Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemysł. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemysł. Pokaż wszystkie posty

Lodołamacz

Do dość skromych kompetencji Prezydenta Rzeczypospolitej należy m.in. reprezentowanie państwa w stosunkach zagranicznych. Styl w jakim rozpoczynanie tych obowiązków rozpoczął obecny prezydent jest... mocny.
Pokazuje to, co wie każdy, kto potrafi obserować i nie jest zaczadzony propagandą. Że Andrzej Duda jest człowiekiem mającym niezłe kontakty, rozeznanie i świetnie przygotowanym co najmniej do polityki europejskiej. Co każe przypuszczać, że w PE pracował i wyrabiał kontakty, a nie spał i wyłudzał kilometrówki. Dziś, na nowym stanowisku widać jak ładnie i szybko to zaprocentowało. Wizyta w Estonii w rocznicę paktu Ribbentrop- Mołotow to maksymalne możliwe wsparcie, jakiego teraz może państwom nadbałtyckim udzielić. Oraz, przy okazji, dyplomatyczny sygnał pod adresem Litwy. Pamiętajmy, że są to małe kraje, zakompleksione jak wszyscy po komunie. Do tego dokładamy neurotyczne podejście Litwy do polskiej mniejszości i mamy przepis na natychmiastową awanturę wewnętrzną w polityce litewskiej. Która już nastapiła. Przynajmniej w takim zakresie, że w atakach medialnych na władzę punktem odniesienia jest nieudolna politka wobec Polski, bo Duda najpierw jedzie do Tallina. Tak, wiadomo, media histeryzują, jak zawsze, ale także narzucają pewną narrację. I to właśnie jest już olbrzymim sukcesem- narzucenie jako istotnej części sporu politycznego relacji z Polską. Jako relacji zasadniczych dla bezpieczeństwa Litwy. Komorowski był ignorowany, w końcu zupełnie słusznie, Duda jest zawodnikiem wagi ciężkiej, który już zmienił kurs polityki. 

Następną niespodziankę jest spotkanie głów państw Europy Srodkowej przed szczytem NATO. Jak  oficjalnie zapowiedziano "zorganizowane wspólnie przez prezydentów Polski i Rumunii". Cóż, takich zaproszeń się nie odrzuca (w końcu Polska i Rumunia razem stanowią jakieś 80% potencjału NATO w Europie Środkowej). To pokazuje, kto liczy się dyplomatycznie, czego skutkiem była natyhmiastowa burza, dla odmiany w czeskich mediach. W końcu to gospodarczo trzeci kraj regionu. Z prorosyjskim prezydentem, który właśnie został odizolowany dyplomatycznie. I jest grilowany z tego powodu przez wspomniane czeskie media.
To wszystko nastąpiło tak szybko i sprawnie, że propaganda Kremla jeszcze nie zdążyła wymyslić żadnej narracji, a co najmniej nie rozesłali jej na czas. Nawet Korwin- Mikke jeszcze nie ma żadnej opinii na te tematy (chyba, ale żadna z kacapskich tub nic nie wrzeszczała, więc on chyba też nie)

Mnie zaskoczyło, choć tylko na początku, że nie zapowiedziano żadnego terminu wizyty na Ukrainie. Wyjaśnienie jest dość proste- zaufanie i wspólnota interesów są na tyle duże, że żadne kurtuazyjne wizyty nie sa potrzebne. Pojedzie wtedy, gdy będzie mieć konkrety w ręku. Na razie te konkrety mogą obejmować co najmniej działania sojuszników, bo na jakiekąkolwiek wiarygodność w polityce wewnętrznej lub zagranicznej obecnego polskiego rządu przecież za bardzo liczyć nie mozna. Za bardzo, to nie znaczy, że nie można kompletnie, co mniej oderwani od rzeczywistości członkowie PO zdają sobie sprawę z istnienia sądów i prokuratur i obecnie nie zrobią zbyt wielu rzeczy mogących zahaczyć o zdradę stanu. W skrócie- czasy Sikorskiego i Komorowskiego na szczęście minęły, miejmy nadzieję, że bezpowrotnie. Choć rozumiem, ze akurat tych dwóch panów można w całości wytłumaczyć kwestiami zdrowotnymi.
Polska, reprezentowana praktycznie samodzielnie przez prezydenta, w ciągu dwóch tygodni stała się głównym rozgrywającym w Europie Srodkowej. Przy całkowitej bierności rządu. Po prostu realne i kompetentne podejście do polityki. Żadne próby samodzielnego udawania europejskiego mocarstwa i żadne wylizywanie butów kanclerza, realna polityka w nieprawdopodobnie sprawnym wykonaniu. W polityce, jak w każdym zawodzie bywaja lenie, partacze, wyrobnicy i wirtuozi, Duda jak na razie pokazuje, należy do tej ostatniej kategorii. Zobaczymy jak dalej pójdzie.
Ale na to trzeba nałożyć całkiem sprzyjającą Polsce koniunkturę miedzynarodową. Na dziś, dla rozpoczęcia prawdziwego czasu prosperity Polski, potrzeba jedynie kilku rzeczy: powstrzymania Rosji. Powstrzymania, a nie pokonania, zaznaczam. Oprócz tego jakiegoś neutralizowania nadmiernych wpływów Niemiec w UE i wreszcie reform państwa. Patrząc na powyższe działania w polityce zagranicznej o dwie pierwsze rzeczy prawie nie ma się co obawiac. Reforma państwa to będzie problem rządu, a nie prezydenta. I to bedzie zabawne. Wszędzie chodza plotki jak to obecny rząd, wzorem Komorowskiego, wyrywa sedesy i zostawia pustą kasę oraz miny budżetowe. Jak się trzymamy prezydentów to posłuchajmy jeszcze Kwaśniewskiego, który bardzo ładnie i jednym tchem wymienił trzy najbardziej skorumpowane instytucje w Polsce, czyli telewizję publiczną, służby specjalne i Prokuraturę trzeba jakoś załatwić. Do tego mamy szczekanie psiarni za pieniądze miedzynarodowych koncernów (jak się kasa budżetowa dla Agory i okolic skurczy) i mamy bardzo zabawną sytuację. Ale na pocieszenie mozna dodać, że Polska jest relatywnie w dużo lepszej sytuacji niż Czechy. Obecnie różnica w poziomie rozwoju prawie całkowicie zanikła, a przecież jeszcze pod koniec komuny była całkiem spora. Ale u nich towarzystwo poststalinowców w stylu Unii Wolności rządziło na zmianę z postkomuną praktycznie cały czas ostatnich 25 lat, a w Polsce tylko 20 z nich. Przyglądając się dokładnie ten krótki czas innej polskiej polityki spowodował tę różnicę w rozwoju- poprzez brak w Polsce kuponowej prywatyzacji, zachowanie kluczowej infrastruktury, stworzenie jakiś warunków dla nowych inwestycji. Czechy w międzyczasie dokańczały swoją drogę z zamożnej przemysłowo-handlowej europejskiej demokracji z poczatków 20 w. do kraju tanich wyrobników w montowniach. Polska w tym samym czasie pokonała drogę z kraju małorolnych analfabetów do kraju tanich wyrobników w montowniach.  I nie cała gospodarka jest w rękach kilku byłych ubeków.

Dla sukcesu teraz potrzebny jest etap budowania wpłwów politycznych, własnego przemysłu i ekspansji. I znów widać różnicę. Budowa wspólnoty środkowoeuropejskiej, z realnym wpływem polskiej gospodarki i armii to jest doskonały PR i ułatwienie działania polskich firm. Czesi w tym czasie właśnie skazuja się na izolację polityczną, po tym jak już sprzedali całość własnej myśli technicznej i pozbawili się możliwości rozwoju (a przecież w 1990 r. te możliwości były jeszcze nieporównywalne).

Ja oczekuję jeszcze tylko jednej rzeczy- wyrzucenia z życia politycznego całości postkomunistycznego układu (a dziś już prawie planktonu) i zrobienia miejsca na scenie politycznej dla prawdziwej lewicy. Stąd z niemałą życzliwością obserwuję powstawanie partii "Razem". Ze swoim podejściem mogą stać sie tą prawdziwą lewicą. Albo ktoś inny. Jakieś ochłapy neoliberałów mogą zawsze zostać, czy bedzie to nowa partia banksterów, czy dotychczasowa PO to żadna różnica. Jeszcze tylko brakowałoby prawdziwej partii Zielonych i polska demokracja byłaby taką jak zachodnia. A i razem z tym i kraj. Ale najpierw to PiS musi wygrać wybory. Jak lodołamacz, który oczyści pole i dopiero za nim mogą przejść ci którzy są krajowi potrzebni. A zamiast Sejmu działacze SLD mogą zawsze zwiedzać Domy Starców, a działacze PSL Zakłady Karne.

