La ciudad loca

Kolejne piekne miejsce na swiecie. Jesli ktos lubi urok poludniowoeuropejskiej kultury, razem z jej niewiatpliwymi zaletami, a i wszystkimi wadami, a przy okazji kocha wielkomiejskie zycie- takie miasto jest tylko jedno:  Buenos Aires. Wiekszosc opisow Paryza sprzed 100 lat tu pasuje. Miasto, ktore nie spi i mozna tu zapewne znalezc wszelkie rozrywki jaki tylko da sie wymyslic. Wlacznie ze znakomitym polskim pubem (dla zainteresowanych- bar "Krakow", San Telmo, Venezuela 474). Zreszta pub ten jest pewnym przykladem nowej polskiej emigracji. Oczywiscie niezbyt licznej, ale zupelnie roznej od tej sprzed 100 lat- kiedy przyjezdzala tu wiejska biedota i tej po II w.s., gdzie dotarli licznie porozrzucani po swiecie Polacy z wojsk na zachodzie, itp. Dzis cala Argentyna, ale zwlaszcza Buenos Aires (jak zwykle) znow sciaga tlumy imigrantow. Z ta poprawka, ze nowa imigracja z Europy czy USA sa to w wiekszosci ludzie, ktorzy tu przyjezdzaja z jakims kapitalem i rozpoczynaja, najczesciej raczej drobne, interesy. Jest to zreszta bardzo latwe (niekoniecznie od strony biurokratycznej, ale biznesowej), gdyz podstawowe slowa opisuja sposob funkcjonowania poludniowcow to oczywiscie "fiesta, siesta i manana", wiec jesli tylko ktokolwiek potrafi wzglednie przyzwiocie wykonywac swoja prace i ma do niej polnocnoeuropejskie podejscie, to jest wrecz skazany na sukces tutaj. 
Ale wracajac do miasta- nalezy pamietac o jednej rzeczy. Jest wielkie. Jadac z centrum w dowolna strone 40 km dalej jestesmy w miescie. Oficjalnie ma niecale 13 mln mieszkancow, nieoficjalnie nalezy do tego dodac przynajmniej milion- w tym sporo nielegalnych imigrantow z pobliskiego Paragwaju i Boliwi. Ich dla odmiany mozna rozpoznac na pierwszy rzut oka- Argentynczycy sa biali, a Paragwajczycy to w wiekszosci metysi, Boliwiczycy- indianie. Zajecia tez nieco ich roznicuja- z grubsza rzecz biorac indianie zajmuja sie recyclingiem (tj. grzebia w smietnikach), a metysi prostymi pracami fizycznymi. Zreszta lokalna mieszanka rasowa jakby wzrasta- ogolne sklepy coraz czesciej prowadza Chinczycy, sprzedawcy bizuterii oczywiscie sa w jarmulkach, a murzyni sprzedaja blizej nie okreslona tandete na chodnikach. W tym zestawie zupelnie nie zdziwilem sie slyszac o Polaku, ktory zalozyl tu firme budowlana i dosc szybko zaczal niezle prosperowac- w koncu wszedzie budowlanka i transport to polskie specjalnosci. 
A transport w takim miescie to oczywiscie zupelnie inna bajka. Samo przejscie przez ulice wymaga pewnej wprawy i rozumienia zasad. Dla kogos z Polski nie jest to az taki wielki problem, ale przeniesienie sie z USA czy Wielkiej Brytani moze spowodowac poczucie pewnego zagubienia... Swiatel ulicznych pojazdy przestrzegaja, ale pieszych one raczej nie dotycza- i to w obie strony. Z tego, ze widzi sie na przejsciu swiecacego sie bialego ludzika nie wynika, ze mozna przejsc bezpiecznie. Stado motocyklistow raczej nas ominie, ale w to, ze samochod czy autobus sie zatrzyma aby przepuscic pieszego nie nalezy wierzyc. Prawde mowiac, jak wczoraj samochod sie zatrzymal przed przejsciem, aby mnie przepuscic to nie wiedzialem jak zareagowac. 
