Pokazywanie postów oznaczonych etykietą T-34. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą T-34. Pokaż wszystkie posty

Kilka zdań o czołgach i kwestii ukraińskiej

 Czołgi to taka piękna, romantyczna maszyneria, którą wszyscy w-swych-marzeniach-żołnierzyki się zachwycają. W czym przoduje oczywiście Rosja ze swoich kultem śmierci, przepraszam, Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i pokazywaniem wszystkim i opowiadaniem o wspaniałym T-34. Więc może czas trochę popsuć ten mit. 

Zaczynając od najprostszej rzeczy- czołg jest specjalistyczną maszyną. Jak sztaplarka, koparka czy dźwig.I służy do rozwiązywania specjalistycznych problemów w sposób lepszy i wydajniejszy niż robienie tego samego ręcznie. Tak jak sztaplarka służy do przestawiania palet, tak czołg służy do mobilnego wsparcia ogniowego ofensywy. I tak jak przestawiać paczki bez sztaplarki jak najbardziej się da, robiono tak przez tysiące lat. Tylko potrzeba dużo więcej ludzi, którzy po takiej przygodzie będą dużo bardziej zużyci. I dokładnie tak samo można prowadzić ofensywę bez czołgów, tylko potrzeba dużo więcej ludzi, którzy będą po takiej przygodzie dużo bardziej zużyci. I tu możemy wierzyć współczesnej rosyjskiej armii, próbują obu tych rzeczy. Zapewne głównie dlatego że nie mają (jako organizacja) zielonego pojęcia jak używać palet i sztaplarek, a na początki wojny mieli też bardzo niewielkie o tym jak używać czołgów. 

I to powiedziawszy najpierw trzeba wyjaśnić jedną bardzo ważną kwestię- otóż co jest dla wojska ważniejsze: czołgi czy terenowe opony do ciężarówek? Zapewne czołgi, skoro to wszyscy się nimi zachwycają. Oczywiście, że nie. Bez czołgów można się zupełnie sprawnie bronić, albo i prowadzić powolną i z gigantycznymi stratami ofensywę. Bez opon do ciężarówek ludzie na pierwszej linii nigdy nie zobaczą ciepłego żarcia, a i amunicję niezbyt często. A o sprawnym działaniu artylerii można zasadniczo zapomnieć. I tak, był nawet przypadek kiedy w zindustrializowanej wojnie robiono dużą ofensywę bez opon. Konkretnie to Niemcy, ofensywę wiosenną w 1918, kiedy znikome ilości gumy, które jeszcze posiadali były używane głównie w samolotach, bo tam nie było żadnej innej możliwości. Samochody (i nawet rowery!) miały koła na stalowych obręczach, czasem z jakimiś dodatkowymi sprężynkami. I kiedy konwoje ciężarówek bez gumowych opon miały dostarczać zaopatrzenie dla nacierających wojsk po gruntowych i zniszczonych drogach, to pierwsza przejechała, druga i piąta czasem też. A reszta się zakopywała w błocie i cała ofensywa wkrótce też. Zdobycze terytorialne były nawet całkiem istotne (jak na front zachodni 1 wś), ale strategiczne żadne i cała impreza się parę miesięcy później szczęśliwie skończyła. 

W obecnej wojnie strona rosyjska to też ma to okazję przerabiać, w pierwszej turze dlatego, że kupili najtańsze chińskie opony, a potem ich nie rotowali, więc solidna część się po prostu rozpadła w pierwszych dniach, transport wojsk i logistyka się całkowicie zawaliły, straty sprzętu i ludzi były horrendalne i po niecałym miesiącu bitwa o Kijów się zakończyła. Ukraińska armia wzbogaciła się o tysiące egzemplarzy różnego sprzętu, w którym w większości należało tylko zrobić podstawowy przegląd i.... zamontować nowe opony. 

Potem rosyjska armia zaczęła kupować ich krajowe opony, spełniające minimalne wymogi, ale jakoś nieszczęśliwie spłonęły po kolei wszystkie zakłady w całym ciągu technologicznym- od komponentów do produkcji kauczuku, do samej produkcji opon. Ale w międzyczasie i tak nieco się wyczerpywały zapasy wojskowych ciężarówek i w sumie wszystko jest tam wożone wszystkim co się da, a cywilne opony są nieporównywalnie łatwiej dostępne. Kosztem oczywiście gorszych możliwości przewozowych, co ma wpływ na wyżywienie i zaopatrzenie wojska. Co widzimy każdego dnia.

No więc czołgi są fantastycznym narzędziem, tak jak sztaplarki. Narodziły się pod koniec 1 wś, w mniej więcej tym samym czasie kiedy Niemcy się dowiedzieli, że bez gumy dłużej wojny prowadzić nie będą (a wtedy kauczuk był tylko naturalny, z tropików).

Piechota szturmując umocnione linie wreszcie miała pomoc czego, co się nie bało karabinów maszynowych, drutu kolczastego i szrapneli. I oni też mogli się mniej tego bać. I tak się zakończył pozycyjny pat frontu zachodniego. I już właściwie nigdy nie wrócił, chyba, że obie strony były skrajnie wyczerpane (jak w sporej części wojny iracko- irańskiej), lub głównodowodzącym po stronie atakującej był niekompetentny dureń- jak na froncie włoskim w 2 wś. 

