Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brazylia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brazylia. Pokaż wszystkie posty

Czy może być gorzej? Oczywiście, że tak!!!

W USA Donald Trump najpierw rozmontował system ochrony epidemiologicznej w USA i zamknął amerykańskie laboratoria monitorujące potencjalne nowe epidemiczne wirusy. Jedno z tych laboratoriów było w Wuhan, tak, tym samym. Zamknięte w kwietniu zeszłego roku. Potem, poinformowany przez wywiad w listopadzie 2019 o nowym wirusie po prostu to zignorował, a obecnie sposobem zarządzania pomógł doprowadzić do światowego załamania gospodarczego oraz prawdopodobnie jesteśmy na początku najbardziej śmiertelnej epidemii w historii USA. 
Wzrost bezrobocia pobił wszystkie rekordy i przy okazji dowiedzieliśmy się jaka jest łączna pojemność systemów zgłaszania się po zasiłek dla bezrobotnych we wszystkich stanach. Jest to 6,6 mln tygodniowo. Z wyjątkiem pierwszego tygodnia, tylu ludzi się rejestruje. Inni nie mogą się dodzwonić i próbują w następnym tygodniu.

Kongres przegłosował bailout. Zresztą nie jedyny, bo faktycznie już go prowadzi FED. Który nazwał żabę rybą i uznał, że obligacje które miały poziom inwestycyjny przed kryzysem, nadal go mają i choć wprost nie może kupować obligacji śmieciowych to to robi. Dzięki temu ostatni miesiąc przetrwał Ford Motor Company, parę firm naftowych i im podobnych.
W legalnym bailoucie dano obłędną ilość kasy dla wielkich korpo, część Tump wyda bez żadnej kontroli, ale był też fundusz dla małych firm i 1200 usd na głowę dla obywateli. I zgadnijcie co? Kasa dla małych firm się już skończyła. I właściwie nie wiadomo dlaczego, bo nikt nic nie dostał i nikomu jeszcze nic nie zatwierdzono. 
Ale z tymi 1200 usd jest jeszcze śmieszniej. Najpierw Trump powiedział, żeby wstrzymać druk czeków, bo on chce, żeby był na nich jego podpis. Totumfackie, ale niegroźne. Oprócz oczywiście tego, że dziesiątki milionów ludzi czeka na tą kasę aby mieć co do garnka włożyć i nie wylądować na ulicy. Otóż nie. To bydle by nie było sobą, gdyby oprócz tego nie odwaliło jeszcze jakiego świństwa. Otóż jednocześnie zdecydował, że banki przez które przejdą te czeki mogą je zatrzymać na poczet długów. Efektywnie opóźnieniem tej wypłaty wpędził ludzi w długi i potem pozwolił na zatrzymanie ostatniej kasy na przeżycie za te długi. W skrócie zrobił to tak, aby w miarę możliwości nic nie trafiło do potrzebujących. 
Do tego Partia Demokratyczna już wygrała wybory. Udało się pozbyć Sandersa. Teraz mogą spokojnie poczekać do zaprzysiężenia Trumpa na drugą kadencję. 

Zwykle Republikanie do ciężkiej recesji doprowadzali dopiero w drugiej kadencji, ale tu Trump też przebił wszelkie rekordy. Z głupoty, nienawiści, rasizmu i chciwości doprowadził do ruiny swój kraj i zapewne do nędzy i cierpienia większą część świata. Czy może być cokolwiek gorszego niż jego druga kadencja? 

Otóż odpowiedź jest. I niestety, ale jest ona pozytywna.

Pamiętacie jak po wyborze Bolsonaro na prezydenta Brazylii napisałem, że teraz to wszyscy będziemy mieli przej.....? No to mamy. 
Trump zniszczy tylko ekonomię i światowy system wymiany towarów, krążenia pieniądza, etc. i doprowadzi do nędzy setki milionów ludzi dookoła świata. Bo tyle może jako prezydent USA. Niestety prezydent Brazylii może więcej. Może zniszczyć dużą część światowego ekosystemu. 
I to robi. Od czasu objęcia urzędu rozmontował większość nie tylko hamulców, ale nawet monitorowania stanu wylesiania. Chodzi przede wszystkim o Amazonię, ale nie tylko. To się dzieje w całym kraju.

I wszędzie proces jest ten sam. Jeśli wytniesz las, to drastycznie spada parowanie i jest mniej wilgoci do kondensacji i następnych opadów. Kiedy robi się to na skalę kontynentu, to i klimat się zmienia na skalę kontynentu. I w tym względzie Bolsonaro osiągnął już sukces porównywalny z ekonomicznymi i epidemiologicznymi osiągnięciami Trumpa. Tylko w ważniejszej kwestii.
Otóż to parowanie z Amazonii i centralnej części Brazylii jest poważnym, czy może prawie jedynym źródłem opadów i wody w dorzeczy Parany. Jednej z największych rzek świata, której dorzecze w tej chwili żywi setki milionów ludzi. Głupim i złym przemysłowym rolnictwem i destrukcją gleb soją i glifosatem, ale żywi. 
Albo żywił. Sytuacja jest teraz taka, że tam po prostu nie pada. Wody nie ma.  W na większości biegu Parany jest rzeka ma około metra głębokości, a w wyższym biegu, nieco poniżej wodospadów Iguacu, ale już jako Parana ma dziś oszałamiające 10 cm głębokości. Od wczoraj spadło o 5. Opadów nadal nie ma, nic ich szybko nie zapowiada. Nic ich szybko nie zapowiada bo właśnie się tam kończy pora deszczowa i zaczyna się sucha. Nie nie pomyliłem się. Pod koniec pory deszczowej w jednej z największych rzek świata praktycznie nie ma wody. 

Nie ma co panikować, to nie cała Argentyna ani Brazylia. Nawet Paragwaj, najbardziej narażony mimo wszystko miał względne opady. Co prawda dotyczy to większości terytorium Brazylii, ale tej mniej zagospodarowanej. W końcu chodzi o to że jest właśnie karczowana. A w Argentynie to jest region lasów i tylko częściowo pampy, gdzie woda idzie raczej bezpośrednio znad oceanu. 
Ale Bolsonaro nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Ma prawie 3 lata do końca kadencji i może być ponownie wybrany. 
Jeśli Trump wygra reelekcję to zniszczy do szczętu amerykańską i światową gospodarkę. Ale jeśli wygra Bolsonaro to zniszczy światowy ekosystem. I będziemy się zastanawiać jak mogliśmy się przejmować takimi drobiazgami jak jakaś ekonomia. I wtedy będziemy mieć naprawdę przej...

Witamy w Nowym Roku! To będzie ROK!

Rozpoczął się nowy rok. Tradycyjnie możemy się zastanowić jaki będzie. Tym razem to jest znacznie łatwiejsze niż rok, a zwłaszcza dwa lata temu. 

Otóż dobiega końca dość ważny proces historyczny. Przełom już nastąpił, ale zmiana bywa chaotyczna i czasem dość brzydka.

Wraz z kryzysem 2008 roku umarła liberalna demokracja. Nikt tego tak od razu nie zauważył, ale minęło 10 lat i trudno z tym dyskutować. Była ona reprezentowana i kontrolowana przez konsensus polityczny tradycyjnych partii socjaldemokratycznych i chadeckich. Jedni i drudzy żyli w zgodzie z wielkim przemysłem i związkami, działając w roli arbitra i utrzymując spokój społeczny i zadowolenie, pozwalając przemysłowcom na zyski, ale żądając inwestycji, a od związków żądając szacunku dla interesów pracodawców, ale zapewniając solidny udział płac w zyskach. 
W 2008 roku system się załamał. Jego ważny element, czyli prywatne inwestycje przemysłowe właściwie przestał istnieć. To nie było nic spektakularnego, oficjalnie nic się nie zmieniło, oficjalnie co najwyżej wszystko się przeciągało. Ale w ramach tego przeciągania korporacje żądały więcej, dając coraz mniej. Kontrakt został złamany, ale dotychczasowe partie nie miały na to żadnej odpowiedzi. 
Z grubsza rzecz biorąc dlatego od 10 lat trwa upadek moralny i pogrom wyborczy dotychczasowych partii liberalno-demokratycznych. Partie chadeckie, czy umiarkowanej prawicy spotkał ten sam los co socjaldemokratów lub jeszcze gorszy. Ta gorsza wersja wystąpiła chyba we wszystkich krajach anglosaskich. Otóż ich wewnętrzną radą na upadek dotychczasowego modelu było całkowite podporządkowanie się interesom już nie produkcyjnych korporacji a kryminalnej oligarchii. Która jeszcze miała pieniądze i zainteresowanie polityką. W to weszła także transformacja dotychczasowych korporacji w poszukiwaniu dochodów. Najbardziej spektakularnym przykładem są tu Republikanie w USA, gdzie z dotychczasowa ekspozytura banksterki i przemysłu zbrojeniowego implodowała w 2010 roku i w następnych wyborach, w 2012 została zastąpiona przez kompletnie zdziczałych świrów. 
Zauważcie jednak, że dotychczasowa, korporacyjna socjaldemokracja tak bardzo już nie miała nic do zaproponowania, że przegrała wybory, pomimo tego że po prawej stronie radykalizacja postępowała i zdziczałe świry przegrały walkę o przywództwo z zwykłym, prymitywnym kanciarzem, tylko dlatego, że był radykalnym i wiarygodnym rasistą. 

To nie jest zjawisko wyłącznie amerykańskie. Identyczny proces polityczny odbywa się dookoła świata. W różnych odmianach. Prawie wszędzie tradycyjna socjaldemokracja imploduje, razem z nią chadecja, lub ta druga zmienia się w dzikusów. Ale częściej jest zastępowana przez nowe partie radykalnych świrów. Które nie mają żadnego sensownego pomysłu na rządzenie oprócz agresji na system i wobec "innych". Ale to jest często zbieżne z oczekiwaniami ludzi. W praktyce okazuje się, że jest to ta sama polityka posłuszeństwa wobec sponsorów i jeśli jakichkolwiek reform to wyłącznie w celu demontażu jeszcze działających elementów systemu liberalnej demokracji. Na liście sponsorów takich partii obowiązkowo jest Kreml i on też najbardziej korzysta na obecnej koniunkturze politycznej. 

Takie rządy są prawie identyczne w praktyce politycznej. Pewną odmiennością jest jedynie Polska, gdzie taka sama prawicowa banda dzikusów do tej samej polityki dołożyła elementy siatki zabezpieczenia socjalnego. Jest to ważna odmienność, ale jedyna. Tak samo jak francuski Front Narodowy brał miliony dolarów pożyczek z Moskwy, tak jak Trump wspiera Putina gdzie może, tak samo rząd PiS realizuje politykę energetyczną, której ja bym nie nazwał prorosyjską, bo to by mogło sugerować jakąś refleksję i wybór kierunku polityki. Nie, PiS realizuje po prostu moskiewską politykę energetyczną na terenie Polski. W innym dziedzinach pewnie też, albo tylko robią głupoty, jak to prymitywne dzikusy.

W takim razie gdzie tu widzę przełom? I jaką zmianę?
Otóż kluczową figurą w tej układance jest Donald Trump, a właściwie nie on, tylko sytuacja w USA. On jest o tyle istotny, że był z jednej strony doskonałym kandydatem Partii Republikańskiej, a z drugiej strony jest jej uosobieniem i przywódcą. Na tyle, że kto sprzeciwiał się jego wizji, ten zazwyczaj miał okazję już zakończyć karierę polityczną. 
Oraz USA są imperium. Posiadaczem światowej waluty rezerwowej i nadzorcą światowej ekonomii. Kto rządzi w Waszyngtonie, ten ma spory wpływ na Nowy Jork, a kto dominuje na Wall Street ten dominuje w światowej ekonomii. I może pomóc lub przeszkodzić określonym krajom i ludziom w sukcesie. 
Na dziś jest to znakomicie działająca faszystowska międzynarodówka, łącząca aktualne rządy w Moskwie, Waszyngtonie, Rzymie, Budapeszcie, Brasilii i Warszawie. Może niedługo i w Paryżu. 

Pozornie to jest teraz narracja i porozumienie rządzące światem. Pozornie, bo pozostaje pytanie-- jaka narracja? przecież jedynym co ich łączy, to sprzeciw wobec liberalnej demokracji. Która w wydaniu sprzed 2009 roku jest martwa. Tak samo w Rosji, w USA, jak też w Polsce. 
Aby się utrzymać musza utrzymywać poziom agresji i złości w społeczeństwie, bo bez tego ich własna próżnia intelektualna ich zassie.
To zasysanie trwa, można spojrzeć na którykolwiek z tych ruchów i za pierwszym garniturem, który jeszcze bywa sprawny intelektualnie, a przynajmniej sprytny, widać co najwyżej kompletnych przygłupów pchających się do władzy i sprawnie awansowanych. 

