Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryzys. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryzys. Pokaż wszystkie posty

Katastrofa o biblijnych proporcjach

Epidemia to jest jedna rzecz. Druga to jej efekty ekonomiczne. I tu było olbrzymie miejsce do popisu dla władzy, która mogła rozsądnie przezimować gospodarkę, albo udawać, że nic się nie dzieje, czy wręcz w imię neolibskich durnot dać ludziom ochłap na chwilę, ale pogłębić problemy z płaceniem za nieruchomości.
I to ostatnie przyjęto jako drogę postępowania w USA. I wszyscy za to zapłacimy. Drogo.
Mianowicie w ramach tarczy antykryzysowej wysłano tam po czeku na 1200 usd, zawieszono eksmisje i dołożono całkiem sporo do zasiłków dla bezrobotnych.
I teraz: czek był jeden, był i znikł, nie ma. Epidemia, nawet w przypadku sprawnych działań i tak by trwała dłużej niż się na początku spodziewano. A z działalnością rządu Trumpa, po pół roku jest znacznie gorzej niż ktokolwiek mógł przewidywać.

Co to wszystko oznacza?

Otóż to, że ludzie chowają się w domach, nie konsumują i nie pracują. Czyli ekonomia stoi. Jednorazowy czek był i znikł, teraz w wielu amerykańskich domach zaczęło się szukanie jakichkolwiek pieniędzy. I ich nie ma. Bo gospodarka dalej stoi i bez pokonania epidemii stać będzie. 
I nie wchodząc w szczegóły mechanizmu, już jest chyba jasny czas podać liczbę:

32%

Tyle amerykańskich gospodarstw domowych w lipcu nie zapłaciło przynajmniej części swoich zobowiązań za nieruchomość. A 19% nie zapłaciło nic. 

Powiedzmy to jeszcze raz. Co 3 gospodarstwo domowe nie miało pieniędzy na czynsz lub ratę kredytu za mieszkanie. A to są przecież wydatki ponoszone zaraz po jedzeniu.
Co 5 gospodarstwo domowe nie zapłaciło nic. Tam prawdopodobnie jest głód, być może łagodzony przez food stamps lub banki żywności. 

To nas prowadzi do uzasadnionego wniosku, że co 3 gospodarstwo domowe nie ma środków na nic poza żywnością, a co 5 nie ma nawet na żywność. Być może te liczby są gorsze, lepsze raczej nie. 
I mamy właśnie kończący się zakaz eksmisji. 
1/3 gospodarstw domowych jest zagrożona eksmisją. Zapewne część z nich się dogada, ale to cokolwiek da jedynie w przypadku wzrostu dochodów takiego gospodarstwa. Co oczywiście może nastąpić, w sytuacji wyjątkowego fuksa lub wzrostu gospodarki. Obie te rzeczy mogą się oczywiście zdarzyć, ale rozsądnie rzecz biorąc nie należy się spodziewać żadnej z nich, przynajmniej na masową skalę.

To oznacza, że już zaraz będziemy świadkami największej akcji pozbawiania ludzi dachu nad głową od czasu nalotów dywanowych. 
A zaraz potem wielkiej jak lej po bomie dziury w budżecie każdego kto żył z najmu lub finansowania nieruchomości. Co w dużym skrócie oznacza cały system finansowy USA. 

Teraz zabawniejsza część historyjki: do końca czerwca obowiązywał zakaz eksmisji i dodatkowy zasiłek dla bezrobotnych w wysokości 600 USD tygodniowo. To nie było mało. I tego już też nie ma.

Jest za to olbrzymie bezrobocie oraz rozpoczyna się fala obniżek płac. Jednym firmy obniżają po prostu, choć to nie jest popularne w USA, w końcu kraju mentalności sukcesu, więc takich sytuacji jest prawdopodobnie zaledwie ok. 4 mln. Innym po prostu ubywa godzin pracy i takich sytuacji jest znacznie, znacznie więcej. 

To są tylko liczby, ale za nimi są prawdziwe ludzkie tragedie. Oraz, co ważniejsze, kompletny brak alternatyw dla większości. Nawet jeśli dziś jest się wśród szczęśliwców, gdzie całe gospodarstwo domowe utrzymało dochody, to nie ma żadnej gwarancji, że za pół roku nadal tak będzie. I nawet jeśli ma się niezłe kwalifikacje, to bezrobocie w danej branży może być zbyt wysokie, aby znaleźć jakąkolwiek nową pracę (halo, piloci?). 

To już jest największy kryzys w historii współczesnej ekonomii, a rozpoczęcie egzekucji i zakończenie dopłat do zasiłków go bardzo, bardzo szybko pogorszy. 
A przecież nic się nie poprawia, wręcz przeciwnie, sytuacja epidemiologiczna się pogarsza. I obecnie wszystko wskazuje na to, że co najmniej do czasu objęcia urzędu przez nowego prezydenta to będzie się nadal pogarszać. 

Pogarszać. Z poziomu 140 tys zgonów i 1/3 społeczeństwa bez pieniędzy na podstawowe opłaty. 
W tym tempie USA prawdopodobnie przebiją liczbę zgonów z epidemii grypy z 1918-19, a być może też ofiar 2 w.ś. Już teraz liczba zgonów przekroczyła wszystkie pozostałe wojny toczone poza terytorium USA. 
Za to tempo hamowania gospodarki przebiło wszystkie powojenne recesje o głowę, w tym również kolaps 2009 roku. Teraz pozostaje kwestia czy poziom załamania będzie podobny czy znacząco gorszy jak w Wielkiej Depresji. 

I nie będzie tak "łatwo" jak w 2009, kiedy światowa ekonomia została dość szybko podniesiona przez gigantyczny program inwestycyjny w Chinach. Nic takiego tym razem nie będzie. Będzie rachityczne kilkaset miliardów w UE, i kompletny rozkład w USA co najmniej do 21 stycznia przyszłego roku. A Chiny są skoncentrowane na sobie i wprowadzaniu zamordyzmu aby ratować swoją klasę oligarchów. Światu już nie pomogą. 


Ciekawe czasy

Otóż raz mam dobrą wiadomości w tych ponurych czasach. Jeśli ktoś lubi fabułę katastroficzo- dystopiczną to już nie musi szukać beletrystyki. Wystarczy że się podłączy do wiadomości z USA.
Ale żadnych więcej dobrych wiadomości nie ma.

W tym dystopijnym obrazie na pierwszy plan nie wysuwają się powszechnie znane kwesti, czyli epidemii, ekstremalnej liczby bezrobotnych, nie działającego systemu opieki zdrowotnej ani braku siatki bezpieczeństwa na złe czasy. To wszystko byłoby ponure, ale dalekie od pełnego opisania dzisiejszej rzeczywistości. Dziś, i z każdym nowym dniem to zamienia się coraz bardziej w ponury teatr bezdusznego okrucieństwa, ale też absurdu.

Na rozgrzewkę drobny, przypadkowy news: w Brooklynie sąsiedzi skarżyli się na smród dobiegający z U-Haula. Znaczy takiej ciężarówki z wypożyczalni, zwykle używanej do przeprowadzek. Przyjechała policja, otworzyła. W środku załadowana ludzkimi zwłokami, które zaczynały się poważnie rozkładać. W drugiej takiej- to samo, łącznie 40-60 ciał.
Jak się tłumaczył właściciel krematorium przy którym to się działo, nie wie dlaczego jego pracownicy tego nie rozładowali. Cóż...
Ale mam jedno zasadnicze pytanie- dlaczego mógł znaleźć więcej naczep chłodniczych? Znaczy więcej, bo tam stały już dwie, też wypełnione zwłokami. Może już brakuje chłodni do wynajęcia w okolicy Nowego Jorku? W końcu to jest jedyna część transportu która jeszcze prawie normalnie pracuje.
Jak ktoś chce bliższy opis to jest tu

A następnie mamy taki ładny obrazek, który właściwie opisuje dzisiejsze USA
Tak, to jest protest w USA. Tak, to są hasła protestu.
I nie, wygląda na to, że nikomu nic się nie pomyliło. Otóż odbywają się protesty przeciwko ograniczeniom kwarantanny. I tak, jak najbardziej pod hasłami wysłania ludzi do obozów pracy, gdzie mają realną szansę nie przeżyć tego doświadczenia.
I tak, rasiści mówią to otwartym tekstem.
A tak dokładniej chodzi o zakłady mięsne, niezupełnie rzeźnie, ale takie firmy, gdzie się rozbiera półtusze lub kurczaki. Praca tam wygląda tak, że jest linia produkcyjna i wzdłuż niej stoją, najczęściej ramię w ramię pracownicy i każdy odcina jeden, zawsze ten sam kawałek.
I tak przez całą zmianę, nawet bez możliwości zasłonięcia ust przy kichaniu czy kaszlu, bo by pomięli kawałek do odcięcia.
Po opisie można się domyślić, że praca ta nie cieszy się specjalnym powodzeniem u ludzi mających jakąkolwiek alternatywę.
I dość oczywiście takie miejsce jest dość dobrym rozsadnikiem wszelkich infekcji. A COVID-19 bardzo dobrym.
Oczywiście, jak większość miejsc pracy także i to można zrobić nieco bezpieczniejszym: zrobić większy dystans pomiędzy stanowiskami pracy, dać środki ochrony osobistej, pilnować dystansu w szatniach, etc. Ale nie zrobiono w tym zakresie nic, przynajmniej w olbrzymiej większości tych zakładów. Które zresztą należą w tejże olbrzymiej większości do zaledwie kilku koncernów.

Nie zrobiono nic, więc w kolejnych zakładach wybuchają epidemie i kiedy sytuacja już jest nie do opanowania, to są zamykane. Więc na inne zakłady w koncernach jest nakładana presja szybszej pracy, w większym zagęszczeniu. I tak to się rozwija. I żeby było śmieszniej, w wielu z tych miejsc oficjalnie nie ma żadnej epidemii, bo z jednej strony większości z tych ludzi i tak nie stać aby pójść do lekarza czy szpitala, zresztą może żadnego nie być w okolicach gdzie są takie zakłady. Bo ludzie co prawda są, ale i tak ich nie stać na opiekę medyczną w żadnych czasach. A lepszej pracy nie ma, bo gdyby była, to zakłady mięsne by nie mogły działać z braku pracowników.
A zresztą to są zazwyczaj bezpiecznie Republikańskie okolice i administracja stanowa się nie przejmuje żadną epidemią i po prostu nie ma testów. A rząd federalny nie przejmuje się okręgami bez znaczenia dla wyniku wyborów, więc nie ma żadnych testów.
Za to przejmuje się tym, aby tego typu firmy mogły działać. Więc republikański (oczywiście) gubernator Iowa zadeklarował, że kiedy firma ogłosi że pracuje, to kto nie zgłosi się do pracy ten traci prawo do zasiłku dla bezrobotnych. I nieważne jaka jest sytuacja epidemiczna.
Kolejni republikańscy gubernatorzy robią to samo. W Teksasie ogłoszono po prostu uruchomienie gospodarki, kto się nie stawi, traci zasiłek.

Oczywiście nie ma tam żadnych przesłanek, że epidemia się kończy, nie ma żadnego powszechnego testowania, ani weryfikacji kontaktów, kwarantanny, niczego. Za to w stanach, gdzie gubernatorzy starają się panować nad epidemią i rozsądnie ją przetrwać oraz uruchamiać wszystko jak się będzie dało, to odbywają się manifestacje jak na obrazku. I choć hasło jest wybitne, to jedna rzecz jest nietypowa- protestująca ma maseczkę, to akurat jest mało spotykane w tym towarzystwie. No, chyba że to prowokacja i pani przyszła ich trollować. To IMO jej wyszło.

I zacząłem od opisu dystopii, to mogę i tak skończyć. Otóż żona gubernatora Massachusetts jest Koreanką. Nic nadzwyczajnego, ale w tej sytuacji ona użyła swoich kontaktów i stan kupił w Korei 500 tys testów. Ale zabawniejszy był transport. Mianowicie na polecenie Jareda Kushnera (zięcia Trumpa, jakby ktoś nie pamiętał) federalni jeżdżą po kraju i konfiskują należące do stanów transporty rzeczy przydatnych do zwalczania epidemii. Nikt nie wie co się z nimi dalej dzieje, bo rząd ich nie rozdaje nikomu. Może sprzedaje kolegom, a może po prostu niszczy.
Więc tenże gubernator jest Republikaninem, więc wie na co stać to towarzystwo, ale najwyraźniej nie ma ochoty w tym uczestniczyć. Więc zorganizował to tak: ładunek przyleciał koreańskim samolotem (aby był poza jurysdykcją federalną) i to bezpośrednio na lotnisko w Massachusetts , aby nie przekraczał granic stanowych (bo wtedy może paść w łapy federalnych. A na lotnisku czekała zmobilizowana na te okazję stanowa Gwardia Narodowa. Tak, stan musiał wysłać swoje siły zbrojne, aby chronić się przed rządem federalnym.
A zakup tak wyglądał, bo wcześniej rząd federalny zrobił to tak, aby stany i miasta się wzajemnie licytowały o ochłapy dostępnych testów i środków ochronnych. A potem i tak przejmował ten kupiony towar.

To znaczy od słabszych. Bo po pierwszych takich przypadkach gubernator Kalifornii publicznie przypomniał federalnym ile kasy płynie z Kalifornii do Waszyngtonu. Tonem sugerującym, że wcale nie musi płynąć.

