Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kanał Gliwicki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kanał Gliwicki. Pokaż wszystkie posty

Plan Morawieckiego, czy może kogo innego, czyli jak się skończy modernizacja Polski?

Tytułowy problem ma tak wiele płaszczyzn, że nie sposób udzielić jasnej, prostej i krótkiej odpowiedzi na to pytanie. 

Są jednak pewne wspólne mianowniki łączące w całość zamiary obecnego rządu i większości parlamentarnej. Piewszy to socjalizm, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Transfery środków w stronę biedniejszych części społeczeństwa, przywrócenie godności pracy, zmniejszenie poziomu kapitalistycznego wyzysku. To rząd i Sejm robi w miarę kompetentnie, te działania już przynoszą efekt i będą przynosić coraz wyraźniejsze. Ta część programu spowoduje większy poziom bezpieczeństwa socjalnego, większe dochody rozporządzalne w biedniejszej części społeczeństwa, czyli impuls konsumpcyjny, czyli ruszenie rynku konsumenckiego. To jest plan 500+, walka z umowami śmieciowymi, etc. Dokładnie tak należy rządzić, nie ma się co rozwodzić.

Druga sprawa to modernizacja. Modernizacja państwa i gospodarki. O tyle istotna, że bez niej na dłuższą metę nie da się utrzymać wzrostu dochodów i tym bardziej konsumpcji.
W największym uproszczeniu- socjalizm bez modernizacji doprowadzi do załamania, socjalizm w nowoczesnym państwie z nowoczesną gospodarką to jest naprawdę świetna sprawa. Tak przynajmniej twierdzą np. Skandynawowie.

Większość polskiego społeczeństwa także z chęcia by przyjęła norweską, szwedzką czy duńskią siatkę bezpieczeństwa socjalnego i poziom życia. 

Do tego potrzeba jednak drugiego elementu. Modernizacji państwa i gospodarki. W zakresie modernizacji państwa chodzi o sprawniejsza administrację. Zarówno dla obsługi obywateli, biznesu, jak też danin publicznych. W wielu miejscach już jest przyzwoicie, w innych marnie. Z poważniejszych rzeczy potrzeba ucywilizować działanie kontroli skarbowej, uszczelnić VAT, rozbić zorganizowaną przestępczość z tym związaną i stona danin publicznych w miarę będzie działać. To jest częśc potrzebnej modernizacja państwa. Dzięki temu nieco zwiększą się dochody budżetowe kosztem zmnieszenia dochodów przestępczości zorganizowanej, a zwyczajnie przedsiębiorcy nie będa narażenie na nieuczciwą konkurencję paserów i pralni pieniędzy. Same pozytywy, z tym obecny rzad też, co najmniej cześciowo, sobie poradzi.

Podstawowa kwestia polega jednak na modernizacji gospodarki. Podział dochodów zostanie dziś nieco przesunięty od kapitału w stronę pracy, to nie jest żaden problem. Gospodarka ogółem wzrośnie dzięi masowej konsumpcji. Ale co potem? Później trzeba odpowiedzieć, na bardzo ważne pytanie- jak to zrobić, aby wypracowywać więszoś wartość dodaną, wyższe marże i tort do podziału był większy.

Dziś podstawa polskiej gospodarki to pracochłonny przemysł. Inaczej mówiąc bieda-montownie. W sumie nic w tym złego, to jest dobre miejsce startu. Jeśli tylko z tego miejsca startu potrafi się potem przejmować coraz większą część łańcucha dostaw i dostarczać do tych montowni kolejne elementy, których produkcja wymaga kapitału, wiedzy i taniej energii. W taki sposób swój skok technologiczny wykonały prawie wszystkie kraje Azji Wschodniej. 

