Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolej. Pokaż wszystkie posty

Marzenie pionierów kolei staje się faktem, czyli tory łączą cały świat

Dzisiejszy wpis tematyką bardziej pasuje do Rewolucji Energetycznej, ale tu mnie dawno nie było, a sprawa ma więcej aspektów politycznych, niż technicznych, więc zostawiam.

Brytyjscy pionierzy kolei, a raczej biznesmeni kolejowi, mieli wielkie marzenie -- połączyć koleją Wyspy Brytyjskie z perłą w koronie Imperium, czyli Indiami. A jeszcze lepiej -- także z Hongkongiem. Teoretycznie takie połączenie istnieje od lat, ale z kolejnymi przeprawami promowymi, zmianami rozstawu szyn i innymi ulepszeniami jest całkowicie bezużyteczne jako środek taniego i szybkiego transportu.

Cóż, obecnie sytuacja się zmienia. Co prawda ani brytyjski kapitał, ani nawet inżynierowie nie maja z tym praktycznie nic wspólnego i też droga niezupełnie będzie prowadzić do Indii.  
Otóż właśnie trwa lub rozpoczyna się budowa lub poprawianie paru odcinków linii kolejowych. Zadziwiającym zbiegiem okoliczności jest lista tych odcinków, gdzie wszystkie przeszkody znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a problemy z finansowanie są nieistniejące. 

Niedawno (jakoś w listopadzie) oddano do użytku nowy dworzec kolejowy we Wiedniu. Dzięki temu wzrosła przepustowość całego węzła, w tym możliwość przejazdu pociągów szybkiej kolei na liniach południkowej i równoleżnikowej. Oraz przepustowość towarowa. Dalej na zachód oczywiście mamy rozbudowana sieć połączeń kolei klasycznej i szybkiej, na zachód aż do Szkocji, na południe niedługo ruszy linia standardu 320 km/h Tangier- Casablanca (choć tunelu pod Gibraltarem nie ma i będzie najwcześniej za 15 lat). Ale ruszamy z Wiednia. Na wschód. Teoretycznie linia do Budapesztu jest częścią projektowanego europejskiego korytarza szybkiego ruchu i jako taka będzie trzymana w wysokim standardzie a tory do Budapesztu zawsze będą w dobrym stanie, o co ma dbać UE.

Także w zeszłym roku rozpoczęto budowę kolejowej towarowej obwodnicy Budapesztu. Pociągi towarowe już nie będą przejeżdżać przez centrum miasta i blokować węzła. Także na Węgrzech jest modernizowany tor w kierunki Belgradu. Do tego miejsca oczywiście większość inwestycji jest dofinansowywana przez Unię Europejską, a pomoc organizacji spoza UE jest bardzo trudna do uzyskania, by nie rzecz niemożliwa.

Jedziemy dalej, najlepsze ukształtowanie terenu dla kolei jest w stronę Belgradu. Linia w trakcie ulepszania. Jesteśmy na granicy UE, w Serbii, od granicy węgierskiej do Belgradu, to inna sprawa. Także trwa modernizacja, co prawda do nie tak wielkich prędkości, bo maksymalnej 160 km/h. Ale za to Serbom udało się ją sfinansować w sporej części z grantów. Co dość zadziwiające granty pochodziły z Chin. Chińczycy mają raczej zwyczaj pożyczać pieniądze i jeszcze te kredyty trafiają w całości do chińskich firm zatrudniających wyłącznie chińskich robotników, czyli kredytobiorcy mają co prawda zbudowana infrastrukturę, zazwyczaj dobrze i  tanio, ale żadnego impulsu dla gospodarki, tylko odsetki do spłacania. Cóż, zapewne skośnookim trochę zależało.

A dlaczego mogło im zależeć na połączeniu prowincjonalnego Budapesztu z zadupiem Belgradu? Bo linia kolejowa idzie dalej. Z powrotem do Unii Europejskiej, czyli Bułgarii, gdzie co prawda nic nie jest robione, ale i  odcinek wkrótce dociera do nowej granicy, Turcji. Już poza UE, więc można brać kasę od Chińczyków. I biorą. Chińska forsa się szybko i łatwo znajduje na całą główną linię, od granicy z Bułgarią do granicy z Iranem.. Akurat sami wpadli na pomysł, że potrzeba zbudować tunel pod Bosforem, linię szybkiej kolei ze Stambułu do Ankary i następnie dalej do Kars. Oraz połączenie stałą linią kolejową do Iranu. Obecnie istnieje tylko prom przez jezioro Van. Ale linia je omijająca jest w budowie. Z forsą nie ma żadnych problemów, to budują....
 W taki sposób po zakończeniu obecnych inwestycji dotychczasowa linia będzie mogła być w całości towarowa, a pociągi osobowe trasę 2000 km od jednej granicy do drugiej będą pokonywać w mniej niż 10 godzin.

W Iranie jest jeszcze zabawniej. Od dobrych kilkunastu lat trwa tam wielka rozbudowa sieci kolejowej. Ale z racji olbrzymich odległości pomiędzy miastami i trudnego terenu większość to są jednotorowe niezelektryfikowane linie, łączące tylko ważniejsze miasta. Ale jest wyjątek. Linia Tabriz -- Teheran -- Mashad jest dwutorowa, obecnie jest elektryfikowana, a ponadto na tej trasie jest budowana równoległa linia szybkiej kolei. W samym Teheranie w zeszłym roku oddano do użytku kilkukilometrowy tunel linii średnicowej, czterotorowy, drastycznie podwyższający przepustowość węzła. Tu można się domyślić, że prace są sfinansowane chińskimi kredytami i opierają sie na chińskiej technologii.
Ale najciekawsze jest dalej. Z Iranu do Chin droga jeszcze daleka. A co więcej, zachodnie rejony Chin są same w sobie miejscem raczej mało przyjaznym i doskonale pozbawionym jakiejkolwiek infrastruktury. 
To przejdźmy zobaczyć co u Smoka słychać. A słychać to, że najważniejsze połączenie w zachodniej części Chin, czyli linię kolejową do Urumczi zwolniono z ruchu pasażerskiego i będzie przeznaczona w całości do przewozu towarów, ponieważ zakończono budowę 1500 km trasy szybkiej kolei z centralnych Chin. Dotychczasowa linia, jak najbardziej dwutorowa i zelektryfikowana, będzie obsługiwać tylko ruch towarowy. Który z Urumczi może toczyć się dalej do Kazachstanu, gdzie jest przeładowywany na szerokie tory i dalej przez Rosję do Europy, lub za kilka lat nową linią do Iranu. Następna jest linia kolejowa z Urumczi do Aksu, obecnie ulepszana i budowana dalej do Kashgar (to ciągle Chiny, choć nazwy brzmią jak z języków tureckich, i słusznie bo to tereny zamieszkałe przez Ujgurów, czyli Kazachów).
 Ale jeszcze zabawniej jest dalej. Jest planowany tunel i już zaczęło się doprowadzanie linii kolejowej do niego, łączący Chiny przez Kirgistan z Tadżykistanem. (tu już pewnie najtwardsi sprawdzą w końcu na mapie gdzie to właściwie jest). Linia połączy chińska sieć z Duszanbe. Oprócz tego znalazł się chiński kredyt na sfinansowanie linii z Duszanbe przez przełęcz na południe od miasta, w stronę Qurgonteppa. Tą umowę podpisano w grudniu. 

I tu się zaczynają poważne sprawy

Ponieważ między Tadżykistanem a Iranem bezpośredniej granicy nie ma. Lądowe połączenie istnieje albo przez Uzbekistan i Turkmenistan, albo przez Afganistan. Uzbekistanem rządzi bliżej nieznana banda prorosyjskich buców, którzy nic nie rozumieją, jak to kacapy i mają fatalne relacje z wszystkimi sąsiadami, regularnie zamykając granice dla tranzytu. Nawet Chińczycy nie potrafią się z nimi dogadać. Pozostała jedyna możliwość - Afganistan. Cóż, wydaje się, że niestabilny, ogarnięty wojną kraj. A tymczasem z Mashad w Iranie do Herat w Afganistanie nowiutka linia kolejowa już jest i dalej będzie budowana do Mazar i Szarif. Skąd do wyżej wymienione Quronteppe juz brakuje zaledwie około 200 lub 300 kilometrów i jednego mostu. Co prawda jest dopiero wstępne porozumienie, ale tu raczej nikt się nie wyłamie

Z tej linii teoretycznie w Tadżykistanie obowiązuje rosyjski rozstaw torów, ale w praktyce oczywiście to chińczycy zdecydują jaki będzie. A będzie oczywiście chiński, czyli europejski, jak na całej reszcie tej trasy. To oznacza, ze za kilka lat, po raz pierwszy w historii, będzie można przejechać pociągiem ze Szkocji do Chin, nie wysiadając z tego pociągu, który cały czas będzie się toczył na tym samym rozstawie torów. 
Cóż, powie ktoś, przecież od czasów ukończenia transsyberyjskiej jest połączenie lądowe z Chinami. Tak, ale po pierwsze wymaga zmiany wagonów lub wózków jezdnych, co trwa i kosztuje, a po drugie przez długi czas łączyło się z wysokim ryzykiem kradzieży, a do dziś trwają problemy z chorymi praktykami cenowymi i nieprzewidywalnymi czasami tranzytu. To są wszystko problemy, które występują tylko w Rosji i nic dziwnego, że również Chiny potrzebują alternatywnych tras. Co prawda od połowy zeszłego roku, czyli początku dewaluacji rubla, koleje rosyjskie zachowują się znacznie racjonalniej, ale mleko się rozlało. Praktycznie całość tej południowej linii Europa -- Chiny istnieje, jest w budowie lub planowaniu z zapewnionym finansowaniem.
Co ciekawe, widać, że docelowa przepustowość tej linii będzie olbrzymia. Dwutorowa linia, której elektryfikacja na wszystkich odcinkach idzie pełną parą, a w Turcji, Iranie i Chinach istnieje, lub jest w budowie z  równoległą linia szybkiej kolei pasażerskiej. 

Konsekwencje powstania tej linii będą potężne

Brak zmiany rozstawu torów oznacza znacząco tańszy transport towarów. Docelowo można liczyć, że będą to kwoty takie jak koszty frachtu na bardziej konkurencyjnych rynkach przewozów kolejowych, czyli w okolicach 0,01 dolara za tonokilometr. To oznacza ceny za fracht tylko nieco wyższe niż transportu morskiego licząc całą trasą, a na odcinkach do Iranu czy Turcji -- tańsze. Ba, koszty transportu np z Chin na Kaukaz wyraźnie spadną.
Oraz, co ciekawe -- kiedy zostanie zbudowana tylko ta już dziś budowana lub planowana na poważnie część szybkiej kolei, to pociąg pasażerski od granicy bułgarsko -- tureckiej do granicy chińskiej będzie jechać niewiele ponad 24 godziny. Co oznacza pierwszą realną konkurencję dla linii lotniczych w podróżach międzykontynentalnych. Ale sam ruch pasażerski to naprawdę pikuś. Chodzi o towary.
Oznaczać to też będzie, że w tranzycie lądowym Daleki Wschód -- Europa, Rosja przestaje być niezbędnym pośrednikiem. Co patrząc na koszty zmiany rozstawy kół, rosyjską nieudolność w zarządzaniu, złodziejstwo i pozostałe problemy, prawdopodobnie w ogóle przestaną być pośrednikiem.

Dalej konsekwencje też są niemałe. Tadżykistan to najbiedniejsze państwo poradzieckie, którego władza trzyma się na rosyjskich bagnetach, a społeczeństwo jest językowo i kulturowo bardzo bliskie Persom. W momencie jakiegokolwiek osłabienia dzisiejszego reżimu, partia proirańska natychmiast przejmuje władzę i wyrzuca rosyjskie wojska albo rozpoczyna się na nowo wojna. Trudno ja nazwać domową, jak to rosyjskie wojska strzelają do cywilnych powstańców....Stąd zapewne władza już liczy na uzyskanie odrobiny wsparcia dla siebie od Chińczyków, za spokojny tranzyt. A po ewentualnym przejęciu władzy opozycja zapewne jeszcze chętniej i szybciej będzie budować połączenie z Iranem, a zapewne zupełnie chętnie zmieni rozstaw szyn w całym kraju.

