Ostatnio stałem się tu nieco monotematyczny i zapewne czytelnicy przyzwyczajeni do zwykłego zakresu tematów i odjechanych teorii mogą się poczuć nieco znużeni tą ciągłą gadką o energii. Cóż począć, skoro głównie się drążeniem w tym temacie własnie zajmuję, praktycznie full-time.
Rozwiązaniem, mam nadzieję rozsądnym, stało się założenie drugiego bloga, który będzie się rządził nieco innymi zasadami. Nowy blog to jest dokładna koncentracja na technologiach i schematach organizacyjnych pozwalających kwitnąć cywilizacji bez paliw kopalnych. Tutaj, pozostanie jak uprzednio, skrajnie liberalna polityka komentarzy.
Na nowym blogu nie będzie miejsca dla komentarzy wskazujących na brak elementarnej wiedzy o świecie lub rozumienia podstawowych zależności fizycznych. Zwłaszcza, że mam zamiar nieco tych podstawowych zależności wyjaśnić.
Nie rozpisując się za długo, odsyłam do wstępniaka na nowym blogu, tu zostaję przy filozofowaniu, tam odsyłam zainteresowanych, w szczególności zapraszając komentatorów, którzy brali udział w ostatnich dyskusjach o energii.
a to adres http://rewolucjaenergetyczna.wordpress.com/
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą agepo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą agepo. Pokaż wszystkie posty
Peak Oil- jak uratować siebie i świat?
Długoletni czytelnicy tego bloga widza, że moje poglądy ewoluują. W niektórych miejscach to jest zmiana o 180 stopni. Ja z tym nie mam problemów, tak samo jak z przyznaniem, że wcześniej się myliłem.
Tak właśnie częściowo się myliłem w sprawie Peak Oil.
Peak Oil istnieje, ma się dobrze i wszystko wskazuje, że jesteśmy na szczycie. A tak dokładniej, jeśli cześć oficjalnych danych uznać za skręcone (zgodnie z zdrowym rozsądkiem), to już poza szczytem. Precyzując tą moja opinie: peak oil minął i ropy w skali globalnej będzie już tylko mniej. Teoretycznie, czy według wczorajszej wiedzy, powinno to oznaczać stały i postępujący kryzys. Kryzys spowodowany zależnością produkcji przemysłowej i komfortu oraz obiegu pieniądza od ilości zużywanej energii. Są nawet specjalne wyliczenia, itd. Tylko to wszystko to nie koniec. Co jeśli zaczniemy zmniejszać ilość zużywanej energii utrzymując ten sam poziom życia? Jeśli utrzymamy własną produktywność, realnie nasz komfort wzrośnie.
Wyjaśnijmy przykładem ten nieco teoretyczny wywód. Mieszkamy sobie w domu, którego koszty ogrzewania to 15% naszego dochodu. Nagle z nieba spada nam styropian, który sam się przykleja wszędzie, gdzie należy, i koszt ogrzewania spada do 5% tego samego dochodu. Nagle zostaje 10% dyspozycyjnego dochodu, aby się wybrać z przyjaciółmi do restauracji, albo też zainwestować w następne oszczędności energii.
Oczywiście styropian to przykład trywialny, choć o tyle dobry, że do jego wyprodukowania najpierw potrzeba paliw kopalnych. Realnie, przy stałym wydobyciu, aby tego styropianu przybyło, ktoś tej ropy z której go zrobiono nie spalił w samochodzie. Klasyczny dylemat konsumpcja a inwestycje - tylko warto go odnieść też do zasobów surowców energetycznych. Tu nie wszystko reguluje cena. Jak zaczyna być na tyle wysoka, że ogranicza konsumpcję, to i na inwestycje jest za późno, bo nadwyżki do inwestowania już przejedzono.
Tyle, że fakt zmniejszania się zasobów do konsumpcji nie oznacza jeszcze, że cywilizacja koniecznie musi się zawalić. Owszem, przy bussines as usual w końcu musi. Alternatywą jest plan utrzymania poziomu życia przy spadającej ilości dostępnych paliw kopalnych. Jakiś czas temu byłem przekonany, ze to jest niemożliwe, że cywilizacja przemysłowa musi się zawalić, a ludzkość zejść do poziomu co najwyżej średniowiecza.
Podjęty przeze mnie wysiłek i w jego następstwie zgromadzona wiedza uzasadniają jej przekazanie, choć jest tego wszystkiego zdecydowanie za dużo jak na wpisy blogowe. Zapewne skończy się to wydaniem książki (której jeden z rozdziałów przedstawiłem chwilę temu) ale nie mam jeszcze dokładnie sprecyzowanej koncepcji, stąd wszelkie uwagi mile widziane.
