Legalna marihuana

Wczoraj, 19.07.2017 r. był w Urugwaju pierwszy dzień legalnej sprzedaży marihuany. Legalnej, to znaczy zwyczajnie dostępnej dla każdego.
Jest to pierwszy dzień takiej sytuacji gdziekolwiek na świecie. Oprócz Urugwaju nigdzie indziej marihuana nie jest zwykłym produktem konsumpcyjnym dostępnym dla każdego.
W wielu krajach uznaje się jej posiadanie za czyn o znikomej szkodliwości społecznej, ale nadal jet to uznawane za nielegalną substancję, zwyczajnie się nie ściga palaczy, posiadaczy i upraw na własny użytek.
Urugwaj kilka lat temu poszedł o krok dalej.
Marihuana jest substancją całkowicie legalną, choć regulowaną. Można spożywać i posiadać bez ograniczeń, choć nabyć można tylko na trzy określone sposoby.
Po pierwsze można uprawiać samemu. Limit to sześć roślin, plantację trzeba zgłosić w na poczcie (bo to zazwyczaj najbliższa instytucja państwowa, a po co robić ludziom problem). Druga możliwość to kluby palaczy (czy spożywaczy) Takie instytucje mogą mieć do 99 krzaków, z których zbiory są przeznaczone dla członków klubu.
Tak  to działa od kilku lat. To, co doszło dziś, to możliwość zwyczajnego kupienia marihuany.
W całej regulacji chodzi o to, aby turystyka narkotykowa była niemożliwa i każda z tych form jest dostępna tylko dla obywateli. Również aby zakupić najpierw trzeba się zarejestrować w rządowym rejestrze. Zakupu można dokonać tylko w aptece, jak na razie jednej z 16 w kraju (bo tyle było zainteresowanych sprzedażą). Podejrzewam, że po pierwszym dniu będzie więcej.
Przy samym zakupie trzeba pokazać dowód osobisty (chyba tylko jeśli jest nowy, z chipem, ale to już ma większość) lub złożyć odciski palców.
Limit sprzedaży to 40 gramów miesięcznie na osobę i 10 gramów jednorazowo. jako, że paczki są po pięć gramów, a dostępne są dwie odmiany, to pierwszego dnia oczywiście każdy kupował te 10 gramów. Efekt- w Montevideo pierwszego dnia wykupiono wszystko z wszystkich aptek.

Przed otwarciem o ósmej rano przed (przynajmniej niektórymi) miejscami sprzedaży już się ustawiły solidne kolejki. I trzeba docenić poświęcenie ludzi, bo był to akurat prawdopodobnie najzimniejszy dzień tego roku (około świtu było niewielkie kilka stopni mrozu i do tego zimny wiatr).
Dla mnie jednak najciekawsze było to, co ludzie z kolejki mówili dziennikarzom na pytanie dlaczego tu przyszli kupić.
Otóż praktycznie wszyscy podawali tę samą motywację jako główną. Nie to, że gdzie indziej nie można kupić. Chodzi o to, że nabywcy chcą kupować od rządu z powodu patriotyzmu oraz pozbawienia dochodów przestępców. To była motywacja praktycznie każdego. Jako uboczną mówili o tym, że lepiej kupować w legitymowanych miejscach, oczekiwali stałej przyzwoitej jakości, etc.

Dokładnie taki był rządowy plan. Nie dostarczanie narkotyków, absolutnie nie cel fiskalny, tylko zwalczanie przestępczości. Przez dekrymializację marihuany i skierowanie sił policji w inne miejsca z jednej strony oraz przez pozbawienie dochodów przestępczości zorganizowanej z drugiej. Legalna marihuana jest po prostu zbyt tania, aby można było jednocześnie z tym konkurować ceną i utrzymać styl życia jaki jest konieczny dla sukcesu nawet drobnych gangsterów z dzielnicy. Bez takich minimalnych dochodów lepiej pójść na zmywak. Albo zająć się napadami, a z tym prędzej czy później dostanie się wieloletni wyrok.
Zupełnie nie zaskoczyło mnie, że tak naprawdę w kolejce stał zwykły przekrój społeczeństwa. Oprócz nieletnich, bo im się nie sprzedaje. Ale zarówno emeryci jak i ludzie z małymi dziećmi. I nikt oczywiście z tym nie ma żadnego problemu.
Cena też nie stanowi problemu, bo zgodnie z planem miała nie stanowić i dokładnie miała być taka, z jaką nie można utrzymać gangu. Mianowicie wynosi 187 peso, czyli ok 22 zł za 5 gramów. Z gwarantowana jakością. Za tyle można sprzedać sąsiadowi z własnych krzaków, ale nie da się zorganizować nielegalnej plantacji czy operacji przemytu z całą infrastrukturą i logistyką podziemnej dystrybucji.

Swoją drogą- oczekuję jeszcze pewnego wzrostu zwykłej przestępczości ulicznej, a potem szybkiego i trwałego spadku, jak ta droga życiowa przestanie mieć jakikolwiek sens. I też podejrzewam, że reszta narkotyków dość szybko zniknie, bo przecież dealerzy najpierw sprzedają trawkę, a potem niektórzy z nich też inne rzeczy. Znaczy kokaina dla elit i rzeczy dla imprez techno zostaną, ale to będzie zupełny margines. I bez dochodów z marihuany też mogą być bez sensu.

Jeszcze trochę o przestępczości w Urugwaju.


Był sobie napad na sklep, supermarket, czyli zwykły sklep samoobsługowy, zapewne o powierzchni około 300- 400 m2. 
Dwóch mężczyzn, jak się później okazało ojciec z synem, weszli do sklepu i z pistoletem w ręku zażądali otwarcia kasy. Kasjerka zachowując się rozsądnie tę kasę otworzyła i dała wyciągnąć pieniądze. Których zresztą podobno nie było za dużo (albo policja podała taką wersję aby zniechęcać do podobnych pomysłów).

Napad na supermarket w bardzo ruchliwym miejscu miasta wczesnym wieczorem nie wydaje mi się najlepszym pomysłem i w istocie się takim nie okazał. Pewnie ma w tym swój udział dość skuteczny program supresji przestępczości w mieście. Znaczy okamerowanie Starego Miasta, ale jeszcze lepiej oprogramowanie do przewidywania koncentracji przestępczości i stosowne zarządzanie patrolami. 
W związku z tym całkiem liczna grupa zawodowych przestępców musi zmieniać swoje przyzwyczajenia. Jedni zmieniają zawód, inni miejsce jego wykonywania. Czasem rozsądnie, a czasem bardzo głupio. Jak w tym przypadku.

A wyszło bardzo głupio, ponieważ jak wychodzili po napadzie (trwającym 7-8 minut) to przy wyjściu już był patrol Policji. Starszy z napastników cofnął się i wziął jedną z pracownic sklepu jako zakładnika. 
To już się zrobiła bardzo poważna sprawa. Mamy napad z bronią oraz sytuację z zakładnikiem. W najprzyjemniejszych częściach świata, jak zachodnia Europa, Japonia (czy mniej ale też cywilizowane) Chiny takie rzeczy się praktycznie nie zdarzają. W Ameryce Południowej się zdarzają, i to właściwie całej. I zdarzać się będą, aż do czasu gdy zmianie ulegnie Brazylia, na co się raczej nie zanosi. Urugwaj sam nie jest w stanie być bezpiecznym krajem mając sąsiada o prawie stukrotniej większej populacji, przeżartego endemiczną wojną gangów i obfitością wszelakiej broni oraz mając z tym sąsiadem granicę niemożliwą do pilnowania. 

A tymczasem zjechało się trochę więcej policji, w tym komisarz, i jak zgaduję, funkcjonariusze przeszkoleni dla rozwiązywania bardziej problematycznych spraw.

Porywacz najpierw zażądał umożliwienia ucieczki młodszemu z napastników (czyli synowi). Zostało to spełnione, młody wskoczył do taksówki i odjechał. Za rogiem, kilkaset metrów dalej, taksówkę zatrzymała policja i delikwent został skuty. Jeden z głowy. Drugi zażądał samochodu i obiecał, że zwolni zakładniczkę. Komisarz udostępnił mu swój, napastnik nie zwolnił zakładniczki, tylko ją wepchnął do samochodu. Wtedy komisarz dalej z nim rozmawiał będąc przy przednich drzwiach pasażera (zamknietych z otwartą szybą). Przestępca był przechylony aby z nim rozmawiać i dzięki temu do samochodu mogli niezauważeniu podejść policjanci. Jeden z nich wskoczył do samochodu obezwładniając przestępcę i przyciskając go do siedzenia. Ten próbował jeszcze wystrzelić w stronę zakładniczki, ale policjant  przytrzymał broń i pocisk nie trafił w nikogo.
Na filmiku jeszcze słychać oklaski gapiów, koniec przedstawienia.

Kilka rzeczy jest w tym całkiem istotnych i napawających optymizmem na przyszłość. Na pewno nie napawa fakt napadu na sklep w ruchliwym miejscu miasta o 19.30. Co prawda w środku zimy to dwie godziny po zmroku, ale jeszcze całkiem sporo ludzi się tam przewala z sąsiednich biurowców i centrum handlowego. 
Za to gdyby to była policja w USA, zwłaszcza Midwestu albo Południa, to zapewne obaj napastnicy zostali by zastrzeleni, co nie jest wykluczone, ze również z trzech przechodniów, zwłaszcza gdyby byli czarni, a  zakładniczce mogłoby by się oberwać. A gdyby była czarna lub latynoską i tak by została zastrzelona pod nazwą "wspólnik sprawców". 
Bardzo, bardzo pozytywne jest to, że policja potrafiła całą sprawę załatwić bez używania broni. Choć w innych przypadkach pokazują, ze jak naprawdę potrzeba, to potrafią. W tej, z uzbrojonym porywaczem, potrafili sprawę załatwić bez strzelaniny. I to naprawdę wymagało umiejętności, zarówno szeregowych policjantów jak też dowodzenia.
To oznacza też jedną, bardzo ważną rzecz, z której domorosłe Brudne Harry'e nie zdają sobie sprawy. Policjant po strzelaninie, w której kogoś zabije potrzebuje pomocy psychologa i nie tak od razu się nadaje do służby. A jeśli się nadaje, to znaczy że jest psychopatą i tak w ogóle się nie nadaje. Czyli sprawa załatwiona spokojnie i bezkrwawo jest dużo tańsza dla samej Policji (bo nie traci funkcjonariusza). Oczywiście można to zrobić po amerykańsku- przyjmować przypadkowych ludzi, przeszkolić ich 10 godzin i pozwalać strzelać bez powodu. W razie czego zawsze można przyjąć następnych. Wolę jednak europejską metodę, gdzie funkcjonariusze mają rok czy nawet trzy szkolenia, a potem nie zabijają przypadkowych ludzi, ani nie robią z siebie wraków psychicznych. 

Z drugiej strony- na brutalność policji w Ameryce Południowej napatrzono się wystarczająco, na nieudolność przykrywaną brutalnością jeszcze bardziej. Akcja która była wykonana skutecznie i z szacunkiem dla wszystkich, nawet sprawców napadu, spotkała się z powszechnym aplauzem. I w społecznym odbiorze jest pewnym znakiem, ze kraj się naprawdę zmienia.
Filmik:
O sprawie można więcej poczytać tutaj


Najgłupszy rząd świata

Przyznam, że patrząc z daleka na UK ma sie wrażenie, że tym krajem od pewnego czasu rządzą ludzie wypuszczeni prosto ze szpitala psychiatrycznego, a co najmniej z zakładu z internatem dla upośledzonych umysłowo. 
W sumie ten ostatni opis dość dobrze pasuje do Public Schools (czyli prywatnych szkół z internatem, gdzie przyjmuje się tylko z referencjami), w których była wychowywana spora część brytyjskich elit, zwłaszcza konserwatywnych, więc zasadniczo wrażenie jest słuszne.

