Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malwiny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malwiny. Pokaż wszystkie posty

Wieści z lepszej Ameryki- marzec 2014

Wieści z Ameryki
   Co się na świecie dzieje, to się dzieje. Na moim kontynencie generalnie spokój, aż nie ma o czym pisać. Ale jakieś wiadomości się znajda.

 Michele Bachelet wygrała wybory w Chile. Niespecjalnie ktokolwiek miał co do tego wątpliwości, wiec i wynik nikogo nie zdziwił. Jest oczywiście nazywana lewicową i polska prasa bezmyślnie serwuje polskiemu czytelnikowi jakieś skojarzenia z mieszanina poglądów społecznych co radykalniejszej europejskiej lewicy oraz gospodarki w stylu leninowskim. Znaczy nigdy dość przypominania.

W Ameryce łacińskiej określenie lewicowy znaczy mniej - więcej dokładnie to samo co określenie prawicowy w postkomunistycznej części Europy.   Zamiar pozbycia się odpowiednio  rosyjskich lub amerykańskich baz ze swojego terytorium, możliwość prowadzenia niezależnej polityki zagranicznej w oparciu o dobre relacje z sąsiadami, pozbycie się wpływów mocarstwa i zaprzyjaźnionego z nim biznesu w kluczowych dziedzinach gospodarki, zwłaszcza wydobyciu surowców energetycznych. A także, co istotne, namawianie lokalnych biznesmenów do patriotyzmu gospodarczego, tworzenia miejsc pracy i włączania jak największej liczby ludności w gospodarkę towarowo- pieniężna i masową konsumpcję - po prostu ogólna poprawa poziomu życia, koncentrując się na początku na najbardziej upośledzonych warstwach i rozszerzanie klasy średniej.

To jest najbardziej ogólny skrót programu peronistów w Argentynie, Partii Robotniczej z Brazylii, obecnej prezydent Chile czy rządzących w Wenezueli. Z tych krajów Wenezuela ma największe znaczenie strategiczne (przez ropę, oczywiście) i jest relatywnie najsłabszym krajem. Nic dziwnego, że ma największe problemy z Wielkim Bratem. W ten płynny sposób przeszliśmy do ostatniej zadymy w tejże Wenezueli. Cały scenariusz był taki sam jak zwykle, to nawet nudne, dzielna opozycja, wywodząca się jak zwykle ze starej oligarchii (znaczy specjalistów od włażenia w d... każdym z kolei potencjalnym kolonizatorom) staje na czele obywatelskiego sprzeciwu, manifestacje, strajki, itp.

Strajki w najważniejszym przemyśle, czyli naftowym się zasadniczo skończyły po tym, jak Chavez pozwolił spokojnie odejść strajkującej załodze i zastąpił ich świeżymi absolwentami i emerytami. Zadziałało. Teraz główną ostoją opozycji są media, zwłaszcza te największe. Stąd w znakomity sposób świat nie ma pojęcia co tam się naprawdę dzieje, zwłaszcza jeśli doda się do tego regularne automatyczne sortowanie wiadomości na facebooku według algorytmu zgodności z interesami USA.

Widziałem to również w Argentynie, kiedy pod koniec zeszłego roku opozycja pod przywództwem grupy Clarin (koncernu medialnego, którego współwłaścicielem jest Goldman Sachs) organizowała demonstracje pod hasłem obalania rządu. Pojawiły się ciężkawe dowcipy antyrządowe, które polubiło setki tysięcy ludzi, jakieś wiadomości od nieznanych osób, itp. To tak, gdyby ktoś się pytał jak wyglądały te spontanicznie zorganizowane przez ludzi na facebooku rewolucje….

Nowym elementem w Wenezueli byli tajemniczy snajperzy. Co prawda od lat trwa, zwłaszcza w Caracas i okolicach, także podkręca przez media fala przestępczości i strachu wśród zamożniejszych warstw, ale tego jeszcze nie było (więc zasadniczo rosyjskiej propagandzie i Janukowyczowi wierzę, że ze snajperami na Majdanie nie miał nic wspólnego, bo wszystko wygląda wręcz identycznie). Cóż, tradycyjnie wyrzucono paru dyplomatów USA, za nimi powędrował ambasador Panamy i wygląda na to, że pozbawiony realnego poparcia społecznego bunt się wkrótce rozmyje, tak samo jak kilkanaście poprzednich. Co do poparcia społecznego dla lewicowej/prawicowej polityki w Ameryce Łacińskiej - wkrótce także wybory w Brazylii. Znowu nuda, bo poparcie dla prezydenty jest w okolicach 80%, dla Partii Robotniczej trochę mniej, ale i tak większość w parlamencie (po raz pierwszy) jest bardzo prawdopodobna. Jak się rozpocznie kampania wyborcza, to będzie ustawowy zakaz podwyżek dla sfery budżetowej, więc tradycyjnie w Brazylii trwa przedwyborcza fala strajków. Ponoć od miesiąca, jak donosi znajomy, nie działa poczta. Cóż, do Europy takie wiadomości nie docierają.

