Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmiany klimatu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmiany klimatu. Pokaż wszystkie posty

Po zwycięstwie Bolsonaro

Jair Bolsonaro, jeśli ktoś nie wie, to obecny prezydent-elekt Brazylii.

Brazylia jest federalną republiką prezydencką, w istocie ustrój jest dość podobny do znanego ze Stanów Zjednoczonych. Co oznacza, że prezydent ma naprawdę sporą władzę. Niekoniecznie w zakresie legislacji i czasem go zatrzymuje Sąd Najwyższy, czasem musi się dzielić władzą ze stanami, ale generalnie dość samodzielnie kształtuje politykę kraju. Zwłaszcza jak może liczyć na przychylność parlamentu federalnego, a Bolsonaro prawdopodobnie będzie mógł. 

Jaka piękna katastrofa, czyli dalej o wyborach w USA



Trwa kampania wyborcza w USA. Od dawna, więc nic nowego. Ale jej przebieg jest już dość niezwykły, czego zresztą można się było spodziewać.

Po jednej stronie mamy zawodowego polityka, któremu jest bardzo daleko do charyzmatycznego lidera, ale generalnie rozumie świat i pracę którą ma wykonywać. To jest Hilary Clinton, która będzie prezydentem wystarczająco dobrym, aby niestabilny dziś świat nie wybuchł kompletnie. 

Druga strona jest znacznie śmieszniejsza. Tam mamy faceta, który odziedziczył miliardowy majątek i świetne układy dla łatwego pomnażania go, a następnie sporą część (albo i wyraźną większość) stracił przez decyzje tak nieprawdopodobnie głupie decyzje biznesowe, że przeciętnemu człowiekowi trudno w to uwierzyć. Dość powiedzieć, że od lat 70-tych, gdy za pieniądze ojca zaczął inwestować w nieruchomości, za każdym razem kończyło się to wyłożeniem większych pieniędzy przez ojca, aby wyciągać go z bagna, które sam zrobił. Aż nadeszła radosna końcówka lat 80-tych, gdy u szczytu bańki na nieruchomościach zaczął kupować w najwyraźniej przypadkowy sposób hotele, kasyna i linie lotnicze. Co oczywiście skończyło się tak, jak zupełnie normalnie kończy się kupowanie nieruchomości u szczytu bańki bez grama rozumienia rynku. Z tego co wiadomo, w 1995 stracił 916 milionów dolarów. Nic nie wiadomo o innych latach jego prowadzenia interesów ani o obecnym majątku. Zapewne z ówczesnych "sukcesów" ocalił kilkaset milionów, z których zapewne większości pozbył się najpóźniej w 2009 roku. 
Gdzieś w tym czasie zmienił zawód, z nieudolnego biznesmena na showmena. Konkretnie agresywnego, prymitywnego przygłupa, który udaje światową postać, aby imponować najniższej kategorii oglądaczy telewizji. Nie jest jedyny, ani wyjątkowy. W Polsce w samej kategorii jest Janusz Korwin-Mikke czy Wojciech Cejrowski, w UK Jeremy Clarkson. Każdy z nich może dostarczyć nieco rozrywki, rozsądniejsi się z nich śmieją, głupsi wierzą, ale normalne, zdrowe społeczeństwo nie powierzyłoby władzy żadnej z tych postaci. Swoją drogą, chyba każdy z wymienionych przebył tą samą drogę- od milionera z domu do najemnego pajaca, co oczywiście łączy się z nałogowym zmyślaniem na temat własnego życia i kwalifikacji. 

Tę ostatnią cechę właśnie Trump wzniósł na wyżyny. Najwięcej mówiącym przykładem będzie to, że prawnicy zajmujący się bankructwami Trumpa, czyli zatrudnieni przez niego adwokaci, musieli spotykać się z nim po dwóch, aby zawsze mieć świadka, na wypadek, gdyby Trump wypierał się własnych słów. Krótko mówiąc, jest nie tylko nałogowym łgarzem, ale i prymitywnym łgarzem, bo po co regularnie okłamywać własnych adwokatów? Jedyna rzecz, która z tego przychodzi to wyższy rachunek od nich.

Te media, które zwykle mają apolityczną linię redakcyjną, w obecnej kampanii jednoznacznie ostrzegają przez Trumpem jako osobą niezdolną do wykonywania pracy prezydenta US. Taką deklarację przedstawia redakcja USA Today, pierwszy raz w swojej historii, pod każdym artykułem o Trumpie zamieszcza ostrzeżenie Hufinngton Post."New York Times" opublikował zdobyte przez siebie zeznanie podatkowe Trumpa z 1995 roku, co formalnie jest przestępstwem, redaktor naczelny to przyznał i uznał, że musi się dopuścić tego czynu dla ochrony kraju przed osobą niezdolną do pełnienia urzędu prezydenta.
Na tym tle mamy debaty prezydenckie, gdzie Trump nie potrafi powiedzieć jednego kompletnego zdania na temat swojej polityki, które miałoby jakikolwiek związek z logiką lub realnym światem, a najczęściej bazuje na kłamliwym stereotypie mediów ostatniego sortu i głupawym rozwiązaniu nieistniejącego problemu.

Na to nakładają się teksty obrażające wszystkich i bardzo dziwne zarzuty wobec różnych ludzi, które mają zwyczaj okazywać się rzeczami, które Trump chciał o sobie ukryć. Najzabawniejsze było, jak była Miss Universe obraził w serii tweetów, na koniec sugerując, że są z nią jakieś "sex tapes". dziennikarze zaczęli szukać i znaleźli... firmy pornograficzne z Trumpem.
Kiedy wyszły następne nagrania ze jego stylem odnoszenia się do ludzi, a zwłaszcza kobiet, to prominentni politycy Partii Republikańskiej zaczęli odcinać się od swojego kandydata. Co ma szansę podzielić partię na lata, a nawet ją rozbić.
Słowem- z punktu widzenia Republikanów kompletna katastrofa. Z punktu widzenia świata- kompromitacja amerykańskiej demokracji, że ktoś taki mógł zostać kandydatem głównej partii.
Na koniec- z punktu widzenia warstwy społecznej znanej jako white trash- zachwyt. W końcu mają swojego kandydata. Pokazuje, że ktoś na ich poziomie może należeć do elit, a nawet być nominowany przez Partię Republikańską na prezydenta. 

Nie jest to w żadnym przypadku większość społeczeństwa, ale za to solidna baza, fanatyczna część Partii Republikańskiej. Do tego dochodzi drobna grupa ludzi w jakiś sposób przekonanych do lokalnych polityków Republikanów, z różnych powodów, z których wcale nie ostatnim może być to, że akurat dany senator, deputowany czy gubernator może być przyzwoitym i pożytecznym dla lokalnej społeczności politykiem. Co prawda prawdopodobieństwo kariery takiej postaci w GOP nie jest zbyt wielkie, to nie to środowisko, ale jest to możliwe. Inna część elektoratu będzie też głosować na partię Lincolna i Eisenhowera, niezależnie od aktualnej polityki.

W tym wszystkim elity GOP, towarzystwo pełne cynizmu, za to pozbawione elementarnej wiedzy o świecie, zaczęło rozumieć kim właściwie jest Trump. Albo rozumieć, że to co prawda jest taki sam nieuk jak Reagan, ale bez zaawansowanej sklerozy, stąd nie można nim tak łatwo manipulować. Uświadomienie sobie tego faktu było pewnym szokiem dla elit Republikanów, dla których Trump też był dość wygodnym kandydatem, w tym sensie, że nie reprezentował żadnego skrzydła partii i wszyscy przypuszczali, że kto zyski ze sprzedaży ustaw przypadną temu kto akurat podsunie mu doradców i to był akceptowalny kompromis.

Trump był sprytniejszy, a co najmniej potrafiący bardziej agresywnie bronić swoich interesów. Co w połączeniu z jego kompletnym brakiem orientacji przyniosło bardzo zabawny efekt. Mianowicie cały white trash, to jądro GOP, stoi za nim murem. Nadęcie, totumfactwo, dewocja i kompletny brak orientacji w świecie w połączeniu z pogardą dla wszystkich i wszystkiego dookoła- to przecież musi imponować.

W taki oto sposób Partia Republikańska zakiwała się na śmierć. Ma kandydata uwielbianego przez hardkorowy elektorat i kompletnie nieakceptowalnego dla reszty społeczeństwa. Co więcej, partia promująca takiego kandydata jest kompletnie nieakceptowalna dla większości społeczeństwa. Na dziś wybór Trumpa jest całkiem prosty- może przegrać sam, odcięty od poparcia GOP i w żenujący sposób, albo przegrać zwyczajnie, jeśli utrzyma poparcie partii. Dla samej partii to wybór to utrzymanie poparcia dla Trumpa i ograniczenie się do poparcia najbardziej twardogłowej części elektoratu albo odcięcie się od Trumpa, walka o umiarkowanych i ryzyko walki z własną bazą, czyli w skrócie wojny domowej w partii. Która właściwie już się zaczęła.

