Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Clinton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Clinton. Pokaż wszystkie posty

O następnym prezydencie USA

Rozpoczynam ten tekst po raz kolejny, chyba czwarty. Poprzednie wersje, zanim skończyłem już się dezaktualizowały. Tym razem go skończę i opublikuje, nawet jeśli już będzie nieco niekatulany, co najwyżej przeczytacie o tym w końcowej części. 

ten tekst miał dotyczyć prawyborów w Partii Demokratycznej, czyli bardzo, bardzo ważnym procesie który zmierza do wyłonienia prawdopodobnego nastepnego prezydenta USA. 
Napisałem "następnego". Chyba, że jednak osoba wybrana w następnych wyborach wcale nie będzie następnym od dziś prezydentem.

Kiedy to piszę prezydentem USA jest Donald Trump. Możliwe, że kiedy będę ten tekst kończyć, to już nim nie będzie. 

Trump, od początku swych rządów prowadzi ekstremalna wersję tradycyjnego republikańskiego zamachu na republikę. Znaczy demontażu instytucji. Sąd Najwyższy już od dawna jest obszarem sporu partyjnego, a nie rozstrzygania o prawie i to oczywiście demoluje kraj. Ale zwykle trzymano się pozorów i prezydenci nominowali tam osoby, które miały spore doświadczenie i jakąś wiedzę. Wstawienie tam człowieka zasadniczo bez żadnego potrzebnego w tej robocie CV, notorynego pijaka i prawie na pewno gwałciciela jest numerem w stylu mianowania konia senatorem przez Kaligulę. Ta klasa. I to mu uszło doskonale na sucho. 
Podobnie jak mianowanie członków rodziny do wykonywania krytycznie ważnych funkcji państwowych, gdzie byli komicznie niekompetentni, wyłudzanie łapówek od wszystkich dookoła za pośrednictwem hoteli i inne podobne rzeczy, które dotychczas znaliśmy z satrapi afrykańskich i historii upadku Rzymu. 
Oczywiście nic takiego by się nie działo, gdyby nie kompletna nieudolność i paraliż decyzyjny opozycji, dezorganizacja opinii publicznej przez brak rzetelnych mediów i do tego ekstremalnie skorumpowani Republikanie na czele z przywódcą większości w Senacie. Aktualnie nazywanym Moscow Mitch, dzięki blokowaniu każdej inicjatywy mogącej zagrozić cudom nad urną oraz wzięciu solidnej łapówki od Diepraski, czyli właściwie osobiście od Putina.  

Tenże sam Moscow Mitch za drugiej kadencji Obamy, blokował wszystkie nominacje sędziowskie. Co też demontowało republike, a dziś je seryjnie przepycha, blokując debatę i przesłuchania, aby tylko robić to jak najszybciej. Co oznacza, że po prostu dwóch przestępców wspólnie obsadza hurtowo stanowiska sędziów federalnych. To jest dalszy rozkład państwa, który będzie przynosił skutki przez kilkadziesiąt lat. Możliwe, że to w końcu zabije demokracje w Ameryce. 

To jest stan polityki w USA. 

Który mógłby nas mniej obchodzić, gdyby nie jeden drobiazg. Polityka Rosji, zupełnie oczywiście, polega na tym, aby jak najdłużej podtrzymać światowe uzależnienie od ropy i ewentualnie gazu jako źródeł energii. Dlatego jest koniecznie, i robią wszystko co mogą aby spowolnić wypieranie samochodów z miast, elektryfikację transportu i dekarbonizację energetyki (znaczy rozwój OZE, bo atomem też lubią). Dla nikogo nie będzie zaskoczeniem, że Trump realizuje dokładnie tę politykę. 

I to jest problem dla świata. Całego, każdego z nas bez wyjątku. 

