Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fikcja PKB. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fikcja PKB. Pokaż wszystkie posty

Co słychać w Brazylii, czyli jak rozwalić kraj.

Obecny kryzys polityczny w Brazylii jest tak naprawdę tylko kolejnym z objawów dysfunkcjonalności tego kraju. 

Ostatnim, głośnym wydarzeniem było rozpoczęcie procedury impeachmentu wobec prezydenty Dilmy Rousseff. Rozpoczęcie to jeszcze nie zakończenie, ale usunięcie jej z urzędu wydaje sie przesądzone. 
Najpierw postawmy sprawę we właściwych proporcjach. Język portugalski jest najpowszechniej używanym językiem w Ameryce Południowej. Z jednego powodu- jedyny kraj w którym go się używa, ma więcej ludności niż pozostałe 11 krajów położonych na tym kontynencie. To właśnie jest Brazylia. 
Podobnie ma sie rzecz patrząc na wielkość gospodarek. Gospodarka Brazylii jest większa od Rosji, i jest absolutnie największą na kontynencie. Stąd wszystko co dzieje sie w Brazylii ma odbicie w statystykach dotyczących całego kontynentu, choćby nie miało z tym wszystkim żadnego związku. 

Wracając do Brazylii
Konstytucja przewiduje możliwość impeachmentu prezydenta, co jest uregulowane dość podobnie do procedury przewidzianej w konstytucji USA. Za naruszenie prawa związane ze sprawowaniem urzedu, prezydent może być postawiony w stan oskarżenia przez niższą izbę parlamentu, dalszą część procedury prowadzi Senat. Jeśli prezydent jest oskarżony o nadużycie władzy, sądzi Senat, jeśli o przestępstwo pospolite, to Federalny Sąd Najwyższy (wszyscy lubią "polskie akcenty", więc podam, ze prezes tego ostatniego nazywa sie Ryszard Lewandowski).
Jak łatwo mozna zauważyc, nie wspomiałem jeszcze o co właściwie jest oskarżona Dilma Rousseff, bo to akurat ma dla wyniku procesu najmniejsze znaczenie. 
Ważniejsza jest sytuacja obecna. Od rozpoczęcia procesu Prezydenta jest zawieszona w pełnieniu obowiązków, a p.o. stał się dotychczasowy wiceprezydent. Ma to o tyle znaczenie, że jego wizja państwa jest kompletnie odmienna, a faktycznie jest przedstawicielem obozu, który chce się pozbyć zarówno Dilmy, jak też najchętniej całej Partii Pracy z brzylijskiej polityki.

W takim razie trzeba wyjaśnić jak dokładnie ta brazylijska polityka wygląda, bo bez tego nic nie bedzie wiadomo. Otóż w Brazylii jest kilkadziesiąt aktywnych partii politycznych, prawdopodobnie około 40. Aktywnych, czyli mających jakiś udział we władzach na poziomie stanów i jako reprezentacja tych stanów, na poziomie federalnym. 
Większość tych partii to sa faktyczne kluby towarzyskie lokalnej oligarchii, znakomicie znane również z Polski powiatowej. Różnica polega na tym, że wójt biednej gminy może co najwyżej zatrudnić w urzędzie rodzinę i znajomych, a szwagrowi dać zlecenie na odmalowanie szkoły. Każdy brazylijski stan to są dziesiątki tysięcy kilometrów kwadratowych urodzajnej ziemii i zasoby minerałów, setki milionów reali na rozbudowe infrastruktury, czy choćby lokalne kluby piłkarskiego dofinansowane z budżetu, ale i eksportujące lokalne talenty do Europy za miliony euro, które niekoniecznie musza trafić do budżetu tego klubu. Tak samo można bezkarnie karczować tysiące hektarów lasów, na których wypasa sie krowy aż do wyjałowienia. Dzięki nomimancjom sędziowskim kontrolowanym przez lokalną partię nie grozi za to żadna odpowiedzialność. Na szczeblu federalnym reprezentacje takich lokalnych klik zawierały koalicje, które umożliwiały jakiekolwiek funkcjonowanie państwa. Bardzo złe, oczywiście, ale bez tego nie działało w ogóle. 

Tak sobie działało przez wiele dziesięcioleci. Komu się nie podobało, z tym policja rozmawiała, nawet nie za pomocą pałek, a karabinów, prądu i innych równie subtelnych metod. Taki lokalny obyczaj. 

Towarzystwo tych byłych bywalców więzień stało się zaczynem i początkiem Partii Pracy. Śmiało można powiedzieć, że była to, i nadal jest, pierwsza nowoczesna partia polityczna w Brazylii. 

To, czego dokonały wcześniejsze rządy Luli i obecnie Rousseff, to przede wszystkim wprowadzenie nowoczesnego systemu zasiłków na dzieci oraz ograniczenie dewastacji środowiska i wylesiania. To pierwsze skrajnie rozwścieczyło tradycyjnych polityków, bo praktycznie całość pieniędzy wcześniej przeznaczana na programy socjalne trafiała poprzez budżety stanowe i lokalne do różnych dziwnych organizacji organizujących pomoc, ostatnie kilka procent czasem do potrzebujących. Program Bolsa Familia kompletnie odwrócił te proporcje i obraził mnóstwo osób na lokalnych szczeblach polityki. Program zapobiegania wylesianiu, zwłaszcza Amazonii, to także jest tradycyjny dopływ pieniędzy z organizacji międzynarodowych, a rząd Luli te pieniądze, zamiast dla organizacji zajmujących się informowaniem jak to nieładnie jest karczować państwowe lasy, przeznaczył na monitorowanie lotnicze i satelitarne, ściganie odpowiedzialnych (na tyle, na ile się dało, czyli bardziej irytowanie oligarchów) oraz poważne traktowanie indiańskich roszczeń.
To wszystko naruszyło polityczne i gospodarcze podstawy ustroju. Oczywiście, nikogo nigdzie nie wywłaszczono, nikomu nic nie zabrano. Ale to, że dotychczasowy szef organizacji pomocy biednym musiał zacząć gdzieś szukać pieniedzy na tę pomoc, choć zawsze je dostawał z budżetu, a "czarnuchy" zaczęly dostawać pieniądze bez jego pośrednictwa to wystarczyło, aby opozycja rozpoczęła konsolidację.
Partia Pracy miała poparcie wystarczające aby Dilma mogła wygrać wybory prezydenckie, ale w wyborach w poszczególnych stanach jakoś zawsze wygrywają partie reprezentujące lokalną oligarchię z tych stanów. Te partie mają później reprezentację w parlamencie federalnym. Na szczęście tradycyjny sposób tworzenia koalicji rządowej w Brazylii polega na zwyczajnym przekupywaniu deputowanych i senatorów. Nie inaczej było za rządów Luli i Dilmy. Tłuste synekury i ordynarne łapówki szły do kieszeni polityków z funduszy Petrobrasu i innych państwowych firm. 
W końcu wybuchł skandal z tym związany i od kilkunastu miesięcy trwa dochodzenie, które pokazuje dokądnie taki obraz sytuacji-- pieniądze nie trafiały do polityków Partii Pracy, ale do wszystkich ich koalicjantów. W tym m.in. wiceprezydenta, obecnie p.o. prezydenta. 
Od tego śledztwa rozpoczął się kryzys polityczny. Na to nałożył się spadek cen surowców, czyli głównych towarów eksportowych Brazylii i kryzys gospodarczy
Opozycja, choć w tych warunkach trudno uzywać takich określeń. Powiedzmy- partie starej oligarchii w warukach recesji uchwaliły budżet bez deficytu. To, jak wie każdy studen ekonomii drugiego roku, oznacza w praktyce pogłębienie recesji przez prowadzenie polityki procyklicznej. 
Rząd Rousseff nie zbilansował budżetu, a właściwie zrobił to tylko na papierze. Deficyt był, i został pokryty wyciąganiem pieniedzy z państowych firm i ich zadłużeniem. Co było całkowicie niezgodne z ustawą budżetową, było naruszeniem dyscypliny budżetowej i jest lekko tylko naciąganą podstawą impeachmentu.
Jednak to bardzo wiele mówi o poziomie brazyliskiej klasy polityczej, a właściwie całej elity społecznej. W sytuacji ekonomicznej bardzo trudnej z powodów stanu światowego rynku zajęli się zwyczajnym podpalaniem własnego kraju. Aby storpedować reformy minimalnie poprawiające środowisko i życie przeciętnego człowieka zdecydowali się zażądać polityki, która musiałby doprowadzić do dwucyfrowej recesji. Rząd tego nie wykonał w żądanym stopniu i recesja wyniosła zaledwie siedem procent? To czas wyrzucić prezydenta.
Siedmioprocentowy spadek PKB. Do tego nie doszła ani Arabia Saudyjska, jeszcze bardziej uzależniona od surowców, ani obłożona sankcjami Rosja.

Takie wyniki w gospodarce oraz zmiana polityczna oznacza, że Brazylia właśnie zakończyła kolejną próbę modernizacji. Wynikiem niepozytywnym.





Grecy i oligarchia

Referendum w Grecji. Było, skończyło się. Grecy odpowiadali na pytanie czy zgadzają się na warunki bailuotu zaproponowane przez wierzycieli negocjujących z greckim rządem. Obywatele nie zgodzili się. 

Do teraz historia toczyła się w miarę normalnie. Klasyczna pułapka zadłużenia w jaką wpadło lub zostało wpakowanych dziesiątki państw wcześniej. I niejedna firma. Zupełnie klasyczna skorumpowana sitwa rządowo-oligarchiczna, która z jednej strony tworzy klimat administracyjny i regulacyjny dla pasienia się oligarchów, a z drugiej z tej oligarchii korzysta dla utrzymania się przy władzy. Mechanizm jest dość prosty i powszechnie znany. Powstają jakieś zmiany w przepisach, niezauważone dla większości, korzystne dla jakiś biznesmenów. Ostateczną wersją takiej metody jest kryzys płynności rządu i sektora bankowego, który umożliwia przygotowanym na to inwestorom wykupienie co bardziej interesującego majątku produkcyjnego za ułamek wartości. 