Co słychać w lepszej Ameryce?

Otóż dzieje się. Naprawdę sporo. I przyznam, że miałem chwile wątpliwości przed napisaniem słowa "lepszej", ale zaraz przypomniałem sobie, że większą częścią tej drugiej rządzi Donald Trump. Więc tak, nadal lepszej.

Ale dookoła kontynentu dzieje się, i większości są to już dość poważne kryzysy społeczne na tle problemów gospodarczych.
Najprościej jest w Argentynie. Oczywiście, że rządy neoliberalnego prezydenta, który zachowuje się i mówi jak teleportowany z lat 90-tych, doprowadzą do podobnych wyników jak rządy z lat 90-tych. No i doprowadziły. Kryzys walutowy, podwyżka stóp procentowych (do 40%) w celu powstrzymania ucieczki walut, etc. W skrócie- to samo co zawsze. I przyspieszona deindustrializacja wspomagana naraz likwidacją barier handlowych i walutowych oraz drakońskimi podwyżkami cen energii. Żeby nie było- to są rzeczy, które raczej należało zrobić. Ceny energii, zwłaszcza elektryczności i gazu były patologicznie niskie, sposób implementacji barier pozacelnych i restrykcji walutowych świetnie utrudniał zwykły obrót handlowy z zagranicą, etc. Ale to wszystko zostało wprowadzone w celu zamortyzowania szoku 2009 roku i pełzającego kryzysu który mamy dookoła świata (i mieć będziemy). Ale została wprowadzona terapia szokowa, co paskudnym otoczeniu międzynarodowym prowadzi prosto do zgonu pacjenta. Truciznę, w postaci linii kredytowej z MFW już podano.

W Brazylii jest gorzej 
Jak nie wszystkim wiadomo, w zeszłym roku miał tam miejsce zamach stanu. Ale nie wojskowy, tylko według najnowszej mody, parlamentarno- sądowy. Sytuacja wyglądała tak, że Partido de Trabahadores musiała zgodzić się na przedstawiciela oligarchów jako kandydata na wiceprezydenta, następnie po zwycięstwie w wyborach prezydenckich Dilmy Rouseff parlament (zdominowany przez banksterską opozycję) robił wszystko aby przewrócić ekonomicznie kraj i  doprowadzić  do spadku popularności rządu. Sytuacja międzynarodowa i ceny surowców w tym całkiem sporo pomogły, wystarczyło uchwalić budżet bez deficytu w takiej sytuacji i zupełnie dobry kryzys był gotowy.  Kryzys wystąpił w solidnej, ale nie krytycznej postaci, ulica pomimo protestów nie chciała obalac rządu, to zajął się tym parlament. Uznano, że Dilma Rouseff złamała ustawę budżetową i przegłosowano impeachment. Prezydentem został niejaki Temer, który bardzo sprawnie zajął się wprowadzaniem reform, aby wszystko było tak jak kiedyś. Co spowodowało natychmiastowe pogorszenie sytuacji oraz spadek jego notować do poziomów normalnie nie znanych w demokratycznych społeczeństwach. 
Aby zobrazować skalę: w protestach przeciw rządom Rousseff, które doprowadziły do przejęcia władzy przez Temera, gadżetem protestujących były koszulki reprezentacji piłkarskiej. Dziś to się odbija na reprezentacji. 53% brazylijczyków deklaruje brak zainteresowania Mundialem, a gazety piszą o demonstracyjnym kibicowaniu reprezentacji Argentyny przez Brazylijczyków. Muszę przyznać, że to jest trochę niewyobrażalna wiadomość. Choć to argentyńska gazeta, czyli z definicji źródło wybiórczych i niekoniecznie prawdziwych informacji.

Wenezuela
Tam dla odmiany nic się specjalnego nie dzieje. Kraj stał się dyktaturą pod nieudolnymi rządami pseudolewicy opowiadającej o bogactwie z ropy. Tak się zabawnie składa, że Wenezuela w istocie ma olbrzymie złoża ropy, ale jednocześnie jest ona bardzo droga w wydobyciu. Czysto obiektywnie. Wobec czego gospodarka oparta na rozdawaniu pieniędzy z eksportu ropy i faktycznym niszczeniu każdego innego typu aktywności gospodarczej nie może funkcjonować. I nie funkcjonuje, a skutkiem tego jest masowa emigracja. A właściwie nawet nie emigracja, a ucieczka w poszukiwaniu minimalnych warunków dla życia, czy wręcz przeżycia. Z racji ilości uchodźców (bo to już lepsze słowo niż "imigrantów") przygraniczne miasteczka w Brazylii i Kolumbii pękają w szwach, z czego nie chodzi o brak mieszkań do wynajęcia, tylko raczej o brak miejsca w parkach do spania. 

Zostając przy Kolumbii
Tam mamy w najbliższa niedzielę druga turą wyborów prezydenckich. Z czego pierwsza tura była bardzo zabawna, bo zgodnie z sondażami, jak zwykle do drugiej miał przejść liberał i konserwatysta, jak zawsze od dwustu lat. Liberał uzyskał czwarty wynik, a do drugiej tury przeszedł przedstawiciel lewicy, który sprawę "sądowego zamachu stanu" ma już za sobą. Przynajmniej pierwszy raz, bo tak własnie został pozbawiony fotela burmistrza Bogoty. Którą zresztą w ciągu 2 lat niedokończonej kadencji bardzo mocno zmienił w stronę cywilizacji.

W mniejszych i stabilniejszych krajach, jak Urugwaj i Chile sytuacja Wenezueli, Brazylii i Argentyny siłą rzeczy też musi być widoczna. I jest. W Montevideo widać skutki presji popytu na najtańsze lokale mieszkalne (czyli pokoje w pensjonatach). W postaci wyciekających do mediów opisów skandalicznych warunków, a i tak potężnego popytu oraz też widocznie zwiększającej się liczby śpiących na ulicach. W Urugwaju jeszcze Urząd Migracyjny jest zakorkowany sprawami w dość znacznym stopniu. Na samo rozpoczęcie procedury migracyjnej czeka się dobrze ponad 4 miesiące, a a ono jest konieczne do podjęcia legalnego zatrudnienia. Tak samo wszystkie kolejne etapy pokazują przeciążenie instytucji do granicy dysfunkcjonalności. 
Swoje dołożyło też nieprzygotowane wdrożenie nowego Kodeksu Postępowania Karnego. Modernizacja była potrzebna, ale przy okazji wypuszczono z aresztów tymczasowych ludzi, którzy przebywali tam zbyt długo bez wyroków. Sądy były przeciążone, więc i tego towarzystwa było sporo. Tyle, że jak to tymczasowo aresztowani, raczej nie znaleźli się tam za plucie na chodniku. I tez wylądowali w sporej części na ulicach (bo tanie pensjonaty zajęli imigranci) i zajęli się tym w czym już mają doświadczenie. Systematycznie korzystają z nowej procedury do powrotu, ale problem jest i to widoczny.

Jak widać, ciemne chmury są prawie nad całym kontynentem, choć dla tych lepiej rządzonych krajów jedynie wskutek niestabilnego sąsiedztwa. Pożyjemy, zobaczymy, jak na razie słońce nad plazami Montevideo zupełnie dobrze świeci.

Istota gospodarki USA i kiedy będzie kryzys

USA w 1945 były absolutnie dominującą potęgą. Krajem którego dominacja w światowej gospodarce nie mogła się równać z niczym znanym kiedykolwiek wcześniej lub później w historii. Nie przesadzam. Gospodarka USA stanowiła około połowy światowego PKB, przy mniej niż 5% światowej ludności.

To w jaki sposób zostało wykorzystane to bogactwo wpływa na dzisiejszy świat i będzie wpływać jeszcze długo. A zostało wykorzystane na dwie rzeczy. Pierwszą z nich była odbudowa Europy Zachodniej i Japonii. Ale według nowego modelu gospodarczego, narzuconego z Waszyngtonu. 
A drugim był rozwój USA według tego samego modelu.

To prowadzi nas do bardzo ciekawej obserwacji. Otóż ostentacyjna zamożność USA lat 50-tych i model gospodarczy i społeczny zmotoryzowanych przedmieść, który wtedy powstał nie był w żadnej mierze droga która doprowadziła do rozwoju, ani sposobem na uzyskanie potęgi przez USA.

To był sposób wydania już posiadanych środków i potencjału przemysłowego. Dziś wygląda on absolutnie idiotycznie pod każdym względem: ekonomicznym, efektywności gospodarczej i społecznym, ale panuje przekonanie, ze w latach 50-tych to miało sens i była to metoda dzięki której USA stały się najzamożniejszym krajem świata. Nie, nie była. Był to wtedy dokładnie taki sam idiotyzm jak i dziś, ale ten kraj już był obłędnie bogaty i mógł sobie na to pozwolić.

I naprawdę to nie było tak, ze "ludzie tego chcieli" albo że "rynek zdecydował". Ludzie wrócili z wojny, zakładali rodziny i chcieli gdzieś mieszkać. A o tym gdzie i jakie mieszkania można zbudować zawsze mniej lub bardziej decyduje administracja. W tym przypadku bardziej. To rząd federalny określił zasady jakimi musza kierować się władze lokalne określając szerokość ulic, liczbę miejsc parkingowych,  w dalszej kolejności rozdzielenie funkcji mieszkalnych i handlowych, etc. Do stopnia w którym samochód stał się absolutnie niezbędną do życia rzeczą. Co w oczywisty sposób zmniejszyło efektywność społeczeństwa, podwyższyło koszty życia dla wszystkich i zmniejszyło konkurencyjność USA.

W początkowym okresie miało to bardzo pozytywne reperkusje. Mianowicie odbudowany za amerykańskie pieniądze przemysł Niemiec i Japonii mógł być, dzięki konkurowaniu niższym kosztami życia, poważnym eksporterem na obłędnie bogaty amerykański rynek. W tych dwóch krajach (jak i większości innych) społeczeństwa były wciąż zbyt biedne, aby tworzyć poważny popyt. Kto miał dostęp do rynku USA ten miał możliwość dalszego rozwoju.

Nie chodzi w typ opisie o krytykę powszechnej motoryzacji czy polepszania standardów mieszkaniowych. Chodzi o to, że system był skonstruowany tak, aby wymuszać maksymalne korzystanie z samochodów. Czego konsekwencja było niszczenie na różne sposoby alternatywnych, bardziej efektywnych gospodarczo metod transportu (W przypadku transportu ludzi w mieście każda metoda jest bardziej efektywna niż indywidualna motoryzacja. Każda).

Na skalę gospodarki miało to tę konsekwencję, że robotnik musiał zarobić nie tylko na wyżywienie i ogrzanie mieszkania, a również na samochód i znacznie droższe przecież ogrzanie domu. Nawet jeśli akurat nie zbudowanego z kijków i tektury, to i tak wolno stojącego, bez śladów izolacji i daleko od wszystkiego. To musiało pogarszać konkurencyjność. 
Dopóki w innych krajach trwała odbudowa zniszczeń to wszystko było na miejscu. Bogate Stany importowały, płaciły, za to zrujnowana Europa kupowała maszyny do odbudowy czy żywność do przetrwania. Ale kiedy sytuacja wróciła do przedwojennej, masowy import przestał być potrzebny. Lokalna produkcja była tańsza, bo równie, czy bardziej fachowa siła robocza pracowała za mniej i było to wytwarzanie na miejscu.

Realnie rzecz biorąc drogi amerykański robotnik nie był nikomu potrzebny. I zgodnie z tą logiką został wyrzucony za burtę. Lata 60-te to już pełnia efektywności Japonii i Niemiec, widoczne były efekty masowych inwestycji w elektryfikację kolei, masowy transport i rozsądne planowanie mieszkaniowe, czyli efektywnie olbrzymią różnicę kosztów pracy przy zaspokojeniu wszystkich podstawowych potrzeb rodzin robotniczych. Co oznaczało, że eksport z USA po prostu przestał być konkurencyjny na rynkach eksportowych.  Widać to jeszcze dziś na niektórych ulicach Ameryki Łacińskiej, gdzie jak najbardziej nadal są amerykańskie ciężarówki z lat 40, 50-tych i wczesnych 60-tych, ale późniejsze są to wyłącznie produkcja europejska, ewentualnie japońska, a ostatnio chińska.

Jeśli jedne kraje inwestowały w elektryfikację kolei, a inne w rozbudowę obłędnie nieefektywnych ekonomicznie przedmieść, to w końcu musiało to doprowadzić do sytuacji, w której wszystko jeszcze jakoś działa, ale już nie ma perspektyw. Dotychczasowy system musiał zbankrutować. I coś takiego oficjalnie stało się w USA w 1971 roku.

Po protestach studentów, przeciw wojnie, hipokryzji i braku perspektyw nowego pokolenia zwyczajnie ogłoszono bankructwo, a nowe pokolenie zdecydowano się wyrzucić za burtę. Nie do końca jednak, bo wymyślony został nowy model gospodarczy. Taki, w którym USA pozostaną potęgą, ale już nie przemysłu, a konsumpcji. Po prostu ten kraj został największym producentem długu na świecie. I to działało. Rosnące zadłużenie wszystkich pozwalało na dalszą konsumpcję i dalszy transfer kapitałów na cały świat. Ten sam świat został jednocześnie skuszony wizją dochodowych, bezpiecznych inwestycji i Wall Street, jak magnes przyciągała wszystkie możliwości inwestycje z całego świata. USA miało nowy model, który opierał się na destrukcji własnego przemysłu i klasy robotniczej, wzroście zadłużenia i pompowaniu pieniędzy z całego świata przez system finansowy USA. I to działało.