W takiej sytuacji obie strony zachowują się całkiem rozsądnie. Partia Republikańska usiłuje udawać, że Trump nie istnieje (przynajmniej jej część, bo wspólnego frontu nie i nie będzie), a Trump otwarcie straszy działaczy GOP, że jeśli wycofają poparcie, to on wyciągnie konsekwencje, co pewnie oznacza apel do wyborców, aby nie głosowali na "tych co rozbijają Partię Republikańską". I zapewne ten apel odniesie skutek.
W takiej sytuacji możemy być świadkami bardzo ciekawych wyborów. Republikanie mają szansę nie tylko przegrać wybory prezydenckie w najgorszym stylu w historii, ale zupełnie realna jest utrata przez nich Senatu, a jeśli pociąg do przepaści nadal będzie się rozpędzać, to i Izby Reprezentantów oraz części gubernatorów.
A taki scenariusz w komplecie oznacza zupełnie nową jakość polityczną. W praktyce konsensus nie znany od czasów New Dealu. I wolne ręce w zakresie realizacji programu. Co oznacza w średnim terminie wyrok dla przemysłu paliw kopalnych, z USA jako liderem prześlizgniecie się przed katastrofą klimatyczną i bardzo złe wiadomości dla wszelkich dyktatur i półdemokracji zakochanych w ropie, gazie i węglu.

P.S.
W poprzedniej wersji tego tekstu nieprawdziwie podałem, że Kongres Polonii Amerykańskiej poparł Donalda Trumpa. Cóż, brałem informacje z nieodpowiednich źródeł, zdarza się. Tekst nie dotarł do zbyt wielu osób, ale jeśli kogoś uraziłem to przepraszam.

Elektrownia atomowa w Polsce- czy jest potrzebna?

Rozpoczęła się w Polsce debata na temat energii atomowej. 

Rozpoczęła się, i zaraz zakończyła, bo zarówno rząd, jak też opozycja są za. Osobiście uważam pomysł budowy elektrowni atomowej w Polsce za ciężki idiotyzm i mam nadzieję przedstawić poniżej w miarę przekonywujące wyliczenia na poparcie mojej tezy.

 Zacznę jednak jak zwykle od dygresji. O ile brak wiedzy, orientacji i kompletne nieuctwo dominujące w szeregach obecnego obozu władzy mnie absolutnie nie dziwi, tak te same twierdzenia z ust Kaczyńskiego mnie smucą. 

 Nie doszedł do ucha prezesa, czy zespołu programowego nikt z właściwym podejściem i wiedzą o nowoczesnej  energetyce. Wiem, że energetyków w Polsce sporo, wiem, że istotna część to naprawdę dobrzy inżynierowie. Niestety, także ich wiedza jest często skandalicznie przestarzała. 

Oczywiście przy obliczeniach mechanicznych nie ma to żadnego znaczenia, o ile tylko aktualizuje się wiedzę o materiałach. Ale już przy czymś tak szybko zmieniającym się jak IT - po co komu komputerowiec, z fantastyczną wiedza, tylko z XX w.? Niestety (dla inżynierów) lub stety (dla wszystkich innych) obecnie energetyka zmienia się w tempie takim jak IT. Tylko nikt tych szybkich zmian nie kojarzy z tak konserwatywną zwykle dziedziną. I potem w XXI w. niektórzy chcą budować elektrownie atomowe…

Zaczynamy od konkretów. Jedyne nowo budowane w Europie reaktory atomowe to jest projekt o nazwie European Pressurized Reactor. W Polsce tez ten będzie budowany, bo innego nowoczesnego projektu po prostu nie ma. Obecnie w budowie są 4 takie reaktory, żaden nie został jeszcze ukończony. Pierwszy, Olkiluoto 3, którego budowa rozpoczęła się w Finlandii w 2005 roku, miał zostać ukończony w 2009r.  i kosztować 3 mld euro. 

Nie został ukończony do dziś, prawdopodobny czas to lata 2018-20, koszt obecnie to ok 8,5 mld euro (kwota może być nieaktualna). Według tego samego projektu miał tez powstać reaktor Flamanville 3 we Francji. Planowany koszt 3,3 mld euro, realny na dziś ok. 10 mld, planowany rok uruchomienia bodajże 2012, aktualny planowany rok, jak to ładnie określono, rozpoczęcia produkcji elektryczności 2016. Dlaczego uważam to za ładne określenie? Bo cała procedura testów i rozpoczęcia działalności reaktora atomowego przed włączeniem na stałe do sieci to jest ok 2,5 roku, jak sprawnie idzie.  Ale trochę prądu jest wyprodukowane już na początku tych testów....     Czyli mówimy o realnym włączeniu do sieci w 2018. 
Pozostałe dwa reaktory według tego projektu są budowane w Chinach i nie za dużo o tym wiadomo. Teoretycznie idą zgodnie z planem, ale patrząc na to, że  w Europie były problemy ze spawaniem w krytycznych miejscach, jestem pełen nie tyle sceptycyzmu, co obaw. Chińczycy mogą te reaktory zbudować, tylko czy one tak długo podziałają?

Jest jeszcze jedno zamówienie na ten typ reaktora i z punktu widzenia porównania dla Polski, najciekawsze. Otóż podpisano już umowę o budowę bloku Hinkley Point C w Anglii. Prorynkowy i w ogóle taki pomysłowy gospodarczo rząd Camerona sobie wymyślił, że zbuduje na komercyjnych zasadach elektrownię atomową. Jeszcze żadnej w historii tak nie zbudowano, ale to nic, Cameron geniuszem ekonomii i wszechnauk :)

 Oczywiście dostawca reaktora wie, jakie ma problemy w Finlandii i Francji, więc o żadnej rynkowej cenie prądu nie ma mowy. Dyskusja kończy się podpisaniem umowy, na mocy której konsorcjum budujące elektrownię otrzyma 92,5 funta za megawatogodzinę dostarczoną do sieci. Przez 35 lat....  Jeśli ktoś ma wrażenie, że to dość dużo, to ma absolutną rację. Obecnie ceny na rynku hurtowym w UK kształtują się w okolicach 48 funtów. Efektywnie przez pierwsze 35 lat prąd będzie droższy praktycznie dwukrotnie od dość już drogiego (w hurcie) dziś prądu w UK. I tego się możemy trzymać: 92,5 funta za MWh z gwarancją ceny na 35 lat. To daje, według dzisiejszego kursu, trochę ponad 110 euro/MWh.  Koszt budowy elektrowni tymczasem jest szacowany na jakieś 16 mld euro. Przypuszczam, że znów jest mocno zaniżony, ale trzymajmy się nawet tego (przypominam, że nie udało się zbudować ANI JEDNEGO reaktora tego typu, pomimo, że dwa już powinny działać). 

Dobrze, to porównajmy tą cenę do czegoś. Do rynkowej ceny prądu już porównaliśmy... I to wysokiej ceny. To może do tych strasznie kosztownych wiatraków? Patrzymy na feed-in tariff w Niemczech (czyli od strony prawnej i ekonomicznej to samo rozwiązanie) i widzimy dla wiatraków na lądzie kwoty od 0,05 do 0,095 E za KWh, czyli 50 do 95 euro za MWh. Cholera. Dolna stawka jest niższa niż hurtowa cena prądu w UK, a nawet górna jest poniżej tego atomu.  I to wszystko tylko na 8 do 15 lat... czyli łączna kwota wypłacana jako gwarantowana taryfa to od 10 do 35% tego, co dla brytyjskiej elektrowni atomowej. 

To może ta obłędnie wysoko dotowana fotowoltaika w Niemczech? Już lepiej. obecnie stawki, zależnie od wielkości instalacji wynoszą od 95 E/MWh do 120 E/MWh. Ta ostatnia to są małe instalacje na dachach. Wreszcie coś, prąd z fotowoltaiki jest droższy niż z atomu. No, nie całkiem. Gwarantowana cena obowiązuje przez 20 lat a nie 35, ale przynajmniej jest to ta sama klasa cenowa. 

Powyżej jak przypuszczam w miarę wykazałem, że energia atomowa w UK będzie droższa niż prąd z OZE w Niemczech. A jak to się ma do Polski?

Otóż, nie ma siły, energia atomowa w Polsce będzie co najmniej o połowę droższa niż w UK. Po pierwsze: elektrownia będzie budowana od zera, a nie jako nowy blok. To od razu załatwia dodatkowe koszty połączeń z siecią, a nawet tak drobne, jak drogi i budynki administracji. 