Po dłuższym poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie o konieczność upadku cywilizacji wskutek peak oil - wiem. To nie jest prawda. Jest absolutnie możliwym utrzymanie poziomu życia cywilizacji przemysłowej i rezygnacja z paliw kopalnych. Co więcej, kraj, który robi to chociażby szybciej niż inne, a jeszcze lepiej - szybciej niż następuje spadek wydobycia, zyskuje ogromnie na konkurencyjności międzynarodowej, a co za tym idzie poziomie życia jego mieszkańców. Co więcej z tej samej ilości coraz trudniej dostępnych paliw powstaje więcej pożytecznych rzeczy, niż ma to miejsce w gospodarce uzależnionej od ropy w celu przeżycia.
Jakimś poziomem optymizmu napawają mnie okoliczności, których jestem dość mocno pewien:
1. Istotne (rzędu 5-15%) oszczędności paliw kopalnych można osiągnąć za pomocą działań o charakterze organizacyjnym przy bardzo małych inwestycjach - jak np. lepsza organizacja transportu publicznego, do stopnia szybkości przemieszczania się i komfortu zbliżonego do samochodu.
2. Dzięki oszczędnościom i wykorzystaniu energii odnawialnej można zużycie paliw kopalnych ograniczyć o ok. 50% bez żadnych znaczących zmian infrastruktury i stylu życia (z wyjątkiem korzystania w miastach zasadniczo z komunikacji publicznej i większego udziału rowerów - tam gdzie będzie to atrakcyjniejsze i sensowniejsze od samochodu, z mocnym nakłanianiem i ułatwieniami, ale bez przymusu).
3. Z istotnymi zmianami (eliminacja pojazdów spalinowych wszędzie gdzie to jest technicznie możliwe, zmienne ceny prądu w zależności od produkcji z OZE, międzysezonowe magazynowanie ciepła do ogrzewania, itp.) możliwa jest redukcja zużycia paliw płynnych, gazu i węgla do ok. 10% dzisiejszego zużycia, a tak niewielką ilość już można zastąpić odpowiednikami z rolnictwa i odpadków, czyli całkowitą eliminacją paliw kopalnych. Jeśli dzisiejsze technologie i rozwiązania organizacyjne nie wystarczą, jest kilka innych na etapie gotowych projektów, prototypów, albo zaawansowanych badań, które śmiało pozwolą także na likwidację resztki użycia paliw płynnych (bo one są także w wersji bio - najdroższe i najtrudniejsze do otrzymania).
4. Każda oszczędność czy substytucja daje natychmiastowy efekt dla całej gospodarki, zmniejszając nakład energii kopalnej na jednostkę wyprodukowanych dóbr, utrzymanie rodziny czy PKB. Także natychmiastowo poprawia bilans handlowy i umożliwia zwiększenie inwestycji przez zmniejszenie bieżących wydatków. Od razu. Tak samo jak w naszym przykładzie ze styropianem- jeśli to dom w Polsce ogrzewany gazem, to różnica jego zużycia stanowi od razu różnicę w imporcie gazu z Rosji.
Podkreślę jeszcze raz. To co napisałem powyżej jest możliwe przy zastosowaniu już dziś wdrożonych technologii, bez żadnego wielkiego eksperymentowania, z czego pierwszy etap bez wielkich nakładów pieniężnych i materiałowych (ale trzeba by myśleć, a to może boleć i współpracować, co w PL prawie niemożliwe). Drugi etap wymaga już pieniędzy i czasu, ale i jedno i drugie w racjonalnych granicach i możliwych dla kraju o średnich dochodach. Trzeci to dopiero zaczynają być potężne inwestycje dla relatywnie niewielkich zysków, ale także racjonalnie prowadzone, mogą być opłacalne ekonomicznie już dziś.
Co więcej, energetyka atomowa nie wchodzi do zestawu dostępnych na dziś technologii (dla Polski przynajmniej). Proste- nie ma, na dziś, ŻADNEGO dostępnego i sprawdzonego w działaniu projektu elektrowni atomowej możliwego do wybudowania w Europie. Nie ma. Jedynym mogącym spełniać obecne normy jest EPR, którego nie udało się zbudować ani jednego działającego egzemplarza.
Ale do warunków, kiedy energetyka atomowa może mieć jakieś ochłapy sensowności przejdę w następnym wpisie, zasadniczo już napisanym.
Historia jednego obrazka
Dziś znowu wpis z obrazkiem. Jak wiadomo kolorowe obrazki poprawiają nastrój. Naukowe badania dowodzą, że najbardziej poprawiają nastrój obrazki starych mistrzów, ale tylko gdy akurat jesteśmy ich właścicielami. Tak dobrze nie ma. Ja co najwyżej mogę się przejść do Museo Nacional de Bellas Artes, gdzie jedna sala by spokojnie wystarczyła na drastyczne podniesienie poziomu wszystkich muzeów sztuki w Polsce. Ale uczucie poprawiania nastroju przez własność takich obrazków nie jest mi znane, niestety...