Sytuacja klimatyczna jest znacznie gorsza niż przewidywały to najbardziej pesymistyczne prognozy i pogarsza się szybciej niż miała. Teraz już nikt mający kontakt z rzeczywistością nie moze oczekiwac powstrzymania ocieplenia na poziomie 1,5 C. 2 st też jest mało realne. Na dziś, jeśli nie spowolnimy transformacji energetycznej, to może wyrobimy się poniżej 4 st. C, co będzie i tak kompletną katastrofą, ale w okolicy tej wielkości możemy spodziewać się sprzężeń zwrotnych, które dołożą drugie 4 st. C. I to jest całkowicie gwarantowany koniec cywilizacji oraz sporej części życia na Ziemi. 

Tyle wynosi stawka drugiej kadencji Donalda Trumpa. Albo innego putinowskiego minionka w Białym Domu. 
Jeśli po 2020 roku natychmiast rozpocznie się poważne zmniejszanie emisji, ochrona przyrody i klimatu, to może wyrobimy w okolicach nieco ponad 2 stopni. Ale to musiałaby być natychmiastowa rewolucja. Z takimi drobiazgami jak natychmiastowe rozpoczęcie redukcji spalania węgla i całkowita jego eliminacja do 2030 w bogatszych regionach świata. UE to jest bogatszy region świata, tak ku przypomnieniu i Polski to też dotyczy. I Niemiec, i Bułgarii i Rumunii też. I zwłaszcza Japonii, gdzie nikt w ogóle nie rozumie o czym jest mowa.

Sytuacja w UE to jest w sporej części kwestia wyborów w Niemczech i nadziei na to, ze uda się w końcu odspawać Merkel od stołka i rozpoczną tam rządy jacyś odpowiedzialni politycy. Ale najważniejszym światowym przywódcą jest i będzie prezydent USA. Bo ten kraj ma największy wpływ dzięki sile ekonomicznej i militarnej, o samej politycznej przez wpływy w instytucjach międzynarodowych nie wspominając. 

Własnie tą siłę próbował wykorzystać Trump. W normalny sposób, czyli najpierw wydając polecenie złamania ustawy budżetowej, przez całkowicie nielegalne wstrzymanie przelewu pomocy dla Ukrainy, a następnie dzwoniąc do prezydenta Ukrainy i w mafijnym stylu żądając dostarczenia kwitów na Joe Bidena, czyli potencjalnego przeciwnika w wyborach. I oczywiście tego typu traktowanie Ukrainy jest jak każde jego działanie zupełnie przypadkiem zbieżne z interesem Moskwy. Każdy z elementów tego działania jest wystarczający do zapewnienia mu wieloletniej odsiadki. O tym nie ma dyskusji. 

Problem polega na tym, że tej odsiadki nie będzie. Instytucje republiki nie mają jak się bronić. Dopiero w sytuacji ataku na Bidena, Demokraci rozpoczęli formalną procedurę impeachmentu. Praktycznie od razu spieprzając sprawę, bo Nancy Pelosi już zaproponowała ograniczenie dochodzenia wyłącznie do kwestii ukraińskiej. To wygląda jak gwarancja spieprzenia sprawy, ale zdaje się, że towarzystwo od czasu popierania Hilary Clinton weszło na wyższy poziom nieudolności- spieprzyli zawalenie sprawy, czyli zawalili sprawę tak nieudolnie, ze zrobili to co podobno zamierzali. Otóż z sondaży wynika, że po zapowiedzi rozpoczęcia impeachmentu poparcie dla usunięcia Trumpa gwałtownie wzrosło i w badaniach jest 43:43. Ale to jest drobiazg. Z wiarygodnych, nawet nie przecieków, tylko po prostu oświadczeń w mediach ze strony prominentnych Republikanów wynika, że dziś, gdyby głosowano nad zdjęciem Trumpa z urzędu to 30-35 republikański senatorów byłoby za. Pod warunkiem tajności głosowania. Oczywiście to głosowanie będzie jawne, ale to pokazuje bardzo ciekawy obraz. Każdy z nich oddzielnie boi się Trumpa, bo to Trump jest kochany przez fanatycznie rasistowski elektorat, który wybiera Republikanów. I to Trump może jednym tweetem zakończyć każdą karierę. Ale jednocześnie praktycznie wszyscy go nienawidzą. I jeśli znajdą pretekst, który ich połączy, albo po prostu zobaczą, że i tak idą na dno, to najpierw jemu urządzą Idy Marcowe. 

