Pokazywanie postów oznaczonych etykietą złoto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą złoto. Pokaż wszystkie posty

Kolejne wcielenia Kacapii, czyli historia Rosji w pigułce

Zaczynając historię od początku- ponoć Rosja powstała wokół pradawnego, słowiańskiego  księstwa moskiewskiego, czasowo znajdującego  pod panowanie mongolskim. Ładna historyjka, tylko nie trzyma się kupy. Co najmniej do czasu najazdu mongolskiego tereny późniejszej Moskwy i okolic były zamieszkałe przez ludy ugrofińskie a nie słowiańskie- które to ludy na swoim ówczesnym poziomie rozwoju nie znały i nie zakładały miast.   Brak jest jakichkolwiek dowodów na istnienie Moskwy przed 14 w. To zaś oznacza, że musiała być założona jako jeden z prowincjonalnych ośrodków władzy Złotej Ordy, czyli spadkobiercy imperium mongolskiego. Po prostu jako miasto Mongołów do ściągania haraczy i pilnowania mongolskiego porządku w okolicy. Czyli, aby zrozumieć historie Rosji, musimy się cofnąć własnie do Genghis Khana i okolic. 

Genghis Khan był z jednej strony twórcą sprawnego państwa, znakomitej organizacji wojskowości i sprawnym dowódcą, ale przede wszystkim dyplomatą, a z drugiej strony po prostu okrutnym masowym mordercą, bez żadnego poszanowania dla kultury i cywilizacji. System który stworzył, opierał się co do zasady na kompletnej eksploatacji lokalnych zasobów, bez przejmowania się dalszym losem tych terenów.  To oczywiście dawało fantastyczną efektywność, do czasu kiedy tereny możliwe do podbicia się skończyły. Wtedy cały ustrój oparty na strachu, niepewności jutra, ale bez nadziei na branki i łupy musiał zaczynać gnić. Tak właśnie było z państwem mongolskim i jego następcami.  

W tym momencie historii pojawia się Iwan Groźny, który był właściwym twórcą państwa znanego później jako Rosja. To za jego panowania wschodnia, czy właściwie wywodząca się z imperium Mongołów idea całkowitej władzy  jednoosobowego władcy nad życiem i śmiercią każdego z poddanych została wsparta koncepcją importu fachowców i technologii z rozwiniętych krajów. Była to drobna zmiana, bo imperium mongolskie bardzo aktywnie wykorzystywało obce wynalazki techniczne, zwłaszcza wojskowe, ale w drodze zdobywania naukowców- niewolników. Ta metoda została zastosowana także przez następne wcielenie Kacapii, czyli ZSRR wobec technologii niemieckiej i częściowo japońskiej w 1945. 

Import techników wymuszał dwa inne działania:
Pierwsze to oczywiście jakieś środki na to, czyli eksport. W rzeczywistości najprostszy i jednocześnie dochodowy, czyli rabunkową eksploatację zasobów naturalnych, podporządkowana potrzebom ekspansji.

Drugim koniecznym warunkiem było udawanie normalnego państwa i społeczeństwa, zapewniającego podstawowe bezpieczeństwo życia i mienia- bez tego żaden fachowiec się nie pojawi. 

 Dla realizacji pierwszego celu Iwan Groźny uzyskał najpierw dostęp do Morza Białego, następnie próbował wywalczyć dostęp do Bałtyku, ale został powstrzymany i założył Archangielsk, będący pierwszym portem państwa moskiewskiego. 

Realizacja drugiego celu była bardziej skomplikowana, choć w czasach Iwana Groźnego jeszcze nie stanowiła problemu. To były czasy wojen religijnych w Europie, więc wystarczyło ogłosić się wrogiem katolicyzmu, aby w sporej części Zachodu być poważanym i uważanym za część europejskiej wspólnoty. A to dawało dostęp do technologii odlewania armat i ich obsługi....    

Do perfekcji mimikra doszła w czasach Katarzyny II. Kasa w tym miała oczywiście niemały udział, a pamflety o oświeconości, nowoczesności i postępie Rosji czuć do dziś. Zwłaszcza w dawnym zaborze rosyjskim- w końcu rozbiory były dokonane dokładanie pod osłoną dokładnie takiej propagandy. 

Można tak dalej ciągnąć przez historię Rosji, ZSRR i znów Rosji, ale najprościej podsumować- nic się nie zmieniło. Przez uwielbiane przez intelektualistów na całym świecie postępowe państwo Lenina, gdzie pozytywna opinia umożliwiła zakup technologii- to już przez Stalina, który to sfinansował rabunkową gospodarka i ludobójstwem. Wsi ukraińskiej i każdego pechowca w kopalniach złota Magadanu. Breżniewa kupowanie za kasę z ropy zachodnich intelektualistów i komputerów. 

Putin idzie dokładnie tą sama drogą. Nie może zresztą inną- ten sposób myślenia i działania całego państwa jest hard- coded i dopóki to państwo w swoich kolejnych wcieleniach będzie istnieć, będzie działać dokładnie tak samo. 

Jedyna chyba próba zmiany tego- to były rządy premiera Stołypina. Próba wprowadzenia zasad wolności i własności według zachodnich wzorców i ogólnie tworzenia normalnego państwa. Skończyło się tragicznie, jak wiadomo. Wszystko wróciło do normy, a kraj wpół kroku pomiędzy szalonym obozowiskiem dzikusów i cywilizacją załamał się błyskawicznie w czasie I w.ś. 

Obecnie mamy dokładnie to co zawsze -kontrakt gazowy i bloger Azrael z moskiewską kasą. Zakupy broni za rabunkowo eksploatowane surowce. Strojenie się w szaty obrońcy cywilizacji, kultury, chrześcijaństwa, zdrowej rodziny, awangardy walki z terroryzmem i Bóg tylko wie czego jeszcze. W rzeczywistości, jeśli się dokładnie przyjrzeć, każda z tych rzeczy jest tak bezczelnym kłamstwem, że normalny człowiek Zachodu nie jest w stanie uwierzyć w taki poziom fałszerstwa rzeczywistości i doszukuje się ziarenka prawdy. Tak jak tego ziarenka nie było w antykatolickiej nowoczesności Iwana Groźnego, budowaniu nowoczesnego państwa na wzór zachodni przez Piotra I, oświeconych rządach Katarzyny II czy postępowemu światu Lenina, tak i nie ma go w dzisiejszych bajkach Putina. 

Naprawdę nie warto rozbierać całości tych bajek dla naiwnych- stad tylko dwa przykłady:

Piękna i postępowa sprawa podatku dochodowego 13%. Wszystko fajnie, ale ale rosyjskie regulacje stanowią, że wysokość podatku jest określana przez władze federalne, a w wypadku republik związkowych trafia do ich budżetu 99% dochodów z tego podatku i znacznie mniejsze części z pozostałych. W skrócie- ta obniżka podatku miała na celu wyłącznie uderzenie w dochody republik związkowych, czyli tych części Rosji, które są zamieszkałe w istotnej części lub większości przez narodowości inne niż Rosjanie. Oprócz ogarniętych konfliktami terenów Czeczenii i Dagestanu chodzi o m.in. Tatarstan, Baszkirię i Jakucję. Łatwo przejść do kolejnego mitu- prorodzinnej polityki i gospodarki. Śmiech ogarnia, bo dokładnie te same tereny cechują się wyraźnie dodatnim przyrostem naturalnym. Nie dotyczy to Rosjan tam zamieszkałych. Czyli polityka rzekomo nacjonalistycznego państw rosyjskiego nie prowadzi do przyrostu liczby Rosjan. Wśród etnicznych Rosjan prawdopodobnie (nie znam statystyk z rozdziałem na narodowość i/lub religię) liczba aborcji jest wyższa niż żywych urodzeń. 