Po drugie i chyba najważniejsze. Po akcji autostrady i drugiej, czyli gaz łupkowy, RP jest tak kompletnie skompromitowana w oczach przedsiębiorstw od infrastruktury i energii, że do jakiejkolwiek oferty w Polsce zostanie dołożona gigantyczna premia za ryzyko, porównywalna z subsaharyjską Afryką.  Parę lat rządów innych niż obecne może to zmienić, ale w tym celu PiS musi wygrać dwie kadencje wyborów parlamentarnych z rzędu i poprzez władze wykonawczą sensownie zmienić administrację, odzyskując zaufanie. To jest, licząc od wyborów w 2015, co najmniej 5 lat. Czyli jakikolwiek proces inwestycyjny bez gigantycznego przepłacania może się zacząć w 2020 roku. Dodawszy do tego, optymistycznie licząc 10 lat budowy, mamy 2030. To jest od dziś 16 lat, wydane co najmniej 10 mld euro i brak prądu w międzyczasie. Może ktoś widzi zalety takiego rozwiązania - ja nie. 

Alternatywą jest OZE. Skoro i tak ma się płacić ekstra za prąd, to może inaczej? Koszty jak widać są bardzo porównywalne. Jeśli brać pod uwagę sam wiatr, jest on tańszy od atomu, jeśli miks wiatru i fotowoltaiki - wychodzi w zbliżonej cenie przez pierwsze 15 lat (powiedzmy, tu trzeba dokładnie liczyć średnią, OZE dużo tańsze przez następne 20 lat, być może atom tańszy przez kolejne 25 lat (przed wyeksploatowaniem reaktora, po jego spłaceniu). Dlatego stawiam znak zapytania, ponieważ po spłaceniu także panele słoneczne i wiatraki będą prawdopodobnie pracować zupełnie dobrze. Maleńkie instalacje z początku lat 80-tych do dziś zwykle pracują z mocą rzędu 70-80% nominału, pomimo nieestetycznego wyglądu.  W energetyce wiatrowej dokonał się tak znaczny postęp, że te z początku lat 80-tych juz dawno są na złomie lub w muzeach, więc trudno powiedzieć coś konkretnego o trwałości, oprócz tego, ze w tych warunkach pracy (obrotach, obciążeniach, temperaturach) da sie osiągnąć trwałość rzędu dziesięcioleci przy właciwym projekcie i obsłudze. 

W takim razie przyjmijmy, dość konserwatywnie (znaczy korzystnie dla wielkiej energetyki, czyli atomu), że zarówno w elektrowni nuklearnej, jak tez wiatrowej i słonecznej wsparcie trwa przez 60% użytecznego funkcjonowania i wystarcza na spłatę kosztów budowy, a ostanie 40% życia instalacji to czysty zysk. Twierdzenie w miarę uzasadnione. W takim razie pozostaje konkurencja w postaci gwarantowanej ceny prądu i czasu budowy. Gwarantowana cena prądu - zbliżona w UK i Niemczech. W Polsce szacuję koszty budowy elektrowni atomowej na dwukrotnie wyższe, z kilku powodów:
1. Miejsce trzeba przygotować całkowicie od nowa, niespecjalnie są możliwości budowania elektrowni atomowej w pobliżu dużych dotychczasowych, są w to olbrzymiej części rejony szkód górniczych, itp., co przez ryzyko wstrząsów nie jest najlepsza lokalizacją dla reaktora atomowego. Poza tym nowa elektrownia by była potrzebna raczej na północy. 
2. Oznacza to tak czy inaczej budowę nowej infrastruktury przesyłowej.
3. Jak już wspomniałem, po międzynarodowej kompromitacji polskich władz jako poważnego partnera przy budowie  autostrad, każdy potencjalny oferent dołoży do ceny dodatkową premię za ryzyko, wiedząc, że z góry musi uwzględnić najczarniejszy scenariusz biznesowy. Ten efekt będzie trwał oczywiście do końca obecnego rządu i jeszcze jakiś czas, zanim zaufanie wróci.
4. Jak, wyżej, tylko kompromitacja związana z gazem łupkowym. Główną przyczyną wycofania się wszystkich poważnych firm górniczych  z Polski był kompletny chaos regulacyjny i podatkowy. Nie chodziło o żadną wysokość podatków, tylko o to, jakie w ogóle przepisy obowiązują. Słabe wyniki wierceń były drugim powodem. Z tym co jest by się dało wydobywać, ale bez tak wielkiego ryzyka prawnego i podatkowego.   

Budowa OZE też w Polsce jest i jakiś czas będzie droższa niż w Niemczech, ale ta różnica nie jest aż taka wielka, powiedzmy 20-50% i spowodowana tylko relatywnie małym rynkiem i stąd wyższymi kosztami marketingu i choćby dojazdów wykwalifikowanych ekip montażowych. Co ważniejsze, jak raz się podpisze kontrakt na budowę elektrowni atomowej, to się tą cenę zapłaci, a jak rozpocznie się rozbudowę OZE, to w miarę rozwoju rynku ceny będą spadać.    Zresztą ryzyko prawne i regulacyjne też istniejące, ale będzie postrzegane inaczej. Ze względu na znacznie mniejszą skale inwestycji, w naturalny sposób będzie dominować krajowy kapitał, który, co tu dużo mówić, jest w istotnej części przyzwyczajony do chaosu prawnego i racjonalnie to kalkuluje. Zaufania do państwa wystarczającego na wiarę w bezpieczeństwo inwestycji na 20 lat tak szybko się nie odbuduje, więc jeszcze długo koszty budowy OZE będą wyższe niż w Niemczech, ale niższe płace może to częściowo skompensują. 
Podsumowując tą część rozważań, załóżmy w Polsce koszty budowy elektrowni atomowej są 2 razy wyższe niż w UK, przy rozpoczęciu budowy przed 2020 i o połowę wyższe, jeśli będzie rozpoczęta po 2020 r.  Szacuję rok 2020 na czas odzyskania zaufania, ponieważ musi najpierw w 2015 nastąpić kompletna klęska wyborcza ekipy odpowiedzialnej za chaos, który jest, a w kolejnych wyborach obecna opozycja utrzymać się przy władzy. Przyspieszyć odzyskiwanie zaufania inwestorów można przez uczciwe (z naciskiem na uczciwe i w przyzwoitym procesie) wsadzenie za kraty części osób za to odpowiedzialnych. Można poprzedniego szefa GDDKiA, można któregoś z ministrów, czy obecnego premiera. Albo ich wszystkich. W każdym wypadku należy to zrobić, ponieważ przy jakichkolwiek projektach infrastrukturalnych sygnał dla firm, że dotychczasowe praktyki były przestępcze, jest wart grube miliardy.  
A jak grube? Obecne szacunki kosztów Hinkley Point C mówią o 16 mld funtów. Prawdopodobnie ta kwota jest mocno zaniżona, ale przyjmijmy ją. W Polsce w takim razie byłaby to, wedle powyższych założeń, równowartość 24 (przy odzyskanej wiarygodności) lub 32 (przy obecnej opinii o Polsce) mld funtów. 
Zauważcie, drodzy czytelnicy, ile warte jest dobrze działające państwo....  Jak już wspomniałem wsadzenie za kraty paru członków obecnego rządu będzie dość opłacalne - to jest różnica w ewentualnej cenie elektrowni atomowej, a pomimo, że jestem przekonany o bezsensowności tej inwestycji, jeśli ma być realizowana, to jednak członków obecnego rządu wolałbym tam widzieć w brygadach więziennych niż w rolach decyzyjnych.
Mamy więc koszt budowy elektrowni atomowej.  W razie finansowania rządowego 24 lub 32 mld funtów (oczywiście to jest caly czas przybliżenie), czyli 28,7 lub 38,17 mld euro.  Ewentualnie przy finansowaniu przez przyszłego operatora elektrowni mamy gwarantowaną cenę prądu w wysokości 163 lub 220 euro za MWh przez 35 lat (założenia takie same, koszt w Polsce wyższy odpowiednio o 50 lub 100% niż w UK) . Ta cena prądu już jest absolutnie absurdalna. Ostatnia kwota jest w końcu wyższa niż obecna cena detaliczna.  Powyższe wyliczenia są cały czas w oparciu o dane z tejże elektrowni w UK, o planowanej mocy 3200 MW. Daje to koszt budowy w okolicach 10 E za wat mocy.
A ceny dla OZE? 
Możemy w pewnym przybliżeniu przyjąć, że nowoczesne (czytaj: tanie w produkcji i eksploatacji) elektrownie wiatrowe na lądzie to koszt ok 1- 1,5 E za wat mocy. Dla energetyki słonecznej obecne koszty w Niemczech to ok 2-2,5 E za wat mocy (możliwe, że obecnie mniej).
Oczywiście OZE pracują kiedy mogą, a nie kiedy tak koniecznie są potrzebne, więc z jednej strony należy liczyć także koszty backupu, a z drugiej procent wykorzystania mocy. Wynosi on powiedzmy, dla wiatrowych ok. 30%, dla słonecznych ok 15%.  Ale wbrew pozorom, tan sam problem, tylko w drugą stronę istnieje dla elektrowni atomowych. Dla OZE jest on intuicyjnie zrozumiały - wieje, to się kręci, słońce świeci, to PV produkuje prąd. 
Dla elektrowni atomowej sprawa też jest prosta, ale trochę inna. Otóż - elektrownia atomowa działa tak, że ciepło rozkładu pierwiastków promieniotwórczych ogrzewa stosowne medium (najczęściej wodę, zwykłą lub ciężką pod ciśnieniem) która wędruje do wymiennika ciepła. Wymiennik ciepła w tym wypadku to w olbrzymim uproszczeniu (fachowców proszę o nie czepianie się, tłumaczę to dla jak najszerszej publiki) kocioł, wewnątrz którego przebiega rura, tą rurą biegnie para z reaktora, która podgrzewa, ale nie miesza się z wodą w kotle. Woda w kotle wrze, wytwarzając parę, która napędza turbiny parowe. W elektrowni węglowej, ogień podgrzewa wodę w kotle i to jest właściwie koniec różnic. To pozwala opisać najważniejszy problem. Ten wymiennik ciepła jest jednym z centralnych elementów elektrowni atomowej i konieczność jego remontów zamyka całą szopkę, a awaria=  kolejny Czernobyl. Teraz: zmiany temperatury, poprzez zmiany wymiarów wskutek rozszerzalności cieplnej bardzo źle wpływają na trwałość tego typu elementów. Po prostu kolejne cykle rozciągania i kurczenia znakomicie przyspieszają (a właściwie głównie powodują) zmęczenie materiału. 
Podsumowując - w rutynowej i rozsądnej eksploatacji elektrownia atomowa jest niesterowalna, dokładnie tak samo jak energetyka wiatrowa i słoneczna.  Kocioł w elektrowni węglowej ma oczywiście te same problemy, ale jest elementem znacznie tańszym i z racji kontaktu z gorącymi spalinami o przewidywanym znacznie krótszym czasie życia. Stąd sterowanie mocą elektrowni węglowych to nie jest taki wielki problem, choć to zależy od ich konstrukcji i  w wypadku starych projektów, dominujących w Polsce, pewnym problemem to jest. Chcę jednak to dokładnie podkreślić: problem współpracy obecnej polskiej energetyki z elektrownią atomową versus energetyką wiatrowo - słoneczną jest praktycznie taki sam, a co najważniejsze, od strony stabilności sieci, jedno z drugim się praktycznie wyklucza.  

