Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wykształcenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wykształcenie. Pokaż wszystkie posty

Nie znasz nikogo- jesteś w grobie jedną nogą

Widzę z komentarzy i prywatnych odpowiedzi, że moje posty o Argentynie pisane stąd zalatują hurraoptymizmem i brzmią prawie jak naganianie do przybycia do tego kraju.
Więc, zanim ktoś sprzeda wszystko, pożegna się ze znajomymi i kupi bilet :), niech lepiej przeczyta uważnie. Po pierwsze, to są moje prywatne odczucia. Zawsze czułem się lepiej w krajach południowej Europy i w tej kulturze, niż gdziekolwiek indziej, jak też zwyczajnie- nie znoszę polskiej zimy, braku słońca i szarości do takiego stopnia, że czasem w zimie potrzebowałem w Polsce wybrać się na solarium dla zwyczajnego zachowania zdrowia i nie popadnięcia w depresję. I naprawdę nie myślcie „ja też nie lubię szarej jesieni”, bo ja zwyczajnie lepiej się czuję pod palącym słońcem w 40 st upale niż w 20, czy 25 stopniach. Tak, wiem, że pisanie tego dla czytelników w Polsce na początku grudnia zakrawa na sadyzm, ale cóż....
Dalej- kompletnie mi nie przeszkadza niesłowność i ściemniactwo Argentyńczyków. Po prostu tu nie należy planować na styk, ale akurat ja tego nie lubię i w Polsce też raczej nie robiłem. Wolałem zawsze mieć rezerwę czasową i nawet z klientami porozmawiać o rodzinie, czy ogólniejszych sprawach. Więc znów- tu czuję się lepiej- bo właśnie tak się postępuje i wszyscy tego oczekują.
Ale to są drobiazgi- najważniejsza rzecz- załatwianie wszystkiego (a przynajmniej bardziej skomplikowanych rzeczy) opiera się mniej lub bardziej na znajomościach. Jeśli potrafi się je zawierać, utrzymywać i przekonać do siebie innych ludzi- nie jest źle. Choć zawsze trzeba zacząć od kogoś, kto cię poleci i wprowadzi w towarzystwo. Jeśli nie znasz nikogo- jesteś w grobie jedną nogą. Nie zrobisz w tym kraju dokładnie nic. Znaczy nie aż tak- możesz pracować dla korporacji, jeśli znajdziesz pracę przez rekrutera za granicą....
Wbrew pozorom ten system działa. Nikt nigdzie nie poleci osoby, co do której zachowania ma wątpliwości. Jeśli masz problem, wspomnisz znajomym- rozwiązanie się z czasem znajdzie. Ale jeśli się naciska, spieszy i próbuje zrobić „na siłę”- można zrazić znajomych- a wtedy- patrz na tytuł.
Podsumowując ten kawałek- jeśli jesteś osoba punktualną, słowną, oczekujesz tego od innych i brak ci cierpliwości- zwyczajnie tu zginiesz. Z dużą szansą na zawał, co w tutejszym wyluzowanym społeczeństwie będzie medialnym newsem- tak na pocieszenie....
Dalej idąc- zamiłowanie do ściemniania- do tego niestety ja też się musiałem po prostu przyzwyczaić i uznać za część inwentarza. Argentyńczyk powie co myśli i dotrzyma słowa, tylko wtedy jeśli przez przypadek jest to dla niego korzystne. Trzeba to po prostu brać pod uwagę, dotrzymywanie umów nie leży w tutejszym zwyczaju, a potem z włosko-hiszpańskim wdziękiem pytają się w czym problem. Drobny przykład- wsiadam do taksówki, widać mnie jako turystę z daleka, zresztą rozmawiam z kolegą po polsku- taksówkarz rusza i wiezie nas w dokładnie odwrotną stronę niż podany adres- na pytanie gdzie jedzie odpowiedział: „aaa, pomyliło mi się” i nagle mu się przypomniało gdzie jest podana przeze mnie ulica.
Kolejna rzecz- w Buenos relatywnie sporo osób mówi po angielsku. Co prawda dla imigranta to żadne pocieszenie- są to głównie osoby związane z biznesem turystycznym, tu możliwości pracy i biznesu nie jest wiele- bo konkurencja imigrantów z UK i USA jest spora. Bez hiszpańskiego prawie nic się nie da zrobić (zresztą mówiąc „czystym” hiszpańskim też nie tak wiele- tutejsza odmiana hiszpańskiego się różni od mówionego w Madrycie- choć są wzajemnie zrozumiałe- ale słychać, że się nie jest stąd).
Z lepszych wiadomości- to jest, podobnie jak w USA, społeczeństwo imigrantów, więc relatywnie łatwo w nie wejść i być ocenianym przez to jakim się jest człowiekiem, a nie przez pryzmat faktu, że się skądś przyjechało. Należy też pamiętać o tutejszej dumie narodowej- znów- dla mnie jest to łatwe. Autentycznie doceniam ten kraj, jego osiągnięcia i sposób działania. Nawet- też zupełnie autentycznie, popieram politykę rządu (zresztą kilka dni temu miałem gorąca dyskusję z antyrządowym Argentyńczykiem, upierając się, że polityka ograniczania obrotu dolarowego w kraju jest w rzeczywistości przykładem światłego myślenia o przyszłości, choć wkurza większość zwykłych ludzi).
Kolejny drobiazg- to co lubię- wolność, ale trzeba ją rozumieć. Tu nie interesujesz państwa, państwo się tobą nie interesuje i w większości miejsc biurokracja wygląda na sporą, ale zwyczajnie nie działa. Potrzeba jakichś pozwoleń na prowadzenie biznesu- można bez, tylko trzeba wiedzieć co można, a co nie. Jest to stos niepisanych reguł- jeśli się zrozumie sposób myślenia i działania tutejszych- jest naprawdę łatwo- jeśli nie- cóż, wracamy do tytułu tego postu.... Znów- ja to w miarę chwytam i zdecydowanie bardziej rozumiem niż polski burdel.
I to by było na tyle- przyjemności życia, południowego i latynoskiego braku pośpiechu nic nie zastąpi, ja lubię przedkładanie relacji z ludźmi, doskonałej jakości jedzenie i świetne wina nad jakiś wyścig szczurów, a zresztą pieniądze i tak jakoś same tu przychodzą. Tylko jeszcze raz- przeczytaj uważnie i najczęściej dojdziesz do wniosku, że się tu nie nadajesz.