W związku z tym mam dla czytelników obrazek. Może nie taki piękny, ale cholernie ciekawy. Zapewniam, że na wpatrywaniu się w niego i zastanawianiu spędziłem prawie tyle czasu, co wśród impresjonistów w MNBA.
Opis tym razem po angielsku, więc oszczędzę dalszych wyjaśnień. Dla ostatnich sceptyków znaczenia energetyki wiatrowej i słonecznej w Niemczech: na wykresie ilość prądu z OZE jest, delikatnie mówiąc, dość dobrze widoczna. Tak samo widoczne jest regulacyjne znaczenie elektrownie węglowych. I bez problemu możliwości regulacyjne nowoczesnej energetyki węglowej, czyli jej dobra współpraca z OZE. Tak samo widać, jak zwykle zresztą, ciągłą prace elektrowni atomowych i konieczność także w tym wypadku zmniejszania mocy w nocy z soboty na niedzielę. Widać też wyraźnie, że energetyka słoneczna i wiatrowa znakomicie się uzupełniają, w warunkach dobrego nasłonecznienia wiatr jest zwykle bardzo slaby, a nabiera siły w nocy. To jest wykres z jednego tygodnia, ale znakomicie się także uzupełnia między sezonami: jesienią i zimą są znacznie lepsze wiatry, a brakująca regulacja mocy jest dostarczana przez elektrownie wodne, których w Niemczech jest żałośnie mało (w stosunku do całości mocy wyraźnie mniej niż w Polsce!!!), a i tak całkiem sprawnie ta ilość działa w celu chwilowej regulacji mocy.
Jak kilkukrotnie wspominałem, w normalnych warunkach elektrownie są załączane w określonym porządku - zgodnie z niemieckimi regulacjami- najpierw sieć przyjmuje wszystko co wyprodukowano z OZE, potem reszta zapotrzebowania jest pokrywana według zadeklarowanej przez elektrownię oferowanej ceny. Stąd zawsze najniższą cenę proponują atomowe, bo jak pisałem w poprzednim wpisie, regulowanie mocy jest w praktyce niezwykle kosztowne i znacznie droższe niż produkcja pełną parą cały czas. Kolejno potem jest to węgiel brunatny, węgiel kamienny, a gazowe przed rewolucją energetyczną były uruchamiane w godzinach, ewentualnie dniach szczytowego zapotrzebowania. Od pewnego czasu są uruchamiane coraz rzadziej, stąd ich rosnąca nieopłacalność i stąd cały spadek zapotrzebowania w Niemczech na rosyjski gaz.
Na tym przykładowym obrazku widać już jak na dłoni wszystkie trendy, które opisywałem wcześniej. Ten system będzie wymagał zmian w wypadku biomasy, która obecnie produkuje cały czas, a w przyszłości będzie uzupełnieniem w okresach dużego zapotrzebowania i małej produkcji prądu z wiatru i słońca. Ale to na dziś nieistotne. Można zobaczyć, kto nie widział pełnego sprawozdania chwilę wcześniej, jak bardzo OZE się wgryzają w tradycyjną energetykę. Też patrząc na ten wykres 2 lata temu produkcja prądu z węgla brunatnego była praktycznie stała, jak z atomu, a energii z węgla kamiennego nieco się zmieniała miedzy sezonami. Poszczególne szczyty zapotrzebowania były załatwiane gazem. Do 50 GW energia była załatwiana atomem, węglem brunatnym i częściowo kamiennym.
Na powyższym wykresie produkcja pomiędzy 50 a 70 GW kilka lat temu była załatwiana gazem. To, jak widać jest przeszłością. Produkcja energii elektrycznej z gazu w Niemczech jest w kompletnym zaniku. To już nawet nie jest zmniejszanie. To po prostu zanik. Ta tendencja przebiega zresztą w takim tempie, że mnie, dużego fana Energiewende, kompletnie zaskakuje. Zainstalowana moc elektrowni gazowych w Niemczech to jest 23,7 GW. Jak widać w ubiegłym tygodniu nie zdarzyło się załączyć więcej niż 8,7, a łączna produkcja to 700 GWh. Daje to „imponujący” capacity factor na poziomie 17 %, mniej - więcej trzykrotnie mniej, niż projektowany w biznesplanie czas pracy. I oczywiście, zostało spalone trzykrotnie mniej gazu, niż miało to miejsce przed rewolucją energetyczną. Zastanawiające jest tylko to, że produkcja nie spadała poniżej 3,1 GW pomimo niewykorzystanych mocy węglowych - to zapewne jest kolejny objaw słabości sieci przesyłowych. To zresztą burzy jeszcze jeden mit propagandzistów wielkiej energetyki i przeciwników OZE. Mit brzmi - aby zapewnić sprawne zaopatrzenie w energię z wykorzystaniem OZE potrzeba moc światła i wiatru zdublować turbinami gazowymi. Jak widać na załączonym obrazku, właśnie te turbiny gazowe są najmniej potrzebne, a elektrownie węglowe sobie z tym radzą wystarczająco dobrze.
