rosji były duże pieniądze oraz zdjęcie gwarancji militarnych USA wobec naszych kluczowych sojuszników i kwestionowanie ich niepodległości. 
Czy może być gorzej? Na dziś chyba nie. Jutro- tak. 

O finansowaniu partii i co z tego wynika

O powiązaniach Trumpa z Kremlem jest wystarczająco głośno, aby każdy kto chce już usłyszał. Medialne tuby propagandowe już roznoszą teksty "i co z tego?" oraz "Clinton też", a co większe bałwany nawet w to wierzą. 
Są to bardzo, bardzo rożne sytuacje. 
Zacznijmy od podstaw: w USA nie ma żadnego finansowania partii politycznych z budżetu. Ani dotacji na działanie w żadnej postaci, ani czasu antenowego w publicznych mediach, ani nawet jakikolwiek miejsc, gdzie partie polityczne mogą prezentować bezpłatnie swoją agendę. 
To w skrócie oznacza, że skądś trzeba mieć naprawdę duże pieniądze, aby w ogóle funkcjonować w polityce. To oznacza, że zarówno sami politycy, jak też, jeszcze bardziej, partie polityczne muszą, po prostu muszą dogadywać się ze sponsorami i lobbystami, aby w ogóle działać. Część, drobna część polityków jest na tyle charyzmatyczna, rozpoznawalna i ma opinię bycia przyjaciółmi szerokich mas, że może się bez tego obejść i finansować swoją działalność polityczną dzięki masowemu wsparciu przeciętnego społeczeństwa. Ale to są absolutne wyjątki, zawsze były i zawsze tak będzie. Kto twierdzi inaczej, ten nie bardzo zdaje sobie sprawę ze skali potrzebnego kapitału oraz, co najważniejsze, wysiłku jaki trzeba włożyć w pozyskanie, a jeszcze bardziej różnicy tego wysiłku dla pozyskania pieniędzy od małych darczyńców v. dużych sponsorów i lobbystów. Zwłaszcza ci ostatni sami przychodzą i wciskają forsę. 
Cyniczną ostatecznością w takim systemie jest stworzenie partii politycznej, która faktycznie jest biurem sprzedaży ustaw i koncesji. 
Jest to system polityczny znany i z Polski, zwłaszcza sprzed regulacji dotyczących budżetowego finansowania partii politycznych. Najbliżej ideału komercyjnej partii politycznej był chyba Kongres Liberalno- Demokratyczny, ale większość polskiej sceny politycznej lat 90-tych daleko nie odbiegała.

Odrzucając wszystkie pojedyncze decyzje (bo wynikały one z konkretnych interesów w danym czasie i miejscu), śmiało możemy porównać dzisiejsza Partię Republikańską właśnie do KL-D. Żaden jasny, spójny i konkretny program nie istnieje. Istnieją za to pojedyncze interesy.
Tak jak w czasach udziału KL-D w rządach, kiedy jednym z elementów programu było przekazanie prasy lokalnej w ręce kilku niemieckich koncernów, tak i tego typu rzeczy są nawet opisane w programie Republikanów. Swoją drogą kwestią prasy akurat zajmował się jeden z bardziej ambitnych działaczy tej partii, później znacznie bardziej znany i rozpoznawalny dzięki kaszubsko brzmiącemu nazwisku i niezwykle rzadko spotykanemu w Polsce imieniu.
Prawdopodobnie istnieli ludzie, którzy brali deklaracje i kampanię marketingową liberałów za dobrą monetę, ale na szczęście nie było ich zbyt wielu. "Gdańscy liberałowie" w czystej postaci już nie mieli czego szukać w polityce, później zawierać kompromisy ze środowiskami które miały jakiekolwiek spójne poglądy i możliwość przekonania wyborców na zasadzie innej niż nachalnego marketingu. To jest wyższa forma organizacji politycznej. Połączenie jakiś, jakichkolwiek, realnie istniejących środowisk, zainteresowanych życiem politycznym z ideą sklepiku z ustawami i koncesjami. W mniej więcej taki sposób powstała Unia Wolności, jako nowa jakość wynikła z połączenia dwóch kompletnie skompromitowanych partii. Na jedne wybory wystarczyło zanim tę partię znów wyborcy posłali w ch... Ale były i pieniądze, jak zawsze, i jakaś baza oddanych wyborców, więc można było dalej działać, potem znowu zmienić szyld, i tak dalej.
Bardzo, bardzo podobną instytucją jest Partia Republikańska. Ciężko o ustalenie jakiejkolwiek spójnej ideologii, czy wizji państwa lub społeczeństwa reprezentowaną przez tę grupę polityków. 
Za to reprezentacja konkretnych interesów- aaa, to zupełnie inna sprawa. Wiadomo, że chodzi o to, aby przemysł naftowy, zbrojeniowy i branża amerykańskiej pseudoopieki medycznej zarabiały jak najwięcej, a w szczególności zarabiać mają udziałowcy firm w tych branżach. Za to politycy biorą pieniądze dokładnie od tych udziałowców. 
Na dziś pewna komplikacja polega na tym, że to wszystko powoli przestaje działać. Idea nachalnej propagandy, którą przykryje się zwyczajne złodziejstwo jest tylko na tyle dobra, na ile skuteczna jest propaganda. W epoce kontrolowanej przez rząd prasy a następnie telewizji to mogło działać zupełnie dobrze. I działało. Całkiem spora część publiki wyczuwała fałsz, lecz poza oddaniem władzy drugiej partii nic się nie dało zrobić. Druga partia działa w takim samym systemie, więc nie może się dużo różnić. Jednak jeśli jedna z partii jest po prostu sklepikiem z ustawami, to te osoby, które mają zamiar służby publicznej w większości znajdują się w tej drugiej. Wśród innych jej działaczy, na przykład tych, którzy muszą zawierać umowy ze sponsorami i znajdować fundusze na działalność polityczna. 