Zawód (bez) przyszłości- prawnik


Dziś wydaje sie to znakomita profesja- a przynajmniej dająca możliwość stabilnego i dobrego utrzymania, ale niekoniecznie to jest przyszlosc, ktora pozwoli przez reszte zycia komfortowo funkcjonować.
Zatem- jaka jest teraźniejszość i przyszłość tego zawodu?
Teraźniejszosc nie wyglada tak źle- choc w istocie widocznie sie pogarsza w miare rozwoju kryzysu. Dochody ciągle potrafią być bardzo przyzwoite, zapewne w wielkich miastach w Polsce dochody najlepszych notariuszy są w okolicach 200-300 tys zł miesięcznie, a radców czy adwokatów nie tak wiele niższe- ale to jest elita. Większość jest znacznie poniżej tego poziomu i nawet średnia raczej nie odbiega mocno od średniego wynagrodzenia. Czyli jest to raczej skuteczność biznesowa niż dochodowość samego zawodu- która jest już raczej mitem. Kancelaria notarialna i znacznie mniej radcowska czy adwokacka łączy się też z całkiem istotnymi kosztami stałymi- co przy malejącej ilości klientów i ich zamożności powoduje powolne tonięcie najsłabszych.
A jednoczesnie są co najmniej trzy czynniki mocno pogarszajace perspektywy na przyszlość- pierwsza i najważniejsza rzecz- to to, o czym już pisałem- hiperinflacja prawa. Czego czysto ekonomicznym skutkiem będzie zaprzestanie korzystania z usług prawników i innych osób, których istotnym zadaniem jest orientowanie się w sytemie. Zwyczajnie- jeśli dziś w średniej wielkości firmie potrzeba prawnika, powiedzmy na pół etatu, jednocześnie z nowymi przepisami walczy księgowość, specjalista ds. BHP i dyrektor produkcji i liczba dupogodzin potrzebnnych do tego ciągle wzrasta i zatrudnienie w księgowości rośnie, potrzeba prawników też. To wszystko będzie działać- tylko do czasu. W pewnym momencie rozsądny przedsiębiorca stwierdzi, że bardziej opłaca się płacić stosowne kary czy łapówki niż utrzymyać cały tłum pracowników tylko dla przestrzegania ciągle zmieniających sie przepisów. I połowa działu księgowości oraz prawnik wylecą. Oczywiście to tylko jeden czynnik.
Są następne. Nawet w najlepszych czasach rynek nie jest w stanie wchłonąć obecnej produkcji absolwentów prawa- i nie tylko, również licencjonowanych prawników. Oczywiście jakaś część wciąż jest potrzebna. Oczywiście- rozwija się powoli, amerykańską manierą, zwyczaj wyłudzania odszkodowań za cokolwiek, a prowizje prawników są całkiem okragłe. Ale to wszystko jest przejściowe. Jest cały czas druga strona medalu- w polskim sytemie prawnym przybywa dośc systematycznie niewypłacalnych bankrutów- prowadzących interesy, ale znajdujących się poza systemem prawnym. Jedyne co mogę widzieć- to wzrost tej tendencji, i rzecz jasna, zmniejszanie się zakresu działania systemu prawnego.
Trzecią rzeczą jest powolne- a może ostatnio przyspieszone zanikanie ledwo wyrosłej klasy średniej. Zwyczajnie- nadwyżka dochodów jaka pozostawa po podstawowych wydatkach życiowych znika w społeczeństwie w przyspieszonym tempie. Jasną rzeczą jest w tej sytuacji ograniczanie wydatków, które nie są potrzebne do przeżycia- w tym spraw sądowych i admnistracyjnych, które mozna pominąć. Części z nich pominąć się nie da, ale rynek i tak oczywiście będzie się kurczyć.
Czyli podsumowując tą cześć- oczywistych i widocznych trendów- pomysł na życie, który wymaga długoterminowej inwestycji, po to aby wejść na kurczący się rynek z gwałtownie rosnąca konkurencją, jest hm... mało sensowny.
