Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty

Kilka zdań o czołgach i kwestii ukraińskiej

 Czołgi to taka piękna, romantyczna maszyneria, którą wszyscy w-swych-marzeniach-żołnierzyki się zachwycają. W czym przoduje oczywiście Rosja ze swoich kultem śmierci, przepraszam, Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i pokazywaniem wszystkim i opowiadaniem o wspaniałym T-34. Więc może czas trochę popsuć ten mit. 

Zaczynając od najprostszej rzeczy- czołg jest specjalistyczną maszyną. Jak sztaplarka, koparka czy dźwig.I służy do rozwiązywania specjalistycznych problemów w sposób lepszy i wydajniejszy niż robienie tego samego ręcznie. Tak jak sztaplarka służy do przestawiania palet, tak czołg służy do mobilnego wsparcia ogniowego ofensywy. I tak jak przestawiać paczki bez sztaplarki jak najbardziej się da, robiono tak przez tysiące lat. Tylko potrzeba dużo więcej ludzi, którzy po takiej przygodzie będą dużo bardziej zużyci. I dokładnie tak samo można prowadzić ofensywę bez czołgów, tylko potrzeba dużo więcej ludzi, którzy będą po takiej przygodzie dużo bardziej zużyci. I tu możemy wierzyć współczesnej rosyjskiej armii, próbują obu tych rzeczy. Zapewne głównie dlatego że nie mają (jako organizacja) zielonego pojęcia jak używać palet i sztaplarek, a na początki wojny mieli też bardzo niewielkie o tym jak używać czołgów. 

I to powiedziawszy najpierw trzeba wyjaśnić jedną bardzo ważną kwestię- otóż co jest dla wojska ważniejsze: czołgi czy terenowe opony do ciężarówek? Zapewne czołgi, skoro to wszyscy się nimi zachwycają. Oczywiście, że nie. Bez czołgów można się zupełnie sprawnie bronić, albo i prowadzić powolną i z gigantycznymi stratami ofensywę. Bez opon do ciężarówek ludzie na pierwszej linii nigdy nie zobaczą ciepłego żarcia, a i amunicję niezbyt często. A o sprawnym działaniu artylerii można zasadniczo zapomnieć. I tak, był nawet przypadek kiedy w zindustrializowanej wojnie robiono dużą ofensywę bez opon. Konkretnie to Niemcy, ofensywę wiosenną w 1918, kiedy znikome ilości gumy, które jeszcze posiadali były używane głównie w samolotach, bo tam nie było żadnej innej możliwości. Samochody (i nawet rowery!) miały koła na stalowych obręczach, czasem z jakimiś dodatkowymi sprężynkami. I kiedy konwoje ciężarówek bez gumowych opon miały dostarczać zaopatrzenie dla nacierających wojsk po gruntowych i zniszczonych drogach, to pierwsza przejechała, druga i piąta czasem też. A reszta się zakopywała w błocie i cała ofensywa wkrótce też. Zdobycze terytorialne były nawet całkiem istotne (jak na front zachodni 1 wś), ale strategiczne żadne i cała impreza się parę miesięcy później szczęśliwie skończyła. 

W obecnej wojnie strona rosyjska to też ma to okazję przerabiać, w pierwszej turze dlatego, że kupili najtańsze chińskie opony, a potem ich nie rotowali, więc solidna część się po prostu rozpadła w pierwszych dniach, transport wojsk i logistyka się całkowicie zawaliły, straty sprzętu i ludzi były horrendalne i po niecałym miesiącu bitwa o Kijów się zakończyła. Ukraińska armia wzbogaciła się o tysiące egzemplarzy różnego sprzętu, w którym w większości należało tylko zrobić podstawowy przegląd i.... zamontować nowe opony. 

Potem rosyjska armia zaczęła kupować ich krajowe opony, spełniające minimalne wymogi, ale jakoś nieszczęśliwie spłonęły po kolei wszystkie zakłady w całym ciągu technologicznym- od komponentów do produkcji kauczuku, do samej produkcji opon. Ale w międzyczasie i tak nieco się wyczerpywały zapasy wojskowych ciężarówek i w sumie wszystko jest tam wożone wszystkim co się da, a cywilne opony są nieporównywalnie łatwiej dostępne. Kosztem oczywiście gorszych możliwości przewozowych, co ma wpływ na wyżywienie i zaopatrzenie wojska. Co widzimy każdego dnia.

No więc czołgi są fantastycznym narzędziem, tak jak sztaplarki. Narodziły się pod koniec 1 wś, w mniej więcej tym samym czasie kiedy Niemcy się dowiedzieli, że bez gumy dłużej wojny prowadzić nie będą (a wtedy kauczuk był tylko naturalny, z tropików).

Piechota szturmując umocnione linie wreszcie miała pomoc czego, co się nie bało karabinów maszynowych, drutu kolczastego i szrapneli. I oni też mogli się mniej tego bać. I tak się zakończył pozycyjny pat frontu zachodniego. I już właściwie nigdy nie wrócił, chyba, że obie strony były skrajnie wyczerpane (jak w sporej części wojny iracko- irańskiej), lub głównodowodzącym po stronie atakującej był niekompetentny dureń- jak na froncie włoskim w 2 wś. 

Tym razem przyczyna jest znacznie bardziej prozaiczna- pogoda. Na czarnoziemnych stepach normalnie mamy suche lato, kiedy wszystko jest zbite i twarde, nic nie ogranicza manewrów, a nawet zaopatrzenia. Co najwyżej przeciwnik i fakt, że unoszący się kurz za pojazdami widać z wielu kilometrów. Więc na stepach w lecie panuje ten, kto panuje w powietrzu, widzi dalej, ogarnia logistykę i potrafi mocno i szybko uderzyć tam gdzie wybierze. Wiosną i jesienią nic takiego nie ma znaczenia, bo stepy się zmieniają w ocean błota, drogi gruntowe są przejezdne tylko dla samochodów terenowy, a i to niezbyt długo.  W zimie to błoto zamarza i sytuacja taktyczna przypomina tę z lata, jedynie dni są krótsze, pogoda dla lotnictwa gorsza i potrzeba więcej paliwa do ogrzewania, co też pozwala przeciwnikowi wykryć pozycje. Tu oczywiście armia ukraińska, z zachodniego stylu i jakości mundurami i śpiworami ma się nieporównywalnie lepiej niż rosyjska. I to niezależnie od wygrywania wojny dronowej, która do tego dokłada sporo. 

A na stepach, z doskonałą widocznością na wiele kilometrów, możliwość szybkiego i bezpiecznego pokonania tego terenu jest krytyczna. Tam bez czołgów i transporterów opancerzonych dla piechoty trudno jest zrobić w ogóle cokolwiek. Całkiem sporo doświadczenia zostało zebrane stamtąd w dwóch wojnach światowych, kwestia jest oczywiście taka, kto potrafi je wykorzystać. O umiejętność korzystania z każdej dostępnej wiedzy przez ukraińską armię nie musimy się martwić. Przez rosyjską w sumie też nie.... No dobra, to był żart, oni jednak się uczą, ale tylko na aktualnym, własnym doświadczeniu, o historii, nawet własnej nie mają zielonego pojęcia. Bo by musieli się sami przed sobą przyznać, że tak jak w 1 wś Rosja się rozpadła z powodu słabości organizacyjnej, przemysłowej i materiałowej, tak samo by się zdarzyło w 2 wś, gdyby nie pomoc zachodnich aliantów. 

W takim razie co nam mówią te doświadczenia o używaniu czołgów w zimie? Otóż doświadczenia Batalionów Czołgów Ciężkich (czyli tych wyposażonych w Tygrysy) pokazywały, że w zimie można było ich używać jeśli przez co najmniej 2 tygodnie temperatury spadały poniżej -10 C. Innych czołgów to nie dotyczyło, problemy były mniejsze, ale mówimy o Tygrysach, bo te były najbardziej podobne właściwościami trakcyjnymi do dzisiejszych. I takiej pogody tej zimy jak dotychczas na Ukrainie nie było. I zapewne już nie będzie. Co dokładnie oznacza, że nie było zimowej ofensywy zmechanizowanej, żadnej ze stron i zapewne już nie będzie. I tak właśnie oglądamy na żywo strategiczne implikacje zmian klimatycznych. I kto wie, może już nigdy nie będzie tam zimowych warunków dla czołgów?

Co oczywiście nie przeszkadza w używaniu piechoty w terenie zurbanizowanym, co się obecnie dzieje.