Odrebna historia za to jest transport publiczny- generalnie kierowcom autobusow chyba nikt nie powiedzial, ze gaz lub hamulec w ogole mozna wcisnac inaczej niz do oporu. I to wlasciwie opisuje wszystko. Oprocz tego poza godzinami nocnymi, jezdza po dwa lub nawet cztery tej samej linii, jeden za drugim i na przystanku zatrzymuje sie ten, ktory nie jest zaladowany do oporu. Metro jest jeszcze zabawniejsze. Jako kompletnie zatloczone mozna je okreslic poza godzinami szczytu. Za to w godzinach szczytu dalo sie zaobserwowac kolejna umiejetnosc samoorganizacji normalnego spoleczenstwa. Otoz w dzwiach wagonow metra staja zwykle dosc rosli mezczyzni i zwyczajnie dopychaja siebie i reszte pasazerow w momencie zamykania drzwi. Oczywiscie musza sie zamknac wszystkie drzwi w pociagu aby ruszyl, co zwykle sie nie udaje za pierwsza proba- ale ogolnie dziala. 
Choc oczywiscie znow- miasto jest wielkie. Poszczegolne dzielnice roznia sie od siebie chyba bardziej niz np. poszczegolne miasta w Polsce. Zaczynajac np. od takiego Puerto Madero, ktore trudno odroznic od amerykanskiej metropolii, przez Palermo, juz prawdziwe Buenos, ale gdzie rownie czesto jak tutejszy mozna uslyszec angielski na ulicach (nie od turystow, tylko mieszkancow) do nedznej villa misera, pelnej metysow i indian- ktora przypomina, ze jednak jestesmy w Ameryce Poludniowej. 
A dalej opisujac- generalnie miasto jest jednak dla ludzi, a nie dla samochodow. I prawde mowiac, malo kto ma tutaj samochod. Jest on po pierwsze drogi w eksploatacji (i to wcale nie chodzi o paliwo, ubezpieczenie, czy cos- po prostu o parkingi, ktore jak na tutejsze warunki sa naprawde drogie), a po drugie w miescie praktycznie niepotrzebny- komunikacja publiczna, pomimo zwyczajowego zatloczenia dziala swietnie a tez tanich taksowek jest mnostwo (konkretnie to najwiecej na swiecie na mieszkanca). A i tak wychodzac z domu wlasciwie nie trzeba prawie nigdzie jezdzic. Wszystko zawsze jest blisko. Czy to restauracja, czy kafejka, sklep taki czy owaki- zawsze sie znajdzie w zasiegu dziesieciominutowego spaceru. A zakupow tez nie trzeba nosic- wiekszosc sklepow je dostarcza wlasnym transportem.
Oczywiscie- z pracy do domu jednak bywa daleko. Jak komus jednak sie nie podobaja zwykle srodki transportu- moze tez zrobic jak inny znajomy. Dzieki dobrym relacjom z lokalna policja, zwykle wraca do domu... radiowozem.
A policji generalnie jest sporo i generalnie jest bezpiecznie. Jednak, jakby ktos nie zauwazyl w tym opisie wczesniej- to jest wielkie miasto. Oczywiscie mozna sie tu pozbyc portfela, torebki lub plecaka. I znow- w roznych miejscach w rozny sposob. W lepszych dzielnicach dzialaja najwyzszej klasy kieszonkowcy, w srednich juz stosuja metody bardziej w stylu podstepu niz finezji, a w najgorszych pewnie mozna dostac w czape po prostu. Ale i tak, ja przynajmniej czuje sie tu bezpieczniej niz np. w San Francisco, nie mowiac juz o polskich miastach. Choc moze ma na to wplyw to, ze miasto nie zasypia i nie dziczeje po zmroku. W rzeczywistosci zyje dokladnie cala dobe przez wszystkie dni tygodnia. 
Wiec, podsumowujac- jesli ktos lubi poludniowoeuropejska kulture, lub chocby dobrze sie czuje w takiech miejscach, a przy okazji lubi zyjace wielkie miasta- jest to wlasciwe miejsce na ziemi, i jak najbardziej rownie, a moze bardziej cywilizowane niz przynajmniej niektore regiony poludniowej Europy. Warto co najmniej je odwiedzic i sprobowac poznac.

