Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ochrona środowiska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ochrona środowiska. Pokaż wszystkie posty

Po zwycięstwie Bolsonaro

Jair Bolsonaro, jeśli ktoś nie wie, to obecny prezydent-elekt Brazylii.

Brazylia jest federalną republiką prezydencką, w istocie ustrój jest dość podobny do znanego ze Stanów Zjednoczonych. Co oznacza, że prezydent ma naprawdę sporą władzę. Niekoniecznie w zakresie legislacji i czasem go zatrzymuje Sąd Najwyższy, czasem musi się dzielić władzą ze stanami, ale generalnie dość samodzielnie kształtuje politykę kraju. Zwłaszcza jak może liczyć na przychylność parlamentu federalnego, a Bolsonaro prawdopodobnie będzie mógł. 

Ostatnia prosta

Dla przypomnienia kontekstu- Donald Trump wygrał wybory zdobywając o 3 miliony MNIEJ głosów niż NAJBARDZIEJ NIEPOPULARNY polityk startujący KIEDYKOLWIEK jako kandydat prezydencki głównej partii w USA. Tak, dokładnie tak było. 

W USA Hilary Clinton była i jest bardzo niepopularną osobą, wyobrażeniem i personifikacją najgorszych wad establishmentu politycznego. Pomimo tego, zdobyła większość głosów, co w USA jak widać nie ma związku z wygraniem wyborów. W pewnym sensie amerykański system wyborczy premiuje jak najgorsze zarządzanie i zwiększa wartość głosów w źle rządzonych stanach. Otóż w wyborach do Senatu i prezydenckich, wartość głosu jest tym wyższa, im mniej mieszkańców ma stan. Przy bardzo łatwych możliwościach przeprowadzki i dużej mobilności ludzie częściej głosują nogami i przeprowadzają się tam gdzie jest praca i pieniądze. Co powoduje relatywne zwiększenie wartości głosów tych, którzy jeszcze pozostają tam, gdzie nie ma pracy ani pieniędzy, za to jest zła i nieudolna władza. Na którą ludzie dalej głosują, czasem tylko dlatego, że opozycja bywa jeszcze bardziej antypatyczna, albo jej faktycznie w ogóle nie ma.

Trump zaczął jako niezwykle mało popularna osoba jak na prezydenta, ale miał (i w sumie nadal ma) jedną poważną zaletę- nie jest Hilary Clinton. Na proteście przeciw establishmentowi wzbudził pewne nadzieje, zwłaszcza tam, gdzie gospodarka się z rożnych powodów zawalała (różnych, czyli czasem obiektywnych zmian, ale częściej po prostu długoletnich rządów Republikanów). To był całkiem dobry punkt wyjścia do zbudowania jakiejś bazy politycznej i kreowania polityki. Ale, jak kilkukrotnie pisałem, mówimy o wzorcowym przygłupie. Ostatnie kilka tygodni pokazało to tak wyraźnie, że lepiej nie można.

Jedna rzecz to są same decyzje polityczne, która sprowadzają się do np. pozwolenia na dowolną destrukcję środowiska naturalnego w interesie firm naftowych, co, eufemistycznie mówiąc, nie wzbudza entuzjazmu u większości społeczeństwa. W tym zwłaszcza pozwolenie na wiercenia w parkach narodowych. Choć oczywiście daje nadzieję tym, którzy są w jakiś sposób zależni od górnictwa paliw kopalnych. Jednak to jest kwestia głosów biedoty z górniczych osad. Ważnych w wyborach, ale poza tym pozbawionych znaczenia politycznego i ekonomicznego. Przy okazji już zostały znacząco ograniczone środki na przekwalifikowanie byłych górników.
Ważniejsza kwestia polegała na tym, czy będzie w stanie zdobyć i utrzymać poparcie Wall Street i innych patologicznych złodziei biznesmenów. A może i z czasem także tej niewielkiej części gospodarki, która produkuje coś realnego. 

Dla tego mętnego biznesu miał całkiem dobry plan, który promował od lat, mianowicie pozbawić ubezpieczenia medycznego około 25 mln ludzi, a zaoszczędzone pieniądze przekazać udziałowcom spółek giełdowych. To, nawet nie w skrócie, tylko w całości był plan ekonomiczny Trumpa. Zupełnie oczywiście jego wybór razem z republikańską większością spowodował gwałtowny wzrost cen akcji na giełdzie (bo miały przynosić więcej pieniędzy).
Problem polega na tym, że Trump jest nieudolny. Na chwilę odstawmy jego poglądy i załóżmy, że taki plan bym oceniał neutralnie lub pozytywnie. Miał tylko go zawrzeć w ramy legislacyjne akceptowalne dla większości obu izb Kongresu. Którą to większość stanowią przedstawicie partii zgadzającej się z tym planem. Nic prostszego, prawda? Nie dla niego. 
Izba Reprezentantów przegłosowała ustawę w wersji, która była nie do zaakceptowania dla Senatu. Zamiast szukać kompromisu, Trump zaczął obrzucać wyzwiskami najpierw Partię Demokratyczną (której niektórzy członkowie i tak poparli reformę) potem przywódców Republikańskich. To oczywiście spowodowało, że żadna następna wersja ani  poprawki nie były możliwe, bo ludzie, którzy byliby skłonni do kompromisu czy ewentualnego handlu takimi przestali być.

To oczywiście nadwyrężyło relacje z biznesem. Które mógł śmiało utrzymać czy poprawić, gdyby miał dwie szare komórki. Niestety przydarzył się zamach terrorystyczny w Chartlottesville. Dla tych, którzy biorą informację z TVP Info i nic nie wiedzą: Członek bojówki nazistowskiej z premedytacją wjechał w tłum, zabił jedną osobę, a 19  jest rannych. Obyło się to wszystko przy okazji i w trakcie zjazdu amerykańskich nazistów z członkami Ku Klux Klanu. Trump przez 2 dni nic nie powiedział na ten temat, potem coś powiedział o "winnych dwóch stronach". Tego nie wytrzymał prezes Merck (firmy farmaceutycznej) i zrezygnował z komisji doradczej ds. produkcji przy prezydencie. Trump zareagował po swojemu, czyli obrzucił go wiązanką na Twitterze. Zaraz potem zrezygnował prezes Intela i jeszcze kilku. Powtóka z rozrywki. Następnego dnia chodziły pogłoski, że wszyscy członkowie komitetów doradczych do spraw produkcji oraz do spraw handlu zamierzają zrezygnować. Nie zdążyli, Trump je rozwiązał. Hm.. Jakby to powiedzieć, wydaje mi się, że w ten sposób nie przekonuje się do siebie ludzi i nie zdobywa sojuszników. Zwłaszcza wśród ludzi, którym się przed chwilą nie dostarczyło zamówionego towaru.

