Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sąd Najwyższy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sąd Najwyższy. Pokaż wszystkie posty

Historia powstania Stanów Zjednoczonych.

Oficjalna wersja tego jak powstało obecnie dominujące światowe mocarstwo brzmi mniej więcej tak:
Koliniści, czyli głównie dzielni farmerzy gospodarujący na ziemi dziczy wyrwanej oburzeni wyzyskiem podatkowym chwycili za broń, a następnie uporem sprytem i samoorganizacją pokonali metropolie a potem w demokratycznej dyskusji zaplanowali równy i egalitarny kraj, co zostało opisane w Konstytucji tak doskonałej że nie ma żadnej potrzeby zmian. Prawda? Tak, ale ta trzecia.

W rzeczywistości:

W 1772 roku w UK wybuchł kryzys bankowy i razem z nim się skończył boom inwestycyjny. Oczywiście nowy kredyt wysechł do zera, konsumpcja drastycznie spadła, nowe inwestycje znikły, a kto mógł ściągał pieniądze do centrali. Każdy kto w zawodowym życiu przeżył 2009 rok wie o czym mowa. Wielu aż za dobrze.
Oczywistym efektem tego było wręcz zniknięcie pieniądza z obrotu na peryferiach. Czyli na przykład w koloniach północnoamerykańskich. Gdzie jeszcze były produkowane jakieś towary eksportowe, to przeważnie się dawało obsługiwać kredyty i liczyć na dotrwania do lepszych czasów. Zwłaszcza jeśli popyt na te towary się nie załamał.  Rynek pozostał w praktyce na towary z południowych plantacji (bawełna, tytoń, indygo), a towary północnych kolonii stały się niesprzedawalne (bo stanowiły tylko dodatkową produkcję rzeczy dostępnych na Wyspach, czy z regionu Bałtyku). Ta sytuacja do dziś ma bardzo, bardzo poważne konsekwencje.

Tymczasem londyński rząd miał spory problem. Kompania Wschodnioindyjska, jedna z największych i najważniejszych korporacji była na skraju bankructwa. Nie pomagała w tym to, że główny produkt Kompanii, herbata, jako dobro raczej luksusowe też była w czołówce listy produktów do odstawienia w razie kryzysu. W związku z czym w tradycyjnym brytyjskim stylu (przecież ktoś musi zapłacić nasze rachunki!) w Londynie wymyślono, że Kompanii zostanie przyznany monopol na sprzedaż herbaty w koloniach północnoamerykańskich. Nie może budzić zdziwienia w tej sytuacji, ze kiedy statek Kompanii pojawił się w Bostonie (czyli północnej części), to lokalni mieszkańcy pozwolili sobie zwandalizować ładunek, w ten sposób informując rząd co myślą o bailoucie za ich pieniądze. I tak kompletnie wirtualne, w przeciwieństwie do więzień dla dłużników, które były zupełnie realne. Więc w razie czego jakaś grzywna za wandalizm i tak im nie robiła wielkiej różnicy.
Mądre głowy w Londynie wymyśliły, że skoro nie lubią dawać pieniędzy Kompanii Wschodnioindyjskiej, to przynajmniej króla mają obowiązek lubić, kochać i mu płacić, więc nałożyli nowe podatki. Co oczywiście nie rozwiązało podstawowego problemu, czyli braku pieniędzy w obrocie, a konkretnie to go solidnie pogorszyło. 
Oczywiście populacja ludzi z widmem licytacji i więzienia dla dłużników szybko i sprawnie się powiększała. Co w pewnym momencie doprowadziło do sytuacji, w której wśród lokalnych elit znalazło się wystarczająco wielu ludzi, którzy doszli do wniosku, że w sumie jak mają być pozbawieni wszystkiego i wsadzeni za kraty faktycznie bez perspektywy rozsądnego życia kiedykolwiek później, to równie dobrze mogą ich powiesić. I podpisali pamflet wyjaśniający dlaczego nie płacą podatków, nie kochają króla i więcej mu nie zapłacą. 
Bez czytania tego pamfletu każdy kto miewał dłużników dobrze wie co tam jest napisane. Ani słowa o tym, że nie mają forsy, tylko klasyczne opluwanie wierzyciela i piękny zbitek aktualnie modnych górnolotnych słów. A że ośweceniowe prądy były na fali, wszyscy pisali jakieś "Declarations", inni mówili o "Independence" i tak dalej, to i nasi bohaterowie nazwali pamflet "Declaration of Independence".
W sumie jak ludzie usłyszeli, że nie trzeba będzie spłacać starych podatków i już nie będzie więzień dla dłużników to nasza grupka stała się dość popularna. Zwłaszcza w północnych stanach.
Co nie zmieniało faktu, że była to nadal mała grupka buntowników, która nie reprezentowała sobą żadnej poważnej siły zbrojnej, potencjału ekonomicznego, ani właściwie nic. Brytyjczycy mogli bez trudu kontrolować wszystkie portowe miasta (czyli zasadniczo wszystkie miasta) i prędzej czy później by spacyfikowali prowincję, która przecież bez miast musiałaby się stoczyć do poziomu gospodarki naturalnej. Co było możliwe na północy, ale nie na plantacyjnym południu. Czyli sytuacja w przybliżeniu jak polskiego Powstania Styczniowego i tak samo by się skończyła. Gdyby nie...