Drugi i lepszy kraniec swiata

Sa rzeczy, ktore mozna sprawdzic teoretycznie, ale niektore  trzeba jednak zobaczyc osobiscie. Od pewnego czasu uwazalem, ze Argentyna jest krajem zdecydowanie godnym uwagi, zarowno jesli chodzi o interesy, jak i rozwazanie przeprowadzki z Polski. Po zaledwie kilku dniach na miejscu moge podac pierwsze wrazenia. 
Jedna z istotniejszych rzeczy jest pewien problem z samookresleniem narodowym Argentynczykow. Ten kraj lezy jak najbardziej w Ameryce Poludniowej, co dosc latwo sprawdzic na mapie, ale dosc zdecydowanie nie jest jej czescia kulturowo i mentalnie. Czescia samoidentyfikacji w Meksyku czy Peru jest poszukiwanie ciaglosci z kulturami prekolumbijskimi, sprzeciwu Indian wobec dominacji hiszpanskiej, itp., stopniowy wzrost liczby ludnosci bez masowej imigracji i tworzenie jakiejs tozsamosci narodowej, w pewnej czesci wspolnej dla Ameryki Lacinskiej.
Historia Argentyny wyglada zupelnie inaczej. Po uzyskaniu niepodleglosci rozpoczeto szeroko zakrojona i konsekwentna eksterminacje Indian - konsekwentniejsza nawet niz w USA, a nastepnie polityke popierania imigracji - tylko bialych oczywiscie.  Jednoczesnie, inaczej niz w USA, nie stworzono praktycznie zadnej doktryny laczacej spoleczenstwo. W konsekwencji Argentynczycy sami nie wiedza kim dokladnie sa. Wbrew pozorom z cala pewnoscia nie jest to czesc Ameryki Lacinskiej. Chyba najlepiej opisuje ich pewien bon-mot, ktory juz nie pamietam gdzie i kiedy slyszalem, a mianowicie ze sa to Wlosi mowiacy po hiszpansku, mieszkajacy we francuskich domach i myslacy, ze sa Anglikami. Powiedzialbym, ze jest to idealnie trafny w swej lapidarnosci opis - tu mozna jako przyklad podac zachowanie wielce charakterystyczne: Argentynczycy na przystankach autobusowych ustawiaja sie w grzeczne kolejki - cos takiego wystepuje chyba tylko jeszcze w Anglii. Przy okazji - argentynska odmiana hiszpanskiego jest bardzo "szeleszczaca" w brzmieniu i za to byc moze nalezy obarczyc odpowiedzialnoscia trzecie co do wielkosci zrodlo pochodzenia Argentynczykow, po Hiszpanii i Wloszech, czyli Polske. Parafrazujac wspomniany juz powyzej bon-mot: Wlosi mowiacy po hiszpansku, ale z polskim akcentem...
Podsumowujac - narod jedyny w swoim rodzaju, a oddajac sedno tego opisu - po prostu europejski. Miasta dosc ewidentnie sa dla ludzi, a nie dla samochodow, a czysta jakosc zycia, jesli tylko dochody ma sie w zakresie bardziej zblizonym do klasy sredniej a nie biednych jest naprewde niezla. Zdecydowanie bardziej porownywalna do co przyjemniejszych miejsc w Europie niz USA. 
Przy okazji - trwa tu teraz boom ekonomiczny. Bezrobocie wlasciwie zniklo, zreszta prawie wszyscy, ktorzy wyjechali po 2001 juz wrocili i przyjezdzaja tlumy innych - z jednej strony Amerykanow i Europejczkow, z drugiej biednych z Paragwaju i Boliwii, szukajacych tu pracy na czarno. 
Wzrost ten jest generowany w oparciu o dosc solidne fundamenty - Europa potrzebuje zywnosci i biopaliw z Argentyny, Argentyna wlasciwie nie potrzebuje niczego z Europy, ani USA. 
Dosc jasno pokazuje to, kto bedzie w przyszlosci dyktowal warunki....