Potencjał intelektualny i wizja jest zupełnie gdzie indziej. Jedyną wizją polityki adekwatnej do czasów po 2009 obecnie dysponują progresywiści i partie ekologiczne. To jest projekt Green New Deal, który właściwie łączy wszystkie takie partie dookoła świata. Na razie bardziej w formie zawołania bojowego niż kompletnego programu, ale sama nazwa dość dobrze objaśnia treść. Może być lokalnie wprowadzony gdzieś w Europie, ale faktyczną ogólnoświatową zmianę spowoduje jego uruchomienie w USA.

I tu powoli wracamy do Trumpa. Dotychczasowe elity Partii Demokratycznej to jest ta właśnie typowa socjaldemokracja. I brak pomysłu na dalszą politykę, co było doskonale widać w kampanii Clinton. 

Jednak to co się stało, to drastyczne zwiększenie liczby polityków i aktywistów w tej partii. Ale praktycznie wyłącznie spod znaku progresywistów. To byli w prawyborach ci którzy głosowali na Berniego Sandersa. Dziś jest to około 40% deputowanych Partii Demokratycznej. W przyszłych wyborach prawdopodobnie będzie większość.  

Co pozostawia kwestię poważnej zmiany kursu światowej polityki zależną od wyborów do Senatu i prezydenckich w 2020 roku. A kampania rozpocznie się już wkrótce.

Wybory do Senatu są zależne od potencjalnej implozji Partii Republikańskiej, a ta w sporym stopniu od losu Donalda Trumpa. Taka implozja już w ostatnich wyborach nastąpiła w Kalifornii. Partia Republikańska zasadniczo przestała tam istnieć. Tyle że tam nie ma problemu złości na niesprawiedliwość gospodarczą. Są problemy kryzysu opieki zdrowotnej, jak wszędzie, coraz poważniejszy kryzys klimatyczny i straszna sytuacja na rynku mieszkaniowym. Ale tam Partia Demokratyczna miała jakiś pozytywny plan i odpowiedź na te problemy. 
Dziś zaczyna mieć w całym kraju. I to jest alternatywa dla prawicy. Dopiero to. Socjaldemokracja nie jest alternatywą od 2009, a do zeszłego roku nie było żadnego powszechnego programu.
Właściwie był, ale niekompletny. Dziś niemieccy Zieloni, najsilniejsza frakcja w Partii Demokratycznej USA ma ten sam program. Ciekawy i atrakcyjny dla wyborców. I alternatywę dla prostej złości na zepsuty system.
W dłuższej i średniej perspektywie wynik może być tylko jeden. 
Pytanie co nastąpi teraz?

Otóż teraz mamy sytuację taką, że dużą część prestiżu całego tego łańcucha partii trzyma się na osobie Donalda Trumpa. A mamy właśnie nowy Kongres, gdzie Izba reprezentantów będzie się zajmować przez sporą część swojego czasu dochodzeniem w sprawie osoby powiązań, historii i majątku Donalda Trumpa. I z każdym dniem będą wypadać coraz bardziej kompromitujące trupy z szafy. I jego partia będzie tego bronić. Co będzie z dnia na dzień coraz trudniejsze i coraz śmieszniejsze. Na razie Michael Cohen zapowiedział zeznawanie w Kongresie na 7.02. Potem pewnie następni. 

Tak będzie wyglądać ten rok.
Rok postępującej implozji chadeków i socjaldemokracji, kolejnych, ale już ostatnich sukcesów faszystowskiej międzynarodówki i budowy poparcia dla Green New Deal.

Ale większość zobaczy tylko chaos...

Po zwycięstwie Bolsonaro

Jair Bolsonaro, jeśli ktoś nie wie, to obecny prezydent-elekt Brazylii.

Brazylia jest federalną republiką prezydencką, w istocie ustrój jest dość podobny do znanego ze Stanów Zjednoczonych. Co oznacza, że prezydent ma naprawdę sporą władzę. Niekoniecznie w zakresie legislacji i czasem go zatrzymuje Sąd Najwyższy, czasem musi się dzielić władzą ze stanami, ale generalnie dość samodzielnie kształtuje politykę kraju. Zwłaszcza jak może liczyć na przychylność parlamentu federalnego, a Bolsonaro prawdopodobnie będzie mógł. 

Co słychać w lepszej Ameryce?

Otóż dzieje się. Naprawdę sporo. I przyznam, że miałem chwile wątpliwości przed napisaniem słowa "lepszej", ale zaraz przypomniałem sobie, że większą częścią tej drugiej rządzi Donald Trump. Więc tak, nadal lepszej.

Ale dookoła kontynentu dzieje się, i większości są to już dość poważne kryzysy społeczne na tle problemów gospodarczych.
Najprościej jest w Argentynie. Oczywiście, że rządy neoliberalnego prezydenta, który zachowuje się i mówi jak teleportowany z lat 90-tych, doprowadzą do podobnych wyników jak rządy z lat 90-tych. No i doprowadziły. Kryzys walutowy, podwyżka stóp procentowych (do 40%) w celu powstrzymania ucieczki walut, etc. W skrócie- to samo co zawsze. I przyspieszona deindustrializacja wspomagana naraz likwidacją barier handlowych i walutowych oraz drakońskimi podwyżkami cen energii. Żeby nie było- to są rzeczy, które raczej należało zrobić. Ceny energii, zwłaszcza elektryczności i gazu były patologicznie niskie, sposób implementacji barier pozacelnych i restrykcji walutowych świetnie utrudniał zwykły obrót handlowy z zagranicą, etc. Ale to wszystko zostało wprowadzone w celu zamortyzowania szoku 2009 roku i pełzającego kryzysu który mamy dookoła świata (i mieć będziemy). Ale została wprowadzona terapia szokowa, co paskudnym otoczeniu międzynarodowym prowadzi prosto do zgonu pacjenta. Truciznę, w postaci linii kredytowej z MFW już podano.

W Brazylii jest gorzej 
Jak nie wszystkim wiadomo, w zeszłym roku miał tam miejsce zamach stanu. Ale nie wojskowy, tylko według najnowszej mody, parlamentarno- sądowy. Sytuacja wyglądała tak, że Partido de Trabahadores musiała zgodzić się na przedstawiciela oligarchów jako kandydata na wiceprezydenta, następnie po zwycięstwie w wyborach prezydenckich Dilmy Rouseff parlament (zdominowany przez banksterską opozycję) robił wszystko aby przewrócić ekonomicznie kraj i  doprowadzić  do spadku popularności rządu. Sytuacja międzynarodowa i ceny surowców w tym całkiem sporo pomogły, wystarczyło uchwalić budżet bez deficytu w takiej sytuacji i zupełnie dobry kryzys był gotowy.  Kryzys wystąpił w solidnej, ale nie krytycznej postaci, ulica pomimo protestów nie chciała obalac rządu, to zajął się tym parlament. Uznano, że Dilma Rouseff złamała ustawę budżetową i przegłosowano impeachment. Prezydentem został niejaki Temer, który bardzo sprawnie zajął się wprowadzaniem reform, aby wszystko było tak jak kiedyś. Co spowodowało natychmiastowe pogorszenie sytuacji oraz spadek jego notować do poziomów normalnie nie znanych w demokratycznych społeczeństwach. 
Aby zobrazować skalę: w protestach przeciw rządom Rousseff, które doprowadziły do przejęcia władzy przez Temera, gadżetem protestujących były koszulki reprezentacji piłkarskiej. Dziś to się odbija na reprezentacji. 53% brazylijczyków deklaruje brak zainteresowania Mundialem, a gazety piszą o demonstracyjnym kibicowaniu reprezentacji Argentyny przez Brazylijczyków. Muszę przyznać, że to jest trochę niewyobrażalna wiadomość. Choć to argentyńska gazeta, czyli z definicji źródło wybiórczych i niekoniecznie prawdziwych informacji.

Wenezuela
Tam dla odmiany nic się specjalnego nie dzieje. Kraj stał się dyktaturą pod nieudolnymi rządami pseudolewicy opowiadającej o bogactwie z ropy. Tak się zabawnie składa, że Wenezuela w istocie ma olbrzymie złoża ropy, ale jednocześnie jest ona bardzo droga w wydobyciu. Czysto obiektywnie. Wobec czego gospodarka oparta na rozdawaniu pieniędzy z eksportu ropy i faktycznym niszczeniu każdego innego typu aktywności gospodarczej nie może funkcjonować. I nie funkcjonuje, a skutkiem tego jest masowa emigracja. A właściwie nawet nie emigracja, a ucieczka w poszukiwaniu minimalnych warunków dla życia, czy wręcz przeżycia. Z racji ilości uchodźców (bo to już lepsze słowo niż "imigrantów") przygraniczne miasteczka w Brazylii i Kolumbii pękają w szwach, z czego nie chodzi o brak mieszkań do wynajęcia, tylko raczej o brak miejsca w parkach do spania. 

Zostając przy Kolumbii
Tam mamy w najbliższa niedzielę druga turą wyborów prezydenckich. Z czego pierwsza tura była bardzo zabawna, bo zgodnie z sondażami, jak zwykle do drugiej miał przejść liberał i konserwatysta, jak zawsze od dwustu lat. Liberał uzyskał czwarty wynik, a do drugiej tury przeszedł przedstawiciel lewicy, który sprawę "sądowego zamachu stanu" ma już za sobą. Przynajmniej pierwszy raz, bo tak własnie został pozbawiony fotela burmistrza Bogoty. Którą zresztą w ciągu 2 lat niedokończonej kadencji bardzo mocno zmienił w stronę cywilizacji.

W mniejszych i stabilniejszych krajach, jak Urugwaj i Chile sytuacja Wenezueli, Brazylii i Argentyny siłą rzeczy też musi być widoczna. I jest. W Montevideo widać skutki presji popytu na najtańsze lokale mieszkalne (czyli pokoje w pensjonatach). W postaci wyciekających do mediów opisów skandalicznych warunków, a i tak potężnego popytu oraz też widocznie zwiększającej się liczby śpiących na ulicach. W Urugwaju jeszcze Urząd Migracyjny jest zakorkowany sprawami w dość znacznym stopniu. Na samo rozpoczęcie procedury migracyjnej czeka się dobrze ponad 4 miesiące, a a ono jest konieczne do podjęcia legalnego zatrudnienia. Tak samo wszystkie kolejne etapy pokazują przeciążenie instytucji do granicy dysfunkcjonalności. 
Swoje dołożyło też nieprzygotowane wdrożenie nowego Kodeksu Postępowania Karnego. Modernizacja była potrzebna, ale przy okazji wypuszczono z aresztów tymczasowych ludzi, którzy przebywali tam zbyt długo bez wyroków. Sądy były przeciążone, więc i tego towarzystwa było sporo. Tyle, że jak to tymczasowo aresztowani, raczej nie znaleźli się tam za plucie na chodniku. I tez wylądowali w sporej części na ulicach (bo tanie pensjonaty zajęli imigranci) i zajęli się tym w czym już mają doświadczenie. Systematycznie korzystają z nowej procedury do powrotu, ale problem jest i to widoczny.

Jak widać, ciemne chmury są prawie nad całym kontynentem, choć dla tych lepiej rządzonych krajów jedynie wskutek niestabilnego sąsiedztwa. Pożyjemy, zobaczymy, jak na razie słońce nad plazami Montevideo zupełnie dobrze świeci.

Przestępczość w Ameryce Południowej

Jeśli zająć się tematem ogólnie, to można powiedzieć, że nie ma żadnego problemu, przestępczości nigdzie nie brakuje. Ale patrząc na szczegóły, możemy mówić o pewnej egzotyce. Tak jak egzotyczny był Gang Olsena, bo niektóre rzeczy go przypominają. A inne dodatkowe misje z GTA V.

Gang Olsena


Otóż właśnie przeczytałem newsa o napadzie na sklep obuwniczy w Santiago de Chile. Poważny, wpadło kilkanaście osób i zrabowali cały wystawiony towar. Czyli buty o wartości około 7500 USD. Ale dla nich nie bardzo będą miały jakąkolwiek wartość. Wszystkie to jedynie połowa pary, na tę samą nogę. Bo to były buty z wystawy w sklepie obuwniczym...