Ale to oczywiście nie koniec perspektyw. Jest perspektywa dalsza- ta nie jest taka zła. Otóż prawnicy będą zawsze potrzebni. Jest to z całą pewnością (jesli nieco rozszeżyć jego definicję) jeden z najstarszych zawodów świata. Zawsze był i będzie potrzebny ktoś, kto potrafi rozstrzygnąć spór, ktoś kto potrafi przekonywać, lub choćby cieszy się wystarczającym respektem, aby jego rozstrzygnięcia były w jakiś sposób wykonane. Ta rola oczywiście łączy się ze społecznym szacunkiem i pewnym, ciągle funkcjonującym wyobrażeniem prawnika. Bardzo dobrym i słusznym- ale z dośc dużym prawdopodobieństwem to nie może być sposób na życie- a raczej dodatek (całkiem przyjemny) do posiadanego majątku i pozycji społecznej. Za to w miarę rozkładu państwa znikną sępy prawnicze, których w USA są całe stada, a i w Polsce przybywa. Dość pozbawionych moralności typów walczących o odszkodowania, kompletnie bez żadnego związku z poszukiewaniem rozsądku i sprawiedliwości. Spotykałem takich i jakoś nie lubię im podawać ręki. Acz cały taki biznes opiera się wyłącznie na przymusie państwowym- będzie działać na krótką metę, a dla nowych absolwentów jest jedyną alternatywą. Kiedy ten przymus osłabnie to się zacznie kończyć. Patrząc znów na USA- nikomu nie będzie tego żal. Obłędne koszty opieki zdrowotnej są wywołane w dużej mierze przez system odszkodowań za błędy lekarskie i cenami ubezpieczenia od tych błędów- wynikającymi wprost z tego systemu.
A wracając do prawników- to może być i będzie bardzo dobry i szanowany zawód- o ile tylko zachowa się przyzwoitość i ma się dobre i stabilne inne źródło utrzymania.

Nowy link – nauczanie domowe

Dodałem na blogrolu nowy link. Autor się mierzy tam z absurdami otaczającej go rzeczywistości, ale w tematyce mojego bloga interesujące są posty dotyczące homeschoolingu. Zwłaszcza, że większość homeschoolerów może podpadać pod kategorię „fanatyków religijnych” i od takich Autor zdecydowanie się odcina. Jego celem jest edukacja ogólna dwójki swoich dzieci na poziomie wyższym niż oferowany przez system. I najwyraźniej udaje mu się to bez trudu i z wielką satysfakcją. Pewnym dowodem na różnice pomiędzy dzieckiem oddawanym do przechowalni szympansów, a uczonym w domu przez kochających rodziców jest blog jego syna. Zwykły obraz postępów w nauce – ale robi niemałe wrażenie informacja, że pisze to osoba, która nie skończyła jeszcze 6 lat i która w Polsce by się miała dopiero zacząć uczyć alfabetu lub przez kilka godzin uczyć lenistwa.
Poza tym jest to blog prywatny, w którym opisuje również swoją długą karierę inwestora giełdowego (zakończoną porażką- chyba głównie wskutek niewłaściwego timigu pęknięcia bańki na US bonds – która jeszcze nie pękła, a obstawiał to już dawno)- jest to całkiem interesujące. A ja sam go znalazłem dzięki opisowi potyczek prawnych ze swoim poprzednim landlordem (obecnym jest jego teściowa – jakoś tego specjalnie nie opisuje).
Poza tym Autor solennie obiecał, że za kilka miesięcy uruchomi poważną stronę poświęconą nauce domowej – przyznam, że czekam z niecierpliwością i zapewne zastąpi tą na blogrolu.
Za to z blogrola zniknął Trystero. Przyznam, że lubię czytać jego poparte naukowymi wywodami tezy o niczym istotnym, ale cały czas myślałem, że robi to ironicznie i świetnie się przy tym bawiłem. Dopiero ostatnia dyskusja z Adamem Dudą o płacy minimalnej uświadomiła mi, że on to naprawdę traktuje poważnie. Cóż – znów mi się nasuwa jako komentarza jedynie scena z „Producentów” - „Ludzie! To jest śmieszne!”. Można znaleźć tu – po 4 minucie. Może jednak włączę go z powrotem?