Ale zastanówmy się jakie są potrzebne warunki do tego, aby to działało.

Po pierwsze oczywiście wiarygodność USA, administracji, systemu prawnego i banków. 
Po drugie- poważna konsumpcja, czyli istotna klasa średnia, po trzecie możliwości inwestycyjne czyli biznes w stylu Hollywood i Krzemowej Doliny, gdzie można mieć astronomiczne zwroty z kapitału.

Teraz mamy kryzys tego modelu. Właściwie rzecz biorąc przestaje on działać. I co dalej?

Dalej są trzy wyjścia. Albo to naprawić i starać się znaleźć coś nowego dopóki pieniądze płyną, albo pogodzić się ze śmiercią tego modelu i przebudować kraj dopóki są pieniądze. Przebudować przez modernizację i zwiększanie efektywności gospodarki. Zarówno po stronie konsumpcji, jak też produkcji, aby można było konkurować na rynkach światowych. 
Trzecie brzmi tak, że skoro model finansowy przestaje działać to wracamy do modelu przemysłowego.

Jednak aby model przemysłowy mógł działać, musi istnieć masowy popyt, czyli  niskie koszty życia.  Niskie koszt życia oznaczają demontaż suburbii, co wymaga czasu. Oczywiście jest też alternatywa, która polega na tym, że konsumpcję ogranicza się do 20% społeczeństwa, a pozostała część dostarcza niskich kosztów produkcji. Co jest w swej istocie modelem brazylijskim.
W każdej z tych wersji wybór sprowadza się do jednego: Albo rozpoczną się masowe inwestycje w obniżenie kosztów życia, albo ten kraj nie ma innego wyjścia jak utrzymywanie pozycji konfliktami zbrojnymi aż do ostatecznego zawału. Bo on musi nastąpić. Z powodu nieefektywnej gospodarki i budżetu tonącego pod ciężarem zbrojeń.

Sprowadzając do wspólnego mianownika: albo modernizacja przez efektywność energetyczną i uzyskanie międzynarodowej konkurencyjności przemysłu, albo zmiana w drugą Brazylię. Z czego ta druga wersja ma jeszcze dodatkową opcje utrzymywania fikcji potęgi poprzez militaryzację.Zarówno zewnętrzną, jak też wewnętrzną. To podtrzymywanie może i będzie trwać dopóki międzynarodowy kapitał będzie przepływał przez USA i traktował ten kraj jako bezpieczną przystań. 
Ta przystań na dziś jest bezpieczna i taką pozostanie jeszcze przez jakiś czas.

Jak długi?

Otóż to zależy od decyzji politycznych w bardzo, bardzo bliskiej przyszłości.
Cofając sie nieco: polityka Obamy, często powolna i zbyt ostrożna, ale jednak solidnie pchała USA w stronę rozwoju przemysłowego i poprawy efektywności gospodarki. Czyli było to wyjście pokojowe i rozsądne.

Teraz mamy jednak rząd Trumpa. który jest bardzo radykalny i konsekwentny w budowaniu drugiej Brazylii. Odziedziczył gospodarkę rozpędzoną inwestycjami, głównie w efektywność energetyczną i bardzo starannie stara się to zakończyć i powrócić do polityki G.W.Busha, tylko na sterydach. Czyli zastąpić militaryzacją pogoń za efektywnością, czyli całkowicie przekierować strumień inwestycji. Oraz zwiększyć deficyt w celu zwiększenia importu kapitału i jego prywatnego tworzenia. Dokładnie to zostało zrobione za pomocą reformy podatkowej. Do tego obniżono podatki wielkim korpo i podwyższono jej dla klasy średniej w bogatszych stanach typu Kalifornia i Nowy Jork.  Co uderzy po kieszeniach najbardziej produktywne jednostki oraz w stany, które same najwięcej inwestują. A obniżka podatków jest faktycznie dla inwestorów giełdowych, czyli w większości banków inwestycyjnych.

Zupełnie oczywiście kapitał inwestowany w efektywność energetyczną ściąga pieniądze z rynku, bardzo, ale to bardzo utrudnia powstanie bań spekulacyjnych i przez to zyski w modelu spekulacyjnym. I to jest właściwie sedno sprawy.

Teraz spokojnie przechodzimy do obecnego rządu. Jest to najbardziej groteskowa zbierania skorumpowanych przygłupów, których da się znaleźć wśród amerykańskiej oligarchii. A konkurencja jest tam spora. Steve Bannon już wyleciał, ale jego duch unosi się nadal. Gdzie jego programem, określonym zupełnie wprost i realizowanym był demontaż państwa. Rozmontowanie działających instytucji tak, aby już nie dało się prowadzić efektywnej polityki przemysłowej, i ekonomicznej.

Zauważmy, że jeszcze w tej układance nie ma Rosji. Ale te interesy też są. Nawet bardziej, bo bym powiedział, że kwestia wsparcia Trumpa to nie była tylko kwestia interesów moskiewskiej kliki. Oczywiście, że tak, ale nie tylko. To jest też model gospodarczy, który jest obowiązującym w Rosji. Wąska oligarchia rządząca krajem, klasa średnia, która może względnie wygodnie żyć i 80% nędzarzy, którzy walczą o utrzymanie i stanowią tanią rezerwę roboczą i militarną. 
Co ma tą ciekawą konsekwencję, że zarówno jednego jak tez drugiego zażarcie broni międzynarodówka nie tylko kacapoidów, ale też zupełnie zwyczajnych rasistów.

W takim razie pozostaje pytanie- co będzie dalej. I tu mamy bardzo jasną odpowiedź: na dziś zupełnie tego nie wiadomo. Sytuacja wygląda jak stanie pijanego na płocie, z którego może spaść w każdą stronę.  

Albo USA staną się drugą Brazylią, czyli eksporterem surowców do Chin bez większego znaczenia politycznego, z gigantycznym rozwarstwieniem społecznym, bez możliwości awansu społecznego i targanym wojnami gangów, gdzie dość solidnie zmierzają. Albo wykorzystają pozostałe środki i pozycję międzynarodowa dla przebudowy gospodarki. Problem polega na tym, że pierwsza zmiana szkodzi tylko większości społeczeństwa, a druga oligarchom, zwłaszcza finansowym i zbrojeniowym. 
To dość marnie rokuje co do poprawy sytuacji. Po drodze są wybory i dojrzewający bunt przeciwko głupiej i skorumpowanej Partii Demokratycznej oraz ekstremalnie skorumpowanej i prooligarchicznej Partii Republikańskiej.  Naprawdę zobaczymy co się stanie.
Z czego pozytywne rozwiązanie to nie tyle impeachment Trumpa, co wpakowanie przynajmniej kilku członków rządu za kraty oraz jak najpełniejsza weryfikacja decyzji podjętych przez nich. Z czego np. Betsy DeVos może to dotyczyć już dziś. Patologia jaką są federalnie gwarantowane pożyczki studenckie nie powinna istnieć, a na pewno nie powinno się ścigać dłużników. W ramach niszczenia państwa zdecydowała ona o zatrudnieniu firm windykacyjnych do tego, a w ramach korupcji zatrudniona została jej własna firma.  Polityka to jedno i ta decyzja jest fatalna dla kraju, ale tylko korupcja jest przestępstwem. Zresztą to i tak drobiazg w porównaniu do zupełnie poważnego pomysłu zastąpienia US Army w Afganistanie i Iraku przez firmę jej brata (i przejęciu rządowych pieniędzy z solidnym naddatkiem, oczywiście)
Wersja negatywna brzmi: Trump jest wybrany na druga kadencję i Republikanie zachowują większość w Kongresie zarówno w 2018 jak i 2020. Sprawa będzie posprzątana. To zbyt wiele lat w już zbyt zniszczonym kraju, aby móc wrócić do rozwoju zapewniającego stabilność i długoterminowe prosperity. Jeśli w tym roku Republikanie utrzymają Kongres, to każdemu, kto nie jest w górnych 10% społeczeństwa bym gorąco polecał spokojne spieniężanie wszystkiego i inwestowanie gdziekolwiek indziej. Jeśli utrzymają w 2020 to zrobienie tego również z własną osobą. 

Ale to przede wszystkim jest teraz najważniejsza kwestia ekonomiczna świata. Od sytuacji w USA zależy prosperity na całym świecie, bo to nadal jest największy rynek. Kto tam handluje, ma środki na inną działalność. Na przykład robienie polityki u siebie. I ta polityka jest taka, aby się podobała interesom Waszyngtonu. Wpływ nie jest aż tak wielki jak w latach 50-tych, ale ciągle ma znaczenie. 

P.S.
Historia Trumpa na 99% wygląda tak, że utopił w kasynach Atlantic City większość odziedziczonego majątku. Od tego czasu zajmuje się głównie praniem pieniędzy dla rosyjskiej mafii i jest zasadniczo słupem. Stąd nie tylko normalne działania w interesie Moskwy (których jest sporo, ale naprawdę musi mieć na nie alibi przed Kongresem) ale też paniczny strach przed rzeczami, które mogą obrazić jego zwierzchników. Stąd np. wychylanie się z gratulacjami powyborczymi dla Putina czy współpraca w rozmywaniu odpowiedzialności za śmierć szpiega w UK. 

Na czym polegają problemy ekonomiczne świata?

Sytuacja na dziś jest tak naprawdę bardzo prosta. Firmy przynoszą zyski, ludzie się bogacą (a przynajmniej ich właściciele) i nie inwestują.

Poziom inwestycji jest żenujący. A olbrzymie pieniądze, które są, lądują na kontach i w spekulacji. Co oznacza parkowanie tych kapitałów w obligacjach skarbowych albo nieruchomościach.
Efekt jest widoczny dookoła świata. Zwyczajowe miejsca, gdzie można zainwestować kapitał i oczekiwać, ze zostanie on produktywnie wykorzystany już dawno takimi nie są. Są w najlepszym przypadku miejscem do zaparkowania, a zazwyczaj jedna wielką bańką spekulacyjna. Mieszkania, na które już nikogo nie stać, zwykłe podmiejskie działki, zabytkowe samochody i obrazy za zupełnie absurdalne ceny. Lokaty na 0% i mnóstwo innych takich rzeczy.
Kapitału jest mnóstwo, stoi i nic nie robi.
A z drugiej strony klasa średnia jest dookoła świata spychana do pracy w śmieciowych pracach, głównie usługowych. Popyt przemysłowy jest marny, prawdziwy rozwój kompletnie rachityczny. Dalej to przekłada się na brak eksportu kapitału do krajów trzeciego świata i kompletny brak produkcyjnych inwestycji tamże. Co przy jeszcze większej niechęci do inwestowania oznacza zupełny brak perspektyw dla większości społeczeństwa. I migracje.

Brak inwestycji oznacza brak solidnej ilości dobrych miejsc pracy. Jednocześnie parkowanie olbrzymich sum na rynku nieruchomości winduje ceny do chorych poziomów. W taki sposób klasa średnia jest zgniatana z dwóch stron.

Podstawowy problem to brak produktywnego wykorzystania kapitału. Ale kapitał nie chce tego robić, bo siła nabywcza masowego konsumenta znika zjadana przez koszty dachu nad głową i brak stabilizacji zawodowej.
To są dwie strony tego samego medalu. Wyjście jest przez inwestycje. Ale to też nie jest proste, bo istnieje podstawowy problem ogólnoświatowej niechęci do wydobycia i zużywania paliw kopalnych. A to są rzeczy, które od 200 lat przynoszą największe zyski. I nawet nie tyle o zyski chodzi, co o możliwość zmonopolizowania i gigantyczny próg wejścia z kapitałem. Dlatego oligarchia tego świata uwielbia inwestować w paliwa kopalne. Żaden drobny rzemieślnik nie mógł konkurować z właścicielami elektrowni. Do niedawna.
Dziś każdy może zamontować sobie panele fotowoltaiczne. Nie dla każdego, ale próg kapitału potrzebnego na elektrownie wiatrową też jest zupełnie inny, niż w tradycyjnej energetyce. Nawet przemysł samochodowy, bardzo zoligopolizowany i zamknięty, dzięki elektryfikacji staje się dostępny dla mniejszych graczy. To wszystko oczywiście dodaje niepewności i ogłupia tradycyjnych oligarchów (choć znaczące zwiększenie poziomu głupoty tej klasy społecznej chyba nie jest możliwe).

To jest jakieś jest rozwiązanie?
Jest i to tak naprawdę proste. Po prostu muszą zacząć znów działać mechanizmy transferu kapitału między kapitalistami i klasa robotniczą oraz pomiędzy państwami z permanentnymi nadwyżkami a tymi mającymi deficyty handlowe. Oraz trzeba ten kapitał wyładować ze spekulacji. Najlepiej w spokojny i kontrolowany sposób.

Jedno jest pewne- obecny system nie działa. Aby mógł działać potrzeba sensownego popytu. Aby to się mogło stać, potrzebne są inwestycje i/lub pobudzanie konsumpcji.

Jako, że oligarchia nie inwestuje, wysiłek inwestycyjny musi przejąć klasa średnia lub państwo. Klasa średnia na większą skalę nie jest w stanie tego zrobić, z powodu braku środków. I wystarczającego rozumienia problemu. Choć np. w Niemczech lat 2004- 2013 (i jeszcze częściowo do dziś) to klasa średnia inwestowała w nowoczesną energetykę, dzięki czemu uniknięto zalewu tego kapitału w produkcję bańki na nieruchomościach. A dziś przemysł korzysta z obłędnie taniej energii.

