USA i Kalifornia- perspektywy


Cóż- to co sam widziałem- USA się powoli sypią. Dolara wyraźnie zżera inflacja, z której przeciętni tubylcy jeszcze nie do końca sobie zdają sprawę. Być może dlatego, że są to jedynie podwyżki wszystkiego, a płace nawet, nominalnie ciągle jeszcze spadają. Czyli Amerykanie uczą się w przyspieszonym tempie rzeczy zupełnie dla nich obcej- oszczędzania. Niektórzy dość brutalnie- jak mieszkańcy kamperów, inni sami potrafią ograniczyc wydatki i jakoś żyć.
Ale nie to jest tak bardzo istotne- znacznie ważniejsze jest to, że chyba powoli rosną separatyzmy. Tutaj raczej po pytaniu o identyfikację narodową łatwiej usłyszeć odpowiedź “Kalifornijczyk”, niż “Amerykanin”.
Pod tym względem zacząłem się zastanawiać nad perspektywywami kraju jako takiego i jego poszczególnych regionów (bo bardziej chodzi o odrębnośc regionalna niż stricte stanową).
Otóż rzeczami które trzymają w całości USA jest wyłącznie dolar i armia. Dolar jest gdzieś w okolicach ostatniej prostej do swojego końca- nie bedę zgadywać ile jeszcze to zajmie, ale nawet najstarsi Czytelnicy raczej tego doczekają. Rząd federalny kochany nie jest (chyba już tylko w Polsce federalny rząd amerykański jest lubiany...), a jak upadnie dolar z armią może być zabawnie- w końcu przecież nie będzie pieniędzy na jej utrzymanie w takim kształcie i rząd będzie musiał jakoś to rozwiązać- ograniczyć armię lub stracić nad nią kontrolę. Jesli ograniczy armię- można nieco zaryzykować spekulację, że poważniejsze stany przestaną się go bać.
I teraz- co z poszczególnymi regionami? Wbrew pozorom (znaczy obecnej sytuacji budżetowej) Kaliforni wróżę całkiem niezłą przyszłość. Długi są w końcu nominowane w dolarach USA- hehe. Jeden z niewielu (a może jedyny) region USA który eksportuje produkty i usługi hi-tech. Co więcej, posiadający doskonałą infrastrukturę biznesową (znaczy oprócz pracowników także inwestorów, a choćby i prawników) pozwalającą łatwo i szybko założyć i rozwinąć dowolny naprawdę innowacyjny pomysł. Oprócz tego przyzwoite rolnicwo zapewniające przynajmniej możliwośc wyżywienia populacji I przy tutejszym klimacie jeszcze mające całkiem duży potencjał wzrostu. Podając może drobny przykład, ale wzgórza wokół Krzemowej Doliny doskonale nadają się pod uprawę oliwek, a obecnie porośnięte są rodzimą roślinnością i wypasa się tam odrobinę bydła. Co prawda przy takim nachyleniu terenu wymagałoby to ręcznego zbioru- co oczywiście przy jeszcze obecnych cenach pracy tutaj jest kompletnie nieopłacalne- ale pokazuje to, że ten region posiada jeszcze olbrzymie rezerwy. W tej chwili niemożliwe do uwolnienia wskutek obłędnych cen nieruchomości i wysokich kosztów pracy, ale to się w momencie upadku dolara wyrówna z powiedzmy obecną Grecją- gdzie właśnie na takich stokach oliwki rosną, są ręcznie zbierane i mają się w miarę dobrze.

Zresztą ceny ziemi rolnej są tak obłędne, że już nie opłaca się uprawiać winogron czy oliwek w Napa Valley- pomimo doskonałej gleby i klimatu, wino jest kilkukrotnie droższe niż jeszcze lepsze argentyńskie.
Pozostałe regiony USA nie są w tak dobrej sytuacji. Jedna z niewielu innych sensownych firm eksportujących zaawansowane wyroby jaka przychodzi mi na myśl to Boeing- także położony na zachodnim wybrzeżu- które prawdopodobnie będzie dzielić w całości los Kalifornii- jakikolwiek by on nie był. W pozostałej części kraju, jeśli istnieje jakikolwiek przemysł- to produkuje on bezwartościowy złom (jak Detroit) lub uzbrojenie. Dalej- Południe i Midwest to jest rolnictwo, za to na wschodnim wybrzeżu nie ma nic... Jest rząd federalny i biznes oparty na spekulacji, czyli na dolarze. Tą część USA blado widzę. Czyli właściwie znów ten sam problem co wszędzie- nieproduktywny stołeczny region konsumujący zasoby reszty całkiem bogatego kraju.
Czyli- zobaczymy, ale kiedy USA się zaczną na poważnie sypać, ja wrócę- już może na dłużej, do Kalifornii. Naprawdę piękny kraj. Jak ogłosi niepodległość będę tu pierwszy.  
Następny post będzie już z zupełnie innego końca świata. 