Kacapskie porządki

Dlaczego każdy naród, który miał do czynienia z Rosją i jej sposobem sprawowania władzy, organizacji i administracji już więcej nie chce mieć nic do czynienia z władzami tego kraju i odcina się od niego tak bardzo jak może? Pisałem już poprzednio- kacapia jako metoda organizacji życia zbiorowego. Wywodząca się wprost ze Złotej Ordy nieumiejętność wpółdziałania i organizowania czegokolwiek innego niż głupia destrukcja. Koneczny wymyślił na to nazwę "cywilizacji turańskiej" i opisywał jakieś wymyślone cechy współdziałania wojskowego, itp. Po co? 

Kto to jest kacap wie prawie każdy

A jeśli nawet nie wie, to na przykładzie Krymu może się łatwo dowiedzieć

Rok temu Krym (to akurat tak samo jak i 500 lat temu) był przepięknym miejscem, z bardzo przyjemnym w lecie klimatem Rok temu, korzystając z tego klimatu względnie prosperował biznes turystyczny w biednym i skorumpowanym do cna kraju, jakim była Ukraina. Ukraina
biedna jest nadal, skorumpowana zaledwie bardzo, już nie do cna, ale za to jej władze nie sprawują kontroli nad Krymem

Oprócz tego było rolnictwo obficie korzystające z irygacji z olbrzymiego kanału doprowadzającego wody Dniepru. W miastach działała sieć elektryczna, wodna i kanalizacyjna a w ziemie ogrzewanie. To wszystko jest oczywiście radzieckiego projektu i wykonania, więc działa jak działa.Ale zawsze jakoś funkcjonowało.

Jak wiadomo, już dobrze ponad pół roku minęło od zajęcia Krymu przez Rosję

Przeżarta agenturą ukraińska armia nie stawiała specjalnego oporu i sama operacja poszła gładko. Tzw. referendum gorzej, bo oficjalnie nikt w to nie uwierzył.

Ale nie o tym. Już się wcześniej zdziwiłem, że nawet nie próbowali budować szybko mostu pontonowego przez cieśninę kerczeńską, ani nawet tymczasowych pływających instalacji portowych umożliwiających zwiększenie liczby promów. Poprawienie organizacji ruchu dla ułatwienia dostępu. Nic... Nic z tego nie zrobiono. Być może nie było takich planów. Oni po prostu zajęli kawałek terenu, przejęli pod swoją administrację 2 mln ludzi i wprowadzają swoje porządki . Kacapskie.

Zaczęło się od tego, że zamiast ludzi, którzy mieli pojęcie o działaniu tej sztucznej rzeki zasilającej Krym jakieś dziwne bandziory zaczęły się bawić śluzami i pompami. Nie przygotowano nic na rozpoczęcie sezonu irygacyjnego, więc się nie rozpoczął.

Uprawy wymagające irygacji w tym roku nawet nie zostały wysiane- bo i po co? Te które rosły wcześniej- uschły. Nie urosło praktycznie nic- to na wewnętrznych stepach Krymu.

Na nadmorskich wzgórzach jest lepiej- tam wilgoć i  opady pozwalają na naturalny wzrost winogron. Duża część winnic jest poradzieckia i wyrobom daleko do wytworności, ale są. Znaczy były, bo rosyjskie przepisy i administracja praktycznie w ogóle uniemożliwia wyrób wina i jego sprzedaż. Więc winnice w praktyce nic nie zarobiły i długo tak nie pociągną. Licencji na sprzedaż na terytorium Rosji w większości nadal brak i co najwyżej mogą sprzedawać na samym Krymie. Z czego oczywiście winny region nie jest w stanie się utrzymać.

W taki sposób można dojść do głównego biznesu Krymu, czyli turystyki. Konkretnie to byłego głównego biznesu. Przyjechało nieco turystów. Głównie z dwóch grup- Ukraińców, którzy przyjeżdżali tam od zawsze i nie bardzo wiedzieli co się dzieje, a wręcz byli zdziwieni istnieniem granicy, oraz Rosjan, którzy usłyszeli w telewizorach propagandę jak to trzeba w Rosji teraz urlop spędzać. OK, część była do tego zmuszona- urzędnicy państwowi otrzymali nakaz spędzania urlopu w kraju. Więc większość zakupiła zaświadczenia o pobycie na Krymie i spokojnie pojechała do Egiptu. Niektórzy się na Krymie naprawdę pojawili. Może im się spodoba, może nie. Na pewno im się nie podobało nawet dwie doby oczekiwania na prom.
Reszta zwykłych turystów się nie pojawiła. I nie ma się co dziwić jeśli w miejsce zwykłego gwaru turystycznych miejscowości pojawiły się pustki, nieco przestraszonych miejscowych i stada bandytów, zwanych samoobroną krymu, czy jakoś tak.

I tak sobie z wszystkim kacapstwo poczyniało, niekoniecznie kwitnącą, ale działającą lokalną gospodarkę doprowadzili do ruiny w pół roku.
Na dziś jest już mało śmiesznie, bo trwa sezon sztormów, przeprawa przez cieśninę jest wątpliwa, wkrótce może się zacząć, dość krótki tam i niekonieczny- sezon lodowy. Jeśli będzie, to promy będą stać. Bez żywności z Ukrainy nie będzie nic.
A zabawnie jest już teraz. Otóż, co było od dawna do przewidzenia, na Krymie brakuje wody. W Sewastopolu już trwa awaryjne zasilanie, w części dzielnic woda w sieci jest 2-3 godziny dziennie, w części wcale. Sytuacja jest taka, że stanu zbiorników na to obecne awaryjne zasilanie starczy na jeszcze ok 2 tygodnie. Potem jeszcze miesiąc spuszczania wody ze zbiorników poniżej normalnego dopuszczalnego technicznie poziomu. Znaczy ta woda tam fizycznie jest, ale jej usunięcie grozi uszkodzeniem zapór, nieprzyjemnym zachowaniem mułu z dna zbiorników, itp. Z końcem roku już nie będzie żadnej. 
Te zbiorniki powinny być zasilane wodami spływającymi z gór i opadami. Ale deszczu nie ma. To ostatnie to oczywiście nie jest kwestia kacapskiej administracji. Choć oczywiście kwestionowanie faktu zmian klimatu też należy do sztandarów kacapstwa (to akurat nie tylko kacapstwa). Ma za to duży związek z brakiem awaryjnego zarządzania wodą już od początku i zużyciem zawartości tego zbiornika na irygację w miejsce wyschniętego kanału.

A za tym idzie energetyka. 

Produkcja energii elektrycznej ze spalania, najbardziej w elektrowniach węglowych i atomowych, wymaga olbrzymich ilości wody.Której nie ma. A sieć ciepłownicza jest zasilana z elektrociepłowni. Która potrzebuje wody. Której nie ma. Oczywiście mogłaby być, gdyby przy kanale znaleźli się we właściwym czasie fachowcy, albo ktoś by potrafił się dogadać w sprawie dostaw wody, albo logistycy cywili lub wojskowi Rosji by potrafili zaprojektować i zbudować rurociąg dostarczający wodę pitną i do elektrowni na Krym. Albo w ostateczności zorganizować dostawy tankowcami z Donu- relatywnie blisko, nie taki strasznie duży koszt na awaryjne rozwiązania i możliwe bardzo szybko. A tymczasem NIC.
Wielki szał zajęcia terytorium, zrujnowanie gospodarki tego terytorium bez sensu w pół roku, a następnie zatruwanie życia ludziom, bo o drastycznych podwyżkach cen żywności i właściwie wszystkiego nie warto wspominać. Ludzie ogłupieni propagandą nawet czasem popierali zajęcie Krymu przez Rosję. Spodziewali się rosyjskich zarobków. A dokładnie to moskiewskich, ale że migrujący robotnicy pracują tylko w Moskwie, to inni myślą, że w całej Rosji są takie zarobki. A w Moskwie są wyższe niż na Ukrainie. Dopiero potem się dowiedzieli, że na rosyjskiej prowincji są niższe niż na ukraińskiej prowincji...A koszty życia w Rosji wyższe. Więc mają rosyjskie zarobki. I ceny też.