Mamy w tym wszystkim jeszcze jeden czynnik, czyli stan naszej jedynej planety, który według wszystkich rozsądnych kryteriów powinien całkowicie wykluczać jakikolwiek poważniejszy program inwestycji w wydobycie i zużycie paliw kopalnych.
Co nas sprowadza do konkluzji:
Potrzebny jest, na skalę światową i każdego państwa z osobna (tak jak i UE) program inwestycyjny, który po prostu rozwiąże sprawę  bezproduktywnego kapitału. I przy okazji może rozwiązać problem klimatyczny, bo czemu i nie?

To nie jest szczególnie odkrywcza myśl, ani nic specjalnie trudnego do wykonania. Za to jest to rzecz, która skrajnie mocno uderzyłaby w dzisiejsze interesy oligarchii kapitału. Paradoksalnie, gdyby to całe towarzystwo wyciągnęło zaskórniaki z kont i ruszyło naraz do sensownego inwestowania, to sami by też zarobili sporo więcej niż na trzymaniu londyńskich rezydencji.
Ale w obecnym nastroju inwestycyjnym mało kto widzi sens w jakiejkolwiek produktywnej działalności. W czym propaganda nie pomaga, a wręcz przeciwnie. Zdominowane przez punkt widzenia oligarchii media prezentują znakomite "inwestycje" w grunty, złoto, aż do zabytkowych samochodów. Z czego rosną już zupełnie absurdalne bańki, typu "zabytkowe" Syreny i FSO 1500 ze środkowych lat produkcji (bo rozumiem, ze PF 125 z 1968 ma swoje miejsce w muzeum, ale FSO 1500 z 1986?). Oraz jednocześnie jest dość starannie pomijana i lekceważona przez główne media każda rzecz, która może małym kosztem poprawić życie milionów, zmniejszyć zużycie paliw kopalnych i ulżyć klasie pracującej. Czyli np. powszechne wykorzystanie roweru jako środka transportu w mieście. To akurat wymaga tylko budowy infrastruktury, która jest zresztą obłędnie tania w porównaniu do tej przeznaczonej dla samochodów.

Tak samo rozwój energetyki słonecznej można sfinansować w całości oszczędnościami klasy średniej. A przynajmniej w solidnej części. Problem polega na tym, że każdy zainstalowany panelik fotowoltaiczny podgryza zyski oligarchii gazowo-węglowej. I tu mamy jeden z podstawowych konfliktów. Spada opłacalność produkcji elektryczności, paliw kopalnych, etc. Jednocześnie wielkie pieniądze lubiące się z wielką polityka usiłują to hamować, zmniejszać zyskowność, bronic status quo. Co się przekłada na pakowanie kapitału w spekulację, a nie inwestycje, bo inwestowanie w to co ma sens, zabije dzisiejszą wartość kapitału.
Co nas sprowadza do jednego z niewielu krajów, gdzie jest robione to co powinno być. Od załamania się dotychczasowego systemu w 2009 roku, Chiny przestawiły się na  inwestycje w wydajność energetyczną, czyli w energetykę odnawialną. Nikt nie poszedł za ich przykładem. Czego efektem jest to, że największa na świecie sieć szybkiej kolei jest... zgadnijcie gdzie. Największa na świecie ilość instalowanej energetyki słonecznej. Jest w tym samym kraju. Wiatrowej też. I produkcja baterii litowych także.  I produkcja pojazdów elektrycznych też. Oraz gigantyczny popyt wewnętrzny. Choć ze skłonnością chińczyków do oszczędzania- zdecydowanie za mały, aby utrzymać działająca gospodarkę.

Tyle, że w Chinach obecnie dominuje jest duma z postępów kraju i poczucie, ze jest liderem na froncie rewolucji energetycznej.

Tu możemy sobie zadać pytanie co zrobić, aby ten majtek zgromadzony przez oligarchię użyć inwestycyjnie. Wybór jest prosty. Albo namawiamy ogół kapitalistów do inwestowania, albo inwestuje państwo. A środki mogą pojawić się w budżecie tylko kosztem oligarchów, bo biedota i klasa średnia i tak jest  przyciśnięta do muru kosztami dachu nad głową i brakiem stabilizacji.
Czyli, bardzo brutalnie określając temat: droga szlachto: albo sama zechcesz zacząć zmieniać świat, albo my ten świat zmienimy za ciebie. Za wasze pieniądze, bo innych i tak nie ma.
Jedyny wybór jaki pozostaje to pytanie czy oligarchia sama wycofa pieniądze z tezauryzacji, czy zrobi to pod groźbą aparatu podatkowego czy też będzie się opierać aż do końca. Gdzie końcem dla wielu na przełomie 18 i 19 wieku był wynalazek doktora Giullotin. Co jest oczywiście kompletnie bez sensu, ale szukanie sensu w stadnych zachowaniach klasy społecznej jest jeszcze bardziej bez sensu.

A po więcej i szczegóły zapraszam na Rewolucję Energetyczną, gdzie już jest tekst rozwijający ideę Green New Deal (to jedna z nazw takich propozycji, nie jestem pierwszym, ani ostatnim podrzucającym ten pomysł). 




Co słychać w Brazylii, czyli jak rozwalić kraj.

Obecny kryzys polityczny w Brazylii jest tak naprawdę tylko kolejnym z objawów dysfunkcjonalności tego kraju. 

Ostatnim, głośnym wydarzeniem było rozpoczęcie procedury impeachmentu wobec prezydenty Dilmy Rousseff. Rozpoczęcie to jeszcze nie zakończenie, ale usunięcie jej z urzędu wydaje sie przesądzone. 
Najpierw postawmy sprawę we właściwych proporcjach. Język portugalski jest najpowszechniej używanym językiem w Ameryce Południowej. Z jednego powodu- jedyny kraj w którym go się używa, ma więcej ludności niż pozostałe 11 krajów położonych na tym kontynencie. To właśnie jest Brazylia. 
Podobnie ma sie rzecz patrząc na wielkość gospodarek. Gospodarka Brazylii jest większa od Rosji, i jest absolutnie największą na kontynencie. Stąd wszystko co dzieje sie w Brazylii ma odbicie w statystykach dotyczących całego kontynentu, choćby nie miało z tym wszystkim żadnego związku. 

Wracając do Brazylii
Konstytucja przewiduje możliwość impeachmentu prezydenta, co jest uregulowane dość podobnie do procedury przewidzianej w konstytucji USA. Za naruszenie prawa związane ze sprawowaniem urzedu, prezydent może być postawiony w stan oskarżenia przez niższą izbę parlamentu, dalszą część procedury prowadzi Senat. Jeśli prezydent jest oskarżony o nadużycie władzy, sądzi Senat, jeśli o przestępstwo pospolite, to Federalny Sąd Najwyższy (wszyscy lubią "polskie akcenty", więc podam, ze prezes tego ostatniego nazywa sie Ryszard Lewandowski).
Jak łatwo mozna zauważyc, nie wspomiałem jeszcze o co właściwie jest oskarżona Dilma Rousseff, bo to akurat ma dla wyniku procesu najmniejsze znaczenie. 
Ważniejsza jest sytuacja obecna. Od rozpoczęcia procesu Prezydenta jest zawieszona w pełnieniu obowiązków, a p.o. stał się dotychczasowy wiceprezydent. Ma to o tyle znaczenie, że jego wizja państwa jest kompletnie odmienna, a faktycznie jest przedstawicielem obozu, który chce się pozbyć zarówno Dilmy, jak też najchętniej całej Partii Pracy z brzylijskiej polityki.

W takim razie trzeba wyjaśnić jak dokładnie ta brazylijska polityka wygląda, bo bez tego nic nie bedzie wiadomo. Otóż w Brazylii jest kilkadziesiąt aktywnych partii politycznych, prawdopodobnie około 40. Aktywnych, czyli mających jakiś udział we władzach na poziomie stanów i jako reprezentacja tych stanów, na poziomie federalnym. 
Większość tych partii to sa faktyczne kluby towarzyskie lokalnej oligarchii, znakomicie znane również z Polski powiatowej. Różnica polega na tym, że wójt biednej gminy może co najwyżej zatrudnić w urzędzie rodzinę i znajomych, a szwagrowi dać zlecenie na odmalowanie szkoły. Każdy brazylijski stan to są dziesiątki tysięcy kilometrów kwadratowych urodzajnej ziemii i zasoby minerałów, setki milionów reali na rozbudowe infrastruktury, czy choćby lokalne kluby piłkarskiego dofinansowane z budżetu, ale i eksportujące lokalne talenty do Europy za miliony euro, które niekoniecznie musza trafić do budżetu tego klubu. Tak samo można bezkarnie karczować tysiące hektarów lasów, na których wypasa sie krowy aż do wyjałowienia. Dzięki nomimancjom sędziowskim kontrolowanym przez lokalną partię nie grozi za to żadna odpowiedzialność. Na szczeblu federalnym reprezentacje takich lokalnych klik zawierały koalicje, które umożliwiały jakiekolwiek funkcjonowanie państwa. Bardzo złe, oczywiście, ale bez tego nie działało w ogóle. 

Tak sobie działało przez wiele dziesięcioleci. Komu się nie podobało, z tym policja rozmawiała, nawet nie za pomocą pałek, a karabinów, prądu i innych równie subtelnych metod. Taki lokalny obyczaj. 

Towarzystwo tych byłych bywalców więzień stało się zaczynem i początkiem Partii Pracy. Śmiało można powiedzieć, że była to, i nadal jest, pierwsza nowoczesna partia polityczna w Brazylii. 

To, czego dokonały wcześniejsze rządy Luli i obecnie Rousseff, to przede wszystkim wprowadzenie nowoczesnego systemu zasiłków na dzieci oraz ograniczenie dewastacji środowiska i wylesiania. To pierwsze skrajnie rozwścieczyło tradycyjnych polityków, bo praktycznie całość pieniędzy wcześniej przeznaczana na programy socjalne trafiała poprzez budżety stanowe i lokalne do różnych dziwnych organizacji organizujących pomoc, ostatnie kilka procent czasem do potrzebujących. Program Bolsa Familia kompletnie odwrócił te proporcje i obraził mnóstwo osób na lokalnych szczeblach polityki. Program zapobiegania wylesianiu, zwłaszcza Amazonii, to także jest tradycyjny dopływ pieniędzy z organizacji międzynarodowych, a rząd Luli te pieniądze, zamiast dla organizacji zajmujących się informowaniem jak to nieładnie jest karczować państwowe lasy, przeznaczył na monitorowanie lotnicze i satelitarne, ściganie odpowiedzialnych (na tyle, na ile się dało, czyli bardziej irytowanie oligarchów) oraz poważne traktowanie indiańskich roszczeń.
To wszystko naruszyło polityczne i gospodarcze podstawy ustroju. Oczywiście, nikogo nigdzie nie wywłaszczono, nikomu nic nie zabrano. Ale to, że dotychczasowy szef organizacji pomocy biednym musiał zacząć gdzieś szukać pieniedzy na tę pomoc, choć zawsze je dostawał z budżetu, a "czarnuchy" zaczęly dostawać pieniądze bez jego pośrednictwa to wystarczyło, aby opozycja rozpoczęła konsolidację.
Partia Pracy miała poparcie wystarczające aby Dilma mogła wygrać wybory prezydenckie, ale w wyborach w poszczególnych stanach jakoś zawsze wygrywają partie reprezentujące lokalną oligarchię z tych stanów. Te partie mają później reprezentację w parlamencie federalnym. Na szczęście tradycyjny sposób tworzenia koalicji rządowej w Brazylii polega na zwyczajnym przekupywaniu deputowanych i senatorów. Nie inaczej było za rządów Luli i Dilmy. Tłuste synekury i ordynarne łapówki szły do kieszeni polityków z funduszy Petrobrasu i innych państwowych firm. 
W końcu wybuchł skandal z tym związany i od kilkunastu miesięcy trwa dochodzenie, które pokazuje dokądnie taki obraz sytuacji-- pieniądze nie trafiały do polityków Partii Pracy, ale do wszystkich ich koalicjantów. W tym m.in. wiceprezydenta, obecnie p.o. prezydenta. 
Od tego śledztwa rozpoczął się kryzys polityczny. Na to nałożył się spadek cen surowców, czyli głównych towarów eksportowych Brazylii i kryzys gospodarczy
Opozycja, choć w tych warunkach trudno uzywać takich określeń. Powiedzmy- partie starej oligarchii w warukach recesji uchwaliły budżet bez deficytu. To, jak wie każdy studen ekonomii drugiego roku, oznacza w praktyce pogłębienie recesji przez prowadzenie polityki procyklicznej. 
Rząd Rousseff nie zbilansował budżetu, a właściwie zrobił to tylko na papierze. Deficyt był, i został pokryty wyciąganiem pieniedzy z państowych firm i ich zadłużeniem. Co było całkowicie niezgodne z ustawą budżetową, było naruszeniem dyscypliny budżetowej i jest lekko tylko naciąganą podstawą impeachmentu.
Jednak to bardzo wiele mówi o poziomie brazyliskiej klasy polityczej, a właściwie całej elity społecznej. W sytuacji ekonomicznej bardzo trudnej z powodów stanu światowego rynku zajęli się zwyczajnym podpalaniem własnego kraju. Aby storpedować reformy minimalnie poprawiające środowisko i życie przeciętnego człowieka zdecydowali się zażądać polityki, która musiałby doprowadzić do dwucyfrowej recesji. Rząd tego nie wykonał w żądanym stopniu i recesja wyniosła zaledwie siedem procent? To czas wyrzucić prezydenta.
Siedmioprocentowy spadek PKB. Do tego nie doszła ani Arabia Saudyjska, jeszcze bardziej uzależniona od surowców, ani obłożona sankcjami Rosja.