Jeden z członków tych elit dorobił się całkiem sporego majątku zajmując się usługami w zakresie oszustw podatkowych. Przestępczość jak każda inna, niewymagająca specjalnych zdolności, co najwyżej dobrych znajomości. Problem polega na tym, że jak ktoś dorobi się sporych pieniędzy to czasem mu się wydaje, że ma więcej rozumu niż inni ludzie. Jeszcze częściej ta cecha się pojawia w następnym pokoleniu. I tak nieszczęśliwe się złożyło, że przedstawiciel następnego  pokolenia został Pierwszym Ministrem Zjednoczonego Królestwa. 
Jest to kraj, który jak wiadomo, nie ma większych tradycji demokracji bezpośredniej. A dokładniej żadnych, bo konstytucja tego nie przewidywała. Ale na szczęście konstytucje tam może zmienić aktualny humor premiera, co też i zrobiono. 
Tenże człowiek o rodzinnych tradycjach drobnego kanciarstwa (choć na dużą skalę) już zrobił sporo w celu zahamowania wszelkich inwestycji, stworzenia na nieruchomościach bani, która zjada każdego oprócz tych, którzy byli właścicielami od dziesięcioleci oraz starannego demontażu państwa opiekuńczego w tym kiedyś legendarnie dobrej służby zdrowia. W takiej sytuacji uznał, że potrzebuje spektakularnego pokazania przez naród, że jest ceniony i kochany. I rozpisał referenda w sprawach, w których wszyscy się zgadzają. Jak na przykład dalszego istnienia wspólnego kraju z dobrą opieką zdrowotną, powszechnym dostępem do przyzwoitych warunków mieszkaniowych, etc. Tylko kraje mu się pomyliły, ale mimo to za pierwszym razem się udało. Uznał to za wyraźny sygnał poparcia dla swojego geniuszu i spokojnie zajął się przelewaniem budżetowych pieniędzy na konta kolegów ze szkoły dla upośledzonych. Tylko na już większą i jeszcze bardziej bezczelną skalę, obrazowaną np. przez Hinkey Point C.
Ale naród go kocha, więc trzeba zrobić następne referendum, w którym nikt o zdrowych zmysłach nie zagłosuje przeciw. 
I w taki sposób UK stało się pośmiewiskiem świata jako kraj kraj, w którym nie ma referendów, ale jedno zostało zrobione w celu podjęcia najgłupszej decyzji w historii. 
Swoją drogą w pokoleniu 65+ było najwięcej głosów za wyjściem, a im młodsi wyborcy tym bardziej chcieli pozostać. Wydaje się to dość głupie, ponieważ to najmłodsze pokolenie konkuruje z przyjezdnymi z Hiszpanii, Polski i Rumunii o dziadowskie resztki porządnych miejsc pracy, a emeryci uwłaszczeni w czasach thatcheryzmu pasożytują na nich wszystkich. 
Ale chyba należy przyjąć do wiadomości, że spora część tego pokolenia po prostu jest głupia, bo po Cameronie przyszła Teresa May. Jak pierwszy wydawał się nadętym kretynem oderwanym od rzeczywistości (co potwierdziły jego działania), tak dla tej pani trochę brakuje słów. Co prawda jeszcze nie zrobiła niczego konkretnego, ale jej podejście wróży temu krajowi jak najgorzej. 
Trzeba przyznać, że przynajmniej wzięła się do pracy. Autentycznie. Rozpoczęła trochę podróży po świecie w ramach konstruowania przyszłego brytyjskiego bloku handlowego. Pomysł był dobry, raz już taki blok był, dość duży i potężny. Tylko nikt jej nie powiedział, że jak był budowany poprzedni, to UK było światowym liderem technologicznym, a jak potencjalnemu partnerowi nie odpowiadała oferta handlowa, to argumentem była najpotężniejsza na świecie marynarka i niezbyt wielka, ale świetnie wyszkolona armia. Dziś z tego pozostała niezbyt wielka i nawet lepiej wyszkolona armia, ale to zdecydowanie za mały argument. I takie właśnie są efekty... Zerowe, jak na razie i nie stawiałbym na wielkie sukcesy w przyszłości. 
Tymczasem referendum w sprawie niepodległości Szkocji nie tylko nie zamknęło sprawy, ale własnie ja szerzej otworzyło. Miało być przytłaczająco wygrane, nie było. Różnica był mała, a następnie SNP praktycznie zlikwidowała brytyjskie partie w Szkocji. Co bardziej zaszkodziło Partii Pracy, ale i tak nie zmieniło układu sił w Izbie Gmin. 

Opisując komplet efektów rządów Camerona (i nieco May): w kraju sypie się infrastruktura, zarówno fizyczna, jak też społeczna, sam kraj jest na drodze do rozpadu, wyrzucił się z najbogatszego na świecie i najbardziej zaawansowanego technologicznie bloku handlowego i nikt nie ma pomysłu co dalej. 
W takiej sytuacji Teresa May spojrzała na sondaże i stwierdziła, że wspaniale rządzi, lud ją kocha i potrzebuje tylko mocniejszej legitymacji demokratycznej, a już obiecuje, że nadal będzie wysyłać pieniądze do kolegów ze szkoły dla upośledzonych. 

W sumie to poważnie zastanawiam się czy nie postawić na Corbyna jako premiera po wyborach. Przyznam, że mam co do niego jakieś wątpliwości, mam wrażenie jakiejś niespójności i chyba jest ono podzielane przez co najmniej część wyborców. Ale za to May pokazuje się bardzo dokładnie i spójnie- jako arogancka i bezczelna przedstawicielka oligarchii, czyli klasy, której wszyscy, dookoła świata, mają coraz bardziej dość. 

A sam najchętniej, i tak by było najlepiej dla wszystkich, bym widział po wyborach koalicję antykonserwatywną. Razem z SNP, LD, Plain Cymru i na dokładkę Greens (choć to jest akurat niemożliwe). Szkocja by w końcu poszła swoją drogą, znacznie bliższą Skandynawii, może Walia też. LD by wymusili odrobinę rozsądku w rozstawaniu się z cywilizacją i kraj miałby pewną szansę na miękkie lądowanie tam gdzie się wybiera. 
A wybiera się do trzeciego świata, pytanie o przywództwo to pytanie czy prostą drogą, czy może jednak zakosami i nieco zwalniając.

Jak Macron wygrał wybory we Francji

Jak wiadomo Emanuel Macron będzie nowym prezydentem Republiki Francuskiej. Wygrał przytłaczającą większością głosów z przedstawicielką Rosji, Marine Le Pen. I to bez specjalnych problemów, zamieszania, kontrowersji i afer w tracie kampanii.

Macron nie był najlepszym kandydatem i jest dość widocznym, że francuska klasa polityczna jest w kryzysie, podobnie jak w wielu innych miejscach zachodniego świata. Ale jednak wynik i przebieg wyborów drastycznie rożni się od tego co obserwowaliśmy w kampanii brexitowej i wyborach prezydenckich w USA.

Co się stało?

Po pierwsze- we Francji nie ma wielkich mediów, które z promowania ekstremalnych wizji politycznych oraz dość lekkiego podejścia do etyki uczyniły swój sposób na biznes. Oraz przy okazji otworzyłyby przestrzeń medialną dla czystego zmyślania lub promowania agendy całkowicie toksycznej dla życia publicznego. W USA i UK w tej pierwszej roli występuje koncern Murdocha. Po zdobyciu przez jego media pozycji na rynku powstało miejsce dla płatnych męt typu Breibart a następnie agend obcych interesów udających serwisy informacyjne, typu Al-Jazeera oraz Russia Today. Kiedy to ostatnie przechrzciło się na RT i zaczęło udawać obiektywne medium, dla obsadzenia radykalnej roli przystąpił "Sputnik". Nic z tego nie jest powszechnie dostępne we Francji. Tak, jest internet, tak samo nieufność do głównych mediów i dokładnie tak samo potężne finansowanie i sprawne prowadzenia dużej kampanii czarnego PR przeciwko tradycyjnym partiom, elitom politycznym  i w interesie Le Pen.

Oprócz mediów, nie było nic co specjalnie by się różniło od sytuacji w UK i USA. To co się stało, to brak politycznych efektów kradzieży danych i hakowania na gigantyczną skalę. Czyli tego, co bardzo zaszkodziło kampanii Clinton.

Tu dochodzimy do sedna. We francuskiej kampanii wyborczej sytuacja była dokładnie taka sama. Też była akcja włamywania się na wszystkie możliwe komputery i atak na gigantyczną skalę. Z tych samych miejsc co zawsze, fabryk trolli spod Moskwy i Petersburga. Też były kradzieże danych, a nawet ich publikacja. Ale nie przez Wikileaks, a przez 4Chan i to w ostatnim dniu kampanii.
Czyżby władze Rosji nagle stwierdziły, że przestępcze ingerencje w sprawy innych państw nie powinny mieć miejsca we wspólnocie międzynarodowej? Nieeeeee.

Zwyczajnie sztab Macrona wygrał to starcie.

A jak można wygrać starcie z masowym atakiem w celu kradzieży informacji? Obronić się nie da, to już przerabiało wystarczająco wielu. Ale można starannie monitorować próby ataków i zwyczajnie przy każdym z nich podstawić kilka maszyn i sporo specjalnie spreparowanej treści. I dokładnie to robił sztab Macrona, być z może z pomocą francuskiej policji.

Efekt?

Zwyczajnie- istotna część, a być może duża większość ukradzionych danych to były spreparowane nieprawdziwe historyjki oraz śmieci (co dokładnie, tego się nie dowiemy). Rosyjskie fabryki trolli nie były w stanie przerobić tych danych, tym bardziej odróżnić prawdziwych od nieprawdziwych. Stąd Wikileaks też ich nie opublikowało, bo nie miały żadnej gwarancji prawdziwości.

Tylko tyle i aż tyle. W trakcie kampanii nie było żadnego skandalu wyciągniętego z maili, bo nikt nie wiedział i jeszcze przez długie miesiące nie będzie wiedział co tam jest prawdą, a co nie. A może nigdy, bo nigdy nikt sobie nie zada trudu przejrzenia tego wszystkiego.

Za to już wiadomo jak się obronić przed masową kradzieżą informacji (bo niestety danych osobowych to nie będzie dotyczyć). Przynajmniej żeby zneutralizować lub choć ograniczyć bezpośrednie skutki ataku informatycznego. To jednak nie jest rozwiązanie na dłużą metę. W skali państwa pierwszą i najważniejszą rzeczą jest zmniejszenie możliwości ekonomicznych i rynkowych mediów, które stanową tubę wspierającą tego typu kryminalne działania. Na przykład dlatego, że same wspierają inne kryminalne działania i manipulowanie państwem na wszystkie strony.

Przestępczość w Ameryce Południowej

Jeśli zająć się tematem ogólnie, to można powiedzieć, że nie ma żadnego problemu, przestępczości nigdzie nie brakuje. Ale patrząc na szczegóły, możemy mówić o pewnej egzotyce. Tak jak egzotyczny był Gang Olsena, bo niektóre rzeczy go przypominają. A inne dodatkowe misje z GTA V.

Gang Olsena


Otóż właśnie przeczytałem newsa o napadzie na sklep obuwniczy w Santiago de Chile. Poważny, wpadło kilkanaście osób i zrabowali cały wystawiony towar. Czyli buty o wartości około 7500 USD. Ale dla nich nie bardzo będą miały jakąkolwiek wartość. Wszystkie to jedynie połowa pary, na tę samą nogę. Bo to były buty z wystawy w sklepie obuwniczym...

GTA V


Zupełnie inaczej wyglądał napad na placówkę firmy transportującej gotówkę w Ciudad del Este w Paragwaju. Miasto to jest położone przy potrójnej granicy:  Argentyny, Brazylii i Paragwaju. Jako takie jest poważnym ośrodkiem handlu oraz przemytu.
Tym razem około 50-60 bandytów podzieliło się na kilka grup, z których jedna rozpoczęła od podpalania samochodów w innych częściach miasta, aby odciągnąć policję, a następna dostała się do budynku. Wysadzając ścianę za pomocą ładunków wybuchowych. Opróżnili sejf z utargu zebranego od firm w ciągu dnia i przygotowanego do transportu do banku. W strzelaninie zginął jeden pracownik firmy konwojowej oraz policjant. Następnie, w czasie ucieczki, porwali ciężarówkę i podpalili ją blokując drogę dla pościgu. Samochody, którymi uciekali porzucili w miejscu, gdzie mieli ukryte łodzie do ucieczki na drugą stronę rzeki, czyli do Brazylii. Znaleziono w nich porzuconą broń. W tym przeciwlotniczy karabin maszynowy (kal. 0.5 cala). Wydaje mi się, że energia pocisku jest wystarczająca dla przebicia opancerzenia samochodów do przewozu kosztowności lub opancerzonych pojazdów Policji. Choć tego zbyt dokładnie nie wiem, z oczywistych powodów nikt nie podaje publicznie poziomu zabezpieczenia poszczególnych pojazdów i się nim nie chwali.
Na drugiej stronie rzeki czekał następny zestaw pojazdów. O tym dla odmiany wiadomo, bo jeden z tych pojazdów wszedł w jakąś interakcję z brazylijską policją. Czego skutkiem było to, że wszyscy trzej podróżujący zostali zastrzeleni na miejscu. W trakcie napadu było słychać, że posługują się językiem portugalskim, więc było wiadomo, że to napad transgraniczny, ale dopiero później zostali zidentyfikowani jako członkowie zorganizowanej przestępczości z Sao Paulo.