Trump nigdy nie był lojalny ani nawet uczciwy wobec osób które mógł oszukać, wykorzystać lub po prostu stojących niżej w hierarchii. Tak działa całe życie i tak zostało. Dziś też tak jest i w tej sytuacji zupełnie bym się nie zdziwił, gdyby oprócz Giulianiego wrzuci pod autobus także Penca. Co byłoby zabawne, bo mógłby mianować nowego wiceprezydenta. I mogę się założyć, że szukałby osoby, która byłaby już całkowitą chodzącą kompromitacją. Nawet na tle jego i Penca. Trudno to sobie wyobrazić, ale to byłoby jakimś hamulcem przed wyrzuceniem go z urzędu i znakomitym uzupełnieniem stałej linii politycznej.  

Choć lista ludzi chcących być lojalnym wobec niego drastycznie się kurczy z każdym dniem. 

Tak czy inaczej, jeśli ktoś chce jeszcze chwilę pożyć w minimalnie stabilnym świecie, niech się modli o pozbycie się tych szaleńców i odspawanie od stołków. 

Z frontu prezydenckiego w USA: tragedia zmienia się w farsę

Kampania w USA wchodzi w fazę komiczną. Nie mylić z kosmiczną.

Na placu boju pozostał po republikańskiej stronie tylko Trump, po demokratycznej teoretycznie Clinton i Sanders, praktycznie Clinton. W prawyborach demokratycznych, tak jak przewidywałem, zdecydowała dopiero Kalifornia. Zdecydowała, że jednak Clinton. Jeszcze nie do końca, nie ma wystarczająco delegatów zobowiązanych do głosowania na siebie, aby mieć zagwarantowaną nominację. Ale ma ich więcej niż Sanders i olbrzymie wpływy wśród działaczy partii, którzy mają sporo głosów (to tzw. superdelegaci). 
Clinton ma na horyzoncie kilka drobnych problemów z prawem, zwłaszcza karnym. Dotyczą nie tylko sprawy e-maili i naruszenia zasad bezpieczeństwa państwowej korespondencji, ale też kwestii korupcji przy wydawaniu zgód na sprzedaż broni (przy kontrakcie sprzedaży samolotów do Arabii Saudyjskiej jej fundacja otrzymała kwoty liczone w milionach dolarów zarówno od Saudów, jak też od amerykańskich producentów). Oczywiście to wszystko było legalne, przynajmniej częściowo. Poza tym amerykańska interwencja w Libii to też głównie jej robota. 
W skrócie- jest to osoba z samego środka skompromitowanego środowiska politycznego USA. Pytanie kiedy te rzeczy przejdą w wystarczającym stopniu do publicznej wiadomości. Najprawdopodobniej nigdy, ale w dzisiejszym świecie internetu nigdy nic nie wiadomo. Pojedyncza informacja może się w kilka godzin przebić do szerokiej opinii publicznej i zmienić jej nastawienie. 