Kolejnym punktem propagandy jest podkreślanie dodatniego przyrostu naturalnego na skale państwa. Kolejna półprawda. Dodatni przyrost jest, ale nie jest spowodowany wzrostem dzietności (ona jest nadal wśród Rosjan dobrze poniżej 1,5), a spadkiem śmiertelności. Niby tez dobrze, tylko należy wziąć pod uwagę, że po prostu w naturalny sposób minęła fala śmiertelności wywołanej upadkiem ZSRR i pochodnymi od tego: beznadzieją alkoholizmem, narkomanią i upadkiem publicznej opieki zdrowotnej. Krótko mówiąc kto w wieku 30,40, 50 lat miał się zapić na śmierć, już to zrobił, reszta pożyje do 70-tki.  

Nieco też dało trochę czystsze środowisko- czego główna przyczyną były zwyczajne bankructwa najbardziej śmierdzącego przemysłu, bo taki zazwyczaj łączył się też z najgorszą wydajnością- lepsze technologie produkują zazwyczaj mniej odpadów, zużywają mniej energii i są bardziej opłacalne. 

Następnym źródłem ratowania demografii Rosji jest dość duża imigracja. Rosjanie są bardzo niemiło widziany w sąsiednich krajach i mniej lub bardziej zachęcani do emigracji. Zresztą w sporym stopniu to się dzieje także poza wielkimi miastami, w Rosji, na terenach gdzie są mniejszości narodowe. Stamtąd Rosjanie wyjeżdżają najszybciej. Do miasteczek, dalej do większych miast, potem do Moskwy. 

Z pozostałymi kawałkami propagandy jest podobnie. Kasa z ropy i gazu na kupowanie Azraelów tego świata i jak zwykle broni z Niemiec. Reszta kraju nikogo nie obchodzi.  

Z tej perspektywy nagle cała Rosja wygląda zrozumiale. To jest po prostu kontynuacja ludobójczego imperium mongolskiego.  Nie żaden trzeci Rzym tylko druga Mongolia.  Z całą sympatią do obecnej Mongolii- kraju który dziś nie może stanowić dla nikogo zagrożenia i nie mam nic przeciwko temu, że lotnisko w Ulan Bator nosi imię Genghis Khana- w końcu był ojcem ich narodu. 

Tak samo lotnisko w Moskwie mogą sobie nazwać imieniem Józefa Stalina, ale reszta świata nie musi czcić ani tego, ani innych bandziorów czy ich przydupasów. 

Teraz optymistyczne informacje- w kacapskim ustroju polityczno- społecznym nie ma żadnej możliwości utworzenia normalnej gospodarki przemysłowo - usługowej, stąd musi się opierać na eksploatacji zasobów naturalnych i militarnym rabunku sąsiadów.  

Dobrze wiedzą to Finowie, całkiem dobrze ludy bałtyckie- Estończycy najbardziej, także pozostałe narodowości republik radzieckich. Coraz szybciej uświadamiają to sobie zwarte obszarem mniejszości narodowe w Rosji- nie tylko Czeczeni i inne narody północnego Kaukazu, ale także Tatarzy nadwołżańscy (którzy wola być nazywani Bułgarami, twierdząc, że to rosyjska propaganda ich nazwała Tatarami próbując utożsamiać z Mongołami), Baszkirowie, czy Jakuci. 

To te własnie narodowości znają Rosjan i Rosję najlepiej. Co ciekawe- własnie te narodowości były przeciwne rozwiązaniu Związku Radzieckiego, uznając, że w wielonarodowym państwie w którym Rosjanie stanowią około połowy da się żyć znacznie łatwiej niż w takim w którym jest ich 80%. Przyszłość pokazała, że mieli sporo racji, zwłaszcza Czeczeni. Przy najbliższej okazji z wielka ulgą się z wspólnego interesu z Rosjanami wypiszą. A najzabawniejsze są znów surowce i okolice. Lwia część jeszcze działającego rosyjskiego przemysłu jest skoncentrowana w Tatarstanie, Baszkirii oraz ich bliskich okolicach, w tym w pasku terenu rozdzielającym te dwie republiki od najbliższej zewnętrznej granicy, czyli językowo i kulturowo bliskiego Kazachstanu. Wydobywa się albo przechodzi przez Tatarstan olbrzymia większość rosyjskiej ropy.  

W Dagestanie są dość dobre złoża ropy, ale nie są eksploatowane, bo Moskwa boi się o zwiększanie separatyzmu tej republiki. Dodać do tego należy rurociąg do Azerbejdżanu, obecnie nieużywany, bo Azerowie wybudowali nowy do eksportu przez Gruzję do Turcji, zamiast przez Rosję. W wypadku eksploatacji złóż w Dagestanie wystarczy pompować w drugą stronę i eksport bez pośrednictwa Rosji załatwiony.

Jakucja to jest 3 mln km2. Obszar większy niż Argentyna, trochę mniejszy niż Indie. Dotychczas traktowany jak kolonia, od upadku ZSRR lokalna ludność coraz bardziej zagospodarowuje kraj, ale nadal nie ma z niego zbyt wielkich profitów. Np. zyski największej na świecie kopalni diamentów wędrują w większej części do Moskwy. Z samej tej jednej kopalni poziom życia w niepodległej Jakucji zbliżałby się do Kuwejtu, a w tej chwili chyba nie ma tam ani jednej całorocznej drogi... 

Jak Rosjanie przyjmują ideę dziadowania w imię imperium dość bezkrytycznie, tak najbardziej Tatarzy (Bułgarzy) i Baszkirowie całe to imperium by najchętniej posłali w cholerę i jeszcze w tym pomogą. I już pomagają. Tam gdzie nie zależy to od Moskwy, Rosjanin nie zostanie zatrudniony na państwowym etacie, ani nie awansuje wyżej wyrobnika.

A w kolejce stoi jeszcze 14 republik. W innych sytuacja jest mniej wyraźna, ale podobna. W niektórych krajach (mniej autonomiczny niż republika twór administracyjny Rosji) sytuacja też stopniowo się do takiej zbliża. Wszędzie schemat jest podobny- bezdzietność i emigracja Rosjan, zagospodarowanie przestrzeni przez dotychczas marginalizowanych autochtonów.

Co prawda- Kacapia opiera się na podboju ale jedna rzecz jest jego warunkiem- dobre i lojalne, wyszkolone i wyposażone wojska. Masowe mięso armatnie lub elitarna armia, ale musi być dobra. Dopóki Rosja jest kacapsko- nacjonalistyczna, armia może składać się tylko z Rosjan, reszta do pomocniczych prac. Jeśli stanie się wielonarodowa, musi tylko przekonać pozostałe narodowości do idei Kacapii- co wydaje się niemożliwe.

Konkludując- w republikach związkowych rośnie pokolenie, które ma poczucie tożsamości narodowej, widzi, że samemu się rządząc wychodzi to lepiej niż Rosjanom. Rosję kojarzy tylko z wyzyskiem i drenażem zasobów.  Nie pamięta budzącej strach u wrogów Armii Radzieckiej, ani przerażającego w kraju KGB. Kiedy osłabiona Moskwa spróbuje przykręcić śrubę przy nie najlepszej sytuacji gospodarczej- jak może być reakcja?       