Są zadziwiające podobieństwa polityki, ale były też różnice.  W Ameryce Łacińskiej Kościół Katolicki zasadniczo zawsze był emanacją oligarchii, która to oligarchia tradycyjnie zastanawiała się komu sprzedać kraj. Stąd, w kompletnej odwrotności do PRL, Kościół raczej nigdy nie cieszył się za dużym szacunkiem zwykłego ludu i stąd tak duża ucieczka od Kościoła, która jest widoczna w całej Ameryce. Jak łatwo się domyślić, władza walcząca z oligarchami i często też przeżartymi agenturą wielkiego brata siłami zbrojnymi niespecjalnie miała dobre stosunki z takim kościołem. Po prostu - wyobraźmy sobie, że towarzysze Gomułka, Gierek i Jaruzel zamiast walczyć z Kościołem, piją sobie z dzióbków z biskupami, oficjalnie się obnoszą z wiarą, a obowiązkowym punktem niedzielnego program TV jest msza św, z udziałem I sekretarza.  Łatwo się domyślić, że bunt solidarnościowy w 1980 w Polsce by nie tylko nie ufał Kościołowi, ale był mu otwarcie przeciwny, tak samo jak partii. I to jest jedyna różnica pomiędzy latynoską lewicą, a wschodnioeuropejską prawicą spod znaku PiS czy Fideszu.    

 Jak z powyższego widać, obecny papież nie tylko nie jest postacią typową dla latynoamerykańskiego kościoła, a wręcz kompletnym zaprzeczeniem mocno ustalonych stereotypów.  Stąd, z chwilą jego wyboru, dość chłodne relacje państwa z Kościołem, nawet w Argentynie się gwałtownie ociepliły. Znaczy relacje kardynała Bergoglio z rządem zapewne nie były takie złe, ale reszta biskupów to inna sprawa. Po wyborze sytuacja się zmieniła o tyle, że władza może oficjalnie przychylić się do wizji Kościoła jaką ma papież, jest im zdecydowanie po drodze. Dlatego właśnie Krystyna (prezydenta, znaczy) wybrała się do Watykanu na śniadanie z okazji rocznicy objęcia urzędu przez Papierza. Skoro już tam jest, to oczywiście spotka się z premierami i prezydentami Włoch i Francji, może jeszcze kimś tam.

Okazja się świetnie nadarzyła, bo MSZ Rosji, Ławrow idiotycznie porównał, będąc w Londynie, zajęcie Krymu do Wojny o Falklandy. Porównanie zupełnie trafne, bo zarówno Rosja, jak tez Wielka Brytania nie ma nawet kawałka legitymistycznego uzasadnienia do tych terytoriów, ale za sobą wolę większości ludności (jak śmiesznie by nie wyglądało referendum na Krymie, jednak jestem skłonny uwierzyć w prorosyjską większość - w końcu spora część rosyjskojęzycznych tam to emeryci i rodziny radzieckich jeszcze  wojskowych i bezpieczników).

Stąd Prezydenta nie mogła przepuścić okazji. Argentyna już wypowiedziała swoje zdanie, przewodnicząc aktualnie Radzie Bezpieczeństwa ONZ zostało szybko zwołane posiedzenie i głosowanie zorganizowane w ciągu godzin od wniosku. To też jest bardzo symptomatyczne. Argentyna nie tylko nie ma żadnych poważnych interesów w rejonie Morza Czarnego, ale także ceni silną Rosję jako przeciwwagę dla wpływów USA (które są tu największym problemem). I co - i nic. Rosyjska dyplomacja okazała się tak nieudolna, że skutecznie zrazili i ustawili we wrogiej pozycji nawet potencjalnych przyjaciół.

Kraje Ameryki Łacińskiej nie muszą mieć w kwestii ukraińskiej zdania, a nawet tutejsze lewicowe rządy mogłyby poprzeć Rosję. I co - i ruscy sami to spieprzyli. Co prawda zdanie Brazylii jeszcze nie jest znane, ale sytuacja jest taka sama. Jest to kwestia nieistotna dla Brazylii, jeśli przez Argentnę zostanie ta sytuacja przedstawiona jako identyczna z kwestią Wysp Południowego Atlantyku, to w ramach solidarności stanowisko Brazylii pewnie będzie takie same.  A przypomnę, że gospodarka Brazylii jest większa zarówno od rosyjskiej jak też od brytyjskiej, a liczba ludności zbliżona do sumy tych dwóch. Powtórzę jeszcze raz, dla wszystkich miłośników i fanów wielkiej Rosji.  Mówimy o kraju, którego gospodarka jest mniejsza niż Brazylii, która to Brazylia regionalnym może, ale żadnym światowym mocarstwem nie jest i takiego nie udaje.
Jak widać nic się nie dzieje. Nudy. Ale patrząc na skuteczność działania argentyńskiego rządu i wykorzystywania najdziwniejszych szans - jak teraz, aby kwestię Malwinów podnieść na forum międzynarodowym poza Południową Ameryką, zaczynam się zastanawiać nie czy, tylko kiedy wyspy przejdą na rzecz Argentyny. Niezbyt szybko, tego jestem pewien, ale ewidentnie Wielka Brytania, ze swoim ciężko nieudolnym rządem jest w defensywie. Pożyjemy zobaczymy, ja też mogę się zdziwić.    
Poza tym, po dewaluacji peso (razem z większością walut emerging markets) nastąpiła fala podwyżek cen i roszczeń płacowych przed doroczną sesją negocjacji związkowych. Na razie nie rozpoczęły się zajęcia w szkołach, choć rok szkolny trwa od tygodnia. Znaczy w skrócie atak inflacji. Na efekty poczekamy, myślę, że wróci do normy rzędu kilkunastu procent.