Przemyt stulecia


Przemyt w Ameryce Południowej ma swoje długie i bogate tradycje. Cła są prawie wszędzie bardzo wysokie, do tego w prawie każdym kraju zestaw barier handlowych. A jednocześnie długie i często sztucznie wytyczone granice. Popyt na kokainę swoje dokłada i efektem jest wartko płynący strumień towarów i pieniędzy w wszystkie strony i wszystkimi sposobami. Dodajmy do tego relatywnie słabo zaludnione i niezbyt bogate państwa, a otrzymamy sytuację, w której efektywne pilnowanie granic jest zwyczajnie niemożliwe. 
W takim klimacie istnieje sobie kilka miasteczek na granicy Urugwajsko- Brazylijskiej, gdzie granica przebiega środkiem ulicy. Co prawda wewnątrz Mercosuru większość ceł została zniesiona, ale integracja gospodarcza na tym się zakończyła i transport przez granicę opiera się na zwykłych zasadach eksportu i importu, a każdy kraj ma swoje regulacje. Stąd posterunki celne są na drogach dochodzących do tych miejscowości, a one same są w swej istocie strefami (prawie) wolnocłowymi. 
W takich pięknych warunkach spora grupa przemytników urządziła się wręcz idealnie. Wynajęli budynek magazynowy z dwoma wjazdami dla ciężarówek, jednym po stronie brazylijskiej, drugim po urugwajskiej. W końcu dotarła tam i policja, znalazła w tym i innych magazynach grupy 400 ton wełny i prawie 100 tys krowich skór. Biznes polega podobno na przemycie surowców z Brazylii, przerobie ich w Urugwaju i wywozie z powrotem do Brazylii do sprzedaży. Przyznam, że kompletnie nie wiem gdzie w tym jakiś większy zysk. Koszty pracy są zbliżone, może w Urugwaju nieco wyższe, ceł nie ma. Być może były to skóry z kradzionych zwierząt? 

Kto właściwie rządzi w USA?

Główne media wszelkich opcji politycznych przynajmniej zgodziły się ostatnio przynajmniej w jednej kwestii: podobał im się atak na bazę syryjskich sił powietrznych.

Atak był zaskoczeniem dla wielu osób. Dla niektórych pozytywnym, dla innych bardzo przykrym. W Warszawie i Kijowie mogą strzelać korki od szampana, w Moskwie ponoć najpopularniejszym dowcipem jest:
"Na Łubiance ponownie przeliczono głosy i okazało się, że wybory prezydenckie  USA wygrała Hilary Clinton"

W skrócie- sytuacja się zmieniła i zaskoczyła sporo osób.
Aby ja zrozumieć, najpierw trzeba ocenić i określić podstawowych aktorów.

Są to Putin (czy cała oligarchia wywodząca się z KGB) i Trump, ale znacznie ważniejsi są aktorzy pozornie drugoplanowi: Paul Manaford, Steve Bannon oraz Ivanka Trump i jej mąż, Jared Kuschner (których możemy traktować łącznie)

Wielki gambit Rosji miał polegać na tym, że dochodami z surowców miała być finansowana modernizacja sił zbrojnych i ekspansja propagandowa i polityczna. Ta ekspansja miała gwarantować stałe zyski z eksportu surowców. Mechanizm ten polega na tym, że zdobyty wpływ polityczny jest kierowany na utrzymanie i umocnienie rynków zbytu surowców, a najlepiej uzyskanie naturalnego monopolu. Stąd olbrzymie pieniądze sa przeznaczane na dyskredytowanie energetyki odnawialnej, oraz wpływ na społeczeństwo i rządy w krajach, które najbardziej mogą tym interesom zaszkodzić. Najważniejszym dla obecnej sytuacji przykładem były rządy Ukrainy po Pomarańczowej Rewolucji, dzięki którym na Ukrainie nastąpił wzrost produkcji energii odnawialnej, wydobycia gazu, utrzymanie przemysłu węglowego i cały, bardzo szeroki zestaw działań na rzecz niezależności energetycznej. Reszta historii jest znana. Następne wybory wygrywa Janukowicz, który całą tę próbę niezależności szybko rozmontowuje, w sporej części topiąc całą te politykę w morzu korupcji. Janukowycz i jego ekipa okazują się tak głupi, że prowadząc nachalnie korupcjogenną i prorosyjską politykę tracą resztki poparcia i doprowadzają do rewolucji, która ich zmiata. Rosja zajmuje Krym, gdzie jest skoncentrowana duża część ukraińskiej produkcji elektryczności z fotowoltaiki i wydobycia gazu. Łatwe pieniądze trafiają do bardzo wielu ludzi prezentujących poglądy spójne z celami Rosji dookoła świata. Od obrońców energetyki węglowej do ruchów antyszczepionkowych.

Donald Trump


Trump jest w sporej części kopią Janukowycza. Na wpół kryminalnym biznesmenem odznaczającym się zdecydowanie większą brutalnością i agresją niż realnymi umiejętnościami. Wielokrotnym bankrutem, co przy możliwościach jakie miał z rodziny oznacza po prostu kretynem, który znalazł się w elitach i juz tam został, choć generalnie nie jest akceptowany z powodu swojego prymitywizmu (najbardziej miarodajne są wypowiedzi Michaela Bloomberga na jego temat). Z czego zapewne przez ostatnie kilka lat jego interesy były poważnie wspierane przez rosyjskich oligarchów.
Wszystko by się układało jak na Ukrainie, rząd USA by sprawnie zabijał rozwój konkurencji dla paliw kopalnych gdzie tylko by mógł (to i tak robi) oraz pracował nad wsparcie dla interesów Rosji dookoła świata. To ostatnie robił, aż do czasu ataku na syryjską bazę lotniczą. 
Co się zmieniło? Rewolucji nie było. Ale było, i nadal śledztwo krążące wokół sporej części rządu. I docierające do Trumpa. Rzeczą zmieniająca reguły gry jest dość szybko postępująca demencja. Jeśli ktoś jest zainteresowany, łatwo znaleźć wywiady z Trumpem sprzed 30-40 lat. Wtedy był to człowiek niezbyt inteligenty i bez większego pojęcia o świecie, ale z poziomem słownictwa i gramatyki jakiego można oczekiwać od dorosłego, słabo wykształconego człowieka. W wypowiedziach w czasie kampanii wyborczej słownictwo było znacznie bardziej ubogie, używał wielu zaimków, etc. Obecnie, zamiast oczekiwanej poważniejszej formy i treści wypowiedzi, dalsze ubożenie komunikacji. Do poziomu, który odpowiada człowiekowi z demencją. Czymkolwiek spowodowaną. 
Dodatkowo, jako notoryjny bankrut miał problemy z finansowaniem inwestycji przez amerykańskie banki. 

Paul Manaford


Kluczowa postać i łącząca dwie powyższe. Człowiek, który zarabiał dziesiątki milionów dolarów jako rosyjski lobbysta w USA. Jeszcze w zeszłym roku miał oddać 90 mln dolarów, które wziął od Rosji na założenie telewizji internetowej i zwyczajnie je przytulił, nie zrobił nic i wziął do kieszeni. A to na pewno nie jedyna taka sprawa, ile dostał za wybory na Ukrainie nikt nie wie. Takich pieniędzy nie dostaje się za zamiatanie ulic. Dostaje się na przykład za znalezienie kandydata, wypromowanie go, wygranie wyborów i obsadzenie rządu według życzeń płacącego. Co Manaford zrobił na Ukrainie. Dokładnie on wynalazł Janukowycza i zrobił go prezydentem. Oczywiście ze stosowną współpracą całego aparatu stojącego do dyspozycji Kremla, ale to on kierował. Miał na pewno duży wpływ na wybranie samego Janukowycza jako właściwego człowieka oraz być może całkowity na skład jego rządu. Podobną rolę pełnił w kampanii Trumpa, być może to on go wynalazł i namówił na kandydowanie. Na pewno też się lepiej zabezpieczył, bo to on wymyślił i wstawił osobę wiceprezydenta. Co w skrócie oznacza, że w razie śmierci lub impeachmentu, prezydentem nadal będzie osoba za którą zapłacili mocodawcy Manaforda. To samo dotyczy się sporej części obsady najwyższych stanowisk. Co, patrząc na cacus prokuratora Wiktora Pszonki pozwala zrozumieć dlaczego w sporej części sprawiają wrażenie jeszcze głupszych i bardziej oderwanych od rzeczywistości niż przeciętna Partii Republikańskiej. Np. nowy sędzia Sadu Najwyższego, Neil Gorsuch jest tu przykładem nawet nie wybitnym, co epickim. Gwarantuję, że jeszcze o nim wielokrotnie usłyszymy. Co jest w sumie mało zabawne, bo ministrowie są i znikną, a skład SN pozostanie na lata, a może dziesięciolecia.

Steve Bannon


Kompletny i zupełny świr. Można posłuchać jego niespójnego wydzierania się jako gwiazdy kanału "Breibart News". Z ciekawostek- założonego aby stanowić kontrę dla "mainstremowych mediów nieprzychylnych Izraelowi". Tak czy inaczej, pod koniec kampanii oraz po wyborach uzyskał nieproporcjonalnie wielki wpływ na obsadę kadrową i politykę Białego Domu. Jak się wydaje, kolejny protegowany Manaforda. Generalnie, człowiek, który naprawdę nic nie wie i nic nie rozumie, ale udało mu się doprowadzić do sytuacji, w której był doradcą do spraw bezpieczeństwa, a jednocześnie filtrem przez który przechodziły właściwie wszystkie informacje związane z bezpieczeństwem wewnętrznym i polityką międzynarodową, jakie dochodziły do Prezydenta. Który to prezydent podejmował na ich podstawie decyzje. Decyzje, które dobrze się wpisywały w interesy Rosji.

Ivanka Trump i Jared Kushner


Ukochane dziecko Donalda Trumpa i jej mąż. Wielokrotnie dawał do zrozumienia, że ma do nich (w szczególności do niej) pełne zaufanie. W kręgu władzy znaleźli się zupełnym przypadkiem, bo ojciec i teść został prezydentem. Dotychczas nie uczestniczyli w polityce, ale widać po nich przynajmniej podstawowe rozumienie świata, orientację w nim i zdrowy rozsądek. Majątek Ivanki bardzo ucierpiał na wizerunkowej katastrofie początków rządów Trumpa, sporo sieci handlowych zrezygnowało ze sprzedawania sygnowanych jej nazwiskiem torebek i biżuterii. 

Mając postacie, możemy bez trudu zrekonstruować dramat.

Trump nie za wiele rozumie ze świata i zupełnie nic z obowiązków bycia głową państwa. Większość polityki prowadziła administracja. I była to polityka od początku bardzo radykalna. Zmierzająca jak najszybciej do demontażu administracji i jak największej ilości funkcji państwa. Czyli eufemistycznie mówiąc, daleka od interesów USA i jego obywateli. Za to budząca szczery zachwyt Kremla. A także była to polityka wprost zapowiadana przez Steve'a Bannona. I realizowana. 
Dookoła Manaforda, Bannona i całej otoczki wokół finansowania wyborów i wpływu na kampanię wyborczą rozpoczęły się śledztwa. Zarówno FBI, jak też komisji Kongresu. Na początek doprowadziły do kompromitacji rusofilskich kretynów w stylu generała Flynna, czy np. doradcy Trumpa, Cartera Page'a (którego rosyjski szpieg nazywał po prostu "idiotą", jak wynika z wyciekniętych podsłuchów).
Działania administracji stawały się publicznym pośmiewiskiem, a reakcja na rządy ze strony społeczeństwa mocna i wyraźna. Co spowodowało np. bojkot wyrobów Ivanki Trump. 
To wszystko polewamy sosem demencji. Donald Trump zwyczajnie coraz mniej kojarzy i w tej sytuacji ma problemy z podejmowaniem decyzji. W oczywisty sposób w takiej sytuacji zaczyna się to zrzucać na najbliższe i zaufane osoby, zwłaszcza zaufane od lat. Oraz w miarę utraty pamięci i zdolności poznawczych najpierw ma się problem z relacjami z osobami poznanymi niedawno. 
Jeśli to wszystko połączymy, to wzrost ogromne znaczenie i wpływ Ivanki staje się oczywisty. 
Stopniowo coraz ważniejsze się stawało, kto wylatuje z Donaldem do Mar-o-lago. A na tej liście była rodzina, a nie było najbardziej podejrzanych typów i oczywistych rosyjskich lobbystów. Aby unikać dolewania paliwa do publicznych podejrzeń. 
Kiedy mamy w tej kombinacji człowieka, który zupełnie nie radzi sobie z obowiązkami i odpowiedzialnością i szuka rady i informacji u jedynych ludzi, do których ma zaufanie. Ivanka i Jared. Przy jakiejś okazji zapewne to któreś z nich pokazało mu film z ataku gazowego w Syrii. Co spowodowało impulsywną decyzję o ataku na syryjską bazę lotniczą. Oraz pytanie- dlaczego o tym nic wcześniej nie wiedział i równie nagłe wyrzucenie Bannona. 
W pewnym sensie był to jakby zamach stanu. Pałacowa wymiana decydentów i kompletna zmiana polityki. Choć może to ostatnie też jest pod pewnym znakiem zapytania, bo Jared Kushner zapomniał się przyznać, ze i on widywał w trakcie kampanii wyborczej z rosyjskim ambasadorem i to wielokrotnie. A majątek jego rodziny, głównie w nieruchomościach na Manhattanie, też mógł wymagać solidnego zastrzyku gotówki. 