To nie były jedyne komitety. Jest (był) jeszcze np. do spraw kultury. Jak w każdym z nich, tam też zasiadali wybitniejsi przedstawiciele świata sztuki, którzy mieli służyć radą prezydentowi. Cóż, już nie służą. Zrezygnowali wszyscy naraz, we wspólnym liście, którego pierwsze litery akapitów układały się w słowo "RESIST". Które jest zawołaniem ludzi i środowisk protestujących przeciw prezydenturze Trumpa. A przecież to byli ludzie, którzy świadomie zgodzili się współpracować z tą administracją, służyć radą i służyć jako pośrednicy między swoim środowiskiem a prezydentem. I na temat tej współpracy mają do powiedzenia już tylko to jedno słowo: "resist".

W międzyczasie Trump wygłosił z telepromtera przemówienie potępiające KKK i white supremacy. Po kolejnych dwóch dniach zaczął znów "szukać winy po obu stronach" i przy okazji nazwał pokojowy marsz antyrasistowki w Baltimore "utrudnianiem pracy policji". Marsz odbył się z okazji planownej manifestacji rasistów. Rasistów było ok 200 i sami rozwiązali swoją manifestację. Bo dookoła było ok 45 tysięcy ludzi, którzy tam przyszli pokazać, że ci pierwsi nie są większością. W istocie- nie są.

Postawienie się przez Trumpa po stronie KKK i okolic zakończyło sprawę poparcia go przez jakiekolwiek umiarkowane centrum (dzięki któremu przecież wygrywa się wybory). Pozostało jeszcze poparcie środowisk spod znaku white supremacy. Najbardziej prominentnym ich przedstawicielem w Białym Domu był niejaki Steve Bannon, właściciel, a wcześniej główny prowadzący telewizji internetowej podającej zmyślone "wiadomości" i dość popularnej w środowisku radykalnej prawicy, KKK, rasistów i okolic. Właśnie został wyrzucony z Białego Domu. 
Bannon zapowiedział, że przechodzi do zwalczania administracji Trumpa, choć nie jego samego, tylko tych strasznych przedstawicieli establiszmentu, którzy ją opanowali. 

Podsumowując te śmieszne kilka miesięcy- Trump został prezydentem bez szerszego zaplecza politycznego i z poparciem mniejszości wyborców (i kompletnej mniejszości społeczeństwa). Zamiast poszerzać swoja bazę, najpierw starannie zniechęcał do siebie wszystkie marginalne środowiska. Potem zaplecze biznesowe przekonał, że jest człowiekiem, który nie potrafi załatwić relatywnie prostych spraw. Następnie przeszedł do obrażania tegoż zaplecza. A potem poszedł na wojnę z człowiekiem, który kontroluje medium mające największy wpływ na oddanych mu fanatyków i szaleńców. 

To jest koniec. Tam pozostało jeszcze paru ludzi, którzy dla niego pracują, ale nie pozostała żadna szeroka grupa która mogłaby stanowić zaplecze władzy. 

Donald Trump nie ma już ani grama możliwości wygrania prawyborów przed następnymi wyborami, choć zwykle to jest dla urzędującego prezydenta czysta formalność. Ma jeszcze szanse, choć niewielkie, dotrwania do końca kadencji. Jestem pewien, że sugestie rezygnacji i to od poważnych osób już usłyszał. Jak widać, przynajmniej do czasu pisania tego wpisu, je ignoruje. Ze swoją mentalnością zapewne będzie ignorować do końca. 

Ten koniec może nastąpić na dwa sposoby. Jednym z nich jest impeachment, czyli usunięcie z urzędu w wyniku procesu gdzie w roli sądu występuje Senat. Na razie to jeszcze nie jest prawdopodobne. Ale w przyszłym roku są wybory, jak co dwa lata. Jeśli sondaże będą przewidywać kompletną katastrofę Partii Republikańskiej, to mogą się zdecydować i to. Za bardziej prawdopodobne jednak uważam skorzystanie z 25 poprawki do Konstytucji, na mocy której wiceprezydent oraz połowa gabinetu (rządu, w całości mianowanego przez prezydenta) stwierdzają niezdolność prezydenta do pełnienia obowiązków. Szybko, cicho, bez procesu, można dołożyć dobry pretekst medyczny, załatwione przez swoich bez awantur politycznych na widoku. Ale z drugiej strony już teraz w samym rządzie wszyscy nawzajem na siebie donoszą do mediów, gdyby ktoś przygotowywał taką sprawę, to awantura by wybuchła natychmiast i cały rząd byłby wyrzucony za pomocą Twittera.
Nie mówiąc o ubocznych skutkach politycznych, czyli powstaniu legendy wspaniałego prezydenta, którego usunął spisek skorumpowanych polityków, bo "chciał rządzić dla ludu". 

Jak będzie zobaczymy. Sytuacja na dziś jest bardzo zła i groźna, bo mamy skrajnie bezmyślnego człowieka z atomową walizką, którego trzeba bezpiecznie usunąć ze stanowiska. Bezpiecznie dla świata, bo on jest zagrożeniem dla świata. Albo przeczekać do końca, w miarę możliwości go pilnując. Co w istocie stwarza pole do prawdziwego spisku minimalnie odpowiedzialnych ludzi. 
To jest czas aby się modlić. 

Rewolucja energetyczna, oligarchia i postprawda.

Żyjemy w czasach rewolucji energetycznej, czyli w swej istocie kolejnej rewolucji przemysłowej (więcej o tym w tym tekście). Zmiana dominującego sposobu pozyskiwania energii i transportu zawsze stwarza nowych wygranych i przegranych. Ci którzy mają wygrać siedzą cicho i pracują, ci którzy mają przegrać, głośno krzyczą jak to jest świetnie, a po cichu szukają frajerów, którzy odkupią od nich biznesy, które jeszcze jakoś działają, ale świetlistej przyszłości nie mają żadnej.
Ten schemat się powtarzał nie raz. W czasach rozwoju żeglugi i możliwości taniego importu zbóż, arystokracja dzielnie trzymała się przy władzy, po cichu sprzedając majątki, a pieniądze pakując w huty i kopalnie. Ta operacja była możliwa dzięki temu, że posiadanie majątku ziemskiego łączyło się z prestiżem i/lub możliwością udziału we władzy państwowej, więc istniał na nie zbyt pomimo oczywistej nieatrakcyjności takiej inwestycji. Choć oczywiście udział we władzy i kontrola nad mediami pozwalała długo przekonywać publikę, że jednak nieruchomości ziemskie są doskonałą i dochodową rzeczą.
Identyczne procesy zachodziły przy okazji kolejnych zmian. Zapewne duże pieniądze były przeznaczane na to, aby przekonać publikę, że kanały żeglugowe mają się świetnie, kiedy cały interes już dawno zżerały pociągi i ciężarówki. Nie inaczej było cały czas z fabrykami wyposażonymi w starsze maszyny, etc.