A na deser ciekawostka. Rozpoczął się proces w sprawie katastrofy kolejowej na dworcu Once. Rodziny ofiar twierdzą, że śledztwo było bardzo szybkie i sprawne, bo trwało zaledwie dwa lata. Przypominam, że w mniej - więcej tym samym czasie nastąpiła katastrofa w Szczekocinach, ale w Polsce bodajże minister ogłosił po dwóch dniach winnych, śledztwo się skończyło w dwa tygodnie i dróżnik na ławie oskarżonych.

W Argentynie się nie znają i zamiast szybko załatwić sprawę, to dwa lata gmerają w jakiś hamulcach pociągu, nagraniach kamer, księgowości firmy i gdzie im jeszcze do głowy przyjdzie. A w efekcie sądy mają kupę roboty, bo oprócz samego maszynisty jeszcze jest 28 innych oskarżonych. Dwóch byłych ministrów transportu (z rządzącej partii!!!), właściciele firmy zarządzającej linią, związkowcy odpowiedzialni za szkolenie maszynisty, i ktoś tam jeszcze. Żeby nie było - w Argentynie to, że jest się oskarżonym nie oznacza, że będzie się skazanym i oczywiście, jak wszędzie, prawdopodobieństwo skazania i wymiar kary spada w miarę posiadanych środków.

 Stan na dziś wygląda tak: niedoświadczony, 25- letni maszynista został przez związki zawodowe dopuszczony do samodzielnej jazdy i prowadził przeładowany skład w godzinach szczytu, z częściowo niesprawnymi hamulcami głównymi i zupełnie nie działającym awaryjnym. Maszynista nie hamował poprawnie na stacji końcowej, wjechał zbyt szybko i uderzył w także niesprawne odbijaki, co łącznie spowodowało śmierć 52 osób.  Ministerstwo transportu jest odpowiedzialne za stan stacji i torów, w tym odbijaków, firma wykonująca przewozy za tabor, maszynista oczywiście za poprawną jazdę, a związki za dopuszczeni do wykonywania zawodu. Wszyscy zawalili, wszyscy są na ławie oskarżonych, choć wydaje się oczywista wina maszynisty i niestety w Polsce na tym śledztwo by się zakończyło i analogicznie w sprawie Szczekocin się zakończyło, choć przynajmniej jeden minister transportu także powinien siedzieć obok, a może zamiast dróżnika.   