Następne informacje z ostatniego tygodnia. Elektrownię węglową w Luenen wyłączono na weekend. Po prostu, w związku z prognozą dobrego wiatru (widocznego na obrazku) nie opłacało się nawet trzymać w ruchu elektrowni o fantastycznej (serio) sprawności 46%.
Poza tym przypominam, że w przeciwieństwie do gazowych i atomowych, elektrownie słoneczne i wiatrowe są w Niemczech cały czas budowane i to w stachanowskim tempie. Trochę węglowych także, planowanych w związku z wyłączeniem atomu, ale atom jest sprawnie zastępowany przez OZE, więc prawdopodobnie z wybudowaniem nowych zostanie wyłączona istotna część starych węglówek.
Ale wracając do wywodu. Obrazek ten i obłędne tempo w jakim się stawia nowe moce OZE, pozwala mocno przypuszczać, że już tego lata sytuacja będzie bardzo zabawna. Przewiduję, że w letnie weekendy zupełna normą będzie zaspokajanie większości dziennego popytu przez elektrownie słoneczne, co będzie się łączyć z wyłączaniem istotnej części tych na węgiel kamienny i skręcaniem atomówek. O włączaniu gazowych jako ogólnego zapotrzebowania nie warto nawet wspominać....
A jeszcze zabawniejsze jest to, że program produkcji biogazu i biometanu solidnie ruszył z miejsca. Drobna dygresja - biogaz to to, co wydostaje się z reaktora (czyli realnie odpowiednika zamkniętego zbiornika na kompost), 50-65% metanu, poza tym CO, CO2, H2S, i ewentualnie inne. Biometan to biogaz oczyszczony do poziomu 98-99% metanu i jako taki wtłaczany do sieci gazowej. Także zaczynają to być przemysłowo istotne ilości. Tu się przyznam, nie liczyłem dokładnej struktury produkcji i zużycia gazu w Niemczech, bo nie do końca mnie to interesowało. W obecnych badaniach skupiam się na najlepszych światowych wzorcach, a Niemcy są dobrzy tylko w energetyce i recyclingu.
Gdyby tak dobre rozwiązania też wdrożyli w organizacji ogrzewania, to zapewne w ciągu kilku - kilkunastu lat mogliby stać się EKSPORTEREM netto gazu - jakkolwiek fantastycznie by to nie brzmiało. Już dziś opłaca się budować elektrolizery uruchamiane w okresach najtańszego prądu i dodające wodór do sieci.
Wdrażanie tychże elektrolizerów jest obecnie na poziomie pilotowych instalacji, a wyprodukowany wodór jest domieszywany do gazu ziemnego w 2%, technicznie możliwy jest dodatek do 10% wodoru w sieci gazowej. Stąd, jeśli w tym roku doczekamy produkcji wyłącznie ze słońca w letnie weekendy, w tym samym czasie w przyszłym roku będzie nadprodukcja, która zamiast odłączać fotowoltaikę od sieci, może pójść w produkcję gazu. Tak samo spodziewam się niedługo elektrolizerów przy zakładach wielkiej syntezy chemicznej, które to zakłady i tak najpierw wytwarzają wodór z gazu ziemnego.
Korzystając z taniego (darmowego) prądu pominąć dość kosztowny etap produkcji? Świetny interes. To przy okazji odpowiedź dla licznych pytających o to, co z produkcją amoniaku itp, przy odchodzeniu od paliw kopalnych. Dokładnie nic. Gaz ziemny służy tylko do dostarczania wodoru i w trakcie są kosztowne etapy oczyszczania, itp. Jak jest tani prąd, można od razu mieć wodór i niczym się nie przejmować. A nawet zmniejszyć instalację do poziomu właściwego dla większego gospodarstwa rolnego.
To wszystko widać na obrazku. Nadmiar energii będzie szedł w gaz, bo to łatwe i tanie, nowe OZE są stawiane w obłędnym tempie, elektrownie gazowe są niepotrzebne, a atomowe przeszkadzają w rozbudowie OZE; jako backup śmiesznie mała ilość wodnych sprawdza się zupełnie dobrze i daje czas potrzebny na rozruch węglowych.