Wróćmy do naszych wyliczeń. Mam nadzieję, że pomysł quasi komercyjnej budowy elektrowni atomowej mamy omówiony - jest to po prostu nierealne. Pozostaje bezpośrednie finansowanie budżetowe, lub przez jakieś pośrednie fundusze, faktycznie gigantyczne dotowanie.   To policzmy na ile te dotacje wystarczą, zakładając też zawyżone koszty budowy w Polsce. Powiedzmy, że 2 euro/ wat mocy, przy rozsądnym w polskim klimacie połączeniu 2/3 wiatr, 1/3 słońce. Jest to kilkadziesiąt procent drożej niż w Niemczech, co wydaje się rozsądnym założeniem. Przy okazji zyski zostają w kraju, co IMO samo w sobie jest spora wartością, jeszcze większą, jeśli są to lokalne, komunalne przedsiębiorstwa energetyczne. 
Ale wracajmy do liczb. Możemy za te same pieniądze zainstalować w przybliżeniu 5 razy więcej mocy. Absolutnie to nie oznacza pięciokrotnie większej ilości prądu. Wręcz przeciwnie. Elektrownia atomowa z podanych wyżej powodów, pracuje tak długo jak się da z pełną mocą, elektrownia słoneczna zasadniczo tylko jak świeci słońce (zasadniczo, bo solarno - termiczna może pracować na żądanie, w nocy też), elektrownia wiatrowa zależnie od wiatru. Ale w podanym wyżej miksie dawałoby to średnio 125% energii w tym samym czasie dostarczanej przez elektrownię atomową, za te same pieniądze. Jeśli patrzymy na wartość pieniądza w czasie (co w końcu ma znaczenie przy wszelkich kredytach), to jeszcze bardziej, bo proces inwestycyjny elektrowni słonecznej to w dobrych warunkach prawnych tydzień, a wiatrowej rok, podczas, gdy samo uruchomienie już zbudowanej elektrowni atomowej to jest 2-3 lata (przynajmniej według ASME, w Europie obowiązuje EN, której nie znam, choć zwykle europejskie normy wymuszają wyższą jakość pracy i mniejszy zapas na usterki materiałów i robocizny, oraz mniej testowania, czyli w Europie może być krócej).
Z kompletu tych dygresji wychodzi jako jedyne rozsądne rozwiązanie dla polskiej energetyki - trzymać się węgla, ale modernizować w stronę jak największej możliwości regulacji mocy (jak będzie modernizacja, to lepsza sprawność wyjdzie przy okazji) a co najmniej gaz i importowany węgiel w energetyce zastępować OZE. Jako  bilansowanie mocy początkowo wystarczą możliwości regulacyjne elektrowni węglowych (poprawiające się z czasem w miarę modernizacji), docelowo, dla taniej i krajowej energetyki, oparcie bilansowania i regulacji mocy na elektrowniach wodnych. Tak, wiem, jest ich znikoma ilość, nie ma gdzie budować nowych. Ale jest gdzie budować małe elektrownie wodne, oraz każdą z już istniejących oraz nowo budowanych można wyposażać (jeśli jeszcze nie mają) w turbiny działające także jako pompy, czyli nie tylko z możliwością produkcji prądu kiedy jest potrzebny, ale także odbierania go z sieci, kiedy jest nadmiar. Ale to dygresja i pieśń przyszłości (mam nadzieję). 
Na dziś koncentrujemy się na kwestii atom versus OZE. Jednym z podstawowych argumentów przeciwko OZE jest nieprzewidywalność. Tylko, że jest to półprawda. OZE jest przewidywalne mniej więcej tak samo, jak prognoza pogody - obecnie w Polsce zupełnie sensowna na 3 dni naprzód. Na tyle da się z dość dobrym przybliżeniem przewidzieć siłę wiatru i poziom nasłonecznienia.  To w zupełności wystarczy, aby planować pracę huty aluminium, itp., o łatwo załączanych energochłonnych procesach nie mówiąc. Oczywiście taka huta znacznie łatwiej planuje prace wiedząc, że energochłonna część procesu odbywa się zawsze w nocy i każdej nocy - ale to jest jeden z niewielu realnie negatywnych skutków gospodarczych dobrze przemyślanego przestawienia na OZE.  
Czyli mamy wybór- OZE:
1. korzystające z krajowych źródeł energii (bo jak inaczej określić słońce i wiatr?), 
2. nieco tańsze 
3. zdecydowanie szybsze w budowie
4. przynajmniej w istotnej części korzystające z krajowej siły roboczej i lokalnych przedsiębiorstw
5. pozwalające na akumulowanie doświadczenia i rozwijanie całej gałęzi przemysłu w miarę rozbudowy (czy z tego kraj skorzysta to inna sprawa- patrz autostraty)
Oraz atom:
1. korzystający z importowanego uranu. Nawet jeśli ktoś odkurzy kopalnie Wałbrzycha, to i tak Polska ma zakaz wzbogacania (według traktatu o nierozprzestrzenianiu)
2. Droższe niż OZE, a prawdopodobnie dużo droższe
3. Budowa trwa wiele lat.
4. Technologia w całości importowana, zwiększająca uzależnienie gospodarki od obcych koncernów i/lub mocarstw.
5. I na koniec, argument, który ja uważam za najważniejszy- przez niesterowalność elektrowni atomowej jest on bardzo niekompatybilna z OZE, co utrudni w przyszłości przestawienie gospodarki i jeszcze pogłębi zacofanie gospodarcze Polski. W skrócie- jak zwykle się stręczy kolonialnemu państewku przestarzałą technologię, żeby koncerny z cywilizowanych państw sobie na czymś odbiły koszty rozwoju nowych... 
Tak czy inaczej, uważam pomysł budowania elektrowni atomowej w Polsce za kompletny idiotyzm i jeśli ktoś ma jakiekolwiek argumenty za inną tezą, chętnie popolemizuję. Ale proszę wcześniej o przeczytanie powyższego tekstu ze zrozumieniem. 