Taką metodę z powodzeniem stosowali Brytole w szczycie swojego imperium. Nie oni pierwsi, ani ostatni, ale ze względu na dominację na morzach, interesu dookoła świata oraz dominację prywatnego, a raczej oligarchicznego kapitału- robili to szczególnie spektakularnie. Otóż, brytyjscy kupcy byli wszędzie. Kupując lokalne towary, sprzedając swoje wyroby przemysłowe. Promując wolny handel i nowoczesność. Nowoczesność polega na tym, że kupuje się wyroby brytyjskiego przemysłu, o których kupcy informują, że są nowoczesne. A wolny handel na tym, że nie pobiera się ceł od importu brytyjskich towarów ani od eksportu surowców. W całym tym schemacie najważniejsze jednak były banki. Brytyjskie banki udzielające pożyczek na zakup brytyjskich towarów, zwykle nisko oprocentowanych. Gospodarki krajów Ameryki Łacińskiej i Azji  rozwijały się. Na modelu eksportu surowców bogaciła się elita, która także miała dostęp do importowanych towarów luksusowych. Wspaniały model dla lokalnej elity. Nic dziwnego, ze przekładał się także na władzę polityczną. Czasem był to kacyk, a czasem fasadowa demokracja, z jakimiś partiami a bywa, że i wyborami. A jak władca lub elita sprzeciwiły się braniu kredytów, to wysyłano kanonierki.

Klasycznych przykładów takiej polityki najwięcej można znaleźć chyba w historii Argentyny. Praktycznie całe 200 lat to kolejne próby uniezależnienia się od obcej i własnej oligarchii i kolejne mniej lub bardziej udane ludowe projekty polityczne ku temu zmierzające. Za pierwszym podejściem, kiedy dopiero co pozbyto się kolonizatorów z Hiszpanii i naród autentycznie chciał jakiegoś rozwoju, a wśród elit było wielu idealistów, to udało się obronić niezależność polityczną i ekonomiczną, za cenę utraty poważnej części terytorium (dzisiejszego Urugwaju i Malwinów). Któreś z następnych podejść miało miejsce w 1889 roku. Kryzys w Argentynie w tym roku wybuchł z potężną siłą, kiedy ogólnoświatowa panika giełdowa pozbawiła kraj płynności. Rządy oligarchów nie musiały się przejmować takimi rzeczami. W końcu nie oni zbankrutowali więc sprzedali za drobne sieć kolejową Brytyjczykom. To miało znaczenie znacznie większe niż dziś, bo pod koniec 19 wieku kto kontrolował kolej, ten kontrolował gospodarkę. Taryfy przewozowe, czasu przewozów, a nawet w ogóle możliwość przewiezienia danych towarów decydował o opłacalności każdej produkcji, rolnictwa czy górnictwa. Nic dziwnego zatem, że po tym kryzysie Argentyna stała się krajem wyłacznie surowcowym, a co ciekawsze sektory gospodarki bardzo szybko znalazły się w rękach brytyjskich inwestorów. Jednak w trakcie kryzysu powstał zorganizowany opór społeczny- pierwsza nowoczesna partia polityczna, czyli Union Civica Radical. Na początku sprzeciwiali się nie do końca politycznymi metodami, bo od 1891 do 97 trwało faktycznie powstanie zbrojne przeciw rządom oligarchii. Zresztą politycznymi metodami za dużo nie dało się zrobić. Wybory były, prawdopodobnie nawet kandydaci UCR je regularnie wygrywali, tylko ogłaszane wyniki utrzymywały oligarchów przy władzy. A politycy i oligarchowie byli bezkarni, bo w ostateczności zawsze były brytyjskie kanonierki dla "zapewnienia porządku". Sytuacja zmieniła się w 1916 roku, kiedy brytyjskie kanonierki były chwilowo zajęte poszukiwaniem U-bootów i prezydentura przypadła przedstawicielowi UCR. Który natychmiast rozszerzył prawa wyborcze i zmienił sposób przeprowadzania wyborów wprowadzając tajne głosowanie i wiarygodny system liczenia głosów. Do upodmiotowienia ludu jeszcze było daleko, ale to był bardzo poważny krok. Od tego czasu oligarchia dla zachowania status quo musiała wspomagać się wojskiem, ale to zupełnie inna historia.

Można wrócić do Grecji. Przecież ten schemat jest dokładnie ten sam. Wmuszone pożyczki, które w istocie trafiły do kieszeni koncernów powiązanych z kredytodawcami i lokalnej oligarchii (a kto niby budował cąłą tę infrastrukturę, zwłaszcza na Olimpiadę?) współpraca lokalnej oligarchii z międzynarodową banksterką. Następnie kryzys finansowy i programy ratowania wymuszające prywatyzację najważniejszych elementów infrastruktury i likwidację konkurencji dla koncernów powiązanych z pożyczkodawcami (w Grecji chodziło o małą, ale dochodową zbrojeniówkę). Przerzucanie kosztów na społeczeństwo i obronę oligarchów. Przecież Trojka nie chciała zatwierdzić planu, który by polegał na uszczelnieniu systemu podatkowego, choć jest zupełnie oczywistym, że właśnie minimalne opodatkowanie oligarchów może wystarczyć spięcie planu spłaty długów. 
Powstanie i sukces Syrizy był dokładnie tym samym co UCR 125 lat wcześniej w Argentynie. 

A co będzie dalej?

W najbardziej optymistycznym wariancie rząd przetrwa i przeprowadzi swój plan reform. Dziś już nie związany pomysłami IMF i okolic Ale to wymaga spokoju, dojrzałości politycznej zarówno rządzących, jak też narodu. Oraz braku interwencji militarnej. Swojej lub obcej. W ten sposób Grecy mają szansę wyjść z upodlenia 25% bezrobociem i emeryturami po 400 euro. 
Znacznie ciekawsza jest sytuacja drugiego z graczy, czyli IMF. Instytucja, której każdy chce unikać juz dziś. Przynajmniej każdy kto ma jakąś alternatywę (np. Ukraina nie ma..). Ich biura są likwidowane w kolejnych krajach. Ale jeszcze nikt się nie postawił tak mocno przed spłatą długów. Jeśli obecny grecki rząd wyjdzie z tego kryzysu, przeprowadzi swój plan reform i kiedyś odda forsę dla Trojki olewając ich rady- to będzie bardzo blisko końca tej instytucji. 
Jest to także bardzo zła informacja dla wszelkich wielkich koncernów przemysłowych i budowlanych z pierwszego świata. Czyli Siemensa, Alstomu i całego pozostałego zestawu z listy najbardziej korumpujących firm świata. Nie to, że stracą szczególnie dużo. Ale to, że czas wielkich żniw się skończył.
Co ważniejsze- to Grecy policzyli głosy. 

Aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas

I z pieśnią, że już blisko świt szli ulicami miast

Nobel dla Putina

Byłbym za. Nie żartuję. Uważam, że facet naprawdę zasłużył:

1. Zjednoczył światowe mocarstwa w zamiarze pozbycia się agresywnego szaleńca dysponującego bronią atomową ze wspólnoty międzynarodowej.

2. Spowodował zjednoczenie podzielonego dotychczas społeczeństwa ukraińskiego, które chce teraz budowy uczciwego państwa spokoju i dobrobytu.

3. Spowodował aresztowania i blokady majątków istotnej grupy cynicznych złodziei okradających własne kraje.

4. W istotnej części pomógł ośmieszyć nieudolnego władcę i przez późniejszą współprace z nim zlikwidował możliwość konstytucyjnej dwuwładzy na Ukrainie.

5. Znacząco umocnił w europejskich społeczeństwach poparcie dla energii odnawialnej, oszczędności i ogólnego odchodzenia od paliw kopalnych z naciskiem na ropę i gaz w pierwszej kolejności, czym przyczynił się tez do znaczącego wsparcia dla powstrzymania zmian klimatycznych.

6. Swoja polityką wprowadził agresywne i od stuleci stanowiące zagrożenie dla sąsiadów państwo na ścieżkę pokojowego samozniszczenia. 

Niestety, prawdopodobnie nie miał zamiaru wywołać ani jednego z tych skutków, więc nie bardzo wiem, czy do końca się ten Nobel należy. W końcu Obama dostał za dobre intencje, bez żadnych skutków. Może też się da przyznać za dobre skutki, bez żadnych intencji? Przyjmijmy, że tak jest i za niezamierzone konsekwencje też pokojowy Nobel się należy.
Oto uzasadnienie:

ad. 1
Swoim zachowaniem doprowadził do wspólnej dla wszystkich poważnych państw opinii na temat Rosji jako kraju nieprzewidywalnego w swej agresywności i nie respektującego zasad współżycia międzynarodowego. Dodana etykietka, łącznie z wielkością i siłą armii i faktem posiadania broni atomowej jednoczy wszystkich odpowiedzialnych za przyszłość świata ludzi, a w szczególności przywódców większych państw. Ta sytuacja przypomina stosunek do Niemiec w 1943-44 roku. Nikt nie popierał ich polityki, a sojusznicy starali się odciąć. W tej dziedzinie umożliwienie wspólnego zdania i działania Prezydenta Obamy i Republikanów w Kongresie to sprawa nawet nie na Nobla, ale prawie na kanonizację....

ad. 2 
Społeczeństwo Ukrainy, które dotychczas było rozdarte i mentalnie podzielone sporami złodziejskich polityków, mieszaniem oligarchów, podziałami językowymi, religijnymi i przepaścią w mentalności (postsowiecka v. zachodnia v. rosyjsko-imperialna) zostało w ciągu kilku tygodni właściwie zjednoczone. Oczywiście są tam olbrzymie pokłady bierności, ale wśród tych, którzy maja jakieś zdanie, prawie się nie zdarza inne niż zamiar tworzenia i mieszkania w uczciwej, jednolitej, wielonarodowej Ukrainie. 