12 komentarzy:

Sventevith pisze...

Część stanów już przymierza się do przepisów umożliwiających im druk własnej waluty, na wypadek upadku dolara.

Browning pisze...

A co powiecie o Texasie?
Albo o Nowej Anglii?
Kiedys byl taki ruch Free State Project - libertarianski projekt na przeksztalcenie jednego stanu, New Hampshire, w cos sensownego w ramach konstytucji USA. Czy cos slychac o tym?

Maczeta Ockhama pisze...

@ Browning
Z rządem federalnym- tak jak obecnie to działa raczej nic się nie da zrobić. Nowa Anglia- to właśnie wschodnie wybrzeże, za dużo się nie da tam zrobić. A Teksas jest w istocie jeszcze odrębną sprawą- ale stoi na ropie, której od dawna ubywa

Ciek pisze...

Nie rozumiem tego pesymizmu. Stany mają problemy? No ok., faktycznie, mają. Czy to oznacza jednak, że się rozsypią i … i właściwie co? Czy spodziewasz się, że mieszkańcy wrócą do koczownictwa, zamienią samochody na mustangi i zaczną się zajmować głównie polowaniem na bizony?

Jesteś prawnikiem, Maczeto, zdajesz sobie zapewne sprawę z tego, że w chwili gdy dłużnik staje się niewypłacalny, problem ma przede wszystkim wierzyciel, nie dłużnik. To po pierwsze. Po drugie, Stany są, kolokwialnie rzecz ujmując, „fajnym” krajem. Jeśli chodzi o warunki geograficzne mają wszystko czego można chcieć, żyzne ziemie, bogactwa naturalne, wszystkie możliwe strefy klimatyczne, dostęp do dwóch oceanów, terytoria zamorskie. Do tego dochodzi infrastruktura na poziomie, którego u nas w Polszy pewnie i za 50 albo nawet 100 lat się nie osiągnie, wyobraźcie sobie, że istnieją tam np. autostrady! Po trzecie, obywatele Stanów mieli całe dziesięciolecia (a nawet wieki) na akumulację bogactwa. Coś z tymi pieniędzmi musiało się dziać, chyba nikt się nie spodziewa, że myśląca cześć społeczeństwa tylko i wyłącznie gromadziła i dalej gromadzi zielone w siennikach, nie? To wszystko sprawia, że potencjał działania rynku wewnętrznego oraz możliwości finansowe mieszkańców są bardzo duże.

Żeby się zbytnio nie rozpisywać, jak dokładnie wygląda przyszłość, nie wiem. Gdybym wiedział to nie pisałbym tego tylko popijał drinki gdzieś pod palmą, może nawet na Hawajach. Dochodzę jednak do wniosku, że kryzys i załamanie, którego niektórzy ludzie tak bardzo się boją, może być dla demokracji zjawiskiem całkowicie naturalnym, czymś jak trzęsienie ziemi wywołane stopniowym narastaniem naprężenia płyt tektonicznych. Naturalnym i … korzystnym. Wydaje się, że tylko w obliczu zjawisk gwałtownych takich jak kryzys (lub wojna) ten system ma szansę na realne reformy. Dlatego też zaradna i myśląca część społeczeństwa powinna go oczekiwać wręcz z nadzieją. Historia wskazuje, że z załamań gospodarczych w ostatnim czasie było całkiem sporo pożytku. Ot, w 1998 r. po sąsiedzku rozkraczyła się nam Rosja. Czy Ruscy wrócili na drzewa? Nie, zrobili się, paradoksalnie, mniej czerwoni niż ich zachodni sąsiedzi i teraz prosperują. Albo Argentyna, wiele krzyku i histerii, a teraz coraz więcej osób zaczyna myśleć o emigracji właśnie tam, bo kraj ładny, zreformowany, ziemia niedroga, wierzyciele dostali figę…

Anonimowy pisze...