Tym razem przyczyna jest znacznie bardziej prozaiczna- pogoda. Na czarnoziemnych stepach normalnie mamy suche lato, kiedy wszystko jest zbite i twarde, nic nie ogranicza manewrów, a nawet zaopatrzenia. Co najwyżej przeciwnik i fakt, że unoszący się kurz za pojazdami widać z wielu kilometrów. Więc na stepach w lecie panuje ten, kto panuje w powietrzu, widzi dalej, ogarnia logistykę i potrafi mocno i szybko uderzyć tam gdzie wybierze. Wiosną i jesienią nic takiego nie ma znaczenia, bo stepy się zmieniają w ocean błota, drogi gruntowe są przejezdne tylko dla samochodów terenowy, a i to niezbyt długo.  W zimie to błoto zamarza i sytuacja taktyczna przypomina tę z lata, jedynie dni są krótsze, pogoda dla lotnictwa gorsza i potrzeba więcej paliwa do ogrzewania, co też pozwala przeciwnikowi wykryć pozycje. Tu oczywiście armia ukraińska, z zachodniego stylu i jakości mundurami i śpiworami ma się nieporównywalnie lepiej niż rosyjska. I to niezależnie od wygrywania wojny dronowej, która do tego dokłada sporo. 

A na stepach, z doskonałą widocznością na wiele kilometrów, możliwość szybkiego i bezpiecznego pokonania tego terenu jest krytyczna. Tam bez czołgów i transporterów opancerzonych dla piechoty trudno jest zrobić w ogóle cokolwiek. Całkiem sporo doświadczenia zostało zebrane stamtąd w dwóch wojnach światowych, kwestia jest oczywiście taka, kto potrafi je wykorzystać. O umiejętność korzystania z każdej dostępnej wiedzy przez ukraińską armię nie musimy się martwić. Przez rosyjską w sumie też nie.... No dobra, to był żart, oni jednak się uczą, ale tylko na aktualnym, własnym doświadczeniu, o historii, nawet własnej nie mają zielonego pojęcia. Bo by musieli się sami przed sobą przyznać, że tak jak w 1 wś Rosja się rozpadła z powodu słabości organizacyjnej, przemysłowej i materiałowej, tak samo by się zdarzyło w 2 wś, gdyby nie pomoc zachodnich aliantów. 

W takim razie co nam mówią te doświadczenia o używaniu czołgów w zimie? Otóż doświadczenia Batalionów Czołgów Ciężkich (czyli tych wyposażonych w Tygrysy) pokazywały, że w zimie można było ich używać jeśli przez co najmniej 2 tygodnie temperatury spadały poniżej -10 C. Innych czołgów to nie dotyczyło, problemy były mniejsze, ale mówimy o Tygrysach, bo te były najbardziej podobne właściwościami trakcyjnymi do dzisiejszych. I takiej pogody tej zimy jak dotychczas na Ukrainie nie było. I zapewne już nie będzie. Co dokładnie oznacza, że nie było zimowej ofensywy zmechanizowanej, żadnej ze stron i zapewne już nie będzie. I tak właśnie oglądamy na żywo strategiczne implikacje zmian klimatycznych. I kto wie, może już nigdy nie będzie tam zimowych warunków dla czołgów?

Co oczywiście nie przeszkadza w używaniu piechoty w terenie zurbanizowanym, co się obecnie dzieje.

A wracając do czołgów w zimie. Najpierw poznęcajmy się trochę nad T-34, bo to jest jedną z centralnych części imperialnej mitologii. Najwięcej o tym czołgu mówi fakt, że pancerne jednostki "gwardyjskie", czyli elitarne w Armii Radzieckiej miały na stanie... Shermany. Tak, dokładnie, najlepszą nagrodą dla jednostki było jej przemianowanie na gwardyjską, co oznaczało oddanie w cholerę tego wspaniałego i legendarnego T-34 co wygrał wojnę (razem z Szarikiem) i przesiadka na amerykańskie czołgi. O ciężarówkach i oponach do nich nie będę wspominał, bo innych niż amerykańskie i tak tam nie było. Zwłaszcza w pierwszorzutowych jednostkach.

Oprócz takich drobiazgów jak konstrukcja gąsienic, dzięki której na odrobinie lodu T-34 był w rowie, a Sherman tego nie zauważał była też kwestia silnika. Jak podawała to propaganda, T-34 był wspaniały, bo miał diesla, dzięki czemu paliwo było mniej palne i czołg się rzadziej zapalał niż zachodnie. Co zasadniczo jest zestawem bredni. Samo paliwo oczywiście było mniej palne i w szczególności przy jakiejś nieszczelności układu paliwowego różnica mogła być olbrzymia. Ale na tym się kończą przewagi. Bo kacapy tak uwierzyły we własną propagandę o niepalności czołgów z dieslem jak w dawne przesądy o niepalności chałup z bocianimi gniazdami. I na tym przesądzie zbudowali T-72, który jak wiadomo, pali się i wybucha dość ochoczo. Diesel nie pomógł.... Bo i nie to było przyczyną, a taki drobiazg jak amunicja poupychana wszędzie i wybuchająca przy każdym przebiciu pancerza. Dokładnie tak samo jak w czołgach z 2 wś. 

Zaraz zaraz, przecież aktualna wersja mówi o tym, że odpowiedzialnym za konkursy skoków wzwyż wież T-72 jest automat ładowania z karuzelą z pociskami pod wieżą. To jest oficjalne wytłumaczenie, ale ja w nie nie wierzę. I mam na to poszlaki. Otóż standardowy zapas amunicji w T-72 to 44 naboje. 22 w autoloaderze i drugie tyle poupychane wszędzie gdzie się da. 