To pokazuje jak ważne jest finansowanie partii politycznych przez państwo. Najlepiej z budżetu, ale pewnie inne metody jakoś by działały. Tak czy inaczej, partie i politycy powinny być odcięci od lobbystów, a skądś pieniądze muszą mieć.

Ale powyższy opis jest stanem statycznym. Dołóżmy do tego odrobinę dynamiki w postaci coraz lepszej komunikacji między ludźmi z pominięciem masowych mediów. Najbardziej ordynarne kłamstwa i naciąganie publiki w epoce gazet i telewizji mogło zupełnie dobrze działać. W epoce Twittera polityk, który swoją zarozumiałością przykrywa brak minimalnego rozumienia świata i działanie wyłącznie jako marionetka lobbystów staje się nie mężem opatrznościowym, a obiektem kpin. I to bardzo szybko. 

Stąd dla partii "sklepik z ustawami" rozwiązania są dwa. z których jedno jest niemożliwe. Pierwsze rozwiązanie to przyjąć jakąś ideologię, która może mieć związek z działaniem na rzecz dobra wystarczająco dużej grupy wyborców. To jest niemożliwe, bo oznaczałoby zmianę filozofii działania. Dlatego pozostaje opcja druga, czyli więcej tego samego. Aby zamieszać w głowie wystarczającej liczbie wyborców potrzeba było spowodować dezorientację w debacie publicznej oraz doprowadzić ją do pewnego poziomu agresji, aby nie można było prowadzić normalnej debaty (bo w spokojnej dyskusji politycznej ktoś mógłby zapytać o konkrety, zwłaszcza dotyczące interesów sponsorów). W epoce telewizji wystarczyło mieszać za pośrednictwem wystarczająco głupiej i agresywnej publicystyki telewizyjnej. W epoce Internetu trzeba tę dezorientację i agresję wznieść na znacznie wyższy poziom. 
W epoce telewizyjnej wystarczały odpowiednie kontakty z mediami. Często sama idea "sklepiku z ustawami" już to załatwiała automatycznie, bo właściciele mediów tez byli zależni od tych samych sponsorów z wielkimi pieniędzmi. W epoce Internetu to nie wystarcza. Na rozbijanie dyskusji publicznej, czyli mieszanie w głowach i promowanie agresji potrzeba znacznie więcej pieniędzy i możliwości. To oznacza, że trzeba sprzedać więcej i drożej. Targować się, ale nie przejmować niczym i nikim. 
I w taki oto sposób przebyliśmy ewolucję Partii Republikańskiej od Ronalda Reagana do Donalda Trumpa. Aktora, który miał swoją historię sukcesów, dobrą grą przykrywał prywatyzację wszystkiego i dokładne rozwalanie państwa w imię interesów wielkich koncernów. Ale nie sposób mu było zarzucić braku patriotyzmu, czy robienia działań sprzecznych z podstawową racja stanu. Owszem, większość polityki wewnętrznej była nastawiona na zwiększanie długu, niszczenie amerykańskiego przemysłu i klasy średniej, ale od szkodzenia masom społeczeństwa do zdrady kraju jest bardzo daleka droga. 