ad 3.
Dzięki nieudolnej dyplomacji doprowadził do sankcji na grupę oligarchów żyjących z okradania tak wcześniej Ukrainy, jak też obecnie Rosji. Sama ta podstawa przyznania Nobla może być nieco kontrowersyjna, ponieważ on sam też jednocześnie do nich należy. Ale jeśli potraktujemy to jako dobrowolne oddanie skradzionego majątku to może należy jednak poważnie rozważyć kanonizację? Albo przynajmniej beatyfikację? 

ad 4.
Ostentacyjne traktowanie Wiktora Janukowycza jako marionetki przekazującej rozkazy z Kremla oddaliło możliwość  podziału na Ukrainie na gruncie konstytucyjności władz i znacząco zmniejszyło prawdopodobieństwo utworzenia quasi-państewka w jej rosyjskojęzycznej części.

ad 5.
Dla wszystkich stało się oczywiste, że Rosję należy albo powstrzymać, albo zniszczyć. Wobec tego, że jej gospodarka importuje najniezbędniejsze rzeczy codziennego użytku i podstawową żywność, eksportując ropę i gaz, oczywiście należy uderzyć przez ograniczenie dochodów ze sprzedaży ropy i gazu. Niestety, nie jest obecnie możliwe wprowadzenie embarga, więc należy pracować nad zmniejszeniem zależności i przez to możliwości negocjacji cenowych. Dla wszystkich rozsądnych i mających pojecie ludzi jest oczywiste, że oznacza to politykę ograniczania zużycia przez poprawę efektywności zużycia i zastępowanie ropy i gazu innymi paliwami, w szczególności odnawialnymi. Nie węglem, bo przypominam, że Rosja jest też eksporterem węgla.  W oczywisty sposób zmniejszy to zakres przyszłych anomalii klimatycznych. Właściwie to znów jest to zasługa powyżej Nobla. 

ad 6. 
Najważniejszy, ale i najtrudniejszy do uzasadnienia punkt.  W pewnym sensie połączenie poprzednich. Połączona wola wszystkich istotnych państw świata w zamiarze powstrzymania Putina nie doprowadziła i IMO nie doprowadzi do konfrontacji zbrojnej na dużą skale. Być może Rosja dokona jeszcze jednej agresji. Ostatniej w swojej historii. 

Dla wszystkich gorącogłowych Sarmatów mam do przypomnienia dowcip:
dwa byki, stary i młody wychodząc zza wzgórza ujrzały w pewnym oddaleniu stado krów. 
Młody się odzywa: 
- chodź, pobiegniemy szybko i przelecimy jakieś. 
Na co stary odpowiada: trzy błędy w jednym zdaniu. Nie pobiegniemy, tylko podejdziemy, nie szybko, tylko spokojnie i nie jakieś, tylko wszystkie.

I właśnie tak będzie wyglądać i już wygląda reakcja świata. Wyrok na Rosję już zapadł, egzekucja chwile potrwa, Putin rycersko otrzymał czas na cofnięcie się, co głupio uznał za oznakę słabości. Obecne sankcje jeszcze nie wystarczą, są dopiero pierwszym ostrzeżeniem. Efektywnie świat wygląda zupełnie inaczej, niż w czasach zimnej wojny i nawet zakaz eksportu nowoczesnej technologii za dużo nie da, bo Chińczycy raczej go nie będą respektować. Ale zadziała na przykład coś zupełnie innego i znacznie prostszego, rotacyjne embargo: trzy miesiące na np. łożyska, potem 3 miesiące na akumulatory, i kolejne wystarczająco długie okresy, aby wywołać braki w zaopatrzeniu i wystarczająco krótkie, aby w Rosji nie opłacało się budować fabryk i rozpoczynać produkcji. Zwłaszcza, jeśli długość tego będzie nieprzewidywalna. 

Ludzie przestraszeni brakami w zaopatrzeniu zaczną oczywiście wykupywać pojawiające się dane dobra. A kupowanie na zapas akumulatorów obciąża gospodarkę, bo jest to z punktu widzenia krajowej ekonomii oczywiście idiotyczny sposób oszczędzania, przez niszczenie tych przykładowych akumulatorów od samego składowania, jeszcze bardziej drenując zasoby kraju jako całości.  Niekoniecznie będzie to dokładnie tak, ale z pewnym prawdopodobieństwem coś podobnego. 

Ze strony administracji USA, a nawet europejskiego nadzoru bankowego jest pełne zielone światło dla wszelkich kombinacji mogących oskubać Rosję, rosyjskie firmy i rosyjskich oligarchów powiązanych z Kremlem.  Ze strony nowego niemieckiego przemysłu energii odnawialnej, będzie to więcej niż entuzjazm.   Amerykańskie, szwedzkie i szwajcarskie firmy zbrojeniowe już zacierają ręce. Ponoć jakieś 6 tys. niemieckich firm robi jakieś interesy w Rosji, ale w tym miejscu wypada przypomnieć, że sama branża energetyki odnawialnej zatrudnia w Niemczech ok 400 tys osób, w większości dobrze płatnych i mających coraz większą siłę przebicia.

 W związku z tym, absolutnie  mnie nie dziwią wyniki sondażu pokazującego, że ponad 3/4 Niemców nie chce obecnie wzmocnienia militarnego wschodniej flanki NATO, a jednocześnie ponad połowa uważa, że Rosja stanowi zagrożenie dla pokoju i ma zamiar następnych aneksji. Znów: drodzy sarmaci, pamiętajcie o starszym byku.  I nie tylko. Niemcy to jest naród, który prędzej czy później przegrywał z nami, Polakami wszystkie wojny. Nie oczekujmy od nich szczególnej lotności myślenia. 

Najpierw Hans musi pogadać z Helmutem, potem Helmut z Rainerem, potem jeszcze Rainer z Hansem i wszyscy jeszcze raz. A potem są tak zmęczeni tym myśleniem i gadaniem, że się tylko biorą do roboty i już drugi raz nie zastanawiają. Na dowód absolutnej prawdziwości tych stereotypów mogę przytoczyć tweeta od samej Angeli Merkel, która zdaje się że dziś doszła do tych samych wniosków co ja 3 tygodnie temu i ogłosiła światu, że Niemcy nie są uzależnione od rosyjskiego gazu. 

A za kilka tygodni ma być ogłoszona nowa polityka energetyczna Niemiec. Spodziewam się dokładnie tego, co też już napisałem wcześniej. Oni naprawdę myślą tak powoli, ale potem zwykle dochodzą do imponująco sensowych wniosków. Dlatego spodziewam się ostrego przyspieszenia i państwowego wsparcia dla programu izolacji termicznej mieszkań i oszczędzania gazu dla celów grzewczych. BTW - wczoraj program zwiększania efektywności wykorzystania gazu ogłosił rząd Argentyny. Po latynosku niedorobiony, ale szybciej, niż najbardziej zainteresowani....
  
Nasz bohater, Władimir Putin, doprowadził do rozpoczęcia wojny ekonomiczno- technologicznej, która wobec miażdżącej przewagi Zachodu, zwłaszcza Niemiec, musi doprowadzić do podkopania potęgi eksportu surowców energetycznych Rosji, czyli do znaczącego osłabienia tego kraju. Osłabienie wpływów z eksportu, chaos ekonomiczny poprzez nieprzewidywalne sankcje, brak rozwoju technologicznego poza zbrojeniówką, nieefektywne zużywanie energii, kredyty zaciągnięte na rozwój produkcji surowców energetycznych przy możliwości szantażu przez odbiorców - to jest przepis na idealną katastrofę. Wyjściem byłoby jedynie szybkie przekształcenie Rosji w państwo narodowe, zdolne do przetrwania załamania gospodarczego. 

Ale nie po to stary byk strofuje młodego. Rosja zostanie rozmontowana kompletnie. Banksterka weźmie swoje, koncerny zbrojeniowe z USA ukradną kolejne technologie, Chiny i Niemcy będą mieć bezpieczne połączenie lądowe, Tatarzy swoje dwa kraje - Krym i Tatarstan. Po oddzieleniu Tatarstanu komunikacja pomiędzy europejską częścią Rosji a Syberią jest zerwana i są to dwa oddzielne kraje. To zupełnie poważnie, jak dla mnie, większość z racjonalnego przewidywania, ale trochę na wyczucie, Rosja jest dokładnie na kursie do rozpadu. Rosja posiada ledwo zbilansowaną gospodarkę już obecnie. Na horyzoncie czai się destabilizacja urządzana przez cały koncert mocarstw. Bez kultury technicznej i wynikającej stąd chęci i umiejętności modernizacji, bez działających mechanizmów zmiany władzy, dosłownie otoczona wściekłymi wrogami, to jest przepis na katastrofę, a przynajmniej poważną degradację państwa. 

 Z polskiego punktu widzenia taki los się szczerze Rosji należy, dla pokoju, rozwoju  i stabilności w tej części świata. Stąd wniosek o przyznanie nagrody Nobla uważam za całkowicie uzasadniony. 

Historia jednego obrazka

Dziś znowu wpis z obrazkiem. Jak wiadomo kolorowe obrazki poprawiają nastrój. Naukowe badania dowodzą, że najbardziej poprawiają nastrój obrazki starych mistrzów, ale tylko gdy akurat jesteśmy ich właścicielami. Tak dobrze nie ma. Ja co najwyżej mogę się przejść do Museo Nacional de Bellas Artes, gdzie jedna sala by spokojnie wystarczyła na drastyczne podniesienie poziomu wszystkich muzeów sztuki w Polsce. Ale uczucie poprawiania nastroju przez własność takich obrazków nie  jest mi znane, niestety...

W związku z tym mam dla czytelników obrazek. Może nie taki piękny, ale cholernie ciekawy. Zapewniam, że na wpatrywaniu się w niego i zastanawianiu spędziłem prawie tyle czasu, co wśród impresjonistów w MNBA.