Jeden ukraiński czołgista się wychlapał, że oni ładują tylko 22 pociski. To by znaczyło, że ładują tylko do karuzeli, ale nie wożą żadnych więcej pocisków  w czołgu. I ukraińskie jakoś rzadziej wybuchają. 22 to jest bardzo mało amunicji, ale za to zamiast śmiertelnej pułapki mają tylko zwykłe sowieckie dziadostwo, które jakoś działa. 

Oczywiście jest to nadal dziadostwo, co pokazała ofensywa pod Charkowem, i w sumie wszystkie inne bojowe zastosowania tego sprzętu. Otóż przy użyciu radzieckich czołgów można linię frontu przesunąć o 40-60 kilometrów, bo dalej zbyt mała ich część jest jeszcze na chodzie, zwyczajnie trzeba robić poważne remonty. A tam użyli T-72 całkowicie sprawnych, po kompletnych przeglądach, prosto z polskich magazynów. 

Na południu odległości są większe. Z Hulajpola do Berdiańska jest 120 kilometrów i zapewne do tego są potrzebne Ukraińcom zachodnie czołgi. Bo się same nie rozpadną po drodze. A jak zostaną zajeżdżone silniki czy skrzynie to wymiana kompletnego powerpacka w Leopardzie (czy jakimkolwiek innym zachodnim czołgu zajmuje 10-30 minut, zależnie od posiadanego sprzętu i doświadczenia. Wymiana silnika w radzieckim czołgu to dla doświadczonej ekipy mechaników co najmniej doba.  

Nie mówiąc o takich drobiazgach jak to, ze zachodnie czołgi ważą 15-20 ton więcej nie bez powodu. Praktycznie cała ta różnica to jest więcej opancerzenia. Co pozwala uznać za bardzo prawdopodobne tezy, że dostępne poradzieckie czołgowe pociski przeciwpancerne są w stanie przebić zachodnie pancerze tylko z relatywnie małych odległości, rzędu kilkuset metrów. W walce pancernej na stepach to jak w zwarciu i takie odległości się tam normalnie nie zdarzają. To znaczy obecnie mogą, jak obie strony dysponują radziecką optyką, z której na większe odległości i tak nic nie widać. Ale jeśli pojawia się tam zachodnia, to reguły się zmieniają. I ta zachodnia optyka jest w T-72 (i PT-91) dostarczonych z Polski oraz rosyjskich T-72 mod 2016. Ani jednych ani drugich nie ma aż tak wiele, z czego rosyjskie w sporych liczbach uczestniczyły w pierwotnej ofensywie i niekoniecznie ją przetrwały. 

Ale to i tak nie ma wielkiego znaczenia, bo zachodnia amunicja jest w stanie zniszczyć T-72 i wszystkie pochodne z odległości większych niż jakikolwiek zasięg widoczności z tych pojazdów, a już zwłaszcza w nocy. Jeszcze w jakimś zurbanizowanym, zalesionym czy pagórkowatym terenie te przewagi można zniwelować zasadzką, maskowaniem, czy coś. Na otwartym stepie, z ciągłą obserwacją z powietrza- nie ma jak. Dlatego zachodnie czołgi są tak ważne. Razem z porządną mobilną obroną przeciwlotniczą, pojazdami wsparcia i sensownym dowodzeniem praktycznie załatwiają temat bitwy na stepach. Czyli inaczej mówiąc- przerwania korytarza lądowego na Krym.  

I to była prawdziwa stawka rozgrywki politycznej wokół Leopardów 2 pomiędzy Polską-Ukrainą, a Niemcami. Która, przypomnę tym, co nie zauważyli, nie zakończyła się żadnym kompromisem, ani ugodą. Zakończyła się pełną i całkowitą kapitulacją Niemiec wobec żądań Polski-Ukrainy. 

I nikt nie zwrócił uwagi dlaczego. Wszyscy romantycy onanizują się lufami i co z nich wylatuje, a nikt nie zwraca uwagi na zasadniczą rzecz, o którą chodzi właściwie z każdym sprzętem mechanicznym. To ma działać. A jak już przestanie to trzeba jak najszybciej i jak najtaniej naprawić i ruszać dalej. To była niemiecka karta przetargowa- kontrola nad dostawami części i możliwościami serwisu. I cała sztuczka polegała a tym, że polska koalicja sobie z tym poradziła. Więc niemiecki brak zgody mógł zostać całkowicie zignorowany- opinia publiczna była po polsko-ukraińskiej stronie, żadne pozwy ani sankcje nie wchodziły w grę, choć polski rząd wprost zapowiedział, że będzie nielegalnie przekazywał niemiecką broń i od legalnej strony narażał kraj na wszystkie możliwe embarga. Od faktycznej embargo sami sobie urządzili Niemcy...  

Ale jak to było w ogóle możliwe? Czołg to specjalistyczna i skomplikowana maszyna, to nie jest składak z supermarketowych części. Ale jak się zbierze trochę różnych możliwości.... Ukraina ma już sporo doświadczenia w utrzymywaniu i remontowaniu absurdalnej ilości różnych pojazdów pojazdów wojskowych, cięższych i lżejszych. Polski przemysł utrzymuje przy życiu, remontuje i modernizuje od lat flotę Leopardów. Ale ważniejsze jest to, że Turcja robi ich pełny serwis i modernizacje, włącznie z np. zmianą napędu wieży. I zapewne zadeklarowali potrzebną pomoc, włącznie z dorabianiem części. Zresztą ze zwykłych części jest mało prawdopodobne, że czegoś się nie da zrobić w Polsce czy tym bardziej Czechach. 

