Pokazywanie postów oznaczonych etykietą futurologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą futurologia. Pokaż wszystkie posty

Marzenie pionierów kolei staje się faktem, czyli tory łączą cały świat

Dzisiejszy wpis tematyką bardziej pasuje do Rewolucji Energetycznej, ale tu mnie dawno nie było, a sprawa ma więcej aspektów politycznych, niż technicznych, więc zostawiam.

Brytyjscy pionierzy kolei, a raczej biznesmeni kolejowi, mieli wielkie marzenie -- połączyć koleją Wyspy Brytyjskie z perłą w koronie Imperium, czyli Indiami. A jeszcze lepiej -- także z Hongkongiem. Teoretycznie takie połączenie istnieje od lat, ale z kolejnymi przeprawami promowymi, zmianami rozstawu szyn i innymi ulepszeniami jest całkowicie bezużyteczne jako środek taniego i szybkiego transportu.

Cóż, obecnie sytuacja się zmienia. Co prawda ani brytyjski kapitał, ani nawet inżynierowie nie maja z tym praktycznie nic wspólnego i też droga niezupełnie będzie prowadzić do Indii.  
Otóż właśnie trwa lub rozpoczyna się budowa lub poprawianie paru odcinków linii kolejowych. Zadziwiającym zbiegiem okoliczności jest lista tych odcinków, gdzie wszystkie przeszkody znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a problemy z finansowanie są nieistniejące. 

Niedawno (jakoś w listopadzie) oddano do użytku nowy dworzec kolejowy we Wiedniu. Dzięki temu wzrosła przepustowość całego węzła, w tym możliwość przejazdu pociągów szybkiej kolei na liniach południkowej i równoleżnikowej. Oraz przepustowość towarowa. Dalej na zachód oczywiście mamy rozbudowana sieć połączeń kolei klasycznej i szybkiej, na zachód aż do Szkocji, na południe niedługo ruszy linia standardu 320 km/h Tangier- Casablanca (choć tunelu pod Gibraltarem nie ma i będzie najwcześniej za 15 lat). Ale ruszamy z Wiednia. Na wschód. Teoretycznie linia do Budapesztu jest częścią projektowanego europejskiego korytarza szybkiego ruchu i jako taka będzie trzymana w wysokim standardzie a tory do Budapesztu zawsze będą w dobrym stanie, o co ma dbać UE.

Także w zeszłym roku rozpoczęto budowę kolejowej towarowej obwodnicy Budapesztu. Pociągi towarowe już nie będą przejeżdżać przez centrum miasta i blokować węzła. Także na Węgrzech jest modernizowany tor w kierunki Belgradu. Do tego miejsca oczywiście większość inwestycji jest dofinansowywana przez Unię Europejską, a pomoc organizacji spoza UE jest bardzo trudna do uzyskania, by nie rzecz niemożliwa.

Jedziemy dalej, najlepsze ukształtowanie terenu dla kolei jest w stronę Belgradu. Linia w trakcie ulepszania. Jesteśmy na granicy UE, w Serbii, od granicy węgierskiej do Belgradu, to inna sprawa. Także trwa modernizacja, co prawda do nie tak wielkich prędkości, bo maksymalnej 160 km/h. Ale za to Serbom udało się ją sfinansować w sporej części z grantów. Co dość zadziwiające granty pochodziły z Chin. Chińczycy mają raczej zwyczaj pożyczać pieniądze i jeszcze te kredyty trafiają w całości do chińskich firm zatrudniających wyłącznie chińskich robotników, czyli kredytobiorcy mają co prawda zbudowana infrastrukturę, zazwyczaj dobrze i  tanio, ale żadnego impulsu dla gospodarki, tylko odsetki do spłacania. Cóż, zapewne skośnookim trochę zależało.

A dlaczego mogło im zależeć na połączeniu prowincjonalnego Budapesztu z zadupiem Belgradu? Bo linia kolejowa idzie dalej. Z powrotem do Unii Europejskiej, czyli Bułgarii, gdzie co prawda nic nie jest robione, ale i  odcinek wkrótce dociera do nowej granicy, Turcji. Już poza UE, więc można brać kasę od Chińczyków. I biorą. Chińska forsa się szybko i łatwo znajduje na całą główną linię, od granicy z Bułgarią do granicy z Iranem.. Akurat sami wpadli na pomysł, że potrzeba zbudować tunel pod Bosforem, linię szybkiej kolei ze Stambułu do Ankary i następnie dalej do Kars. Oraz połączenie stałą linią kolejową do Iranu. Obecnie istnieje tylko prom przez jezioro Van. Ale linia je omijająca jest w budowie. Z forsą nie ma żadnych problemów, to budują....
 W taki sposób po zakończeniu obecnych inwestycji dotychczasowa linia będzie mogła być w całości towarowa, a pociągi osobowe trasę 2000 km od jednej granicy do drugiej będą pokonywać w mniej niż 10 godzin.

W Iranie jest jeszcze zabawniej. Od dobrych kilkunastu lat trwa tam wielka rozbudowa sieci kolejowej. Ale z racji olbrzymich odległości pomiędzy miastami i trudnego terenu większość to są jednotorowe niezelektryfikowane linie, łączące tylko ważniejsze miasta. Ale jest wyjątek. Linia Tabriz -- Teheran -- Mashad jest dwutorowa, obecnie jest elektryfikowana, a ponadto na tej trasie jest budowana równoległa linia szybkiej kolei. W samym Teheranie w zeszłym roku oddano do użytku kilkukilometrowy tunel linii średnicowej, czterotorowy, drastycznie podwyższający przepustowość węzła. Tu można się domyślić, że prace są sfinansowane chińskimi kredytami i opierają sie na chińskiej technologii.
Ale najciekawsze jest dalej. Z Iranu do Chin droga jeszcze daleka. A co więcej, zachodnie rejony Chin są same w sobie miejscem raczej mało przyjaznym i doskonale pozbawionym jakiejkolwiek infrastruktury. 
To przejdźmy zobaczyć co u Smoka słychać. A słychać to, że najważniejsze połączenie w zachodniej części Chin, czyli linię kolejową do Urumczi zwolniono z ruchu pasażerskiego i będzie przeznaczona w całości do przewozu towarów, ponieważ zakończono budowę 1500 km trasy szybkiej kolei z centralnych Chin. Dotychczasowa linia, jak najbardziej dwutorowa i zelektryfikowana, będzie obsługiwać tylko ruch towarowy. Który z Urumczi może toczyć się dalej do Kazachstanu, gdzie jest przeładowywany na szerokie tory i dalej przez Rosję do Europy, lub za kilka lat nową linią do Iranu. Następna jest linia kolejowa z Urumczi do Aksu, obecnie ulepszana i budowana dalej do Kashgar (to ciągle Chiny, choć nazwy brzmią jak z języków tureckich, i słusznie bo to tereny zamieszkałe przez Ujgurów, czyli Kazachów).
 Ale jeszcze zabawniej jest dalej. Jest planowany tunel i już zaczęło się doprowadzanie linii kolejowej do niego, łączący Chiny przez Kirgistan z Tadżykistanem. (tu już pewnie najtwardsi sprawdzą w końcu na mapie gdzie to właściwie jest). Linia połączy chińska sieć z Duszanbe. Oprócz tego znalazł się chiński kredyt na sfinansowanie linii z Duszanbe przez przełęcz na południe od miasta, w stronę Qurgonteppa. Tą umowę podpisano w grudniu. 

I tu się zaczynają poważne sprawy

Ponieważ między Tadżykistanem a Iranem bezpośredniej granicy nie ma. Lądowe połączenie istnieje albo przez Uzbekistan i Turkmenistan, albo przez Afganistan. Uzbekistanem rządzi bliżej nieznana banda prorosyjskich buców, którzy nic nie rozumieją, jak to kacapy i mają fatalne relacje z wszystkimi sąsiadami, regularnie zamykając granice dla tranzytu. Nawet Chińczycy nie potrafią się z nimi dogadać. Pozostała jedyna możliwość - Afganistan. Cóż, wydaje się, że niestabilny, ogarnięty wojną kraj. A tymczasem z Mashad w Iranie do Herat w Afganistanie nowiutka linia kolejowa już jest i dalej będzie budowana do Mazar i Szarif. Skąd do wyżej wymienione Quronteppe juz brakuje zaledwie około 200 lub 300 kilometrów i jednego mostu. Co prawda jest dopiero wstępne porozumienie, ale tu raczej nikt się nie wyłamie

Z tej linii teoretycznie w Tadżykistanie obowiązuje rosyjski rozstaw torów, ale w praktyce oczywiście to chińczycy zdecydują jaki będzie. A będzie oczywiście chiński, czyli europejski, jak na całej reszcie tej trasy. To oznacza, ze za kilka lat, po raz pierwszy w historii, będzie można przejechać pociągiem ze Szkocji do Chin, nie wysiadając z tego pociągu, który cały czas będzie się toczył na tym samym rozstawie torów. 
Cóż, powie ktoś, przecież od czasów ukończenia transsyberyjskiej jest połączenie lądowe z Chinami. Tak, ale po pierwsze wymaga zmiany wagonów lub wózków jezdnych, co trwa i kosztuje, a po drugie przez długi czas łączyło się z wysokim ryzykiem kradzieży, a do dziś trwają problemy z chorymi praktykami cenowymi i nieprzewidywalnymi czasami tranzytu. To są wszystko problemy, które występują tylko w Rosji i nic dziwnego, że również Chiny potrzebują alternatywnych tras. Co prawda od połowy zeszłego roku, czyli początku dewaluacji rubla, koleje rosyjskie zachowują się znacznie racjonalniej, ale mleko się rozlało. Praktycznie całość tej południowej linii Europa -- Chiny istnieje, jest w budowie lub planowaniu z zapewnionym finansowaniem.
Co ciekawe, widać, że docelowa przepustowość tej linii będzie olbrzymia. Dwutorowa linia, której elektryfikacja na wszystkich odcinkach idzie pełną parą, a w Turcji, Iranie i Chinach istnieje, lub jest w budowie z  równoległą linia szybkiej kolei pasażerskiej. 

Konsekwencje powstania tej linii będą potężne

Brak zmiany rozstawu torów oznacza znacząco tańszy transport towarów. Docelowo można liczyć, że będą to kwoty takie jak koszty frachtu na bardziej konkurencyjnych rynkach przewozów kolejowych, czyli w okolicach 0,01 dolara za tonokilometr. To oznacza ceny za fracht tylko nieco wyższe niż transportu morskiego licząc całą trasą, a na odcinkach do Iranu czy Turcji -- tańsze. Ba, koszty transportu np z Chin na Kaukaz wyraźnie spadną.
Oraz, co ciekawe -- kiedy zostanie zbudowana tylko ta już dziś budowana lub planowana na poważnie część szybkiej kolei, to pociąg pasażerski od granicy bułgarsko -- tureckiej do granicy chińskiej będzie jechać niewiele ponad 24 godziny. Co oznacza pierwszą realną konkurencję dla linii lotniczych w podróżach międzykontynentalnych. Ale sam ruch pasażerski to naprawdę pikuś. Chodzi o towary.
Oznaczać to też będzie, że w tranzycie lądowym Daleki Wschód -- Europa, Rosja przestaje być niezbędnym pośrednikiem. Co patrząc na koszty zmiany rozstawy kół, rosyjską nieudolność w zarządzaniu, złodziejstwo i pozostałe problemy, prawdopodobnie w ogóle przestaną być pośrednikiem.

Dalej konsekwencje też są niemałe. Tadżykistan to najbiedniejsze państwo poradzieckie, którego władza trzyma się na rosyjskich bagnetach, a społeczeństwo jest językowo i kulturowo bardzo bliskie Persom. W momencie jakiegokolwiek osłabienia dzisiejszego reżimu, partia proirańska natychmiast przejmuje władzę i wyrzuca rosyjskie wojska albo rozpoczyna się na nowo wojna. Trudno ja nazwać domową, jak to rosyjskie wojska strzelają do cywilnych powstańców....Stąd zapewne władza już liczy na uzyskanie odrobiny wsparcia dla siebie od Chińczyków, za spokojny tranzyt. A po ewentualnym przejęciu władzy opozycja zapewne jeszcze chętniej i szybciej będzie budować połączenie z Iranem, a zapewne zupełnie chętnie zmieni rozstaw szyn w całym kraju.