Opis tym razem po angielsku, więc oszczędzę dalszych wyjaśnień.  Dla ostatnich sceptyków znaczenia energetyki wiatrowej i słonecznej w Niemczech: na wykresie ilość prądu z OZE jest, delikatnie mówiąc, dość dobrze widoczna.  Tak samo widoczne jest regulacyjne znaczenie elektrownie węglowych. I bez problemu możliwości regulacyjne nowoczesnej energetyki węglowej, czyli jej dobra współpraca z OZE. Tak samo widać, jak zwykle zresztą, ciągłą prace elektrowni atomowych i konieczność także w tym wypadku zmniejszania mocy w nocy z soboty na niedzielę. Widać też wyraźnie, że energetyka słoneczna i wiatrowa znakomicie się uzupełniają, w warunkach dobrego nasłonecznienia wiatr jest zwykle bardzo slaby, a nabiera siły w nocy. To jest wykres z jednego tygodnia, ale znakomicie się także uzupełnia między sezonami: jesienią i zimą są znacznie lepsze wiatry, a brakująca regulacja mocy jest dostarczana przez elektrownie wodne, których w Niemczech jest żałośnie mało (w stosunku do całości mocy wyraźnie mniej niż w Polsce!!!), a i tak całkiem sprawnie ta ilość działa w celu chwilowej regulacji mocy.  

Jak kilkukrotnie wspominałem, w  normalnych warunkach elektrownie są załączane w określonym porządku - zgodnie z niemieckimi regulacjami- najpierw sieć przyjmuje wszystko co wyprodukowano z OZE, potem reszta zapotrzebowania jest pokrywana według zadeklarowanej przez elektrownię oferowanej ceny. Stąd zawsze najniższą cenę proponują atomowe, bo jak pisałem w poprzednim wpisie, regulowanie mocy jest w praktyce niezwykle kosztowne i znacznie droższe niż produkcja pełną parą cały czas. Kolejno potem jest to węgiel brunatny, węgiel kamienny, a gazowe przed rewolucją energetyczną były uruchamiane w godzinach, ewentualnie dniach szczytowego zapotrzebowania. Od pewnego czasu są uruchamiane coraz rzadziej, stąd ich rosnąca nieopłacalność i stąd cały spadek zapotrzebowania w Niemczech na rosyjski gaz. 

Na tym przykładowym obrazku widać już jak na dłoni wszystkie trendy, które opisywałem wcześniej. Ten system będzie wymagał zmian w wypadku biomasy, która obecnie produkuje cały czas, a w przyszłości będzie uzupełnieniem w okresach dużego zapotrzebowania i małej produkcji prądu z wiatru i słońca.  Ale to na dziś nieistotne. Można zobaczyć, kto nie widział pełnego sprawozdania chwilę wcześniej, jak bardzo OZE się wgryzają w tradycyjną energetykę. Też patrząc na ten wykres 2 lata temu produkcja prądu z węgla brunatnego była praktycznie stała, jak z atomu, a energii z węgla kamiennego nieco się zmieniała miedzy sezonami. Poszczególne szczyty zapotrzebowania były załatwiane gazem. Do 50 GW energia była załatwiana atomem, węglem brunatnym i częściowo kamiennym.

Na powyższym wykresie produkcja pomiędzy 50 a 70 GW kilka lat temu była załatwiana gazem. To, jak widać jest przeszłością. Produkcja energii elektrycznej z gazu w Niemczech jest w kompletnym zaniku. To już nawet nie jest zmniejszanie. To po prostu zanik. Ta tendencja przebiega zresztą w takim tempie, że mnie, dużego fana Energiewende, kompletnie zaskakuje. Zainstalowana moc elektrowni gazowych w Niemczech to jest 23,7 GW.  Jak widać w ubiegłym tygodniu nie zdarzyło się załączyć więcej niż 8,7, a łączna produkcja to 700 GWh. Daje to „imponujący” capacity factor na poziomie 17 %, mniej - więcej trzykrotnie mniej, niż projektowany w biznesplanie czas pracy. I oczywiście, zostało spalone trzykrotnie mniej gazu, niż miało to miejsce przed rewolucją energetyczną. Zastanawiające jest tylko to, że produkcja nie spadała poniżej 3,1 GW pomimo niewykorzystanych mocy węglowych - to zapewne jest kolejny objaw słabości sieci przesyłowych.   To zresztą burzy jeszcze jeden mit propagandzistów wielkiej energetyki i przeciwników OZE. Mit brzmi - aby zapewnić sprawne zaopatrzenie w energię z wykorzystaniem OZE potrzeba moc światła i wiatru zdublować turbinami gazowymi. Jak widać na załączonym obrazku, właśnie te turbiny gazowe są najmniej potrzebne, a elektrownie węglowe sobie z tym radzą wystarczająco dobrze. 

Następne informacje z ostatniego tygodnia. Elektrownię węglową w Luenen wyłączono na weekend. Po prostu, w związku z prognozą dobrego wiatru (widocznego na obrazku) nie opłacało się nawet trzymać w ruchu elektrowni o fantastycznej (serio) sprawności 46%.  

Poza tym przypominam, że w przeciwieństwie do gazowych i atomowych, elektrownie słoneczne i wiatrowe są w Niemczech cały czas budowane i to w stachanowskim tempie. Trochę węglowych także, planowanych w związku z wyłączeniem atomu, ale atom jest sprawnie zastępowany przez OZE, więc prawdopodobnie z wybudowaniem nowych zostanie wyłączona istotna część starych węglówek. 

Ale wracając do wywodu. Obrazek ten i obłędne tempo w jakim się stawia nowe moce OZE, pozwala mocno przypuszczać, że już tego lata sytuacja będzie bardzo zabawna. Przewiduję, że w letnie weekendy zupełna normą będzie zaspokajanie większości dziennego popytu przez elektrownie słoneczne, co będzie się łączyć z wyłączaniem istotnej części tych na węgiel kamienny i skręcaniem atomówek. O włączaniu gazowych jako ogólnego zapotrzebowania nie warto nawet wspominać.... 

A jeszcze zabawniejsze jest to, że program produkcji biogazu i biometanu solidnie ruszył z miejsca. Drobna dygresja - biogaz to to, co wydostaje się z reaktora (czyli realnie odpowiednika zamkniętego zbiornika na kompost), 50-65% metanu, poza tym CO, CO2, H2S, i ewentualnie inne. Biometan to biogaz oczyszczony do poziomu 98-99% metanu i jako taki wtłaczany do sieci gazowej.  Także zaczynają to być przemysłowo istotne ilości. Tu się przyznam, nie liczyłem dokładnej struktury produkcji i zużycia gazu w Niemczech, bo nie do końca mnie to interesowało. W obecnych badaniach skupiam się na najlepszych światowych wzorcach, a Niemcy są dobrzy tylko w energetyce i recyclingu. 

Gdyby tak dobre rozwiązania też wdrożyli w organizacji ogrzewania, to zapewne w ciągu kilku - kilkunastu lat mogliby stać się EKSPORTEREM netto gazu - jakkolwiek fantastycznie by to nie brzmiało.  Już dziś opłaca się budować elektrolizery uruchamiane w okresach najtańszego prądu i dodające wodór do sieci. 

Wdrażanie tychże elektrolizerów jest obecnie  na poziomie pilotowych instalacji, a wyprodukowany wodór jest domieszywany do gazu ziemnego w 2%, technicznie możliwy jest dodatek do 10% wodoru w sieci gazowej. Stąd, jeśli w tym roku doczekamy produkcji wyłącznie ze słońca w letnie weekendy, w tym samym czasie w przyszłym roku będzie nadprodukcja, która zamiast odłączać fotowoltaikę od sieci, może pójść w produkcję gazu.  Tak samo spodziewam się niedługo elektrolizerów przy zakładach wielkiej syntezy chemicznej, które to zakłady i tak najpierw wytwarzają wodór z gazu ziemnego. 

Korzystając z taniego (darmowego) prądu pominąć dość kosztowny etap produkcji? Świetny interes. To przy okazji odpowiedź dla licznych pytających o to, co z produkcją amoniaku itp, przy odchodzeniu od paliw kopalnych. Dokładnie nic. Gaz ziemny służy tylko do dostarczania wodoru i w trakcie są kosztowne etapy oczyszczania, itp. Jak jest tani prąd, można od razu mieć wodór i niczym się nie przejmować. A nawet zmniejszyć instalację do poziomu właściwego dla większego gospodarstwa rolnego. 

To wszystko widać na obrazku. Nadmiar energii będzie szedł w gaz, bo to łatwe i tanie, nowe OZE są stawiane w obłędnym tempie, elektrownie gazowe są niepotrzebne, a atomowe przeszkadzają w rozbudowie OZE;  jako backup śmiesznie mała ilość wodnych sprawdza się zupełnie dobrze i daje czas potrzebny na rozruch węglowych. 

Jedyną szansą dla interesów Gazpromu to, jak wcześniej pisałem, obniżyć cenę gazu do poziomu konkurencyjnego z węglem, czyli mniej - więcej do 200 dol za 1000 m3. Ale to byłby koniec Rosji.  I tak będzie, tylko jeszcze sobie z tego nie zdają sprawy. Mój postulat brzmi: jest absolutnym strategicznym celem narodu polskiego obecną putinowską Rosję rozbić, rozłożyć na łopatki, rozmontować na części. Droga do tego jest oczywista. Wspierać wszelkie możliwości obniżenia cen ropy na światowych rynkach i gazu w Europie. Dalej już się różnimy. Niestety ja sam mam opinię inną niż ta podzielana zgodnie przez rząd i opozycję. 

W związku z tym zadam tylko pytania: może spróbować polityki dotowania oszczędności? Nawet dla liberałów można to wprost uzasadnić potrzebami bezpieczeństwa państwa. Może rozpocząć na serio zabawę z biogazem? Mam poważne podejrzenia, że przy dobrej organizacji krajowy gaz ziemny, biometan i oszczędności załatwiłyby sprawę importu gazu z Rosji. Cóż Niemcy to potrafią, Polacy jak zwykle nie potrafią się zorganizować. Mam tylko najszczerszą nadzieję, że to się jakoś zmienia i tak samo Polacy potrafią w walce o wolnośc organizować się w ramoach wolności od wielkich koncernów. Yyy, chyba jestem na orbicie..... 