Nie ma wyboru, bo kampania Trumpa zmienia się w być może największa farsę, jaką od lat widział zachodni świat. 
Otóż sztaby wyborcze co jakiś czas muszą publikować sprawozdania finansowe. W USA to jest dość poważny obowiązek, a nierzetelność to poważna sprawa. Więc i komitet Trumpa takie sprawozdanie opublikował.
Wynika z niego, że ma na koncie 1,3 mln dolarów, w maju zebrał 3,1 mln, pożyczył od kandydata 2 mln. Zobowiązania zaciągnięte w maju przekraczają 45 mln. 
Aby pokazać te liczby w kontekście: sztab Sandersa ma 15 mln na koncie i zebrał w maju ponad 9 mln, choć dla niego kampania jest już raczej zakończona. Sztab Clinton ma na koncie ponad 42 milion i w maju uzbierał 19,6. 
Widać, że coś jest mocno nie tak. Ale znacznie zabawniejsze sa inne liczby. Rozpoczynając kampanię w marcu 2015, Clinton zatrudniła ponad 200 osób, później kadra rosła, aż w szczycie prawyborów ustabilizowała się na poziomie około 800-850 osób, Sanders obecnie zwolnił poważną część kadry, zaczął kampanię później ale w jej szczycie zatrudniał około 1000 osób. 
A Trump?
Według sprawozdania zatrudnia.... 69 osób. To nie jest liczba, która w ogóle może w jakikolwiek sprawny sposób obsłużyć kampanię prezydencką w USA. 
W największym skrócie- kampania prezydencka Donalda Trumpa jest bankrutem. Natychmiast pada pytanie jak człowiek z majątkiem o deklarowanej wartości 10 mld dolarów, już praktycznie nominat jednej z dwóch głównych partii mógł się znaleźć w takiej sytuacji?
A to nie koniec. Łącznie z budżetu kampanii wydał na zakupy w swoich firmach ponad 6 mln dolarów. To jeszcze nie problem, prawo nakazuje sie rozliczać również z firmami kandydata po cenach rynkowych, a dlaczego nie ma np. urządzić konferencji w swoim hotelu? Ale w tym samym czasie powoli rozpoczyna się właściwa kampania prezydencka. Zdecyduje jak zwykle kilkanaście spornych stanów, trzeba tam prowadzić kampanię wyborczą. Clinton wydała już kilkanaście milionów, a Trump UWAGA! 0 dolarów. Dokładne zero na kampanie telewizyjną w najważniejszych stanach. Co więcej Clinon zawarła umowy i zarezerwowała czas antenowy na resztę kampanii. Trump, jeśli by chciał kupować reklamy telewizyjne, dostanie gorsze wejścia i zapłaci więcej. A bez tego nie dotrze do swoich potencjalnych wyborców, czyli kompletnych dołów społeczeństwa.

Pierwsza i najbardziej prawdopodobna odpowiedź brzmi- tak samo jak i jego kampania jest on bankrutem. A przynajmniej nie ma gotówki, ani możliwości dalszego zadłużania się, co w sumie na jedno wychodzi.

Patrząc na fakt, że od początku jego zorganizowanej aktywności w kampanii wyborczej, trwa znacznie mniej zorganizowany, ale bardzo skuteczny bojkot jego hoteli, to może być całkiem prawdziwe. Ale tego nie wiemy.