Egipt- poligon doświadczalny

Świat, a przynajmniej ta jego część, która wie gdzie leży Egipt nieco się interesuje obecną sytuacją tamże. Od strony niedawnego zamachu stanu i rozważań, która strona jest narodowa, a która banksterska nic się tam co prawda nie zmieni i zmienić nie może. Ale obserwacja w miarę dokładnie rozwoju wydarzeń jest interesująca- Egipt to w pigułce i do kwadratu zestaw problemów, które czekają świat niedługo. Posiada także dość oczywiste możliwości wyjścia z tych problemów- które, uprzedzając dalszą część- są raczej mrzonką i wszyscy miejmy nadzieję, że się mylę.
Zaczynając od opisu sytuacji- Na jednego mieszkańca Egiptu przypada 150 m2 ziemi uprawnej. Pomimo legendarnej urodzajności tej ziemi i 2-3 zbiorów rocznie, jest to powierzchnia absolutnie niewystarczająca do samowystarczalności. Tą samowystarczalność można szacować biorąc pod uwagę, że od czasów rzymskich do czasów nowoczesnych populacja Egiptu była w miarę stabilna i wynosiła w granicach 4-7 mln. To można przyjąć jako granicę możliwości wyżywienia populacji Doliny Nilu. Pod koniec XIX w. zaczęło się to zmieniać- rozpoczął się import taniej pszenicy z Rosji, USA i Argentyny a rozwijał eksport bawełny- bawełna jako towar eksportowy straciła sens po 2 w.ś., kiedy dotychczasowe, bardzo pracochłonne metody uprawy zostały wyparte przez uprawy chemiczno- zmechanizowane.
Kolejną znaczą zmianą była tama w Asuanie, która zakończyła dotychczasowy cykl corocznych wylewów Nilu, co umożliwiło 2-3 krotne zbiory w ciągu roku, ale jednocześnie spowodowało konieczność używania znaczących ilości nawozów sztucznych. Dopóki te nawozy razem z ropą i żywność były w miarę tanie- nie stanowiło to takiego wielkiego problemu. Szacuję, że tama w Asuanie razem z chemią rolniczą zwiększyła możliwość produkcji żywności 5-10 krotnie. Problem polega na tym, że populacja Egiptu wynosi obecnie ok 85 mln mieszkańców. Kraj jest beznadziejnie uzależniony od importu żywności- importuje ok 40% żywności, w tym 60% spożywanej pszenicy (co by mniej- więcej potwierdzało wcześniejszy szacunek o możliwości utrzymania populacji).
Do przełomu 20 i 21 w. dochody z turystyki, Kanału Sueskiego, eksportu ropy i coroczna dotacja wojskowa z USA pozwalały całkiem sprawnie związać koniec z końcem. Relatywny dobrobyt doprowadził do gwałtownego wzrostu populacji, dochody z eksportu ropy się skończyły (bo złoża się wyczerpują i eksport się skończył), drastyczny wzrost cen żywności akurat skorelowany z lokalnym peak oil spowodował faktyczne przewrócenie się budżetu, od dobrych kilku lat utrzymywanego na powierzchni wyłącznie solidnym deficytem. Rozdawnictwo chleba pomaga jako-tako utrzymać najbiedniejsze warstwy społeczeństwa w spokoju, ale wszystko razem spowodowało inny problem- w ledwo trzymającej się powierzchni gospodarce niezaspokojone aspiracje „młodych, wykształconych, z wielkich miast” spowodowały bunt tychże. Niezależnie od udziału lub jego braku wywiadów obcych i spisków własnych- skądś się te kolejne tłumy obalające władzę biorą. I brać się nadal będą- bo wydobycie ropy spada i nic nie wskazuje na żadną szansę zmiany tej sytuacji- co oznacza tylko i wyłącznie hamowanie gospodarki. W permanentnie niestabilnym kraju o turystyce na masową skalę niedługo będzie można zapomnieć, a Kanał, choć ma się dobrze (no, prawie- wskutek recesji w Europie ilość ładunków także musi spadać) i tak nie wystarczy, nawet gdyby całość dochodów przeznaczyć na import tylko pszenicy. Reszta to drobny przemysł, nie mający szans na znaczące dochody eksportowe- zwłaszcza, że w końcu problemy z paliwami kopalnymi będą wkrótce (czy może już) oznaczać także problemy z energią elektryczną, a w tych warunkach nic nie może na większą skalę działać. Obecnie budżet funkcjonuje na Saudyjsko- amerykańskiej kroplówce i bez zmiany paradygmatu nic się nie zmieni- znaczy w miarę dalszego spadku wydobycia krajowych paliw, wzrostów cen żywności i wzrostu populacji- tylko na gorsze. Rozwiązaniem w tym wypadku mógłby wyłącznie być rząd który doprowadzi do jakiejś, znaczącej redukcji populacji (tu oczywiście trafne będą skojarzenia z najobrzydliwszymi rzeźniami 20 w.). Brutalnie mówiąc- czy będzie to rzeź o charakterze cywilnym, czy wojskowym- tego nie przewidzimy. Jeśli nie- to zwyczajny rozpad społeczeństwa.
Zasadniczym problemem jest zrównoważenie bilansu handlowego- czy przez wzrost eksportu (czego kosztem obniżenia poziomu życia praktycznie nie da się zrobić- bo spora część populacji i tak jest na granicy biologicznego przeżycia), albo zmniejszenie importu. Oczywiście takie drobiazgi jak elektronika konsumpcyjna czy samochody to stosunkowo łatwa sprawa- dewaluacja (która trwa) i z głowy- ale jak podkreślałem tu kilkukrotnie najważniejszym problemem jest import podstawowej i najtańszej żywności. Czyli po prostu gwałtowne i wszelkimi możliwymi sposobami dążenie do samowystarczalności żywnościowej. Teoretycznie, w wypadku Egiptu to jest możliwe. Problemem nie jest ani powierzchnia, ani temperatury a woda- której praktycznie jednym dostawcą jest Nil. Szczegółów polityki rolnej tam nie znam, ale bez trudu można sobie wyobrazić taki zestaw działań, który doprowadzi do maksymalizacji produkcji rolnej, przy jednoczesnej minimalizacji zużycia wody- aż do poziomu, kiedy Nil nie będzie dopływać do morza. Obecnie sytuacja nie jest od tego tak bardzo odległa- więc tych rezerw nie pozostało za wiele. Dalszym krokiem musi być zazielenienie pustyni odsalaną wodą. To przy obecnie istniejącej technologii jest jak najbardziej możliwe- tylko.... wymaga olbrzymich ilości energii, której Egipt nie ma, a to co jest będzie musiał w coraz większym stopniu eksportować, aby związać koniec z końcem. Jedynym wyjściem wydaje się odsalanie za pomocą energii słonecznej- co jak najbardziej jest możliwe- tylko wymaga właśnie olbrzymich nakładów inwestycyjnych. Czyli w praktyce połączenia wysiłków i organizacji państwa z możliwie dużymi inwestycjami prywatnymi (w końcu można coś takiego zrobić na niewielką skalę). Tylko to dla odmiany wymaga stabilności- po jaką cholerę inwestować olbrzymie pieniądze w niewielką działeczkę rolniczą w niestabilnym kraju? Lepiej kupić dolary czy złoto i schować pod poduszkę. Aby taka próba (niekoniecznie udana...) w ogóle mogła być możliwa potrzebny jest rząd mający wystarczające zaufanie społeczeństwa i który jakimś cudem przetrwa pierwsze kilka lat, zanim taka polityka zacznie przynosić jakiekolwiek widoczne efekty. Do tego potrzeba zupełnie innego nastawienia społeczeństwa niż robienie rewolucji co roku i głęboki jego podział. Z takiego szamba mogłaby wyjść część społeczeństw północnej Europy (ze Szwajcarią na czele), ale Egipt- nie sądzę. Dlatego mamy okazję obserwować w zwolnionym tempie poligon doświadczalny zawału cywilizacji. Zapewne w następnej rundzie (a może już) wobec problemów lokalnych rolników z zakupem nawozów lokalna produkcja żywności jeszcze spadnie, po kolejnej rundzie greckiego kryzysu Egipt przestanie być już tak bardzo konkurencyjny cenowo w turystyce i będzie po herbacie- bo na spadek cen żywności na światowych rynkach raczej bym nie liczył- w końcu paliwo i nawozy kosztują i mniej kosztować nie będą. A na koniec będzie pytanie- co z tamą w Asuanie. W rozpadającym się państwie nie będzie sił, ani środków aby to utrzymać. I w końcu sie rozpadnie. A za kilkaset lat ktoś odkopie Kair....
I swoją droga ten wpis dedykuję też wszystkim, którzy uważają, że peak oil to coś jak upadek asteroidu- wielkie buuum i nowa rzeczywistość. No nie bardzo. Wiele lat kryzysu i syfu, a potem jeszcze gorzej. Więc chrupki w ręce i przed telewizory oglądać katastrofę....  