Ale jeszcze potężniejsze będą konsekwencje następnego odcinka. Od Mazar-i-Szarif do Herat, czyli Afganistan. To będzie najpoważniejsza inwestycja infrastrukturalna w historii Afganistanu. I pierwsza w historii możliwość taniego wywozu minerałów z tego kraju. Są tam potężne i bogate złoża wszystkiego -- z bardzo prostego powodu, przy geologicznym bogactwie są to jedne z niewielu na świecie nigdy nie eksploatowanych złóż. Bo nigdy nie było infrastruktury. Teraz będzie kolej. Prosto do Chin. I patrząc realnie nigdzie indziej. Chyba, że zachodnie firmy górnicze będą mieć zgodę na tranzyt przez Iran....
Przy okazji, należy subtelnie zauważyć, że w niezbyt odległej perspektywie całość tej trasy będzie zelektryfikowana, a co ciekawe, większość już przebiega przez tereny bardzo zasobne w potencjał energii odnawialnej, a w zachodniej części Chin to energia wiatrowa jest podstawą sieci energetycznej. Iran tak samo przebudowywuje energetykę na odnawialna w całkiem sprawny sposób, Turcja dopiero zaczyna. Czyli można śmiało powiedzieć, ze przy okazji jest to bardzo poważna perspektywa istotnego odstawienia paliw kopalnych w ruchu towarowym i późnej pasażerskim między Europą a Środkowym i Dalekim Wschodem. 
A następną konsekwencją jest, z punktu widzenia Chin, bezpieczeństwo ich szlaków handlowych przed blokadą morską. Co znacząco zmniejsza możliwość ewentualnego szantażu ze strony USA lub Japonii. Dotychczas do kompletności blokady handlowej Chin potrzeba blokady morskiej i utrudnienia tranzytu przez Rosję. Teraz do tej listy dojdzie jeszcze Iran. 

W tym wszystkim właśnie Iran zyskuje status kraju tranzytowego i dopóki Ajatollachowie nie narobią zbyt dużo głupot, tylko na tym zyska. A straci zarabiający na tym samym Kazachstan, bo stamtąd pociągi dalej muszą iść przez Rosję....
To wszystko nie zdarzy się jutro. Zanim powstanie bezpośrednia, całkowicie przejezdna linia minie jeszcze kilka lat, a zanim cały opisany zakres prac będzie zakończony, to zapewne kilkanaście. 
Ale rozwój chińskiej sieci kolejowej jest największym obecnie, a może i w historii świata projektem infrastrukturalnym. I czy nam się podoba, czy nie, ukształtuje ten świat na następne co najmniej dziesięciolecia.

Lewica w Polsce?

W Polsce jest jedna,bardzo charakterystyczna cecha sceny politycznej. Nie ma żadnej oferty politycznej dla normalnych ludzi o lewicowych przekonaniach. 

Po prostu nie ma. Na kogo może w Polsce zagłosować antyklerykalny zwolennik równości społecznej oraz jednocześnie osoba patriotyczna i uczciwa? 

Po sposobie prowadzenia śledztwa w sprawie śmierci prezydenta, dyplomacji, zwłaszcza na wschodzie, nadzoru nad inwestycjami (drogi, kolej porty), nadzoru na reformą armii, etc., nawet pomijając cały zestaw afer, żaden zachowujący minimum poinformowania o sprawach Polski i minimum przyzwoitości człowiek nie powinien mieć z obecnie rządzącym środowiskiem nic wspólnego. I właściwie nie jest problemem tutaj Platforma Obywatelska jako taka. Problemem jest całe środowisko, które bryluje wspólnie w polityce i mediach, znakomicie organizując sobie wzajemnie "deale" do łupienia kraju. Ot, zdarzy się jakieś niedopatrzenie w przepisach, powstanie firma, która akurat na tym korzysta i ma znakomitą opinię w głównych mediach- mechanizm typowy do rzygu. Uważny obserwator powinien wymienić takich co najmniej z 20 z czasów III RP. A większość tych afer, jeśli nie wszystkie gdzieś zahacza o tzw. "środowisko Unii Demokratycznej", dawniej zwane lewicą laicką, 

To towarzystwo znakomicie zmonopolizowało na pewien czas całe struktury władzy i cała dyskusję polityczną Polski. Jedyną platformą, na jakiej można się było przeciw nim zorganizować była prokościelna prawica. A mówiąc wprost- bez wsparcia, choćby przez życzliwe udostępnianie na spotkania salek parafialnych, nikt nie był w stanie wystarczająco się zorganizować, aby naruszyć monopol kreowania rządów jaki miała Gazeta Wyborcza i jej okolice do afery Rywina.

I mamy to towarzystwo. Zestaw bardzo dziwnych ludzi, dzieci i wnuków stalinistów, powiązanych najbardziej mętnymi więzami z radzieckimi służbami specjalnymi, Z osławioną prywatyzacją najnowocześniejszej fabryki samochodów na wschód od Łaby i jednej z nowocześniejszych w Europie za niecałe 1800 dolarów. Oczywiście z polskiej strony tą umowę podpisywał kolejny "as wywiadu" i późniejszy założyciel Platformy Obywatelskiej.

To tak, gdyby komuś brakowało argumentów. Ich naprawdę nie brakuje, są zakrzykiwane. Czasem do stopnia komicznego,ale zadziwiająco skutecznego. Np. nie sądziłem, że może istnieć ktokolwiek interesujący się polskimi sprawami, kto wierzy w oficjalny życiorys Lecha Wałęsy. A jednak. Własnie o lewicowych przekonania emigrant, biorący informacje z głównych mediów miał szanse się w ogóle nie dowiedzieć o kolejnych wyrokach jednoznacznie rozstrzygających kwestię przeszłości Lecha Wałęsy. I to jest właśnie tragedia.

Drogi wyborco lewicowy. Odłóż na chwilę sympatie partyjne. Ideologię i wszystko. I po prostu posłuchaj, a jeszcze lepiej przeczytaj w całości przemówienia obecnej pani premier, obecnego marszałka sejmu, poprzedniego ministra transportu.  Tylko w miarę możliwości należy wybrać te mniej korygowane i ustawiane. W wypadku ministra i marszałka znakomicie nadają się nagrania z restauracji "Sowa i Przyjaciele". A potem zadaj sobie podstawowe pytanie- nie o poglądy, a o kwalifikacje fachowe i moralne tych ludzi do sprawowania jakichkolwiek stanowisk. Np. kierownika sklepu warzywnego albo myjni samochodowej. 

A teraz o różnicy w poważnych sprawach. Kwestia przyszłości energetycznej Polski jest sprawą bardzo poważną. W największym skrócie w PO, SLD i PSL nie ma praktycznie nikogo, kto miałby o tym jakiekolwiek większe pojęcie, ale im to nie przeszkadza (z pewnym wyjątkiem Pawlaka z PSL). Nie przeszkadza im to, ponieważ celem dla całego tego towarzystwa nie jest interes narodowy. Nie jest nawet dobre wykonywanie pracy do której zostali najęci. Priorytetem jest ilość lodów, które można ukręcić (to dokładnie posługując się językiem tego towarzystwa- może za wyjątkiem dla niektórych z nich zbyt skomplikowanego słowa "priorytet"). A w Polsce nakładają się interesy Rosji i monopolu gazowego oraz sprzedaży ropy (to wszyscy wiedzą), oraz, co mniej znane, znajdujących się w ciężkiej sytuacji dostawców tradycyjnej energetyki, a najbardziej na krawędzi bankructwa francuskich sprzedawców rozwiązań dla energetyki atomowej.

Ci wszyscy zainteresowani, nazywając po imieniu Gazprom, Siemens i Alstom, razem z ambasadami ich krajów inwestują olbrzymie pieniądze w promowanie swoich interesów. Oczywiście nie przez jakieś głupie reklamy, tylko kupowanie przychylności dziennikarzy oraz polityków. I teraz towarzystwo z maszyną do lodów w herbie się tylko zapyta "ile można dostać", nie zadając żadnych pytań o sens czy konsekwencje dla kraju, bo to po prostu nie ich sprawa. Na tym tle ludzie z PiS wyglądają głupio. Bo po prostu nie mają pojęcia i często gadają od rzeczy. Z bardzo prostego powodu- polska debata publiczna jest tak zniszczona, że ten kto ma skrypt z Siemensa lub Gazpromu mówi ładnie i składnie (z tymi Gazpromowymi to różnie bywa, to jednak Kacapy). Ten kto próbuje wyrobić sobie własne zdanie na podstawie polskich źródeł- ma problem. I to duży. Ponieważ jeśli nawet nie jest to bezpośrednio propaganda, jest to bardzo często powielanie obcej propagandy. Jak ktoś się próbuje bronić, musi być mocno skonfundowany. Tu najlepszym dowodem jest rozpoczęcie, absolutnie pozbawionej sensu ekonomicznego, inwestycji w elektrownię atomową, wydawanie ciężkiej forsy z budżetu na także bezsensowne modernizacje starych bloków energetycznych. A z drugiej strony słyszałem o pewnym drugorzędnym polityku PiS, który próbował się wybić jako ekspert energetyczny na takich samych ekspertyzach z Gazpromu i Alstomu i bardzo elegancko został odstawiony na bardzo boczny tor w partii. Czyli jest jakaś nadzieja.

Po tym przykładziku wracamy do głównego problemu. Polska nie będzie w stanie się dobrze rządzić bez demokracji. A demokracji nie będzie bez normalnej lewicy. Normalnej tj. mającej społeczne poglądy inne niż prawica, dyskutującej w sprawach gospodarczych i społecznych, ale zdolnej do natychmiastowej zgody w sprawach państwowych. 

Pewną kpiną z wszystkiego jest fakt, ze facet, który w karierze politycznej był już działaczem katolickim i chyba też narodowym, a może sportowym, nagle założył partię której jedyną cechą był antyklerykalizm i dostał 10 % głosów. Wręcz nie wypada wspominać, że nawet głupiej koncesji na hurtowy obrót alkoholem w Polsce nie dostał nikt spoza esbeckiego towarzystwa, więc i spory producent tych alkoholi taki samodzielny to politycznie nie był- taka podpowiedź, jeśli z pierwszego zdanie ktoś się jeszcze nie domyślił. Jeśli już miałbym głosować na esbeków to zasadniczo bym wybrał bezpośrednio SLD. Ale to oczywiście indywidualna sprawa. Ja ich znam zbyt dobrze, źle się czuję z tym bydłem w jednym kraju...

A odpowiadając na najważniejszy problem- skąd wziąć taką normalną, antykościelną, lewicową, patriotyczną partię? Nie wiem. Chyba najlepszym sposobem by był podział PiS. Ale nie podział na kanapie, tylko podział na dwie duże partie, co oznacza najpierw coś w okolicach monopolu na władzę. Z dominacją w mediach i społeczeństwie. Czy to możliwe?  Wydaje się, że dopiero przy pewnej równowadze medialnej i co najmniej kilku przedstawicielach władzy za kratami. W sumie np. Ewa Kopacz by się znakomicie nadawała. Kwestia straszenia "powrotem kryminalistów do władzy" mogłaby zapewnić z dwie bezpieczne kadencje, co by mogło wystarczyć do podziału na odpowiedniki centroprawicy i centrolewicy w zachodnim stylu.
Ale czy antykościelni i lewicowi wyborczy potrafią się en mass odwrócić od "salonu"?

Historia jednego obrazka

Dziś znowu wpis z obrazkiem. Jak wiadomo kolorowe obrazki poprawiają nastrój. Naukowe badania dowodzą, że najbardziej poprawiają nastrój obrazki starych mistrzów, ale tylko gdy akurat jesteśmy ich właścicielami. Tak dobrze nie ma. Ja co najwyżej mogę się przejść do Museo Nacional de Bellas Artes, gdzie jedna sala by spokojnie wystarczyła na drastyczne podniesienie poziomu wszystkich muzeów sztuki w Polsce. Ale uczucie poprawiania nastroju przez własność takich obrazków nie  jest mi znane, niestety...

W związku z tym mam dla czytelników obrazek. Może nie taki piękny, ale cholernie ciekawy. Zapewniam, że na wpatrywaniu się w niego i zastanawianiu spędziłem prawie tyle czasu, co wśród impresjonistów w MNBA.

Opis tym razem po angielsku, więc oszczędzę dalszych wyjaśnień.  Dla ostatnich sceptyków znaczenia energetyki wiatrowej i słonecznej w Niemczech: na wykresie ilość prądu z OZE jest, delikatnie mówiąc, dość dobrze widoczna.  Tak samo widoczne jest regulacyjne znaczenie elektrownie węglowych. I bez problemu możliwości regulacyjne nowoczesnej energetyki węglowej, czyli jej dobra współpraca z OZE. Tak samo widać, jak zwykle zresztą, ciągłą prace elektrowni atomowych i konieczność także w tym wypadku zmniejszania mocy w nocy z soboty na niedzielę. Widać też wyraźnie, że energetyka słoneczna i wiatrowa znakomicie się uzupełniają, w warunkach dobrego nasłonecznienia wiatr jest zwykle bardzo slaby, a nabiera siły w nocy. To jest wykres z jednego tygodnia, ale znakomicie się także uzupełnia między sezonami: jesienią i zimą są znacznie lepsze wiatry, a brakująca regulacja mocy jest dostarczana przez elektrownie wodne, których w Niemczech jest żałośnie mało (w stosunku do całości mocy wyraźnie mniej niż w Polsce!!!), a i tak całkiem sprawnie ta ilość działa w celu chwilowej regulacji mocy.  