Inna możliwość wygląda jeszcze bardziej absurdalnie- Trump po prostu pracuje dla Clinton. Jeśli spojrzeć z boku na ego kampanię, to wszystko co robi, jest to nie tylko kompletny sabotaż kampanii, ale i kompromitowanie Partii Republikańskiej. Dzięki temu wybory może wygrać nawet taka osoba jak Hilary Clinton, choć zapewne wyborcy by jej nie pokochali, gdyby mieli wybór.
Trzecia możliwość, wcale nie wykluczająca dwóch poprzednich brzmi: Trump potraktował to jak biznes. To, czyli kampanię. Nie samo pełnienie urzędu, jak Clintonowie, tylko udział w kampanii. Wszyscy traktują to jako niezbędną inwestycje, on stwierdził, że jeszcze na tym zarobi.
Zresztą dokładnie to zapowiadał w 2000 roku, że kiedy będzie  kandydował na prezydenta, to będzie pierwszą osoba, która zarobi na kampanii. W sumie na razie zarabia. Przynajmniej na samej kampanii, bo straty wizerunkowe jego firm ciągną go znacznie mocniej w dół. Co świadczy o tym, że jego słowa należy traktować poważnie. A wspominając jego słowa o planach wobec Arabii Saudyjskiej, ropy, imigrantów, przemysłu i Rosji jest się czego bać. Zarówno w USA, zdecydowanie też Polsce jak i na świecie. 
Istnieje też możliwość, ze to wszystko jest częścią jakiegoś spójnego planu działania i wygrania wyborów. Ale w tej chwili ta kampania zmierza tak szybko i sprawnie w kierunku katastrofy, że Trump jest raczej  przedmiotem niż podmiotem tego planu.
Możemy też odrzucić drugie dno i założyć, że wyborami prezydenckimi zajmuje się dokładnie tak samo jak biznesem przez całe życie. Czyli nie ma zielonego pojęcia o tym co robi, wydaje mu się, że prowadzenie biznesu to tylko odpowiednia marka i znalezienie jeszcze większych jeleni, którzy od niego coś kupią oraz możliwie wielkie wydojenia każdego kto się nawinie. W związku z tym, że własnie przedstawiłem tu dość dokładny opis sympatyka Partii Republikańskiej, to metoda ta świetnie sprawdziła się dla wygrania prawyborów.  Opis ten jednak nie pasuje do przeciętnego mieszkańca USA, więc i w sondażach wyborczych ma, porównując czas przed wyborami, najgorszy wynika kandydata Republikanów w ostatnim półwieczu. 
Ale do wyborów jeszcze kilka miesięcy. Jeszcze nie ma nawet oficjalnych nominacji partyjnych, przypominam, że żaden z kandydatów Demokratów jeszcze nie ma oficjalnie zapewnionej nominacji. 
Stąd cały czas pytanie, nie czy, a kiedy na Trumpa i Clinton spadną katastrofy prawne i wizerunkowe wywołane ich wcześniejsza działalnością. Na Trumpa własnie spada w tej chwili, co oznacza, że konwencja nominująca kandydata znów zaczyna być otwartą sprawą. Co prawda delegaci są związani swoją deklaracją głosowania na Trumpa i jest to ponad połowa delegatów, ale w końcu to oni głosują. I jeśli wystarczająca ich ilość uzna, że to już przesada, to kto wie? 
Ale mentalność zdeklarowanego Republikanina to nie jest coś, co choć minimalnie cywilizowany człowiek z Europy jest w stanie ogarnąć, więc nie będę nic przewidywać. 
Jeśli, na razie potencjalny, zestaw afer dookoła Clinton eksploduje przed konwencją Demokratów, to kandydatem może równie dobrze być Sanders. Tu akurat żadne inna osoba nie wchodzi w grę, bo pozostała dwójka kandydatów, z których każdy może być wybrany bez żadnego naginania przepisów. 
Jak wcześniej pisałem, tylko Clinton ma w ogóle szanse przegrać z Trumpem. Cóż, sposób działania Trumpa, jakakolwiek jest jego motywacja, sprawia, że chyba nawet ona nie może przegrać. Co w sumie dość dobrze świadczy o USA. Choć bardzo źle, że w ogóle wybór tak wygląda.


Przed wyborami w USA

Trwają prawybory w USA. Dziś jeszcze liczy się 4 kandydatów. Którykolwiek z nich zostanie prezydentem, będzie to jakiś "pierwszy". Pierwsza kobieta na tym stanowisku, pierwszy Latynos, pierwszy Żyd, lub typ łaczący w sobie pierwszy raz w tej skali pokłady ignoracji, bigoctwa i niezrównoważenia emocjonalnego. 