Trudna przeszłość

Widzę na każdym kroku wiele analogii pomiędzy Polską a Argentyną. Istotna część podobieństw, jak mi się wydaje wynika z dość zbliżonej wielkości populacji obydwu tych krajów. Zwyczajnie oba te kraje są wystarczają duże, aby mieć pewne ambicje bycia regionalnym mocarstwem- przez co mogą nieco psuć plany mocarstwom globalnym, a jednocześnie za małe, aby tym globalnym mocarstwom się skutecznie oprzeć. Duma narodowa jednocześnie nie pozwala na bierne uznanie podległości przez społeczeństwo- i tak jak Polacy słynęli ze swej „miłości” do Związku Radzieckiego, takie też nastawienie mają nadal Argentyńczycy do USA (mają nadal, bo USA jeszcze istnieje).
Dla zrozumienia skąd to się wzięło, dzisiejszej Argentyny i, w dużej części, także dzisiejszego świata i kryzysu, trzeba trochę się wrócić do historii.
Otóż w 1943 r. wypływa na szerokie wody Juan Peron, będąc jednym z autorów zamachu stanu, w 1945 roku staje się przywódcą rządzącej junty wojskowej, a w 1946 wygrywa (jak najbardziej uczciwe) wybory prezydenckie. Pewien udział w tym zwycięstwie miał ówczesny ambasador USA w Argentynie, który otwarcie włączył się do kampanii po stronie jego przeciwnika- dla Argentyńczyków to już było za dużo. Wcześniej już też miał spore problemy z administracją USA- do oskarżeń o nazizm włącznie (coś jak dziś o wspieranie terroryzmu i posiadanie broni masowego rażenia- dość niebezpieczne), więc czujnie przyłączył się do II w.ś. po stronie aliantów . Dla zyskania przyjaźni USA to i tak nie wystarczyło.
Generalnie- miał czym się narazić USA. Otóż pozostając przy temacie- drobna dygresja- pod koniec II w.ś. zarówno sowieci, jak też amerykanie starali się wyłapać jak najwięcej niemieckich naukowców i zdobyć planów- zwłaszcza tam, gdzie niemiecka nauka miała największą przewagę- w technologiach silników odrzutowych i rakietowych, konstrukcjach rakiet i samolotów (oczywiście następnie naukowcy nie mogli zbyt łatwo opuścić swoich nowych „ojczyzn”, lecz życie mieli zapewnione relatywnie dobre). Szczęściarze, którzy nie dali się złapać- byli mocno namawiani do osiedlenia się w Argentynie. Całkiem wielu skorzystało z bardzo hojnych propozycji, zresztą nie tylko Niemców, ale też np. Polaków, którzy nie mieli co ze sobą zrobić po wojnie.
W ten sposób, w latach 1946-53 stworzono prawie od zera przemysł lotniczy (trzeci na świecie myśliwiec odrzutowy II generacji- zaraz po ZSRR i USA!), rozpoczęto program kosmiczny (właśnie tak!!) i parę innych drobiazgów z okolic najnowocześniejszych ówczesnych technologii, choć oczywiście była to tylko część ogólnej industrializacji kraju- główną linią polityki był import technologii i możliwość jej dalszego rozwoju w kraju.
Oczywiście to się nie mogło podobać pewnemu mocarstwu z północnej Ameryki. Najpierw, jako jeden z warunków pomocy Europie w ramach Planu Marshala, USA zabroniły z tych srodków kupować jakiekolwiek produkty argentyńskie. Jako, że Europa aż do końca XX w. stanowiła główny rynek eksportowy dla Argentyny, było to bardzo mocne uderzenie ekonomiczne w podstawy argentyńskiej gospodarki. Peron, jako całkiem sprawny polityk, potrafił znaleźć wyjście nawet z takiej sytuacji- podpisał umowę handlową z ZSRR i eksport argentyńskiego zboża mógł znów iść pełną parą. Ale tym razem USA mogły go nazywać już nie tylko nazistą, ale też komunistą. Kolejne wygrane przez Perona wybory przebrały miarkę- jedakże dało się coś zrobić- w 1953 nastąpił wojskowy zamach stanu, co do którego nikt nie miał wątpliwości co do „sił sprawczych”. O poziomie desperacji zamachowców świadczyć może jego przebieg- po rozpoczęciu buntu armii, kiedy sytacja jeszcze nie była zdecydowana, ani w jedną, ani w drugą stronę, przed pałacem prezydenckim zebrał się tłum poparcia dla prezydenta. Jednostki lądowe w stolicy pozostały lojalne wobec rządu (czy junta z jakichś innych powodów nie mogła ich użyć), więc użyto samolotów i po prostu zbombardowano tłum. Ponad 300 ofiar śmiertelnych i około 2 tys. rannych. Peron ustąpił i schronił się w ambasadzie Paragwaju, którego władze następnie pomogły mu opuścić Argentynę.
Nowy rząd wojskowy natychmiast wstrzymał program rozwoju przemysłu opartego na krajowej technologii- w szczególności odrzutowy myśliwiec powędrował do muzeum, przystąpiono do IMF i Banku Światowego i rozpoczęły zaciąganie pożyczek.
Wbrew pozorom, nastawienia ulicy w ten sposób nie kupili- wojskowi ogłosili wybory do konstytuanty, Peron zza granicy zaapelował o oddawanie nieważnych głosów. Głosów nieważnych oddano najwięcej. Za to wybrani deputowani zachowali się jeszcze zabawniej- większość po prostu się nie pojawiała i nie udało się nigdy zebrać quorum dla ważności obrad. Kolejnym drobiazgiem działalności junty było dokładne skłócenie się z większością sąsiadów.
Wiele lat minęło, Peron wrócił do Argentyny, z łatwością wygrał wybory i całkiem sprawnie przeprowadził kraj przez pierwszy kryzys naftowy, jednakże zwyczajnie zmarł w trakcie kolejnej kadencji, władzę przejęła wdowa po nim, dotychczasowa wiceprezydent. I nastąpił kolejny wojskowy zamach stanu- dokładnie powtórka z rozrywki, choć tym razem wiadomo dość oficjalnie, że wszyscy przywódcy junty byli szkoleni przez CIA. Rozpoczęła się znów polityka zadłużania, deindustrializacji i skłócania z sąsiadami- włącznie z odwołaną na kilka godzin przed rozpoczęciem agresją na Chile w 79 i późniejsza, równie głupią, wojną z Wielką Brytanią. I to wszystko w wykonaniu jednej z najkrwawszych dyktatur w Ameryce Południowej.
Czy ktoś jeszcze może mieć wątpliwości jak postrzegany jest tutaj rząd USA? I przyznam, że w miarę jak doceniam Argentynę i życie tutaj, zaczynam też kibicować kolejnym etapom upadku USA. Stany Zjednoczone zresztą w błyskawicznym tempie tracą wpływy w tej części świata i, na szczęście, wygląda na to, że bezpowrotnie.
Dla przykładu- krok po kroku dolary USA znikają z poszczególnych segmentów gospodarki Argentyny. Zadłużenia zagranicznego praktycznie nie ma, większość handlu zagranicznego się odbywa z pominięciem dolara (umowy swap z Brazylią i Chinami), a obecnie wprowadzono dość drastyczne utrudnienia w nabywaniu i transferze przez granicę dolarów (które mi osobiście trochę, naprawdę nieznacznie, utrudniły życie- ale jako politykę państwową popieram w całości).
Więc polityka peronizmu (tak nawet oficjalnie określa swoją ideologię partia rządząca) odniosła zwycięstwo zza grobu.
A o prawdziwym obecnym układzie sił politycznych i gospodarczych świadczą 3 tegoroczne zdarzenia:
Z początkiem tego roku La Presidenta odtajniła dokumenty Batalionu 601. Była to jednostka wywiadu, odpowiedzialna za tortury i morderstwa w trakcie dyktatury wojskowej, w całości stworzona i wyszkolona przez CIA. Dokumentacja jest już u sędziego śledczego i zapewne sprawa się zakończy licznymi wieloletnimi wyrokami. Delikatnie mówiąc to nie wpłynie na poprawę stosunków.
Po drugie- komu na niej zależy to zależy- to Obama na ostatnim szczycie G20 prosił La Presidentę o audencję, w trakcie której chciał zapewne wspadrcia w utrzymaniu systemu bankowego i dolara jako waluty rezerwowej. Zaraz po jej powrocie ze szczytu rząd wprowadził drastyczne ograniczenia w możliwości zakupu i transferu dolarów.
Ale to i tak nie ma znaczenia- rząd amerykański nie ma nie tylko pieniędzy ale także niektórych potrzebnych mu technologii- np. potrzebuje czasem wysłać na orbitę jakiegoś satelitę i po wycofaniu promów kosmicznych nie bardzo ma czym. A tak się składa, że rozpoczęty przez Perona program kosmiczny ma się zupełnie dobrze i ostatnio w lipcu, z argentyńskiego kosmodromu, rakietą zaprojektowaną i zbudowaną w Argentynie wysłano na orbitę satelitę USA.
A ludzie tutaj zapewne za niezbyt długi czas zrezygnują z dolarów- samochody się już sprzedaje za peso, a oszczędności ludzie zaczynają odkładać w złocie. Już tylko nieruchomości są wyceniane w dolarach.