Upał

Zasadniczo, ze względu na szerokość geograficzną i ukształtowanie terenu fala upałów tutaj nie powinna nikogo szczególnie dziwić. Ale sytuacja jest raczej ekstremalna. Od już tygodnia napływa gorące powietrze z północy, niebo przez większość czasu bezchmurne i temperatury już dawno przestały być zabawne. Nominalne dochodzą do 38, odczuwalne do 46. Życie zaczyna być bardzo zabawne. Generalnie gotowanie posiłków to igranie z życiem, a nawet gotowanie wody lepiej rozplanować na godziny poranne i wieczorne. Zresztą wody z kranu się używa wyłącznie zimnej, która i tak ma ok 40 st. Ale to są drobiazgi- ja jakoś przeżyję. Znacznie zabawniejsze jest to wszystko na skalę infrastruktury i społeczeństwa.
Infrastruktura się wali. Po prostu. Jak produkcja prądu ponoć jest wystarczająca, tak sieci przesyłowe nie wytrzymują. W czasach neoliberalnych sieci dystrybucyjne zostały sprywatyzowane, a oczywiście zarządzające nimi firmy nie miały najmniejszego zamiaru dostosować sieci do rosnącego zużycia, a tym bardziej do ekstremalnych temperatur. Oczywiście zyski mają większe niż pod państwowym zarządem- np. dlatego, że techników od napraw jest dwukrotnie mniej. I bynajmniej nie pracują oni dwukrotnie szybciej- po prostu wszystkie oszczędności prywatnej infrastruktury są kosztem niezawodności, czasu napraw, itp. To tak do zwolenników sprzedaży infrastruktury w Polsce. To się skończy katastrofą, bo musi, bo taka jest logika działania rynku- infrastruktura pod prywatnym zarządem musi działać coraz gorzej, bo to jest najbardziej opłacalne. Za to jak samemu jest się tym zarządcą- to jest raj. Trzeba tylko sprawnie transferować kasę w miejsce, gdzie nie zostanie zajęta, jak zaczną się kumulować kary za niewykonanie kontraktu. Jak już wszystko zacznie się sypać, wtedy oczywiście firma sama sprzedaje koncesję, lub jest w końcu wyrzucana. Dla podatników taka prywatyzacja zawsze wychodzi drożej. Cóż- niedługo to czeka Argentynę, a zwłaszcza Buenos Aires. Już się rozpoczęła przepychanka. Jeszcze przed świętami, kiedy dopiero się rozpoczynały odcięcia prądu, premier poprosił na spotkanie przedstawicieli Edesur i Edenor (dwóch firm zarządzających częściami sieci w Gran Buenos Aires) i na marudzenie, że nie mogą zapewnić sprawności sieci, bo mają za niskie stawki sprzedaży, usłyszeli, że jak nie mogą zapewnić sprawności sieci, to powinni to zgłosić wcześniej i znajdzie się rozwiązanie (w celu zapewnienia sprawności sieci oczywiście- czytaj koniec koncesji). Następnego dnia na ulicach się pojawiło sporo (ja widziałem sam kilka) generatorów na naczepach- które dostarczają lokalnie prąd mniej obciążając sieci dystrybucyjne. Sieć i tak pada, wkurzeni mieszkańcy czasem blokują jakieś ulice, itd. I tak jedynym sensownym rozwiązaniem jest nacjonalizacja, która w końcu nastąpi. Szacowna prywatna inicjatywa już sobie nagrabiła sporo grzywien za takie samo zawalanie się sieci w czasie zimowego szczytu mocy w lipcu, dorobią się trochę więcej za obecny i grzywny się potrąci z wartością koncesji i za kasę użytkowników oprócz normalnego serwisu jeszcze nadrabianie zaległości z kilkunastu lat. A tymczasem pali się drogą ropę, zamiast prądu z elektrowni wodnych i względnie taniego gazu.
Tak czy inaczej, co do zasady prywatny zarząd infrastruktury MUSI działać gorzej niż państwowy. Państwowy może działać źle, jeśli państwo jest słabe i źle zorganizowane- ale w takim wypadku banksterka dopiero da popalić...
Trochę inny aspekt- klimatyzacja to jest trochę problem wspólnego pastwiska. Klima w mieszkaniu dodaje nieco możliwości przeżycia, ale- jeśli wszyscy dookoła ją uruchomia- to samemu tez trzeba, bo na zewnątrz temperatura i wilgotność rośnie z poziomu nieprzyjenego do niestrawnego. Tak, jak w mojej dzielnicy, właściwie całej, padła sieć- nagle się zrobiło całkiem znośnie, kiedy żadna klima nie działała.
A jeszcze zabawniej- temperatura zniszczyła kawałek drogi. Tu zdjęcie

To po prostu skutek rozszerzalności cieplnej- co przepięknie pokazuje, że jednak ta pogoda nie mieściła się w dotychczasowych normach. Są to po prostu skutki zmian klimatycznych- infrastruktura będzie się sypać w przyspieszonym tempie, a koszty jej utrzymania rosnąć gwałtownie. 
Ale tez trwa dostosowywanie się- trend wyznacza tym razem prezydent Urugwaju, który na konferencję i ogłoszenie nominacji nowego ministra ekonomii przyszedł w krótkich spodniach i sandałach.
   

Patriotyzm a wiatraki

Odbył się w Warszawie szczyt klimatyczny. Wbrew pozorom, dość ważne wydarzenie. Albo przynajmniej ważny temat. I naprawdę z zażenowaniem odebrałem informację, że garść prawicowców zorganizowała anty-szczyt klimatyczny. Aby dziś zaprzeczać istnieniu zmian klimatycznych to naprawdę trzeba być zakutą pałą na poziomie członka zwolennika Tea Party, bo już talibów z Somalii podejrzewam o większa otwartość umysłu. Dla przypomnienia- ocieplenie klimatu oznacza zwiększenie średniej temperatury na Ziemi, co absolutnie nie oznacza takiej samej zmiany w każdym miejscu. Wręcz przeciwnie, zwiększenie terytorialnych i sezonowych amplitud, czyli efektywnie zwiększenie częstotliwości i siły ekstremalnych zjawisk przyrodniczych. Właśnie w zeszłym tygodniu mieliśmy rekordowej siły i zakresu zniszczeń tajfun.
Ale to mniej istotne. Nie jestem oczywiście zdziwiony, że ekipa pod przywództwem delikwenta zwanego przez Małgorzatę Tusk „gnojkiem” ma to kompletnie gdzieś. Ale sprzeciwiać się w imię trwania narodu i cywilizacji jednemu z dużych i realnych dla niej zagrożeń? Trochę przesada. Inna sprawa, że jest argumentacja dla mnie jasna i rozsądna- Polska jest na tyle mało istotnym krajem pod względem wielkości emisji, oraz w na tyle trudnej sytuacji gospodarczej, że nakładanie dodatkowego kagańca, nawet w imię dobra ludzkości jest nadmiernym wyrzeczeniem i nie ma najmniejszego sensu wyskakiwać przed USA i Chiny.
Ale- używajmy takiej argumentacji, a nie zaprzeczania oczywistościom. Jasne, zmiany klimatyczne w Europie i dość mocno w Polsce będą się objawiać z dużym prawdopodobieństwem ekstremalnie niskimi temperaturami w styczniu i okolicach oraz dość suchym latem- generalnie zmniejszeniem opadów i być może nawet spadkiem średniej temperatury. To w żadnym wypadku nie zaprzecza globalnemu ociepleniu, a je potwierdza. Dokładnie tak samo, jak to, że w Buenos Aires od kilku lat opady są powyżej przeciętnej i już prawie każdego roku zdarzają się cyklony tropikalne (zwykle słabe, tylko obfite deszcze), co teoretycznie nie może mieć miejsca- chyba, ze kiedyś się klimat ociepli.
Ale wracając do naszych baranów. Jeśli to czyta ktokolwiek o państwowych, czy narodowych przekonaniach. Drobna rzecz- każdy obrót śmigieł wiatraka to metr sześcienny gazu mniej kupionego od Gazpromu! Rok działania jednego panelu fotowoltaicznego to 500 m3!!! Oczywiście, zbudowanie, podłączenie do sieci, itp. kosztuje. Tylko- jak dotychczas najstarsze ogniwa PV zupełnie dobrze działają- wyglądają wręcz na wieczny sprzęt, oprócz starzenia się zabezpieczającej warstwy plastiku- co ogranicza ich realną trwałość do 30-50 lat (jeszcze nie wiadomo dokładnie...)
Wiatraki, jako urządzenia mechaniczne się oczywiście zużywają, ale przy tak niskich prędkościach obrotowych, jakie są w tych urządzeniach- mówimy także o zużyciu wyłącznie łożysk i to także liczonym w dziesięcioleciach oraz korozji masztów- zależnie oczywiście od zabezpieczenia, konstrukcji i położenia- 20-100 lat. Tylko oczywiście najpierw trzeba to wszystko zbudować, podłączyć do sieci, jakoś sfinansować, itp.
Tak samo- każdy drobiazg zastępujący paliwa kopalne to w takim samym stopniu oderwanie spadku poziomu życia od spadku wydobycia- czyli efektywnie- odrywanie się od kryzysu energetycznego- na prawdziwą zieloną wyspę.
Na przykład spójrzmy sobie na Danię. Albo Niemcy. Jakoś ich kryzys prawie całkowicie ominął. Oczywiście można mówić o finansach, Euro, itp. Też prawda. Ale wcześniejsze, gigantyczne inwestycje w energetykę odnawialną dziś przynoszą efekty. Drogie nośniki energii ich nie dotyczą. Ropa już nie trafia do elektrowni w ogóle, gazu też coraz mniej. Zgadza się- zarówno jedni, jak i drudzy wydają na to sporo- ale w większości płacą gospodarstwa domowe, które też bardzo łatwo mogą stać się beneficjentami sprzedając prąd. Przemysł nie dość, że także może ograniczać zakupy/sprzedawać własny prąd, to jeszcze ceny hurtowe w tych krajach są śmiesznie niskie. I jest dokładnie tak samo jak zwykle- tania energia przekłada się na wydajny przemysł, co się przekłada na zatrudnienie i zamożność i dalej na wpływy polityczne. I tego wszystkiego mógł dokonać kraj o tak gównianych warunkach słonecznych i wiatrowych (też, wbrew pozorom) jak Niemcy.
To co- Polska nie może? Też można. A najlepsze jest to, że efekty są od razu. Panel słoneczny na dachu to może być jeden dzień (albo wieczność, zależnie od obstrukcji ZE...), przemysłowej mocy wiatrak to też od zamówienia do podłączenia zaledwie miesiące. I przypominam- każdy taki drobiazg to kolejne mniej uzależnienie- od paliw kopalnych w ogólności i dla całej planety, a w polskim wydaniu- od rosyjskiego eksportu w szczególności. I jak brakowi refleksji nad czymkolwiek pana obraźliwie określanego przez własną żonę to się nie dziwię- tak w dzisiejszej gorącej czasami dyskusji państwowotwórczej- już jak najbardziej.
A koszty? Sensownie to rozgrywając mogą być nie tylko łatwe do poniesienia, ale wręcz wzbudzające entuzjazm. Możliwość samodzielnego ograniczenia rachunków- argument dla każdego, zarobienia tym bardziej. Polityka wspólnoty, ograniczenia się od realnych i potencjalnych zewnętrznych wpływów i w większym stopniu samodzielnego kreowania bogactwa. To są wszystko zupełnie realne rzeczy. A że trzeba zainwestować spore pieniądze? Cóż- aby coś mieć najpierw trzeba coś zbudować. Inaczej działa tylko Wall Street.
Jeśli tego typu program jednocześnie da impuls do krajowego zatrudnienia (a przynajmniej przy montażu jest to pewne, przy produkcji też prawdopodobne), jednocześnie da realne korzyści klasie średniej i jakąś osłonę dla biednych- sukces murowany. Wracając do szczytu klimatycznego – to była spora możliwość właśnie takiego zabezpieczenia interesów- przynajmniej dotacji dla najbiedniejszych, aby ich nie zjadły za bardzo koszty rozbudowy energetyki odnawialnej i infrastruktury albo np. częściowe dotacje na instalacje. Wszystko mogłoby działać, ale polityka potępiania rozwoju energetyki odnawialnej, skoro już Niemcy zapłacili ciężką forsę za przekształcenie tego w poważny i wydajny przemysł jest śmieszna. Należy ten przemysł po prostu uruchomić w kraju, co nie jest wcale takie trudne. W wypadku paneli fotowoltaicznych, oprócz importu ogniw cała reszta to technologia na poziomie garażu, przemysłowe wiatraki- same generatory i ew. przekładnie to jest problem- resztę też w stodole można zbudować.
To jest akurat jeden drobny przykład- ale to właśnie jest (mało skromnie dodam) właściwe myślenie państwowe. Ważne zarówno dla refleksji w Dzień Niepodległości, ale także każdego dnia praktyki gdy się usunie od wpływu na sprawy państwowe zwolenników tekstu „Niepodległość? Jestem przeciw” i podobnych, jeśli redakcje znów przez przypadek coś szczerego napiszą.