Francja. 

Która uznała, że okazja aby UK straciła kolonie północnoamerykańskie jest zbyt dobra aby ją przepuścić. W związku z czym partyzanci zaczęli mieć pieniądze. Co oczywiście podniosło ich atrakcyjność. Pamiętajmy, że zbuntowane kolonie całą swoją zachodnią granicę miały właśnie z Francją. Która szybko się przekonała, że sprawy nie da się zamknąć wysłaniem paru worków złota. Bo dzielni buntownicy jeszcze potrzebowali broni. I całej reszty wojskowego wyposażenia. Potem się okazało, że nawet uzbrojeni i tak nie mają pojęcia o wojskowości, więc Paryż musiał przysłać instruktorów, a potem i tak swoich wykształconych oficerów.
To juz robiło solidną dziurę w budżecie Francji, a okazało się, że nadal nie wystarcza. Buntownicy, którzy zgodnie z zamiłowaniem do bombastycznej terminologii nazwali się w międzyczasie Armią Kontynentalną byli już w stanie organizować napady i zasadzki na małe oddziały i oddalone garnizony. Co dało jakieś faktyczne zwierzchnictwo terytorialne. Aczkolwiek nic co by mogło przypominać samodzielną państwowość. Do tego potrzeba było kontroli na portami. Przynajmniej jednym, albo jakimś kawałkiem wybrzeża. Cóż, dzielna armia amerykańska była tym czym była, nawet z francuską bronią i doradcami, więc Francja musiała po prostu przysłać prawdziwe wojsko, czyli swoje własne.

Markiz de La Fayette zdecydował o oblężeniu ufortyfikowanego obozu na półwyspie Yorktown, który kontrolował wejście do zatoki Chesapeake. Wojska na półwyspie były oczywiście zaopatrywane z morza i tak też mogły być ewakuowane w razie potrzeby, więc oblężenie samymi siłami lądowymi nie miało większego znaczenia. Ale tak się złożyło, że w Indiach Zachodnich (czyli Karaibach) stacjonowała wystarczająco silna francuska eskadra. Która przypłynęła, pokonała flotę brytyjską i przejęła kontrolę nad akwenem na kilka miesięcy. Co wystarczyło do zagłodzenia garnizonu brytyjskiego. Którego kapitulację przyjął Jerzy Waszyngton, w końcu on wygrał tę bitwę, n'se pas?

To zasadniczo zakończyło wojnę, traktat pokojowy podpisano u zwycięzców, czyli w Paryżu a potem rozpoczęła się bardzo ciekawa dyskusja o tym co dalej. Gdzie problem polegał na tym, że wojsko można było rekrutować na północy, a gospodarka eksportowa na południu. Południowcy nie byli specjalnie zainteresowani niepodległością, a ani jedni, ani drudzy nie byliby w stanie jej samodzielnie utrzymać. A z drugiej strony mieszkańcy Północy stanowili większość (znaczy białych, inni nie byli ludźmi) i wobec ogólnej atmosfery ideologicznej trzeba było wykazać przywiązanie do głosu większości.
Taki układ sił w dość oczywisty sposób spowodował kompromis, który zadowalał w miarę wszystkie strony. A zwłaszcza Francję, która teraz potrzebowała pieniędzy na spłatę długów z amerykańskiej wojny i liczyła na to, że stabilny i w miarę silny rząd centralny w końcu uporządkuje budżet i coś z tym zrobi. Nie pomylili się, ale francuski budżet, a za nim ustrój się zawalił zanim to nastąpiło.