A silniki i skrzynie? To jest zabawniejsza sprawa. Jeśli zauważyliście, to trafiły ostatnio do Polski awaryjnie i na cito kupowane koreańskie czołgi i działa samobieżne. Właściwie nie wiadomo po co, bo w drodze są Abramsy, a Kraby w produkcji. Ale co jeśli się okaże, że powerpack z koreańskich pojazdów jest całkowicie wymienny z Leopardami? Tak, można wyciągnąć silnik, w 10 minut i wsadzić do Leoparda, jeśli będzie jakikolwiek problem. Myślę, że zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie bez trudu znajdzie się też fachowców od korekt numerów silnika, żeby już się wszystko zgadzało... Może nawet zdążą w te same 10 minut w trakcie wymiany silnika... 

A w Korei te silniki są produkowane, Polska ich też używa w Krabach i na jakąkolwiek sugestię ze strony Niemiec, że Polska może je gdzieś nielegalnie wykorzystywać to najprędzej by niemiecki ambasador trafił na dywanik. Bo Korea też jest w sytuacji, że nie ma najmniejszej ochoty nadwyrężać relacji z USA i ich sojusznikami, a Niemców może mieć bardzo głęboko. 

I szczerze mówiąc- tak się wygrywa wojny. Dyplomacją, ale pod za tą dyplomacją stoi brutalna siła. Przemysłu i sojuszu. 

Przyznam, że w życiu się nie spodziewałem oglądać czegoś takiego. 

I skoro jesteśmy przy temacie czołgów, to wróćmy do śmiesznego tematu Armaty. Rosyjski czołg, rzekomo superbroń z bezzałogową wieżą i potężnym opancerzeniem. W końcu się oficjalnie przyznali, że produkowany nie będzie, bo nie są w stanie zrobić silnika. Nic dziwnego, bo układ silnika wymyśli taki, że się go nie da zrobić. Mianowicie 12 cylindrów w układzie x. Dla wyobrażenia- tak jakby dwa V-6 połączone wspólnym wałem i jeden postawiony do góry nogami, a na nim drugi, normalnie. 

To była czysta i całkowita mrzonka w kraju, który jest zaledwie połową ZSRR, który też nigdy nie zrobił samodzielnie porządnego silnika czołgowego. I zastanawiałem się skąd tak szalony pomysł. Oprócz oczywiście wyciągania kasy na wieczne badania i projekty, to taki silnik miałby niezwykle małe wymiary zewnętrzne, zwłaszcza długość. I tu mam teorię, że po prostu komora silnika była już zaprojektowana, pod turbinę gazową (która jest znacznie mniejsza), normalny diesel podobnej mocy by tam nie wszedł, więc aby ukryć recycling starego projektu wymyślili takie cudo. 

Czyli cała ta Armata to by była przeróbka turbinowego T-80. I w sumie wszystko by się zaczęło zgadzać. Bo to by też znaczyło, że żadnego nowego projektu nigdy nie było, był PR i złodziejstwo, czyli zwyczajna, rosyjska norma. I następny projekt z lat 60-tych, tylko tym razem z silnikiem już kompletnie niemożliwym do utrzymania na chodzie ze wschodnią logistyką (znaczy chodzi mi o turbinę, bo x-12 nigdy nie istniał) 

Z rozprawiając się jeszcze z dieslem z T-34. Ten sam silnik jest stosowany do dziś w T-72 (i T-90 i PT-91), a wcześniej był to benzynowy silnik o nazwie Liberty, zaprojektowany na rządowe zlecenie w USA pod koniec 1 wś. Potem na jakiś zasadach rozpoczęto jego produkcję w ZSRR i wstawiono do czołgu BT-2, potem przerobiono na diesla i tak zostało do dziś. Ale dopóki był to wolnossący diesel, to jego relacja mocy do masy była po prostu żałosna, bo limitem dla takich silników jest ilość zasysanego powietrza. I ta moc wynosi max ok 7,5 km/litr/1000 obrotów, w bliższych współczesności silnikach nieco ograniczana w okolice 6 km, dla ograniczenia kopcenia, zwłaszcza przy przyspieszaniu. 

Więc silniki Tygrysów i Panter miały ok 650-700 koni przy 22 litrach pojemności, a współczesny im T-34 poniżej 500 km z 38 litrów. Pojemność silnika to też jego masa i jak była ona w silniku, to nie była w dziale i pancerzu. Dlatego w nagrodę żołnierze sowieccy dostawali benzynowe Shermany. A może też diesle, ale dwusuwowe i z doładowaniem (bo diesla dwusuwa wolnossącego nie da się zbudować).  

Kacapia w przykładach- propaganda i technika

Jednym ze sposobów działania Kacapii jest promowanie swojej religii. Trudno nazwać wiarą prawosławie z okresu późnego Imperium Rosyjskiego, a jeszcze bardziej dzisiejsze. Ale prawosławie w wydaniu kacapskim właściwie ocenili nasi dziadowie. Którzy, odnosząc się w II RP z szacunkiem do wielu wyznań, prawosławne świątynie po prostu wysadzili w powietrze.
Ale to nie prawosławie jest religią kagiebistów. Prawdziwa religia opiera się na Cudzie Pokonania Faszystów.
 