3 miliony komputerów dla szkolnych dzieci

Taka, czy jakaś podobna zapowiedź się znalazła kiedyś w programie wyborczym pewnego pajaca, który obecnie jest niestety premierem pewnego środkowoeuropejskiego kraju. Obietnica została następnie całkowicie olana, co dziś oczywiście nie jest dla nikogo zaskoczeniem.
Za to zupełnie przez przypadek, podobny pomysł miał rząd Argentyny. W ramach pakietu antykryzysowego, czy czegoś w tym stylu.
Tylko- tu nikt nie rzucił z d.. takiego pomysłu, tylko zrobiono coś co ma ręce i nogi. Dalej ten opis to właściwie spis podstawowych różnic pomiędzy dwoma państwami o podobnym poziomie zamożności, tylko jedno z nich jest rozsądnie zarządzane i zorganizowane, a drugie... nazywa się PR (czy jakoś podobnie)
Oficjalnym celem jest przeciwdziałanie cyfrowemu wykluczeniu dzieci z biedniejszych rodzin. Najpierw od założeń- na jakimś etapie nauki (schodzi się z tym w dół) dziecko, czy nastolatek dostaje komputer (właściwie netbooka) do użytku, po zakończeniu szkoły otrzymuje go na własność. Ostatnio się chwalili, że rozdali ponad 3,5 mln, więc realnie sporo w całym kraju, ale tez istotne było gdzie był początek. Priorytetem były miejscowości pozbawione dostępu do internetu, a jeszcze bardziej elektryczności (Argentyna jest olbrzymia i choć mało, takie miejsca też istnieją). Brzmi dziwnie- ale razem z rozdawaniem komputerów, po prostu finansowano dołączenie szkoły do internetu, czy w razie potrzeby jej elektryfikację- nie jako podłączenie do sieci, bo to ze względu na odległości przeważnie byłoby zbyt drogie, tylko buduje się instalacje oparte o energię odnawialną (wiatr na południu i słońce na północy). Czyli jest to część skoku cywilizacyjnego i zmniejszenia izolacji wiosek gdzieś na końcu świata. Ale- najzabawniejsze są inne skutki uboczne.
Oczywiście komputery kupuje rząd. Więc jest duży, gwarantowany nabywca. Zgodnie z przepisami o przetargach jeśli zamawiana rzecz jest produkowana w Argentynie, to można wybrać zagraniczną, jak najbardziej- pod warunkiem uzyskania zgody gubernatora prowincji, ministra, prezydenta, papieża i dwustu tysięcy podpisów- być może pominąłem część warunków, ale o takim zjawisku jak wygrana zagranicznego towaru lub usługi w starciu z lokalną i tak nikt nie słyszał.
Więc, jak się program rozpoczął, stosowne netbooki w kraju produkował chyba tylko Samsung (a może nie tylko). Mając zagwarantowany zbyt inni producenci ruszyli bardzo szybko. Ale wkrótce przestało być tak różowo. Jedna rzecz to ruszyć z montownią netbooków- w końcu żaden problem (mając wystarczająco masowy zbyt....), a druga rzecz to te sympatyczne warunki przetargów. Aby się utrzymać przy kolejnych dostawach- nie ma wyjścia, trzeba zwiększać udział krajowy, konkurencja nie śpi. Więc poszczególni producenci stopniowo zamiast kupować gotowe ekrany LCD, sprowadzali płytę, która na miejscu jest dzielona i podłączana (do końca nie wiem z czym to akurat się je), jakiś roku temu czytałem wywiad z szefem fabryki, który mówił, że właśnie uruchamiają linię produkcji płyt głównych, itp. Oczywiście procesory są importowane- bo jak inaczej?- z Intelem nie ma dyskusji. Właściwie wszystkie układy scalone także- ale znów- rząd rzucił trochę grantów dla uniwerków i studenci dzielnie projektują prostsze układy scalone- które potem mogą być robione jako zlecenie w fabrykach na Tajwanie, co daje 80% niższe koszty, lokalne zatrudnienie i ułatwienia dla krajowego przemysłu- który oczywiście będzie to mógł wykorzystać (a przy sprzedaży dla rządu nawet nie będzie mieć innego wyjścia...).
Właśnie niedawno ogłaszano też wypuszczenie specjalnej edycji Debiana, dostosowanej dokładniej do profilu użytkowania i parametrów sprzętu. Aktualizacje oprogramowania są testowane i dopracowywane przez Univesidad de Buenos Aires. Oczywiście olbrzymia większość oprogramowania jest na licencji GNU, bo zwyczajnie to nie było tu robione i tak od zera lokalnego oprogramowania nie ma, a z drugiej strony rząd argentyński płacący licencje za oprogramowanie za granicę- to przekracza granicę mojej wyobraźni. Tego oprogramowania edukacyjnego jednakże jest sporo- planetarium, coś tam do robienia filmów (kolejny przemysł do rozwinięcia, według rządowych planów- o czym wspomniałem zresztą, zanim zostały ogłoszone- taki jestem dobry), itd.
Poza tym oczywiście, jak to sadystyczny kryptokomunistyczny rząd, zwalczający wolność gospodarczą na każdym kroku, gdzie akurat tego dnia Prezydencie do głowy strzeli, itd... - subtelnie poinformowano producentów komputerów, że model kolonialny importu śmieci i wywozu kasy się skończył- albo produkują na miejscu, albo eksportują podzespoły, albo ich nie ma. Zestaw marek telefonów i komputerów jest podobny jak w reszcie świata, ale też trochę inny- znacznie mocniejszą pozycje ma np. Blackberry i Samsung, za to Apple sądził, że są wystarczająco ważni, że mogą sobie rząd Argentyny olać, bo klienci i tak ich kochają. Cóż- może i kochają, ale obłędnie drogich i importowanych sprzętów nie kupują, w efekcie oficjalnych sklepów Apple w Argentynie nie ma, można co najwyżej kupić z prywatnego przewozu.
W taki sposób, w ciągu 3 lat dzieciaki dostały 3 mln komputerów, został stworzony kawał krajowego przemysłu, właściwie od zera- tu ciekawostka, przeglądając jakiś czas temu gazetkę promocyjną z supermarketu RTV-AGD, w dziale telefonów i komputerów importowanych było jakieś 10-20%, wśród sprzętu AGD- zero. Inna sprawa, że ludzie tu nie chcą kupować rzeczy importowanych. Patriotyzm to jedna sprawa, ale czysty pragmatyzm to druga- na kontynencie, gdzie ma się dobrze kultura naprawiania wszystkiego, nawet jak to już nie ma żadnego sensu- kupowanie rzeczy z importu, jak nie wiadomo co będzie z częściami zamiennymi jest postrzegane w najlepszym wypadku jako niepotrzebna rozrzutność. I to się nazywa polityka, bo tak naprawdę to rząd nauczył ludzi takiego sposobu myślenia. Znajomy opowiadał, że jak wybito mu szybę w bodajże Fordzie Scorpio – samochodzie tu nietypowym, to musiał ja kupować w Paragwaju, bo w Argentynie taka rzecz nie istniała. Później kupił Peugeota Partnera- bo krajowy...
Z opowieści tej wynika także forsa- kto współpracował przy realizacji rządowej polityki- zarobił i dalej zarabia. I to naprawdę dobrze. Ci, którzy jako pierwsi mieli linię do produkcji płyt głównych oczywiście wykosili konkurencję w przetargach- za krajową produkcję i to niezależnie od ceny. Inwestycja paru milionów dolarów zwróciła im się pewnie w kilka miesięcy albo nawet tygodni. Cóż- w praktyce rozwój przemysłu i tak trzeba dotować, to niech dzieciaki przynajmniej komputery dostaną. Kto za to się upierał przy neoliberaliźmie- jak w tym konkretnym wypadku Apple – nie istnieje.
Za to- tego typu polityka zupełnie niespodziewanie (a może spodziewanie?) otwiera pewne szanse. Kolejnym efektem afery Snowdena jest żądanie rządu Brazylii o przeniesienie serwerów Facebooka, Google i innych globalnych firm przechowujących dane obywateli Brazylii na teren Brazylii. Za to ostatnio nastąpiło spotkanie przedstawicieli Argentyny i Brazylii w celu opracowania wspólnej ochrony przed szpiegostwem internetowym ze strony USA. I patrząc na błyskawiczny rozwój i dorobek IT w Argentynie- tym razem to potężna Brazylia wystąpi w roli młodszego brata. Oczywiście zobaczymy, ale dzięki polityce takiej i podobnej to jest spora siła technologiczna i ekonomiczna (znacznie mniejsza niż Krzemowa Dolina, ale już spora).  