W takim razie na czym polegał ten kompromis konstytucyjny?
To oczywiste: powstaje silniejsza unia, ze wspólnym budżetem, mieszkańcy Północy otrzymują jakieś prawa wyborcze, a południowa oligarchia uzyskuje faktyczną władzę polityczną w nowym państwie. 
Dokładnie to i nic innego jest zapisane w amerykańskiej konstytucji. Pierwsze rzeczy są oczywiste i same się tłumaczą, ale ostatnia, czyli władza dla południowej oligarchii może się wydawać kontrowersyjna.
Jeśli ktoś nie czytał Konstytucji USA to polecam. W oryginalnej wersji głównym organem władzy jest Senat. W dużej części tak nadal pozostało, pomimo znacznie większej dziś roli Prezydenta. 
A kto wybiera skład Senatu? Bynajmniej nie mieszkańcy. Skład Senatu wybierały lokalne legislatury stanów. A kto wybierał legislatury stanowe? Ludzie, którzy byli obywatelami stanu (to stan decydował kto był, a kto nie) i mieli prawo głosu. Zasadniczo ograniczone cenzusami. Zwłaszcza w plantacyjno- niewolniczych stanach była to naprawdę niewielka grupka zamożniejszych plantatorów. A że plantacyjno-niewolniczych stanów była większość, cały czas, to oznaczało w praktyce, że to własnie ta nieliczna grupa właścicieli niewolników faktycznie kontrolowała politykę USA i w sporej części także administrację. To nie był przypadek, to był projekt. Który działał tak długo, aż nie powstał sensowny rynek wewnętrzny i przemysł na Północy, co wraz z relatywnym spadkiem wartości eksportu z Południa zmienił ekonomiczny układ sił. Jako, że większość nowych obszarów pasowała raczej do północnego modelu gospodarki, to i pojawiła się presja na przyjęcie większej ilości stanów nie-niewolniczych, co by pozbawiło kontroli nad państwem plantatorów. 

Dalszą część historii można pominąć, aż do etapu tworzenia się nowoczesnej wersji partii politycznych. Jedna z nich na Południu, pod nazwą Partii demokratycznej, najpierw przejęła władzę w dawnych niewolniczych stanach (konkretnie dokładnie ci sami ludzie co poprzednio), a następnie faktycznie przywróciła niewolnictwo. Tyle, że tym razem to nie wystarczało do dominacji w polityce kraju. Ale prawie wystarczało. Wystarczyło tylko zawszeć koalicję z jakimiś grupami z innych regionów, czasem zawierać kompromisy i wszystko mogło zostać po staremu. W ten sposób od ostatnich dziesięcioleci 19 w. Senat jest przeważnie kontrolowany przez tę partię, która akurat reprezentuje interesy południowej oligarchii. Partie się zmieniały, ale ta grupa zawsze trzymała władzę. Wobec czego, pomimo chwilowych wahnięć, rasizm jest istotnym składnikiem faktycznej polityki USA. Nawet w federalnych przepisach dotyczących płacy minimalnej zostały z nieznanych powodów zamieszczone wyjątki, dzięki którym czarni mogli dostawać kilkukrotnie niższe wynagrodzenia. Pomimo gigantycznych wpływów politycznych ta agenda miała poczucie, że zaczyna być osamotniona i w defensywie. Aż do upokorzenia jakim był wybór czarnego prezydenta. 
Ale i tak przez większość czasu kontrolowali Senat. A kto kontroluje Senat, kontroluje też skład Sądu Najwyższego i sporej części administracji. Kto kontroluje Sąd Najwyższy, ten faktycznie kontroluje ustrój konstytucyjny. Może nawet zdefiniować co jest, a co nie jest niewolnictwem.
A tymczasem obecny prezydent oprócz poważnych działań wykonuje też istotne gesty, jak zmiany przepisów o napiwkach, co pozwoli przynajmniej zabrać pieniądze zbyt dużo zarabiającym kelnerom.  

Najnowszym, choć pewnie nie ostatnim, aktem tego procesu jest aktualna nominacja sędziego Kavanaugha. Jest to postać absolutnie obrzydliwa w każdym swoim calu, a do tego na przesłuchaniu w sprawie nominacji wypadł tak, że trudno sobie wyobrazić zatrudnienie go przez kogokolwiek na jakimkolwiek stanowisku. Ale jest niewątpliwym seksistą, niewątpliwym zwolennikiem "prawa stanów", oraz należy do ostentacyjnie rasistowskiego klubu golfowego. W skrócie- kandydat idealny. 

