Wieści z Ameryki
Co się na świecie dzieje, to się dzieje. Na moim kontynencie generalnie spokój, aż nie ma o czym pisać. Ale jakieś wiadomości się znajda.
Michele Bachelet wygrała wybory w Chile. Niespecjalnie ktokolwiek miał co do tego wątpliwości, wiec i wynik nikogo nie zdziwił. Jest oczywiście nazywana lewicową i polska prasa bezmyślnie serwuje polskiemu czytelnikowi jakieś skojarzenia z mieszanina poglądów społecznych co radykalniejszej europejskiej lewicy oraz gospodarki w stylu leninowskim. Znaczy nigdy dość przypominania.
W Ameryce łacińskiej określenie lewicowy znaczy mniej - więcej dokładnie to samo co określenie prawicowy w postkomunistycznej części Europy. Zamiar pozbycia się odpowiednio rosyjskich lub amerykańskich baz ze swojego terytorium, możliwość prowadzenia niezależnej polityki zagranicznej w oparciu o dobre relacje z sąsiadami, pozbycie się wpływów mocarstwa i zaprzyjaźnionego z nim biznesu w kluczowych dziedzinach gospodarki, zwłaszcza wydobyciu surowców energetycznych. A także, co istotne, namawianie lokalnych biznesmenów do patriotyzmu gospodarczego, tworzenia miejsc pracy i włączania jak największej liczby ludności w gospodarkę towarowo- pieniężna i masową konsumpcję - po prostu ogólna poprawa poziomu życia, koncentrując się na początku na najbardziej upośledzonych warstwach i rozszerzanie klasy średniej.
To jest najbardziej ogólny skrót programu peronistów w Argentynie, Partii Robotniczej z Brazylii, obecnej prezydent Chile czy rządzących w Wenezueli. Z tych krajów Wenezuela ma największe znaczenie strategiczne (przez ropę, oczywiście) i jest relatywnie najsłabszym krajem. Nic dziwnego, że ma największe problemy z Wielkim Bratem. W ten płynny sposób przeszliśmy do ostatniej zadymy w tejże Wenezueli. Cały scenariusz był taki sam jak zwykle, to nawet nudne, dzielna opozycja, wywodząca się jak zwykle ze starej oligarchii (znaczy specjalistów od włażenia w d... każdym z kolei potencjalnym kolonizatorom) staje na czele obywatelskiego sprzeciwu, manifestacje, strajki, itp.
Strajki w najważniejszym przemyśle, czyli naftowym się zasadniczo skończyły po tym, jak Chavez pozwolił spokojnie odejść strajkującej załodze i zastąpił ich świeżymi absolwentami i emerytami. Zadziałało. Teraz główną ostoją opozycji są media, zwłaszcza te największe. Stąd w znakomity sposób świat nie ma pojęcia co tam się naprawdę dzieje, zwłaszcza jeśli doda się do tego regularne automatyczne sortowanie wiadomości na facebooku według algorytmu zgodności z interesami USA.
Widziałem to również w Argentynie, kiedy pod koniec zeszłego roku opozycja pod przywództwem grupy Clarin (koncernu medialnego, którego współwłaścicielem jest Goldman Sachs) organizowała demonstracje pod hasłem obalania rządu. Pojawiły się ciężkawe dowcipy antyrządowe, które polubiło setki tysięcy ludzi, jakieś wiadomości od nieznanych osób, itp. To tak, gdyby ktoś się pytał jak wyglądały te spontanicznie zorganizowane przez ludzi na facebooku rewolucje….
Nowym elementem w Wenezueli byli tajemniczy snajperzy. Co prawda od lat trwa, zwłaszcza w Caracas i okolicach, także podkręca przez media fala przestępczości i strachu wśród zamożniejszych warstw, ale tego jeszcze nie było (więc zasadniczo rosyjskiej propagandzie i Janukowyczowi wierzę, że ze snajperami na Majdanie nie miał nic wspólnego, bo wszystko wygląda wręcz identycznie). Cóż, tradycyjnie wyrzucono paru dyplomatów USA, za nimi powędrował ambasador Panamy i wygląda na to, że pozbawiony realnego poparcia społecznego bunt się wkrótce rozmyje, tak samo jak kilkanaście poprzednich. Co do poparcia społecznego dla lewicowej/prawicowej polityki w Ameryce Łacińskiej - wkrótce także wybory w Brazylii. Znowu nuda, bo poparcie dla prezydenty jest w okolicach 80%, dla Partii Robotniczej trochę mniej, ale i tak większość w parlamencie (po raz pierwszy) jest bardzo prawdopodobna. Jak się rozpocznie kampania wyborcza, to będzie ustawowy zakaz podwyżek dla sfery budżetowej, więc tradycyjnie w Brazylii trwa przedwyborcza fala strajków. Ponoć od miesiąca, jak donosi znajomy, nie działa poczta. Cóż, do Europy takie wiadomości nie docierają.