Osoby choć odrobinę interesujące się polityką zapewne bez trudu rozpoznały jako ostanią wymienioną osobę Donalda Trumpa. Jego potencjalny wybór byłby bardzo złą wiadomością dla USA. Człowiek tak kompletnie napakowany chorą wizją świata z jednej strony i pogardzający każdym kto nie jest milionerem z drugiej z całą pewnością rozwali gospodarkę już do końca. Nie żeby dziś miała się kwitnąco, ale widać jaskółki powrotu produkcji do USA, które mocno negocjując z biznesem wywalczyła administracja Obamy (a raczej on sam). Trump z całą pewnością to bardzo skutecznie rozwali. Dla gospodarki i produkcji w USA to będzie katastrofą co najmniej taką jak rządy Reagana. Dla sprawy polskiej ten ostatni postrzegany jest bardzo pozytywnie, jako główny przywódca obozu zachodniego, który skutecznie podciął podstawy istnienia ZSRR, zarówno gospodarcze, jak i propagandowe. Niezależnie od prawdziwości tego obrazu (pytanie na ile pomagano prawdziwej rewolucji "Solidarności", a na ile projektowi "3RP" i na ile były to świadome decyzje polityczne), wiadomo, że Trump w odniesieniu do Polski i reszty Europy Środkowej będzie po prostu wchodzić w d... Putinowi. Dziś to zapowiada i wierzę, że zrealizuje.
Perspektywa, sama możliwość wygrania przez Trumpa wyborów prezydenckich oznacza dziś dla Polski bardzo poważny problem. Mianowicie można i należy założyć, że w ciągu pierwszych tygodni lub miesięcy jego rządów będzie skłonny do ulgowego traktowanie Rosji, a nawet nie realizowaniu zobowiązań sojuszniczych przy wojnie hybrydowej. Jeśli Trump będzie nominowany z jakąkolwiek szansą na zwycięstwo w wyborach to oznacza, że na 20 stycznia 2017 Rzeczpospolita musi mieć wojsko gotowe i wystarczająco silne dla odparcia "zielonych ludzików", jak też udzielenia poważnej pomocy w wyparciu ich z państw nadbałtyckich. Dziś takiej armii nie ma. To oznacza wyścig z czasem. Przy okazji- każdy może w nim pomóc. Ci na miejscu mogą wstępować do nowej obrony terytorialnej lub uczestniczyć nowych przetargach dla armii. Potrzeba wszystkiego. Nasza diaspora może i powinna dbać o opinię o kraju na najdziwniejszych miejscach świata. Oraz przypominać, że Rosja to bandycki kraj, rządzony przez zbrodniarzy i terrorystów. A w USA zrobić wszystko co się da, aby nie dopuścić do zwycięstwa tego palanta.

Kolejny z kandydatów na kandydata to Rafael Edward Cruz, zwany Ted. Właściwie jedyne co można o nim powiedzieć, to "Trump light". Bohatersko stawia opór dorobkowi naukowemu 20 wieku, o obecnym nawet nie wspominając. Dopuszcza jednak pewne kompromisy z dzisiejszą rzeczywistością, więc jest przynajmniej częściowo akceptowany przez media i opinię publiczną. Czyli też tragedia, ale nie aż taka. Zresztą bycie w obecnych czasach republikaninem w USA to jest pewien objaw upośledzenia społecznego i umysłowego. 

Słowo- klucz: upośledzenie społeczne. To wyjaśnia całkiem sporą część tych wyborów. Aby ją zrozumieć musimy się na chwilę cofnąć do historii. Dość zamierzchłej. W czasie "Krwawego Kanzas", które było wstępem do wojny domowej w USA, Partia Demokratyczna stała się ostatecznie reprezentacją południowej oligarchii. Wojna domowa się zakończyła, południowa oligarchia w skali kraju została złamana, ale lokalnie zachowała praktycznie pełnię wpływów. W tym w lokalnych władzach i mediach. Ta przewaga pozwoliła na metamorfozę. Prawie w stylu 3RP. Mianowicie wystarczyła, aby przekonać do siebie biednieszą część społeczeństwa. A klasa średnia południa USA stanęła przed wyborem- czy opowiedzieć się za partią północnej antyspołecznej oligarchi, czy za partią południowej oligarchi wspartej południową biedotą. Sytuacja w 20 wieku jednak znacznie się zmieniła. Napływ imigrantów do północnych stanów spowodował tak olbrzymią różnicę potencjałów demograficznych i wyborczych, że partie musiały konkurować o głosy rolników i robotników Północy aby nadal liczyć się w grze. Partia Demokratyczna stała się reprezentacją, mniej lub bardziej skuteczną, drobnych producentów i niższej klasy średniej w ogólności. Republikanie stali się tymi dawnymi Demokratami, czyli oligarchią żerującą na głosach biedoty. Jednak w miarę kurczenia sie klasy średniej i ogólnej pauperyzacji w 21 wieku wzrosła konkurencja o głosy tych najmniej świadomych wyborców, pozbawionych chwili czasu na zastanowienia się nad sprawami państwowymi, jedynie zmuszonymi do pogoni za każdym dolarem aby jakoś przeżyć. 
Najbardziej jest to widoczne w najbiedniejszych częściach kraju, co z grubsza rzecz biorąc pokrywa się z dawną granicą niewolnictwa. Co bardzo ciekawe i niesamowicie znaczące- dokłądnie tak samo wygląda granica pomiędzy głosowaniem na Clinton a na Sandersa w prawyborach Demokratów. 
Jak ktoś nie wierzy tu mapa:
Zielony- Sanders, żółty- Clinton. 
Zauważmy, że głosowały już prawie wszystkie dawne stany niewolnicze i prawie żaden północny (licząc populacją, czyli też głosami elektorów). W dwóch stanach północnych o włos wygrała Clinton i za obydwoma tymi sukcesami snuje się zapach cudów nad urną. Z tego zapachu można się domyslić, że to  Clinton jest zdecydowanie bardziej lubiana przez establishment organizujący prawybory. W największym skrócie jest chyba najbardziej mainsteamowym kandydatem, którego można sobie wyobrazić. Pomimo płci innej niż wszyscy dotychczasowi prezydenci. 
Jednak, jeśli mam rację, to ostatnie wybory w których przy podziale wzdłuż linii niewolnictwa kandydat Południa miał jakiekolwiek szanse odbyły się w 1860 roku. Dziś też nie wróżę Clinton wielkiego sukcesu. A dokładniej żadnych sukcesów na Zachodnim Wybrzeżu, w Nowym Jorku, czy Illinois. A to te miejsca decydują, pomimo dzisiejszego prowadzenia Clinton. Tak, wiem, że wszyscy już skreślili Sandersa. Ja nie i co mi zrobicie?