Takie wyniki w gospodarce oraz zmiana polityczna oznacza, że Brazylia właśnie zakończyła kolejną próbę modernizacji. Wynikiem niepozytywnym.





Niemcy, Chiny i fabryka musztardy

W kwestii Ukrainy, postawiłem wcześniej tezę, że istnieją tam bardzo poważne chińskie interesy. W skrócie dotyczą one tranzytu. Trochę się powtórzę, ale uważam sprawę za szalenie ważną.

Aby Chiny mogły stać się prawdziwym mocarstwem z jednej strony i zapewnić bezpieczeństwo krajowi i swoim obywatelom z drugiej, musza mieć możliwość bezpiecznego transportu surowców, komponentów i w ogóle handlu zewnętrznego.   Bez spełnienia tego warunku pozostaną jeszcze jednym kraikiem, który flota USA może bezkarnie zablokować i zmusić do takiego lub innego działania. 

Da się to wykonać poprzez zbudowanie floty mogącej się równać z amerykańską. Zasadniczą wadą takiego rozwiązania są obłędne koszty oraz rozpoczęcie wyścigu zbrojeń, co oczywiście drenuje siły i środki z gospodarki, a szczególnie obniża cywilne wydatki inwestycyjne. Tego Chińczycy nie chcą i dlatego nie mają zamiaru iść tą drogą. Częściowe zbrojenia mają oczywiście miejsce, ale do możliwości US Navy w przewidywalnym okresie się nie zbliżą. Jedyne czego po chińskiej flocie i obronie wybrzeża można się spodziewać w przewidywalnym czasie to właśnie możliwości obrony wybrzeża i jakiejś dominacji na najbliższych akwenach. 

Skoro nie planują i nie widzą możliwości obrony szlaków morskich w razie konfliktu- co pozostaje? Szlaki lądowe. Dla przesyłu towarów masowych oraz wszystkiego na olbrzymie odległości oznacza to w praktyce linie kolejowe. 

To akurat w chińskich planach rozwoju jest przestawiane zupełnie jasno i oficjalnie. Oprócz realizowanego na olbrzymią skalę przestawienia Chin na tory, zasadnicze znaczenie ma rozbudowa linii kolejowych poza granicami tego kraju. Oficjalnie takie linie są w planach cztery. Pierwsza do Singapuru, w budowie, druga do Europy południowym skrajem Morza Kaspijskiego jest gotowa, ale wymaga dwóch zmian szerokości torów (na granicy chińsko-kazachskiej i turkmeńsko- irańskiej) oraz przeprawy promowej, obecnie tylko jednej (dzięki tunelowi pod Bosforem) , na granicy irańsko- tureckiej. Planowane lub budowane odcinki kolei w Iraku ominą jezioro Van a w Jordanii (z kolejną zmianą rozstawu) dociągną spójny system do wybrzeży Morza Czerwonego, po którego drugiej stronie znajduje się wielki, własnie budowany system kolejowy Afryki Wschodniej.  Chyba nie trzeba dodawać, ze w każdym z tych przedsięwzięć dominująca rolę odgrywa kapitał chiński?
Kolejne linie są bardziej problematyczne. Co do pomysłu połączenia Azji i Ameryki koleją przez cieśninę Beringa- osobiście uważam to, na dziś, za kompletną fikcję. Technicznie zapewne możliwe, ale tak obłędnie drogie, że nierealne. Zbudowanie kilku/kilkunastu tysięcy kilometrów linii kolejowej przez dzikie i bezludne tereny (znaczy bez żadnych ładunków po drodze), z najdłuższym tunelem podmorskim, przez tysiące kilometrów wiecznej zmarzliny, kilka pasm górskich i to wszystko w sporej części w strefie sejsmicznej.  W połowie tej litanii z ust inżynierów od takiego projektu, księgowi by uciekli z głośnym krzykiem.  

Dlatego własnie sądzę, że opowiadanie o tym pomyśle było tylko kolejnym środkiem nacisku Pekinu na Moskwę, że rząd chiński sam planuje inwestycje na ich terytorium. 

Następna linia o strategicznym znaczeniu ma znaczenie własnie pierwszorzędne. Na północ od Morza Kaspijskiego, czyli przez tereny Kazachstanu i dalej przez Moskwę, Białoruś i Polskę do zachodniej Europy lub przez Kazachstan, południową Rosję (a najważniejsze- Wołgograd) i Ukrainę i dalej Polskę, Słowację lub Węgry do zachodniej Europy. Zasadniczo Polskę, bo już istnieje tor o rosyjskim rozstawie dociągnięty do okolic połączonych z zachodnia siecią autostrad (Sławków).  Budowa drugiego jest planowana pod Wiedniem.  Ten będzie omijać Polskę, tory mają zostać poprowadzone z Ukrainy przez Słowację. 

Najważniejsze w tym wszystkim są dwie rzeczy- już istniejąca infrastruktura, której najdroższymi elementami są mosty (lub tunele) na wielkich rzekach. 

A własnie północna linia jest znacznie ważniejsza dla połączenia Chin z Europą- czyli bardzo istotnej kooperacji przemysłowej, w razie potrzeby alternatywnej drogi przesyłu surowców, a także jest drogą najkrótsza i najprostszą. Z właściwie jedną zmianą szerokości torów- na granicy chińsko- kazachskiej, ale tamtejszy terminal też może działać jako zbiorczy suchy port przeładowujący ładunki z całych Chin. Tak samo Sławków, na tyle blisko od odbiorców, że można przeładowywać pojedyncze kontenery bezpośrednio na ciężarówki.   
W taki sposób dochodzimy do tezy- linia kolejowa  w bezpieczny sposób łącząca Chiny z Europą na północ od Morza Kaspijskiego jest kwestią być lub nie być strategicznego bezpieczeństwa Chin.  Nieco mniejsze, ale podobne znaczenie ma dla Europy, zwłaszcza Niemiec. 
To wszystko wymaga jednak oprócz istnienia infrastruktury też przewidywalnych i odpowiedzialnych podmiotów o nią dbających.  Wzorem takiej współpracy może być Kazachstan, który pod rządami Wielkiego Chana Prezydenta Nazarbajewa przewozi olbrzymie ilości kontenerów, pompuje gaz i ropę dla Chińczyków, intensywnie rozbudowując całą infrastrukturę, a zyski tranzytowe postawiły na nogi to postsowieckie bagno.  Grzecznie bierze na to kredyty z Chin, Kazachskie Koleje Państwowe będą musiały wozić, aby je spłacać.
Z drugiej strony- w Polsce, raczej też nie ma problemów. LHS jest na bieżąco utrzymywana i modernizowana, terminal przeładunkowy działa sprawnie, istniejące szlaki na Zachód także są w jakimś stanie, kolejowe i drogowe. 
Tranzyt przez Ukrainę jest nieco bardziej problematyczny, ale to także nie jest problem.  Zwłaszcza, że obecne władze zapewne wkrótce rozpoczną rozwiązywanie największych problemów- czyli skorumpowanej  administracji, w tym straży granicznej i drogówki. Na szczęście obie te formacje się skompromitowały doszczętnie w trakcie obecnej wojny i prawdopodobnie zostaną całkowicie rozwiązane lub przejdą głęboką weryfikację. Tak samo można się spodziewać pewnej reformy kolei na wzór zachodni. Na pewno będzie utrzymywany w dobrym stanie technicznych korytarz wschód- zachód. Być może znajdą się na to jakieś fundusze unijne lub chińskie....
Dla dopełnienia tego korytarza pozostaje jeszcze Rosja. Państwo, którego władze mają kompletnie gdzieś stan infrastruktury, za dostęp do torów przy przewozach transgranicznych Koleje Rosyjskie żądają absurdalnych stawek, a co najważniejsze- nie można mieć żadnej gwarancji niezmienności  polityki, za to można mieć gwarancję wpływu polityki na najprostsze nawet umowy handlowe. Dodawszy do tego obraz imperialnych zapędów oraz politykę powodującą wręcz nienawiść u wszystkich sąsiadów- jest to obraz państwa rządzonego w skrajnie nieodpowiedzialny sposób. 
Taka sytuacja nie będzie mogła trwać wiecznie. Jest to zbyt ważny strategiczny interes Chin i Niemiec. Zresztą nie po to inwestują olbrzymie pieniądze w rozwój własnej sieci kolejowej (i kazachskiej też), aby pociągi o strategicznej wartości stały tygodniami w stepie, czy były regularnie okradane. Czy co gorsza w imię jakiś neoimperialnych rojeń- granica może być  zupełnie zamknięta z dnia na dzień. Z takimi ludźmi nie da się pracować i jestem zupełnie pewien, że Chińczycy także nie mają zamiaru.  

Co się może dalej stać?

Pierwsza i najprostsza rzecz- zastraszyć do poziomu bezwolnej pacynki. To zasadniczo Chińczycy zrobili z Putinem przed ostatnim szczytem w Szanghaju. Wiceprezydent Li Yuanchao 27 kwietnia, na i tak niezbyt udanym forum ekonomicznym w Petersburgu zaproponował, że skoro Rosja nie może sobie poradzić z zaludnieniem Syberii, to Chiny mogą z tym pomóc. 
Nie musiał wspominać o referendum, Putin i tak podpisał umowę gazową. Przypominam, że Rosja zrezygnowała z ceł eksportowych, na swoim terytorium finansuje całość inwestycji, nawet bez chińskich kredytów, cena sprzedaży jeśli zapewni jakikolwiek zysk, to znikomy. Umowa o budowie kopalni węgla wygląda na jeszcze zabawniejszą. Po prostu, na terenie Rosji, relatywnie blisko granicy, chińskie firmy zbudują kopalnię węgla, połączą ją koleją z chińską siecią i tyle. To jest po prostu najczystszej postaci kolonializm. Nie pisze tu z pozycji żadnego współczucia wobec Kremla czy sympatii. Po prostu przestrzegam przed zbyt pozytywnym postrzeganiem Chin w tym konflikcie. Jest to po prostu mocarstwo, które bezwzględnie realizuje swoje interesy.    
Zastraszenie Putina, najlepiej korzystając z wiecznej ruskiej paranoi, że ktoś im ziemię chce zabrać to najprostsze rozwiązanie, działa i będzie działać. 
Prawdopodobnie jednak władze zarówno Chin, jak też Niemiec zdają sobie sprawę, że w kwestii zarządu rosyjską infrastrukturą tak się nie da. Trzeba wypracować jakieś długoterminowe rozwiązanie. Układ władzy, przynajmniej na interesującym obszarze, który byłby tak wiarygodny i bezproblemowy jak Nazarbajew. 
Dokładniej spójrzmy jeszcze raz na geografię. Możliwe połączenia są dwa- od granicy kazachskiej do ukraińskiej główne linie kolejowe prowadzą albo przez Moskwę, albo przez Wołgograd. Jedna z nich musi być przyzwoicie utrzymana i musza być dopuszczone pociągi zewnętrznych przewoźników. To jest absolutne minimum. Jeśli ktoś usłyszy o udziale niemieckich lub chińskich firm czy kapitału w renowacji sieci kolejowej na południu Rosji- niekoniecznie to musi oznaczać wspomaganie Putina... 
Na dłuższą metę jednak kraj z wbitym na twardo poczuciem mocarstwowości i bomba atomową nie może służyć jako bezpieczny korytarz tranzytowy. Rozwiązanie takie jak z gazem i węglem nie do końca pasuje. 
Pewna poszlaka- jeszcze nie do końca wiem o jakich konsekwencjach, ale w miarę spójnie pasuje. Otóż przemysł Wołgogradu jest faktycznie w stanie likwidacji.  W ciągu ostatnich kilku lat kilkukrotnie bankrutowała i została w 2012 ostatecznie zamknięta fabryka traktorów, dokładnie ta sama w której jeszcze w trakcie walk o sąsiednie ulice w 1942 ciągle montowano T-34. Po sąsiedzku znajdowała się Stalingradzka Stocznia Rzeczna, w której wtedy produkowano pancerze tychże T-34, zbankrutowała w zeszłym roku. Po drugiej wojnie  zbudowano petrochemię. Po ubiegłorocznym bankructwie podjęto decyzję o wygaszaniu produkcji i likwidacji. Jest jeszcze huta aluminium. Firma nie zbankrutowała, koncern ma inne huty, podjęli decyzje o zakończeniu produkcji w Wołgogradzie. Fabryka silników zbankrutowała i została zamknięta także w zeszłym roku.  Fabryka rur małej średnicy w październiku zeszłego roku. Huta stali, która dostarczała stal dla wyżej wymienionych jeszcze działa, ale można się domyślać, że nie bije rekordów produkcji.