O tajnych labolatoriach co mają uratować planetę

Wielokrotnie pisałem, że dość nieuniknionym skutkiem beznadziejnego uzależnienia naszej cywilizacji od paliw kopalnych jest ciężkiego kryzysu w obliczu ich wyczerpywania się i utrudnionej dostępności oraz globalna recesji połączonej z rozpadem władzy w co poniektórych państwach i regionach świata w sytuacji zmniejszania się ich dostępności. Co do dostępności- nawet wydobycie może się zwiększać, ale jeśli nakłady na to wydobycie będą rosnąć szybciej- ilość energii dostępnej do konsumpcji będzie się zmniejszać. Pomimo pewnych prób dokładne wyliczenie tego rodzaju wydaje się niemożliwe, więc kiedy to nastąpi- i tak nie wiemy. Ale co ciekawe- pod każdym takim wpisem pojawiają się dwa rodzaje komentarzy „w tajnych laboratoriach znajdują się rzeczy o których nam się nie śniło i wszystko jakoś się załatwi” oraz „nie jest to żaden problem bo rynek wszystko rozwiąże, tylko może gdzieś nam tego wolnego rynku brakuje”. Co do drugiego- jest to oczywiście szalona idea neoliberałów. Rynek działa, ale zawsze wybiera najbardziej efektywne rozwiązania NA DZIŚ- co oznacza minimum inwestycji, maksimum zysków. I w porządku, ale rozsądnie przewidując kryzys w przyszłości można być praktycznie pewnym, że nawet efektywna wolnorynkowa gospodarka sprawi, że będzie po prostu większy i głębszy. Znakomitym przykładem jest tu porównanie sytuacji USA, Europy oraz Brazylii w trakcie ostatniego kryzysu. Cofnąć się należy do szoków naftowych lat 70-tych i reakcji na nie. W USA była ona w największym stopniu rynkowa. Szał wierceń i badań nad ulepszonymi sposobami wydobywania ropy z jednej strony i reakcja konsumentów w postaci pokazania żółtej kartki kartelowi z Detroit z drugiej. Jednakże żadnych szczególnych działań rządu nie było- oprócz nieco późniejszej dyplomacji Reagana przekonywującej Saudyjczyków do zwiększonego wydobycia. Szybkie i proste kapitalistyczne działania, nawet przyniosły pewien efekt- przynajmniej przedłużył czasy potęgi USA o dobre dekady, ale później, w czasie dzisiejszego kryzysu cała trójka z Detroit się ustawiła po kasę podatników (a samo miasto za mini...), ale uderzenie z końca poprzedniej dekady prawie rzuciło resztki amerykańskiej gospodarki na kolana. Nie rzuciło całkowicie tylko dzięki dalszej deindustrializacji i wyciskania resztek oszczędności z klasy średniej.
Europa- wyciągnięto trochę wniosków i rządy co poniektórych państw aktywnie zaangażowały się w zmniejszanie ropożerności gospodarki, przy możliwym zachowaniu poziomu życia- flagowym przykładem jest tu sieć szybkiej kolei najpierw we Francji, później w innych krajach. Ilości paliwa zużywanego przez samoloty i samochody które zostały zastąpione przez pociągi nie są aż tak wielkie (w porównaniu do całości zużycia), ale są. Zgodnie z tą samą filozofią od dłuższego czasu na powrót buduje się linie tramwajowe, metra, itd. w całej Europie. I chyba nigdzie nie dopuszczono do rozkładu transportu publicznego do stopnia, który jest normą w USA. To wszystko oczywiście szło z pieniędzy podatników, bo inaczej się nie dało. Tam gdzie funkcjonowała ideologia kapitalizmu wg wzoru USA- rozkład transportu publicznego jest widoczny gołym okiem- czy jest on niewydolny, czy też obłędnie drogi, czy obie te rzeczy naraz. Dlatego nie stanowi realnej konkurencji dla prywatnego spalania paliw kopalnych i dlatego też uderzenie kryzysu było mocne- choć akurat w wypadku dwóch najdokładniej odpowiadających temu opisowi krajów złagodzone olbrzymiej skali zadłużaniem się w najtrudniejszym okresie- mowa tu o UK i Polsce. Choć obecnie zużycie paliw spada, ale odbywa się to kosztem poziomu życia, a nie oszczędnością dzięki inwestycjom i technologii- bo ich po prostu nie było. Południe Europy to trochę inna historia nie mieszcząca się w tej narracji.
I teraz Brazylia- w latach 70-tych, po uderzeniu kryzysów naftowych podjęto decyzję o maksymalnym możliwym uniezależnieniu się od paliw kopalnych. Wobec faktycznego braku sieci kolejowej i raczej nierealności jej stworzenia na takim obszarze (przynajmniej wtedy) zrobiono co się dało- oparcie energetyki w olbrzymiej części o wodę i stworzenie ogólnokrajowej sieci (nie wiem, czy ogólnokrajowa już istnieje- to naprawdę duży kraj...) oraz uniezależnienie się przynajmniej od benzyny- przez program bioetanolu, który solidnie subsydiowany przez 30 lat, obecnie stoi już na własnych nogach i w razie potrzeby Brazylia może w krótkim czasie wyeliminować zużycie benzyny bez problemów (oprócz nadmiaru dystrybutorów na stacjach...). Tak samo program rozwoju krajowego przemysłu przyniósł owoce- wydobycie ropy pozwala na zaspokojenie krajowych potrzeb i choć w brazylijskie miasta są pod względem komunikacji raczej koszmarem (trochę przesada, ale w porównaniu do średniej europejskiej czy Argentyny) to jednak uderzenie kryzysu paliwowego nie spowodowało takiej dziury w kieszeniach konsumentów jak w USA i nie zahamowało gospodarki.
Czyli rynek jest dobry, ale po prostu w tym wypadku nie działa i działać nie może. Sprawdzone i dokładnie przetestowane- gdzie następowały inwestycje państwowe, tam są jakiekolwiek bufory i środki ratunkowe przed zawałem gospodarki. Gdzie ich nie było- nadal nie ma.
To tyle na temat korwinistów (nie żebym miał dużo przeciwko korwinistom, ale dzięki ogłupiającym tekstom JKM mnóstwo rozsądnych skądinąd i sympatycznych wykazuje się absolutnym niezrozumieniem najprostszych zjawisk społecznych i ekonomicznych).
Co do zawartości tajnych laboratoriów- nie trzeba szukać tak daleko, wyjście nazywa się elektryczność i jest znana od pewnego czasu. Drobnym problemem jest jej wytwarzanie, ale znów możemy zajrzeć nie do tajnych laboratoriów a wystarczy na półki sklepowe- ogniwa fotowoltaiczne, po stworzeniu masowego rynku i masowej produkcji za niemieckie oszczędności są tanie. Znów- nie tak tanie, aby były kapitalistycznie lepszą inwestycją niż elektrownia gazowa czy węglowa, bo nie są. Ale są wystarczająco tanie, aby prawie się opłacało konsumentom. Mniej więcej to samo można powiedzieć o energetyce wiatrowej- choć tu już konieczne inwestycje zaczynają się od znacznie większej skali. Cały czas drobiazg- na dziś już nie tak wielkie inwestycje, których jednakże wolny rynek sam nie załatwi- aż do momentu, kiedy kryzys paliw kopalnych stanie się mocno dotkliwy, a prąd zacznie być naprawdę drogi. Tylko wtedy będzie już sporo za późno, dokładnie jak teraz, w obliczu sypiących się budżetów wielkie inwestycja zaczynają być nierealne. To jest właśnie jedyny problem- rozpocząć przebudowę infrastruktury wtedy, kiedy są na to pieniądze i wydać je w jakiś rozsądny sposób. A dziś rozsądny oznacza- jak najszybsze zmniejszanie uzależnienia od paliw kopalnych, w pierwszej kolejności ropy naftowej. To się całkowicie da zrobić- pod właśnie tym warunkiem- że jest robione wtedy, kiedy jest jeszcze na to czas. Choć ja osobiście przypuszczam, że został on już przespany. Skala koniecznych wydatków jest tak astronomiczna, że jest to zwyczajnie niemożliwe, bo zbliżające się wielkimi krokami i już widoczne koszty szaleństw klimatycznych zjedzą całą resztkę kapitałów która pozostała.