Historia II w.ś. według radzieckiej religii brzmi tak, że po zdradzieckim ataku dzielna Armia Czerwona została zaskoczona i cofała się zadając potężnemu wrogowi wielkie straty. Następnie mobilizacja społeczeństwa i przemysłu pozwoliła na formowanie kolejnych jednostek i wyposażanie ich w nowoczesną broń, która powstrzymała faszystów pod Moskwą. Błyskotliwi radzieccy inżynierowie opracowali wspaniałe konstrukcje, które produkowane w tysiącach i milionach przez zmobilizowany radziecki przemysł pozwoliły zwycięskiej Armii Radzieckiej dotrzeć do Berlina, pomimo zawodności i nierzetelności zachodnich sojuszników.
 
Ta historyjka ma tyle dziur, że nie jest w stanie obronić się badaniami i logiką. Inną sprawą jest oczywiście mentalność Kacapii, czyli absolutna podległość wiedzy o świecie i historii wobec bieżących potrzeb polityki i propagandy. Nam, cywilizowanym ludziom, retuszowanie zdjęć i wycinanie z nich postaci w niełasce może się wydawać śmieszne, ale w Kacapii takie zdjęcie ze Stalinem to była śmiertelnie poważna sprawa.
 
Tak samo musiała się zgadzać pozostała część narracji, a tam gdzie były prawdziwe słabe jej punkty, cały aparat państwowy podporządkowany propagandzie wspólnym głosem i przez lata przekonywał wszystkich o absolutnej prawdziwości historyjki i całej kacapskiej wersji. Bez żadnego miejsca na obiektywne badania, prawdę, nic. Zatrudnienie wszystkich łącznie, dyplomatów, budżetów reklamowych firm i wszystkich dostępnych propagandzistów na papierze i taśmie filmowej. Przecież nie mówimy o żadnej sztuce, Mówimy o podporządkowaniu wszystkiego naczelnym celom Kacapii, czyli ekspansji za wszelką cenę.
 
Sposób tej ekspansji opracował Gengis Khan (a właściwie to jego synowa). Propaganda musi mieć na celu szerzenie mitu o niezwyciężoności i wielkiej przewadze technicznej i liczebnej. Wszystkimi metodami. To opisywałem w poprzednim odcinku.
 
Wracamy do mitu o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Służy on zarówno jako własna religia, jak też do argumentacji politycznej i propagandy o niezwyciężoności. Czyli jest centralnym punktem mitologii Kacapii. Co zresztą łatwo zauważyć. Wszystko, co robią władze Rosji w taki lub inny sposób odwołuje się do mitu Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Czy to pilnowanie pomników kacapskich generałów, czy poszukiwanie faszystów na Ukrainie i większości pozostałych sąsiednich krajów. Definicja faszystów w wydaniu Kacapi to temat, który został dobrze opracowany. Komu brakuje może poczytać Sergiusza Piaseckiego. On co prawda nie opisywał jak zwalczano faszystów, a"polskich panów", ale definicja jest ta sama.
 
W samym opisie jest mowa o wielkim poświęceniu narodu radzieckiego. Raczej bym to nazwał wielką rzezią wspólnie urządzoną przez Stalina i Hitlera. W rzeczywistości w ZSRR zginęło od 20 do 40 mln ludzi. Tej liczby nie da się w żaden bezpośredni sposób potwierdzić, bo świadomie sfałszowano spis powszechny. Nawet dla władz. Oficjalne dane mówią chyba o 11 mln ofiar, ale to właśnie była propaganda mająca dla odmiany sugerować, że we wczesnej fazie zimnej wojny ZSRR miał jakikolwiek potencjał militarny. Nie miał.
 
Najważniejsza sprawa w kacapskim micie dotyczy techniki. Liczba ofiar może podlegać dyskusji, populacja i możliwości mobilizacyjne są mniej- więcej znane. Ale jeśli przekonamy przeciwnika, że dysponujemy superbronią, która jest niedościgniona/niewykrywalna/nie do pokonania przez antykacapów to zwiększa się chęć do negocjacji. Albo przynajmniej łatwiej podzielić społeczeństwo na obóz oporu i braku wiary w opór. Aktualnym przykładem jest głupio powtarzana przez prawicowe media wrzutka o nieskuteczności armat Leopardów na pancerz T-90. Nie ma takiej możliwości
 
Po dodaniu dwóch do dwóch, a to nawet kacapy potrafią, wychodzi, że trzeba właśnie stworzyć mity niezwyciężonych broni z 2 w.ś., które zostały stworzone przez radziecki przemysł i wygrały wojnę.
Jakie mity, ktoś się zapyta, przecież takie rzeczy były naprawdę: czołgi T-34, automat PPS, samolot IŁ- 2 i inne.  Nie, nie było. Żadna z tych rzeczy nie spełniała łącznie warunku radzieckiego pochodzenia, znaczenia militarnego i dobrej jakości. O niezwyciężalności i przełomowym znaczeniu już nie będę wspominał, choć do tego się posuwa kacapska propaganda.
 