Jedyną szansą dla interesów Gazpromu to, jak wcześniej pisałem, obniżyć cenę gazu do poziomu konkurencyjnego z węglem, czyli mniej - więcej do 200 dol za 1000 m3. Ale to byłby koniec Rosji. I tak będzie, tylko jeszcze sobie z tego nie zdają sprawy. Mój postulat brzmi: jest absolutnym strategicznym celem narodu polskiego obecną putinowską Rosję rozbić, rozłożyć na łopatki, rozmontować na części. Droga do tego jest oczywista. Wspierać wszelkie możliwości obniżenia cen ropy na światowych rynkach i gazu w Europie. Dalej już się różnimy. Niestety ja sam mam opinię inną niż ta podzielana zgodnie przez rząd i opozycję.
W związku z tym zadam tylko pytania: może spróbować polityki dotowania oszczędności? Nawet dla liberałów można to wprost uzasadnić potrzebami bezpieczeństwa państwa. Może rozpocząć na serio zabawę z biogazem? Mam poważne podejrzenia, że przy dobrej organizacji krajowy gaz ziemny, biometan i oszczędności załatwiłyby sprawę importu gazu z Rosji. Cóż Niemcy to potrafią, Polacy jak zwykle nie potrafią się zorganizować. Mam tylko najszczerszą nadzieję, że to się jakoś zmienia i tak samo Polacy potrafią w walce o wolnośc organizować się w ramoach wolności od wielkich koncernów. Yyy, chyba jestem na orbicie.....
Energiewende czyli rewolucja po niemiecku
To tekst bez przewidywania przyszłości (no, może trochę), zbyt dużego filozofowania i ideologii. Tym razem czysto edukacyjny. Widzę spora potrzebę wyjaśnienia czytelnikom zasad i działania obecnego niemieckiego programu przestawienia gospodarki na energię odnawialną, wiec to robię, a prawdopodobnie będzie to jeden z rozdziałów właśnie pisanej książki przeglądającej dostępne technologie i możliwości relatywnie szybkiej rezygnacji z paliw kopalnych. Bez nadmiernych szczegółów mogę powiedzieć, że posiadając jakiś zasób wiedzy o technologiach, schematach organizacyjnych ich kosztach i możliwościach, jestem znacznie większym optymistą niż dotychczas. A oto tekst. Pewnie jeszcze będzie podlegał późniejszej redakcji, może tytuły nazwy podrozdziałów się zmienią, itp. Wskazywanie niejasności mile widziane.
Patriotyzm a wiatraki
- Odbył się w Warszawie szczyt klimatyczny. Wbrew pozorom, dość ważne wydarzenie. Albo przynajmniej ważny temat. I naprawdę z zażenowaniem odebrałem informację, że garść prawicowców zorganizowała anty-szczyt klimatyczny. Aby dziś zaprzeczać istnieniu zmian klimatycznych to naprawdę trzeba być zakutą pałą na poziomie członka zwolennika Tea Party, bo już talibów z Somalii podejrzewam o większa otwartość umysłu. Dla przypomnienia- ocieplenie klimatu oznacza zwiększenie średniej temperatury na Ziemi, co absolutnie nie oznacza takiej samej zmiany w każdym miejscu. Wręcz przeciwnie, zwiększenie terytorialnych i sezonowych amplitud, czyli efektywnie zwiększenie częstotliwości i siły ekstremalnych zjawisk przyrodniczych. Właśnie w zeszłym tygodniu mieliśmy rekordowej siły i zakresu zniszczeń tajfun.
- Ale to mniej istotne. Nie jestem oczywiście zdziwiony, że ekipa pod przywództwem delikwenta zwanego przez Małgorzatę Tusk „gnojkiem” ma to kompletnie gdzieś. Ale sprzeciwiać się w imię trwania narodu i cywilizacji jednemu z dużych i realnych dla niej zagrożeń? Trochę przesada. Inna sprawa, że jest argumentacja dla mnie jasna i rozsądna- Polska jest na tyle mało istotnym krajem pod względem wielkości emisji, oraz w na tyle trudnej sytuacji gospodarczej, że nakładanie dodatkowego kagańca, nawet w imię dobra ludzkości jest nadmiernym wyrzeczeniem i nie ma najmniejszego sensu wyskakiwać przed USA i Chiny.
- Ale- używajmy takiej argumentacji, a nie zaprzeczania oczywistościom. Jasne, zmiany klimatyczne w Europie i dość mocno w Polsce będą się objawiać z dużym prawdopodobieństwem ekstremalnie niskimi temperaturami w styczniu i okolicach oraz dość suchym latem- generalnie zmniejszeniem opadów i być może nawet spadkiem średniej temperatury. To w żadnym wypadku nie zaprzecza globalnemu ociepleniu, a je potwierdza. Dokładnie tak samo, jak to, że w Buenos Aires od kilku lat opady są powyżej przeciętnej i już prawie każdego roku zdarzają się cyklony tropikalne (zwykle słabe, tylko obfite deszcze), co teoretycznie nie może mieć miejsca- chyba, ze kiedyś się klimat ociepli.