Ale znów pojawia się proces bardzo podobny do tego z poł. 19. w.  Relatywna siła ekonomii i gospodarek gdzie istnieje poważna rasistowska agenda maleje w porównaniu do reszty. Ogólny brak inwestycji bardziej szkodzi miejscom z permanentnym deficytem, migracje tez robią swoje, zmiany demografii np. w Teksasie (stanie na obrzeżu tego systemu) też są poważne.  


A tymczasem za miesiąc wybory. Czuć, że rasiści to już nie jest część miłej, akceptowalnej koalicji społecznej, a po prostu banda pachołków najbardziej obrzydliwych oligarchów jakich w ogóle można znaleźć. Co prawda z układu miejsc i głosowań Republikanie są prawie skazani na utrzymanie stanu posiadania w Senacie, ale dziś już nic nie jest wykluczone. Tak- zauważmy. Partia, która jest po prostu niepopularna, być może przegra wybory solidną większością głosów, faktycznie utrzyma się przy władzy. I na pewno będzie kontrolować Sąd Najwyższy jeszcze przez długi czas. 

Ktoś może tu twierdzić, że na południu też są czarni i też mają prawo głosu, przecież nie zawsze wybory musi wygrywać rasistowska biała elita. Cóż, czarni są, ale informacje o prawie do głosowania są raczej przesadzone. Przypomnę, że to stan decyduje o sposobie przeprowadzenia głosowania, sposobie dokumentowania prawa głosu, lokalizacji punków wyborczych i ich obsadzie. Zupełnie nie wiadomo czemu, w dawnych niewolniczych stanach czarni nie lubią chodzić na wybory ani się nawet rejestrować. 

O co właściwie chodzi z reformą sądownictwa?

Było sobie w Polsce przez ostatnie dni dość potężne zamieszanie wokół reformy sądownictwa. Poprzednia władza, czyli obecna opozycja wyszła demonstrować na ulicę, jak zwykle. Tym razem jednak do demonstracji przyłączyło się wielu przyzwoitych ludzi. 
Cała sprawa jest niezwykle skomplikowana, ponieważ dotyczy w sumie olbrzymiej części sfery publicznej, a każda ze stron zamiast rozmawiać zaczęła się bawić w hasła i memy. Oraz, jak zwykle oskarżenia o destabilizację państwa w interesie partyjnym lub zewnętrznym.  Czas to trochę uporządkować.

Są trzy projekty ustaw i trzy części reformy. Jedna dotyczy sądów powszechnych, czyli rejonowych, okręgowy i apelacyjnych. Druga Krajowej Rady Sądownictwa, a trzecia Sądu Najwyższego.

Są to części tego samego systemu, ale na tyle odrębne, ze mogą, powinny i są traktowane rozdzielnie. 

Pierwsza oś sporu dotyczy kwestii czy sądownictwo w ogóle wymaga reform. PiS, jak wiadomo twierdzi, że tak. PO i .N twierdzą, ze nie, sądownictwo jest zasadniczo w porządku, może co najwyżej można jeszcze przyspieszyć postępowania. 
Jedyna partia, która poza tym ma jeszcze jakieś stanowisko w sprawie to Razem, które uważa, że reforma jest konieczna i to poważna. Czyli zasadniczo ma stanowisko takie jak PiS, jednak była w zdecydowanej większości po stronie protestujących.