GTA V


Zupełnie inaczej wyglądał napad na placówkę firmy transportującej gotówkę w Ciudad del Este w Paragwaju. Miasto to jest położone przy potrójnej granicy:  Argentyny, Brazylii i Paragwaju. Jako takie jest poważnym ośrodkiem handlu oraz przemytu.
Tym razem około 50-60 bandytów podzieliło się na kilka grup, z których jedna rozpoczęła od podpalania samochodów w innych częściach miasta, aby odciągnąć policję, a następna dostała się do budynku. Wysadzając ścianę za pomocą ładunków wybuchowych. Opróżnili sejf z utargu zebranego od firm w ciągu dnia i przygotowanego do transportu do banku. W strzelaninie zginął jeden pracownik firmy konwojowej oraz policjant. Następnie, w czasie ucieczki, porwali ciężarówkę i podpalili ją blokując drogę dla pościgu. Samochody, którymi uciekali porzucili w miejscu, gdzie mieli ukryte łodzie do ucieczki na drugą stronę rzeki, czyli do Brazylii. Znaleziono w nich porzuconą broń. W tym przeciwlotniczy karabin maszynowy (kal. 0.5 cala). Wydaje mi się, że energia pocisku jest wystarczająca dla przebicia opancerzenia samochodów do przewozu kosztowności lub opancerzonych pojazdów Policji. Choć tego zbyt dokładnie nie wiem, z oczywistych powodów nikt nie podaje publicznie poziomu zabezpieczenia poszczególnych pojazdów i się nim nie chwali.
Na drugiej stronie rzeki czekał następny zestaw pojazdów. O tym dla odmiany wiadomo, bo jeden z tych pojazdów wszedł w jakąś interakcję z brazylijską policją. Czego skutkiem było to, że wszyscy trzej podróżujący zostali zastrzeleni na miejscu. W trakcie napadu było słychać, że posługują się językiem portugalskim, więc było wiadomo, że to napad transgraniczny, ale dopiero później zostali zidentyfikowani jako członkowie zorganizowanej przestępczości z Sao Paulo.

Przemyt stulecia


Przemyt w Ameryce Południowej ma swoje długie i bogate tradycje. Cła są prawie wszędzie bardzo wysokie, do tego w prawie każdym kraju zestaw barier handlowych. A jednocześnie długie i często sztucznie wytyczone granice. Popyt na kokainę swoje dokłada i efektem jest wartko płynący strumień towarów i pieniędzy w wszystkie strony i wszystkimi sposobami. Dodajmy do tego relatywnie słabo zaludnione i niezbyt bogate państwa, a otrzymamy sytuację, w której efektywne pilnowanie granic jest zwyczajnie niemożliwe. 
W takim klimacie istnieje sobie kilka miasteczek na granicy Urugwajsko- Brazylijskiej, gdzie granica przebiega środkiem ulicy. Co prawda wewnątrz Mercosuru większość ceł została zniesiona, ale integracja gospodarcza na tym się zakończyła i transport przez granicę opiera się na zwykłych zasadach eksportu i importu, a każdy kraj ma swoje regulacje. Stąd posterunki celne są na drogach dochodzących do tych miejscowości, a one same są w swej istocie strefami (prawie) wolnocłowymi. 
W takich pięknych warunkach spora grupa przemytników urządziła się wręcz idealnie. Wynajęli budynek magazynowy z dwoma wjazdami dla ciężarówek, jednym po stronie brazylijskiej, drugim po urugwajskiej. W końcu dotarła tam i policja, znalazła w tym i innych magazynach grupy 400 ton wełny i prawie 100 tys krowich skór. Biznes polega podobno na przemycie surowców z Brazylii, przerobie ich w Urugwaju i wywozie z powrotem do Brazylii do sprzedaży. Przyznam, że kompletnie nie wiem gdzie w tym jakiś większy zysk. Koszty pracy są zbliżone, może w Urugwaju nieco wyższe, ceł nie ma. Być może były to skóry z kradzionych zwierząt? 

Wieści z lepszej Ameryki, choć nie tak znowu dobre.

Problemy z aferami na skalę kraju wyglądają bardzo rożnie. Czasem mówimy o złodziejstwie na skalę całego kraju, czasem nawet całego pokolenia, które wychodzi na jaw dopiero, gdy nie może trwać dalej.

Czasem wielki przekręt jest ujawniany przez powołane do tego agendy zanim sytuacja wybuchnie. Czasem to jest możliwe po zdjęciu parasola politycznego lub wskutek konfliktów w obozie władzy.

Przykładami afer, które wybuchły, gdy już się nie dało dłużej działać są wszelkiego rodzaju piramidy finansowe. Co przy okazji jest znakomitym probierzem sprawności struktur państwa. W dobrze działającym państwie piramidy finansowe, jeśli nawet powstają, to są demontowane na początku swego istnienia, zanim zdążą zrobić krzywdę zbyt wielu ludziom. 

Sprawa Madoffa pokazała, jak słaby jest w USA nadzór państwa nad nadużyciami Wall Street. Ale jednocześnie niewiele rzeczy w tym stylu zdarza się w "zwykłej" części społeczeństwa i gospodarki.
Sytuacja w Polsce ma się zupełnie inaczej. Właściwie każda kolejna piramida finansowa, od Bezpiecznej Kasy Oszczędności do AmberGold działała spokojnie i bezkarnie aż do końca dopływu jeleni z pieniędzmi. 
Jedyna wielka afera innego rodzaju, która doszła do uszu publiczności to Afera Rywina. Która bynajmniej nie wyszła na jaw z powodu działań jakiejkolwiek policji, a wewnętrznych niesnasek w skorumpowanym układzie władzy. 

Urugwajem i Brazylią także obecnie wstrząsają afery. Nieco bardziej optymistyczna rzecz polega na tym, że w obu przypadkach władze państwa robią coś w okolicach tego co powinny. Nawet w Brazyli, kraju przeżartym polityczną i biznesową korupcją do szpiku kości. 
I dokładnie tego dotyczy sprawa. Korupcji do szpiku kości. Krowich kości, konkretnie.

Otóż policja wykryła, że w handlu pojawiała się wołowina jakby odświeżana. To się okazało czubkiem góry lodowej. Mięso, zwyczajnie zepsute, kupowały rzeźnie i chłodnie z licencjami eksportowymi, chińskimi i europejskimi. To czego nie udało się wyeksportować, bo np. zostało zawrócone na granicy UE, zamiast do utylizacji trafiało do brazylijskich sklepów. 
Natychmiast pada pytanie gdzie był nadzór sanitarny. Otóż był zwyczajnie kupiony przez sieci przetwórstwa mięsa, w tym wielkie międzynarodowe korporacje. Pieniądze, które były przez nie przelewane trafiały przez pośredników do partii obecnego Prezydenta (czyli byłego prawicowego wiceprezydenta przy Dilmie Rousseff) oraz jeszcze jednej partii oligarchicznej.

Można się zapytać- cóż, trochę zepsutego mięsa w supermarketach i parę dolarów więcej w kieszeniach polityków- co za problem? Otóż w istocie, będąc w UE problem byłby niewielki. W Polsce nie raz były w sklepach "odświeżane" wędliny i organa państwa właściwie tylko tłumaczyły dlaczego nic nie mogą zrobić. Cóż, przywileje UE są dla jej członków (co polecam uwadze nieszczęśnikom mieszkającym w UK). W przypadku Brazylii po pierwszej informacji, że ich nadzór sanitarny może nie być wiarygodny, natychmiast zawieszono wszystkie pozwolenia na handel mięsem. Do czasu wyjaśnienia sytuacji żadnego eksportu do UE, Chin, Korei czy USA nie ma i nie będzie. Później, jeśli nadzór sanitarny nie będzie w transparentny sposób oczyszczony, to możliwe, ze pozwolenia będą wydawane tylko dla pojedynczych zakładów, jeśli zostaną objęte stałym unijnym/chińskim nadzorem. Za który zakłady oczywiście zapłacą.

Rzeźnie były tu centrum korupcyjnego układu i wbrew pozorom, one na pewno na tym nie stracą. Co stracą na chwilowym wstrzymaniu eksportu, to sobie odbiją z nawiązką na cenach skupu mięsa. Największe firmy uzyskają pozwolenia w taki lub inny sposób i co najwyżej wytną lokalną konkurencję. Stracą na pewno hodowcy bydła oraz kraj. Żeby było śmieszniej, dokładnie ci sami hodowcy bydła, którzy są najbliżej powiązani z prawicowymi partiami, które ich właśnie wrzuciły w g... za kilka dolarów. 
Co nasuwa jeszcze jedną teorię, mimo wszystko mniej prawdopodobną. Afera i problem jest na pewno prawdziwy, ale powody jego wyjścia na światło dzienne mogą być inne. Kto wie, może dochodzenie prowadzili ludzie powiązani z Partią Pracy, którzy po impeachmencie Dilmy chcą po prostu utopić nową władzę. Nawet kosztem złamania poważnej gałęzi gospodarki? Jeśli tak, to poziom wzajemnej nienawiści w elitach Brazylii już po obu stronach sięgnął poziomu braku jakiejkolwiek odpowiedzialności za kraj. Prawicowe elity już dawno się jej wyzbyły w zwalczaniu lewicy, kto wie, może druga strona też, choć nie wyglądała.

W porównaniu do tego, problemy w Urugwaju wydają się trywialne, miłe i kulturalne jak wojna Duńsko- Kanadyjska (Serio, jest taka i obecnie trwa!!)
Może nie do końca. Zaczęło się jak w Polsce. Sieć kantorów, Cambio Nelson, z dnia na dzień się zamknęła. Nie była to żadna firma-krzak, wręcz przeciwnie-- istniała od kilkudziesięciu lat, w tych samych miejscach, spokojnie robili swoje interesy. 
Jak to bywa w takich sytuacjach, chwilę trwało zamieszanie. Zanim władze i publika dowiedziały się o niewypłacalności, minęło kilka dni. Początkowo wyglądało to na przerwę techniczną, dopiero jak sieć rozliczeń płatności poinformowała, że zerwali umowę, bo nie dostali należnych kilku milionów dolarów, sprawa zaczęła wyglądać na poważną. Policja skontaktowała się z właścicielem, który zapewnił, że ma chwilowe problemy z płynnością i jest w innym kraju Mercosur na rozmowach z inwestorami i zaraz wraca. To już mogło wyglądać podejrzanie (tak, wiem gdyby to była gdańska prokuratura i Amber Gold to zupełnie nie) i policja na wszelki wypadek poprosiła o informacje przez Interpol. Cóż... Zdążyła się dowiedzieć tyle, że tenże osobnik dość szybko po tej rozmowie wsiadł do samolotu do Miami i tyle go widziano.  Smaczku dodaje, że tenże właściciel to były zastępca deputowanego (W Urugwaju w razie utraty mandatu przez deputowanego na to miejsce wchodzi uprzednio wybrany zastępca)
Następnym drobiazgiem w sprawie było zachowanie jego bliskiego przyjaciela, którego poprosił o przewiezienie jednej torby do Miami. Przyjaciel na lotnisku sprawdził co właściwie było w torbie (dość rozsądnie przed lotem do USA) i kiedy zobaczył, że była po prostu wypchana dolarami, wrócił prosto na policję. Jak na razie jedynie ostatni element nieco odróżnia tę historie od typowych wyłudzeń z trzeciego świata.

Ale dalej było inaczej.

Okazało się, że Cambio Nelson było jednym z pięciu największych sponsorów rządzącej koalicji. W odpowiedzi w parlamencie znalazł się projekt ustawy całkowicie zabraniającej finansowania partii politycznych przez osoby prawne i solidnie to ograniczający w odniesieniu do osób fizycznych. Raczej stanie się obowiązującym prawem. 
Po zamknięciu kantorów zaczęli się pojawiać dość zdenerwowani ludzie, którzy mówili coś o depozytach, które chcą odebrać. Policja oczywiście pilnowała porządku i szybko i sprawnie zainteresowała się tematem. Okazało się, że właściciel/sieć kantorów przyjmowała depozyty oferując oprocentowanie wyższe niż bankowe. Sytuacja znana nie tylko tam i nie tylko teraz. Różnica polega na tym, że policja była całkiem zainteresowana procederem oraz po pierwszych informacjach śledztwo wszczął też bank centralny (w sprawie prowadzenia działalności bankowej bez licencji). 
W tej sprawie lista podejrzanych trochę urosła, bo objęła też komplet zarządu i księgowych firmy. Oraz jednego byłego księgowego, który, jak się złożyło, jest byłym prezesem banku centralnego i nadzorował przyznanie licencji firmie w 1998 roku.  Edit: już po publikacji tego tekstu zarzuty postawiono też pracownikom kasy, którzy powinni się orientować co i jak rozliczają.

W skrócie- sprawa zahacza w całości o elity polityczne. Co jest w tym wszystkim niesamowicie optymistyczne- nie widać prawie żadnego zamiatania pod dywan, chronienia swoich, tylko wręcz przeciwnie. Całkowite odcięcie się i przecięcie potencjalnych powiązań tego typu na przyszłość. Właściciel kantorów być może czuł się bezkarny, ale jak pojawiły się problemy nie widać, aby miał jakąkolwiek opiekę polityczną.