A wracając do czołgów w zimie. Najpierw poznęcajmy się trochę nad T-34, bo to jest jedną z centralnych części imperialnej mitologii. Najwięcej o tym czołgu mówi fakt, że pancerne jednostki "gwardyjskie", czyli elitarne w Armii Radzieckiej miały na stanie... Shermany. Tak, dokładnie, najlepszą nagrodą dla jednostki było jej przemianowanie na gwardyjską, co oznaczało oddanie w cholerę tego wspaniałego i legendarnego T-34 co wygrał wojnę (razem z Szarikiem) i przesiadka na amerykańskie czołgi. O ciężarówkach i oponach do nich nie będę wspominał, bo innych niż amerykańskie i tak tam nie było. Zwłaszcza w pierwszorzutowych jednostkach.

Oprócz takich drobiazgów jak konstrukcja gąsienic, dzięki której na odrobinie lodu T-34 był w rowie, a Sherman tego nie zauważał była też kwestia silnika. Jak podawała to propaganda, T-34 był wspaniały, bo miał diesla, dzięki czemu paliwo było mniej palne i czołg się rzadziej zapalał niż zachodnie. Co zasadniczo jest zestawem bredni. Samo paliwo oczywiście było mniej palne i w szczególności przy jakiejś nieszczelności układu paliwowego różnica mogła być olbrzymia. Ale na tym się kończą przewagi. Bo kacapy tak uwierzyły we własną propagandę o niepalności czołgów z dieslem jak w dawne przesądy o niepalności chałup z bocianimi gniazdami. I na tym przesądzie zbudowali T-72, który jak wiadomo, pali się i wybucha dość ochoczo. Diesel nie pomógł.... Bo i nie to było przyczyną, a taki drobiazg jak amunicja poupychana wszędzie i wybuchająca przy każdym przebiciu pancerza. Dokładnie tak samo jak w czołgach z 2 wś. 

Zaraz zaraz, przecież aktualna wersja mówi o tym, że odpowiedzialnym za konkursy skoków wzwyż wież T-72 jest automat ładowania z karuzelą z pociskami pod wieżą. To jest oficjalne wytłumaczenie, ale ja w nie nie wierzę. I mam na to poszlaki. Otóż standardowy zapas amunicji w T-72 to 44 naboje. 22 w autoloaderze i drugie tyle poupychane wszędzie gdzie się da. 

Jeden ukraiński czołgista się wychlapał, że oni ładują tylko 22 pociski. To by znaczyło, że ładują tylko do karuzeli, ale nie wożą żadnych więcej pocisków  w czołgu. I ukraińskie jakoś rzadziej wybuchają. 22 to jest bardzo mało amunicji, ale za to zamiast śmiertelnej pułapki mają tylko zwykłe sowieckie dziadostwo, które jakoś działa. 

Oczywiście jest to nadal dziadostwo, co pokazała ofensywa pod Charkowem, i w sumie wszystkie inne bojowe zastosowania tego sprzętu. Otóż przy użyciu radzieckich czołgów można linię frontu przesunąć o 40-60 kilometrów, bo dalej zbyt mała ich część jest jeszcze na chodzie, zwyczajnie trzeba robić poważne remonty. A tam użyli T-72 całkowicie sprawnych, po kompletnych przeglądach, prosto z polskich magazynów. 

Na południu odległości są większe. Z Hulajpola do Berdiańska jest 120 kilometrów i zapewne do tego są potrzebne Ukraińcom zachodnie czołgi. Bo się same nie rozpadną po drodze. A jak zostaną zajeżdżone silniki czy skrzynie to wymiana kompletnego powerpacka w Leopardzie (czy jakimkolwiek innym zachodnim czołgu zajmuje 10-30 minut, zależnie od posiadanego sprzętu i doświadczenia. Wymiana silnika w radzieckim czołgu to dla doświadczonej ekipy mechaników co najmniej doba.  

Nie mówiąc o takich drobiazgach jak to, ze zachodnie czołgi ważą 15-20 ton więcej nie bez powodu. Praktycznie cała ta różnica to jest więcej opancerzenia. Co pozwala uznać za bardzo prawdopodobne tezy, że dostępne poradzieckie czołgowe pociski przeciwpancerne są w stanie przebić zachodnie pancerze tylko z relatywnie małych odległości, rzędu kilkuset metrów. W walce pancernej na stepach to jak w zwarciu i takie odległości się tam normalnie nie zdarzają. To znaczy obecnie mogą, jak obie strony dysponują radziecką optyką, z której na większe odległości i tak nic nie widać. Ale jeśli pojawia się tam zachodnia, to reguły się zmieniają. I ta zachodnia optyka jest w T-72 (i PT-91) dostarczonych z Polski oraz rosyjskich T-72 mod 2016. Ani jednych ani drugich nie ma aż tak wiele, z czego rosyjskie w sporych liczbach uczestniczyły w pierwotnej ofensywie i niekoniecznie ją przetrwały. 

Ale to i tak nie ma wielkiego znaczenia, bo zachodnia amunicja jest w stanie zniszczyć T-72 i wszystkie pochodne z odległości większych niż jakikolwiek zasięg widoczności z tych pojazdów, a już zwłaszcza w nocy. Jeszcze w jakimś zurbanizowanym, zalesionym czy pagórkowatym terenie te przewagi można zniwelować zasadzką, maskowaniem, czy coś. Na otwartym stepie, z ciągłą obserwacją z powietrza- nie ma jak. Dlatego zachodnie czołgi są tak ważne. Razem z porządną mobilną obroną przeciwlotniczą, pojazdami wsparcia i sensownym dowodzeniem praktycznie załatwiają temat bitwy na stepach. Czyli inaczej mówiąc- przerwania korytarza lądowego na Krym.  

I to była prawdziwa stawka rozgrywki politycznej wokół Leopardów 2 pomiędzy Polską-Ukrainą, a Niemcami. Która, przypomnę tym, co nie zauważyli, nie zakończyła się żadnym kompromisem, ani ugodą. Zakończyła się pełną i całkowitą kapitulacją Niemiec wobec żądań Polski-Ukrainy. 

I nikt nie zwrócił uwagi dlaczego. Wszyscy romantycy onanizują się lufami i co z nich wylatuje, a nikt nie zwraca uwagi na zasadniczą rzecz, o którą chodzi właściwie z każdym sprzętem mechanicznym. To ma działać. A jak już przestanie to trzeba jak najszybciej i jak najtaniej naprawić i ruszać dalej. To była niemiecka karta przetargowa- kontrola nad dostawami części i możliwościami serwisu. I cała sztuczka polegała a tym, że polska koalicja sobie z tym poradziła. Więc niemiecki brak zgody mógł zostać całkowicie zignorowany- opinia publiczna była po polsko-ukraińskiej stronie, żadne pozwy ani sankcje nie wchodziły w grę, choć polski rząd wprost zapowiedział, że będzie nielegalnie przekazywał niemiecką broń i od legalnej strony narażał kraj na wszystkie możliwe embarga. Od faktycznej embargo sami sobie urządzili Niemcy...  

Ale jak to było w ogóle możliwe? Czołg to specjalistyczna i skomplikowana maszyna, to nie jest składak z supermarketowych części. Ale jak się zbierze trochę różnych możliwości.... Ukraina ma już sporo doświadczenia w utrzymywaniu i remontowaniu absurdalnej ilości różnych pojazdów pojazdów wojskowych, cięższych i lżejszych. Polski przemysł utrzymuje przy życiu, remontuje i modernizuje od lat flotę Leopardów. Ale ważniejsze jest to, że Turcja robi ich pełny serwis i modernizacje, włącznie z np. zmianą napędu wieży. I zapewne zadeklarowali potrzebną pomoc, włącznie z dorabianiem części. Zresztą ze zwykłych części jest mało prawdopodobne, że czegoś się nie da zrobić w Polsce czy tym bardziej Czechach. 

A silniki i skrzynie? To jest zabawniejsza sprawa. Jeśli zauważyliście, to trafiły ostatnio do Polski awaryjnie i na cito kupowane koreańskie czołgi i działa samobieżne. Właściwie nie wiadomo po co, bo w drodze są Abramsy, a Kraby w produkcji. Ale co jeśli się okaże, że powerpack z koreańskich pojazdów jest całkowicie wymienny z Leopardami? Tak, można wyciągnąć silnik, w 10 minut i wsadzić do Leoparda, jeśli będzie jakikolwiek problem. Myślę, że zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie bez trudu znajdzie się też fachowców od korekt numerów silnika, żeby już się wszystko zgadzało... Może nawet zdążą w te same 10 minut w trakcie wymiany silnika... 

A w Korei te silniki są produkowane, Polska ich też używa w Krabach i na jakąkolwiek sugestię ze strony Niemiec, że Polska może je gdzieś nielegalnie wykorzystywać to najprędzej by niemiecki ambasador trafił na dywanik. Bo Korea też jest w sytuacji, że nie ma najmniejszej ochoty nadwyrężać relacji z USA i ich sojusznikami, a Niemców może mieć bardzo głęboko. 

I szczerze mówiąc- tak się wygrywa wojny. Dyplomacją, ale pod za tą dyplomacją stoi brutalna siła. Przemysłu i sojuszu. 