I tego się mieszkańcy Krymu dowiedzieli. Na własnej skórze. 
I to co w nachalnej propagandzie wygląda na nowy wspaniały świat, jest w rzeczywistości bandą kacapów, którzy potrafią rozwalić każdą strukturę społeczną w kilka miesięcy. Nie ma to żadnego związku z taką czy inną gospodarką, pieniędzmi, surowcami itp. To ma kompletny i całkowity związek z kacapską bezmyślnością, pogardą dla samodzielnej inicjatywy, strachem przed organizacją ludzi i nieudolnością scentralizowanej administracji. Efekty- tam, gdzie potrzeba odrobiny samodzielności i improwizacji na dużą skalę nie dzieje się nic. Tam gdzie potrzeba myślenia o przyszłości i o obywatelach (poddanych, niewolnikach?) tam nie dzieje się nic. Tam gdzie można coś zrabować, albo wymusić łapówki- tam działają sprawnie. Oraz niezwykle sprawni są w kreowaniu swojego obrazu jako normalny gospodarzy normalnego państwa. I to nam doskonale pokazuje przykład Krymu


A tymczasem na rynku walutowym Argentyny....

Zabawnie się działo ostatnimi czasy na rynku walutowym Argentyny. Od paru tygodni trwa osłabienie peso i histeria na czarnym rynku, w ciągu 2 dni (23 i 24.01.2014) peso straciło 17% wartości. Obserwując to byłem raczej zdziwiony niż zaniepokojony, bo obiektywnie żadnych przesłanek do skokowej dewaluacji nie ma.  Owszem w ostatnim czasie, o czym się mówi, rezerwy walutowe Banku Centralnego wyraźnie spadały, aczkolwiek do poziomu niższego niż zwykle, ale dalekiego od jakiejkolwiek krytycznej sytuacji. Co prawda właśnie spadły poniżej 30 mld dolarów, ale jest to niewiele mniej od całkowitego zadłużenia zagranicznego (państwowego i prywatnego, z wyłączeniem roszczeń sępich funduszy i innych nieuznawanych, oczywiście)  albo inaczej patrząc  około półrocznego importu – czyli nadal poziom mieszczący się zdecydowanie w granicach bezpieczeństwa. Ale jak najbardziej spadek pozwalał nakręcać panikę. 

Wczoraj był za to bardzo zabawny moment. Już w czwartek słyszałem, że wzrost kursu nastąpił wskutek zwiększonego popytu na waluty ze strony spółki naftowej.  
Informacje kolejne: w piątek rano rząd ogłosił, że od poniedziałku osoby fizyczne mogą kupować dolary (znaczy waluty obce, ale to w tutejszym pojęciu synonimy) bez zezwolenia. Większości osób w kraju szczęka opadła. Mi akurat niespecjalnie, bo to akurat bardzo rozsądne i przewidywalne rozwiązanie problemu czarnego rynku. Nie całkiem tak różowo, bo nadal kupując waluty trzeba zapłacić zaliczkę na podatek dochodowy, przy okazji zmian ją też obnizono z 35 na 20%.

Poza tym też się działy zabawne rzeczy - inspektorzy z Banku Centralnego ze wsparciem policji wkroczyli do firm podejrzewanych o nielegalny handel dolarami. Nikogo nie aresztowano, nic nie zamknięto – tylko zabezpieczono dokumentację do kontroli krzyżowych. 
Plan akurat jest dość jasny- ograniczyć konieczność korzystania z czarnego rynku, a jednocześnie nieco zastraszyć jego organizatorów. Raczej zadziała.

Ale najlepsze było dalej: ujawniono, że w sytuacji kursu 7,23 ARS do 1 USD Shell Argentina złożyło zlecenie zakupu 3,5 mln USD za 8,70 za pośrednictwem HSBC, w mniej więcej tym samym czasie przez Citibank i BBVA Banco Frances (też międzynarodowy, ale obecny tylko w krajach hiszpańskojęzycznych) następne spore zlecenia zakupu także po cenie sporo przewyższającej rynkową. Oczywiście tego typu zlecenie przez poważną firmę szybko się rozeszło po rynku i wywołało panikę ( jakżeby inaczej...) i w parę godzin rezerwy BC spadły o kolejne 100 mln USD, a kurs wzrósł do 8,07. Było zabawnie. W miarę jasne, że za wzrost kursu jest osobiście odpowiedzialny prezes Shell Argentina, zresztą podejrzewam, że te zlecenia nie miały nic wspólnego z realnym biznesem Shella. Shell oficjalnie potwierdził te zarzuty, ale prezes ponoć nie ma z tym nic wspólnego bo jest na urlopie. Według szacunku sama firma na takim zleceniu straciła 2 do 5 mln peso. To oczywiście akurat nikogo nie obchodzi..

Odnośnie dalszych reakcji: minister ekonomii powiedział bardzo ciekawą rzecz: otóż atak spekulacyjny na osłabienie peso był ustawiony przez grupę ludzi, którzy już zakupili około 12 mln hektarów (tak- milionów hektarów) ziemi na kredyt i właśnie dzielnie walczą o zdewaluowanie tych długów. Dla drobnego naświetlenia sytuacji: Argentyna jest tradycyjnie krajem eksporterem żywności, wobec czego ceny produktów rolnych zasadniczo są równe światowym (minus cła eksportowe i koszty transportu) a w lokalnej walucie są długi - wobec czego jeśli pomiędzy zaciągnięciem kredytu na ziemię a jego spłatą  następuje dewaluacja, jest to czysty zysk. Czyli piękny zamiar powtórki z 2002 r., kiedy to przy okazji dewaluacji przede wszystkim spadła wartość kredytów do spłacenia.

Cóż, ktoś zapomniał (albo nie wie, ogłupiony clarinową propagandą), że zamrożenie kredytów w relacji 1:1 peso do dolara i dewaluacja w pozostałym zakresie, to było dofinansowanie kredytobiorców, ale decyzją polityczną i powtórzy się tylko wtedy, jeśli rząd tak zdecyduje. Przy okazji - tak się zupełnie sensownie da zarobić - bo właśnie kamienicę, w której mieszkam, jej właściciele kupili na kredyt zaraz przed dewaluacją, więc potem spłacili ja zupełnie bezboleśnie, pomimo jednej średnio płatnej pracy i dorabiania na fuchach w sąsiedztwie.

Jeszcze lepiej jednak można legalnie zarobić kupując dolary, a potem sprzedać je idiotom, którzy kupują na czarnym rynku, na którym się w międzyczasie wywołało panikę, jednocześnie dewaluując własny dług. Tak się robi interesy. Tylko czasem trzeba ocenić siły na zamiary i nawet jeśli się jest prezesem oddziału międzynarodowej korpo, czasami trzeba się liczyć z rządem. Właśnie tenże prezes Shella nie ma takiego zwyczaju i jak poprzedni prezydent, Nestor Kirchner mógł co najwyżej prosić obywateli o bojkot Shella (co zresztą zadziałało - obroty ponoć spadły o 70%!!), tak obecny jest znacznie silniejszy (a Shell znacznie słabszy) i można bezpośrednio wskazać prezesa jako bezczelnego i antypaństwowego spekulanta. 
Cóż- na dłuższą metę losy tej firmy w Argentynie są przesądzone. Ma dokładnie jedną alternatywę - albo zainwestować w wydobycie ropy łupkowej co najmniej 1 mld dolarów (próg pewnych przywilejów eksportowych - bodajże zwolnienia od cła części ropy) i taka okrągła liczba, albo się pakować. 

Wchodząc w kolejną dygresję - raczej się będą pakować. Shell w Argentynie zajmuje się tylko przerobem ropy i sprzedażą produktów (po ludzku: rafineria i stacje benzynowe), wydobycie ma w symbolicznych ilościach. Zgodnie z polityką obecnego zarządu całość jest niedoinwestowana i zarządzana tak, jak tymczasowe przedsięwzięcie (co zresztą można wyczytać na stronie firmy). Tak samo oficjalna polityka polega na inwestowaniu wyłącznie w zakresie wymuszonym regulacjami i najczęściej dopiero po ostatecznym upływie wszystkich możliwych terminów, kwestionowaniu nałożonych grzywien, itp.  A rafinacja i dystrybucja to dziś są generalnie nędzne interesy. Nie wiem co prawda jak to dokładnie wygląda w Argentynie, gdzie generalnie rentowności wyglądają lepiej niż w Europie, czy USA, ale nie podejrzewam żadnego kokosowego interesu.