USA i Kalifornia- perspektywy


Cóż- to co sam widziałem- USA się powoli sypią. Dolara wyraźnie zżera inflacja, z której przeciętni tubylcy jeszcze nie do końca sobie zdają sprawę. Być może dlatego, że są to jedynie podwyżki wszystkiego, a płace nawet, nominalnie ciągle jeszcze spadają. Czyli Amerykanie uczą się w przyspieszonym tempie rzeczy zupełnie dla nich obcej- oszczędzania. Niektórzy dość brutalnie- jak mieszkańcy kamperów, inni sami potrafią ograniczyc wydatki i jakoś żyć.
Ale nie to jest tak bardzo istotne- znacznie ważniejsze jest to, że chyba powoli rosną separatyzmy. Tutaj raczej po pytaniu o identyfikację narodową łatwiej usłyszeć odpowiedź “Kalifornijczyk”, niż “Amerykanin”.
Pod tym względem zacząłem się zastanawiać nad perspektywywami kraju jako takiego i jego poszczególnych regionów (bo bardziej chodzi o odrębnośc regionalna niż stricte stanową).
Otóż rzeczami które trzymają w całości USA jest wyłącznie dolar i armia. Dolar jest gdzieś w okolicach ostatniej prostej do swojego końca- nie bedę zgadywać ile jeszcze to zajmie, ale nawet najstarsi Czytelnicy raczej tego doczekają. Rząd federalny kochany nie jest (chyba już tylko w Polsce federalny rząd amerykański jest lubiany...), a jak upadnie dolar z armią może być zabawnie- w końcu przecież nie będzie pieniędzy na jej utrzymanie w takim kształcie i rząd będzie musiał jakoś to rozwiązać- ograniczyć armię lub stracić nad nią kontrolę. Jesli ograniczy armię- można nieco zaryzykować spekulację, że poważniejsze stany przestaną się go bać.
I teraz- co z poszczególnymi regionami? Wbrew pozorom (znaczy obecnej sytuacji budżetowej) Kaliforni wróżę całkiem niezłą przyszłość. Długi są w końcu nominowane w dolarach USA- hehe. Jeden z niewielu (a może jedyny) region USA który eksportuje produkty i usługi hi-tech. Co więcej, posiadający doskonałą infrastrukturę biznesową (znaczy oprócz pracowników także inwestorów, a choćby i prawników) pozwalającą łatwo i szybko założyć i rozwinąć dowolny naprawdę innowacyjny pomysł. Oprócz tego przyzwoite rolnicwo zapewniające przynajmniej możliwośc wyżywienia populacji I przy tutejszym klimacie jeszcze mające całkiem duży potencjał wzrostu. Podając może drobny przykład, ale wzgórza wokół Krzemowej Doliny doskonale nadają się pod uprawę oliwek, a obecnie porośnięte są rodzimą roślinnością i wypasa się tam odrobinę bydła. Co prawda przy takim nachyleniu terenu wymagałoby to ręcznego zbioru- co oczywiście przy jeszcze obecnych cenach pracy tutaj jest kompletnie nieopłacalne- ale pokazuje to, że ten region posiada jeszcze olbrzymie rezerwy. W tej chwili niemożliwe do uwolnienia wskutek obłędnych cen nieruchomości i wysokich kosztów pracy, ale to się w momencie upadku dolara wyrówna z powiedzmy obecną Grecją- gdzie właśnie na takich stokach oliwki rosną, są ręcznie zbierane i mają się w miarę dobrze.

Zresztą ceny ziemi rolnej są tak obłędne, że już nie opłaca się uprawiać winogron czy oliwek w Napa Valley- pomimo doskonałej gleby i klimatu, wino jest kilkukrotnie droższe niż jeszcze lepsze argentyńskie.
Pozostałe regiony USA nie są w tak dobrej sytuacji. Jedna z niewielu innych sensownych firm eksportujących zaawansowane wyroby jaka przychodzi mi na myśl to Boeing- także położony na zachodnim wybrzeżu- które prawdopodobnie będzie dzielić w całości los Kalifornii- jakikolwiek by on nie był. W pozostałej części kraju, jeśli istnieje jakikolwiek przemysł- to produkuje on bezwartościowy złom (jak Detroit) lub uzbrojenie. Dalej- Południe i Midwest to jest rolnictwo, za to na wschodnim wybrzeżu nie ma nic... Jest rząd federalny i biznes oparty na spekulacji, czyli na dolarze. Tą część USA blado widzę. Czyli właściwie znów ten sam problem co wszędzie- nieproduktywny stołeczny region konsumujący zasoby reszty całkiem bogatego kraju.
Czyli- zobaczymy, ale kiedy USA się zaczną na poważnie sypać, ja wrócę- już może na dłużej, do Kalifornii. Naprawdę piękny kraj. Jak ogłosi niepodległość będę tu pierwszy.  
Następny post będzie już z zupełnie innego końca świata. 