Wojny i powstania, czyli chichot historii


Najpierw polecę lekturę znakomitego tekstu o Powstaniu, z bogactwem informacji i analizy- tutaj. Jeśli ktoś będzie mieć w moim tekście wątpliwości co do okoliczności wybuchu i sposobu dowodzenia w Powstaniu- proszę właśnie tamto przeczytać.
Znów z perspektywy Argentyny niektóre rzeczy widać znacznie wyraźniej. Z bardzo prostego powodu- mechanizmy władzy są wszędzie mniej-więcej podobne, ale tu jedyny istotny konflikt od dziesięcioleci trwa pomiędzy rządami narodowymi- proprzemysłowymi a koalicją proamerykańską- czyli banksterką i wielką produkcją rolną. Sojusze się zmieniają, aktorzy też, ale oś konfliktu pozostaje ta sama. W Polsce różne konflikty i interesy różnych mocarstw i grup je wspierających się na siebie nakładają i śmiem zaryzykować twierdzenie, że nie istnieje nikt, kto by miał w tym pełne rozeznanie. Za to te interesy są przez długie dziesięciolecia niezmienne. Czasem się zmieniają metody- ale cele? Rzadko.
Jedną z takich spraw, o których zupełnie wyjątkowo jest wiadomo, to sabotaż (to jest właściwe słowo) dokonany przez juntę wojskową Argentyny w czasie wojny o Malwiny. Sabotaż w kilku kluczowych elementach. Były to decyzje podjęte przez rząd wbrew sztabowi generalnemu w trakcie kampanii, oraz wcześniejsze przygotowania. Np.- na początku wojny Argentyna miała 5 (pięć!) sztuk nowoczesnych rakiet przeciwokrętowych Exocet. Następne 20 (czy coś około) leżało sobie spokojnie we Francji w oczekiwaniu na transport. Oczywiście jeszcze dzień przed rozpoczęciem wojny można je było spokojnie odebrać i przewieźć samolotem- ale tego nie zrobiono. Była to jedyna skuteczna broń argentyńska przeciwko Royal Navy. Jeszcze zabawniej- zapalniki w bombach lotniczych nie działały. Bomby zwyczajnie nie wybuchały. Kolejna rzecz- Argentyńskie lotnictwo nie posiadało samolotów przewagi powietrznej o wystarczającym zasięgu, aby startować z kontynentu. Za to rząd nie pozwolił na przeniesienie wystarczającej ilości obrony przeciwlotniczej na wyspy, aby można było je bezpiecznie tam bazować. I już zupełnie kuriozalne- do obrony wysp, po ich zajęciu wyznaczono dywizję pancerną. Wszystko w porządku- ale bez ciężkiego sprzętu- czyli czołgistów bez czołgów, dział a nawet ciężarówek. I aby nie było- w tym czasie (i chyba nadal obecnie) argentyńska armia posiada znakomicie wyszkolone oddziały górskie- które były oczywiste i właściwe, itd., następne takie kwiatki- obraz po prostu sabotażu. Za te decyzje był odpowiedzialny, przypomnę rząd- a nie sztab generalny, czy zwykli dowódcy!!!- tym dla odmiany niedużo można zarzucić. Jedni byli lepsi, inny gorsi- ale wykonywali swoje obowiązki. Za to ze strony działań rządu (wojskowych, przypominam) jest to po prostu obraz kompletnego sabotażu.
Co więcej- zarówno wojna jak i powstanie były z punktu widzenia interesu państwowego nie tylko kompletnie niepotrzebne, ale też szkodliwe. Na dziś w miarę wiadomo, że decyzja o ataku Argentyny na Malwiny zapadła w USA, a ówczesny argentyński rząd wojskowy, w istocie marionetki CIA po prostu ja wykonał, a następnie jej przygotowanie i przebieg po prostu sabotował.
I wracając do głównego tematu- sam początek Powstania wyglądał w dużej mierze tak samo. Zaczynając od wyznaczenia idiotycznej godziny rozpoczęcia, przez pozbawiony sensu i racjonalności wojskowej wybór celów ataku do kompletnego zaniedbania sprawy uzbrojenia w poprzedzających dniach. Sprawę uratowały zdolności i bohaterstwo dowódców liniowych i żołnierzy- ale ta bitwa była przegrana od początku.
Teraz- kto skorzystał? W wypadku wojny o Malwiny- zwycięzca był jeden- Margaret Thatcher i ówczesny rząd torysów- prowadzący politykę bliską USA, a przede wszystkim korzystna dla międzynarodowej banksterki. I sprawa jest prosta. Bez tej wojny torysi by przegrali wybory z kretesem, dzięki niej w UK zapanowała patriotyczna euforia i wszystko się zmieniło. Tu polecam jak lekturę nawet jej oficjalne wspomnienia- po polsku „Lata na Downing Street”
Teraz- kto skorzystał na Powstaniu Warszawskim? Zazwyczaj się tu wymienia Stalina, ale mam pewne wątpliwości. Czy skorzystał, czy nie- to najbardziej zależy od możliwości Armii Radzieckiej kontynuowania ofensywy. Jeśli tak a możliwość była- w takim razie Stalin i ZSRR na powstaniu stracili- i to bardzo dużo Jeśli jej nie było- w pewnym stopniu także. Co prawda nie miał czym w tamtym czasie ruszyć frontu, ale by przejął znacznie mniej zniszczone tereny, więcej przemysłu, itp. W końcu to było spore miasto- a że problem z eksterminacją elit patriotycznych, co załatwiło powstanie? Stalin nie raz udowodnił, że sobie z tym całkiem sprawnie radził.
Za to- jeśli Armia Radziecka mogła kontynuować ofensywę- to Powstanie, powstrzymując ją, jednoznacznie działało na korzyść zachodnich aliantów (USA i UK), kosztem ZSRR oraz niemieckich elit- gdyż bez jego wybuchu ZSRR zająłby całe Niemcy (albo przynajmniej znacznie większą, niż w rzeczywistości jego część). Niemieckie elity- dzięki temu zachowały swój majątek, który mogły po wojnie wykorzystać, a który inaczej by wpadł w ręce radzieckie. Więc jeśli ktokolwiek na powstaniu skorzystał- to w tej kolejności- USA, powojenne Niemcy i UK.
A wszyscy odpowiedzialni za podjęcie o nim decyzji powinni wylądować przed sądem i mieć uczciwy proces o zdradę stanu.  