Zdanie społeczeństwa, co pokazują badania opinii publicznej jest takie, że sądy cieszą się poparciem zbliżonym do przestępczości zorganizowanej, czyli, delikatnie mówiąc nie najlepszym. Co zasadniczo oznacza, że w sprawie konieczności reformy, społeczeństwo jest po tej samej stronie co PiS i Razem a przeciw PO i .N.  
Sądownictwo jako władzę trawi bardzo głęboka choroba i to jest powszechne przekonanie. Nie każdy potrafi postawić prawidłową diagnozę, mało kto wyleczyć. 
Korupcja w sądownictwie jest problemem i jest dość powszechna. Jednak absolutnie nie ma postaci kupowania wyroku u sędziego za worek ziemniaków, czy jakąkolwiek inną konkretną łapówkę. Nie słyszałem o niczym takim i był nawet zaryzykował twierdzenie, że w ostatnich latach coś takiego nie miało miejsca. 
Sprawa w rzeczywistości wygląda zupełnie inaczej. 
Da się zrobić tak, aby uzyskać korzystny wyrok w wątpliwej sprawie. Nie każdy sędzia wyda takowy, raczej mówimy o znikomej mniejszości. Olbrzymia większość sędziów potrafi zauważyć próby wpływania na ich zdanie o sprawie i by albo to zignorowała albo poprosiła policję o posłanie delikwenta gdzie jego miejsce. 
Jednak w niektórych grupach można szukać sędziów o zgoła innej mentalności. Po pierwsze i najważniejsze, w czasach PRL sądownictwo było oficjalnie częścią "jednolitej władzy państwowej", co w praktyce oznaczało wykonywanie przez sędziów władzy w zakresie i kierunku określonym przez inne organa władzy, w całości działające zgodnie z przewodnią rola PZPR i sojuszu ze Związkiem Radzieckim (to wszystko było, jak najbardziej, zapisane w konstytucji). Tych ludzi dobierano i uczono dla właśnie takiej pozycji ustrojowej. 
Druga sprawa to asesorzy sądowi. Czyli jeszcze nie do końca sędziowie, jak najbardziej prawnicy po ukończonej aplikacji i w pełni kwalifikowani merytorycznie do orzekania. Ale jeszcze nie mający nominacji sędziowskiej. Dla uzyskania której potrzebują dobrych wyników sądzenia (dobry przerób, mało uchylanych spraw)oraz dobrych opinii zwierzchników. Co w teorii ma związek z podejściem asesora do swoich obowiązków. A w praktyce wyłącznie z tym ile i jakich spraw dostanie. 
Tu dochodzimy do sedna sprawy. O mianowaniu i awansie sędziego decyduje w praktyce Krajowa Rada Sądownicza, na podstawie opinii, które zależą w praktyce od tego jakie się danemu sędziemu  trafiają sprawy. A o tym decyduje przewodniczący wydziału. 
Pozostaje zada pytanie kto decyduje o składzie KRS i mamy kompletną odpowiedź na pytanie kto w ogóle ma możliwości korupcji w sądach. Otóż o składzie KRS teoretycznie decydują wszyscy sędziowie. Praktycznie wybory odbywają się w cenzusach poszczególnych szczebli sądowych i są tak urządzone, że nieproporcjonalnie ważny jest głos sędziów sądów apelacyjnych. To oni w praktyce decydują o składzie KRS. 
W razie potrzeby takiego, a nie innego wyroku też żaden sędzia nie wyda orzeczenia oczywiście sprzecznego z przepisami prawa. Ale od czego są biegli. Przepisy przewidują, a orzecznictwo wyższych sądów bardzo mocno utrwaliło wszechwładzę biegłego w procesie. Do tego stopnia, że w opiniach nie raz i nie dwa można oprócz fachowej opinii także sugestię co do wyroku. Z drugiej strony biegli sądowi są skandalicznie źle opłacani. W wielu sprawach obowiązki sędziego kończą się na wybraniu odpowiedniego biegłego w procesie. Albo "odpowiedniego".
I to jest mniej więcej cały system korupcji w polskich sądach. Jego kluczowe elementy to kompletnie patologiczny system przeprowadzania dowodów z wiedzy specjalistycznej, dowolność wyboru sędziego do konkretnej sprawy oraz nieproporcjonalnie ważna pozycja sędziów wychowanych jeszcze w PRL (którzy jak przypuszczam w ogóle sędziów stanowią niezbyt dużą mniejszość) i wielokrotnie awansowanych w ramach tak działającego systemu.

Co trzeba zrobić?

Na pewno trzeba zrobić jak najszybciej dwie rzeczy. Pierwsza to pozbawienie przewodniczących prawa do dowolnego rozdzielania spraw. Druga to pozbawienie sędziów apelacyjnych tak znacznego wpływu na skład KRS. 
Trzecia, której nie da się zrobić szybko, to reforma systemu biegłych. To, zupełnie obiektywnie musi trwać lata i ten problem należy zacząć od dosypanie pieniędzy do systemu i to niemałych, a następnie zmniejszyć potrzebę i znaczenie biegłych w sprawach sądowych. 

W takim razie co było w projektach?
W zakresie reformy sądów powszechnych- pozbawienie przewodniczących wpływ na rozdział spraw i zastąpienie tego automatycznym algorytmem. Zupełnie dobre rozwiązanie, być może jedyne możliwe do wprowadzenia na obecnym poziomie organizacji państwa. 
Możliwość odwołania przewodniczących i rozliczania w razie niskiej sprawności sądów. To jest ok. Jest to jakieś narzędzie. Po pozbawieniu przewodniczących faktycznego wpływu na treść orzeczeń pozostają im obowiązki administracyjne i taki nadzór jest OK. Uprawnienie do odwołania przez pierwsze pół roku od wejścia w życie ustawy jest dość dyskusyjne i raczej mi się nie podoba. Ale z drugiej strony, jeśli mówimy o przewodniczących z zasadniczo obowiązkami administracyjnymi to nie jest to wielkim problemem.