Sprawnie działa już tylko fabryka musztardy 

Mówimy o milionowym mieście i zamknięciu większości przemysłu ciężkiego w ciągu kilkunastu miesięcy. To miasto od swojego powstania było ośrodkiem przemysłu ciężkiego i maszynowego, w krótkim czasie przestało być. Porównałem trochę z informacjami z innych regionów- dalej na północ jest źle, ale w żadnym przypadku nie aż tak. Widać spowolnienie przemysłowe, falę bankructw, itp., jednak nigdzie indziej w Rosji nie zbliża się to do poziomu implozji jak w Wołgogradzie. Stawiając sprawę we właściwej proporcji- stopniowo straciło w miarę stabilna i relatywnie dochodową pracę ok 100-150 tys ludzi bezpośrednio i co najmniej drugie tyle w kooperacji i okolicznych usługach. W milionowym mieście. To po prostu musi w średnim terminie oznaczać potężne problemy całej lokalnej gospodarki, w oczywisty sposób emigrację każdego kto ma taką możliwość- przede wszystkim do innych regionów Rosji. Poza tym upadek przemysłu ciężkiego oznacza zmniejszenie obciążenia kolei i spowolnienie zużycia linii.

Dalszy przebieg wydarzeń będzie bardzo ciekawy. Najwygodniejsza dla wszystkich by była eksploatacja w stylu kolonialnym, bez żadnych zmian terytorium, tak np. Karelia jest już dawno w fińskich rękach i kieszeniach.. Jednakże, jeśli rosyjskie władze nie dostosują się do chińskich interesów, to będzie zrobione co potrzeba. Obecne się próbują się stawiać lub, patrząc na przykład Ławrowa, mogą być w ogóle zbyt głupi i niedouczeni aby w ogóle rozumieć co się dookoła nich dzieje.

Poziom wiedzy o świecie i historii prezentowany przez p.Ławrowa nasuwa podejrzenie, że ostatnie działania rządu Rosji mogły także być skutkiem zwyczajnego podpuszczenia, a ten zestaw orłów nie zrozumiał, że jest wystawiany na widelec. To by wyjaśniało całe szaleństwo zajmowania Krymu. Do tej teorii by świetnie pasowało zachowanie zarówno Chińczyków jak też Niemców. Jedni i drudzy najbardziej skorzystają z obecnego przebiegu wydarzeń i najbardziej sprawiali wrażenie przychylnych Moskwie, co nie przełożyło się na żadne realne poparcie. 

Zasadniczo świetnie wróży to dla świata. Jeśli rosyjski rząd jest naprawdę przeżarty niekompetencją do tego stopnia, to dalsze rządy tej ekipy doprowadzą do implozji całego kraju. Mam nadzieję, że odpowiedzialne państwa zabiorą z Kacapii bomby atomowe i przez jakiś czas znów będzie święty spokój. 

Jak pisałem wcześniej- to jest dokładnie najlepszy możliwy rozwój wydarzeń. Rosja będzie rządzona przez ekipę złodziei i nieudaczników izolowanych międzynarodowo. Stopniowo tracąc możliwości przemysłowe, a co za tym idzie także militarne doprowadzą do sprowadzenia Rosji do poziomu Nigerii z czego wszyscy będą zadowoleni.

Najśmieszniejsze jest to, że ten proces już ma miejsce

I to w bardzo ładnym sektorze gospodarki. Jak niedawno sprawdziłem, Rosja do niedawna importowała całość potrzebnych jej silników do śmigłowców. Od kilku lat próbowali uruchomić krajową produkcję, nie udało się jak na razie- drobne braki technologiczne i kacapska organizacji oraz kontrola jakości. Ale importu także nie ma. Bo jedyny producent silników do śmigłowców Mi oraz Ka mieści się na Ukrainie. Chwilowo nie sprzedaje do Rosji. Na razie śmigłowców mają sporo, ale każda godzina pracy to godzina pozostałego resursu mniej. A nowoczesna armia bez śmigłowców nie istnieje.  Cóż- jak będzie strasznie potrzeba, może Chińczycy im sprzedadzą. Ale nawet ze znikomą empatią do Rosji czuje lekkie przerażenia na myśl o cenie.
A o Rosji jeszcze trochę będzie. Bardzo ciekawy temat, wszystko wygląda zupełnie inaczej niż w propagandzie, a powszechny obraz medialny, jest pod wpływem tej propagandy mocno fałszywy. 

Ładunek 200

Pod tym eufemizmem ukrywa się radziecki kod ładunku zawierającego zwłoki. Bynajmniej tym mocnym początkiem nie spaliłem dalszej narracji. Tak oznaczano przesyłki dla rodziny z Afganistanu, a także później z Czeczenii.
Własnie tą Czeczenią wypada się zająć. To jest jeden z kluczy do zrozumienia obecnego świata na wschód od Buga. 
Czeczenia jest to klucz północnego Kaukazu. Jeden z narodów tam mieszkających, ale najistotniejszy. Paradoksalnie dlatego, że potrafi się sam utrzymać. 
Czeczenia jest pewnym dziwadłem geologicznym, ponieważ występuje tam na bardzo małe głębokości tzw. słodka ropa. W pewnym uproszczeniu- wiadrem ze studni można wydobywać nisko zasiarczoną mieszaninę, którą można w garażu przedestylować do postaci użytecznej dla silników - benzynowych i diesla.  Jasne, patrząc na historię wydobywania węglowodorów, w początkowym etapie tak to wyglądało w bardzo wielu miejscach, ale Czeczenia różni się tym, że tak pozostało po dziś dzień. Pozostało po części dlatego, że ropa przechodzi przez skały dość powoli, nie dając dużych szans opłacalności przemysłowemu wydobyciu.   Dość łatwo się w takiej sytuacji domyślić, że spora część ropy jest wydobywana i destylowana w podziemnych kopalniach i rafineriach. To nie jest całość, ale pewna część dochodów czeczeńskiej ludności. Pozostała część to są dotacje z rosyjskiego budżetu federalnego. Na rozbudowę infrastruktury, zwalczanie bezrobocia itp. Wszystkie te cele wzbudzają śmiech, ponieważ bezrobocie wynosi ok 50%, infrastruktura narzuca skojarzenia z azjatycką częścią ZSRR, a pozostałe części budżetu nie istnieją.  Po prostu. W rzeczywistości jest to piękny element "sterowanej demokracji", czyli wielkiej lipy (tej z Sołżenicyna).
W skrócie- gospodarka Czeczeni opiera się na nielegalnym wydobyciu surowców oraz haraczu z Moskwy. What??? To Moskwa płaci Czeczenii? Jak powyżej widać tak. 
Roponośna prowincja ma permanentny deficyt pokrywany przez Kreml. Parę innych rzeczy też wygląda dziwnie. Generalnie Rosjan i rosyjskojęzycznej ludności w Czeczenii nie ma. Byli jeszcze w okresie quasi- niepodległości, po formalnym przywróceniu w skład Federacji Rosyjskiej dość szybko znikli.  Nic się nie zgadza. Jeśli Rosja by wygrała wojnę z Czeczenią, rozpoczęłaby się rosyjska administracja i albo odbudowa, albo eksploatacja, albo kolonizacja. Tymczasem mamy wyrzucanie Rosjan, zatrzymanie zysków w kraju i płacenie haraczu przez Rosję. Oraz administrację czysto lokalną. Cóż- czapki z głów przed putinowską propagandą. Nawet mi się wydawało, że to jednak Rosja wygrała druga wojnę czeczeńską. 
Następne bardzo ciekawe pytanie brzmi- gdzie ta forsa trafia i jaki jest właściwie udział we władzy. Tu tez można odpowiedź uprościć. Jest to z grubsza rzecz biorąc klan Kadyrowa. Obecnego gubernatora Czeczenii, syna poprzedniego gubernatora.  Ten klan jest kluczowy dla rozumienia sytuacji północnego Kaukazu. W 2003 roku, czyli faktycznym sypaniu się rosyjskiej ofensywy w drugiej wojnie czeczeńskiej starszy Kadyrow przeszedł na stronę Rosji. W zupełnie oczywisty sposób mógł dyktować warunki. Za utrzymanie twarzy Putina i wrażenie zwycięstwa Rosji został faktycznym dyktatorem Czeczenii. Rosyjskie społeczeństwo i społeczność międzynarodowa dowiedziała się o zwycięstwie Rosji. Kadyrow i jego klan mógł przejąć całość władzy, bez żadnej kontroli. Lokalna ropa i rosyjskie dotacje prędzej czy później lądują w kieszeniach jego i przydupasów. 
Miejscowa polityka wygląda bardzo prosto- Czeczeni w swej masie są wykorzystywani przez zbirów Kadyrowa, których utożsamiają z Rosją- tradycyjnie znienawidzoną. Kadyrow podsyca nienawiść do Rosji, jednocześnie się na niej opierając. Efektem jest dobra współpraca polityczna i prześladowanie zwykłych Rosjan.  Następną bardzo istotną częścią lokalnej polityki jest kompletny brak poparcia społecznego przez Kadyrowa. Zarówno klan, jak i jego zaplecze siłowe są uznawani za renegatów. 
Z powyższego wyłania się bardzo prosty obraz- kadyrowcy, dzięki sile i pieniądzom, obie te rzeczy zawdzięczają Moskwie, rządzą Czeczenią wbrew lokalnej populacji. Jednocześnie jednak prowadzą antyrosyjska politykę narodowościową, choć na zewnątrz prezentują się jako niezawodni sprzymierzeńcy Rosji (co zresztą może być prawdą). Taka sama sytuacja roznosi się praktycznie na cały północny Kaukaz (odliczając niepodległą cześć Gruzji). 
W pewnym skrócie- to na kadyrowskich renegatach opiera się władza Moskwy na północnym Kaukazie. Etniczni Rosjanie zostali wyrzuceni, wszystkich łączy nienawiść do Rosji i Rosjan oraz poczucie eksploatacji gospodarczej. 
Przechodząc do drugiego tematu. Na Ukrainie siły separatystów składały się z lokalnych bezrobotnych płatnych po ok 50 grywien dziennie (12 zł). Ci po pierwszej wiadomości o pożarze w Odessie znikli. Następną grupa byli też lokalni i Rosjanie przeszkoleni w podstawowym sabotażu, zasadniczo rekrutujący się z żulerni i drobnych przestępców. Ci byli na swego rodzaju kontrakcie i płatni 100-200 grywien dziennie. To była podstawa republiki  donieckiej i ługańskiej. Jak Ukraińska Armia zaczęła na poważnie strzelać ci też znikli. Pozostali zawodowcy. Byli żołnierze ukraińskiej armii, Berkutu i jednostek specjalnych którzy zaciągnęli się do służby przeciwko nowym władzom Ukrainy. Ci są przeszkoleni, uzbrojeni i nie mają nic do stracenia. Ale jest to dość ograniczona grupa, bez dalszych możliwości uzupełnień. Następną częścią prorosyjskich separatystów są właśnie bojownicy z północnego Kaukazu. Czeczeni i inni. Umownie nazwijmy Kadyrowcy, choć też chodzi o wszelkiego rodzaju dagestańskich i osetyńskich renegatów. 
Jest to doświadczona i dość dobrze wyszkolona lekka piechota. Nadająca się znakomicie do pacyfikacji, działań antypartyzanckich, itp., pod warunkiem sojuszniczej przewagi w powietrzu i możliwości uzyskania wsparcia pancernego. Jeśli te warunki nie są spełnione, a tego rodzaju lekka piechota jest złapana na otwartej przestrzeni przez przeciwnika dysponującego lotnictwem i bronią pancerną- kończy się to rzezią.  
Dokładnie taka rzeź byłych Berkutowców i Kadyrowców odbyła się na lotnisku w Doniecku 27 maja, oraz kolejna 3 czerwca, tym razem na całej szerokości frontu. 
O przyszłość Ukrainy można być spokojnym. Wszystko może się jeszcze zdarzyć, ale gdybym musiał się zakładać, raczej bym postawił na utrzymanie obwodów Donieckiego i Ługańskiego w granicach Ukrainy. Resztą nie ma się co martwić. 
Znacznie istotniejsza rzeczą jest właśnie ta rzeź kadyrowców.  Kadyrowcy są jedynym faktycznie istniejącym wsparciem dla władzy Rosji na Kaukazie. Nic innego nie istnieje. Bez nich Dagestan, Czeczenia, Osetia północna, Adygea, itp. od jutra są niepodległymi państwami. Prawie w komplecie są to muzułmańskie państwa- eksporterzy ropy.  Żadne z nich nigdy nie będzie Rosji przyjazne przy demokratycznych rządach. Dla jakiejkolwiek prorosyjskości potrzeba gigantycznych pieniędzy na przekupstwo lokalnych renegatów i ich milicji.  
Jakiekolwiek osłabienie siły Kadyrowców- czy przez fizyczne ich ubycie, czy przez wskazanie możliwości ich pokonania. czy przez pojawienie się sojuszników do walki z nimi, musi spowodować nasilenie ataków na prorosyjskich na Kaukazie. Oczywiście z zamiarem separacji. 
Dla sceptyków: to już ma miejsce. W Abchazji już miał miejsce przewrót. Opozycja obaliła prezydenta, który uciekł. Abchazja jest nieuznawanym państwem, formalnie częścią Gruzji, trzyma się dzięki rosyjskiej armii broniącej przed Gruzją.  Gospodarka nie istnieje, w oczywisty sposób nie może istnieć współpraca międzynarodowa, ludzie też raczej pracują na emigracji i przesyłają pieniądze do rodzin. Jedyna realna droga awansu społecznego to współpraca z władza, a zasadniczo Kadyrowcami lokalnej odmiany. Znienawidzonymi renegatami.