A dziś mamy Donalda Trumpa. Faceta, który całym swoim życiem udowodnił, ze w kategorii niemoralnego traktowania kontrahentów i nachalnej sprzedaży nie ma dla niego granic. Pozbycie się lokatorów przez olanie utrzymania budynku- nie ma sprawy. Nie zapłacenie podwykonawcom- a co za problem?  Taktyczne bankructwa aby wyrolować wszystkich? No big deal.
Poziom agresji w zachowaniu prywatnym i publicznym- nie do przebicia. 

W skrócie- kandydat zupełnie idealny dla partii politycznej działającej na zasadzie skorumpowanego biznesu, kiedy sprawy zaczynają iść źle. Prawdziwy problem polega na tym, że kiedy miejsce to zajmie właśnie prawdziwy fachowiec od konfliktowania wszystkich z wszystkimi i brania każdej możliwej forsy w każdy możliwy sposób, to jego klęska będzie już ostateczną kompromitacją. Dalej nie ma nic. Jest albo uczciwa dyskusja polityczna w celu rozsądnego kierowania państwem, albo destrukcja do poziomu delegitymizacji, czy wręcz dehumanizacji przeciwnika. Albo marginalizacja partii działającej w taki sposób. Tak jak znikł KL-D (choć niestety jego działacze wrócili), tak i ma szanse zniknąć Partia Republikańska. Na razie taka perspektywa jest zbyt odległa i wydaje się niemożliwa, ale naprawdę kandydatura Trupa jest tak ekstremalna, że dalej wszystko może się wydarzyć.
Zaczynając od faktycznego podziału GOP na dwie części- jedna sponsorowaną przez braci Koch oraz Rosję i drugą, która ma jakiś umiar w tym od kogo bierze forsę. Kampania wyborcza potrwa jeszcze trzy miesiące. Każdego dnia poziom konfliktu i agresji będzie rósł, ale i każdego dnia umiarkowani będą uciekać z obozu Trumpa, a jego zwolennicy konsolidować się w sekcie. 
Będzie zabawnie. Co prawda bardzo mało zabawnie gdy wygra, i to dla nas wszystkich, ludzi na świecie, ale przynajmniej w kampanii można się trochę ubawić.  

A tu dla przypomnienia kilka słów o polityku, który wiedzę miał podobną, znacznie więcej sprytu, ale nie odziedziczył miliarda dolarów i nowojorskich polityków, którym tatuś zasponsorował całą karierę:
https://www.youtube.com/watch?v=MbfsdC1Pxlc



Przed wyborami w USA

Trwają prawybory w USA. Dziś jeszcze liczy się 4 kandydatów. Którykolwiek z nich zostanie prezydentem, będzie to jakiś "pierwszy". Pierwsza kobieta na tym stanowisku, pierwszy Latynos, pierwszy Żyd, lub typ łaczący w sobie pierwszy raz w tej skali pokłady ignoracji, bigoctwa i niezrównoważenia emocjonalnego. 