Jak kilkukrotnie wspominałem, w  normalnych warunkach elektrownie są załączane w określonym porządku - zgodnie z niemieckimi regulacjami- najpierw sieć przyjmuje wszystko co wyprodukowano z OZE, potem reszta zapotrzebowania jest pokrywana według zadeklarowanej przez elektrownię oferowanej ceny. Stąd zawsze najniższą cenę proponują atomowe, bo jak pisałem w poprzednim wpisie, regulowanie mocy jest w praktyce niezwykle kosztowne i znacznie droższe niż produkcja pełną parą cały czas. Kolejno potem jest to węgiel brunatny, węgiel kamienny, a gazowe przed rewolucją energetyczną były uruchamiane w godzinach, ewentualnie dniach szczytowego zapotrzebowania. Od pewnego czasu są uruchamiane coraz rzadziej, stąd ich rosnąca nieopłacalność i stąd cały spadek zapotrzebowania w Niemczech na rosyjski gaz. 

Na tym przykładowym obrazku widać już jak na dłoni wszystkie trendy, które opisywałem wcześniej. Ten system będzie wymagał zmian w wypadku biomasy, która obecnie produkuje cały czas, a w przyszłości będzie uzupełnieniem w okresach dużego zapotrzebowania i małej produkcji prądu z wiatru i słońca.  Ale to na dziś nieistotne. Można zobaczyć, kto nie widział pełnego sprawozdania chwilę wcześniej, jak bardzo OZE się wgryzają w tradycyjną energetykę. Też patrząc na ten wykres 2 lata temu produkcja prądu z węgla brunatnego była praktycznie stała, jak z atomu, a energii z węgla kamiennego nieco się zmieniała miedzy sezonami. Poszczególne szczyty zapotrzebowania były załatwiane gazem. Do 50 GW energia była załatwiana atomem, węglem brunatnym i częściowo kamiennym.

Na powyższym wykresie produkcja pomiędzy 50 a 70 GW kilka lat temu była załatwiana gazem. To, jak widać jest przeszłością. Produkcja energii elektrycznej z gazu w Niemczech jest w kompletnym zaniku. To już nawet nie jest zmniejszanie. To po prostu zanik. Ta tendencja przebiega zresztą w takim tempie, że mnie, dużego fana Energiewende, kompletnie zaskakuje. Zainstalowana moc elektrowni gazowych w Niemczech to jest 23,7 GW.  Jak widać w ubiegłym tygodniu nie zdarzyło się załączyć więcej niż 8,7, a łączna produkcja to 700 GWh. Daje to „imponujący” capacity factor na poziomie 17 %, mniej - więcej trzykrotnie mniej, niż projektowany w biznesplanie czas pracy. I oczywiście, zostało spalone trzykrotnie mniej gazu, niż miało to miejsce przed rewolucją energetyczną. Zastanawiające jest tylko to, że produkcja nie spadała poniżej 3,1 GW pomimo niewykorzystanych mocy węglowych - to zapewne jest kolejny objaw słabości sieci przesyłowych.   To zresztą burzy jeszcze jeden mit propagandzistów wielkiej energetyki i przeciwników OZE. Mit brzmi - aby zapewnić sprawne zaopatrzenie w energię z wykorzystaniem OZE potrzeba moc światła i wiatru zdublować turbinami gazowymi. Jak widać na załączonym obrazku, właśnie te turbiny gazowe są najmniej potrzebne, a elektrownie węglowe sobie z tym radzą wystarczająco dobrze. 

Następne informacje z ostatniego tygodnia. Elektrownię węglową w Luenen wyłączono na weekend. Po prostu, w związku z prognozą dobrego wiatru (widocznego na obrazku) nie opłacało się nawet trzymać w ruchu elektrowni o fantastycznej (serio) sprawności 46%.  

Poza tym przypominam, że w przeciwieństwie do gazowych i atomowych, elektrownie słoneczne i wiatrowe są w Niemczech cały czas budowane i to w stachanowskim tempie. Trochę węglowych także, planowanych w związku z wyłączeniem atomu, ale atom jest sprawnie zastępowany przez OZE, więc prawdopodobnie z wybudowaniem nowych zostanie wyłączona istotna część starych węglówek. 

Ale wracając do wywodu. Obrazek ten i obłędne tempo w jakim się stawia nowe moce OZE, pozwala mocno przypuszczać, że już tego lata sytuacja będzie bardzo zabawna. Przewiduję, że w letnie weekendy zupełna normą będzie zaspokajanie większości dziennego popytu przez elektrownie słoneczne, co będzie się łączyć z wyłączaniem istotnej części tych na węgiel kamienny i skręcaniem atomówek. O włączaniu gazowych jako ogólnego zapotrzebowania nie warto nawet wspominać.... 

A jeszcze zabawniejsze jest to, że program produkcji biogazu i biometanu solidnie ruszył z miejsca. Drobna dygresja - biogaz to to, co wydostaje się z reaktora (czyli realnie odpowiednika zamkniętego zbiornika na kompost), 50-65% metanu, poza tym CO, CO2, H2S, i ewentualnie inne. Biometan to biogaz oczyszczony do poziomu 98-99% metanu i jako taki wtłaczany do sieci gazowej.  Także zaczynają to być przemysłowo istotne ilości. Tu się przyznam, nie liczyłem dokładnej struktury produkcji i zużycia gazu w Niemczech, bo nie do końca mnie to interesowało. W obecnych badaniach skupiam się na najlepszych światowych wzorcach, a Niemcy są dobrzy tylko w energetyce i recyclingu. 

Gdyby tak dobre rozwiązania też wdrożyli w organizacji ogrzewania, to zapewne w ciągu kilku - kilkunastu lat mogliby stać się EKSPORTEREM netto gazu - jakkolwiek fantastycznie by to nie brzmiało.  Już dziś opłaca się budować elektrolizery uruchamiane w okresach najtańszego prądu i dodające wodór do sieci. 

Wdrażanie tychże elektrolizerów jest obecnie  na poziomie pilotowych instalacji, a wyprodukowany wodór jest domieszywany do gazu ziemnego w 2%, technicznie możliwy jest dodatek do 10% wodoru w sieci gazowej. Stąd, jeśli w tym roku doczekamy produkcji wyłącznie ze słońca w letnie weekendy, w tym samym czasie w przyszłym roku będzie nadprodukcja, która zamiast odłączać fotowoltaikę od sieci, może pójść w produkcję gazu.  Tak samo spodziewam się niedługo elektrolizerów przy zakładach wielkiej syntezy chemicznej, które to zakłady i tak najpierw wytwarzają wodór z gazu ziemnego. 

Korzystając z taniego (darmowego) prądu pominąć dość kosztowny etap produkcji? Świetny interes. To przy okazji odpowiedź dla licznych pytających o to, co z produkcją amoniaku itp, przy odchodzeniu od paliw kopalnych. Dokładnie nic. Gaz ziemny służy tylko do dostarczania wodoru i w trakcie są kosztowne etapy oczyszczania, itp. Jak jest tani prąd, można od razu mieć wodór i niczym się nie przejmować. A nawet zmniejszyć instalację do poziomu właściwego dla większego gospodarstwa rolnego. 

To wszystko widać na obrazku. Nadmiar energii będzie szedł w gaz, bo to łatwe i tanie, nowe OZE są stawiane w obłędnym tempie, elektrownie gazowe są niepotrzebne, a atomowe przeszkadzają w rozbudowie OZE;  jako backup śmiesznie mała ilość wodnych sprawdza się zupełnie dobrze i daje czas potrzebny na rozruch węglowych. 

Jedyną szansą dla interesów Gazpromu to, jak wcześniej pisałem, obniżyć cenę gazu do poziomu konkurencyjnego z węglem, czyli mniej - więcej do 200 dol za 1000 m3. Ale to byłby koniec Rosji.  I tak będzie, tylko jeszcze sobie z tego nie zdają sprawy. Mój postulat brzmi: jest absolutnym strategicznym celem narodu polskiego obecną putinowską Rosję rozbić, rozłożyć na łopatki, rozmontować na części. Droga do tego jest oczywista. Wspierać wszelkie możliwości obniżenia cen ropy na światowych rynkach i gazu w Europie. Dalej już się różnimy. Niestety ja sam mam opinię inną niż ta podzielana zgodnie przez rząd i opozycję. 

W związku z tym zadam tylko pytania: może spróbować polityki dotowania oszczędności? Nawet dla liberałów można to wprost uzasadnić potrzebami bezpieczeństwa państwa. Może rozpocząć na serio zabawę z biogazem? Mam poważne podejrzenia, że przy dobrej organizacji krajowy gaz ziemny, biometan i oszczędności załatwiłyby sprawę importu gazu z Rosji. Cóż Niemcy to potrafią, Polacy jak zwykle nie potrafią się zorganizować. Mam tylko najszczerszą nadzieję, że to się jakoś zmienia i tak samo Polacy potrafią w walce o wolnośc organizować się w ramoach wolności od wielkich koncernów. Yyy, chyba jestem na orbicie..... 