Przyznam, że w życiu się nie spodziewałem oglądać czegoś takiego. 

I skoro jesteśmy przy temacie czołgów, to wróćmy do śmiesznego tematu Armaty. Rosyjski czołg, rzekomo superbroń z bezzałogową wieżą i potężnym opancerzeniem. W końcu się oficjalnie przyznali, że produkowany nie będzie, bo nie są w stanie zrobić silnika. Nic dziwnego, bo układ silnika wymyśli taki, że się go nie da zrobić. Mianowicie 12 cylindrów w układzie x. Dla wyobrażenia- tak jakby dwa V-6 połączone wspólnym wałem i jeden postawiony do góry nogami, a na nim drugi, normalnie. 

To była czysta i całkowita mrzonka w kraju, który jest zaledwie połową ZSRR, który też nigdy nie zrobił samodzielnie porządnego silnika czołgowego. I zastanawiałem się skąd tak szalony pomysł. Oprócz oczywiście wyciągania kasy na wieczne badania i projekty, to taki silnik miałby niezwykle małe wymiary zewnętrzne, zwłaszcza długość. I tu mam teorię, że po prostu komora silnika była już zaprojektowana, pod turbinę gazową (która jest znacznie mniejsza), normalny diesel podobnej mocy by tam nie wszedł, więc aby ukryć recycling starego projektu wymyślili takie cudo. 

Czyli cała ta Armata to by była przeróbka turbinowego T-80. I w sumie wszystko by się zaczęło zgadzać. Bo to by też znaczyło, że żadnego nowego projektu nigdy nie było, był PR i złodziejstwo, czyli zwyczajna, rosyjska norma. I następny projekt z lat 60-tych, tylko tym razem z silnikiem już kompletnie niemożliwym do utrzymania na chodzie ze wschodnią logistyką (znaczy chodzi mi o turbinę, bo x-12 nigdy nie istniał) 

Z rozprawiając się jeszcze z dieslem z T-34. Ten sam silnik jest stosowany do dziś w T-72 (i T-90 i PT-91), a wcześniej był to benzynowy silnik o nazwie Liberty, zaprojektowany na rządowe zlecenie w USA pod koniec 1 wś. Potem na jakiś zasadach rozpoczęto jego produkcję w ZSRR i wstawiono do czołgu BT-2, potem przerobiono na diesla i tak zostało do dziś. Ale dopóki był to wolnossący diesel, to jego relacja mocy do masy była po prostu żałosna, bo limitem dla takich silników jest ilość zasysanego powietrza. I ta moc wynosi max ok 7,5 km/litr/1000 obrotów, w bliższych współczesności silnikach nieco ograniczana w okolice 6 km, dla ograniczenia kopcenia, zwłaszcza przy przyspieszaniu. 

Więc silniki Tygrysów i Panter miały ok 650-700 koni przy 22 litrach pojemności, a współczesny im T-34 poniżej 500 km z 38 litrów. Pojemność silnika to też jego masa i jak była ona w silniku, to nie była w dziale i pancerzu. Dlatego w nagrodę żołnierze sowieccy dostawali benzynowe Shermany. A może też diesle, ale dwusuwowe i z doładowaniem (bo diesla dwusuwa wolnossącego nie da się zbudować).  

Wojna, Chiny i perspektywy Niemiec

 Niemiecki popyt jest centralnym punktem wokół którego się kręci gospodarka Europy. Tylko wokół czego kręci się gospodarka Niemiec?

Odpowiedź jest dość prosta, powszechnie znana i prawdziwa- niemiecka gospodarka opiera się na eksporcie maszyn i urządzeń, czy inaczej mówiąc linii produkcyjnych i ich części eksploatacyjnych oraz samochodów, w szczególności z wyższej półki cenowej. Tyle że mało kto się zastanawia jak ta produkcja w swej istocie wygląda. Wyobrażamy sobie jakieś zaawansowane obrabiarki, a potem ładną i czystą halę montażową i dookoła tego kręcących się kompetentnych techników i inżynierów. I to też jest w sporej części prawdziwy obraz. 

Ale zapominamy o jednej, niezwykle ważnej dziś rzeczy- że te części, maszyny czy cokolwiek się robi z metali, plastików, używa do tego farb i innych materiałów przemysłowych. A huty i fabryki chemiczne które to produkują używają przede wszystkim energii, w różnych jej postaciach. Czasem elektryczności, czasem gazu- jako źródła ciepła, surowca do syntezy chemicznej, dla wytwarzania pary technologicznej i w samej wewnątrzfabrycznej generacji elektryczności. Czy ujmując to inaczej- aby mogła sobie pracować jakaś obrabiareczka i zużywać parę kilowatów, najpierw musi swoje zrobić huta i fabryka chemiczna zużywając dużo więcej prądu i też gaz. 

Jeśli tej huty nie będzie to wysokiej jakości stopy będzie trzeba przywieźć skądinąd. I w tym momencie gospodarka zaczyna wyglądać jak polska czy słowacka- nieco nadzoru nad maszynami, nieco pracy ręcznej, ale ciężkiego przemysłu, który dzięki wykształceniu i technologii produkuje półprodukty o sporej wartości dodanej i niewielkim na jednostkę nakładzie pracy- po prostu nie ma. Bo albo mamy przemysł gdzie konkurujemy kosztami pracy, albo przemysł gdzie konkurujemy kosztami energii. 

Ekstremalnym przykładem są tu szwalnia krzywych t-shirtów, gdzie koszty energii są znikome, kapitał na pracownika rzędu niskich kilkustet dolarów (albo i kilkudziesięciu), ale zapłacenie 2 centów na sztuce więcej może zjeść cały zysk. Dlatego się to robi w Bangladeszu i okolicach. Na drugim biegunie są huty aluminium, gdzie olbrzymia większość kosztów to cena elektryczności potrzebnej do elektrolizy. Cała reszta właściwie nie ma znaczenia.  Z punktu widzenia gospodarki i polityki jedyną rzeczą którą można zrobić w Bangladeszu dla poprawy poziomu życia to obniżyć jego koszty, bo tylko tak można konkurować w międzynarodowym podziale pracy. Dla odmiany wysokość pensji w hutach aluminium nie ma większego znaczenia i hipotetyczny kraj oparty na takim przemyśle będzie mieć się świetnie, tak długo jak prąd pozostanie tani. Norwegia swoje pensje i poziom życia zawdzięcza nie tylko ropie, naprawdę.

I w tym sensie niemiecka gospodarka była od zawsze podobna do norweskiej, że produkcja opierała się na zużyciu dużych ilości energii dla wytwarzania produktów przemysłowych. I od zawsze oznacza w rzeczywistości od około połowy drugiego wieku n.e. Znaczy od czasu, kiedy Rzymianie już się ustabilizowali, zaopatrzenie dla granicznych legionów było produkowane lokalnie, powstały miasta rzymskiego wzoru i prowincje nad Renem i Dunajem znalazły swoje miejsce w handlu wewnątrz imperium. A to miejsce opierało się na obfitości, łatwej dostępności i łatwym transporcie drewna i też węgla kamiennego jako paliwa w przemyśle. Pamiętajmy, że granice Rzymu były na Renie i Dunaju, co oznacza, że obejmowało ono tak prawie połowę obecnego terytorium Niemiec, oraz że faktycznie ta granica była przez większość swego prawie 500 letniego istnienia pokojowa, a po drugiej stronie też istniała gospodarka towarowo-pieniężna związana z rynkiem rzymskim. była kapitalistyczna organizacja kopalń, transportu i handlu. Taka np. dzisiejsza Bratysława była po barbarzyńskiej stronie, ale było to całkiem spore i zorganizowane miasto. Ale nie o Bratysławie tu mówimy, a o terenach niemieckich. Po upadku Rzymu dalekosiężny handel zamarł, z wyjątkami drobnych przedmiotów luksusowych, ale wraz z restauracją karolińską wróciła stabilność i pokój i wszystko co istniało dawniej a skurczyło się do lokalnego rynku zaczęło wracać i na nowo akumulować wiedzę i doświadczenie techniczne. Stopniowo zastępowano drewno węglem, co oczywiście na wielką skalę obyło się w 19-tym wieku, ale bardzo wiele powiązań, łańcuchów kooperacji i, jak byśmy dziś powiedzieli, klasterów technologicznych było na miejscu od czasów rzymskich. Łatwa i dostępna energia była zawsze, i to ona napędzała cały ten przemysł. Tani transport (Renem) ułatwiał specjalizację i osiągnięcie skali i koncentracji przemysłu. To są wszystko czynniki, które pozostały do dziś i do dziś gwarantują zamożność nadreńskiego państwa. A może do wczoraj?

Bo węgiel jako tanie źródło energii zaczął się kończyć w latach 60-tych i 70-tych, jednak został sprawnie zastąpiony gazem. Najpierw z Morza Północnego, potem też  z Rosji. 