Po około 3 tygodniach wyszły kolejne dwie sprawy. Największa centrala związkowa miała budować mieszkania socjalne. Związkowcy założyli spółkę, spółka miała dyrektora i nie wybudowała mieszkań. 
Zgaduję, że część funduszy na budowę mieszkań wylądowała na lokatach w Cambio Nelson i zwyczajnie brak tych pieniędzy spowodował wykrycie całej sprawy. Nasuwa się pytanie- dlaczego z całkowicie legitymowanej spółki, która nie musiała ryzykować w taki sposób pieniądze trafiły do nielicencjonowanego pożyczkobiorcy? Zwykle, albo i zawsze, takie rzeczy dzieją się dlatego, aby przykryć manko w kasie. W tym przypadku też jest to bardzo prawdopodobne, bo jednocześnie ogłoszono znalezienie i rozbicie grupy produkującej lewe faktury. Na absolutnie masową skalę. Prawie 1400 spółek i prawie 2 mln faktur w 3,5 milionowym kraju to nie jest detal. Znów się domyślam, że lewymi fakturami przykrywano lewe wydatki, czy czystą kradzież w tejże związkowej spółce deweloperskiej i tak sprawa wyszła na jaw.
Zwłaszcza, że przecież tych lewych faktur nie kupowali hydraulicy aby obniżyć dochodowy o 50 dolarów. 
Oczywiście organizatorzy wszystkiego już są w areszcie, ale bardzo, bardzo zabawnie będzie kiedy skarbówka poszuka trochę więcej śladów, a kto wie- może znajdzie pełny rejestr lewych faktur. Tak czy inaczej podali dokładną liczbę.
Na większa skalę to będzie efektywny wzrost podatków, zwłaszcza dla firm i lepiej zarabiających. Których nikomu specjalnie nie będzie żal. Nie sądzę, aby w eksportowej części IT komuś się chciało kombinować, za to wszyscy "kapitalistyczni biznesmeni" zapewne korzystali namiętnie i hurtowo. Cóż, kiedy ta klasa społeczna się przeprowadzi z lepszych dzielnic prosto do zakładów karnych, to cały kraj na tym zyska. Podobnie jak na odcięciu polityki od korporacyjnych pieniędzy.

Zauważmy, że pomimo dość poważnego skorumpowania środowiska biznesowego, nie widać aby sądownictwo, policja czy administracja miała jakiekolwiek opory przed ściganiem całego tego towarzystwa i hurtowymi aresztowaniami. Co może niekoniecznie dobrze świadczy o teraźniejszości, ale bardzo, bardzo pozytywnie wróży na przyszłość. I pokazuje dlaczego postrzeganie poziomu korupcji w Urugwaju jest na poziomie przeciętnego kraju Europy Zachodniej i zupełnie gdzie indziej niż jakiegokolwiek innego kraju latynoamerykańskiego.

A na dobrych regulacjach się zarabia, bo skądś tę wołowinę trzeba przywieźć do Europy i Chin. Stąd, gdzie nie ma większych wątpliwości, że nadzór działa jak powinien. 

Proste konsekwencje neoliberalizmu, czyli co słychać w Brazylii

W Brazylii dzieje się nie za wesoło. Jest to z jednej strony skutek gorszej koniunktury na główne towary eksportowe, ale w znacznie większym- szalonego konfliktu politycznego, który ma tam miejsce.
Niedawna opozycja, a obecnie władza zrobiła dużo, aby tę władzę uzyskać.
Właściwie należałoby mówić- odzyskać, bo chodzi w pewnym przybliżeniu, o elity, które dominują w gospodarce i polityce Brazylii jeszcze od czasów kolonialnych. I cały ten czas prezentowały pewien sposób myślenia i organizacji państwa, który też możemy określić mianem kolonialnego. Lub w jakikolwiek inny sposób, ale oparty na dość mocnym rozdziale pomiędzy posiadające elity i pozostawioną bez dobrego państwa olbrzymią większość społeczeństwa.
Rządy Partido dos Trabalhadores wywróciły tę sytuację. Po raz pierwszy zanegowano zasadę, że państwo ma służyć najbogatszej części społeczeństwa. W sferze wartości władze uznały, że biedniejsza część społeczeństwa też powinna mieć dostęp do przyzwoitej edukacji, opieki zdrowotnej, etc. Tak też odebrało to społeczeństwo.
W systemie federalnym, jak Brazylia, możliwości zmiany państwa i implementacji reform są znacznie mniejsze niż w państwie unitarnym, więc nie można powiedzieć, ze rządy PT całkowicie zmieniły kraj. Ale całkiem sporą jego część.
To oczywiście wywołało u elit politycznych wrażenie, że "ukradziono im kraj". I co za tym idzie korzystali z każdej możliwej metody, aby władzę PT podminować, rozłożyć i odebrać. PT nigdy nie miało samodzielnej większości w parlamencie, więc w jakimś zakresie było to łatwe. Sojuszników ideologicznych dla lewicy nie było, istnienie każdej koalicji opierało się w lwiej części na zwyczajnym przekupstwie. Po prostu- koalicjantami partii, która chciała rządzić po to, aby naprawdę zmieniać kraj byli najbardziej skorumpowani ludzie istniejący w brazylijskiej polityce.

Na tej zasadzie został też dobrany wiceprezydent kandydujący wraz z Dilmą Rousseff. Jest typowym członkiem oligarchii, idealnym przedstawicielem kasty dzięki której Brazylia, kraj pełen bogactw, dookoła świata kojarzy się z nędzą faweli.

Dla pozbycia się władzy Partido dos Trabalhadores wystarczyło pozbyć się pani prezydent. Co umożliwia konstytucja w formie impeachmentu,  władzę w takim przypadku przejmuje wiceprezydent i można mieć gwarancję, że koalicjanci PT natychmiast zmienią front.

Potrzebny był jeszcze tylko pretekst. I taki został dostarczony. Nakreślę tu sytuację- spadek cen surowców na rynkach światowych pogorszył bilans handlowy Brazylii. Oraz spowodował spadek dochodów zarówno prywatnych, jak też budżetu. Co w dalszej kolejności  spowodowało  ograniczenie konsumpcji i inwestycji, czyli spowolnienie wzrostu gospodarczego. Zupełnie oczywiście w takiej sytuacji minimalnie odpowiedzialny rząd stara się utrzymywać zatrudnienie i wydatki inwestycyjne, aby nie doprowadzić do załamania gospodarki.
A co zrobiła banda oligarchów w brazylijskim parlamencie? Otóż w ustawie budżetowej zapisała ekstremalne i nierealne cele cięć budżetowych. Rząd Dilmy Rousseff usiłował wykonać budżet w zapisanej formie. Co, jak można się łatwo domyślić doprowadziło do masowego wkurzenia ludzi, którzy nie tylko mieli coraz większy problem z utrzymaniem się i znalezieniem pracy, ale byli też uderzani co chwilę podwyżkami cen i ograniczeniami zakresu świadczeń publicznych.
Stąd sie wzięły masowe demonstracje w zeszłym roku. Choć sądzę, że jeśli w ogóle jacyś, to zaledwie mała mniejszość domagała się zastąpienia Dilmy przez Michela Temera. Większość zapewne widziała to jako czarny scenariusz. Który nastąpił.
Dilma Roussef została oskarżona o naruszenie dyscypliny budżetowej i usunięta z urzędu.
Wtedy nastąpiło to samo, tylko bardziej.
Cięcia budżetowe i usiłowanei zrównoważenia finansów publicznych nie tylko nie doprowadziły do ich równowagi, ale też do 5% recesji. Czyli porównywalnej z sytuacją Rosji, której gospodarka oprócz spadku cen surowców została też obciążona sankcjami i zwiększonym ryzykiem politycznym. Cóż, oligarchia brazylijska własnemu krajowi, dobrowolnie dostarczyła ekwiwalent sankcji międzynarodowych tylko po to, aby pozbyć się "parweniuszy" z "ich" urzędów.
To wszystko spowodowało potężne problemy budżetowe na każdym szczeblu władzy i cięcia wszędzie tam,  gdzie to możliwe, nieważne czy rozsądne.
Jak na przykład osłabienie poziomu bezpieczeństwa w więzieniach.  Z czego Brazylia nigdy nie słynęła, ale w ostatnich tygodniach nastąpiła fala buntów, które kończyły się wojnami konkurencyjnych gangów i dziesiątkami ofiar. Za każdym razem. Z kilku, może kilkunastu. Sprawa jest tak poważna, że prawdziwa liczba ofiar jest nieznana.
Dwa tygodnie temu policja urugwajska w jednym z miasteczek na granicy brazylijskiej musiała zgromadzić zwiększone siły, po tym jak ich brazylijscy koledzy poinformowali, że jeden z gangów gromadzi siły przy granicy, a oni nie mają funkcjonariuszy, aby ich rozbić.

To były jednak pojedyncze przypadki, można powiedzieć,  odosobnione. Następnym jednak etapem jest wzrost przestępczości, bo ludzie nie mają z czego żyć. Na to się nakładają rozciągniete do granic wytrzymałości budżety stanów i oszczędności a policji. Mieszanka wybuchowa. W biednym interiorze to nie powoduje aż takich problemów, ludzie są tam przyzwyczajeni do ciężkich czasów i życia prawie bez pieniędzy. W głównych metropoliach, czyli Sao Paulo, Rio de Janeiro i Brasilii nędza pojawia się ostatnia. W pozostałych wielkich miastach sytuacja pogarsza się najszybciej.
Na dziś to jest stan Espiritu Santo, zwłaszcza jego stolica Vitoria. Strefa metropolitarna tego miasta to około 2 mln mieszkańców, z ogółu 3,8 mln mieszkańców stanu.

W takim razie- co się dzieje?

Niewesoło. Tak w skrócie. Jeszcze się to nie stacza do poziomu Somalii, ale naprawdę nie jest daleko.
Zacznijmy od tego, że strajkuje policja. Zasadniczo nawet nie oni, bo oni nie mogą. Rodziny funkcjonariuszy blokują wyjazdy z koszar. Żądają zwiększenia podstawy wynagrodzenia, która w tej chwili wynosi w przeliczeniu niecałe 3500 złotych. Straciło ono wyraźnie na wartości wraz ze spadkiem siły nabywczej spowodowanej utratą wartości reala. Uwaga- nazwa może być bardzo myląca, bo w Brazylii zwyczajna, państwowa policja nazywa się Policia Militar.

Co się dalej stało?
Otóż miasto, jak też reszta stanu właściwie zaprzestało życia. Spora część sklepów została zamknięta, kierowcy autobusów odmawiają jazdy bez uzbrojonej ochrony. Tak, zwykłych miejskich autobusów. Zresztą firmy i tak nawet nie chcą ich wypuszczać na trasy. Liczba napadów na samochody wzrosła do kilkuset dziennie (to przynajmniej wiadomo, bo utrata samochodu musi być zgłoszona, inne przestępstwa niekoniecznie).
I najbardziej uderzająca statystyka- w ciągu pierwszych pięciu dni strajku doszło do 105 zabójstw. To zwyczajnie wygląda jak strefa wojny, a nie jak zwyczajny kraj.
Nic dziwnego, że dla załatwienia sytuacji rząd federalny wysłał regularne wojsko. Co jak na razie nie przyniosło efektu. Okazało się, że 550 żołnierzy to zbyt mało.
Stąd kilka dni temu zapadła decyzja o przerzuceniu dodatkowych spadochroniarzy, wojsk pancernych (!!!) i lotnictwa (!!!).
Tak, po prostu zwyczajna armia, wyposażona jak na wojnę. Zamiast radiowozów- transportery opancerzone i śmigłowce.
Dowództwo zapowiada, że jest po to, aby wykonać misję i nie wraca bez sukcesu.
Cóż, bym powiedział, że zwyczajne uspokojenie sytuacji "trochę" za dużej przestępczości ulicznej w żadnym przypadku nie powinno przekroczyć możliwości wojska i sama obecność zapewne załatwi sporą część problemu.

I nastąpi koniec sprawy? Miejmy nadzieję, ale niekoniecznie. Jest w tym wszystkim niemały haczyk. Otóż oddziały wojskowe są przerzucane z sąsiadującej z Espiritu Santo prowincji Rio de Janeiro. No i co za problem? Taki, że jak będą w jednym stanie, to nie będzie ich w drugim.
A stan Rio de Janeiro jest, dzięki szalonej autarkii rządu federalnego, praktycznie bankrutem. Od miesięcy nie zdarzyło się, aby urzędnicy (i policja) otrzymali pensje na czas.
Dość łatwo wyobrazić sobie sytuację, że i oni rozpoczną strajk. I wtedy, w drugiej co do wielkości metropolii kraju już nie będzie kogo posłać na patrole.   Drugiej metropolii i głównym ośrodku turystycznym. To nie będzie zabawne.
To będzie już w całości obserwowanie jak oligarchiczni neoliberałowie niszczą kraj do poziomu oddania ulic gangom. Czyli Somalii.

Nie ma złych wiadomości.

Po wyborach w USA nie ma złych wiadomości. Serio. Żadna z konkluzji powyborczych nie jest zła. 