O tajnych labolatoriach co mają uratować planetę

Wielokrotnie pisałem, że dość nieuniknionym skutkiem beznadziejnego uzależnienia naszej cywilizacji od paliw kopalnych jest ciężkiego kryzysu w obliczu ich wyczerpywania się i utrudnionej dostępności oraz globalna recesji połączonej z rozpadem władzy w co poniektórych państwach i regionach świata w sytuacji zmniejszania się ich dostępności. Co do dostępności- nawet wydobycie może się zwiększać, ale jeśli nakłady na to wydobycie będą rosnąć szybciej- ilość energii dostępnej do konsumpcji będzie się zmniejszać. Pomimo pewnych prób dokładne wyliczenie tego rodzaju wydaje się niemożliwe, więc kiedy to nastąpi- i tak nie wiemy. Ale co ciekawe- pod każdym takim wpisem pojawiają się dwa rodzaje komentarzy „w tajnych laboratoriach znajdują się rzeczy o których nam się nie śniło i wszystko jakoś się załatwi” oraz „nie jest to żaden problem bo rynek wszystko rozwiąże, tylko może gdzieś nam tego wolnego rynku brakuje”. Co do drugiego- jest to oczywiście szalona idea neoliberałów. Rynek działa, ale zawsze wybiera najbardziej efektywne rozwiązania NA DZIŚ- co oznacza minimum inwestycji, maksimum zysków. I w porządku, ale rozsądnie przewidując kryzys w przyszłości można być praktycznie pewnym, że nawet efektywna wolnorynkowa gospodarka sprawi, że będzie po prostu większy i głębszy. Znakomitym przykładem jest tu porównanie sytuacji USA, Europy oraz Brazylii w trakcie ostatniego kryzysu. Cofnąć się należy do szoków naftowych lat 70-tych i reakcji na nie. W USA była ona w największym stopniu rynkowa. Szał wierceń i badań nad ulepszonymi sposobami wydobywania ropy z jednej strony i reakcja konsumentów w postaci pokazania żółtej kartki kartelowi z Detroit z drugiej. Jednakże żadnych szczególnych działań rządu nie było- oprócz nieco późniejszej dyplomacji Reagana przekonywującej Saudyjczyków do zwiększonego wydobycia. Szybkie i proste kapitalistyczne działania, nawet przyniosły pewien efekt- przynajmniej przedłużył czasy potęgi USA o dobre dekady, ale później, w czasie dzisiejszego kryzysu cała trójka z Detroit się ustawiła po kasę podatników (a samo miasto za mini...), ale uderzenie z końca poprzedniej dekady prawie rzuciło resztki amerykańskiej gospodarki na kolana. Nie rzuciło całkowicie tylko dzięki dalszej deindustrializacji i wyciskania resztek oszczędności z klasy średniej.
Europa- wyciągnięto trochę wniosków i rządy co poniektórych państw aktywnie zaangażowały się w zmniejszanie ropożerności gospodarki, przy możliwym zachowaniu poziomu życia- flagowym przykładem jest tu sieć szybkiej kolei najpierw we Francji, później w innych krajach. Ilości paliwa zużywanego przez samoloty i samochody które zostały zastąpione przez pociągi nie są aż tak wielkie (w porównaniu do całości zużycia), ale są. Zgodnie z tą samą filozofią od dłuższego czasu na powrót buduje się linie tramwajowe, metra, itd. w całej Europie. I chyba nigdzie nie dopuszczono do rozkładu transportu publicznego do stopnia, który jest normą w USA. To wszystko oczywiście szło z pieniędzy podatników, bo inaczej się nie dało. Tam gdzie funkcjonowała ideologia kapitalizmu wg wzoru USA- rozkład transportu publicznego jest widoczny gołym okiem- czy jest on niewydolny, czy też obłędnie drogi, czy obie te rzeczy naraz. Dlatego nie stanowi realnej konkurencji dla prywatnego spalania paliw kopalnych i dlatego też uderzenie kryzysu było mocne- choć akurat w wypadku dwóch najdokładniej odpowiadających temu opisowi krajów złagodzone olbrzymiej skali zadłużaniem się w najtrudniejszym okresie- mowa tu o UK i Polsce. Choć obecnie zużycie paliw spada, ale odbywa się to kosztem poziomu życia, a nie oszczędnością dzięki inwestycjom i technologii- bo ich po prostu nie było. Południe Europy to trochę inna historia nie mieszcząca się w tej narracji.
I teraz Brazylia- w latach 70-tych, po uderzeniu kryzysów naftowych podjęto decyzję o maksymalnym możliwym uniezależnieniu się od paliw kopalnych. Wobec faktycznego braku sieci kolejowej i raczej nierealności jej stworzenia na takim obszarze (przynajmniej wtedy) zrobiono co się dało- oparcie energetyki w olbrzymiej części o wodę i stworzenie ogólnokrajowej sieci (nie wiem, czy ogólnokrajowa już istnieje- to naprawdę duży kraj...) oraz uniezależnienie się przynajmniej od benzyny- przez program bioetanolu, który solidnie subsydiowany przez 30 lat, obecnie stoi już na własnych nogach i w razie potrzeby Brazylia może w krótkim czasie wyeliminować zużycie benzyny bez problemów (oprócz nadmiaru dystrybutorów na stacjach...). Tak samo program rozwoju krajowego przemysłu przyniósł owoce- wydobycie ropy pozwala na zaspokojenie krajowych potrzeb i choć w brazylijskie miasta są pod względem komunikacji raczej koszmarem (trochę przesada, ale w porównaniu do średniej europejskiej czy Argentyny) to jednak uderzenie kryzysu paliwowego nie spowodowało takiej dziury w kieszeniach konsumentów jak w USA i nie zahamowało gospodarki.
Czyli rynek jest dobry, ale po prostu w tym wypadku nie działa i działać nie może. Sprawdzone i dokładnie przetestowane- gdzie następowały inwestycje państwowe, tam są jakiekolwiek bufory i środki ratunkowe przed zawałem gospodarki. Gdzie ich nie było- nadal nie ma.
To tyle na temat korwinistów (nie żebym miał dużo przeciwko korwinistom, ale dzięki ogłupiającym tekstom JKM mnóstwo rozsądnych skądinąd i sympatycznych wykazuje się absolutnym niezrozumieniem najprostszych zjawisk społecznych i ekonomicznych).
Co do zawartości tajnych laboratoriów- nie trzeba szukać tak daleko, wyjście nazywa się elektryczność i jest znana od pewnego czasu. Drobnym problemem jest jej wytwarzanie, ale znów możemy zajrzeć nie do tajnych laboratoriów a wystarczy na półki sklepowe- ogniwa fotowoltaiczne, po stworzeniu masowego rynku i masowej produkcji za niemieckie oszczędności są tanie. Znów- nie tak tanie, aby były kapitalistycznie lepszą inwestycją niż elektrownia gazowa czy węglowa, bo nie są. Ale są wystarczająco tanie, aby prawie się opłacało konsumentom. Mniej więcej to samo można powiedzieć o energetyce wiatrowej- choć tu już konieczne inwestycje zaczynają się od znacznie większej skali. Cały czas drobiazg- na dziś już nie tak wielkie inwestycje, których jednakże wolny rynek sam nie załatwi- aż do momentu, kiedy kryzys paliw kopalnych stanie się mocno dotkliwy, a prąd zacznie być naprawdę drogi. Tylko wtedy będzie już sporo za późno, dokładnie jak teraz, w obliczu sypiących się budżetów wielkie inwestycja zaczynają być nierealne. To jest właśnie jedyny problem- rozpocząć przebudowę infrastruktury wtedy, kiedy są na to pieniądze i wydać je w jakiś rozsądny sposób. A dziś rozsądny oznacza- jak najszybsze zmniejszanie uzależnienia od paliw kopalnych, w pierwszej kolejności ropy naftowej. To się całkowicie da zrobić- pod właśnie tym warunkiem- że jest robione wtedy, kiedy jest jeszcze na to czas. Choć ja osobiście przypuszczam, że został on już przespany. Skala koniecznych wydatków jest tak astronomiczna, że jest to zwyczajnie niemożliwe, bo zbliżające się wielkimi krokami i już widoczne koszty szaleństw klimatycznych zjedzą całą resztkę kapitałów która pozostała.

Zmiana paradygmatu ekonomii


Jak wiadomo długotrwałym czytelnikom bloga, w trakcie jego pisania nieco zmieniłem poglądy gospodarcze. Bezpośrednim powodem tego było zapoznanie się z obecnym systemem gospodarczym Argentyny (a raczej prowadzoną polityką) i wielce odkrywcze spostrzeżenie, że to działa. Tak jak nadal uważam, że maksymalne zwiększanie wolności gospodarczej jest korzystne dla społeczeństwa jako ogółu, tak też za najistotniejsze ograniczenie dla tejże wolności zacząłem postrzegać nie działalność rządów, ale międzynarodowych korporacji, ustalających własne reguły gry i niszczących, często w bezwzględny i nieetyczny sposób lokalne gospodarki. O czym sam nie miałem pojęcia wcześniej- w Ameryce Łacińskiej i Brazylii powstała właściwie nowa szkoła ekonomii, kompletnie nie znana w anglojęzycznym świecie, oczywiście w Polsce też. Nie podawałem dotychczas żadnych źródeł- z prostego powodu- wszystkie które znałem, były po hiszpańsku, ewentualnie portugalsku. Na szczęście, jeden z wybitniejszych przedstawicieli tejże szkoły ekonomii jest z pochodzenia Polakiem i trochę pisał po polsku, co tez jest dostępne na jego stronie. Na początek mogę polecić wywiad dla GW, a potem zdecydowanie polecam zapoznanie się z całością prac. Po przeczytaniu całości przez niektórych mam nadzieję się pożegnać z korwinowskimi bzdetami w komentarzach.
Tu całość, dostępna na licencji copyleft.    