To własnie jest to dokładne połączenie. Kadyrowcy po starciu z ukraińskim lotnictwem i ciężka bronią wracają jako Ładunek 200. 
Na północnym Kaukazie to nie jest tajemnicą. To w ogóle nie jest tajemnicą, skoro idioci od kremlopropagandy trąbią o tym na okrągło. Twierdzą oczywiście, że prawy sektor ze wsparciem najemników z Polski i ciężkiej broni z USA wyrzyna biednych cywili co sobie na wycieczkę z Groznego do Doniecka pojechali. Albo podobne teksty. Tak czy inaczej rosyjska propaganda sama nawija na okrągło o stratach kadyrowców. Na Kaukazie wyciągają z tego wnioski i sprawdzają.
Czas na trochę liczb. Dla sprawnej pacyfikacji terenu jest w użytku ok 5 tys lekkiej piechoty na Kaukazie. Tajemniczy bojownicy we wschodniej Ukrainie składają się obecnie w około połowie z Kadyrowców. W miarę upływu czasu ta proporcja będzie wzrastać.  
Można przypuszczać, że w sytuacji wykrwawienia kadyrowców do połowy obecnego stanu stracą większość wartości bojowej. To oznacza liczbę zabitych i ciężko rannych około 2500. 
Przypominam, że 27 maja to było co najmniej 50 zabitych i 200 rannych, 3 czerwca ok 200 zabitych i 300 rannych. Normalny dzień pomiędzy 50 a 100 zabitych i rannych łącznie. 
Licząc niewielką część ciężko rannych, bez powrotu do jednostek, daje to i tak ponad 1000/ miesiąc. Brutalne liczenie, ale to zaledwie 2-3 miesiące do skrajnego osłabienia prorosyjskich sił na Kaukazie.
Dalej to będzie oczywiście kwestia propagandy. Czy kremlowskim uda się utrzymać wrażenie siły, zastraszyć bronią atomową, upadkiem gospodarki, etc.  Są to oczywiste niewiadome, ale jedna rzecz jest znana. Najważniejszym elementem kremlowskiej władzy nad Kaukazem są obecnie Kadyrowcy. Wykrwawiają się oni teraz pod Donieckiem. Jeśli ich zabraknie na Kaukazie, prorosyjskie władze mogą być zmiecione w kilka godzin. Ludzie ich nienawidzą. Jeśli nie zobaczą możliwości, nic nie zrobią, możliwość pozbycia się ruskich równa się impuls do działania. Potrzeba tylko pozbyć się/zneutralizować kadyrowców...    
Ale oni już stanowią Ładunek 200

Kolejne wcielenia Kacapii, czyli historia Rosji w pigułce

Zaczynając historię od początku- ponoć Rosja powstała wokół pradawnego, słowiańskiego  księstwa moskiewskiego, czasowo znajdującego  pod panowanie mongolskim. Ładna historyjka, tylko nie trzyma się kupy. Co najmniej do czasu najazdu mongolskiego tereny późniejszej Moskwy i okolic były zamieszkałe przez ludy ugrofińskie a nie słowiańskie- które to ludy na swoim ówczesnym poziomie rozwoju nie znały i nie zakładały miast.   Brak jest jakichkolwiek dowodów na istnienie Moskwy przed 14 w. To zaś oznacza, że musiała być założona jako jeden z prowincjonalnych ośrodków władzy Złotej Ordy, czyli spadkobiercy imperium mongolskiego. Po prostu jako miasto Mongołów do ściągania haraczy i pilnowania mongolskiego porządku w okolicy. Czyli, aby zrozumieć historie Rosji, musimy się cofnąć własnie do Genghis Khana i okolic. 

Genghis Khan był z jednej strony twórcą sprawnego państwa, znakomitej organizacji wojskowości i sprawnym dowódcą, ale przede wszystkim dyplomatą, a z drugiej strony po prostu okrutnym masowym mordercą, bez żadnego poszanowania dla kultury i cywilizacji. System który stworzył, opierał się co do zasady na kompletnej eksploatacji lokalnych zasobów, bez przejmowania się dalszym losem tych terenów.  To oczywiście dawało fantastyczną efektywność, do czasu kiedy tereny możliwe do podbicia się skończyły. Wtedy cały ustrój oparty na strachu, niepewności jutra, ale bez nadziei na branki i łupy musiał zaczynać gnić. Tak właśnie było z państwem mongolskim i jego następcami.  

W tym momencie historii pojawia się Iwan Groźny, który był właściwym twórcą państwa znanego później jako Rosja. To za jego panowania wschodnia, czy właściwie wywodząca się z imperium Mongołów idea całkowitej władzy  jednoosobowego władcy nad życiem i śmiercią każdego z poddanych została wsparta koncepcją importu fachowców i technologii z rozwiniętych krajów. Była to drobna zmiana, bo imperium mongolskie bardzo aktywnie wykorzystywało obce wynalazki techniczne, zwłaszcza wojskowe, ale w drodze zdobywania naukowców- niewolników. Ta metoda została zastosowana także przez następne wcielenie Kacapii, czyli ZSRR wobec technologii niemieckiej i częściowo japońskiej w 1945. 

Import techników wymuszał dwa inne działania:
Pierwsze to oczywiście jakieś środki na to, czyli eksport. W rzeczywistości najprostszy i jednocześnie dochodowy, czyli rabunkową eksploatację zasobów naturalnych, podporządkowana potrzebom ekspansji.

Drugim koniecznym warunkiem było udawanie normalnego państwa i społeczeństwa, zapewniającego podstawowe bezpieczeństwo życia i mienia- bez tego żaden fachowiec się nie pojawi. 

 Dla realizacji pierwszego celu Iwan Groźny uzyskał najpierw dostęp do Morza Białego, następnie próbował wywalczyć dostęp do Bałtyku, ale został powstrzymany i założył Archangielsk, będący pierwszym portem państwa moskiewskiego. 

Realizacja drugiego celu była bardziej skomplikowana, choć w czasach Iwana Groźnego jeszcze nie stanowiła problemu. To były czasy wojen religijnych w Europie, więc wystarczyło ogłosić się wrogiem katolicyzmu, aby w sporej części Zachodu być poważanym i uważanym za część europejskiej wspólnoty. A to dawało dostęp do technologii odlewania armat i ich obsługi....    

Do perfekcji mimikra doszła w czasach Katarzyny II. Kasa w tym miała oczywiście niemały udział, a pamflety o oświeconości, nowoczesności i postępie Rosji czuć do dziś. Zwłaszcza w dawnym zaborze rosyjskim- w końcu rozbiory były dokonane dokładanie pod osłoną dokładnie takiej propagandy. 

Można tak dalej ciągnąć przez historię Rosji, ZSRR i znów Rosji, ale najprościej podsumować- nic się nie zmieniło. Przez uwielbiane przez intelektualistów na całym świecie postępowe państwo Lenina, gdzie pozytywna opinia umożliwiła zakup technologii- to już przez Stalina, który to sfinansował rabunkową gospodarka i ludobójstwem. Wsi ukraińskiej i każdego pechowca w kopalniach złota Magadanu. Breżniewa kupowanie za kasę z ropy zachodnich intelektualistów i komputerów. 

Putin idzie dokładnie tą sama drogą. Nie może zresztą inną- ten sposób myślenia i działania całego państwa jest hard- coded i dopóki to państwo w swoich kolejnych wcieleniach będzie istnieć, będzie działać dokładnie tak samo. 

Jedyna chyba próba zmiany tego- to były rządy premiera Stołypina. Próba wprowadzenia zasad wolności i własności według zachodnich wzorców i ogólnie tworzenia normalnego państwa. Skończyło się tragicznie, jak wiadomo. Wszystko wróciło do normy, a kraj wpół kroku pomiędzy szalonym obozowiskiem dzikusów i cywilizacją załamał się błyskawicznie w czasie I w.ś. 

Obecnie mamy dokładnie to co zawsze -kontrakt gazowy i bloger Azrael z moskiewską kasą. Zakupy broni za rabunkowo eksploatowane surowce. Strojenie się w szaty obrońcy cywilizacji, kultury, chrześcijaństwa, zdrowej rodziny, awangardy walki z terroryzmem i Bóg tylko wie czego jeszcze. W rzeczywistości, jeśli się dokładnie przyjrzeć, każda z tych rzeczy jest tak bezczelnym kłamstwem, że normalny człowiek Zachodu nie jest w stanie uwierzyć w taki poziom fałszerstwa rzeczywistości i doszukuje się ziarenka prawdy. Tak jak tego ziarenka nie było w antykatolickiej nowoczesności Iwana Groźnego, budowaniu nowoczesnego państwa na wzór zachodni przez Piotra I, oświeconych rządach Katarzyny II czy postępowemu światu Lenina, tak i nie ma go w dzisiejszych bajkach Putina. 

Naprawdę nie warto rozbierać całości tych bajek dla naiwnych- stad tylko dwa przykłady:

Piękna i postępowa sprawa podatku dochodowego 13%. Wszystko fajnie, ale ale rosyjskie regulacje stanowią, że wysokość podatku jest określana przez władze federalne, a w wypadku republik związkowych trafia do ich budżetu 99% dochodów z tego podatku i znacznie mniejsze części z pozostałych. W skrócie- ta obniżka podatku miała na celu wyłącznie uderzenie w dochody republik związkowych, czyli tych części Rosji, które są zamieszkałe w istotnej części lub większości przez narodowości inne niż Rosjanie. Oprócz ogarniętych konfliktami terenów Czeczenii i Dagestanu chodzi o m.in. Tatarstan, Baszkirię i Jakucję. Łatwo przejść do kolejnego mitu- prorodzinnej polityki i gospodarki. Śmiech ogarnia, bo dokładnie te same tereny cechują się wyraźnie dodatnim przyrostem naturalnym. Nie dotyczy to Rosjan tam zamieszkałych. Czyli polityka rzekomo nacjonalistycznego państw rosyjskiego nie prowadzi do przyrostu liczby Rosjan. Wśród etnicznych Rosjan prawdopodobnie (nie znam statystyk z rozdziałem na narodowość i/lub religię) liczba aborcji jest wyższa niż żywych urodzeń. 

Kolejnym punktem propagandy jest podkreślanie dodatniego przyrostu naturalnego na skale państwa. Kolejna półprawda. Dodatni przyrost jest, ale nie jest spowodowany wzrostem dzietności (ona jest nadal wśród Rosjan dobrze poniżej 1,5), a spadkiem śmiertelności. Niby tez dobrze, tylko należy wziąć pod uwagę, że po prostu w naturalny sposób minęła fala śmiertelności wywołanej upadkiem ZSRR i pochodnymi od tego: beznadzieją alkoholizmem, narkomanią i upadkiem publicznej opieki zdrowotnej. Krótko mówiąc kto w wieku 30,40, 50 lat miał się zapić na śmierć, już to zrobił, reszta pożyje do 70-tki.  

Nieco też dało trochę czystsze środowisko- czego główna przyczyną były zwyczajne bankructwa najbardziej śmierdzącego przemysłu, bo taki zazwyczaj łączył się też z najgorszą wydajnością- lepsze technologie produkują zazwyczaj mniej odpadów, zużywają mniej energii i są bardziej opłacalne. 

Następnym źródłem ratowania demografii Rosji jest dość duża imigracja. Rosjanie są bardzo niemiło widziany w sąsiednich krajach i mniej lub bardziej zachęcani do emigracji. Zresztą w sporym stopniu to się dzieje także poza wielkimi miastami, w Rosji, na terenach gdzie są mniejszości narodowe. Stamtąd Rosjanie wyjeżdżają najszybciej. Do miasteczek, dalej do większych miast, potem do Moskwy. 

Z pozostałymi kawałkami propagandy jest podobnie. Kasa z ropy i gazu na kupowanie Azraelów tego świata i jak zwykle broni z Niemiec. Reszta kraju nikogo nie obchodzi.  

Z tej perspektywy nagle cała Rosja wygląda zrozumiale. To jest po prostu kontynuacja ludobójczego imperium mongolskiego.  Nie żaden trzeci Rzym tylko druga Mongolia.  Z całą sympatią do obecnej Mongolii- kraju który dziś nie może stanowić dla nikogo zagrożenia i nie mam nic przeciwko temu, że lotnisko w Ulan Bator nosi imię Genghis Khana- w końcu był ojcem ich narodu. 

Tak samo lotnisko w Moskwie mogą sobie nazwać imieniem Józefa Stalina, ale reszta świata nie musi czcić ani tego, ani innych bandziorów czy ich przydupasów. 

Teraz optymistyczne informacje- w kacapskim ustroju polityczno- społecznym nie ma żadnej możliwości utworzenia normalnej gospodarki przemysłowo - usługowej, stąd musi się opierać na eksploatacji zasobów naturalnych i militarnym rabunku sąsiadów.  

Dobrze wiedzą to Finowie, całkiem dobrze ludy bałtyckie- Estończycy najbardziej, także pozostałe narodowości republik radzieckich. Coraz szybciej uświadamiają to sobie zwarte obszarem mniejszości narodowe w Rosji- nie tylko Czeczeni i inne narody północnego Kaukazu, ale także Tatarzy nadwołżańscy (którzy wola być nazywani Bułgarami, twierdząc, że to rosyjska propaganda ich nazwała Tatarami próbując utożsamiać z Mongołami), Baszkirowie, czy Jakuci. 