To jest sedno sprawy. 

Podstawowe pytanie brzmi: co dalej?


Jedno jest pewne- to jest mimo wszystko dobra wiadomość. Gorszego zestawu niż Bannon i pozostałe pacynki Manaforda nie sposób sobie nawet wyobrazić, więc może być tylko lepiej.
Gorsza wiadomość jest taka, że jak pokazała sprawa Syrii, konflikt pałacowy będzie się rozgrywał w rytm agresywnej polityki międzynarodowej. Co stawia na ostrzu noża np. sprawę Korei. 
Ale jest przede wszystkim tragiczną wiadomością dla Kremla. Dobrze przygotowana i sprawnie przeprowadzona akcja rozbicia jedności Zachodu kończy się nie tylko porażką, ale również wizerunkową tragedią wprost prowadzącą do zaostrzenia kursu. 
W optymistycznej wersji wydarzeń śledztwo w sprawie wyborów odkryje przepływy wsparcia, kontaktów i pieniędzy, rujnując środowiska, którym jest z Moskwą po drodze. Czyli np. wielu lobbystów ze światka paliw kopalnych. To byłaby świetna wiadomość, ale nie jestem aż takim optymistą.

W każdym przypadku i tak mamy cały zestaw bardzo dziwnych postaci kierujących ministerstwami. Jak też garść alt-rightu w Kongresie, która ich popiera. Ci ludzie chcą rozmontować państwo i to w jakimś stopniu zrobią. 
Pozostanie tylko jedno pytanie- jak duże będą szkody? I czy doprowadzą do następnego światowego kryzysu. Na to drugie nadal należy i tak odpowiedzieć pozytywnie, bo każdy republikański prezydent urządzał jedno załamanie gospodarcze na kadencję.
Ale już nie musimy mówić o impeachmencie i ewentualnym skazaniu jako pewnej rzeczy. I prawie na pewno nie mówimy o prorosyjskiej polityce USA, a to jest bardzo poważny powód do ulgi. We wszystkich krajach mających pecha graniczyć z Rosją. Znacznie ważniejsze jest jednak złamanie podstaw propagandy i wiarygodności narracji przez najważniejszego na świecie gracza na międzynarodowym rynku paliw kopalnych (tak, Arabia Saudyjska ropy eksportuje więcej, ale tylko ją, Rosja to też gaz i węgiel.)  


Wieści z lepszej Ameryki, choć nie tak znowu dobre.

Problemy z aferami na skalę kraju wyglądają bardzo rożnie. Czasem mówimy o złodziejstwie na skalę całego kraju, czasem nawet całego pokolenia, które wychodzi na jaw dopiero, gdy nie może trwać dalej.

Czasem wielki przekręt jest ujawniany przez powołane do tego agendy zanim sytuacja wybuchnie. Czasem to jest możliwe po zdjęciu parasola politycznego lub wskutek konfliktów w obozie władzy.

Przykładami afer, które wybuchły, gdy już się nie dało dłużej działać są wszelkiego rodzaju piramidy finansowe. Co przy okazji jest znakomitym probierzem sprawności struktur państwa. W dobrze działającym państwie piramidy finansowe, jeśli nawet powstają, to są demontowane na początku swego istnienia, zanim zdążą zrobić krzywdę zbyt wielu ludziom. 

Sprawa Madoffa pokazała, jak słaby jest w USA nadzór państwa nad nadużyciami Wall Street. Ale jednocześnie niewiele rzeczy w tym stylu zdarza się w "zwykłej" części społeczeństwa i gospodarki.
Sytuacja w Polsce ma się zupełnie inaczej. Właściwie każda kolejna piramida finansowa, od Bezpiecznej Kasy Oszczędności do AmberGold działała spokojnie i bezkarnie aż do końca dopływu jeleni z pieniędzmi. 
Jedyna wielka afera innego rodzaju, która doszła do uszu publiczności to Afera Rywina. Która bynajmniej nie wyszła na jaw z powodu działań jakiejkolwiek policji, a wewnętrznych niesnasek w skorumpowanym układzie władzy. 

Urugwajem i Brazylią także obecnie wstrząsają afery. Nieco bardziej optymistyczna rzecz polega na tym, że w obu przypadkach władze państwa robią coś w okolicach tego co powinny. Nawet w Brazyli, kraju przeżartym polityczną i biznesową korupcją do szpiku kości. 
I dokładnie tego dotyczy sprawa. Korupcji do szpiku kości. Krowich kości, konkretnie.

Otóż policja wykryła, że w handlu pojawiała się wołowina jakby odświeżana. To się okazało czubkiem góry lodowej. Mięso, zwyczajnie zepsute, kupowały rzeźnie i chłodnie z licencjami eksportowymi, chińskimi i europejskimi. To czego nie udało się wyeksportować, bo np. zostało zawrócone na granicy UE, zamiast do utylizacji trafiało do brazylijskich sklepów. 
Natychmiast pada pytanie gdzie był nadzór sanitarny. Otóż był zwyczajnie kupiony przez sieci przetwórstwa mięsa, w tym wielkie międzynarodowe korporacje. Pieniądze, które były przez nie przelewane trafiały przez pośredników do partii obecnego Prezydenta (czyli byłego prawicowego wiceprezydenta przy Dilmie Rousseff) oraz jeszcze jednej partii oligarchicznej.

Można się zapytać- cóż, trochę zepsutego mięsa w supermarketach i parę dolarów więcej w kieszeniach polityków- co za problem? Otóż w istocie, będąc w UE problem byłby niewielki. W Polsce nie raz były w sklepach "odświeżane" wędliny i organa państwa właściwie tylko tłumaczyły dlaczego nic nie mogą zrobić. Cóż, przywileje UE są dla jej członków (co polecam uwadze nieszczęśnikom mieszkającym w UK). W przypadku Brazylii po pierwszej informacji, że ich nadzór sanitarny może nie być wiarygodny, natychmiast zawieszono wszystkie pozwolenia na handel mięsem. Do czasu wyjaśnienia sytuacji żadnego eksportu do UE, Chin, Korei czy USA nie ma i nie będzie. Później, jeśli nadzór sanitarny nie będzie w transparentny sposób oczyszczony, to możliwe, ze pozwolenia będą wydawane tylko dla pojedynczych zakładów, jeśli zostaną objęte stałym unijnym/chińskim nadzorem. Za który zakłady oczywiście zapłacą.

Rzeźnie były tu centrum korupcyjnego układu i wbrew pozorom, one na pewno na tym nie stracą. Co stracą na chwilowym wstrzymaniu eksportu, to sobie odbiją z nawiązką na cenach skupu mięsa. Największe firmy uzyskają pozwolenia w taki lub inny sposób i co najwyżej wytną lokalną konkurencję. Stracą na pewno hodowcy bydła oraz kraj. Żeby było śmieszniej, dokładnie ci sami hodowcy bydła, którzy są najbliżej powiązani z prawicowymi partiami, które ich właśnie wrzuciły w g... za kilka dolarów. 
Co nasuwa jeszcze jedną teorię, mimo wszystko mniej prawdopodobną. Afera i problem jest na pewno prawdziwy, ale powody jego wyjścia na światło dzienne mogą być inne. Kto wie, może dochodzenie prowadzili ludzie powiązani z Partią Pracy, którzy po impeachmencie Dilmy chcą po prostu utopić nową władzę. Nawet kosztem złamania poważnej gałęzi gospodarki? Jeśli tak, to poziom wzajemnej nienawiści w elitach Brazylii już po obu stronach sięgnął poziomu braku jakiejkolwiek odpowiedzialności za kraj. Prawicowe elity już dawno się jej wyzbyły w zwalczaniu lewicy, kto wie, może druga strona też, choć nie wyglądała.

W porównaniu do tego, problemy w Urugwaju wydają się trywialne, miłe i kulturalne jak wojna Duńsko- Kanadyjska (Serio, jest taka i obecnie trwa!!)
Może nie do końca. Zaczęło się jak w Polsce. Sieć kantorów, Cambio Nelson, z dnia na dzień się zamknęła. Nie była to żadna firma-krzak, wręcz przeciwnie-- istniała od kilkudziesięciu lat, w tych samych miejscach, spokojnie robili swoje interesy. 
Jak to bywa w takich sytuacjach, chwilę trwało zamieszanie. Zanim władze i publika dowiedziały się o niewypłacalności, minęło kilka dni. Początkowo wyglądało to na przerwę techniczną, dopiero jak sieć rozliczeń płatności poinformowała, że zerwali umowę, bo nie dostali należnych kilku milionów dolarów, sprawa zaczęła wyglądać na poważną. Policja skontaktowała się z właścicielem, który zapewnił, że ma chwilowe problemy z płynnością i jest w innym kraju Mercosur na rozmowach z inwestorami i zaraz wraca. To już mogło wyglądać podejrzanie (tak, wiem gdyby to była gdańska prokuratura i Amber Gold to zupełnie nie) i policja na wszelki wypadek poprosiła o informacje przez Interpol. Cóż... Zdążyła się dowiedzieć tyle, że tenże osobnik dość szybko po tej rozmowie wsiadł do samolotu do Miami i tyle go widziano.  Smaczku dodaje, że tenże właściciel to były zastępca deputowanego (W Urugwaju w razie utraty mandatu przez deputowanego na to miejsce wchodzi uprzednio wybrany zastępca)
Następnym drobiazgiem w sprawie było zachowanie jego bliskiego przyjaciela, którego poprosił o przewiezienie jednej torby do Miami. Przyjaciel na lotnisku sprawdził co właściwie było w torbie (dość rozsądnie przed lotem do USA) i kiedy zobaczył, że była po prostu wypchana dolarami, wrócił prosto na policję. Jak na razie jedynie ostatni element nieco odróżnia tę historie od typowych wyłudzeń z trzeciego świata.

Ale dalej było inaczej.

Okazało się, że Cambio Nelson było jednym z pięciu największych sponsorów rządzącej koalicji. W odpowiedzi w parlamencie znalazł się projekt ustawy całkowicie zabraniającej finansowania partii politycznych przez osoby prawne i solidnie to ograniczający w odniesieniu do osób fizycznych. Raczej stanie się obowiązującym prawem. 
Po zamknięciu kantorów zaczęli się pojawiać dość zdenerwowani ludzie, którzy mówili coś o depozytach, które chcą odebrać. Policja oczywiście pilnowała porządku i szybko i sprawnie zainteresowała się tematem. Okazało się, że właściciel/sieć kantorów przyjmowała depozyty oferując oprocentowanie wyższe niż bankowe. Sytuacja znana nie tylko tam i nie tylko teraz. Różnica polega na tym, że policja była całkiem zainteresowana procederem oraz po pierwszych informacjach śledztwo wszczął też bank centralny (w sprawie prowadzenia działalności bankowej bez licencji). 
W tej sprawie lista podejrzanych trochę urosła, bo objęła też komplet zarządu i księgowych firmy. Oraz jednego byłego księgowego, który, jak się złożyło, jest byłym prezesem banku centralnego i nadzorował przyznanie licencji firmie w 1998 roku.  Edit: już po publikacji tego tekstu zarzuty postawiono też pracownikom kasy, którzy powinni się orientować co i jak rozliczają.

W skrócie- sprawa zahacza w całości o elity polityczne. Co jest w tym wszystkim niesamowicie optymistyczne- nie widać prawie żadnego zamiatania pod dywan, chronienia swoich, tylko wręcz przeciwnie. Całkowite odcięcie się i przecięcie potencjalnych powiązań tego typu na przyszłość. Właściciel kantorów być może czuł się bezkarny, ale jak pojawiły się problemy nie widać, aby miał jakąkolwiek opiekę polityczną.