Tak czy inaczej, odpowiedź administracji była szybka. Stosowny urząd nadzorujący sieć gazową właśnie sobie przypomniał, że ostatnia kontrola wykazała, że na dwóch stacjach tankowania gazu (ziemnego sprężonego) nie było wyznaczonej osoby odpowiedzialnej za BHP, w związku z czym nakazano je zamknąć. Rząd zresztą od razu zapowiedział, że rozpoczyna kontrole na stacjach Shella przy autostradach (bo te podlegają jurysdykcji rządu federalnego), zgaduję, że rządy prowincji z peronistycznymi gubernatorami zrobią dokładnie to samo. Do tego oczywiście kontrole podatkowe, dewizowe (co akurat absolutnie oczywiste), ministerstwa pracy, itd. Wszystko, co jest znane polskim czytelnikom ze sprawy Kluski i podobnych.  Więc jak ktoś jest zainteresowany, niedługo zapewne będzie do kupienia za okazyjne pieniądze całkiem przyzwoita rafineria w Buenos Aires (choć nieco zdekapitalizowana i zapewne zamknięta do czasu usunięcia wycieków i naruszeń przepisów o ochronie środowiska). Co prawda sieć stacji benzynowych może być sporo mniejsza do czasu sprzedaży, ale zawsze coś.   

A tymczasem burmistrz Buenos Aires w przyspieszonym trybie wrócił z Davos, gdzie opowiadał jak przyjaznym dla biznesu Argentyna krajem będzie pod jego światłymi rządami, kiedy wygra wybory prezydenckie 2015. Wrócił i natychmiast zwołał kryzysowe posiedzenie ekonomiczne w związku z uwolnieniem sprzedaży dolara - to jakby ktoś się pytał, kto jest najbardziej przerażony nieudaną dewaluacją (drobna podpowiedź- może specjalista od kilkusetkrotnych podwyżek wszystkiego w mieście?, napędzających inflację, jak najbardziej)….
A podsumowując- właściwie to starcie rząd już wygrał- cokolwiek zrobi Shell, Argentyna wygrywa. Mogą- pokrywać straty argentyńskiego oddziału (nawet jeśli teraz zarabia, wkrótce przestanie....)- napływ dewiz do Argentyny, firma zatrudnia i płaci, nawet jeśli pracownicy nic nie robią bo rafineria chwilowo zamknięta, albo akurat nie ma surowca. Przy okazji- głównym producentem ropy naftowej jest państwowy YPF, który też najwięcej rafinuje i faktycznie decyduje o marżach rafineryjnych. Shell faktycznie tylko rafinuje ropę kupioną od YPF. Znaczy to polityka rządowa decyduje o wysokości marż Shella. Prezes najprawdopodobniej będzie ściemniał, że w 2015 wybory wygra Macri i wszystko się zmieni, znów będą kokosowe zyski. Co najprawdopodobniej oznacza, że najbliższe dwa lata to jednak będzie pokrywanie strat przez centralę. A po wyborach 2015 sprzedaż, bo osobiście oceniam większe szanse na zostanie świni astronomem, niż Macriego prezydentem.
Oczywiście także Shell może sprawnie i szybko wykopać prezesa argentyńskiego oddziału i zatrudnić kogoś wolącego realizować państwową linię i nie mieszać się za bardzo do polityki (choć to chyba niezgodne z kodem genetycznym wielkiej nafty...). Rząd wygrywa bo pokazuje publicznie uciętą głowę spiskującego oligarchy.


Ropa w USA, czyli przyszłość świata, czyli proroctwa na nowy rok

Ponoć wszyscy z okazji Nowego Roku składają jakieś obietnice, albo starają się przewidzieć nowy rok. Też chyba tak kiedyś robiłem i może efekty nie były aż takie złe - niektóre rzeczy się sprawdzały. Ale ponoć statystycznie się tak może zdarzyć, więc na ten rok za dużo nie przewiduję.  A raczej przewiduję - że będzie na świecie jeszcze relatywnie spokojnie i bezproblemowo a potem zacznie się zabawa.

To zaczynamy: przypomnę moją wielokrotnie powtarzaną tezę, ze na dłuższą metę fundamentem zamożności społeczeństwa jest dostępność taniej i niezawodnej energii oraz system społeczno – polityczny pozwalający na korzystanie z tego jak najszerszym warstwom społeczeństwa, tworząc stabilną klasę średnią. 
Takie piękne warunki były np. w USA pomiędzy II wś a kryzysem naftowym. Po prawdzie były tak piękne, że jeszcze prawie 40 lat później klasa średnia istniała i miała się dobrze.  Tak ładnie już nie jest. Każdy kto nie jest wspaniale ustawionym oligarchą, albo członkiem wyższej klasy średniej, a ma jakiekolwiek możliwości i odrobinę oleju w głowie, opuszcza ten dawniej piękny kraj, który obecnie zresztą w ilości więźniów prześcignął stalinowski ZSRR. . Z resztą polecam pokaz slajdów pod linkiem...
Nie o więźniach jednak jest mowa, a o znacznie ciekawszej rzeczy. Nie żeby mnie nie obchodziło te 1,5 mln ludzi w łagrach, ale nic z tym nie zrobię, poza dawaniem dobrych rad typu nie jedźcie tam, a jak mieszkacie, to uciekajcie dopóki się da (jak długo się da? Nie wiem, ale spróbuję zgadywać).

Ową znacznie ciekawszą rzeczą jest rewolucja łupkowa a dokładnie reakcje polityków i biznesu na nia. Otóż - piewsza rzecz i nie tak oczywista - gaz łupkowy istnieje. Ropa z łupienia skał też. Ale jest nieprawdopodobnie drogi w produkcji. Na tyle, że można śmiało ogłosić bliski koniec rewolucji gazowej w USA. Dwie największe firmy już się przewróciły, inne pewnie czeka to wkrótce. Co prawda przy zasadach upadłości w USA te firmy nadal będą działać, oddłużone i z nowym startem czyli majątek produkcyjny pozostanie. Nie zmienia to jednak faktu, że przy obecnych cenach gazu produkcja jest zupełnie nieopłacalna i prawdopodobnie już spada. Czyli obecny rok pod znakiem spadającej produkcji i rosnących cen gazu w USA.

W wypadku ropy sprawa jest znacznie poważniejsza i tu USA są, jak zwykle, centrum świata. Należy zacząć od jednej rzeczy - wydobycie ropy konwencjonalnej w USA spada. W dolnych 48 stanach od 1970 roku, na Alasce od 1986. Ten spadek był początkowo rekompensowany spadkiem zużycia (polityka oszczędności i efektywności energetycznej Cartera i symboliczne panele do grzania wody na Białym Domu) a następnie ostentacyjną polityką imperialną na zasadzie nam się należy, bo mamy armię i deindustrializacją zamiast oszczędzania (jak przemysłu nie ma to nie zużywa się zasobów), czego świetnym symbolem jest demontaż tychże paneli z Białego Domu na polecenie Reagana. Więc pod hasłem dolary za ropę a jak nie to wyp*** gospodarka się mogła toczyć następne 20 lat.  Metoda ta jeszcze zupełnie dobrze działała przez te 20 lat - choć osobiście podejrzewam, że solidna część budżetu dyplomacji,  CIA i okolic szła na przekonywanie o wybitnej długoterminowej wartości dolara i jego niezastępowalności w handlu i oszczędzaniu. Ale to znów dygresja. 

Zasoby ropy do złupienia w USA to są głównie pola Eagle Ford (w Teksasie) oraz Bakken (głównie Północna Dakota). Wiele wskazuje na to, że Eagle Ford jest u szczytu wydobycia i wkrótce owo wydobycie zacznie spadać - jako ze to ropa ze skał do szczelinowania, a z tym wiadomo jak jest. Inne szacunki mówią co prawda o kolejnych 6-8 latach, czyli w tym roku się przekonamy. I będzie to BARDZO WAŻNA INFORMACJA. Jeśli wydobycie zacznie spadać, albo tylko znacznie spowolni wzrost - będzie można precyzyjnie określić  czas upadku Stanów Zjednoczonych. Nie przesadzam.