Peak Oil- wyjście technologiczne

Jak uparcie twierdzę, peak oil jest największym wyzwaniem przed jakim stoi obecnie ludzkość, a być może też największym w całej jej historii. Jednocześnie przy każdym tekście pojawiają się komentarze, jak najbardziej słuszne, że ludzkość dysponuje znacznymi możliwościami, zarówno ograniczenia zużycia paliw kopalnych, jak też technologiami pozwalającymi na zastąpienie ich w olbrzymim stopniu.
Tylko jest parę „ale”. Oczywiście- można i to dość łatwo zmniejszyć ilość paliwa niezbędnego do indywidualnego transportu (praca bliżej miejsca zamieszkania, komunikacja zbiorowa, rowery, itp...). To jest oczywiście drobiazg, choć zmieni już sporo. Problem jest jednak znacznie szerszy- peak oil oznacza, że osiągnęliśmy (osiągniemy?) szczyt wydobycia i następnie zacznie ono spadać- w dłuższej perspektywie do zera, przy jednocześnie i stale rosnących kosztach tego wydobycia (bo trzeba sięgać coraz głębiej, w coraz bardziej nieprzyjaznych ludziom i technologii miejscach do coraz mniejszych złóż), więc pytanie też brzmi czy dysponujemy technologią pozwalająca na całkowite uniezależnienie się od paliw kopalnych przy zachowaniu czegoś podobnego do obecnej cywilizacji (przecież całkiem przyjemnej- nieprawdaż?), czyli w pewnym uproszczeniu dzisiejszego poziomu bezpieczeństwa, pewności i stabilności życia.
Zakładam (myślę, że to nie wymaga dowodu), że proste rezerwy zostaną wyczerpane dość szybko- mniejsza ilość energii wystarczy na tej samej lub nieco mniejszej ilości domów i mieszkań z nieco zmniejszoną temperaturą, przejechanie nieco mniejszej ilości kilometrów nieco oszczędniejszymi samochodami, itd... To pewnie pozwoli zaoszczędzić, nie tylko w Polsce, ale całym zachodnim świecie powiedzmy, że z 10-20% zużywanej energii. Następne, już nieco boleśniejsze kroki, to oczywiście ograniczanie konsumpcji dóbr przemysłowych, a szczególnie tych wytworzonych z dużym nakładem energii/kosztownym transportem. Kombinowanie jak naprawiać rzeczy, na których wymianę nas zwyczajnie nie stać może być zabawne- ale to w rzeczywistości oznacza dylemat pomiędzy zwykłym utrzymaniem, a przyzwyczajeniami konsumpcji dóbr przemysłowych. Oczywiście gdzieś po drodze są jeszcze ogniwa paliwowe, które mogą zastąpić klasyczne silniki cieplne- ale to IMO, jest ślepa uliczka. To są jedynie nieco efektywniejsze sposoby przetwarzania kopalin w energię elektryczną i dalej mechaniczną. Jedyne co mogą nam dać to wzrost sprawności z 40 do 60% za cenę olbrzymich nakładów na rozwój i upowszechnianie nowej technologii, przy i tak kurczących się zasobach. Bez sensu.
Po tym przydługawym wstępie- czas na trochę obliczeń. Oczywiście kompletne wyliczenie energetycznej przyszłości świata jest zadaniem raczej nierealnym, więc przyjmę pewne uproszczenia. Wśród obecnie zużywanych kopalin energetycznych jak wiadomo, dominuje węgiel, zaraz potem ropa naftowa i na dalszym trzecim miejscu jest gaz ziemny. Co do węgla praktycznie nie istnieją rzetelne dane, ale załóżmy, że jest możliwe utrzymanie obecnego poziomu wydobycia jeszcze przez jakiś czas- oczywiście za cenę rosnących kosztów tego wydobycia i pewnej degradacji infrastruktury- ale przyjmuje też, że nie jest możliwe w żadnym wypadku zwiększenie wydobycia do stopnia zastąpienia innych kopalin. Z gazem sytuacja zapowiada się w najbliższych latach całkiem optymistycznie i tu możemy spodziewać się nie tylko utrzymania, ale też zwiększenia jego dostępności w najbliższych latach, a nawet dziesięcioleciach. Co prawda nie zastąpi on w całości ropy naftowej, ale pozwoli częściowo załatać dziurę.
Pozostaje „tylko” problem ropy. Więc przyjmijmy dość optymistyczne założenie, że po uzupełnieniu tego co się da zwiększonym wydobyciem gazu ziemnego roczny ubytek energii kopalnej wyniesie zaledwie ekwiwalent 2 mln baryłek ropy dziennie. Czyli co roku średnie wydobycie będzie mniejsze o te 2 mln b/d. Teraz należy to czymś zastąpić. Możliwości rozwoju energetyki wodnej na świecie już praktycznie nie ma (przynajmniej na większa skalę), wiatr to są naprawdę drobne ilości, a jego potencjał tez jest skończony. Jak słusznie sceptyczni wobec mojego czarnowidztwa komentatorzy podnoszą- mamy praktycznie niewyczerpane źródło energii pod ręką- znaczy słońce. I mamy dziś technologię, która pozwala światło słoneczne zamienić w użyteczna dla cywilizacji formę energii- czyli fotowoltaikę. I to jest właściwie wszystko, czym jako cywilizacja dysponujemy. Energia atomowa ma też ładnych parę znaków zapytania (realne koszty utylizacji zużytego paliwa, prawdziwie ryzyko i braki uranu na rynku), więc jej specjalnie nie liczę.
Więc przechodząc do konkretów- w miarę wystarczy uzupełniać co roku system energetyczny o panele słoneczne dające efektywnie równowartość 2 mln baryłek dziennie i po długotrwałym kryzysie jakoś z tego bagna wyjdziemy w całości- jednocześnie oczywiście przebudowując system energetyczny i transportowy.
Dobrze- więc ile to naprawdę jest? Zgodnie z Wikipedią 1 baryłka ropy równa się 1,7 MWh. Energii cieplnej, ale na razie to pomińmy. Czyli należy zastąpić 3,4 TWh dziennie. Dzieląc przez 24h otrzymujemy wymagane średnio 0,1416 TW mocy. Piękna liczba, bo akurat mieści się w realnym przedziale wydajności paneli fotowoltaicznych (pomiędzy 0,12 a 0,15). Tak, wiem, że sprzedawcy zwykle mówią coś innego, ale jakoś przyzwoite opracowanie nowozelandzkiego rządu wydaje mi się bardziej wiarygodnie....
A wracając do obliczeń- może nie do końca rozwiązanie, ale pozwoli na przebudowę infrastruktury i utrzymanie dzisiejszego pięknego świata montowanie co roku paneli fotowoltaicznych o nominalnej mocy 1 TW. Czyli- ile to właściwie jest?
Najprostsza odpowiedź- 10^12 W. Zakładając instalację w miejscu korzystniejszym niż północna Europa, zajmie to obszar 5*10^12 m2, czyli 500 000 km2. Sporo.... Ale da się zrobić. Chyba. Miejsca na Ziemi na jakiś czas wystarczy. Np. Sahara ma powierzchnie 9,4 mln km2. Czyli jeśli CAŁĄ Saharę zabudujemy szczelnie panelami słonecznymi to rozwiążemy problem spadku wydobycia ropy na 19 lat. Nie jest źle- pozostałych pustyń i innych nieużytków w strefie dobrego nasłonecznienia powinno wystarczyć. Czyli od tej strony ludzkość jest w stanie sobie poradzić. W istocie sceptycy mieli rację.
Ale- to nie koniec równania. W 2010 roku wyprodukowano rekordową ilość paneli fotowoltaicznych- bo 20,5 GW mocy nominalnej. Imponująca liczba- tylko porównajmy ją do potrzeb. Jest to w bliskim przybliżeniu 2% optymistycznego szacunku utraty energii z ropy....
Oczywiście- chyba nie ma realnych przeszkód dla zwiększenia produkcji 50-krotnie. Przeszkodą jest jedynie pazerność rządów, istniejąca infrastruktura dostosowana wyłącznie do energii kopalnej i ogólnie pojęty socjalizm- co w połączeniem z kurczącym się czasem na przeprowadzenie takiej zmiany jest przepisem na katastrofę. Ale jestem przekonany, że jeśli w ogóle istnieje szansa na zachowanie naszej pięknej cywilizacji w obecnym kształcie- to właśnie ta.
A wracając do wyliczenia opartego na energii ze spalania ropy, choć przekształcenie energii cieplnej w mechaniczną jest zdecydowanie mniej efektywne niż elektrycznej w mechaniczną- odpowiedź jest prosta- niestabilność i mała przewidywalność takiego źródła energii i obłędnie wysokie koszty jej składowania, nawet chwilowego.
Ja niestety i tak jestem sceptykiem- uważam, że obecne rządy (z kilkoma drobnymi wyjątkami) nie będą w stanie zrozumieć tej zmiany i doprowadzi to prędzej do katastrofy na skalę wojny światowej niż do sprawnego przekształcenia infrastruktury...

Peak Oil – podstawy- czyli co to mnie obchodzi?

Ropa naftowa jest najważniejszym źródłem energii dostępnej człowiekowi. Nawet jeśli nie jest zupełnie niezastąpiona, jest z cała pewnością najbardziej uniwersalnym źródłem energii. Właściwie w transporcie nie można jej dziś zastąpić niczym innym, nadaje się także do wytwarzania prądu elektrycznego. Praktycznie w transporcie drogowym i morskim jedynym substytutem dla ropy naftowej są biopaliwa. Kolej przynajmniej może być zasilana prądem, który oczywiście może być produkowany z całkiem szerokiej gamy nośników energii. Ale to nie ma większego znaczenia- z prostego powodu: substytucji. Skoro zaczyna brakować ropy naftowej, dopóki mamy wolny handel surowcami energetycznymi, ceny ropy naftowej będą rosnąć i ceny pozostałe nośników energii dotrzymają im kroku... Choć przynajmniej w podstawowym zakresie transport ma szanse przetrwać....
Ale przechodząc do konkretów: czyli skali problemu. Najpierw oczywiste założenie: wydobywana ropa naftowa służy zaspokajaniu ludzkich potrzeb i komfortowi naszego życia, tak samo jak pozostała energia kopalna. Spadek ilości dostępnej energii albo będzie zrównoważony większą wydajnością energetyczną, albo spowoduje po prostu obniżenie średniego poziomu życia. Średniego na całej Ziemi, więc niekoniecznie od razu tak samo i wszędzie.
Ale właśnie garść liczb dla pokazania skali problemu:
Światowe wydobycie ropy naftowej to coś w okolicach 88 mln baryłek dziennie. Oficjalne liczby są nieco wyższe- ale jest tak parę haczyków. Po pierwsze- ostatnio do danych zostały włączone biopaliwa I tak jest podawane w zbiorczych zestawieniach (dane bez bio są jak najbardziej dostępne, ale wskazuję dla potencjalnych czepialskich), a po drugie i ważniejsze- dane dotyczące wewnętrznej konsumpcji w typowych krajach naftowych, z Arabia Saudyjską na czele, są hmm.., mało wiarygodne. Ale to nie jest tak istotne- przyjąłem te 88 mln baryłek, z całą pewnością prawdziwa liczba mieści się w przedziale +/- 5% od tego. Czyli przeliczając jednostki- daje to około 4 380 mln ton ropy naftowej rocznie. Sporo...
Teraz druga część- czyli ile światowe rolnictwo produkuje oleju? Z podstawowych roślin oleistych (soja, kokosy, oliwki, bawełna, itp.) łącznie w 2007 r. wyprodukowano 45 mln ton oleju (dane za http://faostat.fao.org – nowszych nie ma, a produkcja zdaje się, że szybko rosła w ostatnich latach). Należy do tego oczywiście dodać produkcje, która nie istnieje z różnych powodów w statystykach oraz regionalne i mniej popularne rośliny oleiste. Oczywiście szacowanie szarej strefy poza statystyką jest zawsze mocno niepewne- więc równie dobrze może to być dwukrotnie więcej. Ale z całą pewnością rząd wielkości jest właściwy. Dla porównania też- łączna produkcja podstawowych zbóż i ziemniaków wyniosła nieco ponad 1 mld ton.
Pokazuje to dwie rzeczy- skalę produkcji energii kopalnej (bo pamiętajmy też, że ropa stanowi „zaledwie” 1/3 ze zużywanych surowców kopalnych) i co za tym idzie- skalę naszego uzależnienia. I oczywiście pokazuje to też, że biopaliwa przy obecnym poziomie zużycia są pomysłem kompletnie poronionym. Owszem- mogą działać i wspomóc funkcjonowanie społeczeństwa w świecie kończącej się ropy. Ale pozwolą utrzymać co najwyżej kilka procent obecnego transportu. Utrzymanie obecnego stylu życia w sytuacji zmniejszających się z roku na rok zasobów energii przypomina grę w rosyjską ruletkę. Większości się uda, ale za każdym razem ktoś wypadnie i nie wróci- a to Egipt, a to Białoruś, albo kolega z pracy którego zredukowano i po np. rocznym poszukiwaniu czegokolwiek ograniczył swoje zużycie energii trochę, mocno lub do zera (A jak to zrobił: tu niech każdy, zależnie od nastroju wstawi sobie odpowiednią na to opowieść: optymistyczną, depresyjną lub taką zwyczajną...)
Łatwego wyjścia z sytuacji nie ma. A dzisiejsze czasy są decydujące- dopóki jako ludzkość jeszcze mamy cud energii kopalnej, dopóty milionami indywidualnych i paroma rządowymi decyzjami możemy w miarę powoli schodzić do społeczeństwa z minimalnym zużyciem kopalin energetycznych i całkiem przyjemnym życiem i społeczeństwem (a to przecież wymaga inwestycji i to potężnych, czyli energii, czyli paliw kopalnych) lub też zużywać to co mamy na dalsze utrzymywanie tego co mamy, a jak będzie problem to zabieranie tym co jeszcze mają.... I tutaj- ewentualnie mogę być w pewnym zakresie optymistą co do zachowania ludzi, ale niestety nie wierzę w jakąkolwiek racjonalność zachowania rządów (może z baaardzo nielicznymi wyjątkami). A niestety to władza jest pojedynczym największym konsumentem energii i co ważniejsze, przez kształtowanie infrastruktury, a i tzw. „politykę energetyczną” ma olbrzymi wpływ na kierunek w którym będziemy podążać. A i też największe możliwości zabierania tym, co jeszcze mają....
Kolejnego prostego wyjścia, czyli zwiększania produkcji rolnej też już jest mało. Łączny areał ziemi uprawnej na świecie od kilku lat spada- co przecież przy rosnącej (jeszcze...) liczbie ludności już powoduje gdzieniegdzie głód i bunty. Ze wzrostem wydajności z hektara też chyba wyczerpaliśmy proste rezerwy- jeśli to jest jeszcze możliwe to już naprawdę w niewielkim stopniu.
I to jest cała skala problemu. Ale dobrego wyjścia, w które uwierzą nie tylko niepoprawni optymiści, chyba nie ma....