A drugi element to sprawny i bezpieczny dostęp do rynków, i najlepiej jeśli ktoś inny zapłaci za ten warunek "bezpieczeństwa", bo realnie rzecz biorąc, każde potencjalne i realne, historyczne i dzisiejsze państwo nadreńskie jest zbyt małe i biedne, aby samemu utrzymać bezpieczeństwo tychże szlaków. Gdy funkcjonowało w ramach imperium rzymskiego, monarchii karolińskiej  czy zjednoczonej Rzeszy (pierwszej lub drugiej) to wszystko działało zupełnie dobrze. 

Teraz jest UE, które jednak nie jest wystarczającym rynkiem zbytu, niezwykle istotne dla niemieckiej motoryzacji są USA, a dla przemysłu maszynowego Chiny i też Rosja. Eksport do Rosji teoretycznie się skończył, praktycznie nie do końca to wiemy. Ale jeśli coś pozostało, to ma znacznie mniejsze znaczenie ekonomiczne niż dotychczas. Znaczy, być może ci, którzy coś tam wywożą zarabiają znacznie więcej niż poprzednio, ale z punktu widzenia przychodów ogółu gospodarki, dla podtrzymania produkcji i importu, jest to z całą pewnością znikoma część poprzedniego strumienia. Choć oczywiście zarówno firmy, które to robią jak i władze, które to tolerują zwyczajnie mają krew na rękach. I tu ekstremalnym przykładem jest utrzymywanie dostępu do chmury dla obrabiarek w rosyjskich fabrykach. Tak, rosyjską produkcję, obecnie praktycznie w całości zbrojeniową, można zdalnie wyłączyć jednym guzikiem z ładnego niemieckiego biura. I przez 10 miesięcy zorganizowanego ludobójstwa to nie zostało zrobione. Ale to drobna dygresja, miejmy nadzieję, że w ramach procesów po wojnie i to zostanie rozliczone. Choć wątpię, ale przyznacie, że jakiś CEO Siemensa by ładnie wyglądał obok Szojgu na ławce?

Ale to nie wszystko. Następnym elementem są Chiny. Które zwłaszcza, przez ostatnie 20 lat, od przyjęcia tego kraju do WTO były oceanem zbytu dla wszelkich dostawców maszyn i linii produkcyjnych. Ale to się skończyło. Po prostu. Najpierw 2008 zahamował wzrost. Jeszcze nie zakończył, ale znacząco zwolnił. A zbyt na dobra inwestycyjne zależy właśnie od tempa wzrostu. Potem przyszedł początek wojny handlowej Trumpa. Teraz okazało się, ze Biden robi to samo, ale spokojniej, skuteczniej i mocniej. I to już oznacza, że jako wschodząca gospodarka, zintegrowana z globalizującym się światem, Chiny są skończone. Po prostu, model i kierunek wybrany pod koniec lat 70-tych się skończył i wyczerpał, a nowego nie ma. I nie będzie. 

To wszystko to by były zaledwie bardzo złe wiadomości, ale jest jeszcze jeden drobiazg- rezerwa demograficzna Chin się skończyła. Nowego, licznego pokolenia zwyczajnie nie ma. Nawet gdyby popyt na chińskie wyroby rósł jak dotychczas, jakimś cudem budowany na ich jakości i markach, to i tak nie miałby kto stać przy maszynach i ich produkować. Co, niezależnie od pierwszego powodu, też oznacza koniec boomu na wyposażenie przemysłu.

Zresztą Niemcy jeszcze nie wróciły do poziomu produkcji przemysłowej sprzed kryzysu 2008 roku. I możliwe, że nigdy nie wrócą.

Kolejnym problemem, który sobie sami głupio zrobili jest zachowanie w sprawie dostaw broni na Ukrainę, stan serwisowania własnego sprzętu i dostępność amunicji. I choć pierwsza z tych spraw wynika z bieżącej polityki, a dwie kolejne z ogólnego stanu armii, to stanowią dwie strony tego samego medalu- dość szokującego popisu nierzetelności i niewiarygodności Niemiec jako dostawcy broni. A to jest kolejna gałąź przemysłu ciężkiego. I to operująca na znacznie wyższych marżach, więc mogąca znacznie łatwiej zaabsorbować wyższe ceny energii.  Ale kto o zdrowych zmysłach kupi broń z kraju, co do którego istnieje prawie pewność, że w razie potrzeby użycia tej broni nie dostarczy nam amunicji ani części zamiennych. 

Co może być dalej?

W sumie to już jest. W tym roku zostało wydane coś ze 100, czy może 200 mld euro na subsydia do cen energii, aby utrzymać działanie przemysłu. I tak, zostało utrzymane. Ale to mogło zadziałać przez chwilę. Może jeszcze następną. Ale nie da się wiecznie utrzymywać systemu bazującego na taniej energii w ten sposób, że kupuje się drogo, a potem dotuje, aby było tanio, po to aby w ogóle produkować. Choć przez parę lat to może działać, gdyby nie problemy z klientami. 

 Czy była inna alternatywa?

Tak naprawdę to nie bardzo, okienko było małe dla zrobienia właściwych rzeczy, ale trzeba przyznać, że udało im się zrobić praktycznie odwrotność tych właściwych rzeczy.

Otóż po 24 lutego, Olaf Scholtz zaczął udawać, że traktuje problemy swojego kraju serio. Oczywiście istnieje też druga możliwość- naprawdę chciał coś zrobić, ale nie miał zielonego pojecia co, bo cały wywiad i główne instytucje państwa były tak przeżarte korupcją i rosyjską agenturą, że nie miał żadnego dostępu do sensownych analiz sytuacji i bezpieczeństwa.

Tak czy inaczej zaraz po wybuchu wojny z wielką pompą ogłosił wydanie dodatkowych 100 mld euro na niemieckie siły zbrojne. I tak, te pieniądze są i są wydawane. Tylko następnie się okazało, że niemiecka armia praktycznie nie ma żadnych zapasów zużywalnego wyposażenia ani amunicji, większość sprzętu jest niesprawna, a nawet w stosunku do tego co działa i jest sprawne nie ma planów modernizacji. Brakuje stabilnej i długoterminowej współpracy z przemysłem, ale i tak to nie ma wielkiego znaczenia, bo w sumie nikt nie ma żadnej doktryny obronnej. 

I w takiej sytuacji, jak większość rzeczy nie działa z powodu wieloletniego olewactwa, chlewu i zaniedbań, a to w wyniku chronicznego niedofinansowania, nagle 100 mld euro wydaje się.... tylko i wyłącznie na zakupy nowego sprzętu. Jak w takich przypadkach, zapewne nie dowiemy się czy to jest zwyczajna głupota, czy świadomy sabotaż- w tym przypadku aby ściągnąć z rynku nowy sprzęt, wypełnić zamówienia producentów i nie dopuścić do tego, aby taka Ukraina czy Polska i państwa bałtyckie mogły dostać nowy sprzęt. Cóż, jeśli to głupota, to wyszło. Jest głupio. Jak sabotaż to nie bardzo. 

Czy mogło pójść inaczej?

Tak. I momentami prawie idzie. Gdyby nie to, że to kanclerz dominuje, a ministrowie mają cos do powiedzenia o tyle, o ile się przebiją przed kamerami, to MSZ i Ministerstwo Energetyki by pchało ten kraj we właściwą stronę. Zupełnie nie przez przypadek są to akurat dwa resorty obsadzone przez Zielonych, a nie przez przypadek to właśnie ta partia ma jedyny zdrowy stosunek do używania paliw kopalnych i współpracy z krajami je wydobywającymi. 

Jedyną metodą było wydanie być może tych samych pieniędzy, ale na natychmiastową i maksymalną pomoc militarną i ekonomiczną Ukrainie. Dla pokazania proporcji- Niemcy wydają na wojskowe zakupy bez sensu 100 mld euro (dla porównania Polska, ze znacznie większym sensem ok 15-20 mld), Ukraina prosi całą UE o około 1,5 mld euro miesięcznie wsparcia finansowego w czasie wojny. 

100 mld euro na łącznie pomoc militarną i finansową by zakończyło tę wojnę. Pół roku temu. 

Ale co w takim razie z energią? Cóż, jedynym zasobem, jaki Niemcy realnie mają jest wiatr na Morzu Północnym i jego okolicach. Znaczy zasobem, który jest w stanie utrzymać przemysłową gospodarkę opartą na taniej energii. Bo jest go zarówno wystarczająco, jak i jest tani. Problem polega na tym, że większość infrastruktury zarówno produkcyjnej, jak też przesyłowej należy dopiero zbudować. Być może też przenieść najbardziej energożerną część procesów przemysłowych właśnie na północ (może tą lepiej nadającą się do bilansowania sieci). Właśnie dopracować bilansowanie sieci. Rozpocząć i wdrożyć pełnoskalowy program substytucji i oszczędności paliw kopalnych w transporcie, etc. Swoją drogą właśnie tego się spodziewałem, ale, jak chyba całkiem sporo innych obserwatorów, nie doceniłem poziomu przegnicia niemieckiego establishmentu politycznego. 