Ale jeszcze potężniejsze będą konsekwencje następnego odcinka. Od Mazar-i-Szarif do Herat, czyli Afganistan. To będzie najpoważniejsza inwestycja infrastrukturalna w historii Afganistanu. I pierwsza w historii możliwość taniego wywozu minerałów z tego kraju. Są tam potężne i bogate złoża wszystkiego -- z bardzo prostego powodu, przy geologicznym bogactwie są to jedne z niewielu na świecie nigdy nie eksploatowanych złóż. Bo nigdy nie było infrastruktury. Teraz będzie kolej. Prosto do Chin. I patrząc realnie nigdzie indziej. Chyba, że zachodnie firmy górnicze będą mieć zgodę na tranzyt przez Iran....
Przy okazji, należy subtelnie zauważyć, że w niezbyt odległej perspektywie całość tej trasy będzie zelektryfikowana, a co ciekawe, większość już przebiega przez tereny bardzo zasobne w potencjał energii odnawialnej, a w zachodniej części Chin to energia wiatrowa jest podstawą sieci energetycznej. Iran tak samo przebudowywuje energetykę na odnawialna w całkiem sprawny sposób, Turcja dopiero zaczyna. Czyli można śmiało powiedzieć, ze przy okazji jest to bardzo poważna perspektywa istotnego odstawienia paliw kopalnych w ruchu towarowym i późnej pasażerskim między Europą a Środkowym i Dalekim Wschodem. 
A następną konsekwencją jest, z punktu widzenia Chin, bezpieczeństwo ich szlaków handlowych przed blokadą morską. Co znacząco zmniejsza możliwość ewentualnego szantażu ze strony USA lub Japonii. Dotychczas do kompletności blokady handlowej Chin potrzeba blokady morskiej i utrudnienia tranzytu przez Rosję. Teraz do tej listy dojdzie jeszcze Iran. 

W tym wszystkim właśnie Iran zyskuje status kraju tranzytowego i dopóki Ajatollachowie nie narobią zbyt dużo głupot, tylko na tym zyska. A straci zarabiający na tym samym Kazachstan, bo stamtąd pociągi dalej muszą iść przez Rosję....
To wszystko nie zdarzy się jutro. Zanim powstanie bezpośrednia, całkowicie przejezdna linia minie jeszcze kilka lat, a zanim cały opisany zakres prac będzie zakończony, to zapewne kilkanaście. 
Ale rozwój chińskiej sieci kolejowej jest największym obecnie, a może i w historii świata projektem infrastrukturalnym. I czy nam się podoba, czy nie, ukształtuje ten świat na następne co najmniej dziesięciolecia.

Komicy ze wschodu

Rosyjski rząd dostarcza naprawdę sporo rozrywki intelektualnej. Ja wiem, że Ukraińcom nie jest do śmiechu, ale mimo wszystko zabawnie i przyjemnie jest obserwować jak Pujło z wesołą kompanią odwalają jedną ciężką głupotę za drugą. Zapewne mało kto usłyszał i zauważył ostatni wyczyn duetu Żyrinowski - Putin. Nie, nie mówię o pomyśle zrzucania na Warszawę bomby atomowej. 

Znacznie mniej spektakularne oświadczenia, ale o sile rażenia porównywalnej z sama bombą.
Otóż najpierw Żyrinowski oświadczył, że Kazachstan kultywuje rusofobiczne nastroje i antyrosyjskość tam jest powszechna. Oraz zapytał się kiedy w końcu Rosji zrealizuje swoje roszczenia terytorialne wobec Kazachstanu. To oczywiście był Żyrinowski, którego można zignorować. Ale Pujło potem też się odezwał. Powiedział tylko, że Nazarbajew dokonał wyjątkowej rzeczy, stworzył kraj, który nigdy wcześniej nie istniał. 

Putin po raz kolejny udowodnił, że uczył się  niezbyt pilnie, albo wyłącznie ze stalinowskich książek. Chanat Kazachski istniał i był dość potężnym państwem, w granicach większych niż obecny Kazachstan od końca 15 w. do pierwszych dziesięcioleci 19 w. Później faktyczna niepodległość prawie całej Azji Środkowej trwała od 1916 do 1924-5. Cóż, nie od dziś wiadomo, że rosyjska imperialna propaganda ogłupia także swoich, a Kazachowie tradycje państwowe mają nie tak wiele mniejsze niż Polacy.
Prezydent Nazarbajew odpowiedział dość szybko i jasno Zapowiedział, że nie wyklucza wyjścia z Euroazjatyckiej Unii Celnej, ponieważ Kazachstan nigdy nie będzie członkiem organizacji, które stanowią zagrożenie dla jego niepodległości. A dalej, że niepodległość jest najwyższym dobrem za które walczyli i ich dziadowie. Nie wspominał tu nawet o dawniejszym państwie, tylko o niepodległości od Imperium Rosyjskiego pod koniec jego istnienia i późniejszych walkach z Armią Czerwoną. 
Putin najwyraźniej o tym nie wiedział. A jeśli wiedział to zachował się jak skończony dureń. Bo pozostaje poza tymi dwoma tylko jedna możliwość- próbują wywrzeć presję na Kazachstan, dla ciężko powiedzieć czego. Scedowania części terytorium?
Edit- w komentarzu podano, że kolejność wypowiedzi niekoniecznie była tak jak przytoczyłem. Zmienia to sytuację o tyle, że to nie ta wypowiedź Putina była bezpośrednią przyczyną wypowiedzi Nazarbajewa.

Cóż, zarzuty o antyrosyjskość w Kazachstanie są w sporej części prawdziwe. Od początku Kazachowie uważają zamieszkałych w ich państwie Rosjan za potencjalną piątą kolumnę i starają się wszystkich wyrzucić lub zasymilować. Przy okazji- dotyczy to także innych Słowian, Ukraińców i Polaków. Drobna dygresja- gdyby łaskawie do  Astany pojechał stosowny polski urzędnik z odrobiną oleju w głowie i rozumieniem sytuacji to przypuszczam, że bardzo szybko dałoby się dogadać na zasadzie- już od razu tych Polaków zabieramy, tylko sami rozumiecie, u nas też rządzili komuniści, a wy przynajmniej macie ropę, to rzućcie trochę petrodolarów na osiedlenie i jutro ich zabieramy. 

A co do piątej kolumny- już w 99 (czyli w pierwszym roku putinizmu!!!) roku byłą próba urządzenia w jakimś miasteczku zamieszkałym głównie przez Rosjan powstania i przyłączenia tego obszaru do Rosji. Cóż, władze Kazachskie nie słyną z nadmiaru demokracji i organizator szybciutko otrzymał 18 lat urlopu. W rzeczywistości nie było tak źle, wyszedł po zaledwie 6 latach, w 2006. I zapewne wrócił do pracy w FSB...
A tymczasem rosyjskojęzyczni z Kazachstanu nie bardzo chcą wyjeżdżać, ponieważ z racy relatywnie wysokiego PKB na głowę i bardzo niskich nierówności społecznych (Gini porównywalny do Skandynawii!!!!) poziom życia szerszych warstw społeczeństwa jest wyższy niż w pozamoskiewskiej Rosji. 
Cóż, ta dyskryminacja im idzie całkiem sprawnie, bo jak w 1989 Kazachów i Rosjan była w Kazachstanie bardzo podobna ilość, tak obecnie Rosjan jest ok 20%, a w grupie wiekowej do 10 lat, poniżej 10%. O dzisiejszym poważnym rozwoju stepowego państwa nie wspominając, np. w zeszłym tygodniu otwarto ponad 1200 km nowych linii kolejowych, skracających drogę z Chin do Europy oraz Iranu o 1000 km. Ten rozwój cały czas ma także na celu uniezależnienie się od Rosji jako rynku zbytu i dostawcy. Obecnie też jest w trakcie rozruchu fabryka lokomotyw- m.in. dla zastąpienia rosyjskich dostawców maszyn i części. Choć ogólnie kolej jest absolutnie strategiczną częścią kazachskiej gospodarki.

Jedno z wyjaśnień może być zupełnie proste.Ekipa pajaców z Kremla wylądowała w sytuacji bez wyjścia. Nachalna propaganda i udawanie mocarstwa zapędziły ich w sytuację bez wyjścia. Oni zaserwowali społeczeństwu imperialna retorykę i muszą się jej trzymać. Sankcje w ciągu kilku lat zniszczą kompletnie gospodarkę, szans na przełom na froncie na Ukrainie nie widać, wycofać się nie można. Wygrać wojny z Ukraina juz nie wygrają- w żaden sposób.Tą sytuację można rozwiązać wycofując się, jednocześnie rozpoczynając nowy konflikt. Łatwiejszy. Ominąć natowskie państwa nadbałtyckie, z Finlandią lepiej nie zadzierać, pozostaje Azja Środkowa.

Przyznam, że sam niespecjalnie wysoko oceniam prawdopodobieństwo takiego rozwoju wydarzeń. Zdecydowanie bardziej prawdopodobne jest nieuctwo całej moskiewskiej zgrai (bo na to jest wystarczająco poszlak, a nawet dowodów). I ciągnięcie się wojny na Ukrainie jeszcze przez lata. 

Niemcy, Chiny i fabryka musztardy

W kwestii Ukrainy, postawiłem wcześniej tezę, że istnieją tam bardzo poważne chińskie interesy. W skrócie dotyczą one tranzytu. Trochę się powtórzę, ale uważam sprawę za szalenie ważną.

Aby Chiny mogły stać się prawdziwym mocarstwem z jednej strony i zapewnić bezpieczeństwo krajowi i swoim obywatelom z drugiej, musza mieć możliwość bezpiecznego transportu surowców, komponentów i w ogóle handlu zewnętrznego.   Bez spełnienia tego warunku pozostaną jeszcze jednym kraikiem, który flota USA może bezkarnie zablokować i zmusić do takiego lub innego działania. 

Da się to wykonać poprzez zbudowanie floty mogącej się równać z amerykańską. Zasadniczą wadą takiego rozwiązania są obłędne koszty oraz rozpoczęcie wyścigu zbrojeń, co oczywiście drenuje siły i środki z gospodarki, a szczególnie obniża cywilne wydatki inwestycyjne. Tego Chińczycy nie chcą i dlatego nie mają zamiaru iść tą drogą. Częściowe zbrojenia mają oczywiście miejsce, ale do możliwości US Navy w przewidywalnym okresie się nie zbliżą. Jedyne czego po chińskiej flocie i obronie wybrzeża można się spodziewać w przewidywalnym czasie to właśnie możliwości obrony wybrzeża i jakiejś dominacji na najbliższych akwenach. 

Skoro nie planują i nie widzą możliwości obrony szlaków morskich w razie konfliktu- co pozostaje? Szlaki lądowe. Dla przesyłu towarów masowych oraz wszystkiego na olbrzymie odległości oznacza to w praktyce linie kolejowe. 

To akurat w chińskich planach rozwoju jest przestawiane zupełnie jasno i oficjalnie. Oprócz realizowanego na olbrzymią skalę przestawienia Chin na tory, zasadnicze znaczenie ma rozbudowa linii kolejowych poza granicami tego kraju. Oficjalnie takie linie są w planach cztery. Pierwsza do Singapuru, w budowie, druga do Europy południowym skrajem Morza Kaspijskiego jest gotowa, ale wymaga dwóch zmian szerokości torów (na granicy chińsko-kazachskiej i turkmeńsko- irańskiej) oraz przeprawy promowej, obecnie tylko jednej (dzięki tunelowi pod Bosforem) , na granicy irańsko- tureckiej. Planowane lub budowane odcinki kolei w Iraku ominą jezioro Van a w Jordanii (z kolejną zmianą rozstawu) dociągną spójny system do wybrzeży Morza Czerwonego, po którego drugiej stronie znajduje się wielki, własnie budowany system kolejowy Afryki Wschodniej.  Chyba nie trzeba dodawać, ze w każdym z tych przedsięwzięć dominująca rolę odgrywa kapitał chiński?
Kolejne linie są bardziej problematyczne. Co do pomysłu połączenia Azji i Ameryki koleją przez cieśninę Beringa- osobiście uważam to, na dziś, za kompletną fikcję. Technicznie zapewne możliwe, ale tak obłędnie drogie, że nierealne. Zbudowanie kilku/kilkunastu tysięcy kilometrów linii kolejowej przez dzikie i bezludne tereny (znaczy bez żadnych ładunków po drodze), z najdłuższym tunelem podmorskim, przez tysiące kilometrów wiecznej zmarzliny, kilka pasm górskich i to wszystko w sporej części w strefie sejsmicznej.  W połowie tej litanii z ust inżynierów od takiego projektu, księgowi by uciekli z głośnym krzykiem.  