Osoby choć odrobinę interesujące się polityką zapewne bez trudu rozpoznały jako ostanią wymienioną osobę Donalda Trumpa. Jego potencjalny wybór byłby bardzo złą wiadomością dla USA. Człowiek tak kompletnie napakowany chorą wizją świata z jednej strony i pogardzający każdym kto nie jest milionerem z drugiej z całą pewnością rozwali gospodarkę już do końca. Nie żeby dziś miała się kwitnąco, ale widać jaskółki powrotu produkcji do USA, które mocno negocjując z biznesem wywalczyła administracja Obamy (a raczej on sam). Trump z całą pewnością to bardzo skutecznie rozwali. Dla gospodarki i produkcji w USA to będzie katastrofą co najmniej taką jak rządy Reagana. Dla sprawy polskiej ten ostatni postrzegany jest bardzo pozytywnie, jako główny przywódca obozu zachodniego, który skutecznie podciął podstawy istnienia ZSRR, zarówno gospodarcze, jak i propagandowe. Niezależnie od prawdziwości tego obrazu (pytanie na ile pomagano prawdziwej rewolucji "Solidarności", a na ile projektowi "3RP" i na ile były to świadome decyzje polityczne), wiadomo, że Trump w odniesieniu do Polski i reszty Europy Środkowej będzie po prostu wchodzić w d... Putinowi. Dziś to zapowiada i wierzę, że zrealizuje.
Perspektywa, sama możliwość wygrania przez Trumpa wyborów prezydenckich oznacza dziś dla Polski bardzo poważny problem. Mianowicie można i należy założyć, że w ciągu pierwszych tygodni lub miesięcy jego rządów będzie skłonny do ulgowego traktowanie Rosji, a nawet nie realizowaniu zobowiązań sojuszniczych przy wojnie hybrydowej. Jeśli Trump będzie nominowany z jakąkolwiek szansą na zwycięstwo w wyborach to oznacza, że na 20 stycznia 2017 Rzeczpospolita musi mieć wojsko gotowe i wystarczająco silne dla odparcia "zielonych ludzików", jak też udzielenia poważnej pomocy w wyparciu ich z państw nadbałtyckich. Dziś takiej armii nie ma. To oznacza wyścig z czasem. Przy okazji- każdy może w nim pomóc. Ci na miejscu mogą wstępować do nowej obrony terytorialnej lub uczestniczyć nowych przetargach dla armii. Potrzeba wszystkiego. Nasza diaspora może i powinna dbać o opinię o kraju na najdziwniejszych miejscach świata. Oraz przypominać, że Rosja to bandycki kraj, rządzony przez zbrodniarzy i terrorystów. A w USA zrobić wszystko co się da, aby nie dopuścić do zwycięstwa tego palanta.

Kolejny z kandydatów na kandydata to Rafael Edward Cruz, zwany Ted. Właściwie jedyne co można o nim powiedzieć, to "Trump light". Bohatersko stawia opór dorobkowi naukowemu 20 wieku, o obecnym nawet nie wspominając. Dopuszcza jednak pewne kompromisy z dzisiejszą rzeczywistością, więc jest przynajmniej częściowo akceptowany przez media i opinię publiczną. Czyli też tragedia, ale nie aż taka. Zresztą bycie w obecnych czasach republikaninem w USA to jest pewien objaw upośledzenia społecznego i umysłowego. 

Słowo- klucz: upośledzenie społeczne. To wyjaśnia całkiem sporą część tych wyborów. Aby ją zrozumieć musimy się na chwilę cofnąć do historii. Dość zamierzchłej. W czasie "Krwawego Kanzas", które było wstępem do wojny domowej w USA, Partia Demokratyczna stała się ostatecznie reprezentacją południowej oligarchii. Wojna domowa się zakończyła, południowa oligarchia w skali kraju została złamana, ale lokalnie zachowała praktycznie pełnię wpływów. W tym w lokalnych władzach i mediach. Ta przewaga pozwoliła na metamorfozę. Prawie w stylu 3RP. Mianowicie wystarczyła, aby przekonać do siebie biednieszą część społeczeństwa. A klasa średnia południa USA stanęła przed wyborem- czy opowiedzieć się za partią północnej antyspołecznej oligarchi, czy za partią południowej oligarchi wspartej południową biedotą. Sytuacja w 20 wieku jednak znacznie się zmieniła. Napływ imigrantów do północnych stanów spowodował tak olbrzymią różnicę potencjałów demograficznych i wyborczych, że partie musiały konkurować o głosy rolników i robotników Północy aby nadal liczyć się w grze. Partia Demokratyczna stała się reprezentacją, mniej lub bardziej skuteczną, drobnych producentów i niższej klasy średniej w ogólności. Republikanie stali się tymi dawnymi Demokratami, czyli oligarchią żerującą na głosach biedoty. Jednak w miarę kurczenia sie klasy średniej i ogólnej pauperyzacji w 21 wieku wzrosła konkurencja o głosy tych najmniej świadomych wyborców, pozbawionych chwili czasu na zastanowienia się nad sprawami państwowymi, jedynie zmuszonymi do pogoni za każdym dolarem aby jakoś przeżyć. 
Najbardziej jest to widoczne w najbiedniejszych częściach kraju, co z grubsza rzecz biorąc pokrywa się z dawną granicą niewolnictwa. Co bardzo ciekawe i niesamowicie znaczące- dokłądnie tak samo wygląda granica pomiędzy głosowaniem na Clinton a na Sandersa w prawyborach Demokratów. 
Jak ktoś nie wierzy tu mapa:
Zielony- Sanders, żółty- Clinton. 
Zauważmy, że głosowały już prawie wszystkie dawne stany niewolnicze i prawie żaden północny (licząc populacją, czyli też głosami elektorów). W dwóch stanach północnych o włos wygrała Clinton i za obydwoma tymi sukcesami snuje się zapach cudów nad urną. Z tego zapachu można się domyslić, że to  Clinton jest zdecydowanie bardziej lubiana przez establishment organizujący prawybory. W największym skrócie jest chyba najbardziej mainsteamowym kandydatem, którego można sobie wyobrazić. Pomimo płci innej niż wszyscy dotychczasowi prezydenci. 
Jednak, jeśli mam rację, to ostatnie wybory w których przy podziale wzdłuż linii niewolnictwa kandydat Południa miał jakiekolwiek szanse odbyły się w 1860 roku. Dziś też nie wróżę Clinton wielkiego sukcesu. A dokładniej żadnych sukcesów na Zachodnim Wybrzeżu, w Nowym Jorku, czy Illinois. A to te miejsca decydują, pomimo dzisiejszego prowadzenia Clinton. Tak, wiem, że wszyscy już skreślili Sandersa. Ja nie i co mi zrobicie?