Tylko że te montownie muszą być częścią krajowej gospodarki, w taki lub inny sposób, a nie tylko prostą eksploatacją pracowników w zakładzie międzynarodowego koncernu. W Polsce występują zarówno jedne jak i drugie. Te drugie to sa polskie marki, sprzedające wyroby polskiego przemysłu. Tyle, że wszystkie komponenty wymagające dla swej produkcji nie siły roboczej, a przede wszystkim kapitału, energii lub wiedzy są sprowadzane. Z krajów, które dysponuja kapitałem, są światową czołówką wiedzy technicznej lub mają zasoby taniej energii. 

Łacznie poprawa redystrybucji dochodów i modernizacja administracji pozwoli na stworzenie względnie normalnego i nie tak dziadowskiego jak dziś kraju. To już będzie jakiś sukces. Jednak w celu wyjścia z pułapki średniego dochodu, trzeba przemysł przestawić z bieda-montowni na wytwarzanie produktów z sensownym wkładem własnej technologii, marek o ponadkrajowym znaczeniu, wreszcie przemysłu ciężkiego mogącego konkurować na światowych rynkach, czyli nowoczesnego i mającego dostęp do taniej energii.

Z czego podkreślę jeszcze kilka razy- tania energia jest istotna tylko dla enegochłonnego przemysłu i tylko takiego, który konkuruje na światowych rynkach. Huta aluminium może płacić praktycznie dowolne wynagrodzenia swoim pracownikom, to ma znikomy wpływ na jej opłacalność. Ale 1% różnicy w cenie prądu to często jest być lub nie być. Tak samo w warsztacię wytwarzającym superprecyzyjne elementy, cokolwiek to będzie. Wysokość płac ma drugorzędne znaczenie, ale brak dostępu do kapitału na zakup nowej obrabiarki to jest wyrok dla firmy.
W montowniach koszt kapitału jest znikomy. W skrajnym przypadku to po prostu barak z blachy. Za to o opłacalności decyduje wysokość płac brutto.  Stąd do barako-bieda- montowni tak idealnie pasują umowy śmieciowe.

Dla rozwoju "lepszego" przemysłu potrzeba kapitału, którego zarządcy będą chcieli uruchamiać wytwórczość wymagającą tego kapitału, a nie np. na drodze przejęć i korpucji zdobyć monopol w jakims elemencie rynku detalicznego. To bardzo ładnie można nazwać patriotycznym kapitałem. Wiedząc co się chce zrobić, zebranie koniecznych środków przeważnie jest możliwe. Może być bardzo utrudnione w kraju, gdzie większość środków produkcji jest w rękach niewyedukowanej oligarchii, która nie ma w zwyczaju płacić ani pracownikom, ani państwu.  

Dla przemysłu opartego o wiedze potrzeba przede wszystkim powszechnego szkolnictwa na wysokim poziomie kultury technicznej oraz pewnej ilości uczelni wyższych mieszczących się w światowej czołówce kształcenia z nauk ścisłych i inżynierii. Oraz pewnej ilości firm, które mogą zaabsorbować wystarczająco wykwalifikowaną kadrę i rozpocząć wzrost i ekspansję. Oprócz firm-rodzynków technologii drugiego gatunku, żadnej z pozostałych rzeczy w Polsce nie ma. Oprócz tego pozostaje pytanie, czy na samej wiedzy i technologii można utrzymać średniej wielkości kraj. IMO- nie. Bez pozostałych gałęzi przemysłu, zwłaszcza ciężkiego, nic z tego nie wyjdzie.
Co nas sprowadza do wspólnego mianownika- tania energia dla przemysłu i zaawansowane możliwości rozwoju technologii to jest przepis na sukces. Innego nie ma. Potrzebne sa te dwa czynniki.
To może spójrzmy. Gwałtowny i wielki rozwój przemysłu w Niemczech zjednoczonych przez Prusy. Te same Prusy, które oprócz militaryzmu przynosły światu wzór organizacji edukacji technicznej. Popyt militarny z jednej strony i bardzo dobre wykształcenie praktycznie całego społeczeństwa z drugiej. Oczywistym efektem było powstanie licznego i zaawansowanego przemysłu, jak najbardziej opartego na wiedzy, który ma się dobrze do dziś. Dokładnie wiadomo jak to zrobić. 