I wcale to by się nie musiało łączyć z rezygnacją z paliw kopalnych. Tak się zabawnie składa, że największe w Europie złoża gazu ziemnego są w... Ukrainie. Tylko jest to gaz łupkowy, wymagający większych inwestycji i komplikacji przy wydobyciu. 

Więc, gdyby Niemcami rządziło jakiekolwiek towarzystwo minimalnie rozumiejące świat i zainteresowane rozwojem kraju, to tak przed połową marca 2022 (kiedy się okazało, że Ukraina się trzyma, a natarcie na Kijów się załamało) należało wyczyścić magazyny Bundeswehry i rozpocząć przygotowania do wysyłania ciężkiego sprzętu. I oczywiście być pionierem do wysyłania obrony przeciwlotniczej. A kiedy by zaczęło być wystarczająco bezpiecznie, należało z poziomu rządu zorganizować jak najszybsze rozpoczęcie inwestycji w eksploatację ukraińskich złóż gazu. I oczywiście wyłączyć obrabiarki w Rosji, ale to jest chyba oczywiste?

 


Niemiecka polityka jest prosta

 Mam sąsiada. Każdy jakiegoś ma. Ale ten akurat jest Niemcem, co tak zwykle oznacza, że przy okazji jest kulturalnym i cywilizowanym człowiekiem. I w tym przypadku też tak jest. Ale przy okazji rozmowy o sytuacji wojennej i zachowania niemieckiego rządu, on stwierdził że już nie rozumie niemieckiej polityki. Zastanowiłem się chwilę nad tym i doszedłem do wniosku, że to jest w sumie dziwne, bo obecna niemiecka polityka w sprawie Ukrainy (i wszystkiego z tym się łączącego) jest zupełnie konsekwentna i taka sama jak zawsze. Której co prawda można nie rozumieć, ale nie oznacza że cokolwiek się zmieniło względem zwykłego zachowania niemieckich elit politycznych.

Rachunek po imprezie, czyli szukamy dorosłych

Jak się robi sporą imprezę to czasem się okazuje, że później przychodzą niespodziewane rachunki. Jak jeszcze jest ktoś, kto sobie z twojego imprezowania zrobił całkiem ładny strumyczek pieniędzy to trudno jest to zakończyć, a potem często przychodzą rachunki. Zaskakująco duże.

A jeśli ta impreza trwa na skalę planety przez kilka dziesięcioleci a kabzę nabija sobie nie osiedlowy dealer a wszystkie możliwe męty światowej oligarchii to i rachunek może być zabawny.

No i jest. Rachunki za imprezę naftową węglową własnie zaczynają przychodzić na poważnie. Nie żadne głodujące misie polarne, czy inna powódź w miejscu którego nazwy nie kojarzymy.

Tym razem, przez praktycznie cały 2018 rok trwała bezprecedensowa susza w Niemczech. Nie jest jeszcze pewnym, czy 2018 był najgorętszym rokiem w historii pomiarów (2003 jest blisko), ale jest pewnym że był najsuchszym. Tak, najsuchszym w historii pomiarów meteorologicznych.

Wszyscy oczywiście byli ta suszą zaskoczeni, dziś domagają się odszkodowań, a co większe tłuki oficjalnie twierdzą, że prawdopodobieństwo powtórzenia jest znikome. Oczywiście nie jest. Ale spójrzmy co się właściwie stało:
Opady w Berlinie wyniosły 300 mm/m2 czyli najmniej w historii pomiarów. A to było jedno z najmniej problematycznych miejsc w kraju. Zbiory w skali kraju spadły od 20 do 50%, a lokalnie w niektórych regionach nie zebrano nic. Ziemia jest tak sucha, że np. rzepaku nie ma żadnego sensu i nie należy sadzić, więc i w przyszłym roku zbiory będą niskie.
Wpływ suszy na rolnictwo jest oczywisty i znany dla każdego. Zabawniejsza sytuacja jest z siecią transportową.
Otóż poziom rzek był taki, że barki średnio mogły przewozić 40% normalnego ładunku, a niektóre odcinki Łaby były całkowicie niespławne. W Polsce to nie byłby problem, bo rzeki i tak są niespławne, ale w Niemczech ok 80% ładunków masowych przewozi się barkami. Z czego od dostaw rzekami jest właściwie całkowicie uzależniona produkcja BASF, TyssenKrupp, ArcelorMittal i podobnych firm, czyli zasadniczo gigantów przemysłu stalowego i chemicznego. W tym także produkcja i dystrybucja paliw. Oczywiście do tego dochodzi spadek produkcji elektryczności z elektrowni wodnych oraz w niektórych miejscach problemy z chłodzeniem elektrowni cieplnych.

Problemy z transportem wodnym spowodowały szukanie alternatyw. I tu zemściła się straszliwie polityka rządów Merkel, polegających głównie na unikaniu działań i decyzji. Nie inwestowano w autostrady, a zwłaszcza parkingi przy nich i przepustowość ciężarowa autostrad jest na wyczerpaniu. Niemiecka kolej to jest jedno wielkie spóźnienie i awaria, a jak jeszcze temperatury dołożyły swoje do wyginania szyn to przepustowość kolejowa się wyczerpała. Tu także marne zarządzanie i brak inwestycji się własnie zemścił.

I to jest opis prawdziwego problemu. Naukowcy o nadchodzącej katastrofie ostrzegali od lat. Ona właśnie nadchodzi, teraz na poważnie. Wiadomo było, w pewnym przybliżeniu co się będzie dziać. Wiadomo było, że trzeba przygotować do tego infrastrukturę, bo obecnie istniejąca zostanie nadwyrężona i trzeba mieć zapas. Niektórzy , gdzieniegdzie to robili, spora część nie. A na skalę Europy największym problemem jest to, że w grupie olewaczy były też Niemcy.
Dziś i oni dostają za to rachunek.

Dziś rząd niemiecki się trochę obudził, nacisk społeczeństwa też jest istotny. I nadchodzą zmiany. Jedna rzecz to częściowy powrót do odpowiedzialnej polityki klimatycznej, gdzie w końcu wyznaczono datę zaprzestania spalania węgla (2035 lub 38, zależnie od ewaluacji w 32) i rozpoczęto poważne zmiany w sektorze transportowym. Dokładniej podwyższono opłaty za autostrady dla ciężarówek i jednocześnie zwolniono z nich napędzane prądem lub metanem.
Znów za mało, za późno, ale przynajmniej coś.
Co oznacza, że do obecnych władz Niemiec dotarło z grubsza rzecz biorąc to, co robił rząd Schroedera. Zajęło zaledwie 13 lat, gratulacje. Problem polega na tym, że w czasach Schroedera wdawało się, że dla ochrony klimatu energia odnawialna nie wystarczy i absolutnie konieczne jest oparcie się na gazie ziemnym aby w maksymalny możliwy sposób zredukować emisje CO2
Dziś wiemy, że takiej potrzeby nie ma, albo możemy powiedzieć, że dziś mamy wystarczająco wprowadzonej na masową skalę technologii aby to nie było potrzebne. I nie jest, możemy jednocześnie rezygnować z wszystkich paliw kopalnych.
Ale czego można się spodziewać po rządzie i kanclerz, która przez kilkanaście lat nie potrafi podjąć jednej jasnej decyzji i się jej trzymać? Oczywiście tego, że teraz, w takiej sytuacji zaczyna coś chrzanić o niezbędnym dla gospodarki rosyjskim gazie ziemnym.

Odnoszę wrażenie że coraz trudniej dziś w polityce o dorosłych ludzi.

Jeszcze o alternatywach dla kampanii Wrześniowej

Z okazji kolejnej rocznicy tragedii Września,jak zwykle rozpoczęły się rozmowy czy można było tego uniknąć. 