To te własnie narodowości znają Rosjan i Rosję najlepiej. Co ciekawe- własnie te narodowości były przeciwne rozwiązaniu Związku Radzieckiego, uznając, że w wielonarodowym państwie w którym Rosjanie stanowią około połowy da się żyć znacznie łatwiej niż w takim w którym jest ich 80%. Przyszłość pokazała, że mieli sporo racji, zwłaszcza Czeczeni. Przy najbliższej okazji z wielka ulgą się z wspólnego interesu z Rosjanami wypiszą. A najzabawniejsze są znów surowce i okolice. Lwia część jeszcze działającego rosyjskiego przemysłu jest skoncentrowana w Tatarstanie, Baszkirii oraz ich bliskich okolicach, w tym w pasku terenu rozdzielającym te dwie republiki od najbliższej zewnętrznej granicy, czyli językowo i kulturowo bliskiego Kazachstanu. Wydobywa się albo przechodzi przez Tatarstan olbrzymia większość rosyjskiej ropy.  

W Dagestanie są dość dobre złoża ropy, ale nie są eksploatowane, bo Moskwa boi się o zwiększanie separatyzmu tej republiki. Dodać do tego należy rurociąg do Azerbejdżanu, obecnie nieużywany, bo Azerowie wybudowali nowy do eksportu przez Gruzję do Turcji, zamiast przez Rosję. W wypadku eksploatacji złóż w Dagestanie wystarczy pompować w drugą stronę i eksport bez pośrednictwa Rosji załatwiony.

Jakucja to jest 3 mln km2. Obszar większy niż Argentyna, trochę mniejszy niż Indie. Dotychczas traktowany jak kolonia, od upadku ZSRR lokalna ludność coraz bardziej zagospodarowuje kraj, ale nadal nie ma z niego zbyt wielkich profitów. Np. zyski największej na świecie kopalni diamentów wędrują w większej części do Moskwy. Z samej tej jednej kopalni poziom życia w niepodległej Jakucji zbliżałby się do Kuwejtu, a w tej chwili chyba nie ma tam ani jednej całorocznej drogi... 

Jak Rosjanie przyjmują ideę dziadowania w imię imperium dość bezkrytycznie, tak najbardziej Tatarzy (Bułgarzy) i Baszkirowie całe to imperium by najchętniej posłali w cholerę i jeszcze w tym pomogą. I już pomagają. Tam gdzie nie zależy to od Moskwy, Rosjanin nie zostanie zatrudniony na państwowym etacie, ani nie awansuje wyżej wyrobnika.

A w kolejce stoi jeszcze 14 republik. W innych sytuacja jest mniej wyraźna, ale podobna. W niektórych krajach (mniej autonomiczny niż republika twór administracyjny Rosji) sytuacja też stopniowo się do takiej zbliża. Wszędzie schemat jest podobny- bezdzietność i emigracja Rosjan, zagospodarowanie przestrzeni przez dotychczas marginalizowanych autochtonów.

Co prawda- Kacapia opiera się na podboju ale jedna rzecz jest jego warunkiem- dobre i lojalne, wyszkolone i wyposażone wojska. Masowe mięso armatnie lub elitarna armia, ale musi być dobra. Dopóki Rosja jest kacapsko- nacjonalistyczna, armia może składać się tylko z Rosjan, reszta do pomocniczych prac. Jeśli stanie się wielonarodowa, musi tylko przekonać pozostałe narodowości do idei Kacapii- co wydaje się niemożliwe.

Konkludując- w republikach związkowych rośnie pokolenie, które ma poczucie tożsamości narodowej, widzi, że samemu się rządząc wychodzi to lepiej niż Rosjanom. Rosję kojarzy tylko z wyzyskiem i drenażem zasobów.  Nie pamięta budzącej strach u wrogów Armii Radzieckiej, ani przerażającego w kraju KGB. Kiedy osłabiona Moskwa spróbuje przykręcić śrubę przy nie najlepszej sytuacji gospodarczej- jak może być reakcja?       

Nowy raport z niemieckiej energetyki, czyli gwóźdź do trumny Gazpromlandii

Pojawił się nowy raport na temat produkcji energii elektrycznej w Niemczech w styczniu i lutym bieżącego roku. W świetle poprzedniego wpisu można powiedzieć, że jest mocny. Bardzo mocny, nawet mnie zaskoczył: pozytywnie, bardzo mocno potwierdzając tezę o zbędności rosyjskiego gazu dla Europy. Co więcej, wygląda na to, że Niemcy wyraźnie zmniejszą także import węgla w tym roku oraz jednocześnie może to być rok rekordowego eksportu elektryczności, zmniejszając zużycie gazu także w sąsiednich krajach.
A teraz najważniejsze konkrety:

1. Według zainstalowanej mocy najważniejsze typy elektrowni to kolejno fotowoltaika, wiatr, węgiel kamienny, gaz, węgiel brunatny, atomowe, biomasa i znikoma ilość wodnych. Tak, OZE już teraz zainstalowana mocą jest zbliżone do mocy zainstalowanej z paliw kopalnych. Przypominam, że jeszcze kilka lat temu fotowoltaika nie istniała jako poważne źródło energii, a wiatr był w powijakach.

2. Z kolejności wykorzystania poszczególnych źródeł elektryczności wynika bezpośrednie konkurowanie OZE z najdroższymi źródłami prądu. Dokładniej prąd z OZE sieci mają obowiązek przyjąć w każdej ilości, a następnie kupują od elektrowni kolejno według kosztów wytwarzania i jest to od najtańszego (w bieżącym użytkowaniu, bez liczenia kosztów inwestycji) atomowa, węgiel brunatny, węgiel kamienny, gaz. Stąd dokładnie zgodnie z zasadami, elektrownie gazowe, zamiast codziennie pokrywać szczyt zapotrzebowania, pokrywają go w wyjątkowych wypadkach jednocześnie słabych warunków wiatrowych i słonecznych. W styczniu były to 4 dni, w lutym 0. Cała produkcja z OZE zastępuje paliwa kopalne, a gaz w pierwszej kolejności.

3. Produkcja prądu z gazu spadła względem tego samego okresu 2013 roku o 29%, z węgla kamiennego o 16%, niewielkie spadki także przy brunatnym i atomie. Eksport prądu wzrósł do rekordowych historycznie poziomów, także oszczędzając paliwa kopalne w sąsiednich krajach.

4. Niemcy w styczniu i lutym nie słyną z obfitości słońca, a pomimo tego ilość energii z fotowoltaiki była w styczniu zauważalna, a w lutym już całkiem istotna. Wygląda na to, że już przy tej ilości zainstalowanej mocy, jaka jest obecnie, od kwietnia do września elektrownie gazowe będą praktycznie niepotrzebne. Szczyt produkcji fotowoltaiki i trudnej do zmniejszenia mocy zapewne regularnie będzie przekraczać zapotrzebowanie i elektrownie wodne oraz szczytowo pompowe będą pracować uzupełniając fotowoltaike i odbierając nadmiar prądu w środku dnia. Niekoniecznie przez cały ten czas, ale w wolne dni w lecie jest to praktycznie pewne.

5. Wbrew wieszczeniu lobby wielkiej energetyki, OZE nawet na dużą skalę zupełnie przyzwoicie współpracują z tradycyjna energetyką, ewentualny backup jest potrzebny niewielki, jedyny problem polega na drastycznym spadku dochodów właścicieli elektrowni konwencjonalnych i sieci przesyłowych. Chodzi o to, że elektrownie zarabiają sprzedając prąd, jeśli poziom użytkowania tychże gazowych spadł w sumie o ponad polowe w ciągu ostatnich kilku lat, to zarabiają dużo mniej niż planowano, co ma wpływ na kredyty, itp. A jednocześnie te elektrownie są w jakimś stopniu potrzebne. Dlatego tez w Niemczech obecnie toczy się dyskusja o płaceniu za gotowość do dostarczenia energii.

6. Elektrownie atomowe są kompletnie bez sensu. Obłędnie wielkie koszty i czas budowy, przy relatywnie niskich kosztach paliwa wymuszają dla i tak bezsensownie niskiej stopy zwrotu pracę na okrągło, przez co także projekty takich elektrowni nie przewidują możliwości łatwej regulacji mocy. Jak też pokazuje jeszcze nie rozpoczęta budowa nowej elektrowni atomowej w UK, wliczając koszty budowy, prąd z atomu jest dużo droższy niż z wiatru, czy nawet fotowoltaiki w warunkach północnej Europy.

7. Coraz większe znaczenie w Niemczech ma regulacja mocy elektrowni węglowych, zwłaszcza na węgiel kamienny, które przejmują rolę dawniej pełnioną przez gazowe. Tu informacja dla narzekaczy - w przeciwieństwie do zabytkowych technologii znanych z Polski, nowe europejskie projekty elektrowni węglowych (czy na biomasę) są robione nie tylko dla znacznie większych sprawności, ale przede wszystkim ze znacznie lepszymi możliwościami regulacji mocy. Tym razem to technologia wypiera gaz. Poza tym spadek produkcji energii z węgla kamiennego oznacza spadek importu tego węgla. Węgiel kamienny jest w Niemczech importowany, m.in. z Rosji, a przy tak znacznym spadku zapotrzebowania na paliwa kopalne, również import węgla w tym roku spadnie. Przewiduję, że na lato część elektrowni na węgiel kamienny zostanie po prostu wyłączona, ponieważ przy dużej produkcji ze słońca nie będzie co z tym prądem robić.

8. Przypomnę, że to wszystko się dzieje przy rekordowym eksporcie energii elektrycznej, którą OZE produkuje w znacznym stopniu w momentach szczytów zapotrzebowania (zimowe wieczory wiatr i środek dnia PV) zmniejsza w ten sposób głównie zużycie gazu do produkcji elektryczności w krajach ościennych.

9. Kolejny drobiazg do przypomnienia: rekordowo niskie ceny energii elektrycznej w hurcie (cena dla gospodarstw domowych, razem z zielonym podatkiem, to inna sprawa). Oznacza to, dla firm zwolnionych z zielonego podatku od prądu, śmiesznie niskie ceny elektryczności, co oznacza zabójczą dla innych konkurencyjność niemieckiego przemysłu ciężkiego. Np. Chińczycy narzekają, że rafinowany krzem do produkcji paneli fotowoltaicznych z Niemiec jest tak tani, że oni nie mogą z tym konkurować. Chińczycy !!!

10. Razem widać, że przekształcenie energetyczne ma sens, jeśli się je dobrze robi. Np. dla Polski droga w tej chwili jest oczywista - skopiować niemieckie regulacje, ale w wersji "dla biednych", czyli efektywnie np. ukraińskie regulacje z czasów pomarańczowych oraz jak najszybciej modernizować energetykę węglową. Po zakończeniu tego procesu można szacować zużycie węgla na poziomie 20-25% dzisiejszego (dwukrotny, czyli 50% dzisiejszego zużycia spadek przez wzrost sprawności do dzisiejszej nowoczesności, czyli 47,5% sprawności i reszta przez zastępowanie przez OZE). Przy zapewnieniu części dostępnej regulacji mocy przez energetykę wodną, nawet małą, może to być jeszcze mniej. To jest mój wniosek, ale rozwinięcie go i uzasadnienie to długi wpis, a może cała książka, więc na razie to pomińmy.

11. Całość doskonale potwierdza tezę o śmiertelnym zagrożeniu dla interesów Gazpromu, a patrząc na przysyłaną rosyjską propagandę i zachowanie Rosji, oni sami jeszcze wierzą, że bez ich gazu Europa zamarznie i upadnie w konwulsjach. Coś jak połączenie mesjanizmu z sarmackim mitem spichlerza Europy. Niech sobie wierzą, tylko my się nie dajmy na to nabrać. Te tendencje które jako zarys widziałem we wcześniej dostępnych statystykach są już tak krzyczące, że chyba nie można już dłużej zaklinać rzeczywistości.

12. Podsumowując tendencję: w Niemczech w energetyce wyparty przez OZE rosyjski gaz konkuruje z rosyjskim węglem. Na tej konkurencji stracić może tylko rosyjski sektor energetyczny, czyli efektywnie putinowska Rosja.

13. Gaz łupkowy nie ma z tym wszystkim nic wspólnego, a cena gazu z Rosji musi spaść do ceny zbliżonej do węgla (uwzględniając różnice w kosztach budowy i obsługi elektrowni), albo do ceny którą są skłonni zapłacić Chińczycy minus zapewne zbójecka oplata za tranzyt przez Kazachstan.

14. Niemcy nie mają co robić z rosyjskim gazem i w ich najlepszym interesie jest zablokowanie rurociągów przez Ukrainę. Prędzej czy później ktoś na taki pomysł wpadnie, bo jest zbyt oczywisty. Alternatywą musiałaby być obniżka cen gazu do poziomu węgla, więc Rosji też taka blokada się opłaca. Tak więc Rosja ma przechlapane w każdą stronę - albo będą sprzedawać gaz za 1/3 dzisiejszej ceny, albo połowę tego gazu co obecnie.


15. Jedyne co Rosję dziś ratuje to stosunek Angeli Merkel do energii odnawialnej, który jest niechętny, za to bardzo przyjazny dotychczasowym wielkim koncernom energetycznym. Ale nawet ona, nawet w koalicji CDU-SPD, z zielonymi w opozycji, nie bardzo może działać inaczej niż w oczywistym interesie Niemiec.