Wcześniej gospodarka Szwecji wyrosła na obfitości drewna, które stanowiło paliwo dla produkcji żelaza. Następnie, po opracowaniu wydajnych metod pozyskiwania elektryczności ze spadku wody, pod koniec 19 wieku, do grona krajów opierających swoją gospodarkę na energochłonnym przemyśle dołączyła Norwegia i Szwajcaria. Jeden z planów industrializacji Polski, realizowany w latach 60-tych też łączył się z produkcją taniej elektrycznosci z węgla brunatnego i energochłonnej produkcji. Realia ostatnich lat pokazały, że elektrycznosć z węgla brunatnego i tak jest zbyt droga np. dla produkcji aluminium.

Innym źródłem energii dla przemysłu cięzkiego był węgiel. Był, dziś już nie jest. We wszystkich nowo budowanych i olbrzymiej części istniejących instalacji przemysłowych używa się głównie, lub wyłacznie, prądu. Co sprowadza nas do kwesti taniego prądu, przynajmniej dla przemysłu ciężkiego. A prąd produkowany w elektrowniach cieplnych, czy to węglowych, gazowych, czy atomowych już dziś nie jest konkurencyjny jako źródło energii dla energochłonnej produkcji i w przyszłosci tym bardziej nie będzie.
Co nas sprawadza do następnego wniosku- przemysł ciężki może działać w kraju taniej energii, lub dotowany w kraju, gdzie dostarcza półproduktów dla wyrobów wiedzochłonnych.
Lub stać się kamieniem u szyi ciągnącym cała gospodarkę na dno, który to scenariusz w sporej części przerobił "blok socjalistyczny". 

Pozostaje powtórzyć tę samą alternatywę tania energia i dobra edukacja w dodatku do liderów partiotycznego kapitalizmu albo bieda-montownie.
Plan Morawieckiego polegał w swej ideii na tym, aby zebrać dostępny krajowy kapitał, dzięki niemu obniżyć koszty energii i transportu (co też się zalicza do energii) oraz stworzyć liderów patriotycznego kapitalizmu, którzy swoimi inwestycjami napędzą wytwórczośc opartą na wiedzy. 

Po dopracowaniu szczegółów technicznych powstał plan Tchórzewskiego- Gróbarczyka, który polega dla odmiany na tym,  że firmy planowane na liderów kapitałowych zamiast na inwestycje w budowę polskiego przemysłu, wydadzą pieniądze na zakup przestarzałego sprzętu w międzynarodowych koncernach oraz zostanie zatłuczona pałką i pocięta tępą piłą każda próba naruszenia monopolu przestarzałej technologii i wielkiego kapitału w energetyce. Podobna kultywacja zacofania technologicznego jest przewidziana w infrastrukturze.
Na to zostaną wydane pieniądze, które miały być przeznaczone na budowę krajowych liderów technologicznych i obniżanie kosztów energii. Najszybciej rozwijająca się i jedna z najbardziej innowacyjnych dziedzin przemysłu zostanie w najbliższych tygodniach w Polsce zlikwidowana, a jej rozwój uniemożliwiony nawet przy użyciu prywatnych kapitałów.
W skrócie plan Tchórzewskiego- Gróbarczyka to jest podwyższenie kosztów energii oraz zabicie możlwości modernizacji polskiej energetyki, aż do następnego pokolenia, bo złom który zostanie teraz zakupiony i zamontowany jednak będzie przez jakiś czas nadawał się do użytku i wymagał spłacenia kredytów. 

W odpowiedzi na te uszczegółowienie, Morawiecki skorygował swój plan i zamiast rozwoju opartego o szeroki przekrój przemysłu pojawia się tam tylko rozwój oparty o wiedzę. Co nasuwa bardzo poważne podejrzenie, że wicepremier pewnie lepiej ode mnie zdaje sobie sprawę z powyższych zależności, oraz, że na chory plan rozwoju energetyki i infrastruktury może poradzić dokładnie tyle co ja, czyli nic.