Ciek, bardzo wartościowy post, w większości podzielam Twoją opinię.

Maczeta, dlaczego uważasz, że dolar upadnie? I co masz na myśli mówiąc "upadek dolara"? Ja absolutnie końca dolara nie widzę, dlatego poproszę o argumenty lub linka do argumentów.

Admin, R-O blog pisze...

wszystko w artykule z grubsza ok, jednak jak w rzeczywistości wyglądają relację z Latynosami i Murzynami w Kalifornii? Czy przy ewentualnym rozpadzie Stanów nie będzie tam zgrzytu etnicznego - ewentualnie podziału regiony - w stylu południe dla Meksyku, a raczej biała północ niepodległa?

chyba nikt tu nie wierzy, że relacje etniczne wyglądają jak na filmach z Hollywood

Anonimowy pisze...

Upadna z jednego tylko powodu. nie da sie wiecznie zyc na kredyt. Ale w wypadku dolara straci on swoj status waluty rezerwowej i nagle skonczy sie eksport inflacji. gospodarka oczywiscie potem ruszy, ale po drodze bedzie bolalo jak w rosji i argentynie
MO

futrzak pisze...

Admin:
Takiego Podzialu raczej nie bedzie. Nie wiem co musialoby sie stac zeby zjednoczyc/napuscic latynosow na bialych czy odwrotnie. Juz predzej daloby sie zjednoczyc kalifornijczykow przeciwko federalnym - gdyby np ci zabrali sie za wsadzanie do wiezienia za palenie trawki....:)

Anonimowy pisze...

"Upadna z jednego tylko powodu. nie da sie wiecznie zyc na kredyt."
Okazuje się, że mając silną armię się da i to całkiem nieźle :)

Rzeczywiście status dolara jako waluty rezerwowej może się znacznie obniżyć, ale co już zabrali (vide export inflacji) to ich.

Ja myślę, że dolar będzie jeszcze długo długo. A w stosunku do czego ma się radykalnie osłabić? Do Euro, albo Złotego, które mają swoje problemy?

Sventevith pisze...

@Ciek

Masz rację, ja też nie widzę możliwości zmiany sytuacji w Polsce, czyli obalenia rządów urzędników będących jednocześnie kiełbasą wyborczą. Jedynie bankructwo kraju spowoduje, że urzędnicy sami odejdą z pracy bo rząd przestanie im płacić. Konstytucja 3 maja starała się właśnie wyeliminować kiełbasę wyborczą, poprzez zabranie głosu tym co są na utrzymaniu magnatów. To samo powiano być z tymi co są na utrzymaniu państwa ale to jest nierealne aby zabrać w obecnych czasach komuś głos, jak nawet w więzieniach głosują.

Co do rozpadu stanów już raz rząd federalny temu przeciwdziałał, chodziło o kasę i to dużą. Tym bardziej teraz jak wschodnie wybrzeże dojdzie do skraju upadku, a jak twierdzisz nic tam nie ma dojdzie do wojny domowej.

Anonimowy pisze...

To jakie jest wyjscie z sytuacji? Wprowadzic wysokie podatki tak jak w UE i z ludzi zrobic na wpół niewolników ? Dowalic do ceny paliwa i innych nośników energii (tak jak jets to w UE) wysokie podatki, akcyzy i inne dodatkowe opłaty (ich nazwa nie ma znaczenia moze to byc podatek ekologiczny itp... powod sie zawsze wymysli wazne by dodatkowe dolary wpływały do kasy)?
Czy wysokie opodatkowanie uratowało by ameryke...?
Bo moze jednak europa idzie w dobrym kierunku nakładajac coraz to nowe i wyższe daniny na obywateli ? Az dzwine ze w USA nie zdecydowali sie na wprowadzenie vatu tak jak jest w to w europie (chociaz podobno probowali ale sie nie udało) i nie opodatkuja dodatkowo (wysoka akcyza) nosników energii.

Anonimowy pisze...

Nie jest prawdą, że w USA ludzie bardziej identyfikują się ze stanem niż z całym krajem. Gdyby tak było, śpiewaliby hymny stanowe, machali stanowymi flagami i olewaliby głosowanie na Prezydenta. To fajna figura pozwalająca napisać post - ale opiera się na nieprawdziwych założeniach.