Nauka domowa - rozwinięcie i o wolności w Polsce ogólnie

Kolejna historyjka o wolności edukacji, a właściwie o skutecznej walce z niemieckim systemem – jednym z najbardziej represyjnych na świecie (polski jest chyba w okolicach niechlubnego pierwszego miejsca – niestety tak). Otóż pewna niemiecka rodzina, doszedłszy do wniosku, że szkoła powoduje znaczne problemy wychowawcze ich dzieci, po prostu zabrała je ze szkoły, nie mogąc znaleźć żadnej przyzwoitej w okolicy. Spodziewali się umiarkowanej grzywny i przyschnięcia sprawy. Nieco się przeliczyli, bo uruchomili aparat represji w pełnym działaniu. Kolejne procesy – przegrane, grzywny, itd. Po przymusowym dowożeniu przez Policję dzieci do szkoły i pod groźbą odebrania praw rodzicielskich wyjechali do USA i wystąpili o azyl polityczny! I uzyskali go.
Polski przymus edukacyjny wywodzi się z pruskiego, tak jak i niemiecki – regulacje i sankcje są zbliżone, tyle że aparat państwowy może jeszcze łatwiej zniszczyć rodzinę, a decyzje o odebraniu praw rodzicielskich potrafią zapadać jak splunięcie.
Podejrzewam, że gdyby sporządzić indeks państw pod względem normalnej, ludzkiej wolności – mieszkania, rodziny i możliwości jej utrzymania i obrony, RP znalazłaby się gdzieś w okolicach Korei Płn. Jeden z najbardziej drakońskich obowiązków szkolnych na świecie, obłędnie restrykcyjne (przede wszystkim w praktyce) przepisy dotyczące broni, przepisy zawyżające co najmniej 3- krotnie koszty budowy domu i system podatkowy skutecznie uniemożliwiający normalne życie przeciętnemu człowiekowi. Są państwa, w których w poszczególnych kategoriach jest gorzej (z wyjątkiem edukacji- tu takiego nie znam)– ale za wyjątkiem kompletnie obłędnych reżimów, nigdzie nie ma takiego połączenia.
Ale jest pozytywna tendencja – w miarę rozrostu, aparat represji staje się coraz słabszy. Coraz więcej urzędników, którzy walczą o wpływy wewnątrz instytucji, nie interesuje się światem zewnętrznym, coraz więcej przepisów wzajemnie wykluczających się i urzędów o sprzecznych kompetencjach. Nikt nie zna kompletu regulacji i nikt nie wie co jest legalne, a co było tydzień temu. W taki sposób zresztą ja sam jeździłem przez miesiąc samochodem bez tablic rejestracyjnych. Legalnie. Co więcej, Policja się mną nie interesowała – słusznie przypuszczając, że skoro tak jeżdżę, to przepisy na to pozwalają, a oni nie wiedzieliby co z tym zrobić. Silne państwo, che, che...

Nauka domowa w Stanach

Uważam osobiście, że homeschooling jest tylko pewnym kompromisem z lewakami, ale uczenie samemu dziecka, nawet pod państwowym nadzorem i tak jest lepsze niż wysyłanie go do wylęgarni szympansów, zwanej z socjalistyczna szkołą. A oto link z opisem bojów homeschoolera z adminstracją w NJ. Blog zresztą całkiem interesujący i warto poczytać, a sam post pokazuje, że nawet w USA, gdzie domowe nauczanie jest relatywnie łatwo dostępne, potrafi się ono zamienić w wojnę z urzędasami.

Drugi paszport- ogólnie raz jeszcze

Po komentarzach i korespondencji widzę, iż istnieje pewne niezrozumienie idei.

Otóż- ja pisząc o tym, absolutnie nie mam na myśli emigracji. Mam na myśli zwiększenie zakresu wolności pozostawając w Polsce (czy gdziekolwiek Czytelniku mieszkasz) i gwarancję możliwości ucieczki jak władza zmieni się w kompletną tyranię.

1. Wolność na dziś- to jeżeli dochody ma się z transakcji transgranicznych, przez sprzedaż wysyłkową lub reklamę internetową- to dość łatwo można się pozbyć co najmniej znacznej części podatków i niewiele trudniej przymusu „edukacji” dzieci oraz, na razie ewentualnego, poboru do wojska.