Szkoda tylko, że to jego nawisko będzie przylepione do dzisiejszych działań rządu i Sejmu jak już wszystko zakończy sie piękną katastrofą.
Ostatni ratunek i jakakolwiek szansa pozostaje w stworzeniu naprawdę dobrego systemu szkolnictwa, gdzie absolwenci przeciętnych szkół średnich będą rozumieć podstawy zalezności fizycznych i techniki w kazdej dziedzinie, a inzynierowie w swej masie należeć do światowej czołówki. Dzięki temu w już następnym pokoleniu będzie można znów wystartować z modernizacją kraju. O szansach na realizację tego aspektu modernizacji jeszcze nie potrafię nic powiedzieć.
Może następna próba będzie odbywać sie z decydentami na poziomie wiedzy i rozumienia techniki takiej jaką miał Mościcki i Kwiatkowki, a nie takiej jak Tchórzewski i Gróbarczyk.

Po szczegóły i konsekwencje poruszanych tu rzeczy dotyczących energii i transportu zapraszam jak zwykle na https://rewolucjaenergetyczna.wordpress.com/







Zamarzło, moze odmarźnie

Jednym z konceptów, które pojawiły się w powieści "Lód" Jacka Dukaja jest "zamarźnięcie" ludzi i idei. Polegało ono na tym, że gdy tytułowy Lód dostał kogoś w zasięg swojego oddziaływania, to jego relacje ze światem, poglądy polityczne i rozumienie świata przestawały się zmieniać. Właśnie zamarzały. Mógł uczyć się nowych rzeczy, nabierać doświadczenia, ale w żaden sposób nie mógł dokonać żadnego przełomu w swoim życiu, ani zmienić poglądów na religię, politykę, czy technikę, które miał przed zamarźnięciem. Nie był w stanie nawet pogodzić się z przyjacielem z którym pokłócił się akurat zaraz przed zamarźnięciem. 

Tym bardziej nikt nie jest w stanie zmienić swojego myślenia na przyjęcie nowego sposobu życia, czy nowej technologii. W powieści Lód pojawił się w 1908 roku, znikł w 1924. Pomimo tego, że w rzeczywistości był to okres niesamowitych zmian technologicznych i całkowicie nowych zjawisk społecznych przez nie spowodowanych (samochód, samolot, telefony i upowszechneinie elektryczności) to w świecie bohaterów powieści nic takiego nie istnieje. Istnieje świat, jaki był w 1908. Nie dlatego, że tego postępu technologicznego nie był. On był, tylko tam, gdzie zamarzło nie był on przyjmowany do wiadomości. Co istotne- to nie brak wiedzy, czy dostępu do niej był tego powodem. Przyczyną było zamarznięcie i nie przyjmowanie do świadomosci użyteczności i możliwości zmian, zarówno w społeczeństwie, jak i technologii. 

Pozwolilem sobie nieco dłużej wytłumaczyć, i co nieuniknione zaspoilerować część powieści tym, którzy nie czytali, a mają zamiar. I tak warto przeczytać. Zbyt wiele fabuły nie opowiedziałem.