Chrabia

Niezależnie od oceny działalności politycznej i osoby Lecha Wałęsy, nigdy on nie ukrywał, że jest osobą niewykształconą i wręcz podkreślał z dumą, że z żadnymi elitami nie miał nigdy nic wspólnego.  Była to sprawa jasna- trudno człowiekowi tak stawiającemu sprawę, nawet jeśli pełni funkcję głowy państwa, czynić zarzuty z nieznajomości skomplikowanego słownictwa lub ortografi. Zwyczajnie- przyznawał się do tego. Owszem, można było oczekiwać, że samozwańczy trybun ludowy i robotniczy przywódca rewolucji (przynajmniej patrząc na oficjalnie obowiązująca wersję) poczyni starania o zachowywanie się jak na elity przystało- ale cóż... Może jednak oficjalna wersja o genialnym i charyzmatycznym przywódcy buntu nie była do końca prawdziwa, a geniuszu nie wystarczyło do dorośnięcia do roli. Właściwie to i tak już nieistotne.
Znacznie ciekawsza jest postać obecnego Prezydenta. Tu mnie nieco sytuacja zirytowała i trudno- znów zahaczam o bieżącą politykę. Wszyscy w miarę wiemy, na kogo się kreował, bądź został wykreowany. Profesjonalny polityk, posiadający klasę i umiejętności niezbędne do sprawowania najwyższych funkcji państwowych.
Z tym wizerunkiem w dość ostrym kontraście stanął jego własnoręczny wpis do księgi kondolencyjnej w Ambasadzie Japonii.
Cóż- popełnienie 7 błędów ortograficznych i interpunkcyjnych w 18-wyrazowym zdaniu....
Jedno tylko skojarzenie się mocno nasuwa:

Wspaniały monolog Hrabiego Żorża Ponimirskiego od 6:16
"Nie zna się nie tylko na ekonomi, ale nawet na ortografi"