Tu się przytacza bajki o paktach Ribbentrop- Beck i innych nierealnych historiach. Dlaczego nierealnych? Oczywiście dlatego, że praktycznie cała ekipa sanacyjna to była oderwana od rzeczywistości zgraja fantastów, ale to nie jest dziś nasz główny punkt. 
Ale dla zrozumienia prawdziwych przyczyn trzeba sięgnąć nieco wstecz. Do wiosny, ale nie 1939 roku, kiedy polskie elity zaczęły rozumieć, ze wojna jest nieunikniona, a dwadzieścia lat wcześniej, do wiosny 1919 roku, kiedy niemieckie elity stwierdziły, że wojna jest nieunikniona i czas zacząć się przygotowywać. Przez lata 20-te armia odrabiała zadania domowe i przygotowywała się intelektualnie, wraz z doktryną i planami nowych broni, a dzięki oszczędnościom na wielkości sił zbrojnych, narzuconym przez Traktat Wersalski, pieniądze były intensywnie inwestowane w infrastrukturę zmniejszająca zależność od importu surowców.  Najsłynniejsze są zakłady produkcji benzyny syntetycznej, ale podobnych rzeczy było mnóstwo. Bateryjne zestawy trakcyjne (znakomite i działające przez dziesięciolecia, przy okazji utrzymujące moce produkcyjne dla baterii do U-botów), wiejska elektryfikacja, nowe modele parowozów i sporo innych, podobnych rzeczy, z czego jedna nas interesuje szczególnie, ale o tym później. Skala inwestycji była dość duża i męcząca dla ludności, bo ograniczała wzrost poziomu życia, dość oczekiwanego po biedzie wojennej i powojennej.
Między innymi dlatego nastąpiła drastyczna zmiana władzy w 1933 roku i zarzucenie tego programu inwestycyjnego oraz częściowe zwiększenie konsumpcji. Częściowe bo potencjał inwestycyjny został przeznaczony na militaryzację i rozbudowę sił zbrojnych. W jeszcze większej skali, mocno przekraczającej realne możliwości kraju. Oczywiście każde dziecko rozumiało, że ta militaryzacja była robiona co najmniej w celu przywrócenia granic sprzed 1914 roku. Co po pierwszym spojrzeniu na mapę prowadzi do konkluzji, że pierwszymi ofiarami będzie Polska i Francja. Tyle powinno rozumieć dziecko. Ale, jak wiadomo, był to poziom orientacji w świecie powyżej możliwości ekipy sanacyjnej, zarówno za życia Piłsudskiego, jak i później. Na ich usprawiedliwienie można jedynie podać, że "narodowa" opozycja była w tej kategorii jeszcze gorsza, bo aktywnie zachwycona Hitlerem. Cóż, w sytuacjach, że władza jest bezdennie głupia, ale opozycja jeszcze gorsza wiele krajów ma spore doświadczenia, w różnych czasach.

W każdym razie sytuacja międzynarodowa Polski była taka, że od momentu uzyskania niepodległości należało myśleć o następnej wojnie. To oczywiste. To nie było robione i stopnień zaniedbania zarówno sił zbrojnych, jak też gospodarki jest zupełnie nieprawdopodobny. Wystarczy powiedzieć, że do swojej śmierci Piłsudski blokował jakąkolwiek możliwość opracowania planów wojennych. Jakichkolwiek. Dopiero po jego śmierci najpierw powstał plan na wojnę z ZSRR i zaczęto prace nad planem wojny z Niemcami. Nie zdążono. Dopiero na podstawie planów wojennych mogła powstać spójna doktryna, a na jej podstawie plan wyposażenia armii i jej modernizacji. Z tego nie zostało zrobione nic. Wojsko Polskie było uzbrojone w zlepek dość przypadkowego sprzętu nie pasującego do żadnej doktryny, bo jej po prostu nie było. To był stan na Wrzesień 1939 roku. 
Na usprawiedliwienie można powiedzieć, że naprawdę mnóstwo zostało zrobione w latach 1936-39, na każdym polu i nie miało oraz nei mogło mieć to znaczenia. Niemcy zbroiły się szybciej niż byłoby to możliwe dla Polski w każdym scenariuszy. Po prostu dużo większa gospodarka i tak zbrojąca się ponad stan musiała wygrać. Nawet w najdzikszych optymistycznych scenariuszach, kiedy na nieudany zamach majowy lub śmierć Piłsudskiego max w 1931 nakłada się nieprawdopodobne szczęście w kampanii wrześniowej musi się ona skończyć zimą, przed realnymi możliwościami francuskiej ofensywy. Nie ma, nie istnieje scenariusz, żadnej minimalnie realnej alternatywnej historii w której Polska może nie przegrać kampanii wrześniowej. Sama przewaga liczebna przy podobnym wyposażeniu i doktrynie by załatwiła sprawę. A w tych rzeczach przewaga także była gigantyczna, bo jeden z najbardziej uprzemysłowionych krajów świata pracował nad tym przez 20 lat pokoju. 

W takim razie pozostaje inne pytanie:
Czy wojny można było uniknąć. Zasadnicza odpowiedź też jest negatywna. Po prostu, niezależnie od tego czy rządziłby Hitler czy konserwatywni rewizjoniści, i tak kwestia Gdańska i Korytarza zawsze musiałby wypłynąć. Zapewne nawet Socjaldemokracja prędzej czy później by doszła do tego tematu. 

W takim razie zejdźmy do najniższego wspólnego mianownika. Czy można było doprowadzić do takiej sytuacji, w której wojna byłaby zupełnie nieopłacalna dla Niemiec? Próbą takiej polityki była akceptacja brytyjskich gwarancji, działanie zupełnie rozsądne w sytuacji obudzenia się wiosną 1939 roku.  I zupełnie skazane na klęskę jak pokazała historia. 

Skoro maksymalna możliwa groźba dyplomatyczna i polityczna nie zadziałała to czy coś wogóle mogło zadziałać? Wydaje się, ze nie. Ale spójrzmy na to samo co zawsze.
Niemcy nawet w pierwszej wojnie światowej miały potężne problemy z ropą. I nawet wtedy miała ona już poważne znaczenie. I śmiało możemy powiedzieć, że od 1930 roku, roku nowych stawek celnych USA, cała światowa polityka toczyła się wokół dostępu do paliw płynnych. Każdy minimalnie rozgarnięty człowiek zaglądał do powszechnie dostępnych danych statystycznych i zauważał, że w Niemczech ropy praktycznie się nie wydobywa, za to jest jej pewna ilość w Austrii. Następnym krajem z jakimikolwiek złożami ropy jest Polska. Tu jest o tyle ciekawa sprawa, że praktycznie całość wydobycia znajduje się na terenach do których ma roszczenia ZSRR. 
Z powyższego wynika dość jasna polityka. Po pierwsze Polska musi mieć siły zbrojne wystarczające na skuteczną, w miarę samodzielną, lub z pomocą Japonii i Rumunii (siłą rzeczy niezbyt istotną) obronę przed ZSRR. Po drugie Polska musi mieć siły wystarczające aby powstrzymać impet pierwszego uderzenia niemieckiego i następnie utrzymać front do czasu zwycięstwa sojuszników, czyli Francji. I wreszcie musi istnieć plan na wypadek porozumienia Niemiec i ZSRR. Oczywiście już te dwie pierwsze rzeczy były mało realne, choć gdyby przygotowania rozpoczęły się w 1930 roku i jedynym przeciwnikiem byłby Niemcy? Plus mnóstwo szczęścia.
Ale czy była jakakolwiek szansa w rzeczywistej historycznej sytuacji porozumienia Niemiec i ZSRR?
W historycznym 1939 już nie. I raczej nikt o zdrowych zmysłach sobie by tego nie potrafił wyobrazić. Ale zaczynając wystarczająco wcześnie?

Tylko od czego. Oczywiście można było zacząć od zbudowania państwa, które by popierało rozwój i prowadziło świadomą politykę, ale z politykami pokroju Witosa, Piłsudskiego i jeszcze gorszych postaci jak Dmowski i okolice to było niemożliwe. 

Skoro to było niemożliwe, to pozostało zastanowić się co było możliwe i miało sens. Spełnianie żądań Hitlera w ich oficjalniej postaci żadnego sensu nie miało. Nie dlatego, że były jakieś szczególnie ekstremalne. Włączenie Gdańska do Niemiec i tak by nastąpiło. Ale eksterytorialne połączenie przez Korytarz było i to zupełnie rozsądnie poza jakąkolwiek granicą ustępstw. To by oznaczało potężne wzmocnienie militarne Niemiec i potężne osłabienie strategiczne Polski, niezależnie od dokładnego kształtu takiego porozumienia. I następną eskalację żądań w jeszcze gorszej proporcji sił. 

W takim razie- dlaczego Korytarz miał aż takie znaczenie? Ponieważ obecny tranzyt organizowany przez polskie władze, a właściwie PKP po pierwsze pozostawał pod nadzorem Polski i nie pozwalał na specjalnie dużą militaryzację Prus Wschodnich, a po drugie był płatny. I to drogo. I to w walutach wymienialnych. Eksterytorialne połączenie by pozwoliło na przerzucenie do Prus Wschodnich dowolnych ilości sprzętu i żołnierzy w krótkim czasie, jednocześnie jeszcze bardziej ograniczając możliwości finansowe Polski. W takim układzie hipotetyczna kampania polsko-niemiecka w 1940 trwała by tydzień, a nie miesiąc.