Najpierw mamy dobrą wiadomość- Hilary Clinton nie wygrała wyborów. Nikt jej nie lubi, jest w pewnym sensie uosobieniem establishmentu, którego wszyscy mają dość. OK. Gdyby wygrała, nadal by nikt jej nie lubił, ale były drobne szanse na to, że prowadziłaby dobra politykę i bardzo duże prawdopodobieństwo, że przeciętnie- złą, typową dla elit politycznych USA. Nie będzie prezydentem, więc istnieje nawet szansa, że Demokraci w kolejnych wyborach będą wystawiać kandydatów akceptowalnych dla społeczeństwa. 

Druga wiadomość, bardzo niepokojąca jest taka, że prezydentem USA zostanie Donald Trump. Gwiazda tanich programów rozrywkowych bez żadnego doświadczenia politycznego i oprócz rasizmu, nieznanych poglądów. Bardzo niepokojące, ale to jeszcze nie jest zła wiadomość.

Następna wiadomość jest tak, że mniej- więcej wiadomo, kto będzie członkiem Gabinetu (czyli na nasze- mamy giełdę kandydatów na ministrów). Nazwiska, czyli polityka i poglądy tych ludzi którzy się tam pojawiają nie są złe. 
Są absolutnie, cholernie, czachorozwalająco przerażające.

Aby to zrozumieć, trzeba na chwilę spojrzeć na gospodarkę USA. 

Na dziś większość tej gospodarki to jest konsumpcja, której w miarę wysoki poziom jest podtrzymywany przez deficyt rządu federalnego. Ale bez realnej gospodarki to wszystko nie mogłoby zbyt długo działać. I ta realna gospodarka jest. Składa się na nią kilka sektorów:
1. Zbrojeniówka. Nie mam tu na myśli krajowych zakupów w USA, tylko eksport. Te produkty generalnie są podobnej jakości jak inne zachodnie, albo niższej, a prawie zawsze droższe. Gospodarka pracuje i zarabia, ale daleko tam do prawdziwej wiedzy i innowacyjności, a sprzedaż i napływ pieniędzy ma związek głównie z potęgą polityczną i militarną samych Stanów Zjednoczonych.
2. Rolnictwo. Wydajne, oparte na olbrzymim zużyciu chemii i degradacji gleb, produkujące głównie produkty masowe typu soja i zboża. Konkuruje na rynkach światowych.
3. Rolnictwo w Kalifornii i mniejszym stopniu na Florydzie-  wyspecjalizowane niszowe produkty o dużej wartości dodanej, oparte na technologii oraz nisko płatnej pracy imigrantów. 
4. Przemysł naftowy i petrochemiczny. Skoncentrowany w Teksasie. Nawet nie tyle samo wydobycie, co wszystkie światowej klasy firmy usługowe, badania i rozwój, etc. Oraz produkcja, w tym eksportowa mnóstwa różnych wyrobów petrochemicznych.
4. Przemysł przetwórczy- skoncentrowany w Rust Belt oraz Południu- niskie technologicznie montownie i wytwórnie, prawie w całości na rynek wewnętrzny, głównie motoryzacyjne. Niskie pensje, niekonkurencyjne koszty i jakość. Niezbyt duża ilość działów projektowych i rozwojowych Forda i GM. 
5. Przemysł lotniczy i kosmiczny- zarówno na rynek krajowy, jak też poważny przemysł eksportowy. Skoncentrowany na Zachodnim Wybrzeżu. Wysokie pensje, światowa jakość.
6. Przemysł medialny, IT, robotyki, nowoczesnych technologii. Praktycznie w całości skoncentrowany w Kalifornii, zależny od otwartego światowego rynku, zależny od dobrej jakości edukacji i/lub łatwej imigracji inżynierów
7. Przemysł finansowy. Skoncentrowany w Nowym Jorku, gdzie obsługuje lokalny rynek oraz banksterskie manipulacje dookoła świata oraz w Kalifornii, gdzie jest częścią wyspecjalizowanej infrastruktury finansowania nowych przedsięwzięć technologicznych i medialnych. Te dwie grupy nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego.

Po co to wyliczenie?

Otóż postawmy granicę na górach Sierra Nevada, czy trochę na wschód od nich, na granicy pustyni. Na zachód od tej granicy jest przede wszystkim Kalifornia, poza tym Waszyngton, Oregon, Hawaje i Alaska i zależy jak ustalimy, również kawałek Newady i Nowego Meksyku. 
Na wschód od tej linii mamy wyłącznie montownie dla lokalnej konsumpcji, przemysł obsługujący potrzeby imperialne (zbrojeniówka i banksterka) oraz surowce z niewielkim dodatkiem usług naftowych.
Na zachód od tej linii mamy praktycznie całość eksportowego przemysłu USA. Drogi czytelniku- co ostatnio widziałeś amerykańskiej produkcji? Na przykład w tej chwili czytasz bloga, którego operatorem jest Google. Jeśli leciałeś samolotem, to możliwe że Boeingiem. Jeśli oglądałeś wysokobudżetowy film- zapewne z Hollywood. Ale kontakt z rzeczami produkowanym na wschód od gór mogłeś mieć jeśli jadłeś parówki 100% mięsa i soja akurat była z USA. Równie dobrze mogła być z Brazylii.
Poprzemysłowa ruina większość USA opiera się na taniej pracy, obniżaniu kosztów, eksporcie surowców i manipulacjach walutowych. Zachód to jest maszyna do rozwoju technologii. Nie potrzebuje niskich podatków, potrzebuje dobrych inżynierów i za to chętnie płaci. Trzeba przypomnieć, że Krzemowa Dolina to nie tylko software. To cały system uruchamiania i finansowania przedsięwzięć przesuwających granice technologii. Biochemia, genetyka, robotyka i wszystkie inne dziedziny. Zapewne mało kto zdaje sobie sprawę, że Tesla Motors to nie tylko baterie i silniki elektryczne. To także nowe metody spawalnicze nie stosowane nigdy wcześniej w masowej produkcji. To wszystko wymaga nauki, elastyczności, łatwej wymiany kadr i szybkiego dostępu do kompetentnych technicznie kapitalistów.

Ten podział na część surowcową i przemysłową, eksploatacyjny i technologiczny model gospodarki jest praktycznie niemożliwy do pogodzenia. 
Program i rząd Trumpa jest w czysty sposób pro-oligarchiczny. Ministrem finansów najprawdopodobniej zostanie partner Goldman-Sachs i współpracownik Sorosa. Ministrem spraw wewnętrznych facet, który ze zorganizowanej dyskryminacji rasistowskiej i bezpodstawnych aresztów uczynił znak firmowy i sztandar swojej polityki. 
W takim państwie nie da się prowadzić ani badań, ani podejmować ryzyka potrzebnego na co dzień w Krzemowej Dolinie, ani też ściągać inżynierów z całego świata dla podtrzymania przewagi konkurencyjnej.
Po prostu rząd Trumpa to jest egzystencjalne zagrożenie dla infrastruktury biznesowej Krzemowej Doliny i nawet Hollywood. 

To oznacza, że jedno z nich musi zniknąć. Faszystowski rząd USA oznacza po prostu upadek przemysłu Zachodniego Wybrzeża. Z tych realiów wszyscy sobie w miarę zdają sprawę. W San Francisco Trump uzyskał 10% głosów, a w San Mateo County (obejmującym sporą część Krzemowej Doliny) 19%

Pytanie jakie są możliwości. Pierwsza to taka, że Trump odpuści ze swojej polityki to, co najbardziej uderza w Zachód. Jest to niemożliwe. 
Oprócz IT, gdzie możliwy jest kompromis, polem konfliktu jest energetyka, ogólnie energia i kwestie klimatyczne. Kalifornia już ma duży problem ze zmianami klimatycznymi, promowany przez rząd powrót do energetyki węglowej to nie jest coś możliwego do zaakceptowania przez to społeczeństwo. Ale też rozwój technologii odnawialnych jest skoncentrowany w SV. Rząd Trumpa uderzy w nich bezpośrednio, jak wcześniej Reagan. Tesla Motors i sam Elon Musk będzie musiał stać się wrogiem publicznym. Tak po prostu. SolarCity szkodzi węglowi, a Tesla nafcie.
Deportacja nielegalnych imigrantów, zwłaszcza latynoskich nie oznacza żadnego oddechu dla fabryk Midwestu. Ale za to oznacza prawie wyrok śmierci dla plantacji pistacji, winnic i gajów oliwnych Kalifornii. 

Dla Zachodu na dziś kluczowym problemem jest po prostu powstrzymanie Trumpa. Wszystkimi dostępnymi metodami. Wystarczy sparaliżować jego administrację i jakoś się przeżyje te 4 lata. Osiem lat byłoby kompletną tragedią, prawdopodobnie nie byłoby już czego zbierać.
Sama Krzemowa Dolina mogłaby się stopniowo przenieść, zapewne do Kanady. W rejonie Seattle jest też całkiem solidny ośrodek IT, równie dobrze mógłby rozwinąć się 30 min drogi na północ, już za granicą.

Od politycznej strony patrząc na dziś jest tylko jedna droga. Na teraz zwyczajne przekupstwo części Kongresu aby paraliżować najbardziej faszystowskie idee, a za dwa lata, przy okazji wyborów, pozbawienie Republikanów większość w obu izbach. 
To pierwsze wymaga lobbingu i pieniędzy, które znajdą się bez problemu. Przekupni Republikanie też bez trudu. 
To drugie jest bardziej skomplikowane i znacznie więcej od tego zależy. Po pierwsze, Partia Demokratyczna pod obecnym zarządem skompromitowała się całkowicie. To nie była normalna przegrana, to byłą katastrofa spowodowana przez głupotę, niekompetencję i chciwość ludzi kierujących kampanią Clinton i przez nią samą.

Na dziś obrona zachodu musi polegać na poparciu popularnej platformy wewnątrz Partii Demokratycznej, definitywnym pozbyciu się ludzi Clinton i podobnych oraz odbudowie wiarygodności bazując na kandydatach oferujących bezkompromisowe powstrzymywanie Trumpa oraz rzeczach takich jak ochrona klimatu, powszechna opieka zdrowotna, odcięcie polityki od pieniędzy oligarchów, etc. 
Jeśli dotychczasowa elita Demokratów nie odejdzie dobrowolnie, to progresywiści (jak ten kierunek nazywa się w USA) będą musieli wypromować swoich kandydatów w prawyborach. 

To jest polityka, która na pewno będzie prowadzona. Teraz mamy zasadnicze pytanie- z jakim wynikiem?
Jeśli progresywiści przejmą PD i/lub uzyskają znaczny wpływ wśród członków Kongresu i pokonają większość GOP w obu izbach, to po dwóch ciężkich latach, będą kolejne dwa paraliżowania administracji Trumpa i potem święty spokój. OK, sprawa załatwiona. Dla nas, USA i świata to rzecz o którą każdy wierzący człowiek powinien się co dzień modlić. Niewierzący też, nie zaszkodzi, a może zadziała.

Jeśli Partia Demokratyczna będzie sama opierać się, dzisiejszy zarząd nie poda się do dymisji i/lub nowy będzie z tej samej bajki oraz progresywiści będą przegrywać prawybory wskutek machlojek to będzie problem. Republikanie utrzymają władzę, a demokratycznie kongresmeni będą z gatunku tych, co lubią zawierać najdziwniejsze kompromisy. 

To będzie oznaczało dla Zachodu po prostu brak reprezentacji. Kompletną niemożliwość artykułowania i obrony swoich interesów politycznych i ekonomicznych. Problem, który trzeba jakoś rozwiązać. 
Jednym z rozwiązań, najbardziej prawdopodobnym będzie stopniowa ucieczka całego przemysłu i zapaść ekonomiczna. Drugim, zupełnie możliwym- secesja. Pierwsze objawy spowolnienia gospodarczego na Zachodzie spowodują natychmiastowy resentyment. Dziś adresowany już nie do abstrakcyjnych sił rynkowych, tylko dokładnie pod adresem jednego świra u władzy, popierających go skorumpowanych karierowiczów i fanatyków oraz równie skorumpowanej i nieudolnej opozycji. 
Z takiego punktu wyjścia są dwa- stworzyć własną opozycję, która przynajmniej częściowo ucywilizuje system, albo całkowicie się od niego odłączyć.
To drugie jest radykalne, ale zapewne okaże się bardzo kuszące.
Przez ostatnie 20 lat dysproporcja gospodarcza pomiędzy Kalifornią (czy całym Zachodem) i resztą USA tylko się powiększała. Patrząc na fundamenty gospodarki, sposób organizacji biznesu, etc. to wygląda jak przymusowe połączenie Skandynawii z Brazylią. To nie może na dłuższą metę działać. Albo Brazylia zostanie ucywilizowana, oligarchowie utemperowani, a gospodarka zacznie rozwijać technologię, albo Skandynawia pójdzie swoją drogą.