Zapach marihuany na ulicach


Jest to dość typowy zapach Kalifornii. Generalnie poziom użtkowania tej uzywki jest może nieco niższy niż wódki w Polsce, ale mozna to porównywać. Tak jak widać w Polsce pijanych ludzi na ulicach, tak tutaj czuć zapach palonej marihuany. I tak jak w Polsce wszelkie pomysły na walkę z pijaństwem sa z góry skazane na niepowodzenie i wyśmianie- tak jest tu z marihuaną. Ronalda Reagana “war on drugs” tutaj zwyczajnie się nie przyjęła, a i nie był on specjalnie kochany. Sama się wręcz nasuwa analogia do zadekretowanej przez Gorbaczowa walki z alkoholizmem w Związku Radzieckim.
Cóż- oczywiście federalnych przepisów należy przestrzegać, więc formalnie posiadanie marihuany jest nielegalne, chyba że posiada się “medical licence”. Praktyka za to wyglada tak, że należy po prostu pójść do lekarza, powiedzieć, że czasem bola nas plecy (lub coś podobnego) i wybrac się po stanowe zezwolenie wydawane za naprawdę syboliczną opłatą. Zresztą nawet bez tego lokalne władze się absolutnie posiadaczami nie interesują- choć oczywiście można mieć mało przyjemny kontakt z federalnymi. Inna sprawa, że po pierwsze władze stanowe z federalnymi się niezbyt lubią, a po drugie FBI czy DEA absolutnie nie mają możliwości technicznych I kadrowych dla ścigania zwykłych palaczy- no chyba, że by zwyczajnie szukali pretekstu dla usadzenia kogoś, ale oczywiście osoba, która może znaleść się na celowniku federalnych szybko wybierze się do lekarza narzekając na ból pleców...
A zresztą zgodnie z prawem Stanu Kalifornia samo posiadanie marihuany w ilości do 1 uncji (co ponoć pozwala ładnych parę razy porzadnie się ujarać) od 2008 r. jest wykroczeniem, zagrożonym 100$ fine (czyli niedokładnie tłumacząc na polski- mandatem) i bez ryzyka wpisu do criminal record. Oficjalnie. Nieoficjalnie mianowicie, nikt nie słyszał o żadnym ściganiu nikogo.
Krótko mówiąc- pod płaszczykiem zgodności z prawem federalnym i nielegalności narkotyków jest to rzecz całkowicie dozwolona I tolerowana przez władze tutaj. Choć skądinąd część uzasadnienia jest budżetowa- stanu mianowicie dokładnie nie stać na kompletnie bezproduktywne wykorzystywanie czasu pracu policji, sędziów, prokuratorów i strażników wieziennych- w ramach oszczędności odpuszczają sobie ściganie rzeczy nieszkodliwych dla społeczeństwa i pozostałe zasoby są lokowane w utrzymanie porzadku społecznego- co akurat niejako przy okazji pokazuje różnicę pomiędzy cywilizowanym i dobrze zarządzanym krajem, a biurokratycznym chaosem.
Ale oczywiście federalny ustrój USA zachodzi w swej strukturze jeszcze niżej i dzieją się rzeczy jeszcze dziwniejsze z punktu widzenia przyzwyczajonego do scentralizowanego zamordyzmu Europejczyka.
Mamy taki oto Mendocino_County, w którym uprawa jest całkowicie legalna- a nawet stanowi tam podstawową gałąź ekonomii. Więc Amerykanie są po prostu praktyczni- I to jest całkiem niezła perspektywa dla USA. Co ciekawe, moim zdaniem, jest to właściwie optymistyczna pespektywa dla Kaliforni, ale niekoniecznie dla całych USA. Zgadzam się tu z przewidywaniem kol. Słomskiego, że USA się rozpadną- ale Kalifornia będzie jedą z lepiej radzących sobie części.