Ale skoro już pojawił się temat walut wymienialnych, to czas go pociągnąć. Ponieważ była to najważniejsza rzecz, która kształtowała politykę lat 30-tych. Tak, najważniejsza.
W tym czasie właściwie cały postęp był związany z motoryzacją. Zwiększenie wydajności transportu, rolnictwa, wojska, koncentracji przemysłu, przyspieszenie budowy nowych fabryk i możliwość używania autobusów dla komunikacji do nich, etc. Wszystko, w tym również dość nieliczne inwestycje w sieć kolejową i żeglugę śródlądową często były związane z używaniem paliw płynnych. 

Co oznacza, że w ogóle jakąkolwiek szansę na rozwój, modernizację i wreszcie poprawę jakości sił zbrojnych miał tylko ten, kto miał dostęp do paliw płynnych. I to najlepiej tanich. 
I teraz najzabawniejsze. Dwóch największych producentów ropy to był kolejno USA i ZSRR. Następne na liście był państwa inne państwa obu Ameryk, całkowicie powiązane gospodarczo i walutowo z USA. Gdzieś całkiem wysoko była Holandia i jeszcze w okolicach 10 miejsca Rumunia. Eksportowych ilości ropy nie miał już prawie nikt. 
Co w bardzo dużym uproszeniu oznaczało, że albo kraj miał dolary albo umowę handlową z ZSRR. Albo rzucał się na jakieś rozwiązania, które mogły zapewnić jakąś alternatywę. Ale zwykle wymagały kapitałów w ekstremalnej skali, jak masowy program elektryfikacji kolei do każdej wioski w Szwajcarii.
Co nas sprowadza do pytania co można było sprzedać do USA? W opłacalny sposób- praktycznie nic. Od 1930 roku obowiązywały tam cła w średniej wysokości 65% i nie istniała możliwość opłacalnego importu czegokolwiek co mogło być produkowane w USA. Więc wchodziły w grę produkty luksusowe, zaawansowana technologia i kauczuk. Koniec listy. Jeśli ktoś desperacko potrzebował dolarów to mógł jeszcze się bawić dumping i było to dość powszechne. Producentami kauczuku była głównie Wielka Brytania i Holandia, więc te kraje jeszcze miały zupełnie przyzwoitą możliwość zaopatrzenia w ropę. 
Niemcy praktycznie nie miały ropy, ani żadnych towarów pozwalających ją nabyć. Więc się dusiły. Co więcej zobowiązana z tytułu Traktatu Wersalskiego były płatne w walutach wymienialnych, czyli w dolarach. W tym zobowiązania wobec Polski z tytułu tranzytu. 
Oczywiście można spojrzeć na jakieś głupoty wypisywane w książkach i zobaczyć, że frank francuski był wymienialny przez kilka lat, funt brytyjski przez chwilę. Złotówka przez prawie cały czas, itd. Ale jedynym skutkiem takiej wymienialności, było to, że posiadacze tych walut mogli bez zezwoleń wymienić je na jedyną walutę, która miała prawdziwą wartość (bo można był za nią kupić ropę) i szybko wywieźć z kraju, który by to nie był. Więc utrzymywanie wymienialności waluty po 1930 to było tylko i wyłącznie drenowanie własnych rezerw. Co polski rząd robił aż do 1936, kiedy wreszcie udało się zmienić politykę gospodarczą na zupełnie rozsądną.  I zauważmy, że był to pierwszy rok w historii 2 RP, kiedy żaden z panów wymienionych na początku nie miał na nią wpływu...
To powiedziawszy- domaganie się twardej waluty za tranzyt oczywiście powodowało, że wojna z Polską zwyczajnie będzie się opłacać. 

Ze strony Polski rozsądnym, nie wiem czy jedynym, ale na pewno jednym z nielicznych rozsądnych byłoby zrobienie czegoś dokładnie odwrotnego. Przyjmowanie marek w rozliczeniu nie tylko za tranzyt, ale i sprzedawanie ropy naftowej (a najlepiej tylko benzyny) za marki. Brzmi szalenie, bo marki w 1936 roku były równie poważane na międzynarodowym rynku walutowym jak złotówka w 1982. Nie chodzi oczywiście o bezwartościowe świstki, tylko o to, że Niemcy mogli zamiast dolarami czy złotem, których zwyczajnie nie mieli, płacić maszynami, traktorami, ciężarówkami, czy najlepiej całymi fabrykami razem z licencjami. 
Byliby szczęśliwi jak świnie w deszcz. A interes by się Polsce opłacał kilkukrotnie. COP i tak był budowany i i tak powinien być zbudowany. Równie dobrze mogli go zbudować Niemcy, czy dostarczać obrabiarki. Co za różnica? Albo można było rozpocząć uprzemysłowienie na większą skalę. Niemcy po przyzwyczajeniu się do takich transakcji, uwzględnieniu tej benzyny w planach gospodarczych nie byli by w stanie się bez niej obejść. Bo nie byli. I faktycznie staliby się gwarantem polskiej granicy wschodniej, bo tam były złoża ropy. 
Co więcej, potencjał produkcyjny, inżynierski i projektowy zużyty na dostawy do Polski nie mógłby być użyty na  zbrojenia. A historia współpracy Niemiec z ZSRR, a także np. Szwajcarią pokazała, że niechętnie, ale kiedy musieli to sprzedawali nawet najnowsze technologie zbrojeniowe. Szwajcarom sprzedali Me-109 w 1939 roku! Za pomocą których były zestrzeliwane niemieckie samoloty, zresztą.

Oczywiście pozostaje pytanie- a co ze zużyciem benzyny w Polsce. Nic. Benzyna była potrzebna do samochodów osobowych, które usiłowała kupować elita urzędnicza. No to by nie kupowała. Taksówki spokojnie mogły jeździć na holzgazie, na niemieckiej licencji, zresztą naprawdę kupionej w tym czasie. A całość transportu towarowego i rolnictwa spokojnie można było rozwijać w oparciu o silniki żarowe, również niemieckiego projektu. Co w istocie w Polsce zrobiono kilka lat później w postaci ciągnika Ursus -45.

To co tu proponuję to jest w istocie układ benzyna (+ewentualnie inne surowce) za pokój i transfer technologii. Od strony gospodarczej to jest DOKŁADNIE układ zawarty miedzy Niemcami i ZSRR. Który też nie został dotrzymany i to jest poważny znak zapytania nad sensownością takiego postępowania.

Ale innego nie było. Jedyna prawdziwą alternatywą były jedynie rządy, które by rozumiały zasady rozwoju kraju, politykę międzynarodową i ekonomię i to od początku, od 1920 roku. W 2RP rządy mające pojecie o ekonomii były po 1936 roku, rozumiejące politykę międzynarodową i sprawy wojskowe- nigdy.  

A może taki układ by pozwolił dłużej funkcjonować niemieckiej gospodarce i odwlec wybuch wojny o rok lub dwa? Patrząc na to, że od wiosny 1939 r. nawet w polskiej armii zaczynały się pojawiać jaskółki rozsądku, to kto wie, może kampania w 1941 mogła by trwać z trzy miesiące?  A to może by coś zmieniło na Zachodzie?

Te jaskółki rozsądku to Obrona Narodowa, w końcu broń o kalibrze 20 mm, pierwsze niszczyciele czołgów, postępująca roweryzacja, plany umocnień. I oczywiście w ogóle prace nad planami obrony. Wbrew pozorom b. poważne rzeczy. Może by doprowadziły do zaistnienia prawdziwej doktryny wojskowej i jakiś reform w stronę sprawnego wojska. Kto wie? 

Niemcy, Szwajcaria i kurs franka

Pod poprzednim wpisem, w komentarzu, padło bardzo ciekawe pytanie. Skoro Niemcy mają na horyzoncie problemy w wielu dziedzinach, to jak to w przyszłości wpłynie na gospodarkę Szwajcarii, mocno z Niemcami powiązaną? I co będzie dalej z kursem franka?

To nie jedno pytanie, a całkiem sporo różnych. Z pierwszym i podstawowym założeniem, że Der Schwindel realnie wpłynie na niemiecką gospodarkę. To założenie jest niekoniecznie prawdziwe. VW na rynku USA nie ma czego szukać, a to dla producentów europejskich zawsze była żyła złota. Ale sprawa z Porsche i Audi jeszcze nie jest przesądzona. One, w przeciwieństwie do marki VW nie opierały swojej sprzedaży na dieslach. 