Konflikt o Malwiny- są pierwsze ofiary


Jedna z tych ofiar właśnie wylądowała u mnie na talerzu- ponieważ jest to kalmar. O co chodzi? Otóż w ramach zimnej wojny pomiędzy Argentyną i Wielką Brytanią, rząd argentyński sukcesywnie niszczy kolejne obszary gospodarki Malwinów. Jak wcześniej pisałem- wielkie statki wycieczkowe na linii południowoatlanyckiej mają obowiązkowe puntkty turystyczne w Buenos Aires, „na końcu swiata” w Ziemii Ognistej oraz dalej płyną przez Cieślinę Magellana i wzdłuż wybrzaża Chile. Zazwyczaj zawijały tez na Malwiny- do niedawna, kiedy argentyński rząd ogłosił, że coś takiego jest nielegalne- jako uznawanie brytyjskiej suwerenności nad wyspami, wobec czego statki które zawinęły do któregokolwiek portu na Malwinach (czyli praktycznie Port Stanley) nie będą wpuszczane do Argentyny. Kompanie żeglugowe dbają o swój interes, a w skali atrakcyjności turystycznej Buenos Aires, czy Ushuaia (na Ziemi Ognistej) bije na głowę wyspy, więc turyści znikli. Kompletnie i z dnia na dzień. Następna sprawą było poszukiwanie ropy i gazu wokół wysp (według oficjalnej propagandy brytyjskiej- jedyny powód konfliktu, g... prawda)- otóż z jednej strony, po nacjonalizacji YPF nowy program inwestycyjny tej firmy zakłada prowadzenie poszukiwań i wydobycia ze wspólnikami w poszczególnych złożach (czyli potencjalnie spore pieniądze dla poszukiwaczy ropy i to w relatywnie- jak na dzisiejsze czasy- łatwych złożach), a z drugiej zapowiedziano pozwy przeciwko kazdej firmie, która będzie bądz prowadziła prace poszukiwawcze lub wydobywcze na wyspach, bądź je finansowała. Cóż- argentyński sąd (generalnie uczciwy) raczej w tym wypadku odszkodowanie zasądzi- bo w myśl Konsytucji, jest to terytorium Argentyny, więc byłyby to po prostu nie zapłacone podatki i opłaty wydobywcze- i jeśli dana firma ma jakikolwiek majątek w Argentynie...., albo nawet w innych krajach z którymi Argentyna ma wystarczająco przyjazne stosunki (a to jest prawie cała Am. Południowa- w tym Wenezuela). Krótko mówiąc- racjonalnie zachowująca się firma naftowa nie będzie się dotykać Malwinów, bo ma drobną szansę trochę zarobić i prawie pewność sporo stracić. Pozostali tylko drobni spekulanci, których kapitał jednak jest zdecydowanie za mały na przeprowadzenie całości prac poszukiwawczych i wydobywczych spod dna morza na południowym Atlantyku (bo to spore pieniądze), zwłaszcza wśród problemów z finansowaniem. Nawet jeśli prace będą dalej prowadzone- to firmy poszukiwcze w takiej sytuacji poprosza o bardzo hojne zwolnienia podatkowe albo nawet dotacje. I wszystko w porządku- ale tak czy inaczej budżet wysp za dużo z tej ropy, nawet jeśli jest- to nie zobaczy.
I tu przechodzimy do budżetu. Falklanczycy chwala się, że wyspy maja zdrowe finanse, są samowystarczalne, oraz wysoki PKB, itp. To wszystko prawda, ale tenże wysoki dochód budżetowy nie bierze się z produktywności gospodarki, a redystrybucji wysokich dochodów (przynajmniej na głowę) z opłat połowowych. I, co więcej gospodarka rybna jest raczej rabunkowa, większośc gatunków ryb przełowiono, obecnie ponad połowa budżetu to są dochody z opłat za połowy tylko jednego gatunku- kalmara argentyńskiego- zresztą to nie rybacy z wysp, tylko obce przedsiębirstwa, głównie chińskie, ale do niedawna też Dalmor. Więc wracamy do zawartości mojego talerza. Tenże kalmar ma ciekawy (politycznie) cykl rozrodczy. Rozmnaża się w delcie La Platy (czyli obok Buenos Aires), a następnie dorastając powoli migruje w stronę Malwinów. Rozwiązanie jest proste- Presidenta poprosiła rybaków o odłowienie jak największej ilości kalmarów zanim dotrą do wód terytorialnych Malwinów. Stąd właśnie cena kalmara w okolicach kurczaka (ok. całego w lodzie w porównaniu do rozebranych części kurczaka).
A przy okazji- to nie chodzi o drobne ilości- połowy kalmara argentyńskiego (z czego większość dotychczas na wodach brytyjskich) to prawie 1/4 ogólnych połowów głowonogów na świecie. Oczywiście- jeśli zostaną odłowione przed uzyskaniem optymalnej wielkości- łaczne połowy będą mniejsze. Cóż, taka jest dla zwykłych ludzi cena polityki. Za to budżet wysp po obecnym sezonie połowowym się prawdopodobnie załamie. Z potencjalnych źródeł dochodów pozostaną tylko owce, a to nie są duże pieniądze- zważywszy na konieczność transportu niewielkich ilości, czyli przeładunku w jakimś porcie przed przesłaniem na inny kontynent. I właśnie takich portów brak. W praktycznie całej Am. Południowej to jest niemozliwe (no, chyba ze ktoś zapłaciłby również argentyńskie podatki, uznając tym suwerenność), gdziekolwiek indziej jest wystarczająco daleko, aby zabić jakąkolwiek opłacalność.
Czyli wojna handlowa w pełni, na razie ja się mogę cieszyć tanimi kalmarami, a od przyszłego roku brytyjska metropolia będzie musiała zasypywać rosnący deficyt budżetowy wysp- albo je pozostawić samym sobie. W pierwszej wersji padnie mit o samowystarczalności, w drugiej spadający poziom życia skłoni wielu mieszkańców do wyjazdu. Oczywiście- oba te rozwiązania są rządowi Argentyny bardzo na rękę. Teoretycznie jest też możliwy „stimulus” w postaci inwestycji w infrastrukturę- ale tu znów- jeśli będzie ona o charakterze militarnym, lub nadającym się do wykorzystania wojskowego, Wielka Brytania musi się realnie liczyć z embargiem ze strony całej Am. Południowej (niekoniecznie nastąpi w takim wypadku, ale to realna opcja)- a jeśli o przeznaczeniu czysto cywilnym- to po pierwsze potem będzie trzeba tą infrastrukturę utrzymać, a po drugie- przyda się na czas po przekazaniu wysp Argentynie. Tak czy inaczej- realnie rząd JKM ma wybory pomiędzy opcjami złymi i gorszymi. Jak dotychczas postępuje tak samo jak z kryzysem- czyli stara się ignorować problem i kontrolować propagandę, ale niestety- propaganda to tylko słowa, a kalmar na moim talerzu, którym także wygryzłem kawek dziury w budżecie wysp- był jak najbardziej prawdziwy.
Czyli- zupełnie wyraźnie widać pierwsze efekty polityki- do której argentyński rząd jest zresztą zobowiazany konstytucją, coraz bardziej stan gospodarki wysp nie zalezy od nich samych, ani od Londynu- tylko od Buenos Aires. A że na razie to destrukcja? I tak bywa. I to tez jest ostrzeżenie- zmiany na świecie zawsze się odbywają czyimś kosztem, a często równiez koszem niepotrzebnej destrukcji- choć z mojego punktu widzenia kalmar był na zupełnie własciwym miejscu- obok szklanki wysmienitego wina.