Dotychczasowe doświadczenia pokazują, że zawał ekonomiczno-kredytowy następuje w 3-4 lata po szczycie wydobycia surowców energetycznych, a czas ten może zostać przedłożony wskutek mobilizacji wojennej (dla niedowiarków - szczyt węgla w UK 1913, ropa w ZSRR: 1986,  Argentyna ropa: 1998, Egipt ropa: 2007, itp. - dość przykładów na mocną korelację). Korelacja może zostać zaburzona przez alternatywny rozwój, np. przemysłu o dużej wartości dodanej, restart gospodarki eksportowej przez dewaluację, utrzymanie eksportu kosztem bezkonfliktowego ograniczenia konsumpcji (dość trudna sprawa) - ale to wszystko są wyjątki. W skali USA nierealne. 
Dlaczego czepiam się tego jednego pola naftowego?   Prosta odpowiedź - bo jest najważniejsze :) Po prostu było to pierwsze pole łupienia skał roponośnych na taką skalę. Bakken jest o ok. rok późniejszy w krzywej wydobycia, a pozostałe nie maja znaczenia. Jeśli dowiemy się jak szybko te pola zaczynają się kończyć, dowiemy się kiedy wydobycie w USA zacznie BARDZO SZYBKO spadać, ponieważ skumuluje się efekt wyczerpywania się konwencjonalnych złóż oraz przyspieszony spadek z łupienia. 

Przy okazji należy zdementować jeszcze jedną historyjkę o gigantycznych rezerwach - 3/4 tych rzekomych rezerw jest w basenie Monterey. W Kalifornii. Szczelinowanie jest niebezpieczne dla środowiska, mocno wątpliwe na uskokach tektonicznych oraz wymaga olbrzymich ilości wody. W relatywnie proekologicznie nastawionej Kalifornii, na gigantycznym uskoku tektonicznym i trzeci rok z rzędu pozbawionej dobrych zimowych opadów pozwalających odbudować lodowce i uzbierać wodę dla rolnictwa i ludzi na resztę roku - niemożliwe (właśnie ogłosił gubernator stan klęski suszy..). W stanie, gdzie ludzie potrafili się zebrać i wyrzucić gubernatora. Relatywnie jednym z bardziej demokratycznych w USA. Przed realnym stanem wyjątkowym - można zapomnieć. Dlatego zostaje Eagle Ford i Bakken. Ten drugi zacznie się kończyć ok 1-1,5 roku po pierwszym, 3-4 lata później można się spodziewać już ostatecznego zawału gospodarki USA albo wojny mającej go ukryć. Nic innego raczej już nie zadziała, bo kumulacja spadku ze źródeł tradycyjnych i szczelinowania może osiągnąć łącznie ok 6-9% rocznie. Gospodarka tak uzależniona od ropy nie jest w stanie tego wytrzymać. Po prostu zmniejszanie konsumpcji w takim stopniu z zachowaniem spójności gospodarki i spokoju społecznego jest nierealne (choć to drugie przy 750 więźniach na 100000 mieszkańców już tak).

Istotny tu jest także Meksyk i Kanada. Wielki przegrany i jak na razie wygrany peak oil i zmian klimatu. Wydobycie w Meksyku spada. Szybko. Na tyle, ze rząd dopuszcza obecnie obce firmy naftowe do inwestowania, pomimo tego, że państwowa własność wydobycia ropy jest częścią tożsamości tego kraju. 
Kanada dla odmiany - wydobycie z łupków roponośnych, czyli piasków bitumicznych (nie mylić wzorem Szczęśniaka z ropą z łupków!!!) - pomimo trucia środowiska na potęgę, wydobycie rośnie. Względnie łatwe, bo to po prostu kopalnia odkrywkowa gęstego czegoś, co można hydrokrakingiem zamienić w coś podobnego do ropy naftowej. A potem wywozić pociągami (np. Warren Buffet zakupił w 2009 linie kolejowe obsługujące m.in. ten obszar - to jest umiejętność inwestowania). Tam wydobycie także rośnie i to razem pozwala przejśc do sedna sprawy. Na dziś Ameryka Północna jest gdzieś w okolicach samowystarczalności energetycznej, a propaganda i totumfactwo koncernów energetycznych utrzymuje, że to na stałe, a co najmniej na 2-3 dziesięciolecia. Osobiście w to nie wierzę, stąd te wątpliwości co do Eagle Ford.

Fakt niezależności energetycznej Am. Pół. (albo czegoś dośc blisko tego) oraz wewnętrzne przekonanie o trwałości tego zjawiska, jak też w pełni rozpoznane zagrożenie utraty statusu supermocarstwa i pochodzącej stąd renty druku pieniądza implikuje nam bardzo ciekawą strategię.  Otóż w tym wypadku najlepszą metodą działania w interesie USA i rządzącej oligarchii jest NISZCZENIE azjatyckich i afrykańskich instalacji wydobycia ropy. Po prostu w ten sposób hamują gospodarkę Chin (w nie najbardziej to uderza), Europa ma ropę z Rosji, która to Rosja sobie z różnymi rewolucyjnymi prowokacjami na razie dobrze radzi. Chiny muszą importować droga morską. Starają się z krajów, z którymi zawierają porozumienia handlowe (czytaj chińskie wyroby przemysłowe za surowce, rozliczenia w yuanach) - co jest śmiertelnym zagrożeniem dla USA. Z jednej strony eliminacja dolara, z drugiej wzmacnianie chińskiej gospodarki. Dla drobnego przykładu: kto zwrócił uwagę, że po wybuchu rewolucji w Libii rząd Chin ewakuował tysiące swoich obywateli stamtąd? Sudan Południowy: ponoć został już w całości przez Chińczyków kupiony, aż nagle wybuchła wojna domowa i wydobycia i eksportu brak. Tego się w tym roku spodziewam więcej. Na ogólnoświatowym rynku naftowym ciężko powiedzieć, co gdzie trafia statkami  (bo rurami to łatwiej), więc też trudno powiedzieć kto jest na celowniku. Wiadomo, że Wenezuela, ale w tym wypadku krecia robota w celu destabilizacji kraju trwa od pierwszej elekcji Chaveza. Każdy kraj, który nie pozwala za łatwo zarabiać spekule z Wall Street i ma ropę na eksport, jest zagrożony. W ten sposob Irak, Północna Afryka, Syria, Iran łacza się w logiczną całość. A władze Iranu najwyraźniej dobrze wiedzą w co grają. Na razie najcenniejszy dla nich jest czas. Jeszcze 5 lat w miarę dobrych stosunków z USA i wygrali. Znaczy na tyle dobrych, aby amerykańskich bombowców nie było nad Teheranem. Dobra obrona przeciwlotnicza pomaga w tym wypadku w utrzymaniu dobrych stosunków.

Ale - trochę spekulując - anglosasi maja najlepsza na świecie propagandę. Zanim świat się dowie o skali ich problemów (na razie jeszcze nie wie o braku przemysłu, degradacji gleby  i wyczerpywaniu zasobów naturalnych...) nie jednemu frajerowi się wciśnie dowolna historyjkę, np. aby wywołać piękna mała wojenkę osłabiając dwóch przeciwników i obu stronom sprzedając broń (komuś to przypomina wojnę iracko- irańską?)
Celem jest oczywiście eliminacja zagrożenia ze strony Chin. Obiektywnie najlepiej by to było zrobić połączonymi siłami Rosji i Japonii. Ale to już czysta spekulacja.
Prawdziwe jest wydobycie z Eagle Ford i Bakken. Jeśli wkrótce zacznie spadać - cóż. Drugiego Reagana, który w ciężkiej sytuacji potrafił sprzedać i zniszczyć co naród miał po to, aby przestraszyć na śmierć przeciwników i uzyskać jeszcze chwile iluzji dobrobytu - być nie może. Bo już nie bardzo jest co sprzedawać.  2015 to będzie rok wyborczy - obowiązkowej prosperity, chwile jeszcze podziała - bo inwestycje przedwyborcze też chwilę zadziałają i od 2016 albo drastycznie zwiększone zakupy (ze zmniejszonej własnymi bombardowaniami podaży...) albo zwijamy gospodarkę. Bardzo szybko. 
CDN w postaci opisu konsekwencji dla świata.