Mity PPS, T- 34  i IŁ-2 są dokładnym centrum całej wiary radzieckiej. Dlatego tym gadżetom do zabijania trzeba przyjrzeć się bardzo dokładnie.
Karabin PPS był po prostu dokładną kopią fińskiego Suomi KP 31. Niezupełnie dokładną, bo jakościowo wykonaną w skrajnie zły sposób, ale działał. Sporo gorzej niż oryginał, ale jakoś. Zresztą i tak nie było mowy o żadnym masowym wyposażeniu, dobrze ponad 90% Armii Czerwonej i później Radzieckiej było uzbrojonej w Mosiny, które już w czasie I w.ś. okazały się wyraźnie gorsze niż niemieckie Mausery (gdyby się okazały lepsze to by nie było rewolucji i ZSRR...).
Możemy przyjrzeć się IŁ-2. To jest dopiero kopanie leżącego. Koncepcja opancerzonego samolotu może nie wygląda tak głupio. Ale połączenie tej koncepcji w jednosilnikowym samolocie z opancerzeniem ważącym tyle, że likwidującym jakąkolwiek zwrotność i manewrowość już jest po prostu... kacapskie. Pancerz był przebijany przez każde działko 20 mm i większość CKM, w jedyny silnik zawsze się dawało jakoś trafić i go uszkodzić, a przeciw jakimkolwiek myśliwcom był bezbronny. Później dodano stanowisko tylnego strzelca, co do którego Wiktor Suworow twierdził, że byli to żołnierze batalionów karnych. Nie sądzę. To nie miało znaczenia, gdzie się w tym samolocie siedziało to i tak była latająca trumna. Najlepszym dowodem jest to, że Luftwaffe, po wstępnym szkoleniu, wysyłała pilotów na szkolenia zaawansowane po prostu na front wschodni, skąd niektórzy wracali asami jeszcze przed oficjalnym zakończeniem szkolenia. Na front zachodni i do obrony Rzeszy trafiali tylko "prawdziwi" piloci, którzy na zachodzie sobie nie poradzili. Z lotnictwem radzieckim sobie radzili, nawet z amerykańskimi samolotami. 
 
Jako dygresja ciekawostka- Niezwyciężone lotnictwo radzieckie w 1944 kilkukrotnie urządziło wielkie naloty na Helsinki. Skali takiej, jaka była użyta do spalenia Drezna.  Jeśli ktoś widział te miasta, to wie, że w Helsinkach, w przeciwieństwie do Drezna przedwojenne budynki stoją i mają się dobrze. Generał zwycięskiej Armii Radzieckiej, wizytujący Helsinki po kapitulacji ponoć dostał apopleksji jak zobaczył, że w sumie naloty uszkodziły zaledwie kilkanaście budynków. Adding insult to injury, jednym z nich była ambasada radziecka.
 
Pozostaje T-34. Pojazd- legenda, w bloku wschodnim każdy przynajmniej raz w życiu obejrzał "Czterech Pancernych". Znakomicie zrobiony serial, dokładnie promujący te wyżej opisane tezy. Czysta propaganda pod płaszczykiem dobrej rozrywki. Dziś Kacapia nie ma do swych usług zbyt wielu ludzi zachodniej kultury, to zamiast propagandą w rozrywce bardziej zajmują się tą w biznesie, ale w stylu naprawdę niewiele się zmieniło. Depardieu najwyraźniej chlał na okrągło zamiast zaprosić kolegów i zrobić jakiś dobry film o wybitnych kagiebistach.
To wszystko pokazuje jak centralny punkt w tej układance zajmuje mit superczołgu T-34. I też pokazuje dokładnie słaby punkt Kacapii.
Co by pozostało z mitu, gdyby się okazało, że cała Armia Radziecka żywiła się konserwami z USA, używała wyłącznie Jeepów i Studebakerów, nieliczne lotnictwo w całości opierało się na samolotach z USA i to nie najmłodszych konstrukcji, a najważniejsze jednostki uderzeniowe Armii Radzieckiej używały Shermanów,  bo T-34, czy IS-3 to były kompletne kupy złomu?
Otóż by się okazało, ze Armii Radziecka, walcząca na amerykańskim sprzęcie z Wermachtem ponosiła straty w przybliżeniu 10 krotnie większe niż armia amerykańska, używająca tego samego sprzętu do walki z tym samym Wermachtem. A to by mogło zrodzić podejrzenia, że radziecka kadra oficerska to była banda niekompetentnych durni i pijaków nie mających pojęcia o swojej robocie od chorążego aż po, aż strach pomyśleć, samego Generalissimusa!!!
 
A w środku tego mitu czy religii stoi, z wyprężoną lufą, T-34
 
Ale jak się dobrze przypatrzeć to ta lufa trochę zwiędnie. Zaczynając od źródeł informacji. Większość dostępnych to jest kacapska propaganda. To pomińmy, co najwyżej możemy się później pośmiać. W poważny sposób ten czołg badano 3 razy. Pierwszy raz, w 1942 na poligonie testowym w Aberdeen. Stalin łaskawie zgodził się wysłać na zachód kilka egzemplarzy. Prawdopodobnie wtedy albo bał się o przyszłość lend- lease albo chciał się pochwalić doskonałym sprzętem. Już więcej takich rzeczy nie robił. Nic dziwnego, bo przez angielskich inżynierów ten pojazd został uznany za tak pełny wad i głupich rozwiązań konstrukcyjnych, że nie wart długiego zastanawiania się. Ponadto po 300 km rozpadł się w sposób niemożliwy do naprawy. A były to specjalnie zmontowane i starannie wykończone egzemplarze. Niemcy także bardzo starannie przetestowali zdobyte egzemplarze i doszli do podobnych wniosków. A dokładniej takich, że ten czołg kompletnie nie nadaje się do zastosowania jako pojazd bojowy i był użytkowany przez nich jako ciągnik artyleryjski, itp.
 
Ostatnie badanie dotyczyło egzemplarza zdobytego w Korei przez wojska ONZ i badanego przez inżynierów z USA. Niezwykle ciekawe i obszerne badanie, powołujące się też na poprzednie ustalenia. Tu link. Przy okazji można zobaczyć też jak wygląda prawdziwa praca dla wywiadu, można dla pewnego porównania sięgnąć po "Raport z likwidacji WSI" i dojść do wniosku, że towarzystwo z GRU w porównaniu do CIA nie miało zielonego pojęcia o swojej robocie, za to bardzo pięknie opowiadali historyjki jacy to oni są piękni i kompetentni i robią wspaniałe i ważne rzeczy. Słuchać ich, to jakby się "Czterech Pancernych" oglądało. Wszystko wygląda ładnie, a w rzeczywistości jest bujdą na resorach. Bez amortyzatorów.
 