To oznacza wybory Sanders- Cruz lub Sanders- Trump. W drugiej wersji bym sie specjalnie nie przejmował. Z Trumpem może przegrać tylko Clinton. Znaczy, jeśli by została wtłoczona w rami "reprezentatna Południa" . W każdym innym przypadku każdy z nim wygra. Amerykanie naprawdę są głupi, ale nie aż tak.

Jeśli wybory będą pomiędzy Sandersem a Cruzem to bedzie realny i ciekawy wybór. 
O Cruzie już wspomniałem. Warto jeszcze wspomnieć, że w razie jego wyboru bedzie sprawa sądowa jego biernego prawa wyborczego, bo jest urodzony w Kanadzie i w najzabawniejszym przypadku kolejne wybory. Ale na unieważnienie wyboru bym nie stawiał. Prędzej na zwycięstwo Sandersa. Ten ostatni kandydat w kategoriach społecznych i ekonomicznych jest zwolennikiem socjalizmu w skandynawskim stylu. W kategoriach  polityki energetycznej i klimatycznej jest radykalnym zwolennikiem zaprzestania używania paliw kopalnych. W obu tych kwestiach zgadzam się z nim całkowicie. Ma zresztą całkiem dobry dorobek, bo jako burmistrz Burlington (stolicy stanu Vermont) przestawił lokalny zakład energetyczny całkowicie na energię odnawialną, jeszcze w latach 80-tych. Takie podejście w skali USA gwarantuje niski i zmniejszający się popyt, czyli niskie ceny ropy i gazu, czyli zagłodzenie sponsorów terroryzmu. Ktoś jeszcze woli Republikanów, nie widzę?
W kwestii polskiej- nie bardzo można znaleźć wypowiedzi jednego lub drugiego, ale oboje (chyba) rodzice Sandersa pochodzą z Polski. Niedawno był na grobach swoich dziadków i z całą pewnością orientuje się w historii i wzajemnych zależnościach. Niestety, języka polskiego nie zna, prędzej jidish. Ale przynajmniej nikt mu nie wmówi, że tradycyjnie antysemicki sposor terroryzmu, dziś objęty sankcjami, zawsze był miłośnikiem stabilności i pokoju.  Lub, że polscy antysemici w 1942 roku zbudowali sobie obóz w Oświęcimu, bo tak im się podobało. 

Moim zdaniem to jest najlepszy możliwy wybór zarówno dla USA, świata, jak tez Polski. Choć  zapewne będzie dokładnie to samo co z Kennedym. Kacapstwo wyczyta, że prezydentem został jakiś mięczak i zacznie od wypróbowania. A później przyda się dobra ochrona.
I tym optymistycznym akcentem pozostaje pozostawić część wniosków Czytelnikom.