Jednak nawet secesja, choć jest drugim najlepszym rozwiązaniem, nie załatwi wszystkich problemów. Na wschodzie zostanie fikcyjna gospodarka i trochę surowców oraz dość potężna armia. I ideologia nakazująca siłowe popieranie tego przemysłu surowcowego wszędzie gdzie się da. Dokładna kopia putinowskiej Rosji. Z takim samym syfem, niedostępnością opieki medycznej, infrastrukturą tylko na pokaz, skrajnie agresywną armią i propagandą. Fajnie co?

A już teraz ministrem spraw zagranicznych najprawdopodobniej będzie facet dla którego Estonia to przecież przedmieścia St. Petersburga i nie można oczekiwać, że USA się będzie mieszać w takie rzeczy.

Za to w ograniczenie wydobycia ropy na Bliskim Wschodzie na pewno. Jak? Tak samo jak za Bushów. Obu. Tylko nawet GW to był odpowiedzialny centrowy polityk na tle Trumpa. Będzie tak samo, tylko bardziej. Więcej wojen na bliskim wschodzie to mniej ropy na rynku, to więcej pieniędzy u nafciarzy i w budżecie Rosji. I w końcu będą mogli zająć te swoje przedmieścia. 






Co słychać w Brazylii, czyli jak rozwalić kraj.

Obecny kryzys polityczny w Brazylii jest tak naprawdę tylko kolejnym z objawów dysfunkcjonalności tego kraju. 

Ostatnim, głośnym wydarzeniem było rozpoczęcie procedury impeachmentu wobec prezydenty Dilmy Rousseff. Rozpoczęcie to jeszcze nie zakończenie, ale usunięcie jej z urzędu wydaje sie przesądzone. 
Najpierw postawmy sprawę we właściwych proporcjach. Język portugalski jest najpowszechniej używanym językiem w Ameryce Południowej. Z jednego powodu- jedyny kraj w którym go się używa, ma więcej ludności niż pozostałe 11 krajów położonych na tym kontynencie. To właśnie jest Brazylia. 
Podobnie ma sie rzecz patrząc na wielkość gospodarek. Gospodarka Brazylii jest większa od Rosji, i jest absolutnie największą na kontynencie. Stąd wszystko co dzieje sie w Brazylii ma odbicie w statystykach dotyczących całego kontynentu, choćby nie miało z tym wszystkim żadnego związku. 

Wracając do Brazylii
Konstytucja przewiduje możliwość impeachmentu prezydenta, co jest uregulowane dość podobnie do procedury przewidzianej w konstytucji USA. Za naruszenie prawa związane ze sprawowaniem urzedu, prezydent może być postawiony w stan oskarżenia przez niższą izbę parlamentu, dalszą część procedury prowadzi Senat. Jeśli prezydent jest oskarżony o nadużycie władzy, sądzi Senat, jeśli o przestępstwo pospolite, to Federalny Sąd Najwyższy (wszyscy lubią "polskie akcenty", więc podam, ze prezes tego ostatniego nazywa sie Ryszard Lewandowski).
Jak łatwo mozna zauważyc, nie wspomiałem jeszcze o co właściwie jest oskarżona Dilma Rousseff, bo to akurat ma dla wyniku procesu najmniejsze znaczenie. 
Ważniejsza jest sytuacja obecna. Od rozpoczęcia procesu Prezydenta jest zawieszona w pełnieniu obowiązków, a p.o. stał się dotychczasowy wiceprezydent. Ma to o tyle znaczenie, że jego wizja państwa jest kompletnie odmienna, a faktycznie jest przedstawicielem obozu, który chce się pozbyć zarówno Dilmy, jak też najchętniej całej Partii Pracy z brzylijskiej polityki.

W takim razie trzeba wyjaśnić jak dokładnie ta brazylijska polityka wygląda, bo bez tego nic nie bedzie wiadomo. Otóż w Brazylii jest kilkadziesiąt aktywnych partii politycznych, prawdopodobnie około 40. Aktywnych, czyli mających jakiś udział we władzach na poziomie stanów i jako reprezentacja tych stanów, na poziomie federalnym. 
Większość tych partii to sa faktyczne kluby towarzyskie lokalnej oligarchii, znakomicie znane również z Polski powiatowej. Różnica polega na tym, że wójt biednej gminy może co najwyżej zatrudnić w urzędzie rodzinę i znajomych, a szwagrowi dać zlecenie na odmalowanie szkoły. Każdy brazylijski stan to są dziesiątki tysięcy kilometrów kwadratowych urodzajnej ziemii i zasoby minerałów, setki milionów reali na rozbudowe infrastruktury, czy choćby lokalne kluby piłkarskiego dofinansowane z budżetu, ale i eksportujące lokalne talenty do Europy za miliony euro, które niekoniecznie musza trafić do budżetu tego klubu. Tak samo można bezkarnie karczować tysiące hektarów lasów, na których wypasa sie krowy aż do wyjałowienia. Dzięki nomimancjom sędziowskim kontrolowanym przez lokalną partię nie grozi za to żadna odpowiedzialność. Na szczeblu federalnym reprezentacje takich lokalnych klik zawierały koalicje, które umożliwiały jakiekolwiek funkcjonowanie państwa. Bardzo złe, oczywiście, ale bez tego nie działało w ogóle. 

Tak sobie działało przez wiele dziesięcioleci. Komu się nie podobało, z tym policja rozmawiała, nawet nie za pomocą pałek, a karabinów, prądu i innych równie subtelnych metod. Taki lokalny obyczaj. 

Towarzystwo tych byłych bywalców więzień stało się zaczynem i początkiem Partii Pracy. Śmiało można powiedzieć, że była to, i nadal jest, pierwsza nowoczesna partia polityczna w Brazylii. 

To, czego dokonały wcześniejsze rządy Luli i obecnie Rousseff, to przede wszystkim wprowadzenie nowoczesnego systemu zasiłków na dzieci oraz ograniczenie dewastacji środowiska i wylesiania. To pierwsze skrajnie rozwścieczyło tradycyjnych polityków, bo praktycznie całość pieniędzy wcześniej przeznaczana na programy socjalne trafiała poprzez budżety stanowe i lokalne do różnych dziwnych organizacji organizujących pomoc, ostatnie kilka procent czasem do potrzebujących. Program Bolsa Familia kompletnie odwrócił te proporcje i obraził mnóstwo osób na lokalnych szczeblach polityki. Program zapobiegania wylesianiu, zwłaszcza Amazonii, to także jest tradycyjny dopływ pieniędzy z organizacji międzynarodowych, a rząd Luli te pieniądze, zamiast dla organizacji zajmujących się informowaniem jak to nieładnie jest karczować państwowe lasy, przeznaczył na monitorowanie lotnicze i satelitarne, ściganie odpowiedzialnych (na tyle, na ile się dało, czyli bardziej irytowanie oligarchów) oraz poważne traktowanie indiańskich roszczeń.
To wszystko naruszyło polityczne i gospodarcze podstawy ustroju. Oczywiście, nikogo nigdzie nie wywłaszczono, nikomu nic nie zabrano. Ale to, że dotychczasowy szef organizacji pomocy biednym musiał zacząć gdzieś szukać pieniedzy na tę pomoc, choć zawsze je dostawał z budżetu, a "czarnuchy" zaczęly dostawać pieniądze bez jego pośrednictwa to wystarczyło, aby opozycja rozpoczęła konsolidację.
Partia Pracy miała poparcie wystarczające aby Dilma mogła wygrać wybory prezydenckie, ale w wyborach w poszczególnych stanach jakoś zawsze wygrywają partie reprezentujące lokalną oligarchię z tych stanów. Te partie mają później reprezentację w parlamencie federalnym. Na szczęście tradycyjny sposób tworzenia koalicji rządowej w Brazylii polega na zwyczajnym przekupywaniu deputowanych i senatorów. Nie inaczej było za rządów Luli i Dilmy. Tłuste synekury i ordynarne łapówki szły do kieszeni polityków z funduszy Petrobrasu i innych państwowych firm. 
W końcu wybuchł skandal z tym związany i od kilkunastu miesięcy trwa dochodzenie, które pokazuje dokądnie taki obraz sytuacji-- pieniądze nie trafiały do polityków Partii Pracy, ale do wszystkich ich koalicjantów. W tym m.in. wiceprezydenta, obecnie p.o. prezydenta. 
Od tego śledztwa rozpoczął się kryzys polityczny. Na to nałożył się spadek cen surowców, czyli głównych towarów eksportowych Brazylii i kryzys gospodarczy
Opozycja, choć w tych warunkach trudno uzywać takich określeń. Powiedzmy- partie starej oligarchii w warukach recesji uchwaliły budżet bez deficytu. To, jak wie każdy studen ekonomii drugiego roku, oznacza w praktyce pogłębienie recesji przez prowadzenie polityki procyklicznej. 
Rząd Rousseff nie zbilansował budżetu, a właściwie zrobił to tylko na papierze. Deficyt był, i został pokryty wyciąganiem pieniedzy z państowych firm i ich zadłużeniem. Co było całkowicie niezgodne z ustawą budżetową, było naruszeniem dyscypliny budżetowej i jest lekko tylko naciąganą podstawą impeachmentu.
Jednak to bardzo wiele mówi o poziomie brazyliskiej klasy polityczej, a właściwie całej elity społecznej. W sytuacji ekonomicznej bardzo trudnej z powodów stanu światowego rynku zajęli się zwyczajnym podpalaniem własnego kraju. Aby storpedować reformy minimalnie poprawiające środowisko i życie przeciętnego człowieka zdecydowali się zażądać polityki, która musiałby doprowadzić do dwucyfrowej recesji. Rząd tego nie wykonał w żądanym stopniu i recesja wyniosła zaledwie siedem procent? To czas wyrzucić prezydenta.
Siedmioprocentowy spadek PKB. Do tego nie doszła ani Arabia Saudyjska, jeszcze bardziej uzależniona od surowców, ani obłożona sankcjami Rosja.

Takie wyniki w gospodarce oraz zmiana polityczna oznacza, że Brazylia właśnie zakończyła kolejną próbę modernizacji. Wynikiem niepozytywnym.





Czarne chmury nad lepszą Ameryką

W lepszej Ameryce polityka się odezwała. Konkretnie się odezwała głosem ludu. Tydzień temu miała miejsce 2 tura wyborów prezydenckich w Argentynie, a w ostatnią niedzielę wybory parlamentarne w Wenezueli. W obu przypadkach wygrali kandydaci prawicowi.

A teraz po raz kolejny przypomnę czytelnikom, że jeśli kojarzą co to jest prawica a co lewica w Polsce to absolutnie nie powinni tego przekładać na realia  pozostałej części świata. Może z wyjątkiem niektórych innych państw postkomunistycznych.

Otóż w Polsce kryterium prawicowości jest stosunek do Kościoła (częściowo i juz coraz mniej) i stosunek do tradycji i ideałów Solidarności, a co za tym idzie też do dyktatury, która tę Solidarność i solidarność łamała. Bardzo podobną do Spawacza politykę rozbijania wspólnoty społeczeństwa dekapitalizacji przemysłu, niszczenia innowacyjności i oczywiście skrytobójstwa prowadzili dyktatorzy wojskowi w Ameryce Południowej i Afryce. Tylko wszędzie tam nazywali się prawicowymi i okazywali ostentacyjną pobożność, jaka religia akurat dominowała w kraju, co w warunkach Ameryki Południowej oznaczało katolicyzm. Przy okazji to było dla dyktatorów bardzo wygodne, bo Kościół nie ma w zwyczaju nikogo wyrzucać ze świątyń, nawet państwowej telewizji filmującej dyktatora w odświętnym mundurze. To się własnie nazywa w Ameryce Południowej prawicą. Jaruzel w kościele. Ktoś jeszcze pała sympatią do latynoskiej prawicy? No tak, narodowcy, korwiniści i inni fani kacapów. 

Dlatego dość szybko po obaleniu dyktatur w większości krajów wybory wygrały formacje zwane lewicą. Niekoniecznie reprezentujące podobnych ludzi, czy nawet takie samo podejście. Ale wszędzie, czy to Partia Robotnicza w Brazylii, czy Zjednoczona Partia Socjalistyczna w Wenezueli, Front dla Zwycięstwa w Argentynie, czy Szeroki Front w Urugwaju tak samo postrzegał problemy kraju. Zresztą trudno ich było nie dostrzegać. 