I kto tu jest gospodarczą potęgą?

W miarę wiadomo, że jednym z głównych towarów eksportowych USA (obok demokracji przenoszonej rakietami, ma się rozumieć) jest inflacja. Otóż znalazłem ciekawy obrazek pokazujący wielkość części tego zjawiska:

Obrazek stąd
Co jest tu interesujące i dlaczego? Otóż rzuca się w oczy nieproporcjonalnie wielka liczba banknotów 100$ w obiegu (50$ też to częściowo dotyczy). I teraz najciekawsze- otóż w obiegu gotówkowym w USA praktycznie nie ma banknotów większych niż 20$. Po prostu wszystkie bankomaty wydają takowe jako najwyższy nominał. 50 i 100$ można jak najbardziej, otrzymać w banku w czasie wypłaty gotówki, ale i tak należy wcześniej zawiadomić bank o zamiarze wypłaty- więc są to naprawdę sporadyczne wypadki. Tych banknotów po prostu nie ma w obiegu. Do tego stopnia, że sam jak płaciłem gdzieś studolarówką, to była ona dokładnie oglądana przez sprzedawcę (czy częściej barmana..., hehe). Czyli można śmiało przyjąć, że prawie cała ta kwota- czyli prawie 700 mld (po naszemu) dolarów są to pieniądze, które krążą poza USA. A gdzie są? W skarpetach ciułaczy całego świata i obrocie w miejscach gdzie nie ufa się lokalnym bankom i walucie. W sejfach handlarzy narkotyków i przemytników.
Tylko ta sytuacja potrwa tak długo, jak długo dolar będzie się do tych celów nadawał. Kiedy przeciętny argentyński ciułacz (a tylko ten jeden kraj szacuje się na 50 mld dolarów w skarpetach!!!) zorientuje się, że dolara też pożera inflacja to bez żadnych sentymentów przerzuci się na coś innego- najprawdopodobniej oczywiście metale szlachetne.
Oczywiście to wszystko to jest tylko fizycznie wydrukowana gotówka i relatywnie niewielkie kwoty w porównaniu do sald bankowych, ale jest to i tak jakaś kwota. A problem będzie polegał na tym, że jak Argentyńczycy zaczną wyceniać nieruchomości w srebrze (nazwa kraju w końcu zobowiązuje...) to cały ten stos zielonej makulatury wróci do USA w bardzo krótkim czasie. To samo oczywiście zrobią meksykańskie kartele narkotykowe i mieszkańcy wszystkich innych miejsc na świecie, gdzie walutą de facto jest dolar- jak Zimbabwe, Somalia czy dla większych transakcji Rosja i Ukraina. I jestem przekonany, że jak się zacznie- to sprawa się rozstrzygnie w bardzo krótkim czasie- najwyżej miesięcy, a może nawet dni. Pierwsze drobne sygnały już widać- wbrew dotychczasowej całkowitej dominacji dolara przy nabywaniu nieruchomości w Argentynie, pojawiają się ogłoszenia z ceną podaną w peso argentyńskich. To oczywiście też jest na dłuższą metę pozbawione sensu, przy tamtejszej (uzasadnionej) wierze w stabilność waluty i w końcu rozwiązanie się znajdzie- właśnie metale i to będzie jeden z poważnych gwoździ do trumny dolara. Co prawda akurat ten scenariusz może nam tak szybko nie grozić, bo tak się składa, że udziałowcem największej grupy medialnej w Argentynie jest Goldman Sachs...   

Standard złota

Święty Graal libertarian. I jak w każdej rzeczy owianej legendą, fikcja zaczyna mieszać się z historią. Odnoszę wrażenie, że pod tym określeniem rozumie się jakieś połączenie zupełnie różnych rzeczy. System monetarny, w którym złoto było jedynym środkiem płatniczym, właściwie nigdy i nigdzie nie istniał. Najbliżej tego była Wielka Brytania w XVIII i XIX w., a jako ogólnoświatowy system w latach 1873- 1914, a spowodowane to było właściwie wyłącznie przez błędne zadekretowanie relacji pomiędzy złotem a srebrem. W wypadku Wielkiej Brytanii spowodowało to ucieczkę srebra i napływ złota do kraju- co za tym idzie demonetyzację srebra (bo go zwyczajnie w kraju nie było), a rok 1873 i demonetyzacja srebra w USA, Niemczech, Francji, Belgii, Szwajcarii i Włoszech spowodowane było zalaniem rynku przez właśnie wydobyte srebro z Nevady- i też niemożnością ustalenia urzędowej relacji pomiędzy złotem a srebrem.
Więc mówiąc o złotych pieniądzach- mamy na myśli zazwyczaj ten okres- ale to już była mocno regulowana przez państwo anomalia!