Dlatego własnie sądzę, że opowiadanie o tym pomyśle było tylko kolejnym środkiem nacisku Pekinu na Moskwę, że rząd chiński sam planuje inwestycje na ich terytorium. 

Następna linia o strategicznym znaczeniu ma znaczenie własnie pierwszorzędne. Na północ od Morza Kaspijskiego, czyli przez tereny Kazachstanu i dalej przez Moskwę, Białoruś i Polskę do zachodniej Europy lub przez Kazachstan, południową Rosję (a najważniejsze- Wołgograd) i Ukrainę i dalej Polskę, Słowację lub Węgry do zachodniej Europy. Zasadniczo Polskę, bo już istnieje tor o rosyjskim rozstawie dociągnięty do okolic połączonych z zachodnia siecią autostrad (Sławków).  Budowa drugiego jest planowana pod Wiedniem.  Ten będzie omijać Polskę, tory mają zostać poprowadzone z Ukrainy przez Słowację. 

Najważniejsze w tym wszystkim są dwie rzeczy- już istniejąca infrastruktura, której najdroższymi elementami są mosty (lub tunele) na wielkich rzekach. 

A własnie północna linia jest znacznie ważniejsza dla połączenia Chin z Europą- czyli bardzo istotnej kooperacji przemysłowej, w razie potrzeby alternatywnej drogi przesyłu surowców, a także jest drogą najkrótsza i najprostszą. Z właściwie jedną zmianą szerokości torów- na granicy chińsko- kazachskiej, ale tamtejszy terminal też może działać jako zbiorczy suchy port przeładowujący ładunki z całych Chin. Tak samo Sławków, na tyle blisko od odbiorców, że można przeładowywać pojedyncze kontenery bezpośrednio na ciężarówki.   
W taki sposób dochodzimy do tezy- linia kolejowa  w bezpieczny sposób łącząca Chiny z Europą na północ od Morza Kaspijskiego jest kwestią być lub nie być strategicznego bezpieczeństwa Chin.  Nieco mniejsze, ale podobne znaczenie ma dla Europy, zwłaszcza Niemiec. 
To wszystko wymaga jednak oprócz istnienia infrastruktury też przewidywalnych i odpowiedzialnych podmiotów o nią dbających.  Wzorem takiej współpracy może być Kazachstan, który pod rządami Wielkiego Chana Prezydenta Nazarbajewa przewozi olbrzymie ilości kontenerów, pompuje gaz i ropę dla Chińczyków, intensywnie rozbudowując całą infrastrukturę, a zyski tranzytowe postawiły na nogi to postsowieckie bagno.  Grzecznie bierze na to kredyty z Chin, Kazachskie Koleje Państwowe będą musiały wozić, aby je spłacać.
Z drugiej strony- w Polsce, raczej też nie ma problemów. LHS jest na bieżąco utrzymywana i modernizowana, terminal przeładunkowy działa sprawnie, istniejące szlaki na Zachód także są w jakimś stanie, kolejowe i drogowe. 
Tranzyt przez Ukrainę jest nieco bardziej problematyczny, ale to także nie jest problem.  Zwłaszcza, że obecne władze zapewne wkrótce rozpoczną rozwiązywanie największych problemów- czyli skorumpowanej  administracji, w tym straży granicznej i drogówki. Na szczęście obie te formacje się skompromitowały doszczętnie w trakcie obecnej wojny i prawdopodobnie zostaną całkowicie rozwiązane lub przejdą głęboką weryfikację. Tak samo można się spodziewać pewnej reformy kolei na wzór zachodni. Na pewno będzie utrzymywany w dobrym stanie technicznych korytarz wschód- zachód. Być może znajdą się na to jakieś fundusze unijne lub chińskie....
Dla dopełnienia tego korytarza pozostaje jeszcze Rosja. Państwo, którego władze mają kompletnie gdzieś stan infrastruktury, za dostęp do torów przy przewozach transgranicznych Koleje Rosyjskie żądają absurdalnych stawek, a co najważniejsze- nie można mieć żadnej gwarancji niezmienności  polityki, za to można mieć gwarancję wpływu polityki na najprostsze nawet umowy handlowe. Dodawszy do tego obraz imperialnych zapędów oraz politykę powodującą wręcz nienawiść u wszystkich sąsiadów- jest to obraz państwa rządzonego w skrajnie nieodpowiedzialny sposób. 
Taka sytuacja nie będzie mogła trwać wiecznie. Jest to zbyt ważny strategiczny interes Chin i Niemiec. Zresztą nie po to inwestują olbrzymie pieniądze w rozwój własnej sieci kolejowej (i kazachskiej też), aby pociągi o strategicznej wartości stały tygodniami w stepie, czy były regularnie okradane. Czy co gorsza w imię jakiś neoimperialnych rojeń- granica może być  zupełnie zamknięta z dnia na dzień. Z takimi ludźmi nie da się pracować i jestem zupełnie pewien, że Chińczycy także nie mają zamiaru.  

Co się może dalej stać?

Pierwsza i najprostsza rzecz- zastraszyć do poziomu bezwolnej pacynki. To zasadniczo Chińczycy zrobili z Putinem przed ostatnim szczytem w Szanghaju. Wiceprezydent Li Yuanchao 27 kwietnia, na i tak niezbyt udanym forum ekonomicznym w Petersburgu zaproponował, że skoro Rosja nie może sobie poradzić z zaludnieniem Syberii, to Chiny mogą z tym pomóc. 
Nie musiał wspominać o referendum, Putin i tak podpisał umowę gazową. Przypominam, że Rosja zrezygnowała z ceł eksportowych, na swoim terytorium finansuje całość inwestycji, nawet bez chińskich kredytów, cena sprzedaży jeśli zapewni jakikolwiek zysk, to znikomy. Umowa o budowie kopalni węgla wygląda na jeszcze zabawniejszą. Po prostu, na terenie Rosji, relatywnie blisko granicy, chińskie firmy zbudują kopalnię węgla, połączą ją koleją z chińską siecią i tyle. To jest po prostu najczystszej postaci kolonializm. Nie pisze tu z pozycji żadnego współczucia wobec Kremla czy sympatii. Po prostu przestrzegam przed zbyt pozytywnym postrzeganiem Chin w tym konflikcie. Jest to po prostu mocarstwo, które bezwzględnie realizuje swoje interesy.    
Zastraszenie Putina, najlepiej korzystając z wiecznej ruskiej paranoi, że ktoś im ziemię chce zabrać to najprostsze rozwiązanie, działa i będzie działać. 
Prawdopodobnie jednak władze zarówno Chin, jak też Niemiec zdają sobie sprawę, że w kwestii zarządu rosyjską infrastrukturą tak się nie da. Trzeba wypracować jakieś długoterminowe rozwiązanie. Układ władzy, przynajmniej na interesującym obszarze, który byłby tak wiarygodny i bezproblemowy jak Nazarbajew. 
Dokładniej spójrzmy jeszcze raz na geografię. Możliwe połączenia są dwa- od granicy kazachskiej do ukraińskiej główne linie kolejowe prowadzą albo przez Moskwę, albo przez Wołgograd. Jedna z nich musi być przyzwoicie utrzymana i musza być dopuszczone pociągi zewnętrznych przewoźników. To jest absolutne minimum. Jeśli ktoś usłyszy o udziale niemieckich lub chińskich firm czy kapitału w renowacji sieci kolejowej na południu Rosji- niekoniecznie to musi oznaczać wspomaganie Putina... 
Na dłuższą metę jednak kraj z wbitym na twardo poczuciem mocarstwowości i bomba atomową nie może służyć jako bezpieczny korytarz tranzytowy. Rozwiązanie takie jak z gazem i węglem nie do końca pasuje. 
Pewna poszlaka- jeszcze nie do końca wiem o jakich konsekwencjach, ale w miarę spójnie pasuje. Otóż przemysł Wołgogradu jest faktycznie w stanie likwidacji.  W ciągu ostatnich kilku lat kilkukrotnie bankrutowała i została w 2012 ostatecznie zamknięta fabryka traktorów, dokładnie ta sama w której jeszcze w trakcie walk o sąsiednie ulice w 1942 ciągle montowano T-34. Po sąsiedzku znajdowała się Stalingradzka Stocznia Rzeczna, w której wtedy produkowano pancerze tychże T-34, zbankrutowała w zeszłym roku. Po drugiej wojnie  zbudowano petrochemię. Po ubiegłorocznym bankructwie podjęto decyzję o wygaszaniu produkcji i likwidacji. Jest jeszcze huta aluminium. Firma nie zbankrutowała, koncern ma inne huty, podjęli decyzje o zakończeniu produkcji w Wołgogradzie. Fabryka silników zbankrutowała i została zamknięta także w zeszłym roku.  Fabryka rur małej średnicy w październiku zeszłego roku. Huta stali, która dostarczała stal dla wyżej wymienionych jeszcze działa, ale można się domyślać, że nie bije rekordów produkcji.

Sprawnie działa już tylko fabryka musztardy 

Mówimy o milionowym mieście i zamknięciu większości przemysłu ciężkiego w ciągu kilkunastu miesięcy. To miasto od swojego powstania było ośrodkiem przemysłu ciężkiego i maszynowego, w krótkim czasie przestało być. Porównałem trochę z informacjami z innych regionów- dalej na północ jest źle, ale w żadnym przypadku nie aż tak. Widać spowolnienie przemysłowe, falę bankructw, itp., jednak nigdzie indziej w Rosji nie zbliża się to do poziomu implozji jak w Wołgogradzie. Stawiając sprawę we właściwej proporcji- stopniowo straciło w miarę stabilna i relatywnie dochodową pracę ok 100-150 tys ludzi bezpośrednio i co najmniej drugie tyle w kooperacji i okolicznych usługach. W milionowym mieście. To po prostu musi w średnim terminie oznaczać potężne problemy całej lokalnej gospodarki, w oczywisty sposób emigrację każdego kto ma taką możliwość- przede wszystkim do innych regionów Rosji. Poza tym upadek przemysłu ciężkiego oznacza zmniejszenie obciążenia kolei i spowolnienie zużycia linii.

Dalszy przebieg wydarzeń będzie bardzo ciekawy. Najwygodniejsza dla wszystkich by była eksploatacja w stylu kolonialnym, bez żadnych zmian terytorium, tak np. Karelia jest już dawno w fińskich rękach i kieszeniach.. Jednakże, jeśli rosyjskie władze nie dostosują się do chińskich interesów, to będzie zrobione co potrzeba. Obecne się próbują się stawiać lub, patrząc na przykład Ławrowa, mogą być w ogóle zbyt głupi i niedouczeni aby w ogóle rozumieć co się dookoła nich dzieje.

Poziom wiedzy o świecie i historii prezentowany przez p.Ławrowa nasuwa podejrzenie, że ostatnie działania rządu Rosji mogły także być skutkiem zwyczajnego podpuszczenia, a ten zestaw orłów nie zrozumiał, że jest wystawiany na widelec. To by wyjaśniało całe szaleństwo zajmowania Krymu. Do tej teorii by świetnie pasowało zachowanie zarówno Chińczyków jak też Niemców. Jedni i drudzy najbardziej skorzystają z obecnego przebiegu wydarzeń i najbardziej sprawiali wrażenie przychylnych Moskwie, co nie przełożyło się na żadne realne poparcie. 

Zasadniczo świetnie wróży to dla świata. Jeśli rosyjski rząd jest naprawdę przeżarty niekompetencją do tego stopnia, to dalsze rządy tej ekipy doprowadzą do implozji całego kraju. Mam nadzieję, że odpowiedzialne państwa zabiorą z Kacapii bomby atomowe i przez jakiś czas znów będzie święty spokój. 

Jak pisałem wcześniej- to jest dokładnie najlepszy możliwy rozwój wydarzeń. Rosja będzie rządzona przez ekipę złodziei i nieudaczników izolowanych międzynarodowo. Stopniowo tracąc możliwości przemysłowe, a co za tym idzie także militarne doprowadzą do sprowadzenia Rosji do poziomu Nigerii z czego wszyscy będą zadowoleni.