Dziś trwa sobie nowa rewolucja energetyczna. Cały przemysł węglowy znika w odmętach przeszłości, zarówno górnictwo, jak też energetyka. Widać już dość dobrze, że bateryjne pojazdy elektryczne są zwyczajnie lepsze w olbrzymiej większości zastosowań od pojazdów spalinowych. Za tym musi przyjść spadek popytu na ropę i upadek przynajmniej niektórych z dzisiejszych producentów samochodów (zapewne większości).
Wiadomo, że energetyka odnawialna pozwala na skokowy spadek kosztów energii, tak samo jak pojazdy bateryjne. Oraz wiadomo, że mamy na świecie problem z klimatem spowodowany spalaniem paliw kopalnych, nie wspominając o "zwyczajnym" zanieczyszczeniu powietrza. Rozwiązaniem każdego z tych problemów jest przejście w całości na energetykę odnawialną i elektryfikacja transportu (i używanie biopaliw w nielicznych miejscach gdzie elektryfikacja jest niemożliwa lub zbyt kosztowna).
Rozsądna dyskusja może i powinna się toczyć na temat ścieżki likwidacji niepotrzebnego przemysłu, rozbudowy potrzebnego i zastępowania go, szans jakie to daje, mobilizacji ludzi i kapitału. W wielu miejscach się ona toczy.
Taka dyskusja powoduje jednak jedną, bardzo ważną rzecz- zarówno klasa polityczna, jak też opinia publiczna zdaje sobie sprawę, że model biznesowy oparty na paliwach kopalnych i silnikach wewnętrznego spalania jest skończony. Że fabryki działają i działać będą, ale żadnej przyszłościowej wartości nie mają, ich wartość należy wyliczać w ten sposób, ze można ich używać aż do zużycia i porzucić. Tak samo jak bezwartościowe się staną dotyczącego tego patenty, etc. To jest znacząca różnica w wycenie wszelkich firm. Zaczynając od odpowiedzi na pytane czy problemy z płynnością kopalni węgla są chwilowe i można trochę ją dokapitalizować i mieć poważny majątek, czy to tylko dziura w ziemi z której nigdy się nie wyciągnie ani grosza. 
Każde z tych pytań, a jest ich tysiące może być warte nie milion, a sto milionów. Albo kilkadziesiąt miliardów. Dolarów.

Zupełnie logiczną konsekwencją takiej sytuacji jest chęć przekonania przez aktualnie umoczonych w stary system, że absolutnie nie ma żadnej rewolucji, wszystko jest dokładnie tak samo jak było, a ci, którzy twierdzą inaczej to grupka fantastów i wariatów.

Wielki przemysł ma dość łatwo, bo opracował w ciągu dziesięcioleci metody i ma na usługach wystarczające sztaby ludzi, aby panować nad przekazem nawet przez dziesięciolecia. I ogłupić publikę do stopnia w którym nie można przeprowadzić dyskusji nad najprostszymi rzeczami. Przecież to jest zupełnie nieprawdopodobne z każdego rozsądnego punktu widzenia, że w ogóle dopuszczono do sprzedaży benzynę zawierającą ołów oraz, że nie wzbudziło to powszechnej dyskusji publicznej i refleksji przez kilka dziesięcioleci.

Dane o szkodliwości palenia tytoniu oraz badania nad siłą uzależnienia i metodami jego leczenia były jakby rozmywane i znikały z dyskusji publicznej. Dopiero procesy sądowe wykazały, że było to działanie z premedytacją prze koncerny tytoniowe, a kluczową rolę grała tu mała garstka skorumpowanych naukowców i olbrzymie budżety reklamowe, które pozwalały wpływać na linię praktycznie każdego medium o większym zasięgu.
To samo, tylko na znacznie większą skalę zostało powtórzone przy okazji debaty o zmianach klimatycznych.  Pieniądze firm od paliw kopalnych są znacznie większe, niż te o których koncerny tytoniowe mogły w ogóle marzyć.
Jedną z metod jest podważanie ustalonych faktów za pomocą pseudoinstytutów i podejrzanych uniwersytetów, które otrzymują relatywnie duże pieniądze za żyrowanie tekstów przygotowanych przez lobbystów jako prac naukowych. Następnie te rzekome prace stają się podstawą do następnych "badań naukowych". Całość treści takich badań można zawrzeć w jednym zdaniu :rozmywamy i podważamy nawet najbardziej oczywiste i wielokrotnie udowodnione fakty, które sa sprzeczne z interesami. Nie mówimy tu o żadnych kontrowersyjnych problemach. Mówimy o rozmywaniu powszechnej i znanej od stuleci wiedzy. Jak to, że metale ciężkie są śmiertelnymi truciznami, ale w mniejszych dawkach najpierw niszczą zdrowie fizyczne i psychiczne.  Następnie, kiedy już mamy "instytuty" i "badania naukowe" to możemy zacząć organizować "szkolenia". Zwłaszcza, że pieniądze nie grają roli to możemy oprócz "szkoleń" jeszcze dotować stosowne organizacje.

A kto może i powinien być beneficjentem takich szkoleń oraz dotacji? Przecież nie ten, kto rozumie na czym to wszystko polega. To jest prosty, czysty i oczywisty wróg. Beneficjentem powinien być ten kto po pierwsze nic nie rozumie, a po drugie ma lub może mieć w przyszłości wpływ na politykę. Nic nie stoi na przeszkodzie takiego kandydata wspomóc na każdym etapie kariery.

Wystarczy, że dzięki temu system utrzyma się jeszcze przez kilka lat. Wydatki na to wszystko są jedynie drobnym ułamkiem zysków. W bonusie mamy możliwość dociągnięcia przez prezesa do emerytury bez zainteresowania organów ścigania.

Na to ten schemat i metody dopracowane przez przemysł tytoniowy została dołożona druga warstwa. Dopracowane przez kremlowski reżim metody ogłupiania społeczeństwa przez tak intensywne podawanie sprzecznych komunikatów i masowe promowanie najdzikszych bzdur, że przeciętny człowiek po relatywnie krótkim czasie przestawał odróżniać prawdę od fałszu, co otwierało możliwości zupełnie bezkarnego robienia w polityce dokładnie wszystkiego, bo nikt nie był w stanie sam ocenić prawdziwości informacji, ani nawet wiarygodności źródeł.

W zakresie kształtowania opinii publicznej w interesie Rosji jest praktycznie dokładnie to samo, co w interesie zachodnich koncernów naftowych, więc kto stoi za daną częścią propagandy czasem jest trudne do odróżnienia. W końcu Rosja jest też faktycznie koncernem naftowym. W dość dobry sposób media Murdocha z Fox "News" na czele nauczyły się kremlowskich metod manipulacji społeczeństwem, a może było odwrotnie. Nikt tego nie wie, są to w końcu czasu postprawdy.
Interesy są te same, ale dla prezesa zachodniego koncernu najgorszą sprawą może być grzywna czy wyrok w zawieszeniu. Dla rosyjskich oligarchów, z prezydentem włącznie jeszcze większy spadek dochodów z ropy może oznaczać konieczność szukania państwa które im udzieli azylu.