Zawód (bez) przyszłości- prawnik


Dziś wydaje sie to znakomita profesja- a przynajmniej dająca możliwość stabilnego i dobrego utrzymania, ale niekoniecznie to jest przyszlosc, ktora pozwoli przez reszte zycia komfortowo funkcjonować.
Zatem- jaka jest teraźniejszość i przyszłość tego zawodu?
Teraźniejszosc nie wyglada tak źle- choc w istocie widocznie sie pogarsza w miare rozwoju kryzysu. Dochody ciągle potrafią być bardzo przyzwoite, zapewne w wielkich miastach w Polsce dochody najlepszych notariuszy są w okolicach 200-300 tys zł miesięcznie, a radców czy adwokatów nie tak wiele niższe- ale to jest elita. Większość jest znacznie poniżej tego poziomu i nawet średnia raczej nie odbiega mocno od średniego wynagrodzenia. Czyli jest to raczej skuteczność biznesowa niż dochodowość samego zawodu- która jest już raczej mitem. Kancelaria notarialna i znacznie mniej radcowska czy adwokacka łączy się też z całkiem istotnymi kosztami stałymi- co przy malejącej ilości klientów i ich zamożności powoduje powolne tonięcie najsłabszych.
A jednoczesnie są co najmniej trzy czynniki mocno pogarszajace perspektywy na przyszlość- pierwsza i najważniejsza rzecz- to to, o czym już pisałem- hiperinflacja prawa. Czego czysto ekonomicznym skutkiem będzie zaprzestanie korzystania z usług prawników i innych osób, których istotnym zadaniem jest orientowanie się w sytemie. Zwyczajnie- jeśli dziś w średniej wielkości firmie potrzeba prawnika, powiedzmy na pół etatu, jednocześnie z nowymi przepisami walczy księgowość, specjalista ds. BHP i dyrektor produkcji i liczba dupogodzin potrzebnnych do tego ciągle wzrasta i zatrudnienie w księgowości rośnie, potrzeba prawników też. To wszystko będzie działać- tylko do czasu. W pewnym momencie rozsądny przedsiębiorca stwierdzi, że bardziej opłaca się płacić stosowne kary czy łapówki niż utrzymyać cały tłum pracowników tylko dla przestrzegania ciągle zmieniających sie przepisów. I połowa działu księgowości oraz prawnik wylecą. Oczywiście to tylko jeden czynnik.
Są następne. Nawet w najlepszych czasach rynek nie jest w stanie wchłonąć obecnej produkcji absolwentów prawa- i nie tylko, również licencjonowanych prawników. Oczywiście jakaś część wciąż jest potrzebna. Oczywiście- rozwija się powoli, amerykańską manierą, zwyczaj wyłudzania odszkodowań za cokolwiek, a prowizje prawników są całkiem okragłe. Ale to wszystko jest przejściowe. Jest cały czas druga strona medalu- w polskim sytemie prawnym przybywa dośc systematycznie niewypłacalnych bankrutów- prowadzących interesy, ale znajdujących się poza systemem prawnym. Jedyne co mogę widzieć- to wzrost tej tendencji, i rzecz jasna, zmniejszanie się zakresu działania systemu prawnego.
Trzecią rzeczą jest powolne- a może ostatnio przyspieszone zanikanie ledwo wyrosłej klasy średniej. Zwyczajnie- nadwyżka dochodów jaka pozostawa po podstawowych wydatkach życiowych znika w społeczeństwie w przyspieszonym tempie. Jasną rzeczą jest w tej sytuacji ograniczanie wydatków, które nie są potrzebne do przeżycia- w tym spraw sądowych i admnistracyjnych, które mozna pominąć. Części z nich pominąć się nie da, ale rynek i tak oczywiście będzie się kurczyć.
Czyli podsumowując tą cześć- oczywistych i widocznych trendów- pomysł na życie, który wymaga długoterminowej inwestycji, po to aby wejść na kurczący się rynek z gwałtownie rosnąca konkurencją, jest hm... mało sensowny.
Ale to oczywiście nie koniec perspektyw. Jest perspektywa dalsza- ta nie jest taka zła. Otóż prawnicy będą zawsze potrzebni. Jest to z całą pewnością (jesli nieco rozszeżyć jego definicję) jeden z najstarszych zawodów świata. Zawsze był i będzie potrzebny ktoś, kto potrafi rozstrzygnąć spór, ktoś kto potrafi przekonywać, lub choćby cieszy się wystarczającym respektem, aby jego rozstrzygnięcia były w jakiś sposób wykonane. Ta rola oczywiście łączy się ze społecznym szacunkiem i pewnym, ciągle funkcjonującym wyobrażeniem prawnika. Bardzo dobrym i słusznym- ale z dośc dużym prawdopodobieństwem to nie może być sposób na życie- a raczej dodatek (całkiem przyjemny) do posiadanego majątku i pozycji społecznej. Za to w miarę rozkładu państwa znikną sępy prawnicze, których w USA są całe stada, a i w Polsce przybywa. Dość pozbawionych moralności typów walczących o odszkodowania, kompletnie bez żadnego związku z poszukiewaniem rozsądku i sprawiedliwości. Spotykałem takich i jakoś nie lubię im podawać ręki. Acz cały taki biznes opiera się wyłącznie na przymusie państwowym- będzie działać na krótką metę, a dla nowych absolwentów jest jedyną alternatywą. Kiedy ten przymus osłabnie to się zacznie kończyć. Patrząc znów na USA- nikomu nie będzie tego żal. Obłędne koszty opieki zdrowotnej są wywołane w dużej mierze przez system odszkodowań za błędy lekarskie i cenami ubezpieczenia od tych błędów- wynikającymi wprost z tego systemu.
A wracając do prawników- to może być i będzie bardzo dobry i szanowany zawód- o ile tylko zachowa się przyzwoitość i ma się dobre i stabilne inne źródło utrzymania.