Dalej patriotycznie o wiatrakach

Czas rozwinąć poprzedni wpis. Dyskusja rozpoczęła się ostra, nawet czasami zawierająca jakieś merytoryczne argumenty- więc warto przeczytać, bo spór był gorący i do niczego nie prowadził.
W skrócie- część komentatorów, jak zwykle przytoczyła argumenty wprost z działów PR wielkich koncernów energetycznych, w tym jak zwykle Gazpromu, którego dział PR w Polsce, jak wiadomo, nazywa się Ambasada Federacji Rosyjskiej.
Jak wiadomo pozyskiwanie energii z wiatru ma historię liczona w tysiącach lat, prąd trochę krótszą, a fotowoltaika wciąż jest na tyle nowa rzeczą, że korekta w OpenOffice twierdzi, że nie ma takiego słowa. Tak samo w latach 70-tych, przy okazji kryzysów naftowych, co poniektórzy sobie zdali sprawę, że paliwa kopalne nie są dane raz na zawsze i kiedyś nastąpi ich kres, poprzedzony zmniejszającą się dostępnością i chaosem gospodarczym i społecznym z tym związanym.
Wtedy nie bardzo było wiadomo co dokładnie robić i tu zwłaszcza rządy miały różne pomysły. Zaczynając od Brazylii, gdzie program zastąpienia płynnych paliw kopalnych nawet jakoś zadziałał- znaczy etanol z trzciny, po dojrzeniu przemysłu do wydajnej masowej produkcji jest bez żadnych subsydiów konkurencyjny dla benzyny. OK- działa. Biopaliwa gdzie indziej nie sprawdziły się za bardzo. Program zarówno biopaliw, jak też z lat 70- tych system pomocy dla energii wiatrowej i słonecznej w USA okazał się kompletną katastrofą. To jest ocywiście podawane jako sztandarowy przykład nieefektywności ekonomicznej OZE, tylko mało kto zwraca uwagę na szczegóły- w programie wsparcia w USA nie było praktycznie żadnych zachęt ekonomicznych dla obniżania kosztów i zwiększania trwałości sprzętu, a wręcz przeciwnie- dotacje rządowe były naliczane jako procent kosztów. Więc musiało się skończyć jak zwykle. Bandy cwaniaczków stawiały kupy złomu nazywając je elektrowniami wiatrowymi, dostając subsydia niezależnie od ich działania lub nie. Następnie wielkie firmy energetyczne miały świetny przykład, że OZE nie działa i wszyscy byli zadowoleni.
W międzyczasie Duńczycy podeszli do sprawy trochę inaczej. Mając dobre warunki wiatrowe w maleńkim i zamożnym kraju oraz już istniejące inżynierskie doświadczenie w tym- skonstruowali reżim prawny w którym opłacało się budować jak najlepsze, najtańsze i najtrwalsze konstrukcje- bo dochody były zależne od ilości wyprodukowanego prądu. Początkowo, oczywiście był od droższy niż z tradycyjnych źródeł- ale w małym narodzie wielkiego ducha idea niezależności energetycznej (ewentualnie współzależności Skandynawii) przyjęła się szybko.
Część tych pomysłów skopiowali Niemcy, dodawszy trochę od siebie, poprawili co nie działało i mamy dziś ich ustawę o wspieraniu energetyki odnawialnej.
Tu warto najpierw przypomnieć założenia- po pierwsze, obowiązek odbioru zielonej energii przez sieci, po drugie gwarantowana cena, po trzecie- i najważniejsze- ta gwarantowana cena jest ciągle obniżana, a szybkość tej obniżki jest jasno określona, oraz korygowana zależnie od zrealizowania lub nie planu nowych instalacji (tak, państwowego planu, jak z PRL) . Przy okazji- producent dostaje przez dość długi, określony (20 lat, z czego przez pierwsze 5 podwyższona stawka) czas cenę jaka obowiązywała w momencie podłączenia. Dodatkowo koszty energii odnawialnej powyżej cen rynkowych są pokrywane przez specjalną dopłatę do kosztów prądu- teoretycznie obowiązująca wszystkich, w praktyce znaczna część przemysłu jest z niej zwolniona lub ma obniżone stawki.
Skutki nietrudno było przewidzieć. Jak grzyby po deszczu zaczęły rosnąć wiatraki, ale każdy nowy model był wydajniejszy i trwalszy. Producenci musieli sporo inwestować w badania, co oczywiście wpływało na ceny. Co zdolniejsi biznesowo oczywiście stare modele sprzedawali do koloni, zapewne stąd się wzięły komentarze o strasznej awaryjności i wysokich kosztach eksploatacji wiatraków w Polsce. Cóż- ja o tym akurat miałem mniejsze pojęcie, bo moje kontakty z tym przemysłem dotyczyły raczej pierwszego świata.
Tak czy inaczej- ceny wiatraków, ich wydajność i niezawodność są już na tyle atrakcyjne, że dzisiejsze stawki dla elektrowni wiatrowych są poniżej przeciętnej hurtowej ceny prądu (nie przez pierwsze 5 lat). To zupełnie realnie oznacza, że energetyka wiatrowa po prostu jest opłacalna- ale jest problem, wiatr wieje kiedy chce, nadmiar wiatraków powoduje chwilowe nadmiary mocy i spadki cen, jeśli energia odnawialna nie ma priorytetu- to zarządcom sieci się znacznie bardziej opłaca kupować droższy prąd z elektrowni cieplnej (zwłaszcza, jeśli sami są jej właścicielami...), a przy skumulowanej produkcji z wiatru cena zawsze będzie niższa niż przeciętna- krótko mówiąc matolstwo neoliberalne ma rację- bez państwowej interwencji wiatraki się nie opłacają, pomimo że energia wiatrowa już jest tańsza.
Relatywnie podobnie ma się sytuacja z fotowoltaiką, tylko tu zmiana sytuacji była znacznie szybsza i bardziej dramatyczna.
Do niemieckiej ustawy wprowadzono feed-in-tarrif dla fotowoltaiki w 2004 r., co było nieco krytykowane, ponieważ ceny paneli były w owym czasie dość wygórowane, i pomysł zasilania sieci w ten sposób wydawał się ekonomicznym absurdem. Cóż- można powiedzieć, że sceptycy się mylili i relatywnie masowy rynek, jaki powstał dzięki tym regulacjom- najpierw usprawnił zwykły montaż, wykształcił odpowiednią kadrę techników, umasowił produkcję całej okolicznej gadżetologii (inwertery, mocowania, itp.) a następnie spowodował gigantyczne inwestycje w produkcję samych ogniw, co przez przypadek nałozyło się czasem z załamaniem kredytowym i na początku 2009 roku cena czystego krzemu spadła z okolic 300 dolarów do 20-30 za kg, za tym poszła odpowiednia obniżka cen paneli- zwłaszcza, że trwało pięknie załamanie kredytowe i rynek USA implodował. Wynik- nagle (prawie z dnia na dzień) cena paneli fotowoltaicznych spadła kilkukrotnie- a regulacje pozostały... Kto się w tym czasie załapał na zbudowanie instalacji na domu, szopie, fabryce, niezależnej, gdziekolwiek- dziś ma prawie za nic ładny strumień gotówki. I właśnie z tego okresu- fotowoltaiki w 2009-10 pochodzi olbrzymia część dopłat o energii odnawialnej w rachunkach Niemców. Dość szybko w awaryjnym trybie drakońsko obniżono te dopłaty- po prostu dostosowano je do nowej sytuacji rynkowej, a boom nadal sobie spokojnie trwał- tylko tym razem zyski były po prostu uczciwe. Po dalszych, już regularnych obniżkach, obecnie gwarantowana cena dla PV jest, dla każdej wielkości instalacji, niższa niż detaliczna cena prądu- wynosi od 10 do 14 eurocentów/kWh. Opłaca się sprzedawać, ale mając swój już nie opłaca się kupować od zakładów energetycznych. I jakoś nadal się instaluje- i to ilości, które jeszcze kilka lat temu wydawałyby się nieprawdopodobne. Na tym wszystkim zyskała klasa średnia- mając sposób na zainwestowanie taniego w czasach bańki na nieruchomościach pieniądza- co zresztą, moim zdaniem, w części uratowało niemiecki rynek nieruchomości od bańki- gorący pieniądz poszedł w wiatraki i PV, które cały czas przynoszą zyski- w oczywistym przeciwieństwie do przepłaconych „apartamentów”. Zyskał przemysł- tani prąd to oczywisty napęd przemysłu ciężkiego- to w Niemczech działają pełną para huty, odlewnie, walcownie, zautomatyzowane linie produkcyjne, co wymaga energii i taniego transportu (chyba nie wspomniałem, że koleje też płaca symboliczną dopłatę do zielonego prądu, co oznacza bardzo tani prąd, co oznacza śmiesznie tani transport- i kosztami produkcji jakoś z Niemcami prawie nie sposób konkurować. No, chyba, że mówimy o pracochłonnym montażu- wtedy należy to zlecić w koloni, murzyni za miskę kartofli poprzykręcają śrubki.
A tymczasem- dopóki należało gdzieś opchnąć starsze modele wiatraków i ewentualnie drogie panele jakoś się je bardzo chętnie promowało nawet w różnych dziwnych krajach. Dziś, kiedy jest to dojrzała technologia, dająca realną przewagę w konkurencji międzynarodowej- oczywiście w Polsce pojawia się nowa ustawa o OZE, która efektywnie uniemożliwia cokolwiek. Co zapewne wielkim krytykom OZE powinno się znakomicie podobać- a dodawszy, że zwykle to w pierwszym rzędzie wielkie koncerny od energii elektrycznej i gazu- listę zadowolonych znamy.