Po około 3 tygodniach wyszły kolejne dwie sprawy. Największa centrala związkowa miała budować mieszkania socjalne. Związkowcy założyli spółkę, spółka miała dyrektora i nie wybudowała mieszkań. 
Zgaduję, że część funduszy na budowę mieszkań wylądowała na lokatach w Cambio Nelson i zwyczajnie brak tych pieniędzy spowodował wykrycie całej sprawy. Nasuwa się pytanie- dlaczego z całkowicie legitymowanej spółki, która nie musiała ryzykować w taki sposób pieniądze trafiły do nielicencjonowanego pożyczkobiorcy? Zwykle, albo i zawsze, takie rzeczy dzieją się dlatego, aby przykryć manko w kasie. W tym przypadku też jest to bardzo prawdopodobne, bo jednocześnie ogłoszono znalezienie i rozbicie grupy produkującej lewe faktury. Na absolutnie masową skalę. Prawie 1400 spółek i prawie 2 mln faktur w 3,5 milionowym kraju to nie jest detal. Znów się domyślam, że lewymi fakturami przykrywano lewe wydatki, czy czystą kradzież w tejże związkowej spółce deweloperskiej i tak sprawa wyszła na jaw.
Zwłaszcza, że przecież tych lewych faktur nie kupowali hydraulicy aby obniżyć dochodowy o 50 dolarów. 
Oczywiście organizatorzy wszystkiego już są w areszcie, ale bardzo, bardzo zabawnie będzie kiedy skarbówka poszuka trochę więcej śladów, a kto wie- może znajdzie pełny rejestr lewych faktur. Tak czy inaczej podali dokładną liczbę.
Na większa skalę to będzie efektywny wzrost podatków, zwłaszcza dla firm i lepiej zarabiających. Których nikomu specjalnie nie będzie żal. Nie sądzę, aby w eksportowej części IT komuś się chciało kombinować, za to wszyscy "kapitalistyczni biznesmeni" zapewne korzystali namiętnie i hurtowo. Cóż, kiedy ta klasa społeczna się przeprowadzi z lepszych dzielnic prosto do zakładów karnych, to cały kraj na tym zyska. Podobnie jak na odcięciu polityki od korporacyjnych pieniędzy.

Zauważmy, że pomimo dość poważnego skorumpowania środowiska biznesowego, nie widać aby sądownictwo, policja czy administracja miała jakiekolwiek opory przed ściganiem całego tego towarzystwa i hurtowymi aresztowaniami. Co może niekoniecznie dobrze świadczy o teraźniejszości, ale bardzo, bardzo pozytywnie wróży na przyszłość. I pokazuje dlaczego postrzeganie poziomu korupcji w Urugwaju jest na poziomie przeciętnego kraju Europy Zachodniej i zupełnie gdzie indziej niż jakiegokolwiek innego kraju latynoamerykańskiego.

A na dobrych regulacjach się zarabia, bo skądś tę wołowinę trzeba przywieźć do Europy i Chin. Stąd, gdzie nie ma większych wątpliwości, że nadzór działa jak powinien. 

Szary dym w białym domu

Jak wiadomo, Biały Dom pod nową administracją jest dziurawy jak sito i właściwie wszystko co się tam dzieje na najwyższych szczeblach natychmiast wycieka do mediów. Co daje bardzo, bardzo ciekawy obraz sytuacji. Najbliższym skojarzeniem byłby zapewne bunkier Hitlera wiosną 1945.

Skojarzenie się wzięło stąd, że Prezydent także ma zupełnie alternatywne źródła alternatywnych faktów, zupełnie podobne do tych, które mówiły o wielkich armiach i cudownych broniach, którym Hitler rozkazywał w kwietniu.
A tymczasem Fu Prezydent wpadł w szał na wieść o tym, że niejaki Jeff Sessions odsunął się od śledztw w sprawie udziału Rosji w kampanii wyborczej. I to jest naprawdę poważny, potężny news.
Nie to, że się odsunął, a reakcja Trumpa.

W takim razie zacznijmy historię od początku:

Jeff Sessions to obecny Attorney General, czyli minister sprawiedliwości. W USA w dużej części też wypełnia obowiązki prokuratora generalnego (federalnego).
Został zatwierdzony przez Senat już w styczniu. Co było początkiem całej sprawy, w trakcie przesłuchania przed głosowaniem został zapytany przez jednego z senatorów, czy w trakcie kampanii miał kontakty z rosyjską administracją. Sessions jednoznacznie temu zaprzeczył. Niedawno media pokazały, że w trakcie konwencji Partii Republikańskiej odbył prywatną rozmowę z ambasadorem Rosji. Trzy dni po tej rozmowie rozpoczęła się publikacja maili z serwerów Partii Demokratycznej.
To się od razu kwalifikuje na wymuszoną rezygnację lub impeachment.

Ale nie zrezygnował. Jeszcze. Na razie wyłączył się z wszystkich spraw dotyczących wpływu Rosji na wynik wyborów.
I Trump się wściekł. Pojawia się bardzo, bardzo poważne pytanie- dlaczego? Jak dotychczas takie sprawy go raczej nie interesowały. Tak w ogóle to go słabo interesuje cokolwiek nie związanego z osobistymi korzyściami.
Oczywiście można to tłumaczyć urażoną dumą, że jego podwładny sam ogranicza sobie zakres władzy. Ale w przypadkach urażenia dumy Trump pisze tweety. Tu sprawa musi być poważniejsza. I jedynym rozsądnym wyjaśnieniem jest to, że Sessions był i jest w coś umoczony i dzięki temu miał skutecznie bronić jeszcze bardziej umoczonych.
Pozostaje pytanie dlaczego Sessions kłamał w tak łatwej do sprawdzenia sprawie? Na konwencji partyjnej był komplet mediów, które starannie śledziły kto z kim rozmawia, czy na osobności i jak długo. Przecież w ramach swoich obowiązków mógł się spotkać z ambasadorem.
Jest prawnikiem i politykiem od dziesięcioleci. Mógł bez trudu wykręcać się od odpowiedzi, ale chciał to ukrywać, ryzykując aferą w razie wykrycia. Jedyna logiczna hipoteza brzmi- sprawa była tak gruba, że alternatywa brzmiała- ukryć wszystko, bo jest zbyt wiele do stracenia.

Ale jednocześnie, już na stołku Prokuratora Generalnego odpuszcza. Przynajmniej częściowo.
Mówimy tu o cynicznie kalkulujących ludziach, więc mamy dość dobry obraz sytuacji:
Sessions miał i nadal ma dużo do ukrycia na temat swoich rozmów z władzami Rosji. To co ma za uszami zapewne wystarczy dla definitywnego zakończenia jego kariery politycznej, ale nie kryminalnego skazania, więc nie jest kompletnie zdesperowany aby manipulować śledztwami. Bo za manipulowanie śledztwami ma gwarantowane kilka lat urlopu na koszt podatników.

W tym kontekście sporo można wywnioskować z reakcji Trumpa. Jeszce raz przypomnę z kim mamy do czynienia. Od początku, od książki "the art of the deal", przez kasyna, linie lotnicze, "uniwersytet", mamy do czynienia z drobnym kanciarzem. Choć na spore kwoty. Człowiekiem, którego główną ideą jest wytwarzanie popularności i spieniężanie jej przez zwyczajne wyłudzenia. Bez większej filozofii, umiejętności zarządczych, wiedzy biznesowej, czy czegokolwiek. Facet ma 70 lat, od co najmniej 40 działa według tego samego schematu, można śmiało zakładać, że dziś jest identycznie.
To jego reakcje stawia w zupełnie konkretnym świetle. Można założyć, że jakaś umowa pomiędzy Trumpem a Rosją jest. Władze Rosji pomogły mu wygrać wybory. Ale zupełnie nie wiedzę, że to był koniec, że Trumpowi chodziło tylko o zostanie prezydentem. Już nim jest, teraz nic by go nie obchodziło. A obchodzi. Więc deal nie został zakończony.
Czego oczekuje Putin w miarę wiadomo. Po pierwsze- obrony światowego systemu promowania i dotowania paliw kopalnych, po drugie i znacznie mniej ważne- uznania aneksji Krymu i zniesienia sankcji.
To pierwsze administracja Trumpa realizuje gorliwie i z zapałem, bez żadnego liczenia się z kosztami dla gospodarki i interesów USA, dookoła drugiego trwają podchody.

Z drugiej strony to musi być największy deal w życiu Trumpa. Który wygląda jakby się sypał, przez jakieś głupie FBI i dziennikarzy.
Co nim jest- oczywiście nie wiemy. Ale patrząc na styl działania i poziom rozumienia świata przez Trumpa, podejrzewam, że chodzi o prostą, ordynarną gotówkę. Być może w trochę bardziej skomplikowany sposób, czyli np. ułatwionego prowadzenia interesów w Rosji, albo czegoś podobnego.
Stawiałbym jednak na to, że sam Trump jest zbyt głupi aby to wszystko przeprowadzić w wystarczająco dyskretny sposób. Jeśli mam rację, to zobaczymy dowody. Kiedyś. Być może.
Najprawdopodobniej w procesie impeachmentu.

To spróbujmy poszukać poszlak na taki przebieg wydarzeń. Trochę już wymieniłem. Następne pytanie będzie o wyrzucenie z urzędu. Brytyjskie firmy bukmacherskie są znane z oferowania zakładów dotyczących polityki. I mają w tym spore doświadczenie, musza dobrze szacować prawdopodobieństwo rożnych wydarzeń, aby jakoś zarabiać.
W takim razie zobaczymy ile płacą za wyrzucenie z urzędu Trumpa przed upływem kadencji. 1,5:1 Ups! Licząc jeszcze prawie 4 lata, to jest mniej niż można zarobić na nieco ryzykowniejszych obligacjach...  Nie sądzę, aby kiedykolwiek w historii którykolwiek z prezydentów USA był aż takim pewniakiem do wyrzucenia z urzędu na tym etapie. To można co najwyżej porównać do Nixona po ujawnieniu Watergate. Ale jeszcze nic nie zostało ujawnione. Dopiero czekamy, a już wyrzucenie go jest przez hazardzistów oceniane jako prawie pewne....

Skoro o hazardzie mowa, to i ja zaspekuluję: któraś z policji, czy to FBI czy jakaś inna ujawni dowody na ordynarne przekupstwo Trumpa. Na olbrzymią skalę.
Co oczywiście doprowadzi do skandalu i impeachmentu. Bardzo możliwe, że Trump nie zrozumie miejsca i powagi sytuacji i zamiast zrezygnować będzie się trzymał stołka do końca. Wcale nie jest wykluczone, że mu się to opłaci i zostanie uniewinniony. Przypomnę, że w sprawie Prezydenta oskarża Izba Reprezentantów, a sądzi Senat. Może być tak, że republikańska większość zwyczajnie przegłosuje uniewinnienie, niezależnie od dowodów.

Tak czy inaczej, szkody zostały już dokonane. To czy Ukraina zapłaci za rządu Trumpa i jak dużo to sprawa drugorzędna. To, że wszyscy zapłacimy, razem z całą biosferą naszej planety za promowanie niszczenia klimatu to jest poważniejszy problem. I żeby nie było. Własnie zlikwidowano obowiązek raportowania i przeciwdziałania wyciekom metanu z instalacji naftowych i gazowych. Nie żadnemu zużyciu, filtrom, czy czymkolwiek. Po prostu firmy mogą się przestać przejmować wyciekami. Metanu. Potężnego gazu cieplarnianego. A i tak, nawet pod najostrzejszymi regulacjami w USA dozwolone były i są tam rzeczy, o których w Europie nikt by nie rozmawiał inaczej jak o długości wyroków więzienia.

Fałszywki Andrzeja Szczęśniaka – polski bilans handlowy

Wpis gościnny. Moje wcześniejsze artykuły o zbliżonej tematyce:
Fałszywka spadku ilości kilometrów przemierzanych przez Polaków
Andrzej "Kompromitująca niewiedza" Szczęśniak – ropa
Andrzej Szczęśniak – fałszywy ekspert rynku węgla
Andrzej Szczęśniak – fałszywy ekspert rynku i paliw
Sytuacja na światowym rynku paliw
«Oszust - mężczyzna świadomie wprowadzający kogoś w błąd»

[Źródło: Słownik języka polskiego PWN]

Wstęp

We wszelkich decyzjach ekonomicznych niezwykle ważne jest dysponowanie prawdziwymi informacjami. Błędne informacje prowadzą bowiem do błędnych decyzji, a błędne decyzje prowadzą do strat materialnych u dokonujących ich.

Tymczasem w mediach mamy zalew fałszywych informacji, co jednak ciekawe nierzadko te fałszywe informacje głoszą ludzie przedstawiani jako eksperci – w dodatku głoszą je z pełną świadomością, że podają odbiorcom nieprawdę.

Takich medialnych ekspertów jest zapewne w mediach "na pęczki", jednak ja zajmę się tylko jednym przypadkiem. Po prostu innych medialnych ekspertów nie obserwowałem wystarczająco intensywnie by zdobyć dowody świadomego okłamywania odbiorców przez nich.

Mam nadzieję, że to co zebrałem ułatwi czytelnikom rozpoznanie i innych podobnych do tego przypadków celowej dezinformacji.