Najśmieszniejsze jest to, że ten proces już ma miejsce

I to w bardzo ładnym sektorze gospodarki. Jak niedawno sprawdziłem, Rosja do niedawna importowała całość potrzebnych jej silników do śmigłowców. Od kilku lat próbowali uruchomić krajową produkcję, nie udało się jak na razie- drobne braki technologiczne i kacapska organizacji oraz kontrola jakości. Ale importu także nie ma. Bo jedyny producent silników do śmigłowców Mi oraz Ka mieści się na Ukrainie. Chwilowo nie sprzedaje do Rosji. Na razie śmigłowców mają sporo, ale każda godzina pracy to godzina pozostałego resursu mniej. A nowoczesna armia bez śmigłowców nie istnieje.  Cóż- jak będzie strasznie potrzeba, może Chińczycy im sprzedadzą. Ale nawet ze znikomą empatią do Rosji czuje lekkie przerażenia na myśl o cenie.
A o Rosji jeszcze trochę będzie. Bardzo ciekawy temat, wszystko wygląda zupełnie inaczej niż w propagandzie, a powszechny obraz medialny, jest pod wpływem tej propagandy mocno fałszywy. 

Wieści z lepszej Ameryki- marzec 2014

Wieści z Ameryki
   Co się na świecie dzieje, to się dzieje. Na moim kontynencie generalnie spokój, aż nie ma o czym pisać. Ale jakieś wiadomości się znajda.

 Michele Bachelet wygrała wybory w Chile. Niespecjalnie ktokolwiek miał co do tego wątpliwości, wiec i wynik nikogo nie zdziwił. Jest oczywiście nazywana lewicową i polska prasa bezmyślnie serwuje polskiemu czytelnikowi jakieś skojarzenia z mieszanina poglądów społecznych co radykalniejszej europejskiej lewicy oraz gospodarki w stylu leninowskim. Znaczy nigdy dość przypominania.

W Ameryce łacińskiej określenie lewicowy znaczy mniej - więcej dokładnie to samo co określenie prawicowy w postkomunistycznej części Europy.   Zamiar pozbycia się odpowiednio  rosyjskich lub amerykańskich baz ze swojego terytorium, możliwość prowadzenia niezależnej polityki zagranicznej w oparciu o dobre relacje z sąsiadami, pozbycie się wpływów mocarstwa i zaprzyjaźnionego z nim biznesu w kluczowych dziedzinach gospodarki, zwłaszcza wydobyciu surowców energetycznych. A także, co istotne, namawianie lokalnych biznesmenów do patriotyzmu gospodarczego, tworzenia miejsc pracy i włączania jak największej liczby ludności w gospodarkę towarowo- pieniężna i masową konsumpcję - po prostu ogólna poprawa poziomu życia, koncentrując się na początku na najbardziej upośledzonych warstwach i rozszerzanie klasy średniej.

To jest najbardziej ogólny skrót programu peronistów w Argentynie, Partii Robotniczej z Brazylii, obecnej prezydent Chile czy rządzących w Wenezueli. Z tych krajów Wenezuela ma największe znaczenie strategiczne (przez ropę, oczywiście) i jest relatywnie najsłabszym krajem. Nic dziwnego, że ma największe problemy z Wielkim Bratem. W ten płynny sposób przeszliśmy do ostatniej zadymy w tejże Wenezueli. Cały scenariusz był taki sam jak zwykle, to nawet nudne, dzielna opozycja, wywodząca się jak zwykle ze starej oligarchii (znaczy specjalistów od włażenia w d... każdym z kolei potencjalnym kolonizatorom) staje na czele obywatelskiego sprzeciwu, manifestacje, strajki, itp.

Strajki w najważniejszym przemyśle, czyli naftowym się zasadniczo skończyły po tym, jak Chavez pozwolił spokojnie odejść strajkującej załodze i zastąpił ich świeżymi absolwentami i emerytami. Zadziałało. Teraz główną ostoją opozycji są media, zwłaszcza te największe. Stąd w znakomity sposób świat nie ma pojęcia co tam się naprawdę dzieje, zwłaszcza jeśli doda się do tego regularne automatyczne sortowanie wiadomości na facebooku według algorytmu zgodności z interesami USA.

Widziałem to również w Argentynie, kiedy pod koniec zeszłego roku opozycja pod przywództwem grupy Clarin (koncernu medialnego, którego współwłaścicielem jest Goldman Sachs) organizowała demonstracje pod hasłem obalania rządu. Pojawiły się ciężkawe dowcipy antyrządowe, które polubiło setki tysięcy ludzi, jakieś wiadomości od nieznanych osób, itp. To tak, gdyby ktoś się pytał jak wyglądały te spontanicznie zorganizowane przez ludzi na facebooku rewolucje….

Nowym elementem w Wenezueli byli tajemniczy snajperzy. Co prawda od lat trwa, zwłaszcza w Caracas i okolicach, także podkręca przez media fala przestępczości i strachu wśród zamożniejszych warstw, ale tego jeszcze nie było (więc zasadniczo rosyjskiej propagandzie i Janukowyczowi wierzę, że ze snajperami na Majdanie nie miał nic wspólnego, bo wszystko wygląda wręcz identycznie). Cóż, tradycyjnie wyrzucono paru dyplomatów USA, za nimi powędrował ambasador Panamy i wygląda na to, że pozbawiony realnego poparcia społecznego bunt się wkrótce rozmyje, tak samo jak kilkanaście poprzednich. Co do poparcia społecznego dla lewicowej/prawicowej polityki w Ameryce Łacińskiej - wkrótce także wybory w Brazylii. Znowu nuda, bo poparcie dla prezydenty jest w okolicach 80%, dla Partii Robotniczej trochę mniej, ale i tak większość w parlamencie (po raz pierwszy) jest bardzo prawdopodobna. Jak się rozpocznie kampania wyborcza, to będzie ustawowy zakaz podwyżek dla sfery budżetowej, więc tradycyjnie w Brazylii trwa przedwyborcza fala strajków. Ponoć od miesiąca, jak donosi znajomy, nie działa poczta. Cóż, do Europy takie wiadomości nie docierają.

Są zadziwiające podobieństwa polityki, ale były też różnice.  W Ameryce Łacińskiej Kościół Katolicki zasadniczo zawsze był emanacją oligarchii, która to oligarchia tradycyjnie zastanawiała się komu sprzedać kraj. Stąd, w kompletnej odwrotności do PRL, Kościół raczej nigdy nie cieszył się za dużym szacunkiem zwykłego ludu i stąd tak duża ucieczka od Kościoła, która jest widoczna w całej Ameryce. Jak łatwo się domyślić, władza walcząca z oligarchami i często też przeżartymi agenturą wielkiego brata siłami zbrojnymi niespecjalnie miała dobre stosunki z takim kościołem. Po prostu - wyobraźmy sobie, że towarzysze Gomułka, Gierek i Jaruzel zamiast walczyć z Kościołem, piją sobie z dzióbków z biskupami, oficjalnie się obnoszą z wiarą, a obowiązkowym punktem niedzielnego program TV jest msza św, z udziałem I sekretarza.  Łatwo się domyślić, że bunt solidarnościowy w 1980 w Polsce by nie tylko nie ufał Kościołowi, ale był mu otwarcie przeciwny, tak samo jak partii. I to jest jedyna różnica pomiędzy latynoską lewicą, a wschodnioeuropejską prawicą spod znaku PiS czy Fideszu.    

 Jak z powyższego widać, obecny papież nie tylko nie jest postacią typową dla latynoamerykańskiego kościoła, a wręcz kompletnym zaprzeczeniem mocno ustalonych stereotypów.  Stąd, z chwilą jego wyboru, dość chłodne relacje państwa z Kościołem, nawet w Argentynie się gwałtownie ociepliły. Znaczy relacje kardynała Bergoglio z rządem zapewne nie były takie złe, ale reszta biskupów to inna sprawa. Po wyborze sytuacja się zmieniła o tyle, że władza może oficjalnie przychylić się do wizji Kościoła jaką ma papież, jest im zdecydowanie po drodze. Dlatego właśnie Krystyna (prezydenta, znaczy) wybrała się do Watykanu na śniadanie z okazji rocznicy objęcia urzędu przez Papierza. Skoro już tam jest, to oczywiście spotka się z premierami i prezydentami Włoch i Francji, może jeszcze kimś tam.

Okazja się świetnie nadarzyła, bo MSZ Rosji, Ławrow idiotycznie porównał, będąc w Londynie, zajęcie Krymu do Wojny o Falklandy. Porównanie zupełnie trafne, bo zarówno Rosja, jak tez Wielka Brytania nie ma nawet kawałka legitymistycznego uzasadnienia do tych terytoriów, ale za sobą wolę większości ludności (jak śmiesznie by nie wyglądało referendum na Krymie, jednak jestem skłonny uwierzyć w prorosyjską większość - w końcu spora część rosyjskojęzycznych tam to emeryci i rodziny radzieckich jeszcze  wojskowych i bezpieczników).

Stąd Prezydenta nie mogła przepuścić okazji. Argentyna już wypowiedziała swoje zdanie, przewodnicząc aktualnie Radzie Bezpieczeństwa ONZ zostało szybko zwołane posiedzenie i głosowanie zorganizowane w ciągu godzin od wniosku. To też jest bardzo symptomatyczne. Argentyna nie tylko nie ma żadnych poważnych interesów w rejonie Morza Czarnego, ale także ceni silną Rosję jako przeciwwagę dla wpływów USA (które są tu największym problemem). I co - i nic. Rosyjska dyplomacja okazała się tak nieudolna, że skutecznie zrazili i ustawili we wrogiej pozycji nawet potencjalnych przyjaciół.

Kraje Ameryki Łacińskiej nie muszą mieć w kwestii ukraińskiej zdania, a nawet tutejsze lewicowe rządy mogłyby poprzeć Rosję. I co - i ruscy sami to spieprzyli. Co prawda zdanie Brazylii jeszcze nie jest znane, ale sytuacja jest taka sama. Jest to kwestia nieistotna dla Brazylii, jeśli przez Argentnę zostanie ta sytuacja przedstawiona jako identyczna z kwestią Wysp Południowego Atlantyku, to w ramach solidarności stanowisko Brazylii pewnie będzie takie same.  A przypomnę, że gospodarka Brazylii jest większa zarówno od rosyjskiej jak też od brytyjskiej, a liczba ludności zbliżona do sumy tych dwóch. Powtórzę jeszcze raz, dla wszystkich miłośników i fanów wielkiej Rosji.  Mówimy o kraju, którego gospodarka jest mniejsza niż Brazylii, która to Brazylia regionalnym może, ale żadnym światowym mocarstwem nie jest i takiego nie udaje.
Jak widać nic się nie dzieje. Nudy. Ale patrząc na skuteczność działania argentyńskiego rządu i wykorzystywania najdziwniejszych szans - jak teraz, aby kwestię Malwinów podnieść na forum międzynarodowym poza Południową Ameryką, zaczynam się zastanawiać nie czy, tylko kiedy wyspy przejdą na rzecz Argentyny. Niezbyt szybko, tego jestem pewien, ale ewidentnie Wielka Brytania, ze swoim ciężko nieudolnym rządem jest w defensywie. Pożyjemy zobaczymy, ja też mogę się zdziwić.    
Poza tym, po dewaluacji peso (razem z większością walut emerging markets) nastąpiła fala podwyżek cen i roszczeń płacowych przed doroczną sesją negocjacji związkowych. Na razie nie rozpoczęły się zajęcia w szkołach, choć rok szkolny trwa od tygodnia. Znaczy w skrócie atak inflacji. Na efekty poczekamy, myślę, że wróci do normy rzędu kilkunastu procent.

A na deser ciekawostka. Rozpoczął się proces w sprawie katastrofy kolejowej na dworcu Once. Rodziny ofiar twierdzą, że śledztwo było bardzo szybkie i sprawne, bo trwało zaledwie dwa lata. Przypominam, że w mniej - więcej tym samym czasie nastąpiła katastrofa w Szczekocinach, ale w Polsce bodajże minister ogłosił po dwóch dniach winnych, śledztwo się skończyło w dwa tygodnie i dróżnik na ławie oskarżonych.