Maliwny- kontynuacja

Czyli dalej o tym, jak się prowadzi skuteczną politykę międzynarodową. Od poprzedniego wpisu wydarzyły się kolejne rzeczy. Powtórzę jeszcze raz- nie chodzi mi nawet o zasadność tego sporu, ale o sposób rozgrywania go, czyli prowadzenia polityki. I piszę to, bo jeśli przez przypadek czyta mnie ktoś, kto kiedyś będzie prowadzić politykę w interesie narodowym polskim- to niech właśnie czyta i się uczy. Jak należy to robić, obserwując rząd Argentyny i jak nie należy tego robić- patrząc na rząd JKM.
Nie wskazałem też co było pretekstem do obecnej eskalacji konfliktu- rząd Argentyny zarzucił rządowi Zjednoczonego Królestwa „militaryzację” wysp, wskazując jako przykłady wymianę niszczyciela stacjonującego na wyspach na najnowszy model oraz..... wysłanie tam, służącego w RAF księcia Wilama.
W ostatnim odcinku- rząd Peru zmienił front i „zawiesił” zgodę na wizytę brytyjskiego niszczyciela (tego poprzedniego, wycofywanego z Malwinów) w bazie morskiej w Callao.
W związku z tym brytyjski ambasador w Limie zachował się jak kompletny idiota, wprost zarzucając peruwiańskiemu ministrowi spraw zagranicznych kłamstwo i publicznie rzucając sugestie o podziałach wewnątrz peruwiańskiego rządu w którym, jego zdaniem powinna zwyciężyć frakcja probrytyjska. Już bardziej chyba nie mógł ich obrazić. Jedynym ratunkiem dla brytyjskich interesów w Peru by było odwołanie tegoż ambasadora zanim wyrzuci go rząd peruwiański. Oczywiście zobaczymy- ale to pokazuje jak bardzo dyplomacja anglosaska nie rozumie, że USA i UK już nie mają monopolu na rozgrywanie świata, a nawet tak słabe państwa jak Peru już mogą im się postawić- dzięki nowym, silnym sojusznikom- takim jak Brazylia i współpracy latynoskiej- za czym stoi Argentyna. Najwyraźniej brytyjczycy już popadają w histerię. Toczy się naprawdę ostra walka dyplomatyczna, która wygląda z boku trochę jak walka Dawida z Goliatem, a trochę jak „negocjacje” białych osadników z tubylczymi wodzami w Afryce, Amerykach i Oceanii. Brytyjczycy najpierw ignorowali przeciwnika (zresztą brytyjskie media nadal sprawy nie zauważają), a tymczasem jak zaczęli otrzymywać kolejne celne i przemyślane ciosy to wpadają w panikę i pogrążają się jeszcze bardziej nie wiedząc co robić.
Wczoraj ogłoszono, że RAF przeniósł księcia Wiliama z Malwinów. W ramach „normalnych ruchów kadrowych” oczywiście, ale w całej Ameryce Łacińskiej zostało to oczywiście odczytane jako strategiczny sukces Argentyny- więc oczywiście to skonsoliduje jeszcze bardziej południowoamerykański sojusz i jeszcze bardziej utrudni Zjednoczonemu Królestwu jakiejkolwiek ruchy, a na dłuższą metę może spowodować wręcz utratę całych rynków i możliwości inwestycyjnych. Kolejny strategiczny błąd.
Dziś dla odmiany rząd argentyński ogłosił, że zrealizował pomysł, który jest genialny w swej prostocie i celności. I uderza w sam środek Byłego Imperium, oraz aktualnego też.
Otóż dziś minister spraw zagranicznych Argentyny poinformował, że wysłano informacje do nadzoru finansowego i komisji papierów wartościowych UK i USA informacje, że pięć spółek naftowych, notowanych w Londynie prowadzi, w opinii argentyńskiego rządu (podzielanej przez prawie wszystkie państwa Am.Poł) „nielegalne prace wydobywcze”. Razem z tą informacją padło zapytanie czy spółki te w swoich sprawozdaniach giełdowych poinformowały akcjonariuszy o ryzyku politycznym z tym związanym. Minister oświadczył, że co prawda wszystkie spółki są notowane w Londynie, ale zawiadomiono też nadzór USA, w razie, gdyby się chciały przenieść. Ale to nie koniec.... Razem z tym uprzejmie się też zapytano, czy o tym samym ryzyku swych akcjonariuszy poinformowały banki finansujące te operacje- dalej rząd uzasadnia, że gdyby rząd argentyński hipotetycznie pozwał te banki na gruncie argentyńskiego prawa, mogłoby to doprowadzić do konieczności zapłaty znacznych odszkodowań, do zajęcia całego ich majątku w Argentynie włącznie. Tak jak spółki naftowe są relatywnie niewielkie, tak mówimy o dość drobnym, ale jednak uderzeniu w największe anglosaskie banki.
A przede wszystkim- to rząd Argentyny broni drobnych akcjonariuszy przed nierzetelnością zarządów. Oraz dalej- to jest naprawdę poważna groźba. Kto uważa, że, jeśli taka operacja by się udała, nie zostanie powtórzona jakimś innym kraju latynoskim ręka w górę. Nikt nie podniósł?
A patrząc na skuteczność tego rządu- by się udała....
Więc na dziś mamy sytuację następującą- Wielkiej Brytanii ubywa sojuszników i umacnia się sojusz jej wrogów. Argentyna może twierdzić, że zrealizowała jeden ze swoich celów taktycznych, a „pole bitwy” przeniosło się do Londynu. Rząd UK nie odniósł w tym konflikcie żadnego, nawet drobnego sukcesu, a cała awantura może zostać sfinansowana przez brytyjskie i amerykańskie banki, zresztą pewnie jak zwykle rachunek dostanie podatnik, nie argentyński bynajmniej...