Ci, którzy czytali moje wcześniejsze artykuły (wpisy gościnne u Trystero, Doxy i na moim twitterze), wiedzą, że dość intensywnie obserwuję blogi Andrzeja Szczęśniaka: szczesniak.pl i prawica.net, co pozwoliło mi dokładnie prześledzić zarówno proces świadomego i celowego publikowania przez niego wielu fałszywych informacji jak i proces cenzurowania i banowania komentatorów, którzy "fałszywki" zauważali i wskazywali.

W dzisiejszej części zaprezentuję proces okłamywania czytelników w kwestii bilansu handlowego.

Motywem przewodnim kampanii dezinformacyjnej prowadzonej przez A. Szczęśniaka na temat bilansu handlowego Polski są dwa kłamstwa:

  • pierwsze: że III Rzeczpospolita ma i miała ujemny bilans handlu z "bogatymi państwami Zachodu" (rzeczywistość: przez prawie całą III RP bilans wymiany handlowej z tymi krajami był dodatni)
  • drugie: że Polska ma ujemny bilans wymiany handlowej z całym światem łącznie (rzeczywistość: od 4 lat - tj. od roku 2013 w przeliczeniu na mieszkańca polskie nadwyżki handlowe są wyższe niż chińskie)

Kampania dezinformacyjna

A więc cztery lata temu Polska trwale stała się eksporterem netto towarów i usług, a wraz z tym zdarzeniem A. Szczęśniak rozpoczął kampanię dezinformacyjną mającą na celu rozpowszechnienie (dez)informacji, że Polska została "ograna" gospodarczo przez "Zachód" – bo dokonała z nim nieekwiwalentnej transakcji w wyniku której jest obecnie "rynkiem zbytu" dla towarów i usług wytwarzanych na "Zachodzie"

«Transakcja, którą zaproponowano krajom słabiej rozwiniętym wyglądała tak:
wy, słabi, otwieracie swój rynek oddajecie swoje portfele (rynek) naszym
produktom (...) To się nazywa wymiana nieekwiwalentna»

[Źródło: http://prawica.net/4150#comment-50226]

Szczęśniak w czasie gdy jego blogi obserwowałem zamieścił ze setkę artykułów o bilansie handlowym Polski i innych krajów, kiedyś nawet narzekał, że pisze o bilansie handlowym porównywalną ilość artykułów, co cały pozostały polski Internet razem wzięty, w związku z czym jest po prostu niemożliwe, by nie wiedział, że jest dokładnie na odwrót niż w powyższym cytacie (dez)informuje. Prawie wszystkie "bogate kraje Zachodu" mają ujemne bilanse wymiany handlowej zarówno z Polską jak i z innymi krajami Europy Wschodniej. To "kraje Zachodu" są rynkami zbytu dla produktów wytwarzanych w Polsce i w innych pobliskich krajach słabiej rozwiniętych.

Poniżej diagram prezentujący wymianę handlową Polski z jej dwudziestoma największymi partnerami handlowymi w OECD.

[Źródła: Baza danych GUS, Rocznik Statystyczny Handlu Zagranicznego 2016]

A niżej polska wymiana towarów i usług z dwudziestoma największymi partnerami handlowymi spoza OECD.

[Źródła: Baza danych GUS, Rocznik Statystyczny Handlu Zagranicznego 2016]

Z powyższych danych widać chyba jednoznacznie, że nawet przyjmując tę absurdalną tezę, że Polska przystąpiła do umowy "otwieracie swój rynek, oddajecie swoje portfele (rynek) naszym produktom", to tymi którym ten rynek oddaliśmy były co najwyżej Chiny i Rosja, ale na pewno nie "Zachód", na którym na 20 największych partnerów handlowych mamy tylko trzech, z których import jest jakoś dostrzegalnie większy od eksportu (Koreę Południowią, Włochy i Irlandię).

W handlu ze wszystkimi krajami OECD łącznie (upraszczając: w handlu z "bogatym krajami Zachodu") mamy łącznie ok. 150 mld zł nadwyżki eksportu nad importem, a w handlu z (upraszczając) słabiej rozwiniętą resztą świata łącznie prawie 100 mld zł deficytu, co sumuje się do nieco ponad 50 mld zł nadwyżki.

Koniec końców Szczęśniak świadomie wprowadza więc czytelników w błąd, dezinformując ich, że Polska ma deficyt w wymianie handlowej z zagranicą, choć w rzeczywistości Polska ma tu wynoszącą w 2015 roku $14.77 mld (>50 mld zł), a w 2016 roku $18.25 (>70 mld zł) nadwyżkę – w przeliczeniu na mieszkańca od roku 2013 Polska ma nadwyżki w handlu zagranicznym większe niż mają Chiny, w tym w roku 2015 i 2016 nadwyżki per capita większe niż ChRL miała kiedykolwiek w całej swojej historii.

[Źródło: Bank Światowy]

(dla chcących przeliczyć: na terytorium Chin jest 36 razy więcej ludności niż w Polsce)

Co więcej choć Polska ma nadwyżki w wymianie handlowej z całym światem łącznie dopiero od kilku lat, to nawet wcześniej, kiedy miała tu deficyt nie był on wcale skutkiem handlu z "bogatymi państwami Zachodu", spójrzmy bowiem na kolejny diagram.

[Źródło: GUS: roczniki statystyczne handlu zagranicznego 2011-2016]

Po prostu wcześniej nadwyżki w wymianie handlowej z "bogatym Zachodem" były za małe, by zniwelować deficyt jaki występował w handlu z krajami słabiej rozwiniętymi - głównie w handlu z Chinami i Rosją, choć deficyty w handlu z takimi krajami jak Indie, Brazylia, Kazachstan, Wietnam, Malezja czy Tajlandia, też swoje tu dokładały.

Aby wciskać ten – całkowicie sprzeczny z danymi statystycznymi kit - o fatalnym, ujemnym bilansie handlowym Polski będącym skutkiem wymiany handlowej z "bogatymi państwami Zachodu", w sytuacji, gdy wszystkie źródła podają, że jest dokładnie odwrót Szczęśniak musiał stworzyć ogromny przemysł cenzury na swoich blogach, a ja działanie tego przemysłu bacznie obserwowałem, robiłem save'y kasowanych komentarzy oraz użytkowników banowanych za zamieszczenie tych komentarzy i dziś wam wszystkim moi drodzy czytelnicy przedstawię.

Poniżej streszczenie prowadzonej przez Szczęśniaka kampanii dezinformacyjnej związanej z bilansem handlowym Polski w czterech odsłonach.

Odsłona pierwsza kampanii

Wkrótce po rozpoczęciu przez Szczęśniaka wspomnianej wyżej dezinformacyjnej kampanii na jego blogach zaczęły się pojawiać komentarze użytkowników pokazujące, że Szczęśniak pisze nieprawdę.

Przykładowo dnia 12.02.2014 na szczęśniakowym blogu prawica.net użytkownik kaczakomuna opublikował artykuł o tym, że w 2013 roku Polska osiągnęła nadwyżkę eksportu nad imortem, w komentarzach pod powyższym artykułem maryla napisała o tym samym, podając przy tym na dowód linki do danych Banku Światowego. Szczęśniak zareagował na powyższe zdarzenia banami - usunięciem z prawica.net kont tych dwóch użytkowników (vide: kaczakomuna, maryla – komunikat "nie masz uprawnień dostępu do tej strony" oznacza, że konto użytkownika zostało usunięte). Użytkownikowi kaczakomuna nie pomógł nawet fakt, że od dawna prowadził własnego bloga na prawica.net, na którym zdążył napisać około setki artykułów.

Odsłona druga kampanii

Dnia 7.12.2014 Szczęśniak opublikował na szczeniak.pl artykuł, w którym porównał 10 wskaźników gospodarczych Polski i Rosji.

Zwróćcie drodzy czytelnicy uwagę na wykres "bilans handlowy towarów i usług" – wszystkie pozostałe 9 wykresów kończy się na roku 2013, a ten jeden nie – ten jako jedyny kończy się w rzeczywistości na roku 2011 – Szczęśniak usunął z wykresu dwa ostatnie dostępne wówczas w danych Banku Światowego (BŚ) lata: 2012 i 2013 – bo saldo polskiego eksportu byłoby w tych dwóch latach dodatnie, a liczbą 2010 podpisał na wykresie rok 2009 (prawdopodobnie po to by "przekręt" z usunięciem z wykresu dwóch lat mniej rzucał się w oczy).

Dzięki temu oszustwu Szczęśniak mógł łatwiej zamieścić pod wykresem sprzeczny z faktami komentarz:

«Polski bilans handlu (towarów) i usług jest od lat ujemny ok 3% PKB.
(dane BŚ [Banku Światowego, przyp.])»

[Źródło: http://szczesniak.pl/2789]

...fakty w chwili publikacji były bowiem takie, że Polska miała ten bilans handlu nie tylko dodatni, ale do tego za ostatni dostępny wtedy w danych Banku Światowego rok (rok 2013) w przeliczeniu na mieszkańca lepszy niż Chiny.

[Źródło: wykres od tradingeconomics.com na podstawie danych Banku Światowego]

...sprawę tego, że wspomniana przez Szczęśniaka średnia nie wynosiła -3% PKB, a mniej więcej -1.5% z litości już pomijam.

Trochę więcej o tym szcześniakowym wykresie-fałszywce tutaj.

Odsłona trzecia kampanii

Dnia 03.03.2015 Szczęśniak opublikował na serwisie mPolska24 artykuł swojego autorstwa, w którym stwierdza, między innymi:

«Polska od 25 lat cierpi na niekonkurencyjność gospodarki, która wyraża się w
ujemnym bilansie handlowym. Od 25 lat więcej importujemy niż eksportujemy»

Zauważmy tu przy okazji, że stwiedzenie to stoi w sprzeczności nawet z jego własną fałszywką z odsłony drugiej – lat z ujemnym bilansem handlowym Polski jest tam 16, a nie 25 – to chyba typowy syndrom w przypadku ludzi, którzy często świadomie mijają się z prawdą – tacy ludzie zwyczajnie nie są w stanie spamiętać wszystkich swoich kłamstw i różne ich kłamstwa zaczynają sobie wzajemnie przeczyć.

Niemniej jednak, nie to jest tu najważniejsze, a to co się stało kiedy w komentarzach pod wspomnianym artykułem wskazano liczne zawarte tam błędy. Jak zapewne się już domyślacie stało się jedno: wkroczył szczęśniakowy "przemysł cenzury", komentarze wyglądały: tak przed ocenzurowaniem a tak po ocenzurowaniu

Odsłona czwarta kampanii

Tu koniecznie jest dokładniejsze wyjaśnienie. W lecie 2015 roku Szczęśniak zmienił zasady funkcjonowania swojego portalu prawica.net. Wyznaczył kilku użytkowników na moderatorów i to oni, a nie sam Szczęśniak "przepuszczają" bądź nie napływające komentarze (dopiero po akceptacji przez tych moderatorów komentarz gościa się w ogóle na blogu pojawia). Sam Szczęśniak "wkracza" dopiero później i ewentualnie usuwa "nieprawomyślne" treści. W praktyce oznacza to, że nastąpiło oddzielenie moderacji (robią ją wyznaczeni przez Szczęśniaka użytkownicy prawica.net) od cenzury (dokonuje jej Szczęśniak na już zmoderowanych tekstach) i dało mi unikalną okazję wykrycia tego, które z komentarzy przeszły pomyślnie moderację, ale "odpadły" podczas cenzury.

Jak nietrudno się domyślić komentarze informujące o tym, że Polska ma dodatni bilans handlowy moderację przechodzą pomyślnie, ale później usuwa je cenzura w osobie A. Szczęśniaka, przykład takiego komentarza poniżej...

(lewa strona przed ocenzurowaniem nieprawomyślnego komentarza, prawa po ocenzurowaniu):

[Źródło: http://www.prawica.net/1840#comment-21621]

Zakończenie

To tyle w kwestii samej kampanii i stosowanej w jej trakcie cenzury, ale pozostaje jeszcze sprawa narracji, jaka temu wszystkiemu towarzyszy. Działaniom "przemysłu cenzury" na blogach Szczęśniaka towarzyszą bowiem jego zapewnienia, o tym jak bardzo kocha on wolność słowa:

«My kochamy wolność słowa»

[Źródło: http://www.prawica.net/arch/40730#comment-652084]

...oraz opowieści o tym jak bardzo czuje się on obrażony wysuwanymi wobec niego zarzutami o stosowanie cenzury:

«obraźliwe dla redakcji jest określanie jej działania jako "cenzury"»

[Źródło: http://www.prawica.net/arch/41019#comment-654432]

Powyższy artykuł jest pierwszym w ramach dłuższego cyklu, gdyż wyżej opisana kampania dezinformacyjna nie jest jedyną prowadzoną i w ten sposób cenzurowaną przez tego autora. Andrzej Szczęśniak równolegle prowadzi jeszcze kilka podobnych kampanii podobnie cenzurując oraz banując tych, którzy zorientowali się, że mają do czynienia z oszustwem i błędy oraz oczywiste kłamstwa pisane przez Szczęśniaka próbują wskazywać. W kolejnych częściach zajmę się tymi innymi podobnymi kampaniami dezinformacyjnymi prowadzonymi przez tego autora. O tych przyszłych publikacjach też będę informował na swoim twitterze.