Nie twierdzę, że każda decyzja i zawsze jest skutkiem lobbingu albo wsparcia przez stosowne koncerny kariery ludzi, którzy im pasują. Czasem rozsądny mąż stanu też podejmuje decyzje wprost w interesie określonych lobby. W niektórych przypadkach nawet długa i rozsądna dyskusja prowadzi do konkluzji, że trzeba udzielić czasowego wsparcia określonym gałęziom przemysłu. 
Czego przykładem jest polityka Niemiec, którym regularnie zarzuca się hipokryzję. I słusznie, bo odstawiając paliwa kopalne w energetyce, w przypadku transportu nieco pracują nad zmniejszeniem udziału samochodów osobowych, ale nie robią nic, co mogłoby naruszyć interesy lub choćby postrzeganie na świecie wielkich niemieckich producentów samochodów.  Którzy sami zajęli się truciem, jak zawsze, zamiast zmiany modelu biznesowego na możliwy do utrzymania w przyszłości.
Ale jedno to kompromis, czy nawet hipokryzja w ramach rozsądnej polityki, a drugie to jej kompletna negacja i działanie wprost w interesie całego tego towarzystwa.

Ten olbrzymi napływ pieniędzy i nacisk na opinią publiczną był w wielu miejscach naprawdę skuteczny.  Prezydentem USA został człowiek, który w każdym możliwym miejscu działa na rzecz lobby paliw kopalnych. 
Na szczęście przy okazji jest kompletnie nieudolny, więc działania regularnie przynoszą odwrotny efekt. Po wypowiedzeniu porozumień paryskich poszczególne stany, pod przewodnictwem gubernatorów Kalifornii i Nowego Jorku przejęły pałeczkę i zadecydowały o samodzielnym ograniczeniu emisji CO2 w na tyle przyspieszony sposób, że wykonają paryskie zobowiązania USA. Próba zniesienia sankcji wobec Rosji spowodowała to, że Kongres się obraził i sankcje przedłużył i zaostrzył. W tym wobec kolejnych oligarchów, a to własnie jest największy problem- potrzebują pieniędzy zablokowanych w ramach sankcji, gdy będzie czas zwiewać z Rosji. Najwyraźniej wielki biznes od trucia wszystkiego razem z  rosyjskimi wspólnikami w przypadku promowania Trumpa trochę przesadził. Pomysł był niezły- wziąć największego durnia, który nie będzie nic rozumiał i sterować go przez telewizor, bo z czytaniem słabo. Tylko poszło za dobrze. Dureń nie potrafi wykonać prostych poleceń.

Za  to nowy prezydent Francji nie przejmuje się niczym i zadecydował o wprowadzeniu kompletnego zakazu sprzedaży samochodów spalinowych. Za 23 lata, ale to jest konkret, z konkretnym terminem w poważnym kraju przemysłowym. Do tego czasu pozostanie jedynie dość małe zużycie paliw kopalnych w energetyce, głównie gazu, który jest potrzebny do bilansowania przerośniętej floty atomowej. Ta deklaracja to praktycznie wyrok śmierci dla biznesu naftowego. I Rosji przy okazji, oczywiście.

I na deser zostanie Polska. Kraj, który tak idealnie wpisuje się polityką rządową w interesy lobby węglowo- naftowo- rosyjskiego, że naprawdę nie wiadomo, czy to spisek i plan, czy po prostu wskazówki dotyczące polityki wprost przychodzą ze stosownych central do ministra, albo nawet bez jego pośrednictwa do departamentów legislacyjnych. Tak naprawdę nie podejrzewam, że mogą przyjść z którejkolwiek polskiej firmy, to nie ten poziom refleksji i orientacji w świecie. Ale z wielkich koncernów kontrolujących elektrownie węglowe? Jak najbardziej. Z zachodnich firm naftowych? Mniej, one w Polsce nie mają dużych interesów. Z Rosji? Ci mają. W każdej części rynku paliw kopalnych.
Teoretycznie można do tej listy dopisać jeszcze administrację Trumpa, ale wybory w USA nic w tej części polskiej polityki nie zmieniły, ta sprawa była wcześniejsza. Zapowiedzi i jasny kierunek był wskazany już przed wyborami w Polsce.
I tak samo jak Trump i Tillerson robią wszystko, co mogą w interesie Rosji, a że działają w ramach administracji i są nieudolni, to faktycznie niedużo mogą, tak działania polskiej administracji są w realizacji tychże wspólnych interesów Rosji i koncernów naftowych znacznie skuteczniejsze. 

Tak wygląda cała ta historyjka. Najpierw trzeba rozumieć fizykę i znać współczesną technologię na tyle, aby odróżniać rzeczywistość od kłamstw. Potem te kłamstwa poukładać w rządki i zobaczyć w jakie wzory się układają. Wtedy dokładnie widać w czyim są one interesie oraz bardzo dokładnie kto wspomaga ich dystrybucję. Co na przykład prowadzi nas do następnego pytania, o rolę Facebooka w ostatnich wyborach w USA. Wiadomo, że ich udział w rozprzestrzenianiu kłamstw i wpływie na wynik wyborów był nieproporcjonalnie wielki. Czego nie wiemy, to czy możemy wierzyć zapewnieniom Zucerberga, że to wszystko był uboczny skutek algorytmów dopasowujących wiadomości do osoby, czy jednak należy zadawać pytania, których nikt nie chce zadawać?


Szary dym w białym domu

Jak wiadomo, Biały Dom pod nową administracją jest dziurawy jak sito i właściwie wszystko co się tam dzieje na najwyższych szczeblach natychmiast wycieka do mediów. Co daje bardzo, bardzo ciekawy obraz sytuacji. Najbliższym skojarzeniem byłby zapewne bunkier Hitlera wiosną 1945.

Skojarzenie się wzięło stąd, że Prezydent także ma zupełnie alternatywne źródła alternatywnych faktów, zupełnie podobne do tych, które mówiły o wielkich armiach i cudownych broniach, którym Hitler rozkazywał w kwietniu.
A tymczasem Fu Prezydent wpadł w szał na wieść o tym, że niejaki Jeff Sessions odsunął się od śledztw w sprawie udziału Rosji w kampanii wyborczej. I to jest naprawdę poważny, potężny news.
Nie to, że się odsunął, a reakcja Trumpa.

W takim razie zacznijmy historię od początku:

Jeff Sessions to obecny Attorney General, czyli minister sprawiedliwości. W USA w dużej części też wypełnia obowiązki prokuratora generalnego (federalnego).
Został zatwierdzony przez Senat już w styczniu. Co było początkiem całej sprawy, w trakcie przesłuchania przed głosowaniem został zapytany przez jednego z senatorów, czy w trakcie kampanii miał kontakty z rosyjską administracją. Sessions jednoznacznie temu zaprzeczył. Niedawno media pokazały, że w trakcie konwencji Partii Republikańskiej odbył prywatną rozmowę z ambasadorem Rosji. Trzy dni po tej rozmowie rozpoczęła się publikacja maili z serwerów Partii Demokratycznej.
To się od razu kwalifikuje na wymuszoną rezygnację lub impeachment.