Krajowa Rada Sądownictwa. Jest to organ konstytucyjny, którego członkami muszą być sędziowie. Za to konstytucja nie określa jak mają być wybierani. Według propozycji mieli być wybierani przez Sejm zwykłą większością głosów. Co by faktycznie oznaczało decyzję większości rządzącej, a być może wręcz wybieranie kandydatów w ministerstwie sprawiedliwości. Pomysł Prezydenta, aby ci członkowie byli wybierani kwalifikowaną większością, wymuszającą porozumienie międzypartyjne jest bardzo sensowny i tak by to mogło zupełnie dobrze działać. 

Za to projekt ustawy o Sądzie Najwyższym to była po prostu quasi-autorytarna granda. Konstytucja przewiduje możliwość przesunięcia sędziego w stan spoczynku w razie reorganizacji sądów. Wobec czego ustawa przewidywała naciąganą i niepotrzebną reorganizacje Sądu Najwyższego i przesunięcie wszystkich sędziów w stan spoczynku (czyli wysłanie na emeryturę). Do tego miejsca sprawa jest naciągana, ale powiedzmy, że dałoby się to jakoś obronić. Ale w następnej kolejności to Minister Sprawiedliwości wskazuje, którzy z sędziów jednak będą dalej orzekać. I to jest juz gruba przesada. Jeśli nawet zmniejszenie liczby sędziów jest w jakimkolwiek stopniu racjonalne (nie jestem w stanie tego ocenić) to na pewno metoda ręcznego wskazywania składu SN przez ministra rozsądna i racjonalna dla stabilności państwa nie jest. 
I tu mówimy dokładnie o działaniu i stabilności państwa. 
Nie widzę żadnych racjonalnych argumentów za reorganizacją SN, obecny podział na izby jest w większości racjonalny i działa, więc reorganizację oceniam jedynie jako pretekst do wysłania na emeryturę, czyli w swej istocie odsiania przez ministra skład SN. I to jest hucpa, niedopuszczalna w cywilizowanym państwie. 

Za to osobną kwestią pozostaje sposób prowadzenia dyskusji publicznej i sejmowej na tymi reformami. Kluczowe zmiany całego systemu sądowniczego, usunięcie ze stanowisk ludzi pełniących ważne funkcje ustrojowe w wyniku ustaw uchwalonych w ciągu 3 dni bez dyskusji publicznej to jest dno. To jest zachowanie, które powinno dyskwalifikować jego autorów z życia publicznego w demokratycznym państwie. 

Sytuacja wymaga reform, ale przecież się nie pali. Losowanie spraw można było wprowadzić bez większych kontrowersji już dawno. A nad resztą reformy dyskutować. Ja rozumiem, że dyskusja z obecną sejmową opozycją może być nieco trudniejsza niż z autystycznym kotem, ale jak się chce naprawiać państwo to po prostu trzeba. Równie dobrze, a w obecnej sytuacji nawet lepiej, zaprosić do rozmów pozaparlamentarną opozycję. Obok, czy nawet zamiast parlamentarnej. Zawsze to będzie coś przypominającego cywilizowane zarządzanie demokratycznym państwem. 

Jest jeszcze kwestia trójpodziału władzy. Częścią konceptu trójpodziału władzy jest kwestia ich wzajemnego równoważenia i ograniczania. Co oznacza ISTNIENIE WPŁYWU władzy ustawodawczej i wykonawczej na sądowniczą. I o ile wpływ władzy ustawodawczej na sądowniczą w Polsce istnieje, choć mocno ograniczony (bo konstytucja, w praktyce niezmienialna, reguluje dużą cześć), tak wpływ władzy wykonawczej zasadniczo nie istnieje i został zastąpiony samorządem sędziowskim, zdominowanym przez sędziów sądów apelacyjnych. Więc wszystko w porządku, ale jeśli mówimy o koncepcie trójpodziału władzy, to w polski realiach oznacza on ODEBRANIE obecnych uprawnień. Więc od tej strony patrząc, koncepcja reformowania sądownictwa poprzez zwiększenie uprawnień władzy wykonawczej, jeśli zostanie zachowana niezawisłość i nieusuwalność sędziów, to jest faktyczne wzmocnienie trójpodziału władzy.