Proste konsekwencje neoliberalizmu, czyli co słychać w Brazylii

W Brazylii dzieje się nie za wesoło. Jest to z jednej strony skutek gorszej koniunktury na główne towary eksportowe, ale w znacznie większym- szalonego konfliktu politycznego, który ma tam miejsce.
Niedawna opozycja, a obecnie władza zrobiła dużo, aby tę władzę uzyskać.
Właściwie należałoby mówić- odzyskać, bo chodzi w pewnym przybliżeniu, o elity, które dominują w gospodarce i polityce Brazylii jeszcze od czasów kolonialnych. I cały ten czas prezentowały pewien sposób myślenia i organizacji państwa, który też możemy określić mianem kolonialnego. Lub w jakikolwiek inny sposób, ale oparty na dość mocnym rozdziale pomiędzy posiadające elity i pozostawioną bez dobrego państwa olbrzymią większość społeczeństwa.
Rządy Partido dos Trabalhadores wywróciły tę sytuację. Po raz pierwszy zanegowano zasadę, że państwo ma służyć najbogatszej części społeczeństwa. W sferze wartości władze uznały, że biedniejsza część społeczeństwa też powinna mieć dostęp do przyzwoitej edukacji, opieki zdrowotnej, etc. Tak też odebrało to społeczeństwo.
W systemie federalnym, jak Brazylia, możliwości zmiany państwa i implementacji reform są znacznie mniejsze niż w państwie unitarnym, więc nie można powiedzieć, ze rządy PT całkowicie zmieniły kraj. Ale całkiem sporą jego część.
To oczywiście wywołało u elit politycznych wrażenie, że "ukradziono im kraj". I co za tym idzie korzystali z każdej możliwej metody, aby władzę PT podminować, rozłożyć i odebrać. PT nigdy nie miało samodzielnej większości w parlamencie, więc w jakimś zakresie było to łatwe. Sojuszników ideologicznych dla lewicy nie było, istnienie każdej koalicji opierało się w lwiej części na zwyczajnym przekupstwie. Po prostu- koalicjantami partii, która chciała rządzić po to, aby naprawdę zmieniać kraj byli najbardziej skorumpowani ludzie istniejący w brazylijskiej polityce.

Na tej zasadzie został też dobrany wiceprezydent kandydujący wraz z Dilmą Rousseff. Jest typowym członkiem oligarchii, idealnym przedstawicielem kasty dzięki której Brazylia, kraj pełen bogactw, dookoła świata kojarzy się z nędzą faweli.

Dla pozbycia się władzy Partido dos Trabalhadores wystarczyło pozbyć się pani prezydent. Co umożliwia konstytucja w formie impeachmentu,  władzę w takim przypadku przejmuje wiceprezydent i można mieć gwarancję, że koalicjanci PT natychmiast zmienią front.

Potrzebny był jeszcze tylko pretekst. I taki został dostarczony. Nakreślę tu sytuację- spadek cen surowców na rynkach światowych pogorszył bilans handlowy Brazylii. Oraz spowodował spadek dochodów zarówno prywatnych, jak też budżetu. Co w dalszej kolejności  spowodowało  ograniczenie konsumpcji i inwestycji, czyli spowolnienie wzrostu gospodarczego. Zupełnie oczywiście w takiej sytuacji minimalnie odpowiedzialny rząd stara się utrzymywać zatrudnienie i wydatki inwestycyjne, aby nie doprowadzić do załamania gospodarki.
A co zrobiła banda oligarchów w brazylijskim parlamencie? Otóż w ustawie budżetowej zapisała ekstremalne i nierealne cele cięć budżetowych. Rząd Dilmy Rousseff usiłował wykonać budżet w zapisanej formie. Co, jak można się łatwo domyślić doprowadziło do masowego wkurzenia ludzi, którzy nie tylko mieli coraz większy problem z utrzymaniem się i znalezieniem pracy, ale byli też uderzani co chwilę podwyżkami cen i ograniczeniami zakresu świadczeń publicznych.
Stąd sie wzięły masowe demonstracje w zeszłym roku. Choć sądzę, że jeśli w ogóle jacyś, to zaledwie mała mniejszość domagała się zastąpienia Dilmy przez Michela Temera. Większość zapewne widziała to jako czarny scenariusz. Który nastąpił.
Dilma Roussef została oskarżona o naruszenie dyscypliny budżetowej i usunięta z urzędu.
Wtedy nastąpiło to samo, tylko bardziej.
Cięcia budżetowe i usiłowanei zrównoważenia finansów publicznych nie tylko nie doprowadziły do ich równowagi, ale też do 5% recesji. Czyli porównywalnej z sytuacją Rosji, której gospodarka oprócz spadku cen surowców została też obciążona sankcjami i zwiększonym ryzykiem politycznym. Cóż, oligarchia brazylijska własnemu krajowi, dobrowolnie dostarczyła ekwiwalent sankcji międzynarodowych tylko po to, aby pozbyć się "parweniuszy" z "ich" urzędów.
To wszystko spowodowało potężne problemy budżetowe na każdym szczeblu władzy i cięcia wszędzie tam,  gdzie to możliwe, nieważne czy rozsądne.
Jak na przykład osłabienie poziomu bezpieczeństwa w więzieniach.  Z czego Brazylia nigdy nie słynęła, ale w ostatnich tygodniach nastąpiła fala buntów, które kończyły się wojnami konkurencyjnych gangów i dziesiątkami ofiar. Za każdym razem. Z kilku, może kilkunastu. Sprawa jest tak poważna, że prawdziwa liczba ofiar jest nieznana.
Dwa tygodnie temu policja urugwajska w jednym z miasteczek na granicy brazylijskiej musiała zgromadzić zwiększone siły, po tym jak ich brazylijscy koledzy poinformowali, że jeden z gangów gromadzi siły przy granicy, a oni nie mają funkcjonariuszy, aby ich rozbić.

To były jednak pojedyncze przypadki, można powiedzieć,  odosobnione. Następnym jednak etapem jest wzrost przestępczości, bo ludzie nie mają z czego żyć. Na to się nakładają rozciągniete do granic wytrzymałości budżety stanów i oszczędności a policji. Mieszanka wybuchowa. W biednym interiorze to nie powoduje aż takich problemów, ludzie są tam przyzwyczajeni do ciężkich czasów i życia prawie bez pieniędzy. W głównych metropoliach, czyli Sao Paulo, Rio de Janeiro i Brasilii nędza pojawia się ostatnia. W pozostałych wielkich miastach sytuacja pogarsza się najszybciej.
Na dziś to jest stan Espiritu Santo, zwłaszcza jego stolica Vitoria. Strefa metropolitarna tego miasta to około 2 mln mieszkańców, z ogółu 3,8 mln mieszkańców stanu.

W takim razie- co się dzieje?

Niewesoło. Tak w skrócie. Jeszcze się to nie stacza do poziomu Somalii, ale naprawdę nie jest daleko.
Zacznijmy od tego, że strajkuje policja. Zasadniczo nawet nie oni, bo oni nie mogą. Rodziny funkcjonariuszy blokują wyjazdy z koszar. Żądają zwiększenia podstawy wynagrodzenia, która w tej chwili wynosi w przeliczeniu niecałe 3500 złotych. Straciło ono wyraźnie na wartości wraz ze spadkiem siły nabywczej spowodowanej utratą wartości reala. Uwaga- nazwa może być bardzo myląca, bo w Brazylii zwyczajna, państwowa policja nazywa się Policia Militar.

Co się dalej stało?
Otóż miasto, jak też reszta stanu właściwie zaprzestało życia. Spora część sklepów została zamknięta, kierowcy autobusów odmawiają jazdy bez uzbrojonej ochrony. Tak, zwykłych miejskich autobusów. Zresztą firmy i tak nawet nie chcą ich wypuszczać na trasy. Liczba napadów na samochody wzrosła do kilkuset dziennie (to przynajmniej wiadomo, bo utrata samochodu musi być zgłoszona, inne przestępstwa niekoniecznie).
I najbardziej uderzająca statystyka- w ciągu pierwszych pięciu dni strajku doszło do 105 zabójstw. To zwyczajnie wygląda jak strefa wojny, a nie jak zwyczajny kraj.
Nic dziwnego, że dla załatwienia sytuacji rząd federalny wysłał regularne wojsko. Co jak na razie nie przyniosło efektu. Okazało się, że 550 żołnierzy to zbyt mało.
Stąd kilka dni temu zapadła decyzja o przerzuceniu dodatkowych spadochroniarzy, wojsk pancernych (!!!) i lotnictwa (!!!).
Tak, po prostu zwyczajna armia, wyposażona jak na wojnę. Zamiast radiowozów- transportery opancerzone i śmigłowce.
Dowództwo zapowiada, że jest po to, aby wykonać misję i nie wraca bez sukcesu.
Cóż, bym powiedział, że zwyczajne uspokojenie sytuacji "trochę" za dużej przestępczości ulicznej w żadnym przypadku nie powinno przekroczyć możliwości wojska i sama obecność zapewne załatwi sporą część problemu.

I nastąpi koniec sprawy? Miejmy nadzieję, ale niekoniecznie. Jest w tym wszystkim niemały haczyk. Otóż oddziały wojskowe są przerzucane z sąsiadującej z Espiritu Santo prowincji Rio de Janeiro. No i co za problem? Taki, że jak będą w jednym stanie, to nie będzie ich w drugim.
A stan Rio de Janeiro jest, dzięki szalonej autarkii rządu federalnego, praktycznie bankrutem. Od miesięcy nie zdarzyło się, aby urzędnicy (i policja) otrzymali pensje na czas.
Dość łatwo wyobrazić sobie sytuację, że i oni rozpoczną strajk. I wtedy, w drugiej co do wielkości metropolii kraju już nie będzie kogo posłać na patrole.   Drugiej metropolii i głównym ośrodku turystycznym. To nie będzie zabawne.
To będzie już w całości obserwowanie jak oligarchiczni neoliberałowie niszczą kraj do poziomu oddania ulic gangom. Czyli Somalii.

Mów mi Narcyz

Ukazał się wywiad na łamach Washington Post. Z prezydentem USA Donaldem Trumpem. 
Dla chętnych tutaj. 
Dla jasności- to co znajduje się poniżej, to moja własna opinia i własny ogląd sytuacji. Jak zwykle staram się oddzielać opinię od faktów i o to także proszę czytelników. 

Wywiad zostal przeprowadzony po objęciu urzędu. Zarzuty typu "takim językiem się mówi w kampanii" są nieaktualne. To jest prezydent USA i mówi z poziomu powagi urzędu.

Fakty mamy takie, że posługuje się językiem i składnią na poziomie 7-9 latka, w oficjalnym wywiadzie prezentuje oczywiste urojenia jako fakty oraz prezentuje rzadko spotykany poziom zadufania w sobie. 
To ostatnie prawdopodobnie wypełnia kliniczne znamiona narcyzmu.
W istocie najpierw John D. Gartner, dość znany psycholog z Uniwersytetu Hopkinsa, a potem wyraźna i rosnąca liczba psychologów i psychiatrów informuje o tym, że Donald Trump jest po prostu chory psychicznie. Jest to coś określane jako Malignant narcissism. Nie znam polskiego terminu, o ile rozumiem chodzi o narcyzm zaawansowany w takim stopniu, że chory nie tylko ignoruje uczucia innych ludzi, ale czuje się lepiej i podnosi się jego samoocena, jeśli może kogoś poniżyć lub się znęcać. Dla jasności powtórzę jeszcze raz. Mówimy o technicznej ocenie dokonanej przez specjalistów klinicznych. To nie jest moja ocena, ale ich diagnoza opiera się na publicznie dostępnych wypowiedziach i informacjach i oceniając zdrowym rozsądkiem, ja uznaję to za udowodniony fakt.