Zaczynając więc od początku- początek złota i srebra jako pieniędzy ginie gdzieś w mrokach dziejów. Oczywiście obydwa te metale mają właściwości znakomicie predestynujące je do roli środka wymiany i tezauryzacji- ale zawsze to srebro było ważniejszym środkiem obiegu pieniądza. I tak to sobie funkcjonowało, dość szybko też zaczęto produkować jednostki o standardowej wadze i wymiarach- certyfikowane prywatnie lub przez władzę. Władza szybko zmonopolizowała tą możliwość- przy czym, zwłaszcza w deflacyjnych okresach- kiedy pieniądz znikał z obiegu, dokonywała wymian pieniędzy na nowe, oczywiście zawierające mniej kruszcu. Tak to się toczyło przez tysiące lat- aż drobnym wyłomem stały się pierwsze domy bankowe- w okresie wypraw krzyżowych- gdzie oprócz pieniądza w kruszcu, w obiegu pojawiły się zobowiązania bankierów do wypłaty określonych kwot (czyli określonej ilości złota lub srebra). Skala takiej prywatnej bankowości rosła nieprzerwanie (acz z regularnymi załamaniami) przez następne stulecia, a po drodze wprowadzono wynalazek standardowej noty bankowej- która zaczęła funkcjonować samodzielnie w obiegu. Oczywiście wzrost ilości pieniądza w obiegu spowodował spadek jego wartości i wymuszał wyciąganie złota i srebra ze skrytek i pogoń za zyskiem- aby tylko zachować realną wartość pieniądza. A cały czas jeszcze działamy tylko w złocie i srebrze. Na początku XVIII w. rządy zauważyły, że drukowanie pieniądza to świetny interes i oczywiście rozpoczęły monopolizowanie tegoż. We Francji niejaki John Law oderwał papierowy pieniądz od kruszców, oparł go na zyskach z kolonii i spowodował gigantyczną bańkę spekulacyjną, która zniszczyła większość spekulacyjnego kapitału- którego później mocno brakowało dla rozwoju przemysłu i gospodarki- a także na zaciąganie długów państwowych, co spowodowało wyższe koszty obsługi długu i w konsekwencji rewolucję.

Anglia (a później Wielka Brytania) poszła inną drogą- najpierw prawo do druku prywatnych banknotów koncesjonowano- a później nie przedłużano tych koncesji i w ten sposób Bank Anglii stał się praktycznym monopolistą- formalnym nie jest do dziś- ale banknoty drukowane przez prywatne banki w Szkocji, Irlandii Północnej, itd. muszą mieć pełne pokrycie w banknotach BoE.

Więc monopolizacja odbywała się stopniowo a banknoty funkcjonowały w obiegu równolegle z kruszcem. Tyle, że wskutek próby wprowadzenia bimetalizmu ze sztywnym kursem złota do srebra- wartość srebrnych monet została zaniżona w stosunku do złota i wartości kruszcowej monet i srebro praktycznie zniknęło z obiegu- wywiezione za granicę i przetopione. Tak- wskutek interwencji rządowej, narodził się standard złota. Zresztą w owym czasie cały Wschód posługiwał się wyłącznie srebrem, a reszta świata obydwoma metalami.
Później stopniowo zmniejszano rolę kruszców, a zwiększano państwowego już papieru w obiegu, rósł pieniądz bankowy i złoto zaczęło pełnić rolę rezerwy, a nie pieniądza. Zaczęły się w tym czasie eksperymenty z zawieszaniem wymienialności. Pierwsza była znów Wielka Brytania- w obliczu bankructwa w czasie wojen z rewolucyjną Francją wymienialność zawieszono w 1797 r.- i powrócono do niej dobrowolnie w 1821 r. W czasie I w.ś. wymienialność została zawieszona w prawie wszystkich państwach europejskich i kto został z papierem- już dominującym w obiegu, ten został ugotowany (znów z wyjątkiem Wielkiej Brytanii- gdzie powrócono do wymienialności po przedwojennym kursie). Ale w latach 30-tych, a ostatecznie w wyniku porozumienia z Bretton Woods stworzono nowy wygląd standardu złota- rezerwy złota dla światowego systemu monetarnego są gwarantowane przez Stany Zjednoczone, a reszta świata może trzymać dolary. W latach 60-tych co poniektóre rządy (zwłaszcza francuski i niemiecki) zaczęły mieć podejrzenia, że z tą wymienialnością dolara może być coś nie tak i regularnie wymieniały posiadane dolary na złoto. W 1971 r. Prezydent Nixon przyznał, że w istocie jest nie tak i czasowo zawiesił wymienialność. Ta tymczasowość trwa już prawie 40 lat.

Ale teraz- jeśli mamy wrócić do kruszca- to którego? Czy powszechnego oparcia na zawartości monet? Czy wolnego rynku druku banknotów? Czy zabezpieczenia w bankach centralnych? Pierwsza wersja jest możliwa chyba tylko przy całkowitym upadku dotychczasowych państw i ich systemów monetarnych. Do swobody działania banków prywatnych raczej nie wrócimy- chyba, że warunkach światowej hiperinflacji i wybitnej słabości państw nie potrafiących egzekwować swojego monopolu. Mało prawdopodobne. W dzisiejszym świecie zostaje trzecia możliwość- któryś z banków centralnych ogłosi, że ma pokrycie swojej waluty w złocie. Który? Musi to być wielkie i potężne państwo. Jeśli mały kraj będzie próbował to zrobić- jego waluta umocni się kosmicznie, a potem zostanie wyczyszczony z tych rezerw. Zostaje dość krótka lista- USA, strefa euro, Chiny, może Japonia lub bardzo ewentualnie Rosja lub tradycyjnie już UK. Dla USA jest ruch kompletnie nieopłacalny- choć potencjalnie możliwy jako hamulec dla hiperinflacji (jeśli wybuchnie i jeśli mają złoto), strefa euro gra o wyższą stawkę- możliwość druku jako waluty rezerwowej. Oczywiście z rezerwami w złocie- i to sporymi w Europie (jak się wydaje) jest to chyba najłatwiejsze- ale euro z pokryciem w złocie nie jest nikomu w europie potrzebne- chyba, że jako ostateczny sposób na dobicie gospodarki USA. Ponieważ przywiązanie do złota dowolnej waluty zostanie odebrane przez USA jak coś w okolicach agresji militarnej, ktokolwiek to zrobi- musi liczyć się z konsekwencjami. USA są dziś jeszcze zbyt silne, aby ktoś mógł się na to odważyć. To będzie możliwe i zdarzy się- ale pierwsze od standardu papierowego dolara do standardu złota przejdzie państwo, które nie będzie się bało ani militarnie, ani gospodarczo USA. Dziś teoretycznie te warunki może spełnia Rosja- choć pod każdym innym względem jest to żadna światowa potęga gospodarcza. I chyba obecnie nie ma żadnego powodu i ochoty na spięcie z USA. Chiny i Japonia są od amerykańskiej konsumpcji kompletnie uzależnione i dopóki to się nie zmieni- to nic się nie zmieni. Za to jeśli Chiny przestawią gospodarkę z finansowania amerykańskiej konsumpcji (w tym rakiet i lotniskowców) na wewnętrzną (w tym rakiety i lotniskowce)- to zupełnie inna sprawa. Ale do tego jeszcze kawał drogi- choć chyba robią już na niej pierwsze kroki. Zostaje jeszcze UK- tu sprawa jest jasna- rząd brytyjski nie zrobi otwarcie antyamerykańskiego kroku. Kropka. Ale wróci do złota- jako drugi.

I znów się okazało, że nic się nie zmienia. UK i Chiny są to jedyne kraje, które po dłuższych okresach papierowego pieniądza były w stanie wrócić do kruszców mając inną alternatywę. Jak będzie teraz- tylko zgadywałem, ale moim zdaniem jest na to jeszcze za wcześnie. Chyba, że w USA jednak wkrótce będzie hiperinflacja.