Swiat po Peak Oil

Peak Oil jest realna rzeczywistoscia naszych czasow. Co wiecej, dokladna data nie ma zadnego znaczenia, a jedynie to, ze od poczatku obecnego wieku, a najwyzej od 2005 r., znajdujemy sie na szczycie tego wydobycia z chwilowymi skokami w jedna i w druga strone,  ale dlugoterminowy, staly wzrost wydobycia energii kopalnej nalezy do bezpowrotnie minionej przeszlosci. Obecnie jeszcze mozemy spodziewac sie pewnego, chwilowego wzrostu wydobycia gazu ziemnego i byc moze wegla- ale ropy naftowej juz raczej nie. A przy okazji swiatowa populacja ciagle jeszcze rosnie- czyli ilosc dostepnej energii kopalnej na mieszkanca ziemii spada. Ten proces juz trwa od pewnego czasu. Na razie ogladamy jego skutki w telewizji, wiec nie ma czym sie martwic....
Ale- pamietajmy o tym, ze to dopiero poczatek tego procesu. Mozna i nalezy zadac sobie pytanie- co dalej?
Otoz mozliwe dalszych scenariuszy jest piec:
Pierwszym jest hipotetyczna mozliwosc zastapienia dotychczasowych zrodel energii nowymi i utrzymanie dzisiejszej cywilizacji przemyslowej, dalszy jej wzrost i rozszerzenie na kolejnych mieszkancow naszej pieknej planety. Brzmi to pieknie- ale mam tylko jedno pytanie- jakie zrodlo energii moze zapewnic zastapienie paliw kopalnych w stosownej skali i czasie? Realne odpowiedzi sa tylko dwie- fotowoltaika i reaktory atomowe pracujace na torze. Sama fotowoltaika nie wystarczy do utrzymania obecnych sieci energetycznych- bo nie dostarcza pradu kiedy jest potrzebny, a mozliwosci przechowywania go nie ma. I tyle. Po ostatniej katastrofie w Japonii widac, ze energia atomowa w kazdej postaci stwarza wiecej zagrozen niz zwykle sie spodziewamy. Mysle, ze rzady i spoleczenstwa beda sie jej na calym swiecie teraz mocno sprzeciwiac. Wiec ta sciezka jest juz zamknieta- bo zanim bedzie mogla ruszyc budowa nowych reaktorow, nasze zasoby wyczerpia sie do takiego stopnia, ze ta budowa bedzie juz niemozliwa... Poza tym eksploatacja tego co juz mamy w maksymalnym stopniu zapewne zaowocuje kolejnymi katastrofami i coraz wiekszym, zupelnie juz uzasadnionym sprzeciwem wobec nich.
Czyli- absolutnie nie wierze, abysmy mogli z peak oil wyjsc przez technologie- znaczy w sposob w jaki ludzkosc pokonywala poprzednie kryzysy energetyczne.
Drugi scenariusz- zapewne wsrod zludzen o realizacji pierwszego, trwa rozwoj przemyslu, wydobywa sie coraz wiecej, coraz brudniejszej energii, coraz wiekszym kosztem- widzimy piaski roponosne, gaz lupkowy, itp., co jest uzywane dla utrzymania zludzenia rozwoju cywilizacji- choc w rzeczywistosci coraz wieksza czesc dostepnych zasobow jest zuzywana tylko dla pozyskiwania tej i tak malejacej ilosci energii. To jest scenariusz obecnie przerabiany w dominujacej czesci swiata, ktory musi sie skonczyc kompletnym zalamaniem. Po prostu w ktoryms momencie dojdziemy do przepasci. I nie bedzie zadnej mozliwosci ruchu. Zasoby stana sie zwyczajnie zbyt kosztowne energetycznie do pozyskania. Ceny wszystkich nosnikow energii najpierw poszybuja w kosmos a potem rynek zaniknie zupelnie, zapewne razem z papierowym pieniadzem.  I moze sie to stac w dosc krotkim czasie- czego przedsmak mielismy w 2008 r. To jeszcze nie byl koniec, ale smialo koniec swiata jaki znamy moze tak wygladac. 
Wiec mamy potencjalna trzecia mozliwosc- swiat w miare swiadomie stopniowo odchodzi od paliw kopalnych w strone bardziej zrownowarzonego dzialania, transport publiczny, jako bardziej wydajny energetycznie stopniowo zastepuje prywany (w sensie wozenia d... jednoosobowo samochodem), nasze domy i zagrody stopniowo ograniczaja zuzycie paliw kopalnych, a ogrodki produkuja coraz wyrazniejsza czesc potrzebnej nam zywnosci. Czyli wyglada to czesciowo jak polski koszmar lat 80-tych, czesciowo jak Kuba po upadku ZSRR, a czesciowo jak sen milosnikow permakultury. Stopniowo dzialajac w ten sposob mozemy zachowac calkiem znosny poziom, choc calkowicie zmienionego zycia. W mniejszych spolecznosciach, z jedynie sporadycznym przemieszczaniem sie na wieksze odleglosci i lokalnym zbytem swoich uslug i towarow. W tym ukladzie jedynie duze scentralizowane panstwa przestana byc potrzebne do czegokolwiek...., ale poza tym to moze dzialac. Niestety- do tego potrzeba by bylo duzej samoswiadomosci spoleczenstwa i olbrzymich, czesto wymuszonych systemem panstwowym i prawnym inwestycji. Krotko mowiac- przytomnego i swiatlego rzadu, potrafiacego dzialac w dlugiej perspektywie, a do tego jeszcze sprzyjajacych warunkow.... To moze sie zdarzyc w niektorych miejscach na swiecie- i co poniektore kraje bede rowniez pod tym katem jeszcze opisywac. Niestety, przytomny rzad i sprzyjajace warunki wystepuja przewaznie w roznych miejscach, wiec moze byc dylemat co wybrac. Na szczescie w Polsce takiego dylematu nie ma- tu nie wystepuje ani jedno, ani drugie- no, ale to juz temat na Agepo.
Wiec doszlismy do scenariusza czwartego- nazywajac go w skrocie "odbiciem po upadku", czyli sytuacji w ktorej dotychczasowa struktura i panstwa zwyczajnie sie zawalaja (albo funkcjonuja formalnie nadal, ale kompletnie ignorowane), jednakze pozostaje wystarczajaca ilosc zasobow dla utrzymania na podstawowym przynajmniej poziomie wiekszosci spoleczenstwa, a dalej spolecznosc jest w stanie sie lokalnie zorganizowac, zapewnic bezpieczenstwo i funkcjonowanie w lokalnych ramach. Oczywiscie finanse i handel miedzynarodowy w takiej sytuacji- jesli w ogole pozostana, to tylko w szczatkowej postaci, wielkie miasta w znacznym stopniu sie wyludnia, a zycie bedzie ciezkie i poza lokalnymi spolecznosciami niebezpieczne, ale po raczej krotkim okresie zalamania spora czesc cywilizacji ma szanase sie odbudowac na nowych zasadach- wiec mozna to tez nazwac "wielkim resetem"
I wreszcie piaty scenariusz- po prostu Mad Max. Niestety w pewnym zakresie calkiem realny. Zalamuja sie zarowno panstwa, jak tez spolecznosci lokalne. Tworzy sie od zera nowy porzadek, ale w poczatkowym jego okresie nikt nie jest w stanie zapewnic bezpieczenstwa rolnikom- co oznacza po prostu rabunek tego co sie da i brak w zwiazku z tym jakiekolwiek stalosci produkcji zywnosci, gwaltownie zmniejszajaca sie liczba ludnosci przez etap rabunku przechodzi do zbieractwa-lowiectwa i dopiero pozniej znow do drobnego rolnictwa opatrego o umocnione osady. 
Coz- swiat sie zmienia- i to zmienia w strone opisana powyzej. Zapewne bedzie tak, ze w roznych miejscach, moze nawet w roznych regionach obecnych panstw zaistnieja rozne scenariusze z powyzszych. Mozna smialo przypuszczac, ze np. polnocna Afryka (a moze i cala) i Haiti stoczy sie w Mad Maxa, a tez ze rozne regiony USA beda wygladac zupelnie roznie po rozpadzie tego panstwa (im dluzej sie nad tym zastanawiam, tym bardziej pewnym mi sie to wydaje)
Ale mnie samego interesuja i tak tylko dwie rzeczy- jaka moze byc przyszlosc Polski- i po to jest Agepo (nieco przygaslo niestety ostatnio, przez ogolne przeciazenie calej naszej trojki- ktos moze ma ochte cos napisac?) oraz jako druga rzecz- gdzie znalezc najlepsze perspektywy na przyszlosc.

Wesołego Nowego Roku!

Rok się ma ku końcowi- kolejny ciekawy. Więc w ramach futurologii rzucę kilka moich przewidywań na następny. Będzie jeszcze ciekawszy.

Otóż- po pierwsze: Kryzys się oficjalnie skończy. Co prawda tylko oficjalnie- ale wzrost gospodarczy będzie coraz wyższy. W statystykach. Nie wiem jak dokładnie wyglądają relacje rządu z Głównym Urzędem Statystycznym, ale na pewno staną się bardzo bliskie. Być może po drodze trzeba będzie zmienić prezesa- a może nie.
Zresztą wcale nie twierdzę, że wzrostu nie będzie- będzie, ale nominalny. Za to zostanie zmieniony sposób liczenia inflacji. Co najbardziej prawdopodobne będzie to zrobione bardzo cicho- zapewne tylko zmianą wagi poszczególnych składników określonego koszyka w GUS.
Oczywiście spowoduje to w dalszej części przyszłego roku hossę na GPW- po dość oczywistym załamaniu wkrótce.

Po tej oczywistej- czas na drugą:
Premier rozpocznie podobną do „dopalaczowej” walkę o publiczną moralność. Będzie to zapewne walka z pornografią, albo czymś podobnym. Na razie nie widzę celu równie oczywistego jak sklepy z dopalaczami- ale uważnie obserwując rzeczywistość widzę dokładnie ten sam problem. Podobnie jak handlarze narkotyków mieli ostatnio problemy finansowe, tak teraz dosięgają one branży hmm.. „usług seksualnych”. Wydaje się, że jakimś rozwiązaniem problemu by było np. koncesjonowanie portali randkowych (choć nie jestem pewien, czy akurat tu jest na tyle bezpośredni związek). Coś powinno zostać zrobione, choć znając poziom wyobraźni i intelektu naszej administracji- możliwe, że zwyczajnie nikt nie wpadnie na pomysł jak wywiązać się z obietnic wyborczych.

Trzecia:
Znów truizm- przycinanie całej możliwej budżetówki, ale bez żadnej katastrofy. Po prostu stopniowe i mniej więcej wyrównane obniżanie jakości wszystkich usług świadczonych przez państwo.

Czwarta
Prawdopodobnie pod koniec przyszłego roku olbrzymie roszczenia podwyżek płac w budżetówce zostaną spowodowane przez stopniowe obniżanie się poziomu życia budżetówki wywołanego przez „nieoficjalną” inflację. W związku ze „wzrostem gospodarczym” podwyżki będą- ale oczywiście nierówne w poszczególnych grupach. Prawdopodobnie jak zwykle dostaną nauczyciele, a nie dostanie Policja.

Piąta
Jeśli obecna zima się przeciągnie wszystkie negatywne efekty w gospodarce zostaną zwielokrotnione. Jeśli ciężka zima potrwa do lutego- marca, zawał infrastruktury drogowej i energetycznej będzie widoczny dosłownie wszędzie. Jeszcze jedna taka i to z całą pewnością będzie to koniec zabawy w „społeczną gospodarkę rynkową”

I tyle starczy. Czy widać tu optymizm? Chyba tak. Zawsze można się pod zidentyfikowane trendy podłączyć. Najważniejszą rzeczą jest je widzieć i rozumieć. A tego nie można robić w różowych okularach-
Tutaj może też być rada- jeśli ma sensowne rezerwy finansowe, stalowe nerwy i jaja to można myśleć o zakupie nieruchomości (ale tylko na kredyt- za gotówkę jest to kompletnie bez sensu). Spodziewam się przez dłuższy czas realnie ujemnych stóp procentowych (choć już wiosną/latem mogą zacząć rosnąć i będzie to przez długi czas droga tylko w górę). Oczywiście nie jestem doradcą inwestycyjnym, nie jest to rekomendacja- a wyłącznie moja prywatna opinia, którą oczywiście należy krytycznie rozważać.

Naiwna wiara

Zawiedzione zaufanie prowadzi często do agresji. Najzwyczajniej w świecie- uczucie bycia zdradzonym może być tak silne, że niektórzy sobie z nim sami nie potrafią poradzić. I nie mam tu na myśli tylko uczuć międzyludzkich, ale przede wszystkim poczucie bycia zdradzonym przez ideały w które się wierzyło. Takim ideałem jest np. wiara w opiekuńczość państwa (skądinąd wiara tego typu chyba jest poważnym naruszeniem I przykazania- ale cóż- Kościół jest tolerancyjny). W sytuacji próby wiary nie każdy zachowa się jak Hiob- a znaczna część ludzi reaguje po prostu agresją. I im bardziej zawiedziona wiara, tym często większa agresja i bardziej bezrozumnie skierowana. Zawiedziona wiara w to, że społeczeństwo 'zapewni mi godne życie', bo skończyłem studia, bo mam dzieci i potrzebuję, bo pracowałem tyle lat i należy mi się emerytura- jest skrajnie niebezpieczne. Nie dla samych złudzeń tej osoby- jest to po prostu niebezpieczne, bo powyżej pewnego progu prowadzi do rozkładu społeczeństwa. Sfrustrowani i pełni agresji ludzie są oczywiście w każdej społeczności- ale jeśli ich ilość przekroczy pewien próg nasycenia (wystarczający do tego, że potrafią się odnaleźć w tłumie i dobrać w grupy mogące wspólnie działać) sytuacja staje się niebezpieczna.