American Task Force Argentina


Pod tą piękna nazwą się ukrywa organizacja lobbystyczna w USA dzielne wspomagająca niejakiego Paula Singera. Jest to bardzo interesująca postać, a przyglądanie się działaniom tej persony może powiedzieć bardzo wiele o dzisiejszym świecie.
Otóż- zaczynając sprawę od końca- obecnie sobie stoi w porcie w Ghanie szkolny żaglowiec i jednocześnie flagowy okręt Marynarki Wojennej Argentyny. Stoi, bo został aresztowany zarządzeniem lokalnego sądu. Zgodnie ze zwyczajami międzynarodowymi to absolutnie nie mogło nastąpić- możliwe jest co najwyżej internowanie okrętu państwa biorącego udział w wojnie (ale to chyba nieaktualne, bo wojen już nie ma- są przecież tylko „operacje pokojowe”, za które można zresztą dostać nagrodę kuchenną pokojową). Ale Paul Singer nie takie rzeczy potrafi załatwić- okręt aresztowany i domaga się okupu w wysokości 20 mln dolarów za wypuszczenie go. Teoretycznie jest wierzycielem rządu Argentyny i nawet ma na to wyrok- co prawda tylko sądu w USA, którego nie bardzo chciały uznać sądy w jakiekolwiek innych państwach (poza Ghaną....). Kiedyś coś takiego się nazywało piractwem, ale nie czepiajmy się jakiś anachronicznych określeń.
A zresztą pochodzenie tej wierzytelności jest ciekawe- są to obligacje sprzed 2002 roku, których nie przedstawiono do restrukturyzacji, o wartości nominalnej 600 mln dolarów, mniej więcej tyle by zresztą rząd Argentyny zapłacił, gdyby przedstawiono je w terminie, za to wyrok opiewa na bodajże 3,5 mld dolarów- można więc trochę zainwestować w dobrych adwokatów w Ghanie. W takiej sytuacji przestaje dziwić, że generalnie w krajach, w których sędziowie posiadają jakieś resztki niezależności i przyzwoitości wyroki amerykańskich sądów co do zasady uznawane nie są. Co do niezależności i przyzwoitości np. polskich sądów można dyskutować (choć ja nie mam na to ochoty, bo je znam....) , ale nawet one zanim uznają jakikolwiek wyrok z USA, zazwyczaj faktycznie przeprowadzają nowe postępowanie dowodowe- co w wypadku sądów z zachodniej Europy naprawdę nie jest konieczne.
Tak naprawdę to interesujące są inne przykłady działalności Singera i towarzystwa- sponsorowanie dziennikarzy przygotowujących negatywne relacje o ruchu Occupy Wall Street, jak też bardzo duże dotacje dla Partii Republikańskiej, a zwłaszcza obecnie kandydującego kolegi po fachu.
Cóż- wpływów politycznych, a też medialnych odmówić mu nie można. I tu można przejść do tytułu- jedna z organizacji w jakiś sposób z nim powiązana właśnie się nazywa American Task Force Argentina. Jej, jak najbardziej statutowym celem jest wpływanie na klasę polityczną i opinie publiczną USA w celu podjęcia działań zmierzających do spłaty długów Argentyny. Długi te co prawda wynikają z posiadanego przez fundusz zarządzany przez Singera wyroku (ok- tylko w 80%, ale resztę rząd Argentyny chce zapłacić). Swoją drogą te sumy też nie są takie pewne, bo dla odmiany ATFA na swoje stronie twierdzi, że wierzyciele mają dostać 30 mld dolarów, ale to pewnie tylko takie targowanie w starozakonnym stylu. To co jest naprawdę interesujące- to zestaw najnowszych wiadomości o Argentynie z ich strony. Jak najbardziej i dokładnie odpowiadają one wersji „Argentyna jest bankrutem, w którym wszystko się zaraz zawali, najniebezpieczniejszym krajem świata, pogrążonym w ciągłym kryzysie”. Jak wielokrotnie pisałem- cała ta wersja to jest wierutna bzdura, ale nawet mieszkając w Argentynie ale czerpiąc wiedzę o świecie z lokalnych mediów powiązanych z międzynarodowymi koncernami- słyszy się tą sama wersję.
Za to w drobnej zakładce na ej samej stronie można znaleźć informację- która już w mediach się nie pojawia- że rząd Argentyny posiada skromne 50 mld dolarów rezerw i mógłby od razu spłacić wszystkie „długi”, tylko „komuniści” nie mają takiego zamiaru.
Tak z grubsza rzecz biorąc wygląda sytuacja zadłużenia rządu Argentyny oraz rzetelności mediów. Można ją, z odrobiną literackie przesady opisać jako wojnę Argentyny z Wall Street- i zupełnie już serio- każdy kraj, który będzie się chciał uniezależnić od banksterki musi przejść przez to samo. Tu można powiedzieć dokładnie to samo o Polsce. Może nie dokładnie, bo w 2001 prezydent De La Rua miał do dyspozycji śmigłowiec do ewakuacji kiedy naród się pojawił pod pałacem prezydenckim, a Donald Tusk woli trenować biegi na dystansie z Kancelarii Premiera do Okęcia, ale znów się czepiam szczegółów, zresztą brak zaufania do pojazdów powietrznych Rzeczypospolitej wydaje się całkowicie uzasadniony....
Tak, czy inaczej- informacja zupełnie jasna- każdy kraj, który spróbuje przestać płacić stosowny haracz banksterom, będzie miał do czynienia z Singerami tego świata- a ich bardziej stać na dobrych prawników i dziennikarzy. Czyli, w obecnej sytuacji, przed Polską rysuje się prosta perspektywa- albo płacić dalej, albo stanąć razem za rządem narodowym, nie przejmując się mediami, „opinią światową”, „rynkami finansowymi” i mieć bardzo złe relacje z USA. Innego wyboru nie ma i można to „przyjąć na klatę”, albo płakać jaki świat jest niesprawiedliwy, bo banksterzy sobie drukują dolary, a ja nie mogę.