Zmiany klimatu- drobny update


Dotychczas byłem sceptykiem. Zmieniłem zdanie. Sceptycyzm wynikał z różnych dziwnych zabiegów politycznych wokół praw do emisji CO2, protokołu z Kioto, tudzież skandalu z manipulowaniem danymi o klimacie. Wszystko to było oczywiście wystarczające do kompletnej nieufności, ponieważ czuć było na kilometr machloje wielkiej spekuły.
Ale- ktoś mądry mi wyjaśnił jedną ciekawą zależność. Otóż wiadomo, że w czasach ocieplenia klimatu, Ziemia się robi cieplejsza, ale też bardziej wilgotna i w sumie bardziej urodzajna, a także większa masa roślin absorbuje większą ilość dwutlenku węgla, więc istnieje mechanizm sprzężenia zwrotnego i nie ma się czym przejmować. Niestety, w sytuacji jaka jest obecnie- to twierdzenie jest nieprawdziwe. Znaczy, jest prawdziwe, ale po uzyskaniu nowej stabilności- czyli po fazie przejściowej. Bardzo nieprzyjemnej.
Co w tym nieprzyjemnego i dlaczego- potrafi zrozumieć każdy, komu się zdarzyło na wakacje wyjechać nad morze, zwłaszcza południowe- czyli całkiem sporo osób (kto nie wie niech się zapyta :)). Czyli- woda nagrzewa się znacznie wolniej niż ziemia, w upalne lato jest znacznie chłodniej nad wodą i goręcej w głębi lądu. W zimie jest dokładnie odwrotnie. Istotnym drobiazgiem jest także to, że woda słodka paruje w danej temperaturze znacznie szybciej niż słona- o czym na przykład doskonale wie każdy z 13 milionów mieszkańców aglomeracji Buenos Aires (w tym i ja...), leżącej nad najszerszą rzeką świata (bez liczenia wysp i szerokości delty- dla czepialskich) i związaną z tym wilgotnością bardziej sprzyjającą karaluchom niż ludziom.
I co z tego wszystkiego wynika? Otóż- przy szybkim ocieplaniu się klimatu, z którym najwyraźniej mamy do czynienia, lądy ocieplają się znacznie szybciej niż morza. Co powoduje znacznie szybsze wysychanie terenów lądowych przy podobnej wielkości opadów. I to już jest przepis na katastrofę- znaczy długie i katastrofalne susze. Jakby ktoś się pytał- właśnie z tym mamy do czynienia mniej- więcej od początku wieku. I zaczyna się ciekawe konsekwencje. W pierwszej fazie szybkiego ocieplenia klimatu temperatura lądu rośnie znacznie szybciej niż temperatury oceanów. Konsekwencją tego jest mniej- więcej ten sam poziom parowania oceanów i przyspieszone parowanie lądów. Wydaje się, że te różnice temperatur są niewielkie- ale w skali całego globu są to olbrzymie ilości. Prostą konsekwencją tego zjawiska jest susza o globalnym zasięgu- jakby to co obecnie obserwujemy. I będzie gorzej. Później oczywiście będzie lepiej- jak temperatura oceanów „dogoni” poziom ocieplenia klimatu, ale to zajmie co najmniej 50-100 lat, może więcej- nikt tego dokładnie nie wie. Czyli należy się przygotować na to samo co obecnie- gwałtownie drożejącą żywność, nieprzewidywalność pogody i obniżanie poziomu życia. To ostatnie oczywiście w połączeniu ze spadkiem wydobycia ropy i beznadziejnym uzależnieniem od niej obecnej cywilizacji.
Ale to wszystko to są, wbrew oficjalnej propagandzie- truizmy, z którymi nawet nie ma co dyskutować. Tak jest i tyle. Interesujące mogą być co najwyżej wskazówki gdzie może być mniej źle- czyli wracamy do tej samej fizyki. W okolicach większych obszarów parowania słodkiej wody będzie oczywiście mniej problemów z opadami- czyli wielkie jeziora, duże rzeki, itd., zwłaszcza w cieplejszym klimacie. Choć i w tym zakresie mogą nastąpić pewne ekstrema- np. w zeszłym tygodniu trochę popadało i zalane zostało 12% prowincji Buenos Aires (dla wyjaśnienia- powierzchnia prowincji to mniej- więcej Niemiec lub Kalifornii). Oczywiście tu w grę wchodzi parowanie z La Platy, gdzie sama rzeka to w przybliżeniu trójkąt o boku 150 km, czyli mniejszego europejskiego kraju.
To też pokazuje skalę obecnych problemów i miejsca, gdzie będą one mniejsze. Otóż będą mniejsze, tam, gdzie skrapla się parowane ze zbiorników słodkiej wody. To, jeśli by komuś się chciało spojrzeć na mapę- jest Kanada, zachodnia Argentyna oraz Syberia (z odparowującej zmarzliny). Większość pozostałych regionów świata ma przechlapane. Na tym tle jeszcze całkiem przyzwoicie wyglądają okolice płytkich mórz- czyli np. Bałtyku, gdzie można przyjąć średnią wielkość opadów jako zbliżoną do dotychczasowej. Znaczy, w sumie Polska jest jedną z oaz spokoju- nie licząc oczywiście problemów dookoła. Zgodnie z tą wykładnią problemy będą w dużej części obejmować basen Morza Śródziemnego- relatywnie słonego, czyli o małym parowaniu, zamkniętego i z niewielką ilością zbiorników słodkowodnych dookoła. Zaraz, ale to już się dzieje- właściwie w całym tym zakresie. Hiszpania, Włochy, Grecja, Syria, Egipt, Libia. Można się pobawić w listę krajów, gdzie jeszcze nie ma problemów i to obstawiać inwestycyjne- jeśli mam rację to będą, i to niedługo.
Ale najważniejsze dla całego obecnego systemu są niestety prognozy długotrwałych suszy w regionach najbardziej uprzemysłowionego rolnictwa- midwest USA, wybrzeża Morza Czarnego, Australia. Na tym tle wyróżnia się jedynie Brazylia i Argentyna- ale przy polityce rządów tych krajów- ceny za pozwolenia eksportowe będą coraz wyższe i na rynkach światowych nic to nie zmieni.
Oczywiście- jak zwykle- zobaczymy, ale ja już zagłosowałem, w tym wypadku nieco przypadkowo znalazłem się w najbardziej perspektywicznym miejscu, choć oczywiście starej Ojczyźnie życzę jak najlepiej.

Update:
Znalazłem akurat taki piękny wykres. Znaczy- ubytek pokrywy lodowej nie jakby posuwał sie liniowo, a przyspieszał. Istotne jest to o tyle, że to kolejne sprzężenie zwrotne- im więcej lodu ubedzie, tym więcej światał (i ciepła) zostanie zaabsorbowane, a mniej odbite. A jeśli mówimy o przyspieszeniu i następnym sprzężeniu zwrotnym, to właściwym będzie stwierdzenie, że i tak nie ma co z tym walczyć, bo sytuacja już się wymknęła spod kontroli.

Konflikt o Malwiny- są pierwsze ofiary


Jedna z tych ofiar właśnie wylądowała u mnie na talerzu- ponieważ jest to kalmar. O co chodzi? Otóż w ramach zimnej wojny pomiędzy Argentyną i Wielką Brytanią, rząd argentyński sukcesywnie niszczy kolejne obszary gospodarki Malwinów. Jak wcześniej pisałem- wielkie statki wycieczkowe na linii południowoatlanyckiej mają obowiązkowe puntkty turystyczne w Buenos Aires, „na końcu swiata” w Ziemii Ognistej oraz dalej płyną przez Cieślinę Magellana i wzdłuż wybrzaża Chile. Zazwyczaj zawijały tez na Malwiny- do niedawna, kiedy argentyński rząd ogłosił, że coś takiego jest nielegalne- jako uznawanie brytyjskiej suwerenności nad wyspami, wobec czego statki które zawinęły do któregokolwiek portu na Malwinach (czyli praktycznie Port Stanley) nie będą wpuszczane do Argentyny. Kompanie żeglugowe dbają o swój interes, a w skali atrakcyjności turystycznej Buenos Aires, czy Ushuaia (na Ziemi Ognistej) bije na głowę wyspy, więc turyści znikli. Kompletnie i z dnia na dzień. Następna sprawą było poszukiwanie ropy i gazu wokół wysp (według oficjalnej propagandy brytyjskiej- jedyny powód konfliktu, g... prawda)- otóż z jednej strony, po nacjonalizacji YPF nowy program inwestycyjny tej firmy zakłada prowadzenie poszukiwań i wydobycia ze wspólnikami w poszczególnych złożach (czyli potencjalnie spore pieniądze dla poszukiwaczy ropy i to w relatywnie- jak na dzisiejsze czasy- łatwych złożach), a z drugiej zapowiedziano pozwy przeciwko kazdej firmie, która będzie bądz prowadziła prace poszukiwawcze lub wydobywcze na wyspach, bądź je finansowała. Cóż- argentyński sąd (generalnie uczciwy) raczej w tym wypadku odszkodowanie zasądzi- bo w myśl Konsytucji, jest to terytorium Argentyny, więc byłyby to po prostu nie zapłacone podatki i opłaty wydobywcze- i jeśli dana firma ma jakikolwiek majątek w Argentynie...., albo nawet w innych krajach z którymi Argentyna ma wystarczająco przyjazne stosunki (a to jest prawie cała Am. Południowa- w tym Wenezuela). Krótko mówiąc- racjonalnie zachowująca się firma naftowa nie będzie się dotykać Malwinów, bo ma drobną szansę trochę zarobić i prawie pewność sporo stracić. Pozostali tylko drobni spekulanci, których kapitał jednak jest zdecydowanie za mały na przeprowadzenie całości prac poszukiwawczych i wydobywczych spod dna morza na południowym Atlantyku (bo to spore pieniądze), zwłaszcza wśród problemów z finansowaniem. Nawet jeśli prace będą dalej prowadzone- to firmy poszukiwcze w takiej sytuacji poprosza o bardzo hojne zwolnienia podatkowe albo nawet dotacje. I wszystko w porządku- ale tak czy inaczej budżet wysp za dużo z tej ropy, nawet jeśli jest- to nie zobaczy.
I tu przechodzimy do budżetu. Falklanczycy chwala się, że wyspy maja zdrowe finanse, są samowystarczalne, oraz wysoki PKB, itp. To wszystko prawda, ale tenże wysoki dochód budżetowy nie bierze się z produktywności gospodarki, a redystrybucji wysokich dochodów (przynajmniej na głowę) z opłat połowowych. I, co więcej gospodarka rybna jest raczej rabunkowa, większośc gatunków ryb przełowiono, obecnie ponad połowa budżetu to są dochody z opłat za połowy tylko jednego gatunku- kalmara argentyńskiego- zresztą to nie rybacy z wysp, tylko obce przedsiębirstwa, głównie chińskie, ale do niedawna też Dalmor. Więc wracamy do zawartości mojego talerza. Tenże kalmar ma ciekawy (politycznie) cykl rozrodczy. Rozmnaża się w delcie La Platy (czyli obok Buenos Aires), a następnie dorastając powoli migruje w stronę Malwinów. Rozwiązanie jest proste- Presidenta poprosiła rybaków o odłowienie jak największej ilości kalmarów zanim dotrą do wód terytorialnych Malwinów. Stąd właśnie cena kalmara w okolicach kurczaka (ok. całego w lodzie w porównaniu do rozebranych części kurczaka).
A przy okazji- to nie chodzi o drobne ilości- połowy kalmara argentyńskiego (z czego większość dotychczas na wodach brytyjskich) to prawie 1/4 ogólnych połowów głowonogów na świecie. Oczywiście- jeśli zostaną odłowione przed uzyskaniem optymalnej wielkości- łaczne połowy będą mniejsze. Cóż, taka jest dla zwykłych ludzi cena polityki. Za to budżet wysp po obecnym sezonie połowowym się prawdopodobnie załamie. Z potencjalnych źródeł dochodów pozostaną tylko owce, a to nie są duże pieniądze- zważywszy na konieczność transportu niewielkich ilości, czyli przeładunku w jakimś porcie przed przesłaniem na inny kontynent. I właśnie takich portów brak. W praktycznie całej Am. Południowej to jest niemozliwe (no, chyba ze ktoś zapłaciłby również argentyńskie podatki, uznając tym suwerenność), gdziekolwiek indziej jest wystarczająco daleko, aby zabić jakąkolwiek opłacalność.
Czyli wojna handlowa w pełni, na razie ja się mogę cieszyć tanimi kalmarami, a od przyszłego roku brytyjska metropolia będzie musiała zasypywać rosnący deficyt budżetowy wysp- albo je pozostawić samym sobie. W pierwszej wersji padnie mit o samowystarczalności, w drugiej spadający poziom życia skłoni wielu mieszkańców do wyjazdu. Oczywiście- oba te rozwiązania są rządowi Argentyny bardzo na rękę. Teoretycznie jest też możliwy „stimulus” w postaci inwestycji w infrastrukturę- ale tu znów- jeśli będzie ona o charakterze militarnym, lub nadającym się do wykorzystania wojskowego, Wielka Brytania musi się realnie liczyć z embargiem ze strony całej Am. Południowej (niekoniecznie nastąpi w takim wypadku, ale to realna opcja)- a jeśli o przeznaczeniu czysto cywilnym- to po pierwsze potem będzie trzeba tą infrastrukturę utrzymać, a po drugie- przyda się na czas po przekazaniu wysp Argentynie. Tak czy inaczej- realnie rząd JKM ma wybory pomiędzy opcjami złymi i gorszymi. Jak dotychczas postępuje tak samo jak z kryzysem- czyli stara się ignorować problem i kontrolować propagandę, ale niestety- propaganda to tylko słowa, a kalmar na moim talerzu, którym także wygryzłem kawek dziury w budżecie wysp- był jak najbardziej prawdziwy.
Czyli- zupełnie wyraźnie widać pierwsze efekty polityki- do której argentyński rząd jest zresztą zobowiazany konstytucją, coraz bardziej stan gospodarki wysp nie zalezy od nich samych, ani od Londynu- tylko od Buenos Aires. A że na razie to destrukcja? I tak bywa. I to tez jest ostrzeżenie- zmiany na świecie zawsze się odbywają czyimś kosztem, a często równiez koszem niepotrzebnej destrukcji- choć z mojego punktu widzenia kalmar był na zupełnie własciwym miejscu- obok szklanki wysmienitego wina.