W Argentynie się nie znają i zamiast szybko załatwić sprawę, to dwa lata gmerają w jakiś hamulcach pociągu, nagraniach kamer, księgowości firmy i gdzie im jeszcze do głowy przyjdzie. A w efekcie sądy mają kupę roboty, bo oprócz samego maszynisty jeszcze jest 28 innych oskarżonych. Dwóch byłych ministrów transportu (z rządzącej partii!!!), właściciele firmy zarządzającej linią, związkowcy odpowiedzialni za szkolenie maszynisty, i ktoś tam jeszcze. Żeby nie było - w Argentynie to, że jest się oskarżonym nie oznacza, że będzie się skazanym i oczywiście, jak wszędzie, prawdopodobieństwo skazania i wymiar kary spada w miarę posiadanych środków.

 Stan na dziś wygląda tak: niedoświadczony, 25- letni maszynista został przez związki zawodowe dopuszczony do samodzielnej jazdy i prowadził przeładowany skład w godzinach szczytu, z częściowo niesprawnymi hamulcami głównymi i zupełnie nie działającym awaryjnym. Maszynista nie hamował poprawnie na stacji końcowej, wjechał zbyt szybko i uderzył w także niesprawne odbijaki, co łącznie spowodowało śmierć 52 osób.  Ministerstwo transportu jest odpowiedzialne za stan stacji i torów, w tym odbijaków, firma wykonująca przewozy za tabor, maszynista oczywiście za poprawną jazdę, a związki za dopuszczeni do wykonywania zawodu. Wszyscy zawalili, wszyscy są na ławie oskarżonych, choć wydaje się oczywista wina maszynisty i niestety w Polsce na tym śledztwo by się zakończyło i analogicznie w sprawie Szczekocin się zakończyło, choć przynajmniej jeden minister transportu także powinien siedzieć obok, a może zamiast dróżnika.   

Ukraina jeszcze dalej, czyli Gazprom i car jest nagi

Według mnie na dziś sytuacja jest rozwiązana, zgodnie z tym co twierdziłem wcześniej. Putin przegrał. On osobiście. Postawił na szali zakład, że zachodnie mocarstwa (cokolwiek o nich nie sądzić jeszcze jakąś siłę mają) nie zareagują na aneksję Krymu i/lub destabilizację Ukrainy. I przegrał. Tak jak się przegrywa zakład. Tylko, że on na szali postawił całą ideologię imperializmu rosyjskiego.

Obywatele Rosji zadają sobie co jakiś czas pytanie, dlaczego żyją na tak relatywnie niskim poziomie materialnym i słyszą odpowiedź, że trzeba utrzymywać imperium. Ta odpowiedź jest zupełnie dobra. Za imperium można poświecić drugi plaster szynki na chlebie z masłem i wszystko w porządku. Tylko jeśli przywódca tego imperium utrzymać nie potrafi to ma prze....

Bo, najzwyczajniej w świecie pojawia się pytanie: gdzie jest mój plaster szynki i kto go zjadł. Odpowiedź: oszukali nas i okradli, ale odbijemy - jest dobra. Odpowiedź: nie ma i nie wiemy gdzie - jest zła.
Zła odpowiedź kończy się we wschodniej despotii żądaniem głowy.
Dziś czasy mamy jednakże trochę inne i na przykład Chruszczow po dymisji jeszcze żył. Putin być może też przeżyje. Może nawet utrzyma się na stołku. To ostatnie to zresztą byłoby najlepsze dla wszystkich rozwiązanie.
Bez poważania międzynarodowego i krajowego, zmuszony do sprzedaży surowców, siłą rzeczy odwróciłby proces stopniowego odzyskiwania siły i wpływów przez Rosję.

Alternatywy są dwie: najbardziej prawdopodobna, czyli domęczenie się do końca kadencji i oddanie władzy, mniej lub bardziej dobrowolne, komuś z ekipy, kto będzie tolerowany przez społeczność międzynarodową, albo kryzys i obalenie władzy w stylu ukraińskim. To ostanie jednak uważam obecnie za raczej nieprawdopodobne, ponieważ najważniejsze w tym wszystkim jest coś zupełnie innego.

Dyplomacja gazowa poniosła w całej rozciągłości klęskę. Każdy klient Rosji, jeśli miał odrobinę myślenia państwowego i instynktu samozachowawczego zrobił co mógł, aby się od Rosji jako monopolisty uwolnić (w Polsce niestety tylko rząd Kaczyńskiego w ogóle działał w te stronę, ale na szczęście Tusk to olał zamiast zepsuć).

To wszystko jednak ma oczywiście swój fundament, którym jak zwykle jest energia. I prawda, jak wszyscy podejrzewają, chodzi o gaz - tylko z zupełnie innej strony, niż wszyscy podejrzewają...

Niemcy nie potrzebują już rosyjskiego gazu. Mogą z niego zrezygnować w całości jutro, z bardzo drobnymi uciążliwościami, lub za powiedzmy dwa lata - wtedy nikt by tego nie zauważył. Kupują, bo jest im wygodnie, ale nie są w żadnym stopniu od niego uzależnieni. Byli, owszem,10 lat temu. Dziś to Gazprom ma problem.

Wyjaśnieniem jest OZE, a przede wszystkim energetyka wiatrowa. Według zasad działania sieci energetycznej (zasad dla wykorzystania z OZE, oczywiście) siec ma obowiązek przyjąć cały prąd wyprodukowany przez OZE, a następnie kupuje dalej, od kolejno najtańszego w produkcji. W ten sposób, przy relatywnie stałym zużyciu, działających tradycyjnych elektrowniach i umiarkowanym eksporcie prądu, najbardziej traci najdroższe źródło energii. Najdroższa jest produkcja z oleju, ale takowej już praktycznie w kontynentalnej Europie nie ma, następny jest gaz. I w tym miejscu się dzieją najciekawsze rzeczy.

Otóż: zużycie gazu do celów energetycznych w Niemczech leci na pysk. Tak, to jest najlepsze określenie. Przy mało zmienionym poziomie zużycia grzewczego, łączne zużycie rosło ze znaczną roczną zmiennością:
od roku 1990 i 2293 petajouli, do 2006 roku i 3312 petajouli .
Od tego roku widać spadek: w 2012 łączne zużycie wyniosło 2954 petajouli. Co istotne: Niemcy maja swoje złoża i oczywiście najpierw korzystają z nich, a dopiero potem z importu z krajów ościennych, na końcu zaś potrzebują gazu z Rosji. Gaz z Rosji jest też pierwszym, z którego rezygnują.
Wiadomo, ze niemieckie wydobycie w tym czasie spadło z ok 600-650 PJ do 390 PJ w 2012 roku. Wiadomo, ze import z Rosji i Holandii był w 2012 roku praktycznie równy i wynosił po ok. 650 PJ. Stad wnioskując, można prawie cały spadek konsumpcji przypisać zmniejszonym zakupom z Gazpromu. To by dawało 358 PJ, powiedzmy, ze w związku ze spadkiem wydobycia na Morzu Północnym przyjmiemy 300 PJ.
To i tak jest 1/3 poprzedniego rosyjskiego eksportu do Niemiec, który stanowi prawie 30% sprzedaży eksportowej Gazpromu.

Teraz możemy przejść do poziomu uzależnienia Niemiec od importu surowców energetycznych z Rosji. Dla całości sprawy nie ma on praktycznie znaczenia. Produkcja energii elektrycznej z gazu to obecnie poniżej 9%, z czego mniej niż 1/3 to import z Rosji. Czyli mówimy o mniej niż 3% paliwa do produkcji energii elektrycznej. Należy przy tym zwrócić uwagę, ze prąd z gazu się produkuje wtedy, gdy jest on absolutnie potrzebny i nie ma innej możliwości, poza oczywiście blackoutem lub brownoutem (czyli zmniejszeniem napięcia w sieci w związku z brakiem mocy).

Czyli: skoro niemiecka sieć energetyczna jest najlepsza i najbardziej niezawodna na świecie, spośród krajów większych niż mikropaństwa, to odcięcie od rosyjskiego gazu spowoduje najwyżej obniżenie niezawodności do poziomu USA, UK, czy Włoch. A i to niekoniecznie- więcej w dalszej części wpisu.

Reszta gazu idzie na ogrzewanie. Poziom zużycia energii do ogrzewania w Niemczech jest pomijalny. Ile wyjdzie tyle jest i w zasadzie jest to czysty zbytek, z którego można w skrajnych warunkach zrezygnować bez większego problemu.
W razie potrzeby obniżenie temperatury w fabrykach z 22 do 15 i w domach z 26 do 19 stopni to niewielki problem, także niewiele wpływający na komfort życia. Ot, trzeba czasem sweter założyć. Tyle prawdopodobnie wystarczy aby zrezygnować z rosyjskiego gazu w całości.

Z rzekomego uzależnienia, czyli importu rzędu 25% okazuje się , ze 10% nie istnieje, a pozostałe 15% to tylko wygodnictwo zamożnego, z którego to wygodnictwa można zrezygnować z dnia na dzień i narzekać, albo ze stosownym wyprzedzeniem i planem i tego nie zauważyć.

Podsumowując sytuację: w ciągu ostatnich 6 lat popyt na gaz z Gazpromu, uwzględniając tylko Niemcy, spadł o 10% całkowitego eksportu. Teraz patrzymy na dalsze pozycje. Widzimy tu Włochy. Zużycie gazu jest tam spore i uzupełnia istotnie produkcję prądu z elektrowni wodnych. Problem dla Gazpromu polega na tym, ze przy zupełnie dobrych warunkach słonecznych Włoch, fotowoltaika może konkurować z importem gazu.

Następny istotny klient Gazpromu - i tu zdziwienie - Ukraina. I następny problem: w czasie rządów pomarańczowych uchwalono ustawę o OZE która była, jak ja bym to określił, kopią niemieckiej w wersji dla biednych. Umiarkowane, ale rozsądne wsparcie dla sprawdzonych technologii - wiatru, PV i malej hydro i nic więcej, żadnego inwestowania w nowe przełomowe technologie, istotą była niezależność od importu gazu.

I zadziałało: razem z innymi działaniami, oszczędnościami oraz bankructwami szczególnie energożernych fabryk, zużycie gazu na Ukrainie w latach 2009 - 2013 spadło o 40%. Taka liczba to nie są żarty. Jasne, to były proste rezerwy, ale z każdej strony Gazprom miał konkurencje. I to najbardziej perfidną, wcale nie innych dostawców, tylko konsumentów mających tańsze technologicznie alternatywy.

Razem cala ta energetyka odnawialna wcale nie produkuje wielkich ilości energii, ale jak widać wystarczające, aby solidnie zaszkodzić Gazpromowi, a przez to całej Rosji. W normalnej sytuacji nie byłby to wielki problem, ale w obecnej jest to początek problemów. Podstawowym było i nadal jest oparcie całej koncepcji polityki Rosji o dogmat niezastępowalnosci rosyjskiego gazu.

Teraz się okazało, ze był to strategiczny błąd, który spowodował cały zestaw innych problemów. W ramach realizacji tej rosyjsko-gazpromowej polityki inwestowano olbrzymie kwoty w zagospodarowanie nowych pól w najbardziej odludnych i niegościnnych miejscach na ziemi, co się w oczywisty sposób przekładało na koszty, oraz w:

największy strategiczny błąd Rosji, czyli Rurociąg Północny


Z punktu widzenia doktryny polityki gazowej był to świetny projekt, zwłaszcza, ze to Niemcy dali na to kredyt. Jak teraz ten gaz Niemcom jest potrzebny nie do przeżycia, a do ekstra komfortu, z którego można przecież jutro zrezygnować, to sytuacja nie jest taka fajna. A jeszcze niedawno, może nawet w zeszłym tygodniu, zakończono przebudowę rurociągu z Polski do Niemiec i obecnie można pompować gaz także w druga stronę.