Trudna przeszłość

Widzę na każdym kroku wiele analogii pomiędzy Polską a Argentyną. Istotna część podobieństw, jak mi się wydaje wynika z dość zbliżonej wielkości populacji obydwu tych krajów. Zwyczajnie oba te kraje są wystarczają duże, aby mieć pewne ambicje bycia regionalnym mocarstwem- przez co mogą nieco psuć plany mocarstwom globalnym, a jednocześnie za małe, aby tym globalnym mocarstwom się skutecznie oprzeć. Duma narodowa jednocześnie nie pozwala na bierne uznanie podległości przez społeczeństwo- i tak jak Polacy słynęli ze swej „miłości” do Związku Radzieckiego, takie też nastawienie mają nadal Argentyńczycy do USA (mają nadal, bo USA jeszcze istnieje).
Dla zrozumienia skąd to się wzięło, dzisiejszej Argentyny i, w dużej części, także dzisiejszego świata i kryzysu, trzeba trochę się wrócić do historii.
Otóż w 1943 r. wypływa na szerokie wody Juan Peron, będąc jednym z autorów zamachu stanu, w 1945 roku staje się przywódcą rządzącej junty wojskowej, a w 1946 wygrywa (jak najbardziej uczciwe) wybory prezydenckie. Pewien udział w tym zwycięstwie miał ówczesny ambasador USA w Argentynie, który otwarcie włączył się do kampanii po stronie jego przeciwnika- dla Argentyńczyków to już było za dużo. Wcześniej już też miał spore problemy z administracją USA- do oskarżeń o nazizm włącznie (coś jak dziś o wspieranie terroryzmu i posiadanie broni masowego rażenia- dość niebezpieczne), więc czujnie przyłączył się do II w.ś. po stronie aliantów . Dla zyskania przyjaźni USA to i tak nie wystarczyło.
Generalnie- miał czym się narazić USA. Otóż pozostając przy temacie- drobna dygresja- pod koniec II w.ś. zarówno sowieci, jak też amerykanie starali się wyłapać jak najwięcej niemieckich naukowców i zdobyć planów- zwłaszcza tam, gdzie niemiecka nauka miała największą przewagę- w technologiach silników odrzutowych i rakietowych, konstrukcjach rakiet i samolotów (oczywiście następnie naukowcy nie mogli zbyt łatwo opuścić swoich nowych „ojczyzn”, lecz życie mieli zapewnione relatywnie dobre). Szczęściarze, którzy nie dali się złapać- byli mocno namawiani do osiedlenia się w Argentynie. Całkiem wielu skorzystało z bardzo hojnych propozycji, zresztą nie tylko Niemców, ale też np. Polaków, którzy nie mieli co ze sobą zrobić po wojnie.
W ten sposób, w latach 1946-53 stworzono prawie od zera przemysł lotniczy (trzeci na świecie myśliwiec odrzutowy II generacji- zaraz po ZSRR i USA!), rozpoczęto program kosmiczny (właśnie tak!!) i parę innych drobiazgów z okolic najnowocześniejszych ówczesnych technologii, choć oczywiście była to tylko część ogólnej industrializacji kraju- główną linią polityki był import technologii i możliwość jej dalszego rozwoju w kraju.
Oczywiście to się nie mogło podobać pewnemu mocarstwu z północnej Ameryki. Najpierw, jako jeden z warunków pomocy Europie w ramach Planu Marshala, USA zabroniły z tych srodków kupować jakiekolwiek produkty argentyńskie. Jako, że Europa aż do końca XX w. stanowiła główny rynek eksportowy dla Argentyny, było to bardzo mocne uderzenie ekonomiczne w podstawy argentyńskiej gospodarki. Peron, jako całkiem sprawny polityk, potrafił znaleźć wyjście nawet z takiej sytuacji- podpisał umowę handlową z ZSRR i eksport argentyńskiego zboża mógł znów iść pełną parą. Ale tym razem USA mogły go nazywać już nie tylko nazistą, ale też komunistą. Kolejne wygrane przez Perona wybory przebrały miarkę- jedakże dało się coś zrobić- w 1953 nastąpił wojskowy zamach stanu, co do którego nikt nie miał wątpliwości co do „sił sprawczych”. O poziomie desperacji zamachowców świadczyć może jego przebieg- po rozpoczęciu buntu armii, kiedy sytacja jeszcze nie była zdecydowana, ani w jedną, ani w drugą stronę, przed pałacem prezydenckim zebrał się tłum poparcia dla prezydenta. Jednostki lądowe w stolicy pozostały lojalne wobec rządu (czy junta z jakichś innych powodów nie mogła ich użyć), więc użyto samolotów i po prostu zbombardowano tłum. Ponad 300 ofiar śmiertelnych i około 2 tys. rannych. Peron ustąpił i schronił się w ambasadzie Paragwaju, którego władze następnie pomogły mu opuścić Argentynę.
Nowy rząd wojskowy natychmiast wstrzymał program rozwoju przemysłu opartego na krajowej technologii- w szczególności odrzutowy myśliwiec powędrował do muzeum, przystąpiono do IMF i Banku Światowego i rozpoczęły zaciąganie pożyczek.
Wbrew pozorom, nastawienia ulicy w ten sposób nie kupili- wojskowi ogłosili wybory do konstytuanty, Peron zza granicy zaapelował o oddawanie nieważnych głosów. Głosów nieważnych oddano najwięcej. Za to wybrani deputowani zachowali się jeszcze zabawniej- większość po prostu się nie pojawiała i nie udało się nigdy zebrać quorum dla ważności obrad. Kolejnym drobiazgiem działalności junty było dokładne skłócenie się z większością sąsiadów.
Wiele lat minęło, Peron wrócił do Argentyny, z łatwością wygrał wybory i całkiem sprawnie przeprowadził kraj przez pierwszy kryzys naftowy, jednakże zwyczajnie zmarł w trakcie kolejnej kadencji, władzę przejęła wdowa po nim, dotychczasowa wiceprezydent. I nastąpił kolejny wojskowy zamach stanu- dokładnie powtórka z rozrywki, choć tym razem wiadomo dość oficjalnie, że wszyscy przywódcy junty byli szkoleni przez CIA. Rozpoczęła się znów polityka zadłużania, deindustrializacji i skłócania z sąsiadami- włącznie z odwołaną na kilka godzin przed rozpoczęciem agresją na Chile w 79 i późniejsza, równie głupią, wojną z Wielką Brytanią. I to wszystko w wykonaniu jednej z najkrwawszych dyktatur w Ameryce Południowej.
Czy ktoś jeszcze może mieć wątpliwości jak postrzegany jest tutaj rząd USA? I przyznam, że w miarę jak doceniam Argentynę i życie tutaj, zaczynam też kibicować kolejnym etapom upadku USA. Stany Zjednoczone zresztą w błyskawicznym tempie tracą wpływy w tej części świata i, na szczęście, wygląda na to, że bezpowrotnie.
Dla przykładu- krok po kroku dolary USA znikają z poszczególnych segmentów gospodarki Argentyny. Zadłużenia zagranicznego praktycznie nie ma, większość handlu zagranicznego się odbywa z pominięciem dolara (umowy swap z Brazylią i Chinami), a obecnie wprowadzono dość drastyczne utrudnienia w nabywaniu i transferze przez granicę dolarów (które mi osobiście trochę, naprawdę nieznacznie, utrudniły życie- ale jako politykę państwową popieram w całości).
Więc polityka peronizmu (tak nawet oficjalnie określa swoją ideologię partia rządząca) odniosła zwycięstwo zza grobu.
A o prawdziwym obecnym układzie sił politycznych i gospodarczych świadczą 3 tegoroczne zdarzenia:
Z początkiem tego roku La Presidenta odtajniła dokumenty Batalionu 601. Była to jednostka wywiadu, odpowiedzialna za tortury i morderstwa w trakcie dyktatury wojskowej, w całości stworzona i wyszkolona przez CIA. Dokumentacja jest już u sędziego śledczego i zapewne sprawa się zakończy licznymi wieloletnimi wyrokami. Delikatnie mówiąc to nie wpłynie na poprawę stosunków.
Po drugie- komu na niej zależy to zależy- to Obama na ostatnim szczycie G20 prosił La Presidentę o audencję, w trakcie której chciał zapewne wspadrcia w utrzymaniu systemu bankowego i dolara jako waluty rezerwowej. Zaraz po jej powrocie ze szczytu rząd wprowadził drastyczne ograniczenia w możliwości zakupu i transferu dolarów.
Ale to i tak nie ma znaczenia- rząd amerykański nie ma nie tylko pieniędzy ale także niektórych potrzebnych mu technologii- np. potrzebuje czasem wysłać na orbitę jakiegoś satelitę i po wycofaniu promów kosmicznych nie bardzo ma czym. A tak się składa, że rozpoczęty przez Perona program kosmiczny ma się zupełnie dobrze i ostatnio w lipcu, z argentyńskiego kosmodromu, rakietą zaprojektowaną i zbudowaną w Argentynie wysłano na orbitę satelitę USA.
A ludzie tutaj zapewne za niezbyt długi czas zrezygnują z dolarów- samochody się już sprzedaje za peso, a oszczędności ludzie zaczynają odkładać w złocie. Już tylko nieruchomości są wyceniane w dolarach.