To oznacza wybory Sanders- Cruz lub Sanders- Trump. W drugiej wersji bym sie specjalnie nie przejmował. Z Trumpem może przegrać tylko Clinton. Znaczy, jeśli by została wtłoczona w rami "reprezentatna Południa" . W każdym innym przypadku każdy z nim wygra. Amerykanie naprawdę są głupi, ale nie aż tak.

Jeśli wybory będą pomiędzy Sandersem a Cruzem to bedzie realny i ciekawy wybór. 
O Cruzie już wspomniałem. Warto jeszcze wspomnieć, że w razie jego wyboru bedzie sprawa sądowa jego biernego prawa wyborczego, bo jest urodzony w Kanadzie i w najzabawniejszym przypadku kolejne wybory. Ale na unieważnienie wyboru bym nie stawiał. Prędzej na zwycięstwo Sandersa. Ten ostatni kandydat w kategoriach społecznych i ekonomicznych jest zwolennikiem socjalizmu w skandynawskim stylu. W kategoriach  polityki energetycznej i klimatycznej jest radykalnym zwolennikiem zaprzestania używania paliw kopalnych. W obu tych kwestiach zgadzam się z nim całkowicie. Ma zresztą całkiem dobry dorobek, bo jako burmistrz Burlington (stolicy stanu Vermont) przestawił lokalny zakład energetyczny całkowicie na energię odnawialną, jeszcze w latach 80-tych. Takie podejście w skali USA gwarantuje niski i zmniejszający się popyt, czyli niskie ceny ropy i gazu, czyli zagłodzenie sponsorów terroryzmu. Ktoś jeszcze woli Republikanów, nie widzę?
W kwestii polskiej- nie bardzo można znaleźć wypowiedzi jednego lub drugiego, ale oboje (chyba) rodzice Sandersa pochodzą z Polski. Niedawno był na grobach swoich dziadków i z całą pewnością orientuje się w historii i wzajemnych zależnościach. Niestety, języka polskiego nie zna, prędzej jidish. Ale przynajmniej nikt mu nie wmówi, że tradycyjnie antysemicki sposor terroryzmu, dziś objęty sankcjami, zawsze był miłośnikiem stabilności i pokoju.  Lub, że polscy antysemici w 1942 roku zbudowali sobie obóz w Oświęcimu, bo tak im się podobało. 

Moim zdaniem to jest najlepszy możliwy wybór zarówno dla USA, świata, jak tez Polski. Choć  zapewne będzie dokładnie to samo co z Kennedym. Kacapstwo wyczyta, że prezydentem został jakiś mięczak i zacznie od wypróbowania. A później przyda się dobra ochrona.
I tym optymistycznym akcentem pozostaje pozostawić część wniosków Czytelnikom.