Tymczasem ten raport inżynierski dla CIA obejmuje w miarę wszystko, analizę mechaniczną, projektową i metalurgiczną każdego elementu. Razem z bardzo ciekawymi uwagami dotyczącymi standardów wykonania każdego z elementów. Oraz większość podzespołów okazała się bardzo znajoma, podali nawet numer katalogowy pompy paliwa z T-34. Z katalogu niemieckiego producenta, łatwo się domyślić, że chodzi o Boscha.. To samo dotyczy prawie wszystkich części mechanicznych. Najciekawsze jest to "prawie", ale o tym za chwilę.
 
Zaczynając od początku. Coś około 1930 roku ZSRR zakupiło od niejakiego Waltera Christie projekt czołgu. Amerykański wynalazca, który wymyślił jak poprzez zmianę ustawienia elementów zawieszenia zwiększyć skok kół czołgu, co miało poprawić właściwości terenowe, a przede wszystkim zwiększyć prędkość w terenie. Pomysł ciekawy, ale nie działał. Po pierwsze i najważniejsze, nowe rozplanowanie zawieszenia zajmowało bardzo dużo miejsca w kadłubie. Czołg musiał być znacznie większy. Po drugie, w samym zawieszeniu nie przewidział amortyzatorów, co oznaczało potężne bujanie przy nieco większych prędkościach i w praktyce zwiększało prędkość tylko na drogach. Po trzecie wreszcie, sam sposób rozmieszczenia elementów zawieszenia sprawiał, że przy pojeździe przekraczającym 10-12 ton masy to zawieszenia zaczynało sprawiać problemy i w ruchu i w eksploatacji. Ten kupiony od Christiego czołg nazwali BT-2, ważył około 10 ton, był przeznaczony do szybkiej jazdy po drogach  i w ogóle był konstrukcja w miarę spójną. Nie najlepszą, właściwie to zupełnie nieprzydatną w prawdziwych warunkach bojowych, ale spójną i logiczną. Zresztą na początku lat 30-tych jeszcze nie do końca było wiadomo jak ma wyglądać i co robić w walce czołg, więc pojazd ten można uznać za posiadający jakiś sens.  Zawieszenie Christie stosowali też Brytyjczycy, ale oni je mocno zmodyfikowali i używali w specjalistycznych, szybkich pojazdach, a nie ogólnego zastosowania.
 
Kupiony projekt był bez silnika i uzbrojenia. Uzbrojenie jakieś wsadzili, takie jakie mieli, czyli dużo gorsze niż tej samej wagi i kalibru armaty i karabiny niemieckie czy amerykańskie, o brytyjskich nie wspominając. Ale działało. Tak przynajmniej widziałem w "Czterech Pancernych".
 
Silnik to był dokładnie Hispano- Suiza 12Y, podstawowy silnik lotniczy francuskiej armii końca lat 30-tych. Twórczością radzieckich, a prawdopodobnie niemieckich inżynierów został przerobiony na zapłon samoczynny, czyli diesla. Pewną poszlaką jest pompa paliwa i filtr oleju identyczny jak seryjnie produkowane niemieckie.
 
Kto chce sobie przeczyta, skracając temat, naprawdę radzieckiego projektu były filtr powietrza, skrzynia biegów, sposób mocowania układu napędowego i przeróbka konstrukcji pancerza z nitowanej na spawaną. Fragmenty tego dotyczące naprawdę polecam przeczytać. Pomimo suchego inżynierskiego języka są całkiem zabawne. Każdy z tych elementów to po prostu popis absolutnego braku rozumienia tematu przez kogokolwiek mającego związek z projektem lub wykonaniem. Filtr powietrza po prostu nie działa (jak można aż tak spieprzyć tak prostą rzecz?- przeczytajcie), Skrzynia biegów bez synchronizatorów i z przesuwnymi kołami z prostopadłymi zębami to jedno, ale nadmierne utwardzanie zębów w celu  poprawy wytrzymałości tej źle działającej skrzyni to drugie. Efektem były nadłamane prawie wszystkie zęby w skrzyni biegów czołgu z przebiegiem 720 km. Nie jako wyjątek, ta konstrukcja musiała tak działać. A wymiana skrzyni to około 3 dni pracy, bo trzeba cały zespół napędowy rozmontować, z bardzo złym dostępem oczywiście, bo jak inaczej mogło być w ruskim czołgu? Dla porównania w brytyjskich czołgach z tego samego okresu skrzynia biegów była konstrukcji ze wstępnie wybieranymi biegami, gdzie zmiana biegu trwała 2-3 sekundy, a wymiana skrzyni kilkadziesiąt minut. Oczywiście ułamane fragmenty zębów nie wyfrunęły w żaden tajemniczy sposób. Spokojnie nadal przebywały w oleju w skrzyni biegów, bo po co montować filtr czy jakąkolwiek możliwość wymiany oleju? I dalej mieliły przekładnie. Bardzo skutecznie, bo te odłamane jako pierwsze to były najtwardsze fragmenty kół zębatych....
 