Podejrzewam, ze w pilnym trybie spokojnie można w ten sposób przebudować także rurociągi prowadzące z Polski na Ukrainę w ciągu miesięcy, czyli przed najbliższą zimą. W tej wersji Rurociąg Północny jest olbrzymim obciążeniem dla Gazpromlandi, bo Niemcom nie odważą się zakręcić kurka. Nie tylko nie maja żadnego pretekstu, ale jeśliby nawet mieli prawdziwy powód, i tak by to spowodowało zjednoczenie niemieckich władz, społeczeństwa i biznesu pod hasłem zakończenia zakupów z Rosji.
Słowem - gdzie się nie obrócić, dupa z tylu…

A teraz załóżmy taki scenariusz: Rurociągiem Północnym bezpiecznie płynie gaz, to się nie zmieni. Nowe instalacje PV w tym roku w Niemczech dochodzą do takiego poziomu, ze poza sezonem grzewczym, import gazu z Rosji jest niepotrzebny (bardzo prawdopodobne). Aby z punktu widzenia Niemiec coś z tym pasztetem zrobić, można gaz wyeksportować do Polski (już przygotowane), ale w Polsce tez zasadniczo gazu się używa tylko do ogrzewania, na cele przemysłowe spokojnie wystarczają krajowe złoża.

Dalszym, oczywistym rozwinięciem tego pomysłu jest wysłanie tego gazu na Ukrainę, która go potrzebuje. Problem polega na tym, ze Ukraina go bierze bezpośrednio z Rosji, a Niemcy tez maja w umowie klauzule o nieodsprzedawaniu dalej, znaczy odbiorą czy nie, potrzebny czy nie, płacić trzeba, odsprzedać nie można.

Dalej rozwiązanie się narzuca samo: załatwić zamkniecie połączeń gazowych na granicy Rosji i Ukrainy tak, aby wyglądało to w całości na winę Rosji, i dzięki temu mieć uzasadnienie humanitarne do naruszania umowy z Gazpromem i odsprzedawania gazu z Rurociągu Północnego dalej, znaczy do Polski i Ukrainy.
Niemcy zostają gwarantami bezpieczeństwa energetycznego Polski i Ukrainy, oraz już absolutnie podstawowym klientem Gazpromu, który może sam stawiać warunki. Gazu z Rosji generalnie będzie mniej, bo rurociągi przez Ukrainę to nadal zupełna podstawa, ale ten gaz, jak już wspominałem, nie jest tak bardzo potrzebny, a przy patriotycznej akcji oszczędzania energii - w ogóle. W ten piękny sposób Gazpromlandia traci mniej-więcej połowę sprzedażny na najlepiej płacącym rynku. Gazprom w takiej sytuacji ląduje od razu w dość nędznej pozycji. Ma do spłaty kredyty na olbrzymie rozgrzebane inwestycje, z których gaz by może i byłby opłacalny, gdyby trafił do Europy. Tak samo ma do spłaty kredyty za ta nieszczęsna bałtycką rurę. Tez niemałe.

Z dobrych wiadomości dla Rosji i Gazpromu - Chińczycy kupią ten nieszczęsny gaz i zapłacą bez problemów. Zła wiadomość jest taka, że zapłacą gdzieś polowe tego co Europa. Jeszcze gorsza, że bezpośredniego połączenia nie ma. Dobra wiadomość połączenie jednak jest, ale znów gorsza, oczywiście przez Kazachstan…Tą relatywnie nową rurą już wędruje gaz z Azji Środkowej do Chin, z pominięciem Rosji.

Generalnie otwarcie tego rurociągu to była dla Rosji dość marna wiadomość, bo poprzednio kupowali za śmieszne pieniądze gaz z Uzbekistanu i Turkmenistanu i sprzedawali go do Europy. Teraz ten biznes przejął Kazachstan, wysyłając do Chin, co oczywiście robi już od kilku lat kolejna wyrwę w budżecie Gazpromu.

A na deser wszystkiego, adding insult to injury, Kazachstan w zeszłym tygodniu podpisał z Chinami umowę kredytowa: pożyczyli 700 mln dolarów na druga, większa nitkę tej rury. Wystarczy na przesłanie całego gazu z Azji Środkowej lub części rosyjskiego do Chin. A ze Gazprom po zamknięciu ukraińskich rurociągów nie miałby innych odbiorców, to będą sprzedawać za tyle, ile im Chińczycy łaskawie zapłacą, oraz zapłacą za tranzyt stawki, jakich zażąda Kazachstan.

Tu przypomnę jeszcze raz: tradycyjna przyjaźń kazachsko-rosyjska jest jeszcze głębsza, niż była polsko- radziecka w latach 1920 i 39. Oni ich po prostu mieli na karku dłużej i dokładniej, dostając w spadku po ZSRR dwie z trzech największych katastrof ekologicznych. Żadnych złudzeń, każdy Kazach, a już zwłaszcza ich obecny dożywotni prezydent zrobi wszystko, aby podkopać, a najlepiej wykończyć obecna Rosję. I jest ku temu w idealnej pozycji: jednego z dwóch ostatnich sojuszników (obok Białorusi).

Teraz: niesamowicie sprawna polityka ukraińska, która, wspólnie z polska przekonała świat, ze padła ofiara bezpodstawnej agresji, a zrównanie Putina z Hitlerem doszło tak daleko, że w parlamencie USA Republikanie współpracują z prezydentem, co się chyba z obecnym prezydentem jeszcze nie zdarzyło.

Oczywiście, poza gazem jest jeszcze ropa, która o niebo łatwiej transportować i bez której znacznie trudniej się obyć. Ta od Rosji będzie kupowana, tylko bardzo możliwe, ze Niemcy sami przyspiesza program uniezależnienia się od ropy w transporcie, a jeszcze istotna cześć ogrzewania odbywa się tam za pomocą oleju opalowego. To jest możliwe do relatywnie szybkiej zmiany, wymaga tylko odpowiedniej ilości fachowej kadry, kasy i determinacji. Na razie im brakuje tego ostatniego, ale to się właśnie w tym tygodniu zmienia.

Poza tym Rosja w eksporcie ropy tez jest właściwie uzależniona od rurociągów. Transport ropy przez porty Północy wymaga tankowców z klasa lodowa, a tych jest mało i obecnie w cenie, przez Bałtyk możliwe, ale tu są ograniczenia wielkości utrudniające korzystanie z tankowców, a przez Morze Czarne prawie wykluczone bo są tam problemy z przepustowością Bosforu i Turcy bardzo krzywo patrzą na ładunki niebezpieczne w środku ich największego miasta (a jeszcze krzywiej jak to będzie Rosja robić). Na dalekim wschodzie brakuje infrastruktury przesyłowej, a zresztą tez jest problem z lodem. Kolej jest generalnie droga, a i tak zapuszczona, bez nowych inwestycji (o co mają pretensje Chińczycy). Pozostają rurociągi, które prowadza do Europy, lub istnieje zupełnie nowy, do Chin. Przez Kazachstan....

W tej układance o takim drobiazgu jak jeszcze świeże, z końca ubiegłego roku umowy o niemieckim wsparciu dla kazachskiego planu rozwoju energetyki odnawialnej to nawet nie ma co mówić.... Dziwne jakby tego nie było.

W trakcie pisania sobie sam odpowiedziałem na wątpliwości z początku artykułu, zwłaszcza, ze z przerwami go piszę dwa dni, podczas których się dużo wydarzyło. Obecnie, moim zdaniem, dla uratowania putinowskiej kliki jedyną nadzieją jest szybka diagnoza raka mózgu, o którym się już mówiło. W razie problemów z diagnozą, albo stosownym glosowaniem nad usunięciem z urzędu z powodu stanu zdrowia, wschodnia tradycja medyczna mówi, ze ołów bardzo przyspiesza śmiertelne skutki raka mózgu, zwłaszcza u władców....

Choć z drugiej strony Rosja z coraz większymi problemami i uzależniona od widzimisię Niemiec i Chin oraz płacąca ciężkie frycowe dla Kazachstanu wszystkim się podoba. Wszystkim. I to jest słowo klucz. Właściwie nie ma ani jednego państwa, czy poważnej grupy interesów (czy to banksterka, czy lobby gejowskie) w którego realnym interesie jest poparcie Rosji w dzisiejszym kształcie. Za to w razie czego niepodległe państwa Tatarstanu i okolic - tu Kazachowie i Turcy pomogą, jakieś niepodległe państewko wokół Wołgogradu…. jak wcześniej pisałem - lista chętnych do pomocy jest już bardzo długa. I może w nieco okrojonej Rosji nawet już wtedy ten Putin nie będzie nikomu przeszkadzał.…..


A uprzedzając pytania o dane tu do ściągnięcia (po niemiecku) jest szczegółowe zestawienie niemieckiego matriksu energetycznego za lata 1990-2012, większość wniosków jest właśnie na podstawie szczegółowej analizy tego. Tu dla odmiany dane o zużyciu energii w ogrzewaniu. Pozostałe można łatwo wyguglować, zwłaszcza te z Kazachstanu, bo zdaje się, że media tam są tak bardziej rządowe i podają dość obszernie dane o inwestycjach i umowach rządowych.

Demokracja zwyciężyła pod Stalingradem

Wydarzenia na Ukrainie są właściwie rozstrzygnięte. Dziś już nie za bardzo można w jakikolwiek sposób zmienić bieg wydarzeń. Owszem, może sobie być jakaś interwencja wojskowa Rosji, itp. ale to wszystko znaczenia na dłuższą metę nie ma i mieć nie będzie. Sprawy są rozstrzygnięte i niezależnie co się dalej stanie tam, w Polsce jest pozamiatane.
Od początku rewolucji polskie władze robiły w końcu wszystko aby się trzymać z boku. Obóz WSI - prezydencki oczywiście był i jest kompletnie Majdanowi wrogi. I co? I nic. Nawet obecne urzędujący strażnik żyrandola musiał udawać, że coś robi. 

Najważniejsze jednakże w tym są społeczeństwa. Majdan jest autentycznym sprzeciwem narodu, który zwyczajnie miał dość. Kompletnie dość połączenia sowieckiego burdelu i tumiwisizmu, z rzekomo nowoczesnym i kapitalistycznym wyzyskiem i olewaniem zwykłych ludzi. Krótko mówiąc, dla postsowieckiej oligarchii jest to raj - sowiecki styl zarządzania, który od nich w rzeczywistości nic konkretnego nie wymaga, oprócz utrzymywania stosownych kontaktów i jednocześnie kapitalistyczne uroki korzystania z życia i brak jakiegokolwiek nadzoru czy to prawnego, czy w sowieckim stylu, przez służby. Raj, po prostu. Tak dokładnego systemu w Polsce nie udało im się osiągnąć. 
Ale życie dla zwykłych ludzi w kraju żebrania o pracę, gównianych pensji i olewactwa wszystkiego dookoła, jest podłe. Biedne czy mniej biedne, ale podłe. Choć z polskiej perspektywy trudno w to czasem uwierzyć, ale Ukraińcy pracujący w Polsce, traktowani przecież tak samo źle jak polscy robotnicy, nazywają i odczuwają to jako zupełnie przyzwoity poziom szacunku. W porównaniu do swojego państwa..... Biednie czy bogato, ale nikt nie lubi być traktowany jak kupa gówna. Stąd był bunt i musiał być, bo ukraińska gospodarka do wzorcowych także nie należy, trudno zresztą przypuszczać, aby układ oligarchicznego wyzysku mógł być wzorcowo efektywny. 

W tym starciu raz można docenić to, co się w Polsce zmieniło przez ostatnie 25 lat. Na niskim poziomie, sądów rejonowych, już generalnie nie ma sędziów na telefon. W zwykłych sprawach urzędowych, a nawet większości policji, już nie ma drobnego łapówkarstwa. W Rosji mogą zarobić trochę więcej, ale w otoczeniu tego całego postsowieckiego syfu. 
To powyższe, jak mi się wydaje, intuicyjnie rozumiała znakomita większość aktywnego narodu w Polsce i nie za duża część blogerów i publicystów. A swoimi wypowiedziami i działaniami przeciwko wspieraniu Majdanu się niestety skompromitowali liderzy Ruchu Narodowego... Kiedyś czytałem książeczkę, której autor dowodził, że krakowscy konserwatyści rządzący Galicją są skończonymi durniami (trudno się nie zgodzić), ponieważ pozwalają i promują ludową obrzędowość Ukraińców, pozwalając im się integrować, jednocześnie nie polonizując ich, a też nie pozwalając wytworzyć się dojrzałemu narodowi, z którym Polacy mogą mieć dojrzałe relacje. Autor się nazywał Roman, Dmoch, czy Dmowski, jakoś tak…. To tak zupełnie przy okazji - kto jest wystarczająco kwalifikowany do sprawowania władzy, a kto nie... Panowie Winnicki i spółka niestety powinni wrócić do lektur i dyskusji nad nimi. Tym, którzy ominęli także podręczniki do historii przypominam, że symbol Szczerbca może być w Kijowie bardzo źle widziany, a nasi dzielni narodowcy nie będą wiedzieć o co chodzi. No wypisz - wymaluj sprawa jak z flagami UPA.