Ale nie zrezygnował. Jeszcze. Na razie wyłączył się z wszystkich spraw dotyczących wpływu Rosji na wynik wyborów.
I Trump się wściekł. Pojawia się bardzo, bardzo poważne pytanie- dlaczego? Jak dotychczas takie sprawy go raczej nie interesowały. Tak w ogóle to go słabo interesuje cokolwiek nie związanego z osobistymi korzyściami.
Oczywiście można to tłumaczyć urażoną dumą, że jego podwładny sam ogranicza sobie zakres władzy. Ale w przypadkach urażenia dumy Trump pisze tweety. Tu sprawa musi być poważniejsza. I jedynym rozsądnym wyjaśnieniem jest to, że Sessions był i jest w coś umoczony i dzięki temu miał skutecznie bronić jeszcze bardziej umoczonych.
Pozostaje pytanie dlaczego Sessions kłamał w tak łatwej do sprawdzenia sprawie? Na konwencji partyjnej był komplet mediów, które starannie śledziły kto z kim rozmawia, czy na osobności i jak długo. Przecież w ramach swoich obowiązków mógł się spotkać z ambasadorem.
Jest prawnikiem i politykiem od dziesięcioleci. Mógł bez trudu wykręcać się od odpowiedzi, ale chciał to ukrywać, ryzykując aferą w razie wykrycia. Jedyna logiczna hipoteza brzmi- sprawa była tak gruba, że alternatywa brzmiała- ukryć wszystko, bo jest zbyt wiele do stracenia.

Ale jednocześnie, już na stołku Prokuratora Generalnego odpuszcza. Przynajmniej częściowo.
Mówimy tu o cynicznie kalkulujących ludziach, więc mamy dość dobry obraz sytuacji:
Sessions miał i nadal ma dużo do ukrycia na temat swoich rozmów z władzami Rosji. To co ma za uszami zapewne wystarczy dla definitywnego zakończenia jego kariery politycznej, ale nie kryminalnego skazania, więc nie jest kompletnie zdesperowany aby manipulować śledztwami. Bo za manipulowanie śledztwami ma gwarantowane kilka lat urlopu na koszt podatników.

W tym kontekście sporo można wywnioskować z reakcji Trumpa. Jeszce raz przypomnę z kim mamy do czynienia. Od początku, od książki "the art of the deal", przez kasyna, linie lotnicze, "uniwersytet", mamy do czynienia z drobnym kanciarzem. Choć na spore kwoty. Człowiekiem, którego główną ideą jest wytwarzanie popularności i spieniężanie jej przez zwyczajne wyłudzenia. Bez większej filozofii, umiejętności zarządczych, wiedzy biznesowej, czy czegokolwiek. Facet ma 70 lat, od co najmniej 40 działa według tego samego schematu, można śmiało zakładać, że dziś jest identycznie.
To jego reakcje stawia w zupełnie konkretnym świetle. Można założyć, że jakaś umowa pomiędzy Trumpem a Rosją jest. Władze Rosji pomogły mu wygrać wybory. Ale zupełnie nie wiedzę, że to był koniec, że Trumpowi chodziło tylko o zostanie prezydentem. Już nim jest, teraz nic by go nie obchodziło. A obchodzi. Więc deal nie został zakończony.
Czego oczekuje Putin w miarę wiadomo. Po pierwsze- obrony światowego systemu promowania i dotowania paliw kopalnych, po drugie i znacznie mniej ważne- uznania aneksji Krymu i zniesienia sankcji.
To pierwsze administracja Trumpa realizuje gorliwie i z zapałem, bez żadnego liczenia się z kosztami dla gospodarki i interesów USA, dookoła drugiego trwają podchody.

Z drugiej strony to musi być największy deal w życiu Trumpa. Który wygląda jakby się sypał, przez jakieś głupie FBI i dziennikarzy.
Co nim jest- oczywiście nie wiemy. Ale patrząc na styl działania i poziom rozumienia świata przez Trumpa, podejrzewam, że chodzi o prostą, ordynarną gotówkę. Być może w trochę bardziej skomplikowany sposób, czyli np. ułatwionego prowadzenia interesów w Rosji, albo czegoś podobnego.
Stawiałbym jednak na to, że sam Trump jest zbyt głupi aby to wszystko przeprowadzić w wystarczająco dyskretny sposób. Jeśli mam rację, to zobaczymy dowody. Kiedyś. Być może.
Najprawdopodobniej w procesie impeachmentu.

To spróbujmy poszukać poszlak na taki przebieg wydarzeń. Trochę już wymieniłem. Następne pytanie będzie o wyrzucenie z urzędu. Brytyjskie firmy bukmacherskie są znane z oferowania zakładów dotyczących polityki. I mają w tym spore doświadczenie, musza dobrze szacować prawdopodobieństwo rożnych wydarzeń, aby jakoś zarabiać.
W takim razie zobaczymy ile płacą za wyrzucenie z urzędu Trumpa przed upływem kadencji. 1,5:1 Ups! Licząc jeszcze prawie 4 lata, to jest mniej niż można zarobić na nieco ryzykowniejszych obligacjach...  Nie sądzę, aby kiedykolwiek w historii którykolwiek z prezydentów USA był aż takim pewniakiem do wyrzucenia z urzędu na tym etapie. To można co najwyżej porównać do Nixona po ujawnieniu Watergate. Ale jeszcze nic nie zostało ujawnione. Dopiero czekamy, a już wyrzucenie go jest przez hazardzistów oceniane jako prawie pewne....

Skoro o hazardzie mowa, to i ja zaspekuluję: któraś z policji, czy to FBI czy jakaś inna ujawni dowody na ordynarne przekupstwo Trumpa. Na olbrzymią skalę.
Co oczywiście doprowadzi do skandalu i impeachmentu. Bardzo możliwe, że Trump nie zrozumie miejsca i powagi sytuacji i zamiast zrezygnować będzie się trzymał stołka do końca. Wcale nie jest wykluczone, że mu się to opłaci i zostanie uniewinniony. Przypomnę, że w sprawie Prezydenta oskarża Izba Reprezentantów, a sądzi Senat. Może być tak, że republikańska większość zwyczajnie przegłosuje uniewinnienie, niezależnie od dowodów.