- Ale wracając do naszych baranów. Jeśli to czyta ktokolwiek o państwowych, czy narodowych przekonaniach. Drobna rzecz- każdy obrót śmigieł wiatraka to metr sześcienny gazu mniej kupionego od Gazpromu! Rok działania jednego panelu fotowoltaicznego to 500 m3!!! Oczywiście, zbudowanie, podłączenie do sieci, itp. kosztuje. Tylko- jak dotychczas najstarsze ogniwa PV zupełnie dobrze działają- wyglądają wręcz na wieczny sprzęt, oprócz starzenia się zabezpieczającej warstwy plastiku- co ogranicza ich realną trwałość do 30-50 lat (jeszcze nie wiadomo dokładnie...)
- Wiatraki, jako urządzenia mechaniczne się oczywiście zużywają, ale przy tak niskich prędkościach obrotowych, jakie są w tych urządzeniach- mówimy także o zużyciu wyłącznie łożysk i to także liczonym w dziesięcioleciach oraz korozji masztów- zależnie oczywiście od zabezpieczenia, konstrukcji i położenia- 20-100 lat. Tylko oczywiście najpierw trzeba to wszystko zbudować, podłączyć do sieci, jakoś sfinansować, itp.
- Tak samo- każdy drobiazg zastępujący paliwa kopalne to w takim samym stopniu oderwanie spadku poziomu życia od spadku wydobycia- czyli efektywnie- odrywanie się od kryzysu energetycznego- na prawdziwą zieloną wyspę.
- Na przykład spójrzmy sobie na Danię. Albo Niemcy. Jakoś ich kryzys prawie całkowicie ominął. Oczywiście można mówić o finansach, Euro, itp. Też prawda. Ale wcześniejsze, gigantyczne inwestycje w energetykę odnawialną dziś przynoszą efekty. Drogie nośniki energii ich nie dotyczą. Ropa już nie trafia do elektrowni w ogóle, gazu też coraz mniej. Zgadza się- zarówno jedni, jak i drudzy wydają na to sporo- ale w większości płacą gospodarstwa domowe, które też bardzo łatwo mogą stać się beneficjentami sprzedając prąd. Przemysł nie dość, że także może ograniczać zakupy/sprzedawać własny prąd, to jeszcze ceny hurtowe w tych krajach są śmiesznie niskie. I jest dokładnie tak samo jak zwykle- tania energia przekłada się na wydajny przemysł, co się przekłada na zatrudnienie i zamożność i dalej na wpływy polityczne. I tego wszystkiego mógł dokonać kraj o tak gównianych warunkach słonecznych i wiatrowych (też, wbrew pozorom) jak Niemcy.
- To co- Polska nie może? Też można. A najlepsze jest to, że efekty są od razu. Panel słoneczny na dachu to może być jeden dzień (albo wieczność, zależnie od obstrukcji ZE...), przemysłowej mocy wiatrak to też od zamówienia do podłączenia zaledwie miesiące. I przypominam- każdy taki drobiazg to kolejne mniej uzależnienie- od paliw kopalnych w ogólności i dla całej planety, a w polskim wydaniu- od rosyjskiego eksportu w szczególności. I jak brakowi refleksji nad czymkolwiek pana obraźliwie określanego przez własną żonę to się nie dziwię- tak w dzisiejszej gorącej czasami dyskusji państwowotwórczej- już jak najbardziej.
- A koszty? Sensownie to rozgrywając mogą być nie tylko łatwe do poniesienia, ale wręcz wzbudzające entuzjazm. Możliwość samodzielnego ograniczenia rachunków- argument dla każdego, zarobienia tym bardziej. Polityka wspólnoty, ograniczenia się od realnych i potencjalnych zewnętrznych wpływów i w większym stopniu samodzielnego kreowania bogactwa. To są wszystko zupełnie realne rzeczy. A że trzeba zainwestować spore pieniądze? Cóż- aby coś mieć najpierw trzeba coś zbudować. Inaczej działa tylko Wall Street.
- Jeśli tego typu program jednocześnie da impuls do krajowego zatrudnienia (a przynajmniej przy montażu jest to pewne, przy produkcji też prawdopodobne), jednocześnie da realne korzyści klasie średniej i jakąś osłonę dla biednych- sukces murowany. Wracając do szczytu klimatycznego – to była spora możliwość właśnie takiego zabezpieczenia interesów- przynajmniej dotacji dla najbiedniejszych, aby ich nie zjadły za bardzo koszty rozbudowy energetyki odnawialnej i infrastruktury albo np. częściowe dotacje na instalacje. Wszystko mogłoby działać, ale polityka potępiania rozwoju energetyki odnawialnej, skoro już Niemcy zapłacili ciężką forsę za przekształcenie tego w poważny i wydajny przemysł jest śmieszna. Należy ten przemysł po prostu uruchomić w kraju, co nie jest wcale takie trudne. W wypadku paneli fotowoltaicznych, oprócz importu ogniw cała reszta to technologia na poziomie garażu, przemysłowe wiatraki- same generatory i ew. przekładnie to jest problem- resztę też w stodole można zbudować.