Papierowe bagno

Pod względem walutowym ciekawe czasy. Jak wiadomo powszechnie, obecnie wartość wszystkich papierowych walut oparta jest na wierze, że te waluty są coś warte. W dłuższym terminie oczywiście ich wartość oczywiście znajdzie się na fundamentach- bo rynki w dłuższej perspektywie są efektywne. Fundamentem dla papierowej waluty jest jej wartość opałowa- więc pozwolę sobie nie zgodzić się z każdym kto twierdzi, że papierowe pieniądze będą nic nie warte. Jako, że sam sobie zakreśliłem długą perspektywę inwestycyjną- pytanie oczywiste: co się dzieje i co się stanie? Dzieją się obecnie właściwie dwie rzeczy: cena żywności i paliw dość szybko rośnie wyrażona w dowolnych walutach, a wartość dolara wydaje się spadać. Jednocześnie oczywiście widoczny wyraźnie jest napływ kapitału wszędzie, gdzie może on uciec od dolara- czyli surowce i emerging markets. Skala tego zjawiska jest olbrzymia- do tego stopnia, że odpowiedzialne rządy widzą problem (Brazylia wprowadziła ograniczenia w przepływie kapitału- broniąc się przed napływem spekulantów), a nieodpowiedzialne cieszą się i pożyczają coraz więcej (zgadnijcie kogo mam na myśli?). Teraz pytanie jak się ta gra skończy? Jedna z odpowiedzi brzmi- to jest zbliżający się game over systemu rezerw dolarowych. Widać to jako ucieczkę od dolara- co oznacza jednocześnie drastyczny spadek wartości rezerw wszystkich banków centralnych świata (w cenach wyrażonych w żywności, ropie i metalach szlachetnych). Ale jest inna odpowiedź- jest to coś w okolicach powtórki z początku lat 70-tych. Niskie stopy zmuszają do szukania jakiegokolwiek zysku na ryzykownych rynkach i spekulacyjny kapitał właśnie produkuje kolejne bańki (na złocie i srebrze), a ceny żywności i ropy odpowiadają fundamentom- ropy, bo minęliśmy peak oil, a żywności z powodu kolejnych klęsk nieurodzaju u największych eksporterów (Argentyna 2009, Rosja 2010) i braku większych zapasów. Oczywiście, masowe drukowanie dolara wskazuje na inflacyjny scenariusz- ale czy w całości? A raczej – czy to już jest przedostatnia faza końca dolara, czy jeszcze nie?
Jeśli metale szlachetne nie są bańka spekulacyjną, a częścią już nieodwracalnej ucieczki od papierowych walut- to efekt w ciągu kilku lat jest jasny- ogólnoświatowa hiperinflacja. Ciężko mi to sobie wyobrazić- bo w każdej hiperinflacji była jakaś możliwość zastąpienia aktualnych papierków- zazwyczaj był to dolar. W wypadku hiperinflacji dolara- przez chwilę będą go równoważyć inne papierowe waluty. I pytanie co się stanie w kluczowym momencie- kiedy inflacja dolara będzie w okolicach niższych dwucyfrowych poziomów (jeśli patrzeć na ropę, żywność i PM to już przekroczyli ten poziom)- jeśli FED podwyższy drakońsko stopy procentowe- tzn. powyżej realnej inflacji i jakimś cudem rząd USA nie wyłoży się na obsłudze zadłużenia, to mamy gwałtowną ucieczkę kapitału z surowców i rynków wschodzących- czyli to co zwykle w takiej sytuacji- wyłożenie się większości rządów Ameryki Łacińskiej i Europy Środkowej (może nawet stabilnych Chile i Czech- choć te są ostatnie w kolejce do bankructwa). Drobna próbka była po ucieczce kapitału na przełomie 2008/2009- na krawędzi znalazły się prawie całe peryferia UE- choć tym razem chyba żaden z latynoskich krajów (oprócz Wenezueli). Wskazywałoby to jednak na realne problemy z żywnością- której tam jest pod dostatkiem.
Jeśli zaś jest to już inflacja (tak, wiem, że CPI pokazuje coś innego- ale proszę o zauważenie, że spadają ceny rzeczy opartych na długu, a rosną towarów codziennej konsumpcji- w CPI się to wyrównuje- tylko dla codziennego życia ma to zupełnie inne znaczenie), to od dojścia tego do publicznej wiadomości nie jest daleko. Przeciętny Amerykanin nie będzie miał dokąd uciec z dolara- a z drugiej strony jakiś pieniądz jest potrzebny- więc tylko przyśpieszy obieg. Reszta świata będzie chciała też jak najszybciej uciec z dolara- co jeszcze w krótkim czasie zwiększy krajowy obieg w USA. Jeśli hiperinflacja- jako utrata wiary w pieniądz wybuchnie, będzie to eksplozja nie widziana od czasów Republiki Weimarskiej. Skasuje to oczywiście długi i wierzytelności dolarowe- w tym rezerwy pozostałych banków centralnych. Ale jednocześnie inne waluty umocnią się- chwilowo. Eksport do USA praktycznie umrze i świat będzie musiał sobie poradzić bez gigantycznego konsumenta- przynajmniej do czasu, aż nauczą się znów produkować. Potem przyjdzie czas na innych. Bilanse banków- po wyczyszczeniu aktywów dolarowych mogą wyglądać mało zabawnie i z całą pewnością rozpocznie się run na cokolwiek bezpiecznego- oczywiście złoto i srebro- ale najpierw i w większej skali- na waluty uznawane za bezpieczne. Jeśli to jest ucieczka od dolara w poszukiwaniu bezpieczeństwa- to w najbliższej przyszłości powinien zacząć się run na franka szwajcarskiego- który doprowadzi do wyłożenia się kredytobiorców w Europie Środkowej i kryzysu bankowego w Szwajcarii. Wystarczy dodać dwa do dwóch.

Destrukcja długu

Nadchodzące i już powoli rozpoczynające się zdelewarowanie całej światowej gospodarki jest w obecnej sytuacji rzeczą oczywistą jak przyciąganie ziemskie. Pytanie podstawowe w jaki sposób ono nastąpi. Jesteśmy właściwie na uncharted waters – bo takiej sytuacji w ogólnoświatowej ekonomii jeszcze nie było. Najbardziej zbliżona do dzisiejszej relacja długu do aktywów na ogólnoświatową skalę była na przełomie lat 20- tych i 30- tych, ale wtedy jeszcze funkcjonowała złota kotwica (bo już trudno było to nazwać klasycznym standardem złota – pieniądz był głównie papierowy). Jedna jeszcze uwaga – zadłużenie państwa jest tylko jednym z elementów. Tak naprawdę ważne jest łączne zadłużenie wszystkich podmiotów w stosunku do dochodów – państwa, przedsiębiorstw i gospodarstw domowych. A jeszcze ważniejsza jest proporcja zadłużenia w walutach obcych
Ale przechodząc nad skalą problemu do porządku dziennego- z takiej sytuacji możliwe są następujące wyjścia:
  1. Zaciskanie pasa- ogólne, w całej ekonomii większe spłaty pożyczonych pieniędzy, niż zaciąganie nowych długów. Możliwe do realizacji w wypadku lokalnego lub regionalnego kryzysu zadłużenia, ponieważ łączy się ze spadkiem wartości waluty i wzrostem eksportu. A także wyraźnym obniżeniem poziomu życia. Później następuje z powrotem wzrost – na lepszych fundamentach.
  2. „wyrośnięcie z długu”. Długi co prawda zostają w nominalnie zbliżonej wartości, lub nawet rosną, ale gospodarka lub nasze dochody rosną szybciej i relatywne obciążenie długiem i jego obsługą jest coraz mniejsze. Piękna sprawa – zdarzała się dzięki odkryciom złóż ropy lub nagłemu uwolnieniu gospodarki, czy wyjściu państwa z chaosu.
  3. Zinflacowanie długu. Czyli po prostu spłata właśnie wydrukowaną kasą. Opcja dostępna tylko dla rządów, zadłużonych głównie we własnej walucie – wskazany długi średni termin zapadalności obligacji.
  4. Defaut – czyli niewypłacalność. Na dużą skalę – rządów lub masowa w gospodarce. Zazwyczaj w wypadku państw zakończona restrukturyzacją i nowymi warunkami spłaty, umorzeniem części długu czy odsetek. W wypadku fali bankructw w gospodarce prawdopodobna jest zapaść sektora bankowego.