Zmiana paradygmatu ekonomii


Jak wiadomo długotrwałym czytelnikom bloga, w trakcie jego pisania nieco zmieniłem poglądy gospodarcze. Bezpośrednim powodem tego było zapoznanie się z obecnym systemem gospodarczym Argentyny (a raczej prowadzoną polityką) i wielce odkrywcze spostrzeżenie, że to działa. Tak jak nadal uważam, że maksymalne zwiększanie wolności gospodarczej jest korzystne dla społeczeństwa jako ogółu, tak też za najistotniejsze ograniczenie dla tejże wolności zacząłem postrzegać nie działalność rządów, ale międzynarodowych korporacji, ustalających własne reguły gry i niszczących, często w bezwzględny i nieetyczny sposób lokalne gospodarki. O czym sam nie miałem pojęcia wcześniej- w Ameryce Łacińskiej i Brazylii powstała właściwie nowa szkoła ekonomii, kompletnie nie znana w anglojęzycznym świecie, oczywiście w Polsce też. Nie podawałem dotychczas żadnych źródeł- z prostego powodu- wszystkie które znałem, były po hiszpańsku, ewentualnie portugalsku. Na szczęście, jeden z wybitniejszych przedstawicieli tejże szkoły ekonomii jest z pochodzenia Polakiem i trochę pisał po polsku, co tez jest dostępne na jego stronie. Na początek mogę polecić wywiad dla GW, a potem zdecydowanie polecam zapoznanie się z całością prac. Po przeczytaniu całości przez niektórych mam nadzieję się pożegnać z korwinowskimi bzdetami w komentarzach.
Tu całość, dostępna na licencji copyleft.    

Huragan


Kilka dni minęło od huraganu Sandy. Zaczyna być widoczny zakres zniszczeń. Jest on przerażający, jak wiadomo zwłaszcza w Nowym Jorku. A najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że to już nawet oficjalnie nie był huragan. Zwykła, porządna burza. Wiatr w porywach osiągał 110 km/h- zapytajcie się dowolnego mieszkańca zachodniej Francji, czy nawet polskiego Helu- czy to jest katastrofalny wiatr- odpowiedzią będzie śmiech. Spory, tak, nakazujący rozsądek i szacunek dla żywiołu- też. Ale katastrofalny? Oczywiście- należy spojrzeć w porównaniu do tego co zwykle wieje. To akurat bardzo łatwo zobaczyć na zdjęciach. Przy wietrze zdarzającym się raz na kilka lat łamią się gałęzie drzew i niektóre, słabsze drzewa w całości. To był właśnie obraz nakreślony przez Sandy'ego w Nowym Jorku. Wielkość opadów także nie była taka duża. Największy problem spowodowała zwiększona fala przypływu- ale też nie była to żadna katastrofalna wielkość, z odpowiednimi przygotowaniami zniszczenia powinny być niewielkie- molo w Atlantic City musiało się rozpaść, ale podstacja energetyczna na Manhattanie powinna jednak zostać obroniona...
Dla porównania- akurat tego samego dnia, choć rano w Buenos Aires spadło sporo deszczu- sporo to eufemizm, bo w ciągu 2 godzin został pobity historyczny rekord opadów w październiku- efekty? Zalane 4 linie metra i pozostałe dwie częściowo, wszystkie tunele w aglomeracji i wszystkie niżej położone dzielnice. Kilka tysięcy osób ewakuowanych, itd. Co więcej- było ostrzeżenie przed ulewą, więc zwyczajowo zalewane miejsca raczej były na to przygotowane, ale meteorolodzy nie przewidzieli skali tej ulewy, więc dla miasta w całości było to niespodziewane uderzenie. I teraz- dwie linie działały cały czas (choć nie po całej trasie), pozostałą część sieci uruchomiono po kilku godzinach. Pociągi działały chyba cały czas, może z wyjątkiem samej ulewy i pewnego spowolnienia dla oszacowania ewentualnych uszkodzeń. Autobusy zmieniły trasy i jak tylko woda nieco opadła- kursowały, gdzie się dało. Wywieziono samochody, które z ulewą spłynęły zagradzając ulice i po 3 godzinach miasto działało. W najbardziej zniszczonych miejscach prądu nie było max 2 dni (ale to wyjątki, tak gdzie trzeba było czekać na spłynięcie wody), itd. łącznie 2 ofiary śmiertelne- jedna która utonęła w domu i druga śmiertelnie porażona prądem od zwarcia spowodowanego zalaniem. Po prostu obrona cywilna tu w miarę działa.
Inne miejsca, gdzie także Sandy się pojawił- na Bahamach przynajmniej zrobił coś pożytecznego dla świata, bo oprócz jednego człowieka zginął także jakiś prezes banku.
I, co jest całkiem istotne- Kuba, gdzie okazał się najgorszym huraganem od kilkudziesięciu lat. Zginęło 11 osób, co zresztą na Kubie wywołało ciężki szok i rządową obietnicę zbadania każdego z tych przypadków, ponieważ zwykle przez cały sezon huraganów są najwyżej 2-3 ofiary śmiertelne. Wiatry dochodzące do 200 km/h dość dokładnie zdemolowały drugie co do wielkości miasto- Santiago, które zostało smutnie ochrzczone teraz „miastem bez drzew”. Przyznam, że zdjęcia złamanych i wyrwanych z korzeniami palm- normalnie roślin bardzo odpornych na wiatry, robią wrażenie. Demolka totalna- ponad 15 tys domów zniszczonych, 130 tys uszkodzonych (czyli praktycznie prawie wszystkie). Można się zastanawiać jakim cudem tylko 11 ofiar śmiertelnych, kiedy na Haiti, gdzie była tylko krawędź cyklony i zaledwie deszcze- ponad 50 (choć w rzeczywistości nie wiadomo ile). Otóż w tym tekście jest odpowiedź – doskonale zorganizowana obrona cywilna. Żeby nie było, że to propaganda- to jest anglojęzyczna opozycyjna gazeta, choć pisana z Kuby (której konstytucja jak wiadomo, nie gwarantuje wolności po wypowiedzi, ale dopóki się nie próbuje promować kapitalizmu w dzisiejszym wydaniu- chyba nie ma z tym problemów).
To wracamy do Nowego Jorku. Informacje typu- zalana cała sieć metra i może za parę dni ruszy (jakoś w okolicach wieszania tego wpisu miała być uruchomiona?), paliwa brakuje wszędzie, w tym dla policji i straży pożarnej. Komunikacja autobusowa nawet została przerwana na dłuższy czas (tego to już prawie nie rozumiem?) Na południe od 39 ulicy nie ma prądu i nie wiadomo kiedy będzie. Akurat na szczęście spory kawałek tego obszaru to Chinatown, a Chińczycy, jak to Chińczycy- przynajmniej potrafi się szybko i przyzwoicie zorganizować- i choćby donosić żywność i wodę mieszkającym na wyższych piętrach osobom starym czy chorym, bo oczywiście policja, FEMA, czy inna obrona cywilna się tym nie zajęła. To jest działające państwo? Opis tego przypomina jedynie burdel jaki panował w ZSRR przy okazji trzęsienia ziemi w Armenii w 1988- które oczywiście było znacznie tragiczniejszym wydarzeniem- ale to przynajmniej było prawdziwe trzęsienie ziemi, a nie zwykła burza.
Co prawda- ofiar śmiertelnych jest znacznie mniej (choć sądzę, że liczby te znacząco wzrosną po odnalezieniu jeszcze ludzi, którzy nie mogli wyjść z mieszkań, bo np. nie byli w stanie zejść po schodach 20 pięter kiedy nie działają windy, itd. Można się pocieszać, że skutki i tak wyglądają na lepsze niż Katriny, ale co z tego- „Państwo znów zdało egzamin”