2. Ubezpieczenie na Naprawdę Ciężkie Czasy - które w naszym tradycyjnie niestabilnym regionie świata zapewne nastąpią. Dlaczego takie zabezpieczenie warto mieć - podawałem w pierwszym poście na ten temat.

Dlatego też – powtórzę jeszcze raz - zamożność i wewnętrzna stabilność kraju nie mają większego znaczenia. Znaczenie za to mają porozumienia o ruchu bezwizowym- albo jeszcze lepiej bezpaszportowym (jak nasza Strefa Schengen), potencjalna neutralność i jako ewentualny bonus – sprawna opieka konsularna. Dlatego też w tekście o Szwajcarii zwróciłem uwagę na możliwość nabycia obywatelstwa bez zamieszkania w Szwajcarii

Emigracja to zupełnie inna sprawa- choć pokrewna. Ale każdy ma znajomych gdzieś za granicą, są fora i można łatwo się dowiedzieć jak się żyje i jak się zaaklimatyzować. Choć opisując kraje, czy regiony świata, postaram się przedstawić mój punkt widzenia o ich perspektywach na dalsze lata.

Zawód (bez) przyszłości- bankier

Tradycyjną rolą banków była wymiana pieniędzy, pośredniczenie w ich przekazywaniu i gwarancje płatności w transakcjach handlowych, czasem pożyczki na poszczególne przedsięwzięcia handlowe. I to mniej- więcej koniec. Oprócz banków istnieli też lichwiarze- udzielający pożyczek konsumpcyjnych- jak byśmy to dziś powiedzieli.

Oba te zawody istnieją co najmniej od czasów Fenicjan i często wzajemnie się przenikały. Wyższą szkołą jazdy było w tej branży pożyczanie państwom. Opisane beletrystycznie, ale umiejscowione najdawniej w historii- w Faraonie Prusa (czytać nie warto- nędzna lewacka agitka). Z pogranicza wszystkich tych trzech były kredyty inwestycyjne (jak byśmy dziś powiedzieli) zaciągnięte przez Julisza Cezara na wojnę galijską (sam o tym nie wspomina- ale i przed i w trakcie miał wieczne problemy z kasą, a na inwestorów, wspólników i Senat nie zawsze mógł liczyć). Tak to trwało przez wieki.

Trochę- choć w niewielkim stopniu zaczęło się to zmieniać w trakcie rewolucji przemysłowej. Banki czasem pożyczały niewielkie (relatywnie do inwestycji) kwoty na budowę płatnych dróg, kanałów, a następnie fabryk i linii kolejowych.

Zmieniło się to po Wojnie Secesyjnej w USA- kiedy banki obłowione na sprzedaży mało wiarygodnych obligacji Unii nie miały co robić z pieniędzmi- jak się okazało, że rząd jednak spłaci obligacje oraz w Niemczech po wojnie prusko- francuskiej z napływem gigantycznych francuskich reparacji wojennych. Banki zaczęły pożyczać na potęgę na nowe inwestycje kolejowe i przemysłowe. Impreza skończyła się w 1873 pierwszym systemowym kryzysem bankowym. To zresztą pokazuje, że jak Niemcom się zalezie za skórę to potrafią oddać i po dwóch pokoleniach- o co chodzi? O to, że bankowość to był tradycyjnie żydowski biznes- a duża część niemieckiej klasy średniej zasiliła wtedy szeregi biedoty. Ich wnukowie odpłacili...

W tym też mniej więcej czasie papier zaczął wypierać kruszec z transakcji i banki miały znacznie więcej kapitału- do którego szukały zastosowania w rzeczach o których bankierzy mieli coraz mniejsze pojęcie. Następnie pożyczali już nie tylko na budowę kolei, ale też na fuzje i przejęcia spółek oraz pożyczki hipoteczne. Kolejny systemowy kryzys był kwestią czasu i nastąpił w 1893 r. Następny za to nie nastąpił w 1907- powstrzymany właściwie jednoosobowo przez J.P. Morgana. Znaczy była panika i bankructwa- ale bez systemowego załamania. Następnie powstał FED- który miał za zadanie już nigdy nie dopuścić do kolejnego systemowego załamania. Oczywiście tzw. sektor bankowy rósł i rósł- udzielając coraz bardziej egzotycznych pożyczek- a to pod zakup domu do 50% wartości i to nawet na 7 lat, a to na samochody, pralki i lodówki. Finansowano już w całości pomysły przemysłowe, a nawet spekulacje giełdowe. Nowe kredyty na spłatę starych i do przodu przez całe lata 20-te. Cóż- po 1933 cała ta armia brokerów kredytowych, urzędników bankowych, etc. zajęła się pożytecznymi rzeczami- pastowaniem butów, zbieraniem śmieci i mniej pożytecznymi jak budowa niepotrzebnych dróg w ramach różnych „stymulusów”.