Osłabienie pozycji niemieckich koncernów motoryzacyjnych, zarówno finansowe, jak też polityczne jest pewne. Jakieś, niekoniecznie na skale implozji finansowej. Tu wróćmy do początków roku 2009, dna spowolnienia. czy kryzysu.  Pomińmy brednie o polsko-greckiej  zielonej wyspie i możemy spojrzeć realnie na gospodarkę Europy. Wyglądała ona tak, że siła nabywcza w całej Europie gwałtownie się załamała, nawet jeśli konsumenci mieli środki, to ich nie wydawali. Najmocniej to uderzyło w gospodarkę Niemiec, stojącą przemysłem ciężkim i eksportem. Zresztą nie mają innego wyjścia, są uzależnieni od importu surowców. Ale dzięki spadkowi cen surowców nagle mocno wzrosła opłacalność inwestycji w energetykę odnawialną. To był potężny niemiecki stymulus, którego skutki są dziś bardzo mocno odczuwalne. należą do nich obniżenie kosztów energetyki słonecznej do poziomu konkurującego z prądem ze źródeł kopalnych, wprowadzenie wiatrowej na drogę do bycia najtańszym źródłem elektryczności, a przede wszystkim problemy tradycyjnych koncernów energetycznych oraz powstanie znacznie większej ilości miejsc pracy niz w tradycyjnej energetyce. To ostatnie spowodowało spadek bezrobocia w krytycznym dla gospodarki momencie i powrót optymizmu. Dziś sytuacja jest inna. Ale jedna cecha jest bardzo podobna- inwestycje w energetykę odnawialną mają całkiem spory potencjał wzrostu. Tylko z zupełnie innego powodu. Energetyka wiatrowa i słoneczna są tradycyjnie bojkotowane przez "układowe" koncerny, ale to koncerny dziś są na przegranej pozycji i musza zabiegać o parasol polityczny aby przetrwać. Lub się przystosować. Na szczęście jest w Niemczech wicepremier z partii która się nazywa PSL (czy jakoś podobnie), który dzielnie broni interesów Gazpromu, zwalcza energetykę odnawialną pod pretekstem jej wspierania itp. Premier Merkel stara się w miarę możliwości nie zajmować jasnego stanowiska w żadnej sprawie, ani nie podejmować żadnych zdecydowanych ruchów. Takie metody w stabilnej sytuacji są całkiem niezłe, gorzej jak zaczynają się problemy. 
Podsumowując- niemiecka gospodarka dziś ma się dobrze, czarne chmury dopiero się zbierają. Możliwość ominięcia burzy jest dość łatwa, a problem się nazywa nawet nie tyle polityka, co osobowość i poziom liderów. Tam nie ma problemu z jakością administracji jako całości, czy korupcją na poziomie sądów lub średniej administracji. Tak, ja wiem, że z polskiej perspektywy Merkel może wyglądać na światłego i zdecydowanego lidera. Ale nie zapominajmy, że polska perspektywa nazywa się Ewa Kopacz i na jej tle nawet blacha do pieczenia wygląda jak Żelazna Dama.
Kwestię imigrantów możemy pominąć, bo to jest problem jakości przywództwa, a nie aktualnej ekonomii. A jak widać choćby przeciętna jakość przywództwa może bez trudu pozwolić na ominięcie raf ekonomicznych. Tak samo przecież w kwestii kryzysu imigracyjnego wystarczy sensowna inicjatywa w UE dla jego szybkiego zażegnania. Przez przestrzeganie traktatów i autentyczną pomoc tam gdzie jest potrzebna- co oznacza również Turcję i przede wszystkim Liban.

W takim razie pozostaje do omówienia Szwajcaria. Tu znów są dwie kwestie. Pierwszą jest wpływ potencjalnego kryzysu niemieckiego na gospodarkę Szwajcarii, czyli prawdziwy wpływ w kategoriach aktywności handlowej i przemysłowej, a druga to skutek dla waluty. W przypadku Szwajcarii to są dwie różne sprawy. 
Zacznijmy od kwestii walutowej, bo jest ona najprostsza. Frank szwajcarski jest dobrą i stabilną walutą, mającą zabezpieczenie w solidnej gospodarce stabilnego politycznie kraju. To oznacza, że jego wartość w sytuacjach kryzysowych rośnie. Tak, wiem, że jeszcze rządząca partia o Polsce opowiada to samo, ale ludzie decydujący o pieniądzach uważają inaczej.Od tego można było właściwie rozpocząć i na tym zakończyć. Ale na dłuższą metę decydują nie sentymenty a fundamenty. 
Aby je dokładnie zrozumieć cofnijmy się 70 lat. Ponure czasy 2 w.ś.  Rok 1939, jeszcze przed atakiem na Polskę, szwajcarskie władze realnie obawiają się, że mogą stać się celem inwazji. W końcu był to ostatni duży niemieckojęzyczny obszar nie zjednoczony w ramach Rzeszy. Zarządzono mobilizację i skoszarowano 600 tys żołnierzy. W kraju o 5 mln ludności!! Do tego otwartym tekstem zapowiedziano zniszczenie praktycznie całej infrastruktury w razie inwazji. Linie kolejowe przez Alpy były Niemcom absolutnie potrzebne i ich utrata równałaby się praktycznie zatrzymanej wymianie handlowej z Włochami. Jedyna następna linia, przez przełęcz Brenner w Austrii była właściwie w całości zajęta przez transporty wojskowe. Materiały i surowce o podwójnym przeznaczeniu musiały iść tranzytem przez Szwajcarię. To był jeden z powodów dla których zdanie o "zjednoczeniu wszystkich Niemców" miało drugą część "chyba, że się będą bronić".

Inne aspekty roli Szwajcarii w 2 w.ś. sa jeszcze ciekawsze. Otóż wówczas dla silników dużych mocy w konstrukcji łożysk potrzebne były stosownie oszlifowane diamenty. Dokładnie tak to wyglądało. Samolot bojowy, cud ówczesnej techniki. Jego najbardziej skomplikowaną i bardzo zaawansowaną technicznie częścią był silnik. Najmocniej obciążoną częścią silnika jest wał napędowy. Ten wał jest podparty na łożyskach. Dla wytrzymałości przy jak najmniejszej wielkości i wadze elementami tocznymi były diamenty. Bez nich nie dało się zbudować nowoczesnego samolotu. A diamenty w taki sposób szlifowano tylko w Szwajcarii. 

Dokładnie tak. Wspaniałe, romantyczne sceny pojedynków Spitfiirerów i Hurricanów broniących Londynu z Me 109 nigdy by się nie odbyły gdyby nie anonimowy szwajcarskich szlifierz diamentów, który sprzedawał swoje wyroby obu stronom. Te diamenty po zajęciu Francji dla aliantów były po prostu przemycane. W bagażu dyplomatycznym państw trzecich, etc., ale cały czas to Szwajcarzy zarabiali.
Charakterystycznym drobiazgiem jest to, że w 1944 roku, kiedy dla Luftwaffe liczył się każdy możliwy sprzęt, Szwajcarzy po prostu zażądali dostarczenia ponad 100 Me 109. Oczywiście, zapłacili, ale alternatywą było nie podpisanie umowy handlowej i zgody na tranzyt. Na to Niemcy nie mogli sobie pozwolić. W taki sposób te bardzo potrzebne Luftwaffe samoloty trafiły do szwajcarskich pilotów, którzy przez całą wojnę dość radośnie i regularnie do niemieckich strzelali.

Ale nie chodzi o opisywanie tradycyjnej przyjaźni niemiecko- szwajcarskiej, a podkreślenie podstaw szwajcarskiej gospodarki. Jeśli dokładnie przejrzymy dowolny ciąg technologiczny związany z mechaniką precyzyjną to prawie zawsze gdzieś na dnie całego łańcucha jest przedmiot którego nie można niczym zastąpić, dla zbudowania którego jest potrzebny element wytwarzany wyłącznie w Szwajcarii. Wracając do naszego samolotu- własnie ten kompletny samolot każdy widzi i bierze go za obraz potęgi przemysłu. Niektórzy sobie zdają sprawę, że bardziej chodzi o silnik. Ale nikt z publiki nie zastanawia się z czego ten silnik się składa. Co najwyżej potem z ust piewców rozwoju są zachwyty jakie ci Niemcy i Japończycy robią dobre łożyska. 

Tak samo jest dziś np. z banknotami. Drukarni jest sporo, fabryk farb też kilka. Ale dodatki do tych farb zapobiegające barwieniu palców i rozmazywaniu produkuje jedna firma na świecie. Przynajmniej te dobrej jakości. Łatwo zgadnąć z jakiego kraju...

W skrócie- Szwajcaria stoi przemysłem, wbrew pozorom i powszechnej opinii, a ten przemysł jest praktycznie niewrażliwy na koniunkturę lub jej brak w konkretnym kraju lub regionie świata. Zbyt mocna waluta psuje nieco lokalny handel i usługi, ale w żaden sposób nie jest w stanie podważyć fundamentów szwajcarskiej gospodarki, tak samo jak nawet kompletne załamanie gospodarcze Niemiec. 

A odpowiadając na początkowe pytanie. Kurs franka szwajcarskiego prawie wcale nie zależy od sytuacji w Niemczech, a jedyna zależność jaka realnie istnieje to ucieczka do bezpiecznego portu w sytuacji problemów w Niemczech. Odwrotnie jak kurs złotówki.