Malwiny

Czyli wyspy na południowym Atlantyku, w okolicach północnego Atlantyku szerzej znane pod nazwą Falklandów. Trochę wystających z morza bezwartościowych i nieurodzajnych skał, zamieszkałych przez ok 3 tys osób- czyli tyle, ile w większej polskiej wiosce. Jednocześnie przekonanie o przynalezności tych wysp do Argentyny jest chyba jedyną kwestią polityczną łączącą wszystkich argentyńczyków. Same wyspy nie mają większego znaczenia (choć mozliwe jest w ich okolicach trochę ropy- co oczywiście znaczenie już ma), ale znaczenie ma duma narodowa i wyzwalanie się od wpływu obcych mocarstw na sprawy wewnętrzne.
A to co się obecnie dzieje tutaj, wbrew pozorom ma znaczenie dla całego świata- jak w soczewce jest widać zmieniający się układ sił na świecie. Jak zwykle dygresja- XX-wieczna historia Argentyny to historia państwa zbyt dużego i odległego, aby je całkowicie podbić lub zdominować, a jednocześnie zbyt słabego, aby samodzielnie oprzeć się rozgrywkom mocarstw. I gdy te mocarstwa były osłabione lub zajęte gdzie indziej, dzięki lokalnym elitom ten kraj ruszał do przodu i to zwykle w oszałamiającym tempie. Takie czasy znów mamy teraz, USA najpierw zajęte wojną w Afganistanie i Iraku, a obecnie już bardzo wyraźnie słabnące tracą możliwości nacisku na kraje Ameryki Południowej i rozgrywania ich przeciwko sobie. Po zmianie w Argentynie w 2002 zawiązał się bardzo silny sojusz argentyńsko-brazylijski, który oficjalnie tworzy jakieś regionalne organizacje, ale od nieoficjalnej strony, konsekwentnie ruguje wpływy USA z kontynentu. I robi to z zabójczą skutecznością. Międzynarodowego Funduszu Walutowego już tu nie ma. Chyba nawet zlikwidowali wszystkie biura, bo olbrzymia większość (a może wszystkie) południowomarykańskie rządy poinformowały, że nie zamierzają w żadnym wypadku korzystać z ich usług. W ciągu ostatnich lat kolejne rządy zrywały, lub zaprzestawały respektowania umów o wspólpracy militarnej i wywiadowczej z USA, a także przestawały „współpracować w zakresie zwalczania przemytu narkotyków”. Drobne wyjaśnienie- po zszarganiu sobie opinii przez CIA, w czasach Reagana ciężar utrzymania dominacji w Am. Łac przez USA przesunięto na DEA (Drug Enforcement Agency)- krótko mówiąc, zamachy stany organizowano pod płaszczykiem walki z narkotykami. Teraz to się zmienia- jakoś zamachów stanu zdecydowanie ubyło, choć prawdą jest, że mniejsze państwa regionu napotykają na pewne granice swojej samodzielności.
I tu wracamy do naszych wysepek, ale znowu do głębokiej historii. W 1833 roku, kiedy wyspy te miały spore znaczenie strategiczne (jako baza wielorybników i bezpieczny port po opłynięciu przylądka Horn), brytyjska eskadra przybiła do brzegów wyspy i kazała zdjąć argentyńską flagę i zawiesić brytyjską. Argentyński dowódca odmówił i jego oddział został właściwie nie tyle pokonany, co rozbrojony- wobec olbrzymiej dysproporcji sił. Oczywiście żadnego stanu wojny nie było- Anglicy zwyczajnie przypłynęli i zajęli kawałek suwerennego kraju. Coś jak amerykańskie „operacje pokojowe”. Zresztą kilka lat później w 1845 roku Anglicy i Francuzi blokowali przez 5 lat potr w Buenos Aires- ot, tak sobie, bo im się nie podobał argentyński prezydent i komora celna w Buenos Aires.
Możemy już wrócić do współczesności- oczywiście dziś większość populacji wysp to brytyjczycy (i z nowej imigracji- rosjanie- oni są wszędzie), więc kwestia zwrotu wysp jest delikatna i skomplikowana- rząd JKM stoi na stanowisku samostanowienia mieszkańców, którzy jednak wolą mieszkać w UK niż w Argentynie (ja osobiścię wole odwrotnie, ale jestem raczej nietypowy...), więc na drogę obustronnie dobrowolnego rozwiązania politycznego nie ma co liczyć. Więc z okazji 30 lecia wojny na Atlantyku Południowym (jak to się tu nazywa) trwa eskalacja konfliktu.
Najpierw rząd argentyński ogłosił, że statki pływające pod banderą Wysp Falklandzkich są rejestrowane nielegalnie, wobec czego nie będą wpuszczane do portów (ponieważ nie ma takich wysp- są Malwiny, część argentyńskiej prowincji Tierra del Fuego). Z tym stanowiskiem się zgodziła Brazylia i pozostałe państwa Am. Poł. To było jeszcze mało bolesne, choć celne uderzenie. W odpowiedzi Brytyjczycy zachowali się po staremu, tylko właśnie zapomnieli, że zmienił się układ sił. Wysłali swój najnowszy niszczyciel. Tym razem jednak nie do Buenos Aires, a tylko na wyspy. Odbyło się w Buenos parę demonstracji prowojennych (wyspy do dla argentyńczyków sprawa honoru, a to nie żarty), na szczęście La Presidenta jak zwykle umiała lawirować i z wielką pompą ogłosiła, że.... wysyła petycję do ONZ o rozstrzygnięcie sprawy.