Następny systemowy kryzys bankowy prawie nastąpił w 2008 i wróci. Został na chwilę powstrzymany, ale żaden problem nie jest rozwiązany- a przybyły nowe- wątpliwości co do wypłacalności prawie wszystkich rządów na świecie i sporej części władz lokalnych. Ja tych wątpliwości nie mam- ale mainstreamowi ekonomiści jeszcze chcą wierzyć w cuda.

Co prawda jest alternatywa- ale z biegiem czasu coraz mniej realna- wersja z lat 70-tych. Wysoka, wieloletnia inflacja przy znikomym wzroście (czyli rzeczywisty długoletni spadek PKB i kasacja długów). Tu niestety jest pytanie o stopy FED-u- jeżeli będą powyżej inflacji- to mamy falę bankructw najbardziej wrażliwych kredytobiorców- a ci stabilniejsi przetrwają i jakoś to będzie. Jeżeli stopy będą poniżej inflacji- razem z administracyjnym hamowaniem kredytu może się udać (ale ani w zamiar, ani w skuteczność hamowania kredytu w takiej sytuacji nie wierzę). Jeżeli mamy szalone kredytowanie i stopy poniżej inflacji- cóż, systemowe załamanie jest tylko kwestią czasu. A tak nabrzmiałej bańki kredytowej w historii nowoczesnego świata jeszcze nie było. Tzn. nie było ogólnoświatowej- bo lokalnie świetnym poletkiem doświadczalnym była Argentyna (co prawda nie dla Argentyńczyków- ale my możemy wyciągnąć jakieś wnioski) Otóż ze stu kilkudziesięciu banków nie został zamknięty jeden- mały bank gdzieś w Patagonii, gdzie dyrektor był w stanie osobistym autorytetem w lokalnej społeczności przekonać ludzi, że bank jest zdrowy i uchronić go przed runem.

Dziś banki w Argentynie istnieją, a jakże- ale służą do przesyłania pieniędzy i trzymania rachunków bieżących- pewnie też kupują obligacje rządowe, których nie kupi nikt o zdrowych zmysłach.

Tak czy inaczej- banki wróciły do swojej tradycyjnej roli, zatrudniają może 5% tego co wcześniej, a kraj nawet prosperuje. Dość paskudnie podobno wygląda tylko dawna dzielnica banków w Buenos Aires- obecnie slumsy pełne narkomanów (następne dobre zajęcie dla byłych bankowców).

Przyznam, że bardzo bym się zdziwił jeżeli obecny system bankowy przetrwa najbliższe 5 lat- a nawet osobiście stracę na tym sporo forsy.

Jeden z pomysłów na wolność edukacji i trochę więcej wolności przy okazji

Otóż spełnienia samego obowiązku szkolnego w Polsce prawie się nie da uniknąć- jak pisałem wcześniej. Wspominając w poprzednim poście o drakońskich sankcjach- wyjaśniam teraz: nie zapisanie dziecka do przedszkola i szkoły skutkuje wszczęciem egzekucji administracyjnej- która w tym wypadku polega na nakładaniu grzywien w celu przymuszenia. Kolejne grzywny- aż do skutku- a po skonfiskowaniu całego majątku urzędnicy mogą uznać, iż bankruci nie powinni wychowywać dzieci, odebranie praw rodzicielskich i fizyczne odebranie dzieci. Sympatyczne- prawda?
Tutaj poważne ostrzeżenie dla tych którzy już opuścili naszą piękną ojczyznę i dla tych, którzy dopiero zamierzają to zrobić (czy przypadkiem nie jest to podział zupełny populacji Polski?):
Jeśli ktoś wyprowadził się za granicę, a swojego dziecka nie wymeldował z Polski nadal formalnie podlega ono obowiązkowi szkolnemu- i gmina ma obowiązek wszcząć, po zawiadomieniu przez dyrektora szkoły, egzekucję. Więc potencjalnie można napotkać wielce niemiłą niespodziankę przyjeżdżając tylko na wakacje do Kraju lub pozostawiając tu jakikolwiek majątek (konto bankowe, nieruchomość). Alternatywnie- w wypadku dziecka już w wieku poborowym (czyli pow. 5 lat) należy powiadomić szkołę o wyjeździe i spełnianiu z granicą obowiązku szkolnego (a być może nawet udowadniać- wszystkie dzieci są ich).
Za to jest to pewna furtka- nie wiem, czy ktoś będzie na tyle odważny i zdeterminowany aby z niej korzystać, ale:
Wystarczy zmienić miejsce stałego pobytu i formalnie przynajmniej ośrodek swoich spraw życiowych. Dla kogoś kto prowadzi firmę i mieszka blisko granicy jest to całkiem proste i skądinąd opłacalne rozwiązanie. Otóż należy zrobić mniej więcej tak:
Zmieniamy miejsce zamieszkania na np. UK, firmę przerejestrowujemy za granicę (zależnie od wielkości, profilu i zyskowności: UK, Cypr lub któryś z krajów sąsiadujących z Polską) i ostatni warunek : w Polsce przebywamy mniej niż 183 dni w roku, a co najmniej jesteśmy w stanie to udowodnić. 10 km do granicy i dobrzy znajomi/ rodzina zaraz za nią znakomicie ułatwią sprawę. Przy okazji mamy spore oszczędności podatkowe i/lub zusowskie. Z UK lub innego cywilizowanego kraju bierzemy zaświadczenie o wypełnianiu obowiązku szkolnego przez naukę domową, składamy je u dyrektora szkoły i sprawa załatwiona.
Oczywiście: zawsze też warto się po drodze starać o drugi paszport.