Tak czy inaczej, szkody zostały już dokonane. To czy Ukraina zapłaci za rządu Trumpa i jak dużo to sprawa drugorzędna. To, że wszyscy zapłacimy, razem z całą biosferą naszej planety za promowanie niszczenia klimatu to jest poważniejszy problem. I żeby nie było. Własnie zlikwidowano obowiązek raportowania i przeciwdziałania wyciekom metanu z instalacji naftowych i gazowych. Nie żadnemu zużyciu, filtrom, czy czymkolwiek. Po prostu firmy mogą się przestać przejmować wyciekami. Metanu. Potężnego gazu cieplarnianego. A i tak, nawet pod najostrzejszymi regulacjami w USA dozwolone były i są tam rzeczy, o których w Europie nikt by nie rozmawiał inaczej jak o długości wyroków więzienia.

Co będzie po wyborach w USA?

Donald Trump, po "oszałamiającym" występie w czasie ostatniej już debaty kandydatów szybko znika w odmętach historii wraz z szumem wiru w sedesie, którego to szumu merytoryczna zawartość niezwykle przypomina jego wypowiedzi.

Facet za co się wziął, przez całe swoje życie, to doprowadził do żenującego dna i katastrofy. Co w przypadku biznesu było bardzo złą wiadomością dla jego współpracowników i usługodawców. W polityce w sumie też. Ale patrząc na klasę i wiedzę o świecie jego współpracowników, akurat tu jego normalny performance jest bardzo, bardzo dobrą wiadomością dla świata.

Wygląda na to, że Trump nie tylko przegra wybory. Możliwa jest przegrana w skali nieznanej w najnowszej historii starć kandydatów głównych partii. Co prawda do tego brakuje jeszcze kliku procent, ale nie zapominajmy, że jego konkurentką jest osoba najbardziej niepopularna w historii kandydatur Partii Demokratycznej. Przegrać w takim stylu- to naprawdę wymaga kogoś kto ma tak nierówno pod sufitem jak Trump.
Ale nie ma co się znęcać. Jest to łajza, która spapra wszystko za co się weźmie i na tym można zakończyć. 
Ciekawsze, jak zawsze są pozostałe konsekwencje. Na przykład to, że dziś spornym stanem stała się Georgia, która od zawsze była stanem czysto republikańskim. Jedynie Bill Clinton, który sam był południowcem tam wygrał. Co dla wyniku i tak nie ma większego znaczenia.
Za to znacznie, znacznie ważniejsze jest to, że Trump ciągnie całą Partię Republikańską w dół. Na dziś ma to ten skutek, że kontrola nad Senatem prawie na pewno przejdzie w ręce Demokratów. Podział wyniesie co najmniej 50-50, gdzie decyduje głos wiceprezydenta, aż do 54-46, zależnie od dalszej dynamiki kampanii.
Na dziś Izba Reprezentantów wygląda jakby miała pozostać w rękach Republikanów i z jakakolwiek na wpół kompetentną kampanią tak powinno być. Ale w końcu jako główna twarz tej kampanii występuje facet, który potrafił zbankrutować kasyno. I patrząc na dynamikę, ja oceniam całkowicie Demokratyczny Kongres jak rzecz mieszczącą się w granicach prawdopodobieństwa.

A to już będzie naprawdę spora sprawa. Jedna partia w Białym Domu i Kongresie oznacza możliwość wprowadzenia zmian w działaniu państwa. Zwykle taka przewaga w początkach pierwszej kadencji prezydenckiej nie dawała aż takich dużych możliwości, bo nowy lokator Białego Domu, nawet z długoletnim doświadczeniem politycznym najpierw musiał odnaleźć się w nowej roli i nowym zestawem kompromisów i układów do zawarcia.
Hilary Clinton będzie mieć ten problem w najmniejszym stopniu w historii. Jeszcze nigdy się nie zdarzyło, aby prezydentem wybranym na pierwszą kadencję została osoba, która już była lokatorem Białego Domu i to przez osiem lat, do tego kolejne lata kluczowym członkiem rządu.
To oznacza, że Clinton będzie potrafiła od pierwszego dnia być wdrożona w większość pracy prezydenta, w sprawach polityki zagranicznej właściwie bez okresu prób idealistycznej a nierealnej polityki. Co przecież całkiem sporo kosztowało świat, w tym Polskę na początku kadencji Obamy.
To jest pewne, żadnych "resetów", naiwnych "odprężeń", etc. nie będzie. 
Druga sprawa to orientacja w bagnie Bliskiego Wschodu, osobista znajomość z czołowymi politykami świata i wyrobiona opina na ich temat. Z punktu widzenia świata i jego problematycznych miejsc to kapitał nie do przecenienia. A że "problematyczne miejsca" dziś to są te najbardziej dotknięte zmianami klimatycznymi oraz wszyscy sąsiedzi Rosji, to i Polska jest na tej liście.

I tak docieramy do następnej części, czyli polityki klimatycznej, co zresztą splata się z polityką gospodarczą. Rządy Clinton będą dalszą częścią rozpoczetego przez Obamę odchodzenia od paliw kopalnych. Z dużym prawdopodobieństwem szybszego, agresywnie nastawionego na ostateczne złamanie koncernów wydobycia i przerobu paliw kopalnych oraz mocniejsza współpracę międzynarodowa w tym zakresie. 
To dla Polski jest zasadniczo bardzo dobra wiadomość. Polska jest krajem raczej przemysłowym i importerem surowców energetycznych. Jest to dokładnie profil gospodarki, który zyskuje najbardziej na przejściu na energię odnawialną. Drobny problem polega na tym, że obecny rząd bardzo aktywnie działa w przeciwnym kierunku. Co oczywiście spowoduje zgrzyty we wszystkich relacjach zagranicznych, oprócz tych z agresywnymi krajami surowcowymi.