Problemy, które postrzegała lewica południowoamerykańskie to istnienie dość szerokie rzesze społeczeństwa praktycznie nie uczestniczących w konsumpcji, po prostu żyjących na granicy fizycznej egzystencji. Na terenach wiejskich z płodów jakiego skrawka ziemi, do którego niekoniecznie mają prawo własności, a w miastach w latynoskich slumsach, wśród milionów ludzi żyjących ze zbierania śmieci, drobnych kradzieży, żebractwa, dorywczych prac i ogólnego kombinowania. Na drugim biegunie wszędzie znajdowała się idealnie bezużyteczna i absolutnie bezmyślna klasa wyższa, żyjąca z ochłapów eksploatacji kolonialnej uprawianej przez międzynarodowe koncerny. Surowce były rożne, ale model dokładnie ten sam. 
Te własnie lewicowe partie łączyło jedno- chęć zmiany tego systemu gospodarczego. Tyle miały ze sobą wspólnego. W każdym z krajów zakres władzy międzynarodowej i własnej oligarchii był zupełnie różny. 
Tak samo różna była wizja i kierunek rozwiązywania tak zdefiniowanego problemu.

Właściwie każda z tych partii zgadzała się, że na dłuższą metę kluczem do modernizacji kraju i wyrównania szans jego mieszkańców jest edukacja. Zwyczajne danie szansy najbiedniejszym warstwom społeczeństwa na awans. W dłuższej perspektywie stworzenie nowych elit, które uzupełnią lub zastąpią dotychczasowy układ skorumpowanych buców. To w każdym z krajów także się różniło. O ile w Urugwaju problem polegał na stworzeniu przez rzad cieplarnianych warunków dla rozwoju sektora IT i przekonaniu młodzieży, że powinna wybrać się na studia techniczne zamiast olewać liceum, w Argentynie problematyczna była kwestia jakości szkół średnich i odbudowy szkolnictwa technicznego, tak w Brazylii i Wenezueli najpierw trzeba było zająć się analfabetyzmem i podstawowymi kwalifikacjami istotnej części społeczeństwa.

W każdym z tych krajów ten program spotykał się z dzikim oporem dotychczasowych elit. I tu także odpowiedzi były różne. Skrajnie różne. Od poziomu konfliktu w Wenezueli, gdzie kolejne próby zamachów stanu, powiązania oligarchii z gangsterami i plaga morderstw wyznaczały standardy polityki. W Argetnynie i Brazylii było pod tym względem zdecydowanie lepiej, bo zaledwie chore z nienawiści do rządu prywatne media promowały jakieś banksterskie męty na "nowych zbawicieli narodu", a rządzące partie musiały się uciekać do regularnej korupcji politycznej aby utrzymać się przy władzy i coś robić dla kraju.

Jedynie w Urugwaju sytuacja miała się trochę inaczej. Już po tym, jak prezydent Argentyny, De la Rua w pamiętny sposób opuszczał helikopterem Casa Rosada, a argetnyński kryzys był potężnie odczuwalny w gospodarce Urugwaju, lewicowy burmistrz Montevideo podjął dość brzemienną w skutkach decyzję. Mianowicie, kiedy wszyscy spodziewali się powtórki scenariusza argentyńskiego, a prezydent z dobrej starej rodziny (4 prezydent z tej rodziny) już się zaczynał pakować, przyszedł do niego tenże burmistrz. Wszyscy spodziewali się, że zostanie prezydentem po wymuszonej demonstracjami rezygnacji poprzedniego, a tymczasem Tabare Vazquez zapowiedział, że Jorge Battle dokończy swoją kadencję i tylko ma nadzieje, że nie będzie robił niczego sprzecznego z zasadami demokracji i interesami Urugwaju. ta, swego rodzaju umowa została dotrzymana, Tabare Vazquez i tak został wybrany następnym prezydentem w 2005 roku (i następnie 2015) Spowodowało to znakomite wrażenie, jakby Urugwaj był dobrą i stabilną demokracją, co w połączeniu ze spłacanie długów po Battle i jego poprzednikach świetnie ułatwia relacje handlowe i napływ kapitału kiedy jest potrzebny.

Tak spokojnego oddania władzy przez dotychczasową skorumpowaną oligarchie nie było jednak w żadnym innym kraju. Wszędzie były większe lub mniejsze awantury, które dziś odbijają się czkawką. I niestety wyglądają na skuteczne. Po wielu latach każdego możliwego sabotażu, negowania legitymacji i oczerniania międzynarodowego swojego kraju i jego władz opozycja w Wenezueli wygrała wybory parlamentarne.  

Po prawie ponad dziesięcioleciu codziennej dawki bredni i kłamstw przez główny koncern medialny w Argentynie, promowany przez tenże koncern pupilek wygrywa wybory prezydenckie. Rzecz jasna, natychmiast ogłasza obniżki ceł eksportowych i zaciąganie nowych kredytów. I tak dalej. 

Pozostaje podstawowe pytanie, czy miliony ludzi włączonych do masowego społeczeństwa będzie rozumieć co się dzieje, budować nową gospodarkę i domagać się równości społecznej, czy jednak model postkolonialny wygra. To pytanie jest otwarte. Tak samo otwarte pozostaje w stosunku do Polski. Zachowanie dotychczasowej oligarchii jest dość jasne. Poziom kontaktów z gangsterami jest (chyba niższy niż w Wenezueli, na zbrojny zamach stanu też się raczej nie odważą (choć kto wie czy katastrofa smoleńska nie była własnie polskim zamachem stanu). Ale widać też, że na poziom przyzwoitości reprezentowany przez Jorge Battle nigdy nie można było liczyć.

P.S. 
To jest jedynie liźnięcie tematu, opis całości wymagałby doktoratu. Niestety, ostatni człowiek o którym słyszałem, że chce napisać po polsku doktorat o strukturze społecznej postkolonialnej Ameryki Łacińskiej został wyrzucony z uczelni. A szkoda, bo znał nie tylko język hiszpański ale i keczua. Za organizowanie jakiegoś Komitetu. Macierewicz się nazywał, Antoni, czy jakoś tak, ale dziś ma poważniejszą fuchę.

Wieści z lepszej Ameryki

Chile

Trwa kampania bombowa, kolejne dwa wybuchy w Santiago, to już okrągła liczba 200 w ciągu ostatnich kilku lat. Policja twierdzi, że są to jacyś bliżej nie zidentyfikowani "Anarchiści". To może tłumaczyć dlaczego śledztwo nic nie ustało, bo pierwsze bomby wybuchły 3 stycznia 2009, dokładnie w pierwszą rocznicę głośnego zastrzelenia przez policję prominentnego aktywisty Mapuczów. Ja tam nie wiem, co robi policja chilijska, ale tak mi się skojarzyło, że Mapucze nie bardzo uznają zwierzchnictwo Republiki Chilijskiej na południe od rzeki Bio-Bio i od dość dawna mają zwyczaj np. podpalać gospodarstwa białych, którzy tam się mają zamiar osiedlać.Kolejny wybuch, jak zwykle w środku nocy i bez ofiar, dlatego w Polsce mało kto o tych drobnych problemikach słyszał.

Brazylia

Nowe regulacje dotyczące pomocy domowych nie wydają się szczególnie ważną wiadomością, ale w brazylijskich realiach to jest rewolucja. Regulacje nie wydają się jakieś szczególnie restrykcyjne- ot, obowiązek rejestracji, odprowadzania składek emerytalnych i limit 44 godzinnego tygodnia pracy. Ale to jest rewolucja. Ona trwa, od wyboru Luli w 2003 roku. 
Drobne przypomnienie. Brazylia, kraj powstały gospodarczo na niewolnictwie, zniósł je w 1888 roku, najpóźniej z całego kręgu cywilizacji europejskiej. Następnie dzielnie trwał neokolonialny model gospodarczy, z bardzo wąska elitą skupiającą olbrzymia większość majątku narodowego i władzę, ok 10% tzw. klasy średniej. Tak zwanej, ponieważ nie do końca przypominała ona klasę fachowców i dobrze opłacanych robotników zabezpieczonych państwową i samorządową siatką socjalna znaną z zachodniej Europy. To byli bardziej wszelkiego rodzaju pośrednicy i usługodawcy dla elit, Majątkowo sytuowani jak właśnie ci zamożniejsi robotnicy w Europie, ale korzystająca z bycia otoczoną przez 90% proletariatu i niewyczerpane zasoby taniej siły roboczej. Stąd pomoc domowa w tejże klasie średnie zawsze była normą i przeważnie była to osoba mieszkająca przy rodzinie, często nigdy nie wychodząca z domu. W Polsce nietrudno znaleźć osoby zafascynowane takim modelem społecznym, np. całkiem niedawno dwóch prymitywnych chamów korzystających z właśnie takiego statusu majątkowego zwyczajnej klasy średniej, przechwalało w znanej stacji radiowej się traktowaniem pomocy domowych. Cóż, przy bardziej egalitarnym społeczeństwie nie mieliby szans żyć na porównywalnym poziomie i dobrze o tym wiedzą. Stąd te 10%, zazwyczaj lepiej sytuowanych członków społeczeństwa tak wściekle atakuje każdą władzę próbującą zmusić ich do traktowania tych 90% społeczeństwa jak ludzi a nie jak instrumentum vocale. Dobrym przykładem są np. znani z Polski niekompetentni lekarze lub prawnicy, żyjący sobie całkiem dobrze za powiedzmy 5-8 tys zł miesięcznie. Obiektywnie, to są żadne pieniądze, ale wśród nędzy dookoła wystarczy na nie robienie niczego samemu, zabetonowanie się w układzie i życie jak pączek w maśle. Hasła podwyższania płac minimalnych, zmniejszania bezrobocia, albo co gorsza egzekwowania prawa pracy brzmią dla takich przerażająco.

W Argentynie to nie wygląda dużo inaczej i jest to także ok. 10%, sądząc po wynikach wyborów, aczkolwiek znacznie większy odsetek w samej stolicy. Cóż, przynajmniej w Argentynie w powszechnych i uczciwych wyborach nigdy nie wygrali miłośnicy niewolnictwa. A jakby się ktoś pytał dlaczego poparcie dla PO i podobnych partii nigdy nie spadnie poniżej 10% społeczeństwa- to ma odpowiedź. I dlaczego im niższa frekwencja tym dłużej tacy mają szansę się utrzymać przy władzy. 

I w ten sposób docieramy do Argentyny

Walka Republiki z sępami trwa. Na bieżąco opisuje to kol. Futrzak, a ja dużo nie mam do dodania. Okazało się, że rada decydująca o wypłacie odszkodowań z CDS-ów szybko i jednogłośnie przyznała, że Argentyna ogłosiła default. Udział w tej radzie sępich funduszy, które wcześniej wykupiły te CDS-y nieco rozjaśnia tą decyzję. 
W związku z tym, że i tak ogłoszono publicznie bankructwo, rząd Argentyny stwierdził, że dalej to mu mogą i ogłosił, że ma zamiar długi spłacać w Buenos Aires, a nie w Nowym Jorku i sędzia Griesa ma się od obligacji od.... 
Sędzia Griesa stwierdził, że to jest obraza sądu. Logicznie chyba powinien skazać na areszt przedstawicieli Argentyny. Będzie zabawnie. Minister skazany jako przedstawiciel państwa za obrazę zagranicznego sądu.

Drogie wejściówki na salony

Putin wybrał się do Ameryki Łacińskiej. Oficjalnie wiadomo- na finały piłkarskich mistrzostw świata jako organizator następnych. Oprócz tego oczywiście też wiadomo- próbuje ratować wizerunek swój i Rosji jako normalnych i odpowiedzialnych członków wspólnoty międzynarodowej. Po serii dyplomatycznych  katastrof które bezpośrednio spowodował Ławrow, Putin musiał pojawić się sam z ostatnim argumentem- książeczką czekową. Krótki opis wizyty i rosyjskich sukcesów:

Kuba

Oczywiście przywitany z honorami, tradycyjne prywatne spotkanie z Fidelem Castro. Oraz zaczął od umorzenia 90% kubańskiego długu wynoszącego 35 mld dolarów. Choć to akurat nie miało dużego znaczenia, bo Kubańczycy i tak go nie spłacali i nigdy nie mieli takiego zamiaru, to jest kwota absolutnie poza możliwościami ich gospodarki. Zabawniej było dalej. pozostałe do spłaty 3,5 mld zostanie zainwestowane w infrastrukturę Kuby. Znaczy efektywnie kubańczycy i tak tego nie spłacą, choć być może kupią za to trochę sprzętu budowlanego czy wyposażenia elektrowni w Rosji. Jeszcze nie tak źle. Oprócz tego rosyjskie firmy będą szukać ropy na kubańskim szelfie. Tylko jak dotychczas zachodnie firmy które tam miały koncesje się wyniosły, bo wszystkie odwierty były suche i obecnie na rynkowych zasadach nikt tam nie chce wiercić. Krótko mówiąc- całe i nieproporcjonalne ryzyko po rosyjskiej stronie, ewentualne zyski do podziału. Czyste płacenie haraczu. I g... załatwił. Żaden z braci pary z gęby nie puścił na temat poparcia separatystów, potępienia władz Ukrainy, czy nawet uznania referendum na Krymie. Tak w skrócie fotka z braćmi Castro kosztowała około 5 mld dolarów. To są dopiero celebryci !!!