Disclaimer: Oczywiście powyższego tekstu nie należy traktować ani jako profesjonalnej porady prawnej, ani jako zachęty do obchodzenia przepisów. Jeśli ktoś znajduje się w sytuacji opisanej powyżej polecam kontakt ze stosownym profesjonalistą- co również jest możliwe przez Autora.

Edukacja - ideologicznie

Nasz system edukacyjny oparty jest na powszechnym przymusie i serwowaniu młodym ludziom encyklopedycznej wiedzy- przygotowującej wyłącznie do zdawania testów z tej wiedzy encyklopedycznej. Przy okazji dzieci zamiast przebywać w towarzystwie tych, od których mogą się czegoś nauczyć- są przetrzymywani wśród rówieśników pod kontrolą w statystycznej większości nieudaczników bez autorytetu. To wszystko uważam jednak za drobiazg- tylko marnowanie czasu i energii w wieku, kiedy właśnie należy się uczyć. Najgorszą i najbardziej niemoralną częścią tego systemu jest przymusowe zabieranie dzieci rodzicom i zwalnianie ich z odpowiedzialności. Drugą stroną tego medalu jest system ubezpieczeń emerytalnych (nawet nie mówię o złodziejskim haraczu i przymusie- sam system jest zły w sensie moralnym)- który sprawia, że ludzie powszechnie nie martwią o wychowanie dzieci takie, aby mieć oparcie w przyszłości.

I tak, jak pozostałe sprawy opisywane tutaj mnie tylko rażą bezsensem- tak te dwie rzeczy- a przede wszystkim przymus szkolny uważam za z gruntu ZŁE. Złe nie w sensie utylitarnym (choć to oczywiście też), ale złe w sensie aksjologicznym- właściwszym, choć niemodnym słowem byłoby „szatańskie”.

Złe- bo przymusowe odbieranie dzieci rodzicom jest złe, bo marnowanie czasu tych dzieci zmniejsza wiedzę i zamożność przyszłych pokoleń, bo rozmycie odpowiedzialności za dzieci i ich wychowanie jest szkodliwe i prowadzi do patologii, a rozsądni młodzi ludzie popadają w gniew lub apatię sami widząc bezsens tego wszystkiego- mając słuszne pretensje do systemu i nieco mniej słuszne do rodziców. Nieco mniej słuszne- bo sankcje za normalność są drakońskie, a dziur prawie nie ma- i niestety żadna z nich nie jest łatwo dostępna dla przeciętnej rodziny.

Argumenty moralne są dla mnie najważniejsze- ale utylitarne nie są inne. Poważnie sobie zadałem pytanie jakich to rzeczy, które mogą być przydatne w życiu nauczyłem się w szkole (w całości- od przedszkola do matury, z wyłączeniem studiów- bo to był tylko przydługi kurs zawodowy).

Wynik mnie samego zdziwił: alfabetu rosyjskiego. Koniec. Z moją nauką czytania, pisania i rachunków szkoła nie miała nic wspólnego. Reszta tzw. wiedzy przydaje się co najwyżej do rozwiązywania krzyżówek- a to akurat nie moje hobby. Za to znajomość cyrylicy pozwala mi odczytać proste teksty- typu nazwy miejscowości, rozkłady jazdy, itp. w paru krajach. Rodzice akurat z powodów ideowych nie chcieli mnie tego nauczyć- choć mogli. Na tym moja znajomość rosyjskiego się zresztą kończy. Trochę mało tej sensownej wiedzy jak na 12 lat- i naprawdę nie sądzę, aby w czyimkolwiek wypadku wyglądało to dużo inaczej.