Jak sądzę, właśnie taki mechanizm zadziałał w Argentynie po załamaniu. Obiektywnie jest to kraj znacznie bogatszy od Polski- a poziom obecny życia może być porównywalny- tylko z tą poprawką, że rząd argentyński się nie zadłuża (bo nikt mu nie pożycza), a polski robi to w obłędnym tempie. Czyli żyjąc mocno ponad stan, poziom życia mamy zbliżony to tamtejszego. Z jedną istotną różnicą- przestępczości- a prawie zdziczenia w Argentynie. I to właśnie- moim zdaniem wzięło się ze zdradzonej wiary. Wiary w bogaty i stabilny latynoski kraj, którego rząd potrafi zapewnić już teraz życie na poziomie zachodniego świata. Twardość i nagłość zderzenia z realiami powoduje nagły zawód (miłosny?? :) ) i wściekłość z poczucia zdrady i oszukania. Wściekłość powoduje agresję- często bezrozumnie skierowaną. Za swoje zmarnowane ambicje ktoś przecież „musi” zapłacić. „Oni” mnie oszukali, „Oni” są winni. Pół biedy jeśli ten poziom frustracji spowoduje wybuch pokojowego buntu antyrządowego- czyli np. „Solidarność”. Znacznie gorzej, jeśli frustraci staną się przestępcami. Często kompletnie zdziczałymi.
A czy może być inaczej? Może- otóż powolny spadek poziomu życia i wypadanie pojedynczo na margines jest znacznie lepsze dla społeczeństwa jako ogółu. W końcu tenże margines społeczeństwa będzie na tyle mały (choć pewnie zauważalny), że wewnątrz niego nie powstanie tak łatwo grupa doskonale ze sobą współpracujących degeneratów. Jakkolwiek by to brutalnie nie zabrzmiało- średni czas życia jest na marginesie społeczeństwa dużo krótszy i pewną ilość ludzi pełnych goryczy i złości na świat- a jednocześnie wciąż pełnych sił, energii i wiary w przynależny im sukces i dobrobyt, może wchłonąć bez zagrożenia, że grupa ta stanie się zbyt duża i przełamie próg, o którym piszę.

Znów patrzę na Argentynę- i zastanawiam się, czy rozpad społeczeństwa, który w dużej mierze ma tam miejsce poprzez właśnie zawiedzione nadzieje na dobre życie jest możliwy do odwrócenia? Albo inaczej- czy ludzie złamani w swej wierze mogą jeszcze wrócić? Chyba niestety nie. Musi minąć zapewne całe pokolenie- które najzwyczajniej tego poczucia zdrady będzie pozbawione. Jeśli na to się nałoży pewien wzrost zamożności, a i zdecydowane działanie państwa (lub samorzutnie społeczeństwa w zastępstwie) to można być optymistą. A akurat w Argentynie te trzy tendencje istnieją.

Ale przechodząc dalej- dla funkcjonowania społeczeństwa na dłuższą metę znacznie lepszy jest powolny rozwój kryzysu (nawet ciężkiego) niż nagłe załamanie po boomie kredytowym- daje czas do dostosowania się i pewnej, brutalnie mówiąc „utylizacji” jednostek, które w nadmiarze zniszczą społeczeństwo. Dlatego obecny poziom zadłużania się państw jest już śmiertelnym zagrożeniem- i to nie dla państwa (rząd się wyżywi), a dla społeczeństwa na którym pasożytuje.

A najlepsze jest oczywiście nie uleganie bałwochwalczym złudzeniom. Ale złudzenia są powszechną częścią świata.

Hiperinflacja prawa

Jak wiemy z dziejów papierowego pieniądza, inflacja jest tutaj rzeczą nieuniknioną. W pewnym sensie funkcjonujemy też w reżimie papierowego prawa- w kontraście do prawa niepisanego- działającego z powodzeniem przez większość historii ludzkości (w tym zwyczajowej interpretacji pisanych kodeksów).
Inflacja pieniądza postępuje też stopniowo- od utraty poszczególnych jego funkcji – od tezauryzacyjnej i miernika wartości poczynając- a w końcowej fazie upadku funkcjonuje tylko jako środek szybkiej wymiany.
W takim razie- właściwie stopnie inflacji prawa można uznać za zbliżone- pierwszym z nich jest utrata funkcji długookresowego stabilizatora stosunków społecznych. Zdaje się, że ten etap mamy już daleko za sobą. Nikt rozsądny nie powinien planować przedsięwzięć zakładając niezmienność regulacji prawnych go dotyczących w jakiejkolwiek dziedzinie życia- czyli w pewnym sensie jest to odpowiednik założenia niezmienności wartości pieniądza w czasie- wymóg konieczny dla długoterminowych inwestycji (czy właśnie zwykłej tezauryzacji). Ciekawym przykładem tego jest wywrócenie do góry nogami większej części Kodeksu Rodzinnego i Opiekuńczego w ostatnich latach. Małżeństwo jako wspólnota ekonomiczna jest dziś czymś zupełnie innym niż kilka lat temu, zasady dotyczące dzieci zmieniły się drastycznie- i najwyraźniej nikogo to nie odchodzi, a ludzie kierują się rozsądkiem. Niestety potem bywają zdziwieni po kontakcie z urzędami bądź wymiarem sprawiedliwości- ale efektem tego kontaktu nie jest ani zrozumienie przepisów, ani dostosowanie się do nich- tylko zazwyczaj żal i bunt przeciwko (często zdroworozsądkowo oczywistej) niesprawiedliwości. Zmiany prawne zadziałały w tym wypadku już dokładnie przeciwko prawu- tak samo jak obłędny druk bez pokrycia działa przeciwko pieniądzowi.
Ale idźmy dalej i pytanie- kiedy druk przepisów doprowadzi do odpowiednika hiperinflacji? I jak to może wyglądać?
Zapewne kolejnym etapem jest trudność ustalenia jakie właściwie przepisy obowiązują i trudność- do granicy niemożliwości, ustalenia ich relacji i wykładni przez zawodowców. Na tym etapie właśnie jesteśmy. Oto przykłady.

Dalszą konsekwencją- zupełnie zdroworozsądkową musi być po prostu ignorowanie porządku prawa pisanego w całości. Prawo w stanie hiperinflacji oczywiście będzie- do czasu jego wymiany (jak pieniądze przy hiperinflacji), ale pozostanie tylko jako uzasadnienie dowolności używania środków przymusu przez aparat państwowy. Jakkolwiek by to ponuro nie zabrzmiało- prawo którego nie są w stanie przestrzegać ani zwykli obywatele, ani nawet profesjonaliści, nie będzie funkcjonowało jako sposób organizacji społeczeństwa. Po prostu zostanie zignorowane. Przy kompletnej nieprzewidywalności wyroków sądowych nikt o zdrowych zmysłach nie będzie ryzykował procesu- skoro wynik będzie zależał nie od rozsądku sądu i umiejętności argumentacji pełnomocników- a od orientacji w najnowszych zmianach przepisów. A pełnomocnik który będzie naprawdę orientował się w bieżącej legislacji będzie miał stawki w oczywisty sposób zaporowe dla większości potencjalnych klientów. Wszelkie bajdurzenia o otwarciu aplikacji, itp. nie mają najmniejszego sensu – twarde koszty rzetelnego przygotowania będą zaporowe – aż by się chciało zapytać- Ministrze Ziobro- co Pan na to?

Początki tego zjawiska już widzę wyraźnie.
Oczywiście przeciętny urzędnik czy policjant też nie będzie miał zielonego pojęcia o swoich aktualnych kompetencjach (wielu już nie ma)- i tu sytuacja może rozwinąć się na dwa sposoby- albo stanie za nimi aparat egzekucji i przymusu- co sprowadzi funkcjonowanie w Polsce do maksymy „dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie”, albo też nie- i pozostanie choć odrobina sądowej kontroli aparatu państwowego – który w takim wypadku powoli zacznie działać w zupełnym oderwaniu od społeczeństwa i kompletnej bezsilności- czego właściwie sobie i Państwu życzę.

Oczywiście teoretycznie może nastąpić zatrzymanie sejmowych drukarek- ale, cóż – moim zdaniem jest to wiara tak naiwna jak wiara w zatrzymanie drukarek od papierowego pieniądza.
Wbrew, chyba powszechnej opinii, uważam obecną produkcję legislacyjną i tendencję o której piszę za bardzo złą perspektywę zawodową dla prawników. Po prostu- powyżej pewnego momentu krytycznego, większość aparatu sprawiedliwości zacznie być zwyczajnie ignorowana- razem z wyrokami sądów cywilnych i zwyczajnie pełnomocnicy w tych sprawach nie będą potrzebni. Stanie się to dopiero wtedy, gdy w powszechnej świadomości zagości poczucie przypadkowości i niesprawiedliwości wyroków. To z całą pewnością w którymś momencie nastąpi- choć naprawdę nie mam pojęcia jak bardzo jesteśmy od tego odlegli.

Europa czy USA?

W miarę zaostrzania się światowego kryzysu energetycznego, ludzkość oczywiście w jakiś sposób się dostosuje (choć raczej dla większości tego doświadczających mało przyjemny). Ale naiwnością byłoby przypuszczać, że dotknie to każdego tak samo. W oczywisty sposób będą państwa i rejony świata, które stracą, lub wręcz pogrążą się w chaosie i takie, które stracą niewiele, lub utrzymają swój dzisiejszy poziom. Tak naprawdę wystarczy, aby wskutek głębokiego kryzysu spadła konsumpcja energii w części świata- aby reszta miała się nawet lepiej. Oczywiście pewną „przykrywką” do tego jest kryzys finansowy- który wykończy, prędzej czy później niektóre państwa- konsumentów energii. Co więcej- można przypuszczać, że w razie drastycznego spadku poziomu życia (i konsumpcji energii) w USA lub Europie południowej możliwe jest chwilowe odrodzenie gospodarki światowej. I jedna z tych rzeczy nastąpi. Obecna rozgrywka pomiędzy euro a dolarem przypomina mi walkę dwóch bokserów- którzy zapłatę dostaną tylko za wygraną walkę, a od tych pieniędzy zależy ich dalsze życie. Żaden z nich nie może się poddać i obaj już są w stanie takim, że tylko droga operacja po walce uratuje im życie- ale najpierw tą walkę muszą wygrać- bez wygranej nie stać ich na taką operację. Jeśli dolara pożre hiperinflacja- to euro niejako automatycznie stanie się ważną (a może główną) walutą rozliczeniową i rezerwową świata. Problemy PIIGS da się w takim wypadku po prostu zadrukować- staną się drobne w porównaniu do światowego popytu na euro. Jeśli euro stanie się niewiarygodne- świat zostanie przy dolarze, na pewien czas przynajmniej.
Wydaje się że mamy zerojedynkową alternatywę- albo USA spadną do europejskiego poziomu zużycia energii (bo świat nie będzie już jej dostarczał za zielone papierki), albo PIIGS czeka upadek w skali argentyńskiej. Taki ubytek konsumpcji prawdopodobnie wystarczy na kilka lat- potem będzie kolejny kryzys i następni się będą musieli dostosować. Polska w tym jest raczej w europejskim koszyku i upadek dolara by nam akurat przez chwilę mógł wyjść na zdrowie. W najbardziej optymistycznym (dla nas) scenariuszu- euro przeżyje do upadku dolara i staje się walutą rezerwową świata. Oczywiście strefa euro staje się w całości strefą radosnej konsumpcji, a kraje na obrzeżach dostarczają wyroby i usługi masowo zużywane przez Hiszpanów i Słowaków- oczywiście aż do następnego kryzysu i ostatecznego rozpadu.
Należy jako potencjalnych bankrutów oczywiście też obstawiać kraje, które przy złych i skorumpowanych rządach przeżywają lokalny kryzys energetyczny (peak oil w Argentynie był 1998 r.). Dzięki temu można też znakomicie funkcjonować w obecnym świecie- wiadomo, że kryzysy i załamania będą- w miarę upływu czasu coraz poważniejsze i dotykające coraz większych graczy- lecz im większy będzie kryzys w jednym państwie i im większe to państwo tym da on dłuższy oddech. Jeśli zużycie ropy per capita w USA spadnie do poziomu dzisiejszej Hiszpanii lub Japonii (a to można osiągnąć w ramach prostych rezerw- przesiadką do małych samochodów, przeprowadzką do oszczędniejszych i mniejszych domów, itp.) to pozwoliłoby to na zaoszczędzenie w skali świata 7 mln baryłek dziennie- czyli w optymistycznym wariancie na 5 lat łagodnego spadku produkcji. Dałoby to może czas na pewne masowe uświadomienie sobie sytuacji i kupienie następnego czasu. Łącznie z ewentualnym szybkim rozwojem ewentualnych alternatyw- Europa i USA zejdzie najwyżej do poziomu Polski lat 80-tych i jeśli uniknie wojny- to w zmienionej gospodarce ludzkość będzie znów prosperować.
Jeśli spadek będzie szybszy- lub wojny się nie uniknie- będzie jeszcze trudniej. Choć w okresie szybkich zmian- a to jest pewne- zawsze będą też tacy, którzy na którymś rynkowym trendzie- albo chwilowej manii po tymczasowej poprawie sytuacji akurat zarobią.