Argentyna- kryzys oraz fikcja PKB

Świat obłędnie przyspiesza w całkiem ładnie przewidywalnym zawale. Choć oczywiście nie mam zielonego pojęcia co się dokładnie i kiedy wydarzy z Europą, USA, a co za tym idzie również Chinami i Australią- można jednakże przewidywać, że dla przeciętnego człowieka nie będzie to nic przyjemnego. Choć są to piękne czasy dla odważnych spekulantów.
Tymczasem ja sobie siedzę na końcu świata i problemy oglądam co najwyżej w telewizji (a tak- w Argentynie zacząłem oglądać telewizję- głównie z powodu osłuchiwania się z językiem).
Ale- sporo osób postrzega Argentynę przez pryzmat bankructwa w 2002 oraz patrząc na oficjalne PKB, gdzie pod względem rankingu kraj ten w ciągu 100 lat spadł z miejsca w pierwszej „10” do poziomu gdzieś w środku światowego rankingu (a nawet nie wiem dokładnie na której pozycji teraz jest i średnio mnie to interesuje).
Otóż zaczynając od rzeczy w mojej opinii ważniejszej- PKB to jest kompletna bzdura dla oceny poziomu życia, nawet skorygowane o PPP (purchasing power parity). Otóż- pierwszy i, myślę, zrozumiały dla każdego argument- spora część populacji, gdziekolwiek, pracuje tylko tyle, aby się utrzymać na jakimś poziomie, zapewniającym fizyczne bezpieczeństwo swoje i rodziny (jedzenie, dach nad głową i odrobina pewności przyszłości). Więc- jeśli koszty podstawowego przeżycia zamykają się w jedzeniu, ubraniu i mieszkaniu to więcej pracować już specjalnie nie trzeba- zwłaszcza z mentalnością południowców- znacznie lepiej się po prostu socjalizować, a nie biegać do pracy nie wiadomo po co. A teraz można spojrzeć na te koszty- jedzenie jest tańsze niż w Polsce, ubrań potrzeba znacznie mniej (przymrozki to sporadyczna sprawa, dłuższe mrozy nie zdarzają się), wynajem mieszkania jest tańszy niż w Polsce nawet w Buenos Aires, prowincja to są już kwoty wręcz zabawne. Zarobki są wyższe niż w Polsce, bezrobocia praktycznie nie ma.
Więc- patrząc znów na mentalność południowców- działa to wręcz tak- „dziś pada, więc nie idę do pracy- kredytu nie muszę spłacać, robota jest, zawsze jakoś przeżyję”. Oczywiście- to się nieco mniej mieści w głowie północnych europejczyków, ale tak to działa- ceniąc bardziej przyjemność życia niż pieniądze- oczywiście pieniędzy ma się mniej, a przyjemności więcej...
Kolejna sprawa- tak jak są zorganizowane tutaj zarówno miasta, jak też połączenia między nimi- samochód, czy inny pojazd jest rzeczą zwyczajnie zbędną. Tu ekstremalnym przypadkiem jest Buenos Aires, gdzie 5 (czy może już 6) linii metra i 20 tys. autobusów pozwala tanio i szybko dojechać wszędzie, liczba taksówek jest niesamowita (i ceny przystępne dla lokalnych), a z drugiej strony parkowanie w centrum kosztuje podobnie co raty za nowy samochód (przy cenach sporo wyższych niż w Europie i wysokiej inflacji- podwyższającej koszt kredytu!!!). Czyli samochodów jest relatywnie niewiele- a co za tym idzie, przemysł motoryzacyjny nie podwyższa PKB. Powiem tak- spośród kilkunastu osób które znam tutaj na tyle, że jestem tego pewien- tylko dwie są posiadaczami samochodu, a jedna z nich wykorzystuje go do swojej działalności zarobkowej. Znaczy, znam tylko jedną osobą która posiada samochód dla zwyczajnego przemieszczania się nim.
Dalej- transport międzymiastowy, jak już wspomniałem, zorganizowany jest niezwykle efektywnie. Przejechałem kawałek tego kraju i widziałem JEDNĄ ciężarówkę, która nie była załadowana do pełna. Towarowy transport międzymiastowy opiera się w całości na dużych ciężarówkach (czyli tirach) i ruszają w trasę dopiero z pełnym ładunkiem. Dzięki temu koszty transportu są raczej niskie, pomimo wysokich cen pojazdów, dobrych zarobków kierowców i właścicieli taboru. Charakterystycznym przykładem jest po prostu problem z zatankowaniem benzyny na dłuższych trasach- wiele stacji sprzedaje wyłącznie diesla- co znów obniża koszty i PKB...
W skrócie- efektywność energetyczna tutejszej gospodarki jest niesamowita w porównaniu do polskiej, czy ogólniej- europejskiej. Oczywiście ogólnoświatowy kryzys widać i dotarł też tutaj- ale w niewielkim stopniu. Ubyło przede wszystkim turystów i to najmocniej z Europy i USA. Inni przedsiębiorcy nie mają powodów do narzekań.
W sumie- jest to kraj bialych ludzi, przyzwyczajonych do pewnego stylu życia, ale zaryzykowałbym twierdzenie, że komfort i przyjemność życia przeciętnego argentyńczyka przewyższa ten znany z USA- pomimo oczywiście znacznie mniejszej ilości gadżetów wszelkiego rodzaju- na iPhona tutaj mało kogo stać, ale na dobre jedzenie prawie każdego.
A teraz wracając do bankructwa w 2002 r. Przypominam, że wtedy zbankrutował rząd, a nie wszyscy. Wszystkich zabolało i rozpoczął się, dość krótki, okres chaosu- ponieważ z równorzędności peso i dolara przejście nastąpiło do stanu braku jakiekolwiek waluty. Zabrakło środka wymiany i zamarł na chwilę obieg gospodarczy. Ale- dość szybko rządy poszczególnych prowincji rozpoczęły druk własnych pieniędzy (formalnie obligacji na okaziciela o niskich nominałach) i znów handel stał się możliwy. Po jakimś czasie banki otwarto i wypłacono zdewaluowane peso. Kraj stał się niezwykle tani i atrakcyjny dla inwestycji, a eksporterzy zarabiali krocie. I to by było tak naprawdę na tyle- najważniejsza nauka to ta, że licząc w peso, PKB się niewiele zmienił- drastyczna różnica była jedynie w dolarach. Gospodarka przestawiła się z opartej na usługach i długu na skoncentrowaną na produkcji i eksporcie. I to by było na tyle- przeciętny argentyńczyk tak naprawdę wcale tego mocno nie zauważył- oprócz oczywiście tej chwili chaosu. Zabolało to wierzycieli- zarówno rządu, jak też banków. Z punktu widzenia przeciętnego człowieka, jakość produktów się pogorszyła- dostępne stały się tylko te produkowane w kraju, a z eksportowych- w kraju zostaje druga jakość. Dla przykładu- olbrzymi problem był nawet ze zwykłymi częściami do samochodów nie produkowanych w kraju- znajomemu wybito szybę w Oplu- marce mało znanej tutaj i taką, zwykłą szybę, udało mu się kupić dopiero w Paragwaju- w Argentynie zwyczajnie nikt tego nie sprowadzał.
Co do dalszych perspektyw- dziś znów tu się szykuje jakiś kryzys walutowy, ale co najwyżej zachęci następnych turystów i da kolejne przyspieszenie do eksportu- o przyszłość tego kraju się zdecydowanie nie martwię, nawet w najcięższych scenariuszach peak oil.