Są zadziwiające podobieństwa polityki, ale były też różnice. W Ameryce Łacińskiej Kościół Katolicki zasadniczo zawsze był emanacją oligarchii, która to oligarchia tradycyjnie zastanawiała się komu sprzedać kraj. Stąd, w kompletnej odwrotności do PRL, Kościół raczej nigdy nie cieszył się za dużym szacunkiem zwykłego ludu i stąd tak duża ucieczka od Kościoła, która jest widoczna w całej Ameryce. Jak łatwo się domyślić, władza walcząca z oligarchami i często też przeżartymi agenturą wielkiego brata siłami zbrojnymi niespecjalnie miała dobre stosunki z takim kościołem. Po prostu - wyobraźmy sobie, że towarzysze Gomułka, Gierek i Jaruzel zamiast walczyć z Kościołem, piją sobie z dzióbków z biskupami, oficjalnie się obnoszą z wiarą, a obowiązkowym punktem niedzielnego program TV jest msza św, z udziałem I sekretarza. Łatwo się domyślić, że bunt solidarnościowy w 1980 w Polsce by nie tylko nie ufał Kościołowi, ale był mu otwarcie przeciwny, tak samo jak partii. I to jest jedyna różnica pomiędzy latynoską lewicą, a wschodnioeuropejską prawicą spod znaku PiS czy Fideszu.
Jak z powyższego widać, obecny papież nie tylko nie jest postacią typową dla latynoamerykańskiego kościoła, a wręcz kompletnym zaprzeczeniem mocno ustalonych stereotypów. Stąd, z chwilą jego wyboru, dość chłodne relacje państwa z Kościołem, nawet w Argentynie się gwałtownie ociepliły. Znaczy relacje kardynała Bergoglio z rządem zapewne nie były takie złe, ale reszta biskupów to inna sprawa. Po wyborze sytuacja się zmieniła o tyle, że władza może oficjalnie przychylić się do wizji Kościoła jaką ma papież, jest im zdecydowanie po drodze. Dlatego właśnie Krystyna (prezydenta, znaczy) wybrała się do Watykanu na śniadanie z okazji rocznicy objęcia urzędu przez Papierza. Skoro już tam jest, to oczywiście spotka się z premierami i prezydentami Włoch i Francji, może jeszcze kimś tam.
Okazja się świetnie nadarzyła, bo MSZ Rosji, Ławrow idiotycznie porównał, będąc w Londynie, zajęcie Krymu do Wojny o Falklandy. Porównanie zupełnie trafne, bo zarówno Rosja, jak tez Wielka Brytania nie ma nawet kawałka legitymistycznego uzasadnienia do tych terytoriów, ale za sobą wolę większości ludności (jak śmiesznie by nie wyglądało referendum na Krymie, jednak jestem skłonny uwierzyć w prorosyjską większość - w końcu spora część rosyjskojęzycznych tam to emeryci i rodziny radzieckich jeszcze wojskowych i bezpieczników).
Stąd Prezydenta nie mogła przepuścić okazji. Argentyna już wypowiedziała swoje zdanie, przewodnicząc aktualnie Radzie Bezpieczeństwa ONZ zostało szybko zwołane posiedzenie i głosowanie zorganizowane w ciągu godzin od wniosku. To też jest bardzo symptomatyczne. Argentyna nie tylko nie ma żadnych poważnych interesów w rejonie Morza Czarnego, ale także ceni silną Rosję jako przeciwwagę dla wpływów USA (które są tu największym problemem). I co - i nic. Rosyjska dyplomacja okazała się tak nieudolna, że skutecznie zrazili i ustawili we wrogiej pozycji nawet potencjalnych przyjaciół.