A teraz zmieńmy nieco czas i miejsce. Po pokonaniu Talibów w Afganistanie rozpoczęła się "odbudowa" tego kraju. Robiona w bardzo specyficzny sposób, bo praktycznie nic nie zbudowano, za to wydano co najmniej 110 miliardów dolarów. Klasycznym przykładem była stacja benzynowa za 43 mln dolarów.  Cały urok tego biznesu polegał na tym, że właściwie wszystkie kontrakty trafiały do wąskiej grupy firm i ludzi, które same zwykle nie miały żadnego sprzętu ani kompetencji i jedynie zatrudniały podwykonawców, którzy zatrudniali następnych, aż do samego dołu, który wykonywał półniewolniczą pracę za głodowe stawki. Ale za to bez żadnego nadzoru ani wymagań co do jakości. W ten sposób po drodze rozpłynęło się co najmniej 98-99% środków. I ani grama nie przesadzam.
To były naprawdę wielkie łowy. Potem ta sama grupa, w skład których wchodziły tak osławione firmy jak Halliburton, Blackwater i podobne, zapewne doszła do wniosku, że czas zrobić coś większego. Numer zadziałał w Afganistanie, trzeba było wymyślić coś nowego i większego. Wypadło na Irak. "Odbudowa" wyglądała praktycznie tak samo. Tylko, że tam szło w okolicach 100 mld dolarów rocznie. Drobna część z tego trafiała w formie żołdu do niezbyt dobrze opłacanych i źle żywionych żołnierzy, ale większość do tych samych zleceniobiorców. Tym razem jeszcze lepiej, bo w sporej części opłacanych gotówką bez ewidencji. BTW: Trump snuł opowieści jak to administracja Obamy "zapłaciła Iranowi setki milionów w gotówce" i on sam widział palety z pieniądzmi. To zapewne były zdjęcia palet z dolarami wysyłanych do Iraku, które w większości trafiły do jego obecnych najlepszych kolegów.

Ale nadszedł rok 2005. Wały przeciwpowodziowe wokół Nowego Orleanu, zbudowane według standardów umocowanego politycznie projektanta i najtańszego wykonawcy rozpadły się i zalały miasto. 
Rząd G.W.Busha zawiesił procedury przetargowe aby "sprawnie poradzić sobie z katastrofą". Efekt był taki sam i dość powszechnie znany, bo w Nowym Orleanie były media i co nieco pokazywały, w przeciwieństwie do Iraku i Afganistanu. 
Koszt położenia metra kwadratowego brezentu na dachu domu w jednym z prześledzonych przypadków wyniósł 1750 dolarów. Brezent był zakupiony oddzielnie. Rzeczywisty wykonawca otrzymał 20 dolarów. 
Jedna firma otrzymała kontrakt na usuwanie zwłok. I zabroniono to robić wolontariuszom i lokalnym służbom. Efekt- w środku wielkiego, bogatego kraju, zwłoki leżały w subtropikalnym klimacie nawet tygodniami. Obóz dla ratowników za który zapłacono ponad 5 mln dolarów nigdy nie został zbudowany. I tak dalej. W największym  skrócie- lwia część pieniędzy, zapewne proporcja taka sama jak w Afganistanie i Iraku trafiła do politycznie powiązanych firm, ochłapy do tych, którzy naprawdę wykonali pracę, a większość była wykonana najmniejszym kosztem bez kontroli jakości. Czyli znów tak samo jak w strefach wojennych. Ale najlepsze, z punktu widzenia tych, którzy zarobili było to, że nikt nie poniósł odpowiedzialności. Nie tylko karnej, ale nawet nie było żadnych procesów o zwrot tych środków, nikt w administracji nie odpowiedział nie tylko za takie rozstrzyganie przetargów, ale nawet za niemożność rozliczenia gotówki, która zniknęła w Iraku.

Uwaga, moja opinia: to był zwyczajny, bezczelny napad na kasę, udał się, nikt nie poniósł odpowiedzialności, zyski można było zainwestować w powtórzenie numeru. Najlepiej na większą skalę.

I wracamy do przedstawienia faktów:
Ten cały schemat oczywiście był zgodny z prawem i legalny. Każdy miał swój kontrakt, a na poziomie rządu wszystko było starannie zaprojektowane. Z jednej strony zmieniano drobne przepisy, ale z drugiej skądś się musiał wziąć zbiór zasad, według których zmieniano przepisy, zasady przetargów, itp. Czymś musiał się kierować rząd przygotowując przepisy dla kolegów. Bo to nie były drobne wyłomy w dobrym systemie. To był całkowicie zaprojektowany system brania pieniędzy bez odpowiedzialności. Żaden urzędnik w normalnym kraju nie przygotowałby sam z siebie takich przepisów.
Otóż, jak najbardziej, istniały stosowne dokumenty z zapisami takich reguł. Jeden z nich brzmiał na przykład: "Wolnorynkowe odpowiedzi na hiragan Katrina i wysokie ceny ropy". Ładny zbiór 32 reguł, natychmiast wdrożonych przez rząd G.W.Busha, który z grubsza rzecz biorąc stanowił gotowy zestaw dla pompowania publicznych pieniędzy do kieszeni nafciarzy oraz zestaw zwolnień podatkowych dla najbogatszych. To zostało wdrożone, oczywiście tylko zwiększyło chaos, bo na papierze do Louisiany trafiały olbrzymie kwoty, w rzeczywistości żadnej odbudowy nie było. 
Akurat ten dokument jest dość istotny ze względu na nazwisko głównego autora. Mike Pence.

Partia Republikańska jest zasadniczo ta sama i taka sama, jak ci którzy odbudowywali Afganistan, Irak i Nowy Orlean. Nawet bardziej, bo dokładnie to środowisko, dzięki olbrzymim pieniądzom stopniowo zyskiwało coraz większe wpływy.
To były fakty.

A teraz wyraźnie oddzielam opinię.
Jak 15 lat temu była to garstka najbardziej ekstremalnych i podejrzanych typów kręcących się wokół najgłupszego prezydenta w historii USA, tak dziś to środowisko stanowi właściwie całość nowej administracji, a G.W.Bush już nie może być nazywany najgłupszym prezydentem w historii USA. Ani najbardziej niepopularnym w chwili objęcia urzędu.

To krótki przypomnienie faktów możemy skompilować z obietnicami wyborczymi Donalda Trumpa. Co do których ja uważam, że będzie je realizować, albo przynajmniej bardzo się starać. Serio. 

Więc mamy absolutnie dominującą w rządzie bandę zwyczajnych złodziei, mających wprawę w niebudowaniu niczego za astronomiczne kwoty z federalnego budżetu USA. Nawet wypróbowali, że na terenie USA też się da i nikomu włos z głowy nie spada. 
Oraz zapowiedziany przez Trumpa plan wydania wielkich kwot na "odbudowę USA". 
Dodając dwa do dwóch właściwie można mieć pełen obraz jak ten plan będzie wyglądać. Można to streścić w kilku słowach:

Everybody down, this is a robbery!!

Szacuję, że będziemy mówić o ordynarnym rozkradnięciu kilku-kilkunastu procent PKB każdego roku. To stworzy system kliencki na skalę całego kraju i rzeczywiście trochę miejsc pracy, praktycznie bez żadnych wymagań co do kwalifikacji. Jeśli jednak taki plan "odbudowy" zostanie wprowadzony, to pod względem infrastruktury, a i struktury gospodarki, USA zawędrują bardzo daleko w stronę Afganistanu i dzisiejszego Iraku. 
Tak naprawdę nie jest to aż taki straszny problem. Infrastruktura w USA jest bardzo marna jak na tak zamożny kraj, za rządów Obamy zrobiono całkiem sporo dla poprawy i efekty tego będą widoczne, co rzecz jasna administracja Trumpa sobie przypisze jako uzasadnienie dla wydania kolejnych setek milionów. 

To wszystko nie będzie aż takim wielkim problemem. Problem pojawi się w zupełnie innym miejscu. Skoro większość tych pieniędzy zostanie rozkradziona, to trafi ona do systemu korupcji politycznej lub zostanie zwyczajnie odłożona przez ludzi, którzy już nie mają co robić z pieniędzmi. Czyli nie wróci do gospodarki. Jeśli do tego dołożymy obniżki podatków dla dokładnie tych ludzi oraz zmniejszenie wydatków budżetowych, to w skali całej ekonomi będzie to oznaczać gigantyczny transfer ze sfery publicznej (która wydaje) i klasy niższej-średniej (które wydają) do górnego promila, który nie wydaje, tylko wycofuje je z gospodarki (nie wierzcie w brednie o "inwestowaniu" i "spływaniu bogactwa"). Co będzie oznaczać dokładnie i po prostu skurczenie krajowego popytu, czyli recesję.  

Dopiero teraz bierzemy pod uwagę, że najwyżej u steru jest człowiek który obsesyjnie musi być podziwiany, jest pozbawiony empatii, a zainteresowanie innymi ludźmi ma jedynie w formie sadyzmu. I ten człowiek będzie powszechnie (i słusznie) oskarżany o nieudolność, wspieranie złodziei, niszczenie państwa i sianie nienawiści. Właściwie to już jest, i robi to np. senator McCain, czyli republikanin i faktyczny przywódca "starej" części partii. 
Trump jest i długo będzie odporny na krytykę, bo nie będzie jej dopuszczał do świadomości. Pytanie i to bardzo, bardzo poważne brzmi- jak długo i co się stanie potem.

Przyznam, że wersją, którą bym uznał za najbardziej prawdopodobną to taka, w której Trump zawsze będzie wierzyć, że jest kochany i podziwiany przez wszystkich, a jeśli będzie manipulował i napuszczał ludzi na siebie wystarczająco mocno, to utrzyma się przez dwie kadencje. Pozostanie poważne pytanie co zacznie robić, kiedy już jasne fakty temu zaprzeczą. Jak brak nominacji w kolejnych wyborach, czy, IMO bardzo prawdopodobny, impeachment. 
Realnie to oznacza, że jeśli wszystko pójdzie swoim zwykłym trybem, Trump będzie nominowany na następną kadencję, a Demokraci wystawią kogoś, kto nie nazywa się Clinton, to po czterech latach sytuacja prawie wróci do normy, rozpocznie się szacowanie strat i być może próba doprowadzenia państwa do porządku. Ale nadal będzie istnieć cała nowa kasta stworzona z programu "odbudowy infrastruktury". I oni będą mieć poważne znaczenie w państwie i polityce. 

Ale jeśli do głowy Donalda Trumpa dotrze spadający poziom poparcia i groźbę utraty władzy uzna za realną.... To będzie jazda bez trzymanki. Na tle której wydanie w pierwszym dniu zakazu wpuszczania obywateli kilku państw będzie wyglądać jak niewinna rozgrzewka. Swoją drogą zakaz wpuszczania dotyczy posiadaczy zielonych kart, mieszkańców Kurdystanu (jednego z bardziej proamerykańskich społeczeństw na świecie) i irackich pilotów wojskowych udających się na szkolenia do USA.

Dopóki jednak wszystko będzie szło zgodnie z planem, cała administracja tym razem skupi się na sprawach wewnętrznych. "Odbudowie" i maksymalnym możliwym konfliktowaniu społeczeństwa w każdej możliwej sprawie. Religii, strachu przed terroryzmem, aborcji, reform szkolnictwa i tym podobnych.  Dla żyjących w USA to nie będzie najlepszy czas, dla pozostałych istnieje pewne prawdopodobieństwo, że to się zatrzyma na granicach tego kraju. Zatrzyma się tylko w pewnym sensie. Ja też jak najbardziej wierzę w zapowiedź izolacjonizmu. Być może nawet wyraźnej podwyżki ceł. Co w niewielkim stopniu wspomoże amerykański przemysł, a tym bardziej niespecjalnie zmieni zatrudnienie, ale za to zupełnie skutecznie zdusi popyt krajowy oraz import. Co uderzy w gospodarkę reszty świata oraz przyczyni się do recesji w USA. Która jak zawsze, nie zatrzyma się na granicach USA.

To są w miarę pewne rzeczy. Następna pewną rzeczą jest podziw dla ustrojów ideowo bliskich. Zwłaszcza tam, gdzie jego narcyzm zostanie zaspokojony. 

I to by było na tyle. Są to rzeczy tak oczywiste, że naprawdę nie chce mi się prowadzić dyskusji na temat "a co jeśli było inaczej" Nie, nie było. Pieniądze na odbudowę Afganistanu, Iraku i Nowego Orleanu zostały zwyczajnie rozkradzione, praktycznie w całości. Ci sami ludzie dziś dominują w Partii Republikańskiej, mają większość w obu izbach Kongresu, zaraz będą mieli większość w Sądzie Najwyższym, a prominentną postacią w tym układzie jest Mike Pence. Facet, który osobiście uczestniczył w projektowaniu systemu rozkradania pomocy dla Nowego Orleanu. Facet, co do którego bym powiedział, że jest ponad 50% prawdopodobieństwa, że zostanie prezydentem w najbliższych 4 latach. 

Jak ktoś chce dyskutować z faktami, które podałem powyżej, to albo poda wiarygodne źródła, albo komentarz wylatuje. Z opiniami oczywiście wolno.