Zmiany klimatu- drobny update


Dotychczas byłem sceptykiem. Zmieniłem zdanie. Sceptycyzm wynikał z różnych dziwnych zabiegów politycznych wokół praw do emisji CO2, protokołu z Kioto, tudzież skandalu z manipulowaniem danymi o klimacie. Wszystko to było oczywiście wystarczające do kompletnej nieufności, ponieważ czuć było na kilometr machloje wielkiej spekuły.
Ale- ktoś mądry mi wyjaśnił jedną ciekawą zależność. Otóż wiadomo, że w czasach ocieplenia klimatu, Ziemia się robi cieplejsza, ale też bardziej wilgotna i w sumie bardziej urodzajna, a także większa masa roślin absorbuje większą ilość dwutlenku węgla, więc istnieje mechanizm sprzężenia zwrotnego i nie ma się czym przejmować. Niestety, w sytuacji jaka jest obecnie- to twierdzenie jest nieprawdziwe. Znaczy, jest prawdziwe, ale po uzyskaniu nowej stabilności- czyli po fazie przejściowej. Bardzo nieprzyjemnej.
Co w tym nieprzyjemnego i dlaczego- potrafi zrozumieć każdy, komu się zdarzyło na wakacje wyjechać nad morze, zwłaszcza południowe- czyli całkiem sporo osób (kto nie wie niech się zapyta :)). Czyli- woda nagrzewa się znacznie wolniej niż ziemia, w upalne lato jest znacznie chłodniej nad wodą i goręcej w głębi lądu. W zimie jest dokładnie odwrotnie. Istotnym drobiazgiem jest także to, że woda słodka paruje w danej temperaturze znacznie szybciej niż słona- o czym na przykład doskonale wie każdy z 13 milionów mieszkańców aglomeracji Buenos Aires (w tym i ja...), leżącej nad najszerszą rzeką świata (bez liczenia wysp i szerokości delty- dla czepialskich) i związaną z tym wilgotnością bardziej sprzyjającą karaluchom niż ludziom.
I co z tego wszystkiego wynika? Otóż- przy szybkim ocieplaniu się klimatu, z którym najwyraźniej mamy do czynienia, lądy ocieplają się znacznie szybciej niż morza. Co powoduje znacznie szybsze wysychanie terenów lądowych przy podobnej wielkości opadów. I to już jest przepis na katastrofę- znaczy długie i katastrofalne susze. Jakby ktoś się pytał- właśnie z tym mamy do czynienia mniej- więcej od początku wieku. I zaczyna się ciekawe konsekwencje. W pierwszej fazie szybkiego ocieplenia klimatu temperatura lądu rośnie znacznie szybciej niż temperatury oceanów. Konsekwencją tego jest mniej- więcej ten sam poziom parowania oceanów i przyspieszone parowanie lądów. Wydaje się, że te różnice temperatur są niewielkie- ale w skali całego globu są to olbrzymie ilości. Prostą konsekwencją tego zjawiska jest susza o globalnym zasięgu- jakby to co obecnie obserwujemy. I będzie gorzej. Później oczywiście będzie lepiej- jak temperatura oceanów „dogoni” poziom ocieplenia klimatu, ale to zajmie co najmniej 50-100 lat, może więcej- nikt tego dokładnie nie wie. Czyli należy się przygotować na to samo co obecnie- gwałtownie drożejącą żywność, nieprzewidywalność pogody i obniżanie poziomu życia. To ostatnie oczywiście w połączeniu ze spadkiem wydobycia ropy i beznadziejnym uzależnieniem od niej obecnej cywilizacji.
Ale to wszystko to są, wbrew oficjalnej propagandzie- truizmy, z którymi nawet nie ma co dyskutować. Tak jest i tyle. Interesujące mogą być co najwyżej wskazówki gdzie może być mniej źle- czyli wracamy do tej samej fizyki. W okolicach większych obszarów parowania słodkiej wody będzie oczywiście mniej problemów z opadami- czyli wielkie jeziora, duże rzeki, itd., zwłaszcza w cieplejszym klimacie. Choć i w tym zakresie mogą nastąpić pewne ekstrema- np. w zeszłym tygodniu trochę popadało i zalane zostało 12% prowincji Buenos Aires (dla wyjaśnienia- powierzchnia prowincji to mniej- więcej Niemiec lub Kalifornii). Oczywiście tu w grę wchodzi parowanie z La Platy, gdzie sama rzeka to w przybliżeniu trójkąt o boku 150 km, czyli mniejszego europejskiego kraju.
To też pokazuje skalę obecnych problemów i miejsca, gdzie będą one mniejsze. Otóż będą mniejsze, tam, gdzie skrapla się parowane ze zbiorników słodkiej wody. To, jeśli by komuś się chciało spojrzeć na mapę- jest Kanada, zachodnia Argentyna oraz Syberia (z odparowującej zmarzliny). Większość pozostałych regionów świata ma przechlapane. Na tym tle jeszcze całkiem przyzwoicie wyglądają okolice płytkich mórz- czyli np. Bałtyku, gdzie można przyjąć średnią wielkość opadów jako zbliżoną do dotychczasowej. Znaczy, w sumie Polska jest jedną z oaz spokoju- nie licząc oczywiście problemów dookoła. Zgodnie z tą wykładnią problemy będą w dużej części obejmować basen Morza Śródziemnego- relatywnie słonego, czyli o małym parowaniu, zamkniętego i z niewielką ilością zbiorników słodkowodnych dookoła. Zaraz, ale to już się dzieje- właściwie w całym tym zakresie. Hiszpania, Włochy, Grecja, Syria, Egipt, Libia. Można się pobawić w listę krajów, gdzie jeszcze nie ma problemów i to obstawiać inwestycyjne- jeśli mam rację to będą, i to niedługo.
Ale najważniejsze dla całego obecnego systemu są niestety prognozy długotrwałych suszy w regionach najbardziej uprzemysłowionego rolnictwa- midwest USA, wybrzeża Morza Czarnego, Australia. Na tym tle wyróżnia się jedynie Brazylia i Argentyna- ale przy polityce rządów tych krajów- ceny za pozwolenia eksportowe będą coraz wyższe i na rynkach światowych nic to nie zmieni.
Oczywiście- jak zwykle- zobaczymy, ale ja już zagłosowałem, w tym wypadku nieco przypadkowo znalazłem się w najbardziej perspektywicznym miejscu, choć oczywiście starej Ojczyźnie życzę jak najlepiej.

Update:
Znalazłem akurat taki piękny wykres. Znaczy- ubytek pokrywy lodowej nie jakby posuwał sie liniowo, a przyspieszał. Istotne jest to o tyle, że to kolejne sprzężenie zwrotne- im więcej lodu ubedzie, tym więcej światał (i ciepła) zostanie zaabsorbowane, a mniej odbite. A jeśli mówimy o przyspieszeniu i następnym sprzężeniu zwrotnym, to właściwym będzie stwierdzenie, że i tak nie ma co z tym walczyć, bo sytuacja już się wymknęła spod kontroli.