Papierowe bagno

Pod względem walutowym ciekawe czasy. Jak wiadomo powszechnie, obecnie wartość wszystkich papierowych walut oparta jest na wierze, że te waluty są coś warte. W dłuższym terminie oczywiście ich wartość oczywiście znajdzie się na fundamentach- bo rynki w dłuższej perspektywie są efektywne. Fundamentem dla papierowej waluty jest jej wartość opałowa- więc pozwolę sobie nie zgodzić się z każdym kto twierdzi, że papierowe pieniądze będą nic nie warte. Jako, że sam sobie zakreśliłem długą perspektywę inwestycyjną- pytanie oczywiste: co się dzieje i co się stanie? Dzieją się obecnie właściwie dwie rzeczy: cena żywności i paliw dość szybko rośnie wyrażona w dowolnych walutach, a wartość dolara wydaje się spadać. Jednocześnie oczywiście widoczny wyraźnie jest napływ kapitału wszędzie, gdzie może on uciec od dolara- czyli surowce i emerging markets. Skala tego zjawiska jest olbrzymia- do tego stopnia, że odpowiedzialne rządy widzą problem (Brazylia wprowadziła ograniczenia w przepływie kapitału- broniąc się przed napływem spekulantów), a nieodpowiedzialne cieszą się i pożyczają coraz więcej (zgadnijcie kogo mam na myśli?). Teraz pytanie jak się ta gra skończy? Jedna z odpowiedzi brzmi- to jest zbliżający się game over systemu rezerw dolarowych. Widać to jako ucieczkę od dolara- co oznacza jednocześnie drastyczny spadek wartości rezerw wszystkich banków centralnych świata (w cenach wyrażonych w żywności, ropie i metalach szlachetnych). Ale jest inna odpowiedź- jest to coś w okolicach powtórki z początku lat 70-tych. Niskie stopy zmuszają do szukania jakiegokolwiek zysku na ryzykownych rynkach i spekulacyjny kapitał właśnie produkuje kolejne bańki (na złocie i srebrze), a ceny żywności i ropy odpowiadają fundamentom- ropy, bo minęliśmy peak oil, a żywności z powodu kolejnych klęsk nieurodzaju u największych eksporterów (Argentyna 2009, Rosja 2010) i braku większych zapasów. Oczywiście, masowe drukowanie dolara wskazuje na inflacyjny scenariusz- ale czy w całości? A raczej – czy to już jest przedostatnia faza końca dolara, czy jeszcze nie?
Jeśli metale szlachetne nie są bańka spekulacyjną, a częścią już nieodwracalnej ucieczki od papierowych walut- to efekt w ciągu kilku lat jest jasny- ogólnoświatowa hiperinflacja. Ciężko mi to sobie wyobrazić- bo w każdej hiperinflacji była jakaś możliwość zastąpienia aktualnych papierków- zazwyczaj był to dolar. W wypadku hiperinflacji dolara- przez chwilę będą go równoważyć inne papierowe waluty. I pytanie co się stanie w kluczowym momencie- kiedy inflacja dolara będzie w okolicach niższych dwucyfrowych poziomów (jeśli patrzeć na ropę, żywność i PM to już przekroczyli ten poziom)- jeśli FED podwyższy drakońsko stopy procentowe- tzn. powyżej realnej inflacji i jakimś cudem rząd USA nie wyłoży się na obsłudze zadłużenia, to mamy gwałtowną ucieczkę kapitału z surowców i rynków wschodzących- czyli to co zwykle w takiej sytuacji- wyłożenie się większości rządów Ameryki Łacińskiej i Europy Środkowej (może nawet stabilnych Chile i Czech- choć te są ostatnie w kolejce do bankructwa). Drobna próbka była po ucieczce kapitału na przełomie 2008/2009- na krawędzi znalazły się prawie całe peryferia UE- choć tym razem chyba żaden z latynoskich krajów (oprócz Wenezueli). Wskazywałoby to jednak na realne problemy z żywnością- której tam jest pod dostatkiem.
Jeśli zaś jest to już inflacja (tak, wiem, że CPI pokazuje coś innego- ale proszę o zauważenie, że spadają ceny rzeczy opartych na długu, a rosną towarów codziennej konsumpcji- w CPI się to wyrównuje- tylko dla codziennego życia ma to zupełnie inne znaczenie), to od dojścia tego do publicznej wiadomości nie jest daleko. Przeciętny Amerykanin nie będzie miał dokąd uciec z dolara- a z drugiej strony jakiś pieniądz jest potrzebny- więc tylko przyśpieszy obieg. Reszta świata będzie chciała też jak najszybciej uciec z dolara- co jeszcze w krótkim czasie zwiększy krajowy obieg w USA. Jeśli hiperinflacja- jako utrata wiary w pieniądz wybuchnie, będzie to eksplozja nie widziana od czasów Republiki Weimarskiej. Skasuje to oczywiście długi i wierzytelności dolarowe- w tym rezerwy pozostałych banków centralnych. Ale jednocześnie inne waluty umocnią się- chwilowo. Eksport do USA praktycznie umrze i świat będzie musiał sobie poradzić bez gigantycznego konsumenta- przynajmniej do czasu, aż nauczą się znów produkować. Potem przyjdzie czas na innych. Bilanse banków- po wyczyszczeniu aktywów dolarowych mogą wyglądać mało zabawnie i z całą pewnością rozpocznie się run na cokolwiek bezpiecznego- oczywiście złoto i srebro- ale najpierw i w większej skali- na waluty uznawane za bezpieczne. Jeśli to jest ucieczka od dolara w poszukiwaniu bezpieczeństwa- to w najbliższej przyszłości powinien zacząć się run na franka szwajcarskiego- który doprowadzi do wyłożenia się kredytobiorców w Europie Środkowej i kryzysu bankowego w Szwajcarii. Wystarczy dodać dwa do dwóch.

Quo vadis, munde?

W USA były wybory. Wygrała jak zwykle Zjednoczona Partia Robo... tfu.., DemoRepublikanie. Czyli ogólnie nic ciekawego – nic się nie zmieniło i wybory te w dłuższej perspektywie nic nie znaczą.
Za to Libertarianie i Tea Party w ramach Republikanów osiągnęły jako- takie wyniki. Reprezentacja libertariańskiego nurtu w Kongresie to już nie tylko Ron Paul. Walka o zmianę obecnego dwupartyjnego systemu Demokraci- Republikanie na DemoRepublikanie?- Libertarianie weszła w nową fazę. Ja osobiście program libertarian uważam za nieco zbyt etatystyczny, ale i tak popieram go w całości jako rozsądny kompromis- więc kibicuję tej walce. Wynik dla Libertarian obiektywnie był porażką- w końcu nie wygrali- ale zmuszenie Demokratów do uznania się za trzecią partię w stanie, to jest dla obecnej trzeciej partii spektakularny sukces. Jeśli zostanie za dwa lata gdzieś jeszcze powtórzony- sprawa stanie się poważna. Któraś z wielkich partii będzie musiała się zreformować w stronę Libertarian- albo zniknąć. Albo obie się połączą i drugą zostaną właśnie L.- choć to zależy od postawy Tea Party- czy pozostanie w ramach Republikanów, czy się w nich roztopi, czy może zmieni tą partię- a może się połączą z Libertarianami?
Mamy więc kolejny znak potencjalnych wielkich zmian w układzie sił- ale tym razem bardzo optymistyczny. Jeśli sytuacja dalej się tak samo potoczy to spodziewać się możemy końca amerykańskiego mesjanizmu i powrotu do złotego pieniądza. Obie te rzeczy i tak pewnie nastąpą- ale dzięki Partii Libertariańskiej mają szanse wystąpić bez potrzeby rozkładu amerykańskiego systemu władzy, a w jego ramach. I to jest bardzo pozytywny sygnał.
Co prawda Europa będzie sobie musiała sama poradzić z niemiecko- rosyjskim sojuszem- a w takim razie poradzi sobie tylko ze wsparciem Chin. A Chiny jako ważny gracz w geopolityce oznaczają też koniec uzależniania sojuszy od „demokracji”. A jak zobaczę kogoś kto się nazywa polskim patriotą manifestującego z poparciem dla Dalajlamy albo innego wolnego czegoś- tam w Chinach to nazwę go kompletnym durniem.
W obecnym układzie sił, twierdzę, że jedyną szansą na zachowanie niepodległości Polski jest właśnie sojusz z Chinami. Co zresztą raz już było wykonane ze spektakularnym sukcesem. W kategorii polityki zagranicznej, śmiem twierdzić, że jeden z najwybitniejszych polskich władców- czyli Władysław Gomułka wykonał właśnie taki manewr. To m.in. chińskie groźby zatrzymały radzieckie kolumny pancerne jadące na Warszawę w 1956. Jeśli ktoś ma wątpliwości- NRD 1953, Węgry 1956, Czechosłowacja 1968 – efekt zawsze taki sam. Tylko Gomułce się udało- przypadek, szczęście?- pewnie też, ale on umiał spojrzeć na mapę i wysnuć z niej oczywiste wnioski. Szkoda, że ani Tusk, ani Kaczyński nie dorastają mu do pięt...
Cóż- przyszłość systemu partyjnego w USA pokażą wybory 2012 roku. Jeśli też jakimś cudem wygra je ponownie czarny Barak, to może być ostatnim Demokratą w Białym Domu. Jeśli Partia Libertariańska i ruch Tea Party się umocnią- może to oznaczać koniec Republikanów w ich obecnym kształcie. To wszystko potrwa, ale zmiana nadchodzi. Jeśli Libertarianom się nie uda, to USA będą dalej dryfować w stronę faszystowskiej dyktatury, a Republikanie znów gdzieś zaczną „wprowadzać demokrację”.
Update- wobec słusznych zarzutów cześć o wyborach w Georgii została usunięta- a co do USA przeredagowana. Czytelników przepraszam za wprowadzenie w błąd.

Przyszłość sieci energetycznych – projekt 1913+

W wyjaśnieniu dziwnej części tytułu- Projekt 1913+ jest próbą odgadnięcia jak będzie wyglądała struktura społeczna i gospodarcza Polski po zmianach wynikających z ograniczenia dostępności paliw kopalnych, a być może też pewnych wniosków co do przygotowań jakie należy poczynić w okresie przejściowym. Więcej założeń- tu. Nazwa projektu jest robocza i jeśli ktoś ma pomysł na lepszą- proszę o komentarz.
Więc po walce z deficytem budżetowym, wracam do głównej tematyki bloga.
Otóż sieć energetyczna w dzisiejsze postaci działa na zasadzie dostosowania podaży prądu do popytu nań. Z grubsza rzecz biorąc w każdej sekundzie produkcja prądu się zmienia podążając za decyzjami użytkowników o włączeniu lub wyłączeniu czegoś elektrycznego. Aby mogło to tak funkcjonować sieć musi być zdolna do obsłużenia maksymalnego możliwego zapotrzebowania tak w zakresie przesyłu, jak też produkcji- ale też nie produkować więcej niż jest zapotrzebowania. Dlatego właśnie istnieją z grubsza rzecz biorąc dwa typy elektrowni:
  1. Zapewniające podstawowe funkcjonowanie sieci- tutaj kryterium stanowi koszt wytwarzania prądu i zazwyczaj są znikome możliwości regulacji mocy. Są to elektrownie węglowe, atomowe i jeszcze do niedawna wodne.
  2. Elektrownie szczytowe- produkujące prąd wtedy, kiedy jest bardziej potrzebny. Kryterium stanowi tutaj szybkość reakcji i niskie koszty inwestycyjne. Do niedawna były to zazwyczaj diesle z generatorem, obecnie, ze względu na zaporowe koszty paliwa, są to elektrownie gazowe i, obecnie w pewnym stopniu wodne.
Do wszystkich miłośników tezy "nie przejmujmy się przyszłością prądu w gniazdkach, bo nawet jak węgiel się skończy to prąd będzie. Mamy przecież energię wiatru i słońca." Otóż niestety nie- wiatraki i ogniwa słoneczne produkują prąd w sposób nieprzewidywalny- więc dla zapewnienia stabilności sieci trzeba to zrównoważyć odpowiednim potencjałem elektrowni szczytowych- czyli, aby siec mogła działać na każdą elektrownie wiatrową i słoneczną obecnie musi przypadać zbliżonej mocy elektrownia gazowa lub wodna. Oczywiście można włączyć w sieć także zwiększoną ilość elektrowni szczytowo- pompowych, które służą wyłącznie do magazynowania energii- ale też wbrew pozorom, możliwości ich budowy są mocno ograniczone potencjalnie dostępnymi lokalizacjami. Więc możliwości oparcia sieci energetycznej na energii odnawialnej są ograniczone potencjałem hydro. Elektrownie wodne zapewniają obecnie około 1,5% energii elektrycznej zużywanej w Polsce i sądzę, że potencjał ich jest w większości wykorzystany. Elektrownie szczytowo- pompowe służą wyłącznie do magazynowania energii, a ich łączna moc jest nieco większa niż wodnych w Polsce- ale liczy się potencjalna wielkość akumulacji. Szacuję, że realnie można przyjąć kolejne 1,5% potrzeb energetycznych Polski. Daje to łącznie 3% obecnej mocy dla utrzymania stabilności sieci- potrzebnej do wspomagania wiatru i słońca. Razem z wiatrakami i fotowoltaiką pozwoli to na zapewnienie produkcji energii elektrycznej na poziomie 6% obecnej, zakładając realnie problemy z dostawami gazu.
Ewidentnie żadne środki zwykłych oszczędności nie pomogą. Wszędzie tam, gdzie będzie można obyć się bez niezawodności sieci- zostanie ona, pod presją ekonomiczną, odcięta na stałe lub koncerny energetyczne będą musiały zawrzeć umowy z klauzulami odcinania odbiorców. Inna sprawa, że od strony odbiorcy taka umowa jest pozbawiona sensu, jeśli w równie zawodny sposób prąd może produkować sam. Więc sieć się skurczy, bo musi. Z całą pewnością- w racjonalnym rachunku, pierwsze zostaną odcięte zwykłe gospodarstwa domowe, a niezawodny prąd pozostanie dostępny dla tych procesów przemysłowych, w których jest niemożliwe przerwanie jego dostaw bez uszkodzenia sprzętu/zniszczenia materiałów. Bardzo też proszę Czytelników o pomoc w zidentyfikowaniu tych procesów.
Oczywiście znacznie bardziej prawdopodobne jest takie zachowanie władzy, że nie będą przyjmować do wiadomości (jak też przeciętni ludzie), że świat się zmienia i oczekiwać, że kolejne załamania sieci nie będą się powtarzać. Tego typu życzeniowe myślenie zapewne doprowadzi do tego, że rząd nakaże w pierwszej kolejności odłączać odbiorców przemysłowych, a stopniowo, po kolejnych zawałach sieci i podwyżkach poszczególni ludzie i firmy będą się odłączać od sieci. W tym momencie, w miarę spadku masowości dostępu do sieci, abonament będzie stawał się coraz droższy. Jeśli będą panować zależne od kosztów regulacje w tym zakresie to oczywiście nastąpi to najpierw w mniejszych osadach i linie energetyczne zaczną znikać jak kolejowe obecnie. Cóż, interwencja rządu może to oczywiście zmienić i przez nacisk na utrzymywanie sieci energetycznej doprowadzi ją do całkowitego zawału i zawodności. W takiej sytuacji wszyscy będą musieli z prądu albo zrezygnować, albo przejść na własne źródła- co dla zwykłego domu jest już dziś zupełnie realne. Większości ludzi jednak zapewne nie będzie stać na tego typu rozwiązanie i dostęp do elektryczności się znacznie zmniejszy. O ile?- to pytanie jest właśnie jednym z celów Projektu 1913+. Ciekawe będą tego społeczne skutki – bo oznacza to też zmniejszenie dostępu do masowej propagandy, czyli telewizji- zwłaszcza na wsiach i być może w mniejszych miastach.