Ale tymczasem mamy nową sytuację geopolityczną. 
Mamy wrogą Rosji Ukrainę (a raczej odwrotnie), Rosję, która przez najbliższe dwa pokolenia nie będzie liczącym się mocarstwem (bo takim może się stać tylko razem z Ukraina).
Rozwijając tę myśl- Rosja jest państwem olbrzymim terytorialnie, ale położonym na zadupiu świata, z pewna ilością nowoczesnego przemysłu, ale w żadnym wypadku nie porównywalna z Niemcami czy Japonia (z którą jest porównywalna populacją). Jest olbrzymim eksporterem surowców oraz istotnym broni - i nic więcej. A eksport broni także zależy od pozytywnego postrzegania danego kraju, dlatego tak dobrze sobie radzą Szwecja czy Szwajcaria w tym biznesie.
Olbrzymia różnica odległości od rynków Europy także swoje robi. Rosja bez Ukrainy, skompromitowana mieszaniem się w sprawy sąsiednich krajów nie może być mocarstwem. Jest i jeszcze jakiś czas (niekoniecznie długo - o tym dalej) ważnym państwem, ale czasy dawnej Rosji, pogardzającej swoimi mieszkańcami w imię budowy imperium się w zeszłym tygodniu skończyły. Ponieważ skończyła się możliwość budowy imperium. Została co najwyżej metoda siłowa, która też się skończy katastrofą. 

Dlaczego Rosja nie ma możliwości manewru? Proste: nikt chyba nie zauważył słonia. W Chinach od kilku lat bardzo agresywnie i w imponującym tempie powstają lądowe alternatywy dla morskich połączeń z resztą Azji, Europą i nawet częściowo Afryką. Dla dalszych rozważań proponuję spoglądać na mapę – zapewne nazwy krajów będą znane, ale dokładne ich położenie już niekoniecznie.... 
Zaczynamy: jeszcze 30 lat temu jedyną drogą lądową z Dalekiego Wschodu do Europy była kolej transsyberyjska i połączenia z chińska siecią jednotorową linią przez Mongolię i łącznikiem przy Pacyfiku. W 1990 powstało połączenie sieci chińskiej z radziecką jeszcze w dzisiejszym Kazachstanie. W ciągu ostatnich dwóch lat w Kazachstanie otwarto drugie połączenie z kolejowe z Chinami oraz przez Turkmenistan z Iranem (niezwykle ważne - droga lądowa omijająca Rosję). Z Iranu aż do Istambułu jest bezpośrednie połączenie, ale o nie za dużej przepustowości, ponieważ po drodze jest prom kolejowy na jeziorze Van. Logika by wskazywała, że jest jakaś Chińska inwestycja mająca temu zaradzić i jest - kolejne połączenie Iranu i Turcji przez Irak.

Mongolska sieć kolejowa jest sprawnie rozbudowywana, także w trakcie budowy jest autostrada łącząca granice chińską z rosyjską. Kazachstan (kraj skrajnie wrogi Rosji, choć z racji położenia z nią współpracujący, gdyby ktoś nie wiedział) już skończył swoje 1700 km autostrady z Chin do Niemiec. Białoruś swoją także. Nawet polski odcinek (A2) jest prawie gotowy- to jakby się ktoś pytał skąd się wzięła chińska firma przy tym.  Najgorszy burdel dzielnie trwa w Rosji. Rosyjskie linie kolejowe wołają jakieś szalone stawki za fracht, autostrada nawet nie zaczęta, itp. Korzystając z dotychczasowego monopolu na lądowy transport mogli to robić. Teraz sytuacja się nieco zmieniła przez połączenie przez Iran, ale potencjalnie może się zmienić bardzo poważnie.  Niezależność Ukrainy od Rosji jest właściwie na rękę wszystkim- ale najbardziej i niewątpliwie Chinom. 
Ich przyczółki gospodarcze są tam dość mocne, wcale bym się nie zdziwił pewnym sponsorowaniem Majadanu. Spójrzmy teraz jeszcze raz na mapę. Mamy dwa państwa budujące swoją tożsamość narodową na sprzeciwie wobec Rosji (Kazachowie nie muszą jej budować, już dawno taką mają), oddzielone w najbliższym miejscu o zaledwie 600 km.  Drobna dygresja - a dlaczego to ma takie znaczenie? Proste - na wypadek konfrontacji z USA. Blokada szlaków morskich jest i długo będzie w możliwościach militarnych USA, więc dla zapewnienia kooperacji, zbytu i dostaw surowców konieczne są połączenia lądowe z Bliskim Wschodem, Afryką i Europą. Nie mówiąc o takim drobiazgu jak elektryfikacja kolei, co pozwala na oszczędzanie ropy w transporcie. 

Ale wracamy do naszej mapy. Załóżmy teoretycznie, że pojawiają się chińscy inwestorzy, którym zależy na remoncie i poprawieniu linii kolejowej do terminalu w Sławkowie. Ewentualnie inwestycji w autostradę. Dość prawdopodobne założenie.  Zostaje, dla najkrótszego lądowego połączenia Chin z Europą zaledwie 600-900 km słabo zarządzanego państwa, które stroi fochy, ma pretensje do imperializmu i które trudno ominąć. Realnie jedno miasto, które jest hubem transportowym- zarówno przebiega przez nie szlak rzeczny z  Morza Kaspijskiego (znaczy Kazachstanu) na Morze Czarne (czyli Europa), z pominięciem oceanów, jedyna linia kolejowa, jedyny most przez Wołgę i jedna z dwóch dróg. Wołgograd, dawniej znany pod nazwą Stalingrad. 

To znów dygresja - zupełnie serio ktoś poważany kiedyś pisał, że znaczenie Stalingradu w 2 w.ś. było tylko emocjonalne, bo Hitler koniecznie chciał podbić miasto nazwane na cześć jego przeciwnika....
Patrząc znów na mapę: jeśli, co moim zdaniem jest prawie pewne, Ukraina włączy się w infrastrukturalne koncepcje Chin, rejon Wołgogradu zaczyna wyglądać jak korytarz pomorski. Albo władze Rosji zgodzą się na dyktat chiński, co jednocześnie stanowi ostateczną porażkę putinowskiej koncepcji ZSRR-bis, albo są skazane na pożarcie.  Dlatego też jest możliwe odwrócenie sojuszy przez putinowską Rosję i antychiński sojusz z USA. Choć akurat to ostatnie to by była prosta droga do konfrontacji i przynajmniej wewnętrznych rozruchów o oddzielenie rejonu Wołgogradu, a co za tym idzie odcięcie całej południowej Rosji.  
Tak czy inaczej są to ciekawe czasy, konfrontacja USA - Chiny zbliża się wielkimi krokami, módlmy się o to, aby była pokojowa (ale znając poprzednie przykłady zmiany hegemonów, trudno w te modlitwy wierzyć...)
A przy dobrym wykorzystaniu może to być niesamowita koniunktura dla Polski, we współpracy z Ukrainą. Albo pod rządami obecnych durniów- największy zestaw zmarnowanych szans.

O tajnych labolatoriach co mają uratować planetę

Wielokrotnie pisałem, że dość nieuniknionym skutkiem beznadziejnego uzależnienia naszej cywilizacji od paliw kopalnych jest ciężkiego kryzysu w obliczu ich wyczerpywania się i utrudnionej dostępności oraz globalna recesji połączonej z rozpadem władzy w co poniektórych państwach i regionach świata w sytuacji zmniejszania się ich dostępności. Co do dostępności- nawet wydobycie może się zwiększać, ale jeśli nakłady na to wydobycie będą rosnąć szybciej- ilość energii dostępnej do konsumpcji będzie się zmniejszać. Pomimo pewnych prób dokładne wyliczenie tego rodzaju wydaje się niemożliwe, więc kiedy to nastąpi- i tak nie wiemy. Ale co ciekawe- pod każdym takim wpisem pojawiają się dwa rodzaje komentarzy „w tajnych laboratoriach znajdują się rzeczy o których nam się nie śniło i wszystko jakoś się załatwi” oraz „nie jest to żaden problem bo rynek wszystko rozwiąże, tylko może gdzieś nam tego wolnego rynku brakuje”. Co do drugiego- jest to oczywiście szalona idea neoliberałów. Rynek działa, ale zawsze wybiera najbardziej efektywne rozwiązania NA DZIŚ- co oznacza minimum inwestycji, maksimum zysków. I w porządku, ale rozsądnie przewidując kryzys w przyszłości można być praktycznie pewnym, że nawet efektywna wolnorynkowa gospodarka sprawi, że będzie po prostu większy i głębszy. Znakomitym przykładem jest tu porównanie sytuacji USA, Europy oraz Brazylii w trakcie ostatniego kryzysu. Cofnąć się należy do szoków naftowych lat 70-tych i reakcji na nie. W USA była ona w największym stopniu rynkowa. Szał wierceń i badań nad ulepszonymi sposobami wydobywania ropy z jednej strony i reakcja konsumentów w postaci pokazania żółtej kartki kartelowi z Detroit z drugiej. Jednakże żadnych szczególnych działań rządu nie było- oprócz nieco późniejszej dyplomacji Reagana przekonywującej Saudyjczyków do zwiększonego wydobycia. Szybkie i proste kapitalistyczne działania, nawet przyniosły pewien efekt- przynajmniej przedłużył czasy potęgi USA o dobre dekady, ale później, w czasie dzisiejszego kryzysu cała trójka z Detroit się ustawiła po kasę podatników (a samo miasto za mini...), ale uderzenie z końca poprzedniej dekady prawie rzuciło resztki amerykańskiej gospodarki na kolana. Nie rzuciło całkowicie tylko dzięki dalszej deindustrializacji i wyciskania resztek oszczędności z klasy średniej.
Europa- wyciągnięto trochę wniosków i rządy co poniektórych państw aktywnie zaangażowały się w zmniejszanie ropożerności gospodarki, przy możliwym zachowaniu poziomu życia- flagowym przykładem jest tu sieć szybkiej kolei najpierw we Francji, później w innych krajach. Ilości paliwa zużywanego przez samoloty i samochody które zostały zastąpione przez pociągi nie są aż tak wielkie (w porównaniu do całości zużycia), ale są. Zgodnie z tą samą filozofią od dłuższego czasu na powrót buduje się linie tramwajowe, metra, itd. w całej Europie. I chyba nigdzie nie dopuszczono do rozkładu transportu publicznego do stopnia, który jest normą w USA. To wszystko oczywiście szło z pieniędzy podatników, bo inaczej się nie dało. Tam gdzie funkcjonowała ideologia kapitalizmu wg wzoru USA- rozkład transportu publicznego jest widoczny gołym okiem- czy jest on niewydolny, czy też obłędnie drogi, czy obie te rzeczy naraz. Dlatego nie stanowi realnej konkurencji dla prywatnego spalania paliw kopalnych i dlatego też uderzenie kryzysu było mocne- choć akurat w wypadku dwóch najdokładniej odpowiadających temu opisowi krajów złagodzone olbrzymiej skali zadłużaniem się w najtrudniejszym okresie- mowa tu o UK i Polsce. Choć obecnie zużycie paliw spada, ale odbywa się to kosztem poziomu życia, a nie oszczędnością dzięki inwestycjom i technologii- bo ich po prostu nie było. Południe Europy to trochę inna historia nie mieszcząca się w tej narracji.
I teraz Brazylia- w latach 70-tych, po uderzeniu kryzysów naftowych podjęto decyzję o maksymalnym możliwym uniezależnieniu się od paliw kopalnych. Wobec faktycznego braku sieci kolejowej i raczej nierealności jej stworzenia na takim obszarze (przynajmniej wtedy) zrobiono co się dało- oparcie energetyki w olbrzymiej części o wodę i stworzenie ogólnokrajowej sieci (nie wiem, czy ogólnokrajowa już istnieje- to naprawdę duży kraj...) oraz uniezależnienie się przynajmniej od benzyny- przez program bioetanolu, który solidnie subsydiowany przez 30 lat, obecnie stoi już na własnych nogach i w razie potrzeby Brazylia może w krótkim czasie wyeliminować zużycie benzyny bez problemów (oprócz nadmiaru dystrybutorów na stacjach...). Tak samo program rozwoju krajowego przemysłu przyniósł owoce- wydobycie ropy pozwala na zaspokojenie krajowych potrzeb i choć w brazylijskie miasta są pod względem komunikacji raczej koszmarem (trochę przesada, ale w porównaniu do średniej europejskiej czy Argentyny) to jednak uderzenie kryzysu paliwowego nie spowodowało takiej dziury w kieszeniach konsumentów jak w USA i nie zahamowało gospodarki.
Czyli rynek jest dobry, ale po prostu w tym wypadku nie działa i działać nie może. Sprawdzone i dokładnie przetestowane- gdzie następowały inwestycje państwowe, tam są jakiekolwiek bufory i środki ratunkowe przed zawałem gospodarki. Gdzie ich nie było- nadal nie ma.
To tyle na temat korwinistów (nie żebym miał dużo przeciwko korwinistom, ale dzięki ogłupiającym tekstom JKM mnóstwo rozsądnych skądinąd i sympatycznych wykazuje się absolutnym niezrozumieniem najprostszych zjawisk społecznych i ekonomicznych).
Co do zawartości tajnych laboratoriów- nie trzeba szukać tak daleko, wyjście nazywa się elektryczność i jest znana od pewnego czasu. Drobnym problemem jest jej wytwarzanie, ale znów możemy zajrzeć nie do tajnych laboratoriów a wystarczy na półki sklepowe- ogniwa fotowoltaiczne, po stworzeniu masowego rynku i masowej produkcji za niemieckie oszczędności są tanie. Znów- nie tak tanie, aby były kapitalistycznie lepszą inwestycją niż elektrownia gazowa czy węglowa, bo nie są. Ale są wystarczająco tanie, aby prawie się opłacało konsumentom. Mniej więcej to samo można powiedzieć o energetyce wiatrowej- choć tu już konieczne inwestycje zaczynają się od znacznie większej skali. Cały czas drobiazg- na dziś już nie tak wielkie inwestycje, których jednakże wolny rynek sam nie załatwi- aż do momentu, kiedy kryzys paliw kopalnych stanie się mocno dotkliwy, a prąd zacznie być naprawdę drogi. Tylko wtedy będzie już sporo za późno, dokładnie jak teraz, w obliczu sypiących się budżetów wielkie inwestycja zaczynają być nierealne. To jest właśnie jedyny problem- rozpocząć przebudowę infrastruktury wtedy, kiedy są na to pieniądze i wydać je w jakiś rozsądny sposób. A dziś rozsądny oznacza- jak najszybsze zmniejszanie uzależnienia od paliw kopalnych, w pierwszej kolejności ropy naftowej. To się całkowicie da zrobić- pod właśnie tym warunkiem- że jest robione wtedy, kiedy jest jeszcze na to czas. Choć ja osobiście przypuszczam, że został on już przespany. Skala koniecznych wydatków jest tak astronomiczna, że jest to zwyczajnie niemożliwe, bo zbliżające się wielkimi krokami i już widoczne koszty szaleństw klimatycznych zjedzą całą resztkę kapitałów która pozostała.