Zapewne będzie niewielkie, ale ograniczanie wpływów lobby przemysłu zbrojeniowego. Co też jest dobrą wiadomością. Marnując pieniądze w stopniu takim jak przeciętna armia, USA zapewne załatwiłyby wszystkie swoje potrzeby wojskowe za 1/4 obecnych kwot. Ale ograniczanie wydatków powinno być związane z likwidacją programów służących wyłącznie do przepalania pieniędzy, opisaniem na nowo potrzeb zbrojeniowych i ogólnemu przemyśleniu roli sił zbrojnych USA, a nie prostymi cięciami, do których kompleks zbrojeniowy jest przywykły i które u dostawców przeżywają najbardziej nijacy i niekompetentni pracownicy. Co po dekadach takiego zarządzania doprowadziło do programów jak F-35.
Reforma sektora produkcji zbrojeniowej w USA to wyzwanie, z którym nie poradził sobie jak dotychczas żaden prezydent, choć jej potrzeba była widoczna przez cały 20 wiek, a od 2 wś już bardzo wyraźnie. Sytuacja obecna jest jak na razie możliwa do utrzymania, bo USA nie mają żadnych zagrożeń militarnych wymagających poważnego zaangażowania przemysłowego, ale dla prosperity kraju reforma jest konieczna. Przypuszczam, że Clinton ją bardzo drobnymi krokami rozpocznie.
Zapewne do tego wszystkiego dojdzie kolejna próba wprowadzenia systemu jednego płatnika w amerykańskiej służbie zdrowia, choć niekoniecznie przewiduję sukces oraz inne rzeczy jak poprawa transportu publicznego w amerykańskich miastach, a może także jakaś rozbudowa transportu regionalnego. W skrócie upodobnianie USA jeśli nie do cywilizowanych części Europy to przynajmniej do np. Kanady. Co w ustroju federalnym jest i będzie obłędnie powolne, jeśli w ogóle zauważalne.
Ale przede wszystkim Hilary Clinton jest osobą, która sprawia, że robota jest zrobiona. Jest osobą w znacznej mierze niemedialną, do niedawna bardzo słabo radziła sobie z wystąpieniami publicznymi, co razem z niemałą ambicją dawało osobę powszechnie nielubianą przez publikę. I to się nie zmieniło, nie wiem czy w ogóle może się zmienić. Gorszej łajzy niż Trump raczej jako kontrkandydata mieć nie będzie (bo to chyba niemożliwe), więc możliwe, że jej pierwsza kadencja będzie też ostatnią i następnym prezydentem będzie Republikanin. Chyba że w ramach rozliczeń po obecnej kampanii partia faktycznie się rozpadnie, co jest jak najbardziej możliwe. W końcu już dziś są trzy frakcje których przedstawicie właściwie ze sobą nie rozmawiają. Jedna to frakcja Trumpa/wściekłego elektoratu, druga to Tea Party/bracia Koch, a trzecia to nafta-zbrojeniówka i tradycyjnie Republikanie. Wszystkie trzy ze sobą walczą, ale jeśli po wyborach frakcja Trumpa przestanie istnieć, to gra będzie się toczyć o zagospodarowanie elektoratu wkurzonych i połączenie go z tradycyjną bazą. Co jest możliwe i znów prowadzi do przejęcia władzy przez Republikanów za kilka lat.
Ale wtedy będzie już za późno na cofnięcie obecnych reform, zabicie produkcji samochodów elektrycznych i przywracanie węgla w energetyce.
I tym optymistycznym akcentem możemy zakończyć te rozważania.
Pozostaje ostatnia niewiadoma- czy Demokraci przejmą Izbę Reprezentantów?


Zamarzło, moze odmarźnie

Jednym z konceptów, które pojawiły się w powieści "Lód" Jacka Dukaja jest "zamarźnięcie" ludzi i idei. Polegało ono na tym, że gdy tytułowy Lód dostał kogoś w zasięg swojego oddziaływania, to jego relacje ze światem, poglądy polityczne i rozumienie świata przestawały się zmieniać. Właśnie zamarzały. Mógł uczyć się nowych rzeczy, nabierać doświadczenia, ale w żaden sposób nie mógł dokonać żadnego przełomu w swoim życiu, ani zmienić poglądów na religię, politykę, czy technikę, które miał przed zamarźnięciem. Nie był w stanie nawet pogodzić się z przyjacielem z którym pokłócił się akurat zaraz przed zamarźnięciem. 

Tym bardziej nikt nie jest w stanie zmienić swojego myślenia na przyjęcie nowego sposobu życia, czy nowej technologii. W powieści Lód pojawił się w 1908 roku, znikł w 1924. Pomimo tego, że w rzeczywistości był to okres niesamowitych zmian technologicznych i całkowicie nowych zjawisk społecznych przez nie spowodowanych (samochód, samolot, telefony i upowszechneinie elektryczności) to w świecie bohaterów powieści nic takiego nie istnieje. Istnieje świat, jaki był w 1908. Nie dlatego, że tego postępu technologicznego nie był. On był, tylko tam, gdzie zamarzło nie był on przyjmowany do wiadomości. Co istotne- to nie brak wiedzy, czy dostępu do niej był tego powodem. Przyczyną było zamarznięcie i nie przyjmowanie do świadomosci użyteczności i możliwości zmian, zarówno w społeczeństwie, jak i technologii. 

Pozwolilem sobie nieco dłużej wytłumaczyć, i co nieuniknione zaspoilerować część powieści tym, którzy nie czytali, a mają zamiar. I tak warto przeczytać. Zbyt wiele fabuły nie opowiedziałem.

To pojęcie "zamarźniecia" pozwoliło mi znaleźć wspólny mianownik dla sporej części obecnego polskiego rządu. Już przed wyborami pisałem, że nie wierzę w prawdziwość koncepcji oparcia przyszłości polskiej energetyki na węglu,a  transportu na żegludze śródlądowej. Teraz, gdy tego typu plany zostały ogłoszone i są wcielane w życie, razem z zamiarem budowy elektrowni atomowej musze to przyjąć do wiadomości. 
Nadal nie wierzę, że normalni ludzie, w jakimkolwiek stopniu kompetentni mogą w 2016 roku wpaść na takie pomysły jak realizowana przez rząd Szydło koncepcja transportowo- energetyczno- ekologiczna. Jednocześnie w tym samym rządzie znajdują się ludzie, którzy są z 21 wieku i sprawnie wykonują swoje obowiązki, bardzo sprawnie przebudowując Polskę na normalny zachodni kraj- to jest Macierewicz, Ziobro, Streżyńska, Morawiecki, Radziwiłł. 
Powtórzę- nie wierzę, że ludzie normalni, minimalnie kompetentni moga realizować takie pomysły w roku 2016. Panowie Szysszko, Tchórzewski, czy Gróbarczyk wyglądają i zachowują się zupełnie normalnie. Jak ktoś ma wątpliwości zawsze można porównać do Ewy Kopacz i Bronisława Komorowskiego. Na przykład w japońskim parlamencie. Ze stosowną praca też mieli jakiś kontakt, co najmniej powinni znać tytuły naukowych periodyków, z których można się czegoś dowiedzieć o współczesności. 

Pozostaje tylko jedna odpowiedź. Oni nie są z roku 2016. Nie są nawet z 1990, czy okolic. Ten sposób myślenia i poziom wiedzy wskazuje gdzieś na lata 30-te. Co przy okazji świetnie wyjaśnia też zachowanie ministra Waszczykowskiego. Lata 30-te to były czasy gabinetowych porozumień, tajnych sojuszy i załatwiania umów handlowych o skrzynkę pietruszki na poziomie rządowym. Dziś dyplomacja to bardziej sztuka stwarzania opinii o państwie, wykorzystywania diaspory i umiejętnego budowania opinii dla biznesu. I teraz- przecież Waszczykowski nie tylko nie robi współczesnej dyplomacji. Sądzę, że nawet nie tyle nie ma o niej pojęcia, co aktywnie neguje jej istnienie. Zamarzł.