To pojęcie "zamarźniecia" pozwoliło mi znaleźć wspólny mianownik dla sporej części obecnego polskiego rządu. Już przed wyborami pisałem, że nie wierzę w prawdziwość koncepcji oparcia przyszłości polskiej energetyki na węglu,a  transportu na żegludze śródlądowej. Teraz, gdy tego typu plany zostały ogłoszone i są wcielane w życie, razem z zamiarem budowy elektrowni atomowej musze to przyjąć do wiadomości. 
Nadal nie wierzę, że normalni ludzie, w jakimkolwiek stopniu kompetentni mogą w 2016 roku wpaść na takie pomysły jak realizowana przez rząd Szydło koncepcja transportowo- energetyczno- ekologiczna. Jednocześnie w tym samym rządzie znajdują się ludzie, którzy są z 21 wieku i sprawnie wykonują swoje obowiązki, bardzo sprawnie przebudowując Polskę na normalny zachodni kraj- to jest Macierewicz, Ziobro, Streżyńska, Morawiecki, Radziwiłł. 
Powtórzę- nie wierzę, że ludzie normalni, minimalnie kompetentni moga realizować takie pomysły w roku 2016. Panowie Szysszko, Tchórzewski, czy Gróbarczyk wyglądają i zachowują się zupełnie normalnie. Jak ktoś ma wątpliwości zawsze można porównać do Ewy Kopacz i Bronisława Komorowskiego. Na przykład w japońskim parlamencie. Ze stosowną praca też mieli jakiś kontakt, co najmniej powinni znać tytuły naukowych periodyków, z których można się czegoś dowiedzieć o współczesności. 

Pozostaje tylko jedna odpowiedź. Oni nie są z roku 2016. Nie są nawet z 1990, czy okolic. Ten sposób myślenia i poziom wiedzy wskazuje gdzieś na lata 30-te. Co przy okazji świetnie wyjaśnia też zachowanie ministra Waszczykowskiego. Lata 30-te to były czasy gabinetowych porozumień, tajnych sojuszy i załatwiania umów handlowych o skrzynkę pietruszki na poziomie rządowym. Dziś dyplomacja to bardziej sztuka stwarzania opinii o państwie, wykorzystywania diaspory i umiejętnego budowania opinii dla biznesu. I teraz- przecież Waszczykowski nie tylko nie robi współczesnej dyplomacji. Sądzę, że nawet nie tyle nie ma o niej pojęcia, co aktywnie neguje jej istnienie. Zamarzł.

Nikt mi nie wmówi, że minister Tchórzewski nie ma pojęcia o dzisiejszym potencjale transportowym kolei, jej elektryfikacji i nie potrafi tego porównać z potencjałem Odry i Wisły jako dróg transportwych. Jest z wykształcenia i praktyki kolejowym inżynierem elektroenergetykiem. Musi mieć o tym choćby minimalne pojęcie. Ale w takim wypiera tę wiedzę ze świadomości. 

Z takimi ludźmi źle się dyskutuje, tak naprawdę zupełnie się nie da, ale poza tym zwykle są nieszkodliwi. Chyba, że zaczynają decydować o politce kraju.
Odwołam się znów do Dukaja, według książki takich ludzi nie da się przekonać niczym. Aż wszystko odmarźnie, wtedy oni też. 

I znikną w kilka dni. Problem z tym rokiem 1938 polga na tym, że trwała wówczas pełną parą modernizacja kraju autorstwa Moscickiego i Kwiatkowskiego. Różnica polega na tym, że obaj mieli doskonała orientację w najnowszej światowej technologii (a Mościcki ją osobiście tworzył) i to co zaprojektowali i wdrożyli było na swoje czasy supernowoczesne i całkiem dobrze zdawało egzamin przez następne dzisięciolecia. Bardzo kulawo, ale plany Kwiatkowskiego realizowano w PRL, prawie wszystkie wielkie symbole modernizacji i postępu to był własnie dorobek 2 RP. Supernowczesne w latach 30-tych elektryczne zespoły trakcyjne, którymi większosć Polski jeździ do dziś, lokomotywy zaprojektowane przez Enlish Electic na zlecenie i za pieniądze PKP, których dostawy zaczęły się w 1938. A potem za czasów Gomułki jeszcze raz zapłacono Enlish Elecrtic za licencję na produkcję tych samych lokomotyw, nadal całkiem nowoczesnych w latach 60-tych i jeżdżących do dziś. ALe przecież nikt nie bedzię takiego sprzętu dziś wdrażać do produkcji jako "rozwoju kraju". To było, minęło, świetnie spełniło swoją rolę, działa nadal, ale dziś, jesli mówimy o impulwsie rozwojowym to przecież trzeba tworzyć infrastrukturę i przemysł, który będzie nowoczesny jutro i za 30 lat, a będzie spełniać swoją funkcję przez następne 80 lat. 