- To jest akurat jeden drobny przykład- ale to właśnie jest (mało skromnie dodam) właściwe myślenie państwowe. Ważne zarówno dla refleksji w Dzień Niepodległości, ale także każdego dnia praktyki gdy się usunie od wpływu na sprawy państwowe zwolenników tekstu „Niepodległość? Jestem przeciw” i podobnych, jeśli redakcje znów przez przypadek coś szczerego napiszą.
Transport po Peak Oil- Polska
Kol. Słomski zadał pytanie jak ma wyglądać zwiększanie efektywności transportu indywidualnego, którego konieczność wynika oczywiście z kurczących się zasobów paliw kopalnych.
Otóż mogę opisać to dość prosto, choć zajmie to więcej niż komentarz, opisać to co zwyczajnie widzę przez okno. Otóż dla jakiś 70% mieszkańców Argentyny posiadanie samochodu jest to pomysł całkowicie pozbawiony sensu. Dlaczego? Po prostu- z jednej strony struktura miasta zdecydowanie pozwala na wygodne przemieszczanie się pieszo- jest to zwarta, wysoka zabudowa, a z drugiej chyba całkowity brak przepisów określających przeznaczenie zabudowy- więc fabryki istnieją obok biur i budynków mieszkalnych- i jakoś nikomu to nie przeszkadza. Komunikacja publiczna istnieje i ma się w miarę dobrze, choć w godzinach szczytu dość blisko przypomina tokijskie metro- zresztą na chyba dwóch liniach jeżdżą właśnie z Tokio wagony.
Ale i korzystanie z komunikacji publicznej nie jest specjalną koniecznością. Czas tu przejść do opisu urbanistyki- otóż, jak zresztą wszystkie kolonialne hiszpańskie miasta, Buenos Aires jest zbudowane na regularnej siatce ulic, krzyżujących się pod kątem prostym, zabudowa jest zwarta, nie ma zarówno odstępów między budynkami jak też krzaków i „trawników”. Są za to parki, niewielkie ale całkiem przyjemne. Przez to miasto jest obszarem maleńkie. No dobrze- tylko Capital Federal, czyli właściwe Buenos Aires, w którym mieszka 3 mln mieszkańców (w całej aglomeracji 13 mln, ale od strony urbanistyki wygląda to tak samo. Więc, tenże Capital Federal ma powierzchnię zaledwie 202 km2 (dla porównania- Warszawa to jest 517 km2), a większa część biznesu w Argentynie jest tu skoncentrowana lub ma przedstawicielstwa. Czyli odpowiadając na jedno z zasadniczych pytań- jak ma wyglądać praca choćby przedstawiciela handlowego- otóż w dobrze rozplanowanym mieście, wystarczą własne nogi (jeśli sam mam do pokonania odległość nie większą niż tak z 1/3 miasta- to idę pieszo). Jeśli samochód jest naprawdę potrzebny (rzadko) to istnieją niezliczone taksówki i agencje wynajmu z kierowcą (tzw. remis). Efektywnie- klasa średnia samochodów innych niż do pracy nie posiada (bo to nie ma sensu), biednych nie stać, a klasa wyższa właśnie się posiadaniem samochodów odróżnia (bo lubi)-choć dzięki temu, że samo posiadanie samochodu nie jest koniecznością, a jedynie wyznacznikiem statusu, samochody te są mniejsze i oszczędniejsze nie nawet europejskie, o USA nie wspominając.
Rozsądnym rozwiązaniem jest ewentualnie zakup motocykla lub nawet roweru (zwłaszcza z wspomaganiem elektrycznym)- jakby problem paliwa jest znacznie ograniczony lub zlikwidowany, przy zachowaniu prędkości i elastyczności przemieszczania się.
OK- nastepnym pytaniem oczywiście jest kwestia transportu towarów, w szczególności żywności. To również w tym wypadku nie jest specjalnie wymagająca energetycznie rzecz. Buenos Aires, tak się składa, że leży nad jedną z największych na świecie rzek (i pod względem ilości transportowanej żywności- chyba największą), więc transport nie jest problemem. Byłby jeszcze mniejszym, gdyby rządy neoliberałów nie zdemolowały transportu kolejowego. Ale nawet, kosztowny energetycznie, transport drogowy jest tu bardzo wydajny. Oczywiście, w wypadku żywności i tak ładunek zajmuje zwykle całą ciężarówkę, ale tutaj przy drobnicy zawsze się kombinuje ładunek całej ciężarówki. Od tego są firmy logistyczne- czyli patrząc z punktu wydatku energetycznego- garść ludzi (jedzenie+dom+dojazdy lokalne) dba o to, aby dziesiątki, czy setki ciężarówek (czyli 10 ton do wymiany co 1 mln kilometrów i 30 litrów diesla na 100 km+ to samo co przy logistyku) działało jak najwydajniej.