Buenos Aires

Fotka w Buenos Aires była jeszcze lepsza i nawet mniej zapłacił. Przynajmniej w gotówie. Na uroczystą kolację oprócz Prezydenty Argentyny przyjechali także prezydenci Urugwaju i Boliwii.
Może się pochwalić, podpisano umowę o współpracy przy budowie kolejnej elektrowni atomowej w Argentynie. Umowa jest dopiero wstępna, żadnych dokładniejszych warunków, zresztą zdaje się, że ostateczna decyzja o budowie jeszcze nie zapadła. Potencjalnie dobre relacje z Argentyna juz wcześniej załatwił Ławrow porównując sprawę Krymu do Malwinów, a zrobił to tak wybitnie, że zarówno UK jak i Argentyna konsekwentnie broniąc swoich stanowisk w sprawie Malwinów musiały uznać nielegalność aneksji. Z takim wybitnym ministrem spraw zagranicznych 2 mld dolarów, które Putin zapłacił za fotkę w postaci nieoprocentowanego kredytu na budowe nowej elektrowni to prawie okazyjna cena.   Zresztą zarówno Kirchner jak też Evo Morales ubierają się naprawdę elegancko i to fajnie mieć z nimi fotkę. Mujica trochę gorzej...
A wracając do porozumienia- jak wyżej pisałem szczegółów jeszcze nie ma, ale wiadomo na co rząd Argentyny się może zgodzić, a na co nie. Np.- chętnie przyjmie 2 mld dolarów, jeśli nie będzie żadnych warunków. Może nawet później je oddać, ale raczej bez odsetek. Tu, gdzie istnieją argentyńskie firmy żadna zagraniczna nie ma wielkich szans na żaden kontrakt. A w dziedzinie energetyki atomowej istnieją. Czyli może chodzić prawdopodobnie o transfer technologii do Argentyny. Podsumowując- Putin za fotke z Kichnerową, Moralesem i Mujicą zapłacił prawdopodobnie przekazaniem planów i technologii wykonania któregoś z nowocześniejszych  rosyjskich reaktorów oraz 2 mld dolarów. Poparcia dyplomatycznego dla Rosji brak. Kontraktów zbrojeniowych brak. Ale przynajmniej w porównaniu do pozostałych sukcesów dyplomatycznych ten kosztował relatywnie mało gotówy. Peronistowskie rządy w Argentynie zawsze bardziej ceniły transfer technologii. Jakkolwiek by nie był negatywny mój stosunek do energetyki atomowej, jak pisałem w Argentynie ma ona jeszcze odrobinę sensu.

Kolejny sukces dyplomatyczny widać na tym zdjęciu:



Ta fotka nie wyszła tak tanio. Kraje BRICS postanowiły założyć wspólny bank do pomocy międzynarodowej, taki odpowiednik IMF. Zrzutka teraz po 10 mld dolarów, po ratyfikacji następne. Siedziba prawdopodobnie w Szanghaju, pierwszy prezes z Brazylii. Najlepsze- kredytowanie tylko tych państw, które pozytywnie przejdą procedurę szacowania ryzyka przez IMF. Co od razu wyklucza dzisiejszą Rosję i wszystkie jej państwa klienckie. W tym układzie bank będzie realizował politykę i wspólne interesy Chin, Brazylii i RPA, czasem z koncesjami na rzecz Indii, a Rosja posłużyła tylko do dostarczenia części kapitału i kupi sobie za to odrobinę prestiżu. I ładną fotkę.

Po drodze jeszcze niespodziewanie wpadł do Nikaragui. Tam przynajmniej Ortega, za dawną pomoc od ZSRR przynajmniej pozwolił sobie za darmo strzelić fotkę. Podobno za darmo. 


Brazylia v. FIFA, czyli mecz na poziomie, druga połowa

Przypomnijmy wydarzenia z pierwszej części meczu.
Jakiś czas temu FIFA w osobie którego ze swoich szefów była uprzejma wystosować do rządu Brazylii żądanie zmiany prawa, aby możliwe byłoby sprzedawania i reklamowanie piwa na stadionach, a także przyspieszenia prac przy stadionach, użył zresztą relatywnie ostrych sformułowań, które po portugalsku zabrzmiały naprawdę źle... Skoro żądanie, to żądanie. Dilma Rouseff zapowiedziała, że nie ma zamiaru się spotykać z nikim z FIFA, ani z brazylijskiej federacji do czasu przeprosin. Po przeprosinach nawet doszło do kompromisu- FIFA zgodziła się sprzedawać ulgowe bilety dla studentów i emerytów, a rząd Brazylii zgodził się nawet znieść restrykcje- znaczy niezupełnie, bo rząd federalny przekazał uprawnienia do zniesienia ograniczeń do rządów stanowych... Powiedzmy, że 2:1, ale wygląda na to, ze reprezentacja Brazylii chce zachować sporo sił na dalsza część meczu. Choć oczywiście FIFA ogłosiła zwycięstwo w rozmowach i jej prezes stwierdził, że nie ma więcej spornych obszarów. Brazylia tego nie komentowała.
Po przerwie właśnie się zaczyna nie mniej emocjonująca, dalsza część meczu.
Drużyna Brazylii ruszyła z mocnym otwarciem. Właśnie wczoraj prokuratura federalna w imieniu rządu pozwała FIFA o zwrot wydatków poniesionych na tymczasowe budynki i struktury, które zostaną rozebrane po turnieju- z uzasadnieniem, że Brazylia jak najbardziej finansuje stałe rzeczy, które będą służyć społeczeństwu, ale za tymczasowe rzeczy na turniej to niech sobie FIFA sama płaci. Trochę głupio wyszło, bo wieść gminna niesie, że przedstawiciele FIFA (i lokalnej federacji) znakomicie żyli z wykonawcami stadionów, tylko rząd trochę marudził, że jakoś drogo wszyscy wykonawcy biorą. W końcu za marudzenia na ten temat się wzięli zwykli ludzie, jak wiadomo trochę podemonstrowali, bo cóż- przeciętny Brazylijczyk dobrze wie, że do gry w piłkę wystarczy kawałek względnie płaskiego terenu, a do oglądania zwycięstw reprezentacji dotychczasowe stadiony się nadawały zupełnie dobrze. A głupio z tym wyszło dlatego, że właśnie za te dodatkowe obiekty rząd za pośrednictwem brazylijskich sądów wysyła rachunek do FIFA. Na głupie 100 mln dolarów. To jeszcze nie jest jakaś straszna kwota na tym poziomie, zwłaszcza, że to dopiero pozew- sprawa się jakiś czas pociągnie. Trochę zabawniej wyszło, że zgodnie z tą samą logiką prokuratura zablokowała wszelkie wydatki inne niż na trwałą infrastrukturę. Czyli cała zabawa z tymczasowymi obiektami, bramki, ochrona i właściwie cała organizacja turnieju ma spaść na FIFA. Bagatela- szacunki mówią o 550 mln dolarów. To już jest zabawne. Kwota wygląda względnie poważnie. Nie dla rządu Brazylii, ale dla FIFA już chyba tak.
Na razie wygląda na 4:1. Ale dopóki piłka w grze wszystko jest możliwe. Ale jedno wydaje się pewne- od teraz FIFA będzie raczej wolec średnie kraje- wystarczająco bogate na zorganizowanie sporej imprezy i wystarczająco słabe, aby za dużo nie podskakiwać.

Wieści z Ameryki

Prezydent Wenezueli, Eduardo Maduro nie dostał zgody na międzylądowanie w USA w trakcie swojego lotu do Chin. W związku z tym stwierdził, że nie leci do USA na otwarcie sesji plenarnej ONZ. Evo Morales zaapelował, aby w ramach solidarności przeciwko kolejnemu złamaniu Konwencji Wiedeńskiej nie leciał żaden z prezydentów z Ameryki Południowej, ale się nie przyjęło.
W Argentynie trwa kampania wyborcza. Czasem nawet zabawna. Co prawda to są tylko wybory do Kongresu (konstytucja jest bardzo podobna do USA)i prawdopodobnie rządzącej koalicji peronistów nie grozi utrata większości, ale zawsze wynik może być niespodzianką- albo przebieg kampanii. Np. kandydat banksterów naczytał się widocznie Clarinu za dużo i uwierzył w swoją popularność, w związku z czym wybrał się do jednej z najbiedniejszych części Gran Buenos Aires, Ciudad Evita. W tej części miast zarówno najbardziej uderzyła bieda czasów neoliberalizmu, jak też w największym stopniu poprawiła się sytuacja pod rządami peronistów. Będąc promowanym przez Clarin, został raczej trafnie skojarzony jako neoliberał i w związku z tym przywitany jajkami oraz kamieniami. Zachowanie z lekka bandyckie, ale po co się pchał do dzielnicy, w której i tak by nie wygrał, i do której nawet mnie się nie zdarza trafiać? Naczytał się gazet i zgłupiał, ot co. Ale gubernator prowincji Buenos Aires (w której to się odbywało, Gran Buenos Aires to jedna aglomeracja, częściowo w stołecznym okręgu autonomicznym- Capital – 3 mln mieszkańców i 10 mln w prowincji) zapowiedział, że nie ma żadnego problemu, policja prowincji jest do dyspozycji i gdyby którykolwiek z kandydatów potrzebował ochrony, wystarczy poprosić. Cóż- bezczelne- bo w domyśle- kandydat potrzebuje ochrony przed wyborcami. Czyli, na szczęście, tutejsza prawica (czyli dość realnie odpowiednik PO) znów zrobiła z siebie pośmiewisko, czy z niej zrobiono, i jest to dobra informacja.
Przy okazji Zgromadzenia Ogólnego ONZ przynajmniej ruszyła się do przodu sprawa porozumienia z Iranem w sprawie dochodzenia w sprawie zamachów na ambasadę Izraela w Buenos Aires i stowarzyszenia żydów w Argentynie w latach 90-tych. Śledztwo nie doprowadziło do prawie niczego, bo jedynie do podejrzeń o współudział kilku Irańczyków, w tym jednego z ministrów obecnego rządu. Iran wszystkiemu zaprzeczał, twierdząc, że poszlaki to fałszywki spreparowane przez CIA/Mossad. Zgodnie z porozumieniem mają się odbywać wspólne przesłuchania świadków przez irańskich i argentyńskich prokuratorów w neutralnym kraju. Znaczy Szwajcaria, Norwegia lub Kuba. Jednakże irański parlament jeszcze nie ratyfikował tego porozumienia i nie śpieszy się za bardzo. Jednocześnie ratyfikowano je w Argentynie przy, co ciekawe, bardzo gwałtownym sprzeciwie wszystkich stowarzyszeń żydowskich.
I następne- firma Buquebus, praktycznie monopolista w połączeniach Argentyna- Urugwaj Włączył do ekspolatacji nowy prom, o zabawnej prędkości 58 węzłów i na gaz ziemny oraz wymienia swoją flotę autobusów w Urugwaju. Całą, 500 sztuk. Na elektryczne. Nie hybrydy, nie trolejbusy, czy coś. Autobusy w całości na baterie. Chińskie BYD e9, pierwsze już dostarczono, reszta w ciągu 2 lat. Co więcej razem z tym zamierza budować stacje ładowania - fotowoltaiczne. Przyznam, że jest to ciekawy obraz jak firma transportowa rezygnuje z użycia ropy (co prawda firma osiąga dość obłędne zyski i konkurencja jest niegroźna, ale...). Swoją drogą, patrząc na parametry tych autobusów, deklasują one wszystko co dotychczas było możliwe- dzięki nowemu typowi baterii i jednocześnie superkondensatorom (nikt tego wcześniej nie połączył). To tak a`propos wyłącznie odtwórczego charakteru chińskiego przemysłu. Zresztą nawet się te autobusy pojawiły na testach w Warszawie, ale idioci i/lub nieuki z komisji przetargowej stwierdziły, że zasięg 250 km na jednym ładowaniu to za mało, bo im potrzeba 350, a czas ładowania to nie było obiecane 3h a 5h. W tym miejscu- …... , przecież to jest pierwszy tego typu sprawnie działający pojazd. 250 km dziennego przebiegu dla miejskiego autobusu to jest ładny wynik. W najgorszym razie może działać na 4-godzinnych zmianach w szczycie. Ale po sprowadzeniu choć kilku egzemplarzy zapewne dość silni polscy producenci autobusów by go skopiowali. Cóż- dołożę moje zdanie- obecne władze Warszawy należy odwołać nie za cokolwiek konkretnego (choć pewnie też), tylko za taką prostą, bezrefleksyjną i bezdenną głupotę na każdym kroku.
Przy okazji- BYD podejrzewa, że władze Sao Paulo kupiły kilka egzemplarzy nie w celu testów, a kopiowania, i pod Sao Paulo jest budowana nowa fabryka kopii tego pojazdu.