To co proponuje dziś rząd Szydło jako kierunek rozwoju infrastruktury transportowej i energetycznej jest prostym dokończeniem plau Kwiatkowskiego. Tylko bez uwzględnienia faktu, że w międzyczasie minęło prawie osiemdziesiąt lat. Idee i standardy, które wtedy wdrożono, dziś powinny zostać wycofane. Dla przykładu- elektryfikacja 3 kV DC była najlepszym wyborem z dostępnych w latach 30-tych. Ale dziś nikt nie buduje nowych sieci z takim napięciem, światowy standard kolei to jest 25 kV AC, wszyscy korzystający z innych swoje sieci przebudowywują. W 1938 problemem był sposób transportu węgla do Gdyni i spławność Wisły oraz kanał przez Śląskubył dobrym rozwiązaniem, nowa linia kolejowa przez Kaszuby mogłaby służyć z większym stopniu do konktaktu ze światem. Dziś to wszystko nie ma przecież żadnego znaczenia, eksport węgla nie ma żadnego znaczenia, połaczenia z portami są wystarczające, ale oni o tym, nie wiedzą i nie przyjmą do wiadomości.
I co z tym zrobić? Zamarźli w 1938.

Ale jest druga strona zagadnienia. Rok 1938 były to czasy w któych dla komunistów, radzieckich agentów i proniemieckich sprzedawczyków nie było miejsca w przestrzeni publicznej. 
Powtórzenia tego ostatniego oczekuję od PiS. A następnie grzecznego oddania władzy następnemu rzadowi, który nie będzie mieć nic wspólnego z PRL, PRL-bis, 3RP oraz wydawaniem setek miliardów złotych na dokończenie planu Kwiatkowskiego.
Na szczęście panowie Rzepliński, Schetyna i Kijowski bardzo ciężka pracują nad tym, aby Polscy nie zapomnieli jak złym i gównianym dla większości swoich obywateli państwem była 3RP, oraz nad tym, aby wszystkich przekonąć, że jak tylko dostaną z powrotem władze, to będą ze świętym przekonaniem hodawć i kultywować wszystkie patologie neokolonializmu. Za to wyborcy już ich docenili, panowie robią wszystko, aby nie zapomnieli i naprawdę to należy docenić.
 W miedzyczasie PiS robi wszystko, aby być postrzeganym jako prawdziwa autorytarna partia z lat 30-tych, taką też prowadzi politykę informacyjną i gospodarczą. 

W takim razie pozostaje pytanie- jak to wszystko odmarźnie i kiedy?
Ja widzę to tak- obecne działania w zakresie pobudzania gospodarki i usprawnienia administracji przyniosą efekty. Niezłe, może nawet spektakularne. Usprawniona administracja, ograniczone złodziejstwo i transfer tych pieniedzy w dół społeczeństwa musi spowodować natychmiastowe przyspieszenie gospodarki.

Duży program inwestycyjny- jeszcze większe. Społeczeństwo, które w swej większości przejdzie z upadlającej niepewności pracy i płacy do względnie normalnego życia troche zacznie się interesować państwem, a przynajmniej stanej środowiska wokół domu. Później, gdy inwestycje zaczną się kończyć, zbudowane obiekty zaczną pracować, to wyjdzie ich niedorzeczność ekonomiczna. ALbo nie wyjdzie, bo będa cały czas dotowane, ciągnąc w dół całą gospodarkę. To doprowadzi albo do dojrzałej dyskusji technicznej i przyrodnieczej i zmiany kierunku, albo do załamania gospodarki i zmiany kierunku, albo do międzynarodowych sankcji wskutek niedotrzymania celów klimatycznych i zabetonowania na amen władzy na swoim stanowisku, aż do wykończenia gopodarki i nowej faki neokolonializmu, tym razem w jeszcze bardziej zacofanym kraju.