To jest pewien opis kraju po peak oil. Dość optymistyczny, ale nie zapominajmy o paru drobiazgach. Po pierwsze- Argentyna jest producentem ropy, w ilościach nieco mniejszych niż krajowe zużycie. Po drugie- co powszechnie wiadomo- jest gigantycznym producentem i eksporterem żywności (samej soi to jest około 50 mln ton rocznie- czyli np. 100 kg rocznie na każdego mieszkańca UE, czyli dużo więcej niż przeciętny Polak jada mięsa i wędlin- zresztą też robionych z soi). Po trzecie i najważniejsze- Argentyna obecnie spłaca długi zaciągnięte w latach 90-tych (czyli czasach polityki neoliberalnej). Jest to, z punku widzenia makroekonomii, sposób subsydiowania państw drukujących pieniądze- czyli USA, GB i Eurozony. A od strony energetycznej- haracz jaki spłaca Argentyna, aby państwa Północy mogły jeszcze chwilę pobalować.
Czyli- w pewnym zakresie podsumowując odpowiedź na pytanie kol. Słomskiego- paliwa kopalne nie są tak bardzo potrzebne do działania nowoczesnego państwa- tylko pod paroma warunkami- niestety dla Polski te warunki wyglądają tak, że Argentyna ma potencjał energii odnawialnej 10, a może i 100 razy większy niż Polska oraz, ze względu na sposób zabudowy i poziom urbanizacji znacznie niższe koszty energetyczne rozwoju.
Wracając jeszcze do transportu- właściwie wszystkie samochody tutaj są przystosowane do napędzania benzyną lub alkoholem, lub też mieszaniną w dowolnych proporcjach (to jest wymuszone przez przepisy brazylijskie- handel jest spory) a większość także gazem ziemnym (zresztą ten gaz pochodzi w istotnej części z wysypisk śmieci-o tym dalej). Czyli- dalej potencjał redukcji zużycia paliw kopalnych jest istotny. I to właśnie jest podstawą dla oceny, który kraj jak będzie funkcjonował. Argentyna w znacznej części wyprzedziła to, co dopiero nastąpi w krajach zachodniej cywilizacji- oczywiście przez zapaść długu. To teraz następuje w Grecji, wkrótce w Portugalii, następnie zapewne we Włoszech i Hiszpanii. Gdzieś dalej w łakomczuszku będzie Polska. Sama zapaść jest dla klasy średniej bardzo nieprzyjemna- stąd ja uznałem, że lepiej ją ominąć i od razu znaleźć się po drugiej stronie i to w kraju, który ma największe szanse na szybkie odbicie- co zresztą udowodnił.
Czyli- wracając do zasadniczego pytania kol. Słomskiego (któremu zapewne chodziło głównie o Polskę)- każdy orze jak może. Można i należy się spodziewać wojen celnych i handlowych. Każde państwo będzie starało się bronić swoich zasobów energii i wykorzystać ją jak tylko to będzie możliwe. Co prawda- w wypadku Polski, przy rządzącej mafii byłych służb, jest to spory znak zapytania. Służby mają wystarczająco odwagi i możliwości skazania na głód i nędzę większości mieszkańców kraju. Czyli- optymistycznie należy oczekiwać praktycznego braku paliw płynnych, wystarczającej ilości żywności i reglamentacji gazu ziemnego oraz oczywiście blackoutów. Z tego należy coś złożyć działającego. Trudne wyzwanie, ale możliwe.
Nowy wpis na Agepo
Jak w tytule- link http://agepo.wordpress.com/2011/02/06/kto-handluje-ten-zyje/
Z racji tymczasowości- choć już widać pewne rozwiązania daję informację o wpisie
Z racji tymczasowości- choć już widać pewne rozwiązania daję informację o wpisie
Problemy techniczne Agepo
Wskutek problemów o charakterze czysto technicznym strona agepo.pl chwilowo nie działa. Ale to oczywiście nie jest żaden problem- strona działa- z niewielką stratą ostatniego tekstu i najnowszych komentarzy pod tymczasowym adresem agepo.wordpress.com.
Sytuacja jest tymczasowa- ale oczywiście nie wiadomo jak długo potrwa.
Sytuacja jest tymczasowa- ale oczywiście nie wiadomo jak długo potrwa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)