Nikt mi nie wmówi, że minister Tchórzewski nie ma pojęcia o dzisiejszym potencjale transportowym kolei, jej elektryfikacji i nie potrafi tego porównać z potencjałem Odry i Wisły jako dróg transportwych. Jest z wykształcenia i praktyki kolejowym inżynierem elektroenergetykiem. Musi mieć o tym choćby minimalne pojęcie. Ale w takim wypiera tę wiedzę ze świadomości. 

Z takimi ludźmi źle się dyskutuje, tak naprawdę zupełnie się nie da, ale poza tym zwykle są nieszkodliwi. Chyba, że zaczynają decydować o politce kraju.
Odwołam się znów do Dukaja, według książki takich ludzi nie da się przekonać niczym. Aż wszystko odmarźnie, wtedy oni też. 

I znikną w kilka dni. Problem z tym rokiem 1938 polga na tym, że trwała wówczas pełną parą modernizacja kraju autorstwa Moscickiego i Kwiatkowskiego. Różnica polega na tym, że obaj mieli doskonała orientację w najnowszej światowej technologii (a Mościcki ją osobiście tworzył) i to co zaprojektowali i wdrożyli było na swoje czasy supernowoczesne i całkiem dobrze zdawało egzamin przez następne dzisięciolecia. Bardzo kulawo, ale plany Kwiatkowskiego realizowano w PRL, prawie wszystkie wielkie symbole modernizacji i postępu to był własnie dorobek 2 RP. Supernowczesne w latach 30-tych elektryczne zespoły trakcyjne, którymi większosć Polski jeździ do dziś, lokomotywy zaprojektowane przez Enlish Electic na zlecenie i za pieniądze PKP, których dostawy zaczęły się w 1938. A potem za czasów Gomułki jeszcze raz zapłacono Enlish Elecrtic za licencję na produkcję tych samych lokomotyw, nadal całkiem nowoczesnych w latach 60-tych i jeżdżących do dziś. ALe przecież nikt nie bedzię takiego sprzętu dziś wdrażać do produkcji jako "rozwoju kraju". To było, minęło, świetnie spełniło swoją rolę, działa nadal, ale dziś, jesli mówimy o impulwsie rozwojowym to przecież trzeba tworzyć infrastrukturę i przemysł, który będzie nowoczesny jutro i za 30 lat, a będzie spełniać swoją funkcję przez następne 80 lat. 

To co proponuje dziś rząd Szydło jako kierunek rozwoju infrastruktury transportowej i energetycznej jest prostym dokończeniem plau Kwiatkowskiego. Tylko bez uwzględnienia faktu, że w międzyczasie minęło prawie osiemdziesiąt lat. Idee i standardy, które wtedy wdrożono, dziś powinny zostać wycofane. Dla przykładu- elektryfikacja 3 kV DC była najlepszym wyborem z dostępnych w latach 30-tych. Ale dziś nikt nie buduje nowych sieci z takim napięciem, światowy standard kolei to jest 25 kV AC, wszyscy korzystający z innych swoje sieci przebudowywują. W 1938 problemem był sposób transportu węgla do Gdyni i spławność Wisły oraz kanał przez Śląskubył dobrym rozwiązaniem, nowa linia kolejowa przez Kaszuby mogłaby służyć z większym stopniu do konktaktu ze światem. Dziś to wszystko nie ma przecież żadnego znaczenia, eksport węgla nie ma żadnego znaczenia, połaczenia z portami są wystarczające, ale oni o tym, nie wiedzą i nie przyjmą do wiadomości.
I co z tym zrobić? Zamarźli w 1938.

Ale jest druga strona zagadnienia. Rok 1938 były to czasy w któych dla komunistów, radzieckich agentów i proniemieckich sprzedawczyków nie było miejsca w przestrzeni publicznej. 
Powtórzenia tego ostatniego oczekuję od PiS. A następnie grzecznego oddania władzy następnemu rzadowi, który nie będzie mieć nic wspólnego z PRL, PRL-bis, 3RP oraz wydawaniem setek miliardów złotych na dokończenie planu Kwiatkowskiego.
Na szczęście panowie Rzepliński, Schetyna i Kijowski bardzo ciężka pracują nad tym, aby Polscy nie zapomnieli jak złym i gównianym dla większości swoich obywateli państwem była 3RP, oraz nad tym, aby wszystkich przekonąć, że jak tylko dostaną z powrotem władze, to będą ze świętym przekonaniem hodawć i kultywować wszystkie patologie neokolonializmu. Za to wyborcy już ich docenili, panowie robią wszystko, aby nie zapomnieli i naprawdę to należy docenić.
 W miedzyczasie PiS robi wszystko, aby być postrzeganym jako prawdziwa autorytarna partia z lat 30-tych, taką też prowadzi politykę informacyjną i gospodarczą. 

W takim razie pozostaje pytanie- jak to wszystko odmarźnie i kiedy?
Ja widzę to tak- obecne działania w zakresie pobudzania gospodarki i usprawnienia administracji przyniosą efekty. Niezłe, może nawet spektakularne. Usprawniona administracja, ograniczone złodziejstwo i transfer tych pieniedzy w dół społeczeństwa musi spowodować natychmiastowe przyspieszenie gospodarki.

Duży program inwestycyjny- jeszcze większe. Społeczeństwo, które w swej większości przejdzie z upadlającej niepewności pracy i płacy do względnie normalnego życia troche zacznie się interesować państwem, a przynajmniej stanej środowiska wokół domu. Później, gdy inwestycje zaczną się kończyć, zbudowane obiekty zaczną pracować, to wyjdzie ich niedorzeczność ekonomiczna. ALbo nie wyjdzie, bo będa cały czas dotowane, ciągnąc w dół całą gospodarkę. To doprowadzi albo do dojrzałej dyskusji technicznej i przyrodnieczej i zmiany kierunku, albo do załamania gospodarki i zmiany kierunku, albo do międzynarodowych sankcji wskutek niedotrzymania celów klimatycznych i zabetonowania na amen władzy na swoim stanowisku, aż do wykończenia gopodarki i nowej faki neokolonializmu, tym razem w jeszcze bardziej zacofanym kraju.

Dojrzała dyskusja wymaga odmarźnięcia. Zakończenia podziałów z 2 RP. Tego kraju już nie ma. Był, było to dobre, a pod koniec, po wychowaniu własnych elit, także dobrze rządzone państwo, ale jego rozwój został przerwany. Potem, na radzieckich czołgach przywieziono kacapskich bandziorów, którzy przez dzisięciolecia udawali elity i kooptowali do siebie co sprawniejszych i amitniejszych ze społeczeństwa. Kacapskich bandziorów już prawie się udało pozbyć, wszystko jest na dobrej drodze. Potem bedzie trzeba znaleźć ludzi, którzy potrafią budować normalny kraj i wspierać społeczeństwo, aby żyć w spokoju i dobrobycie. Bez durnych konfliktów z mentalnymi i fizycznymi potomokami kacapskich bandziorów, ale też w kraju ze sprawną i nowczesną infrastrukturą, zamożnym i dobrze rzadzonym.