Dojrzała dyskusja wymaga odmarźnięcia. Zakończenia podziałów z 2 RP. Tego kraju już nie ma. Był, było to dobre, a pod koniec, po wychowaniu własnych elit, także dobrze rządzone państwo, ale jego rozwój został przerwany. Potem, na radzieckich czołgach przywieziono kacapskich bandziorów, którzy przez dzisięciolecia udawali elity i kooptowali do siebie co sprawniejszych i amitniejszych ze społeczeństwa. Kacapskich bandziorów już prawie się udało pozbyć, wszystko jest na dobrej drodze. Potem bedzie trzeba znaleźć ludzi, którzy potrafią budować normalny kraj i wspierać społeczeństwo, aby żyć w spokoju i dobrobycie. Bez durnych konfliktów z mentalnymi i fizycznymi potomokami kacapskich bandziorów, ale też w kraju ze sprawną i nowczesną infrastrukturą, zamożnym i dobrze rzadzonym. 


Najpierw wstać, potem biegać. Nigdy odwrotnie.

Na blogu Rewolucja Energetyczna opisałem co sądzę o rządowym pomyśle inwestycji w polski transport śródlądowy. Jeśli ktoś nie ma ochoty czytać dokładniejszych wywodów, to sądzę, że minimalne inwestycje w spławność Odry mają drobny sens, który słabo, ale jakoś tam da się uzasadnić. Duże inwestycje, w tym budowa Kanału Śląskiego są idealnie bezsensownym wyrzucaniem pieniędzy, a pomysł przerobienia Wisły na rzekę przemysłowo- transportową jest ekonomicznie kompletnie głupi, ale przede wszystkim wzorcowo barbarzyński. 

Ok, zdarza się. Pomysłów wydawania bez sensu miliardów w połaczeniu z barbarzyństwem naprawdę nie trzeba daleko szukać. I to wcale nie w trzecim świecie. Pomysł budowy bloku Hinkley C mądrością prawie temu dorównuje.
Poznęcajmy się jeszcze chwilę się nad premierem Kamerunem, czy jak to się teraz nowocześnie mówi. Hinley C to jest nowy, mający powstać blok atomowy w elektrowni w Hinkley Point, Anglia. David Cameron i jego rząd poziomem swojej wiedzy technicznej mocno odstaje nie tylko od nowego premiera Kanady (link), ale zapewne także od przeciętnego nastolatka z kraju o dobrej edukacji technicznej. To, co można i trzeba powiedzieć dobrego, nie o Prime Minister, a o rządzie UK, to fakt, że dostając pomysł komercyjnie opłacalnej energetyki atomowej, jaki sobie wymyslił Camaron i spółka, administracja go realizuje całkowicie bez żadnego skręcenia politycznego. Urzędnicy prowadzą przygotowania do tej inwestycji spokojnie i profesjonalnie, inwestycja posuwa się do przodu. jednocześnie nikt nie manipuluje rzeczywistością, nie nagina faktów i nie robi prezentacji z danymi z księżyca, z których wynika, coś innego niż może wynikać z normalnego rachunku. To wszystko prowadzi do dość oczywistej konkluzji, że komercyjna energetyka atomowa jest kompletnie niemożliwa, a jedyne opcje polegają na kompletnym olaniu kwestii bezpieczeństwa lub dotacjach tak wielkich, że trzeba je ukryć przed opinią publiczną. To, za co należy podziwiać brytyjską administrację, to własnie fakt, że dokonała zupełnie podstawowych obliczeń, które czarno na białym wykazały, że premier wymyślił rzecz kompletnie głupia od poczatku do końca i nikt nie ma o to pretensji. Bo administracja swoją robotę wykonywała niezależnie od tego czyj to był pomysł, z jakiej partii jest premier, etc. Dlatego wychodzą i są opinii publicznej ujawniane prawdziwe koszty i korzyści. Koszty sa absurdalne, korzyści wątpliwe, ale czy projekt dojdzie do skutku, nie bedzie decydować administracja a politycy. I jest to zupełnie właściwy i rozsądny podział ról.
Teraz patrzymy na sytuację w Polsce. Minister wyskakuje z planem inwestycji na dziesiątki miliardów, największej interwencji w polski ekosystem w historii i uzasadnia to prezentacją z 20 obrazkami i 30 linijkami tekstu (PDF), pełnej rzeczy obrażających dzisiejszą wiedzę techniczną, a nawet fizykę ze szkoły podstawowej (jak porównanie energochłonności rodzajów transportu bez uwzględnienia kwestii elektryfikacji kolei). Ok, zdarza się, brytyjski premier nie ma pojęcia o równie prostych rzeczach, to dlaczego tego oczekiwac od polskiego ministra. 
Ale teraz należy oczekiwać i oczekuję, że polska administracja, która będzie opracowywać szczegóły planu prawidłowo wyliczy realne koszty i korzyści, w tym prawidłowo określi oszczędności pracy i paliwa. Hahaha.