Co do przydatności rosyjskiego to moi rodzice mieli- przynajmniej w czasach komuny- sporo racji. Autentyczna historia- jak młoda dziewczyna była na wycieczce, czy wczasach na Węgrzech we wczesnych latach 70-tych. I jak się z takimi dogadać? Wszyscy pod przymusem się uczą rosyjskiego to i tak spróbowała się porozumieć z taksówkarzem. Po usłyszeniu rosyjskiego sytuacja stała się po prostu niebezpieczna- dopiero jak wyjaśniła, że jest z Polski usłyszała przeprosiny.

W zrozumieniu tego może pomóc ta fotka. Rosyjskojęzyczny był zapewne człowiek zwisający z gałęzi- pracownik ichnej bezpieki AVH, w przeciwieństwie do zwykłych Węgrów dookoła (Budapeszt 1956).


O szczegółach dziur w systemie później- jak dopracuję temat

link o wykształceniu

Znakomita mowa na zakończenie szkoły- wygłaszana przez najlepszą absolwentkę. Podsumowanie- choć nieco niekonsekwentne systemu edukacyjnego. Młoda dama, która była tego autorem ma widać jeszcze złudzenia, że gdzieś indziej to samo może funkcjonować lepiej. Niestety- nie może.

Inwestycja na następne pokolenie aka prawdziwa emerytura cz1

Tak naprawdę większości ludzi- jak mi się wydaje, w rzeczywistości nie interesuje krótkoterminowa spekulacja. Znacznie poważniejsze od tego ile % papierowych pieniędzy zarobię na lokacie/funduszu/giełdzie/obligacjach w tym roku jest to czy w przyszłości, kiedy będę mniej wydajny w pracy nadal będę miał z czego żyć, czy moje dzieci sobie poradzą i na kogo wyrosną i czy będą w stanie materialnie mi też zapewnić opiekę na starość (oczywiście większość ludzi wierzy w ZUS, ale wkrótce przestaną...)
Rada nr 1 Miej dzieci, dobrze je wychowaj i wykształć. Co do wychowania- truizmy, jak każdy zna swoje miejsce, prawa i obowiązki i jest ich pewien to wszyscy są szczęśliwsi i chcą się trzymać razem i wspierać w życiu. Co do wykształcenia- jeśli masz jakikolwiek prawdziwy zawód (wytwarzasz realnie istniejące przedmioty lub usługi, a ich sprzedaż nie jest uzależniona od istnienia państwowego przymusu ich zakupu) to rada jest jedna- zabieraj dzieci ze sobą do pracy tak często jak tylko to możliwe. Nauczą się znacznie więcej pożytecznych rzeczy niż w "szkole". Jeśli masz szczęście posiadać firmę, nawet własną jednoosobową, małe gospodarstwo- to wystarczy. To czego twój syn się może u ciebie nauczyć sprawi, że poradzi sobie co najmniej tak samo jak ty. A znacznie bardziej prawdopodobne jest to, że dziecięca i młodzieńcza ciekawość z dodatkiem wolności eksperymentowania doprowadzi do tego, że jak będzie miał 20 lat przejmie firmę a ty będziesz mu pomagał a potem przejdziesz na zasłużoną emeryturę. Czysto pieniężną inwestycją jest kupowanie dodatkowych ilości materiału- z którego twój syn będzie budował perpetuum mobile, lub coś podobnego. Ale opłaci się- naprawdę.

wykształcenie

Niedawno znajomy w rozmowie- kiedy powiedziałem, że jest gigantyczny glut na rynku m.in. prawników przyznał, że miał plan jednego ze swoich synów kształcić na lekarza, a drugiego na prawnika. To drugie- myślę, że kompletnie nie warto i mam nadzieję że go przekonałem, co do pierwszego- nie wiem, to jest zawód który można wykonywać gdziekolwiek na świecie i raczej cieszy się szacunkiem- ale może jest ta sama sytuacja? Może ktoś odpowie?
Ale- znajomy jest całkiem niezłym i wartościowym fachowcem w branży transportowej (dużo wyżej niż kierowca ciężarówki) i moja odpowiedź brzmi- zabierać synów do pracy tak często jak to możliwe- niech się uczą przez zwykłe naśladownictwo. Nauczą się znacznie więcej praktycznych rzeczy niż jest to w ogóle możliwe w szkole i mimo tego, że transport jest i będzie umierającą branżą, oni będą najlepsi i zawsze sobie poradzą lepiej niż jako początkujący prawnicy i lekarze.
Podsumowując- nie warto w ogóle wysyłać dzieci do szkoły jeżeli samemu się umie cokolwiek przydatnego w przyszłości- lepiej tą "szkołę " omijać z daleka i uczyć je prawdziwych umiejętności.