Deficyt budżetowy cz.3 – wnioski na przyszłość

Sytuacja budżetowa polskiego rządu została opisana przeze mnie wcześniej – właściwie pokazuje ona jasno, że prawdziwy poziom zamożności polskiego państwa i społeczeństwa specjalnie się nie zmienił od co najmniej 15 lat. Cały wzrost był finansowany długiem i w mniejszej części sprzedażą państwowego majątku. Polska jest nadal biednym państwem trzeciego świata i niestety do tej roli zapewne wkrótce wróci. Obecna sytuacja jest tylko złudzeniem bogactwa. Mogę sobie tak pisać – ale konkretniejszy obrazek na każdego mieszkańca Polski przypadnie w tym roku 3000 zł nowego długu, czyli na 4-osobową rodzinę 12000 zł (w zaokrągleniu lekko w górę i licząc 100 mld nowego długu). Te pieniądze nie znikają – one lądują i krążą gdzieś w gospodarce, przyczyniając się oczywiście do błędnej alokacji zasobów. Zakładając, że zadłużenie nie będzie w ogóle spłacane, ale nie będą też zaciągane nowe długi, ta przeciętna rodzina będzie miała do dyspozycji 12 tys. złotych rocznie mniej niż dziś. Oczywiście niekoniecznie nominalnie, ale efektywnie. Pokaże się to głównie w cenach dóbr importowanych – nie tylko telewizorów plazmowych i hiszpańskich kafelków, ale nawet bardziej – paliw płynnych i gazu ziemnego, samochodów, a nawet węgla (bo Polska jest już importerem netto, poza tym coś trzeba będzie eksportować) a także tekstyliów. Ceny usług polegających głównie na ludzkiej pracy za to utrzymają się na relatywnie zbliżonym poziomie (fryzjerzy, restauracje, itp.) - ale popyt drastycznie spadnie- takie wydatki tnie się najpierw. Znaczy zbliżonym do zarobków, a nie do dzisiejszego stanu – tak jak za pensję ktoś może ostrzyc włosy 100 razy, tak pewnie pozostanie, ale fryzjer zbiednieje. Teraz drobne przeliczenie, choć z liczbami bez rzetelnego sprawdzenia. Szacuję, że ok. ¾ osób mieszkających w Polsce osiąga jakiś dochód – praca, firma, emerytura, zasiłek dla bezrobotnych. Powiedzmy, że jest to średnio 16 tys. zł rocznie netto- chyba realistyczne, może nawet trochę zawyżone. Wypada więc po 12 tys. na głowę. Obniżamy tą kwotę o wspomniane pożyczane 3 tys. i mamy 9 tys. na głowę. Tylko pamiętajmy, że zmiana ta wcale nie rozłoży się równomiernie. Na pewno dużo stracą emeryci i/lub nauczyciele, lekarze po prostu wyjadą. Importerzy, zwłaszcza dla „klasy średniej” znikną, a gospodarka będzie się boleśnie przestawiać na eksport czego się tylko da. Czyli w pewnym stopniu to co się stało w Argentynie po 2001- choć niekoniecznie według tego samego scenariusza. Może, jakimś cudem, redukcja deficytu będzie stopniowa a postępująca za tym zmiana kursu walutowego i wzmocnienie rule of law z odbiurokratyzowaniem gospodarki spowoduje wzrost prawdziwych eksportowych inwestycji? Piękna bajka. A Polska stanie się drugą Japonią, Irlandią, Islandią- tą bajkę już słyszałem.
Opis tego opiera się na założeniu, że rząd tylko przestanie zwiększać dług. Żadnej spłaty i żadnej szczególnej katastrofy, ale niestety nie wierzę, że mogą to być powolne i stopniowe zmiany.
Otóż weźmy teraz piękny podmiejski dom z gazowym ogrzewaniem i dwójką dorosłych pracujących w mieście, dojeżdżających dwoma samochodami do firmy importowej i drugiej zajmującej się organizacją przyjęć. A kredyt na dom we frankach. On traci pracę od razu, ona zarabia połowę tego co poprzednio- dochody spadają do 20% wcześniejszych. Rata kredytu dwukrotnie w górę, paliwo do samochodu i gaz do ogrzania domu też.... Brrr... Co z tego, że fryzjer nie podrożeje...
Relatywnie podrożeje także żywność- z jednej strony spadek realnych dochodów, z drugiej olbrzymia presja eksportowa. To wcale nie oznacza, że rolnicy będą się mieć znakomicie. Drobni będą walczyć o przetrwanie- jak zwykle, tylko więksi, zdolni do samodzielnego eksportu (jak zresztą we wszystkich branżach) zarobią nieźle. Co niestety oznacza to co zwykle- bogaci staną się jeszcze bogatsi, biedni będą walczyć o przeżycie, a większość tych pośrodku spadnie w dół.
A boom eksportowy weźmie się po prostu stąd, że czymś trzeba będzie zastąpić pożyczone pieniądze i może to być eksport lub napływ inwestycji – napływ inwestycji jedynie w optymistycznym scenariuszu prawdziwego zmniejszania deficytu. W mniej optymistycznych będziemy skazani na lokalne zasoby, gdzie najpierw trzeba coś sprzedać, aby coś kupić. Nawet podstawowe rzeczy, jak paliwa.  

Ile wynosi deficyt budżetowy?- cz.1

Niestety prosta odpowiedź na to pytanie – brzmi „nikt tego nie wie”. Część powodów jest oczywista – obligacje rządowe są emitowane w różnych walutach, których kurs zmienia się co sekundę, bony skarbowe o krótkim terminie wykupu zmieniają obraz sytuacji regularnie, a krótkoterminowe pożyczki podmiotów sektora publicznego często w ogóle nie uwzględniane w jakikolwiek sprawozdaniach. Przyjmijmy zatem, że 100 miliardów złotych w 2010 r., które się wymsknęło ministrowi finansów jest kwotą mniej- więcej prawdziwą. Patrząc co prawda na ZUS, działalność samorządów wielkich miast i wszelkiego rodzaju przystawki okołobudżetowe przypuszczam, że jest to nadal mocno zaniżona kwota, ale niech tam.
W te 100 mld wchodzi oficjalny deficyt samorządów, ale skoro samorządy są prawie w całości finansowane transferami z budżetu – można traktować je jak część budżetu państwa. Dodatkowym argumentem może być to, że wpadanie miast w spiralę długu jest spowodowane w dużej części zmniejszaniem dotacji i dokładaniem ustawowych obowiązków. Oczywiście, gminy oprócz dotacji, udziałów w podatkach państwowych i prywatyzacji, mają też własne dochody podatkowe – ale są one na tyle niewielkie, że nie zmieniają obrazu sytuacji.
A teraz druga strona równania – nie żadne PKB, do którego się zwykle porównuje dług, tylko dochody budżetu. Dlaczego tak? Dług nie będzie spłacany z jakiegoś mitycznego PKB, tylko z tego co państwo jest w stanie zedrzeć z podatników – czyli właśnie istotne są dochody budżetu. I to dochody podatkowe – olejmy dochody z prywatyzacji – one się w pewnym momencie skończą, i to zakładam, że oddawać będzie trzeba jak już nie będzie co sprzedawać.
Otóż dochody podatkowe planowane na 2010 rok wynoszą 223 mld złotych.
Obetnijmy parę zer po obu stronach i mamy gospodarstwo domowe, które zarabia rocznie 22,300 złotych, wydaje wszystko i dodatkowo pożycza 10 tys złotych rocznie, aby pokryć wydatki, wyprzedając przy okazji posiadane gadżety na 2500 zł. Fajnie się tak żyje – aż do bankructwa, bo po paru latach takiego życia naprawdę nie da się tego oddać.
Kot w Gołębniku pisał niedawno cykl artykułów o możliwych oszczędnościach i jak zrównoważyć budżet – tylko opierał się na innych liczbach.
Należy do tego jeszcze dołożyć fakt, że w bredniach lorda Keynesa jest ziarno prawdy – dług stymuluje gospodarkę. Każda złotówka wydana przez budżet wraca w sporej części w postaci podatków. Jeśli przyjmiemy (bardzo ostrożnie), że jest to tylko 40%, oznacza to też to, że kończąc od jutra zadłużanie Rzeczypospolitej, dochody budżetu zmniejszają się o 40 mld.
I teraz drodzy libertarianie policzcie co się da zrobić. Na mój nos realne pole manewru wymusza m.in. jedną rzecz- zrównoważenie budżetu Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Pod takim ładnie eufemistycznym określeniem ukrywa się albo drastyczna podwyżka składek ZUS (która z całą pewnością nie przyniesie wzrostu dochodów- czyli rozwiązanie nierealne), albo drastyczna obniżka emerytur. Oczywiście, jak zacznie się poszukiwanie oszczędności to w pierwszej kolejności przytną jak zwykle wojsko i policję – bo oni nie protestują, ale każdy kto mieszka obok lotniska wojskowego, wie, że odrzutowiec wojskowy na niebie stał się ostatnio bardzo rzadkim zjawiskiem – czyli najprawdopodobniej budżetu na szkolenie wojskowe już dawno nie ma. Nie sądzę, by dało się jeszcze dużo przyciąć. Molocha państwowej edukacji nie odpuszczą i z poważnych wydatków zostają tylko emerytury. Ale dotacja do FUS to oficjalnie tylko 37 mld. W rzeczywistości więcej – dochodzą jeszcze kwoty „refundacji składek OFE”, czy czegoś takiego i pewnie parę innych nieoficjalnych kanałów przelewowych. Podobno na wypłaty emerytur ZUS wyda w tym roku 102 mld złotych. Czyli powiedzmy, że bez dotacji emerytury muszą realnie spaść o połowę. A to nadal jest za mało. Rząd potrzebuje nie tylko zbilansować ZUS, ale zamienić go z powrotem w dojną krowę. Obniżka emerytur o 80, 90%? - możliwe. Ale to nie wszystko. ZUS także przestaje pożyczać – kolejne zmniejszenie wpływów podatkowych...
Ja osobiście nie widzę żadnej możliwości zrównoważenia budżetu państwa – realnego, bez przerzucania zobowiązań na gminy i fundusze celowe. W grę wchodzi już tylko bankructwo przez defaut lub hiperinflację. A mówimy o (naprawdę!!) jednym z bardziej odpowiedzialnych fiskalnie krajów Europy...
Podsumowując – skrajnie cynicznie. Nie jestem przeciwnikiem dalszego zadłużania rządu. Teraz to już jest problem wierzycieli.