Tyle komentarza na temat porównania polskiej administracji do zachodniego profesjonalizmu. To może sformułuję mój postulat i oczekiwanie znacznie dokładniej- droga pani premier Szydło, uprzejmie prosze o załatwianie spraw po kolei. Wszyscy dobrze wiemy, że administracja RP nie działa w minimalnie przyzwoity sposób w żadnej dziedzinie. Aparat urzedniczy jest w najlepszym przypadku niekometentny, a często przeżarty układami korupcyjnymi lub wręcz ocierającymi sie o zdradę państwa. 
Załatwianie spraw po kolei oznacza w tym konkretnym przypadku doprowadzenie państwa do działania w jakiś minimalnych cywilizowanych standardach, a potem robienie planów wielkich inwestycji. Ponieważ zawsze może się zdarzyć, że minister jest przez przypadkiem niekompetentnym nieukiem, któremu ktoś wciśnie ładną prezentację. I wtedy kompetentni urzędnicy, którzy nie musza się nikomu podlizywać, ani nie mają w zwyczaju podkładać świń politykom, wszystkie dane dokładnie sprawdzą i wyślą ministrowi raport. A w demokratycznym państwie taki raport w poważnej sprawie zostanie opublikowany i pozna go opinia publiczna, media i odbedzie jakaś prawdziwa dyskusja. Po której jeśli opinia publiczna bedzie w miarę zgodna, to plan ruszy, a jeśli nie, to zostanie publicznie omówiony przez Sejm i on podejmie decyzję. W takim przypadku poziom wiedzy ministra będzie problemem ministra, a nie całego kraju. Deklaracja o przerobieniu największej w Europie dzikiej rzeki na kanał ćwierćżeglowny podjęta przez ministra na podstawie jakiegoś widzimisię to jest klasyka republiki bananowej, którego to losu Polska właśnie próbuje uniknąć.

Ja rozumiem, że są dziś działania naprawdę pilne, jak kwestia obrony granicy wschodniej i możliwości udzielenia wsparcia nadbałtyckim sojusznikom. Tu nawet jakieś błędy nie mają wielkiego znaczenia, bo znaczenie ma czas. Ale plan typu "żeglowność Odry i Wisły" równie dobrze można było ogłosić za rok, już po tym, jak wyrzuciło się wszystkich funkcyjnych ze stosownych ministerstw i zatrudniło ludzi, którzy wiedzą jak wyglada normalna praca, a następnie nauczyli tej normalnej pracy szeregowych pracowników. Ale nie... Po co. Lepiej ogłosić nowy wspaniały plan infrastruktury, zrobiony na poziomie zapadłej prowincji Meksyku. To serio, wczoraj czytałem o tym, jak budowano kolej na Jukatanie. Nie zbudowano, ale ile było pięknego szumu i głupich planów!!!

Jestem za, ale róbmy, albo róbcie wszystko po kolei. Najpierw trzeba wstać, żeby zacząć biegać.