Któryś z powyższych scenariuszy, lub ich kombinacja musi wystąpić na skalę światową. Scenariusz nr. 4 w wersji zapaści sektora bankowego prawie wystąpił w USA w 2008 r. Widać było jak szybko się panika rozlała na resztę świata. Scenariusz nr 1, a znacznie bardziej 4 są realizowane obecnie wśród gospodarstw domowych w USA. Ale gołym okiem widać, że to po prostu nie wystarcza. Musi nastąpić scenariusz 4 na większa skalę – lub 3, a najprawdopodobniej kombinacja obu- zwiększy się fala niewypłacalności w gospodarce, a rząd będzie dalej tworzył inflację. Zwłaszcza, że Ben Bernake oficjalnie zwalcza scenariusz nr 1, którego objawem jest deflacja. Scenariusz na 2 na skalę USA, czy świata jest czystą abstrakcją, więc zostaje wysoka inflacja lub masowe bankructwa. Masowe, czyli porównywalne do początku lat 30- tych w tym banków oraz państw. W tym scenariuszu najcenniejszą rzeczą będzie po prostu gotówka – zwykłe pieniądze obowiązujące w danym kraju. To właściwie też oznacza deflację- tylko nie w japońskim stylu „straconych dekad” a nagły scenariusz argentyński W alternatywie jednakowo prawdopodobnej mamy druk pieniądza – kolejne lata obłędnych skoków kursów walutowych, wzrostu stóp procentowych (ale ciągle prawdopodobnie do poziomu poniżej inflacji) i generalnego przewartościowania dóbr trwałych i surowców. Wszystkich. Więc co do zakupów nadal fizyczne złoto i srebro jest relatywnie najbezpieczniejszym pomysłem – w wersji deflacyjnej sprzeda się je z relatywnie niewielką stratą. Tak czy inaczej, głównym problemem na najbliższe lata nie będzie zwrot z inwestycji, a realna ochrona oszczędności – a zarabianie tylko dla prawdziwych ryzykantów.
A który nastąpi w Polsce? Najprawdopodobniej restrukturyzacja rządowego długu, fala upadłości banków i dopiero potem inflacja- chyba, że do tego czasu coś się wydarzy na świecie. Na przykład pęknie bańka spekulacyjna na obligacjach USA – lub nie pęknie, ale publika zda sobie sprawę z tego, że jest to tylko monetyzacja długu. Albo w innej wersji – któreś z europejskich państewek jednak się wyłoży na amen i ruszy już niemożliwe do powstrzymania załamanie banków, albo jednak zostanie powstrzymane przez druk pieniądza i mamy inflację.
Stawiałbym bardziej na inflację w skali globalnej i tylko pojedyncze (choć liczne) niewypłacalności państw. Prywatni kredytobiorcy i tak się masowo wyłożą przy kolejnych podwyżkach stóp.

Boomtown

Miłośnicy westernów zapewne mają przed oczyma miasteczko na Dzikim Zachodzie- którego gospodarka opiera się na wydobyciu złota- pełnym górników, awanturników i rewolwerowców- w którym istnieją kopalnie złota, saloony i burdele- i właściwie nic poza tym.
Dobre skojarzenie- właśnie chciałem opisać takie miasto.
Interesująca wzmianka o tego typu miejscowości znajduje się w opisie podróży po Ameryce Henryka Sienkiewicza. Konkretnie to miał zamiar, ale za radą towarzysza podróży się do górniczego miasteczka nie wybrał. Usłyszał mianowicie, że miasteczko takie wygląda jak każde inne w okolicy – tyle że wszystko jest tam bardzo drogie.
Mechanizm tego zjawiska jest w sumie bardzo prosty – w miejscu gdzie się wydobywa złoto, jest go relatywnie dużo w stosunku do potrzeb obrotu. Wszystko, co nawet dałoby się wyprodukować na miejscu jest sprowadzane, bo przez łatwy pieniądz górników płace są sztucznie wysokie. Jedyna gospodarka jaka istnieje na miejscu to sprzedaż sprowadzanych towarów (głownie luksusowa konsumpcja) i usługi dla górników- saloony, burdele i „doradcy finansowi”
Dziś, w epoce papierowo- elektronicznego pieniądza wygląda to inaczej, ale tylko jak się przyjrzeć tylko trochę inaczej. Pieniądza nie wydobywa się w kopalniach złota, a tworzy w bankach. Więc właśnie w bankach i okolicach jest dzisiejszy odpowiednik złotego boomtown z XIX w. Właśnie w „stolicach finansowych”, gdzie produkuje się dzisiejsze złoto z powietrza koszty pracy i funkcjonowania są tak wysokie, że nie opłaca się wytwarzać niczego. Tylko produkować złoto i konsumować zyski. Oczywiście część tych pieniędzy jest przepuszczana przez budżety państw z ciągłym deficytem – i działa to tak samo. Wystarczy prosta obserwacja – teoretycznie najbogatsze są właśnie miasta władzy i banków – ale jednocześnie to tylko lokalna konsumpcja. Saloony, burdele i doradcy finansowi – wypisz-wymaluj Nowy Jork. City that never sleeps.
Co z tego wynika? Kilka bardzo ważnych konsekwencji co do prosperity, tak Warszawy, jak Nowego Jorku. Otóż, jeśli powróci pieniądz kruszcowy, to oznacza koniec tych miast w obecnym modelu. Po prostu – pieniądz będzie powstawać gdzie indziej, stawiając jednocześnie barierę przed wydatkami państwa ponad stan. Wróci lokalny przemysł i rzemiosło – a blokowiska, gdzie trudno jest coś wytwarzać staną się ruinami. Ale w początkowym okresie upadku papieru produkcja dzisiejszego złota i wszystko dookoła będzie się miało całkiem dobrze – papieru będzie przybywało, inflacja ruszy – ale w Boomtown ludzie zarabiać będą w jeszcze niezinflacjowanym pieniądzu. W końcu ten kto właśnie wydrukował pieniądz wie, że jest on nic nie wart – ale jego kontrahent jeszcze nie. Im dalej od Boomtown, tym pieniądz jest wart więcej. Tak było w czasie przywozu kruszców z Ameryki przez Hiszpanów, w czasie gorączki złota w Kalifornii, tak jest i dziś z dala od stolicy – dlatego choć zarobki bywają dużo niższe i można mieć mniej gadżetów, za to życie w Montanie pewnie bywa przyjemniejsze niż w NY. Choć w rzeczywistości cała gospodarka USA wygląda właśnie jak papierowy boomtown.
Ale- to jest po prostu nierównowaga. Kiedy papier upadnie, gospodarki poszczególnych krajów wyrównają się. Skalę upadku USA w takiej sytuacji trudno sobie nawet wyobrazić. Na szczęście nic nie zginie. To bogactwo, które dziś konsumują amerykanie trafi do reszty świata. W proporcjonalnie największym stopniu do dzisiejszych bankrutów. I jeśli ktoś wierzy w rychły powrót pieniądza kruszcowego – na ostatnim miejscu w rankingu państw postawiłbym USA, a na pierwszym Argentynę. O tej ostatniej będzie tu jeszcze wielokrotnie – a mam nadzieję, że w perspektywie kilku miesięcy garść relacji bezpośrednich.

Ale na powrót kruszcowego pieniądza ja osobiście tak szybko nie liczę. Nawet jeżeli obecny system upadnie, powstanie nowy oparty na „tym razem lepszym” papierze.
Lobby urzędniczo – bankowe, nawet po chwilowym załamaniu i tak się odrodzi i będzie, jak zwykle, wystarczająco silne aby zablokować wszelkie pomysły pieniądza kruszcowego, albo choćby prywatnego, opartego na kruszcu.

Tu przypomina się jedynie cytat z Psów:
- Czy jest pan gotów stać na straży porządku prawnego, odnowionej, demokratycznej Rzeczpospolitej Polskiej?
- Bezapelacyjnie, do samego końca... mojego lub jej...