W międzyczasie zawieszono wszystkie połączenia na wyspy. Opierało się tylko tracycjnie nieprzyjazne Argentynie Chile, ale po odmowie zgody na przeloty nad terytorium argentyńskim zawieszono ostatnie cywilne połaczenie lotnicze  Nie zawieszono, jest to jedyne cywilne połączenie, które pozostało i chroni je umowa pomiedzy Argentyną i UK z 1999 r. Nie udziela za to zgody na żadne loty czarterowe. Loty na wyspy wykonywał już tylko wykonuje jeszcze RAF- z baz w Anglii... to tak coś koło 20 godzin lotu z międzylądowaniami. Następnie Argentyna odmówiła wpuszczania statków, które w ogóle w czasie rejsu zawijały na wyspy. Tym razem także Chile się przyłączyło- o Brazyli i Urugwaju oczywiście już nie wspominam. To było już potężne uderzenie. Faktycznie pozbawiło wyspy w całości dochodów z turystyki (na południowej trasie wycieczkowce obowiązkowo zawijają do Ushuaia- każdy chce zobaczyć „miasto na końcu świata, a na wyspy tylko niektóre- więc teraz ani jeden....) , poza tym na wyspach już brakuje świeżych warzyw (tam nie rosną...), a nawet jajek.
Tym razem nie brytyjski rząd, tylko prasa dolała oliwy do ognia. Największa (a tak naprawdę jedyna) gazeta na Malwinach zamieściła na pierwszej stronie zdjęcie La Presidenty z podpisem w stylu „ta k...”. Cóż- publiczne obrażanie kobiet to jest rzecz, która się nie mieści w głowie żadnego macho. Tu kolejna drobna dygresja- jakiś czas już temu, kolega się spóźnił na spotkanie i taką historyjkę mi opowiedział- otóż w metrze, jakiś po prostu menel wyzywał dość ordynarnie swoją żonę/kobietę- podobnego towarzystwa zresztą. Pasażerowie, po uprzedzeniu, że tak nie należy, zwyczajnie go obezwładnili, zatrzymali pociąg(!) i oddali delikwenta policji. W obliczu takich zwyczajów, chyba nikogo nie dziwi, że zastrajkowali dokerzy. Ogłosili, że nie będą obsługiwać żadnych statków pod brytyjską banderą, ani należących do brytyjskich kompani pod tanimi banderami. To musi boleć... A należy przypomnieć, że Argentyna nic nie potrzebuje z UK, za to UK argentyńskiego zboża i soi, jak najbardziej. Cóż XIX, a nawet XX wiek się skończyły, ale niektórzy jeszcze tego nie zauważyli.
Wracając do sprawy- następnie nastąpił dość zaskakujący ruch, Cristina zaproponowała wznowienie połączeń lotniczych na wyspy. I to z Buenos Aires! Zastanawiając się o co chodzi- w tym jest metoda. Jeśli jedynym wyjściem na świat będzie Buenos- to w rzeczywistości Argentyna będzie miała wobec wysp taką przewagę jak Rosja z gazem wobec Ukrainy. Rząd brytyjski pewnie to rozumie, ale jak ma odrzucić tak wspaniałomyślna propozycję- jak w oczach świata (przynajmniej hiszpańskojęzycznego) jest „podżegaczem wojennym”?
I tak się robi politykę...
Update- nowe informacje, pojawiły się po napisaniu posta.
Rząd peruwiański ogłosił, że odmawia zgody na wpłynięcie brytyjskiego niszczyciela, który miał odbyć kurtuazyjną wizytę od najbliższego wtorku (więc okręt już jest w rejsie i zapewne będzie miał problemy z zaopatrzeniem po drodze) oraz, że prazydent Peru, Z POWODU NIEUZNAWANIA PRZEZ UK UZASADNIONYCH ROSZCZEŃ ARGENTYNY WOBEC MALWINÓW, odwołuje zaplanowaną wizytę w Londynie i nie będzie się tam wybieral w przewidywalnej przyszłości, a zamiast tego- wybiera się do Buenos Aires.
Dla drobnego wyjasnienia- Peru jest dość słabym państwem i w znacznym stopniu uległym wobec obcych nacisków- więc po tym wyraźnie widać, kto ma siłę.
A jak też widać- ta zimna wojna Wielką Brytanię kosztuje coraz większe pieniądze, Argentyna kolejne dość mocne uderzenia wykonuje bez kosztów i strat, dyplomacją i handlem. A też przypominam, że rząd UK jest uzależniony od pożyczania pieniędzy- znaczy to wszystko robi na kredyt, a tutejszy nie tylko nie pożycza, ale i spłaca gigantyczne długi.
Więc jeszcze raz- i kto tu jest mocarstwem i potrafi prowadzić politykę? Patrząc na to, zaczynam mieć przeczucie, że UK zacznie lobbować w ONZ za rezolucją oddającą Argentynie wyspy....