Kraje Ameryki Łacińskiej nie muszą mieć w kwestii ukraińskiej zdania, a nawet tutejsze lewicowe rządy mogłyby poprzeć Rosję. I co - i ruscy sami to spieprzyli. Co prawda zdanie Brazylii jeszcze nie jest znane, ale sytuacja jest taka sama. Jest to kwestia nieistotna dla Brazylii, jeśli przez Argentnę zostanie ta sytuacja przedstawiona jako identyczna z kwestią Wysp Południowego Atlantyku, to w ramach solidarności stanowisko Brazylii pewnie będzie takie same. A przypomnę, że gospodarka Brazylii jest większa zarówno od rosyjskiej jak też od brytyjskiej, a liczba ludności zbliżona do sumy tych dwóch. Powtórzę jeszcze raz, dla wszystkich miłośników i fanów wielkiej Rosji. Mówimy o kraju, którego gospodarka jest mniejsza niż Brazylii, która to Brazylia regionalnym może, ale żadnym światowym mocarstwem nie jest i takiego nie udaje.
Jak widać nic się nie dzieje. Nudy. Ale patrząc na skuteczność działania argentyńskiego rządu i wykorzystywania najdziwniejszych szans - jak teraz, aby kwestię Malwinów podnieść na forum międzynarodowym poza Południową Ameryką, zaczynam się zastanawiać nie czy, tylko kiedy wyspy przejdą na rzecz Argentyny. Niezbyt szybko, tego jestem pewien, ale ewidentnie Wielka Brytania, ze swoim ciężko nieudolnym rządem jest w defensywie. Pożyjemy zobaczymy, ja też mogę się zdziwić.
Poza tym, po dewaluacji peso (razem z większością walut emerging markets) nastąpiła fala podwyżek cen i roszczeń płacowych przed doroczną sesją negocjacji związkowych. Na razie nie rozpoczęły się zajęcia w szkołach, choć rok szkolny trwa od tygodnia. Znaczy w skrócie atak inflacji. Na efekty poczekamy, myślę, że wróci do normy rzędu kilkunastu procent.
A na deser ciekawostka. Rozpoczął się proces w sprawie katastrofy kolejowej na dworcu Once. Rodziny ofiar twierdzą, że śledztwo było bardzo szybkie i sprawne, bo trwało zaledwie dwa lata. Przypominam, że w mniej - więcej tym samym czasie nastąpiła katastrofa w Szczekocinach, ale w Polsce bodajże minister ogłosił po dwóch dniach winnych, śledztwo się skończyło w dwa tygodnie i dróżnik na ławie oskarżonych.
W Argentynie się nie znają i zamiast szybko załatwić sprawę, to dwa lata gmerają w jakiś hamulcach pociągu, nagraniach kamer, księgowości firmy i gdzie im jeszcze do głowy przyjdzie. A w efekcie sądy mają kupę roboty, bo oprócz samego maszynisty jeszcze jest 28 innych oskarżonych. Dwóch byłych ministrów transportu (z rządzącej partii!!!), właściciele firmy zarządzającej linią, związkowcy odpowiedzialni za szkolenie maszynisty, i ktoś tam jeszcze. Żeby nie było - w Argentynie to, że jest się oskarżonym nie oznacza, że będzie się skazanym i oczywiście, jak wszędzie, prawdopodobieństwo skazania i wymiar kary spada w miarę posiadanych środków.
Stan na dziś wygląda tak: niedoświadczony, 25- letni maszynista został przez związki zawodowe dopuszczony do samodzielnej jazdy i prowadził przeładowany skład w godzinach szczytu, z częściowo niesprawnymi hamulcami głównymi i zupełnie nie działającym awaryjnym. Maszynista nie hamował poprawnie na stacji końcowej, wjechał zbyt szybko i uderzył w także niesprawne odbijaki, co łącznie spowodowało śmierć 52 osób. Ministerstwo transportu jest odpowiedzialne za stan stacji i torów, w tym odbijaków, firma wykonująca przewozy za tabor, maszynista oczywiście za poprawną jazdę, a związki za dopuszczeni do wykonywania zawodu. Wszyscy zawalili, wszyscy są na ławie oskarżonych, choć wydaje się oczywista wina maszynisty i niestety w Polsce na tym śledztwo by się zakończyło i analogicznie w sprawie Szczekocin się zakończyło, choć przynajmniej jeden minister transportu także powinien siedzieć obok, a może zamiast dróżnika.