Spawy pancerza były prawdopodobnie błędnie zaprojektowane, choć trudno to ocenić przy skrajnie niskiej jakości wykonania. Na pewno zupełnie wadliwa była organizacja pracy, bo przy braku wykwalifikowanych spawaczy (ewidentnym przy takiej jakości) spawano blachy bez przygotowania, czyli z krawędzią jaką dał palnik. To oznacza oszczędność pracy niewykwalifikowanych szlifierzy i zwiększoną ilość pracy deficytowych spawaczy. Kacapska organizacja pracy.
 
Przy tym wszystkim już chyba nikogo nie zdziwi informacja, że silnik był przykręcony wprost do konstrukcji, bez poduszek?
 
Są jeszcze ciekawsze fragmenty- normalni inżynierowie nie mogą się nadziwić jakości silnika. Tylko w drugą stronę. Wykonany z niezwykłą dbałością o wytrzymałość poszczególnych elementów i ich trwałość. Tolerancje wykonania i obróbka jakie są potrzebne w silniku lotniczych. Na przykład końcówka rury wytoczona wraz z flanżą z jednego kawałka stali. Takie rzeczy robi się tylko w wyczynowych silnikach i do samolotów myśliwskich. Do pojazdów lądowych, nawet wojskowych, można i obniża się wymagania, aby oszczędzić poważne pieniądze na dokładności obróbki. Nieeee- tu silnik był jakości lotniczej, ze skrzynią biegów w 18-wiecznym stylu i nie działającym filtrem powietrza, co ten silnik potrafiło zabić w kilkanaście godzin w zapylonej atmosferze....
 
Jeśli się zwróci uwagę na to, że jakby straty radzieckie były wielokrotnie wyższe niż niemieckie, to następnie słyszy się argument- no tak, ale ich czołgi były bardzo drogie w produkcji, a nasze tak proste, że mogliśmy wyprodukować 5 za każdy ich jeden. Cóż, przynajmniej w odniesieniu do silnika to nieprawda. Radziecki był wykonywany według ostrzejszych norm i to zupełnie niepotrzebnie. W przypadku sporej części innych elementów to twierdzenie jest równocześnie prawdziwe, jak też nieprawdziwe. Mianowicie, w porównaniu do podobnych konstrukcji z tych czasów, używano bardzo dużej ilości odlewów aluminiowych. Wymagających następnie znacznie mniejszej ilości i znacznie tańszej obróbki maszynowej, co miało wpływ na ilość roboczogodzin i zużycie maszyn. Czyli był tańszy. Tylko najpierw trzeba było mieć to aluminium. W czasach 2 w.ś. skrajnie deficytowe, a zawsze dużo droższe od stali. Którego nawet według oficjalnych danych radzieckich ponad połowa pochodziła z USA. Zapewne większość reszty to był recycling dokładnie tego samego amerykańskiego aluminium. Z tego punktu widzenia było to bardzo tanie rozwiązanie, bo ZSRR nigdy nie się z lend lease nie rozliczył. A dla Niemców bardzo dobre źródło deficytowego metalu. Z ich punktu widzenia używanie paliwożernego ciągnika, który i tak nie jest w stanie jechać ponad pół godziny jednym ciągiem albo wyciągnięcie z niego ponad pół tony aluminium było bardzo łatwym rachunkiem.
A dla nas polecam z Kacapii i ich pomysłów po prostu śmiech. On jest najlepszą odtrutką na propagandę. Bo przy Słynnym Radzieckim Czołgu Który Pokonał Faszystów W Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej pozostaje tylko śmiech, bo i cała konstrukcja jest śmieszna. A w rzeczywistości ZSRR otrzymał działających i poprawnie zaprojektowanych amerykańskich czołgów ilość podobną do całej niemieckiej produkcji czołgów w 2 w.ś. Nawet jeśli nie były to pojazdy wybitne, to poprawnie spełniały swoje zadanie.  
A Niemcy po swojej ocenie konstrukcji używali po prostu ciężkich pocisków strzelając do radzieckich czołgów, nie przejmując się nawet kwestią przebicia pancerza, bo i tak albo spawy puszczały i czołg się rozpadał, albo uderzenie przeniesione na konstrukcję niszczyło silnik połączony bez amortyzacji, albo po trafieniu wpadał do środka błędnie zaprojektowany właz kierowcy, albo blokowała się wieża, albo zbyt mocno hartowany pancerz raził odpadającymi od niego odłamkami załogę. Niestety dla III Rzeszy, Armia Radziecka miała także Shermany w niemałej ilości.
 
Wracając do sprawy polskiej. Potężny problem polega na tym, że rozwiązania takie i podobne prezentowano jak sensowne i słuszne, ludzie którzy to uważali za normalne, projektowali maszyny, wykładali na politechnikach i w zawodówkach. Oraz nadal to robią. Kacapami nie mamy się co przejmować. Oni i tak albo kupią projekt w całości razem z fachowcami potrafiącymi go sensownie zaadoptować albo utopią w bagnach razem ze swoim złomem. Mamy i powinniśmy się przejmować kacapskim myśleniem, którego jest wszędzie dużo za dużo. A ogłupiającej propagandy wszędzie także wystarczająco.
 
A byłbym zapomniał- jakość gumy w T-34 była taka, że stawała się krucha i przestawała amortyzować i uszczelniać już przy lekkim mrozie. Z punktu widzenia amerykańskich norm to w ogóle nie był wyrób który można dopuścić do użytku. Co jest dość zabawne jeśli mówimy o warunkach klimatycznych ZSRR. A przy tym wszystkim mówimy o dość później, powojennej produkcji z której usunięto bardzo dużą część usterek.