Trochę o ochronie zabytków


Tym razem muszę ulać trochę żółci, które mnie zalała. Wczoraj to tępe bydle, burmistrz Buenos Aires ogłosiło, że wycofuje z eksploatacji stare składy jeżdżące na linii metra A. O co chodzi? Tym razem o piękno. Te składy mają po 90-99 lat i są nie tylko zupełnie sprawne techniczne, ale nawet najbardziej bezawaryjne ze wszystkich systemów transportu miejskiego na świecie i przy okazji dość energooszczędne (bo relatywnie lekkie). Ale przede wszystkim są piękne. Nadwozia wykonane w całości ze szlachetnego drewna, wykończone skórą, z lustrami w wagonach, itp. Oczywiście, używane na co dzień noszą ślady tego używania przez prawie 100 lat, ale wyglądają, mimo wszystko, jakby mogły jeździć następne 100 lat. Ale przede wszystkim wyglądają jak cała reszta tego klasycznego Buenos Aires- pełnego elegancji i piękna. Jak się patrzy na kolejny wyburzony stary budynek z jedynie pozostawioną fasadą, za którym rośnie kolejne 30-piętrowe paskudztwo, zwłaszcza przyjechawszy z kraju, który takiej klasycznej substancji miasta tak wiele utracił, naprawdę się serce kraja. I teraz klasyczne Subte. Bydle, po prostu i tyle.
A swoją drogą jeszcze to dość zabawnie urządził- przez półtorej roku, wbrew podpisanemu przez siebie porozumieniu, nie chciał przejąć sieci metra od władz federalnych (choć, jak najbardziej samo miasto podwyższyło ceny biletów) i nadal nie jest jego formalnym właścicielem ani zwierzchnikiem (bo to ma nastąpić od początku roku- ale, OK wiadomo, że będzie). Przez te ostatnie półtorej roku w porcie sobie stoi i rdzewieje kilkanaście czy kilkadziesiąt nowych składów, tak samo na otwarcie czeka chyba 10 nowych stacji metra- których nie można było uruchomić, bo po prostu brakuje taboru (który stoi i rdzewieje w porcie, kupiony przez rząd federalny, bo Macri twierdził, że on tego nie chce). Więc ogłosił, że od 15 stycznia zamyka linię A na maksymalnie 3 miesiące, może krócej. WTF?? Dla wymiany taboru??? Jeszcze oczywiście jakiś tam prac remontowych, ale to przecież na całym świecie się robi w nocy, ewentualnie zamyka na kilka weekendów. Zarówno związkowcy jak też fachowcy od transportu po prostu nie wiedza co powiedzieć o tym, oprócz tego, że jest to absurd- nawet nie dyskutując o wycofaniu starych składów, ale o zamknięciu linii na taki czas. Linia ta, swoją drogą, łączy centrum biurowe z jednym z trzech największych dworców podmiejskich- więc oczywiście wyłączenie jej się dołoży trochę do tradycyjnego chaosu w mieście....
Jedno z zupełnie logicznych wyjaśnień tego- jeśli się uda wystarczająco zdestabilizować sytuację, to może jednak rząd federalny upadnie, albo przynajmniej peroniści przegrają wybory w 2015, i znajdzie się ktoś, kto go w razie czego ułaskawi. Co prawda jeszcze nie został skazany, ale to akurat kwestia czasu i przeciążenia sądów karnych sprawami funkcjonariuszy z czasów dyktatury.
A że ja sobie twierdzę, że sam robi nieopisany burdel w mieście- i co z tego? Wiodąca Stacja Informacyjna od wiadomości nie całkiem prawdziwych i całkowicie zmyślonych nie takie rzeczy potrafi zwalić na peronistów.

Dwie katastrofy- ciąg dalszy


Kilka miesięcy temu zdarzyły się krótkim odstępie czasu dwie katastrofy kolejowe- w Polsce pod Szczekocinami i w Argentynie, w Buenos Aires, na stacji Once. Warto o tym przypomnieć, gdyż w obu zginęło po kilkadziesiąt osób i obie mają swój ciąg dalszy, dość smutno pokazujący kondycję III RP.
W Polsce szybko przeprowadzono śledztwo, ustalono, że winny jest dróżnik, aresztowano go (czy ją?) i sprawa zakończona. Za to kilka dni temu prawie doszło do kolejnej, praktycznie identycznej katastrofy- jedynie szczęśliwym zbiegiem okoliczności dwa pociągi pasażerskie zatrzymały się 6 metrów przed czołowym zderzeniem.
Za to także, kilka dni temu dopiero zakończyło się śledztwo w Argentynie. Przypomnę okoliczności- poranny pociąg podmiejski, wypchany do granic niemożliwości, uderzył w odbijak na końcu linii. Zniszczona została część składu, zginęło 51 osób, 700 zostało rannych (łącznie w pociągu mogło być ponad 2 tys.) . Za to przebieg śledztwa w porównaniu z polskim odpowiednikiem jest ciekawy. Praktycznie od razu do aresztu trafił zarząd i właściciele prywatnej spółki będącej operatorem linii. Oni wszyscy oraz maszynista i nadzrór otrzymali oczywiście zakaz opuszczania kraju. Następnie policja rozpoczęła zabezpieczanie dokumentacji spółki- co ciekawe, znaleziono ją w siedzibie zupełnie innej firmy tych samych właścicieli- co z punktu widzenia procesowego jak najbardziej oznacza słuszność aresztu (bo zamiar ukrywania dowodów). Jednakże- dobra stalinowska instytucja „aresztu wydobywczego”, zapisana w polskim kodeksie postępowania karnego jako areszt w wypadku zagrożenia wysokim wymiarem kary, w cywilizowanych krajach jest mniej znana, więc całe towarzystwo po 3 dniach wyszło.
Dalej też było ciekawie (znaczy w porównaniu z praktyką PL)- obrońcy właścicieli firmy stwierdzili, że maszynista choruje na epilepsję, co ukrył przy przyjmowaniu do pracy i atak epilepsji spowodował zaprzestanie hamowania przed końcem peronu. Linia obrony ciekawa, choroba trudna do wykrycia (bez ataku oczywiście) i zwalniałaby ze sporej części odpowiedzialności. Wobec czego maszynista wylądował na obserwacji. Po chyba 3 miesiącach lekarze nic takiego nie mogli potwierdzić i kolejna obserwacja. W międzyczasie najwyraźniej zbadano wrak i okolice oraz dokumentację (akurat tego, jak dobrze wiem, polska prokuratura nie jest w stanie zrobić w pół roku- przynajmniej rzetelnie zbadać dokumentacji sporej firmy).
I śledztwo się zakończyło. Wynik trochę mnie zaskoczył- bo sędzia śledczy stwierdził, że nie istnieją żadne dowody na niesprawność maszynisty, z analizy wraku wynika, że pociąg hamował do końca i bezpośrednią przyczyną była niesprawność hamulców. Za to pośrednią przyczyną był zorganizowany system korupcji i rozkradania państwowych dotacji, w tym przeznaczonych na poprawę bezpieczeństwa linii. Wobec czego zarzuty usłyszeli właściciele firmy i jej zarząd- i to poważne. Udział w zorganizowanej grupie przestępczej defraudującej środki budżetowe i umyślne doprowadzenie do katastrofy (poprzez liczenie się z możliwością jej wystąpienia wobec zaniedbania utrzymania stanu technicznego składów). Eufemistycznie mówiąc poważne zarzuty, 10 do 25 lat, ale jeszcze ciekawiej- oprócz spowodowania katastrofy, podobny zestaw usłyszało także 4 wysokich urzędników, w tym sekretarz transportu (w polskich realiach najbliżej byłby wiceminister) obecnego rządu, zdymisjonowany zaraz po katastrofie. Czy w wypadku pod Szczekocinami ktokolwiek wyżej poniósł jakąkolwiek odpowiedzialność? Tak się właśnie buduje mechanizm bezkarności i nieodpowiedzialności w systemie przeżartym korupcją do cna. Łamanie takich przyzwyczajeń jest niestety kosztowne i bolesne. Smutno powiedzieć, ale ludzie będący w polskim pociągu zginęli w bezsensownej katastrofie, podczas kiedy w Argentynie pozostali operatorzy kolejowi bardzo szybko przemyśleli przynajmniej kwestie bezpieczeństwa, co zapewne było jedną z przyczyn nieco upierdliwego wycofania z eksploatacji części składów metra, ale trudno.
Cóż- przy tej krótkiej notce- można podsumować- tak się buduje poważne państwo. Jak widać, Argentyna też jest w wielu miejscach przeżarta korupcją, wiele rzeczy nie działa- ale jeszcze działają mechanizmy naprawy tego. W Polsce one nie działają. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby je naprawić- ale jest to bardzo trudne, wymaga odwagi, woli politycznej i czasu. Dopiero wtedy może się rozpocząć naprawa reszty państwa i społeczeństwa- co znów wymaga woli politycznej i czasu. Ta naprawa musi się zacząć od strachu starych ubeków wysokich urzędników państwowych o to, że przy którym „no stała się tragedia” ktoś zapyta się bardzo poważnie o ich osobistą odpowiedzialność. Mnóstwo czasu zostało zmarnowane, sporo ludzi straciło nadzieję i wybrało własne życie (w tym i ja), ale może jeszcze da się coś zrobić i starczy na to czasu?