Wyjaśnieniu hejtu dla Kacapii

Poprzedni post, oprócz technicznego omówienia świętej relikwii Armii Radzieckiej charakteryzował się jeszcze dość obfitym stosowaniem określenia, które wschodnia propaganda najchętniej by usunęła ze słownika. To mogło razić jako pewne nadużycie, ale miało zupełnie racjonalny i sensowny cel.

Otóż liczyłem na to, że tekst ten będzie wysoko w rankingach kremlowskich trolli. Jako miejsce do niszczenia dyskusji, tradycyjnego hejtu i całego innego szmaciarstwa, które to bydło uprawia. 

Oni działają według bardzo prostych algorytmów, wiec się nie pomyliłem, ściągnąłem sporo takich komentarzy. Blogger i pozostałe serwisy blogowego też działają według całkiem prostego algorytmu. Jeśli wystarczająco wielu blogerów oznaczy jako spam wiadomości wychodzące z konkretnego adresu IP (albo klasy adresów, jeśli działa według starszego systemu), to w końcu ten adres zostanie od razu rozpoznany jako podejrzany we wszystkich serwisach i z zasady najpierw wrzucany do spamu. Co więcej, Blogger, Aksimet i inne uczą się także zwrotów i słów kluczowych pojawiających się w spamie. Następnie konkretne adresy IP są oznaczane z definicji jako spamerskie i bardzo trudno jest z nich przesłać jakąkolwiek wiadomość. Czasem nawet zwykłego maila.

Z tego opisu już chyba wszystko jest jasne. Z przyjemnością czekałem na stada moskiewskich trolli i się nie zawiodłem. Oczywiście wy tych komentarzy już nie zobaczycie. Nikt ich już nie zobaczy.
Tak samo jak setek innych na wielu innych blogach w ładnych paru językach. 

W sumie to wyszło zabawnie. Wielki rosyjski plan zdominowania internetu, na który wyłożyli naprawdę duże pieniądze. Kto był wystarczająco pozbawiony przyzwoitości i mający odrobinę sprytu mógł całkiem ładnie zarobić. Dziś kończą się pieniądze, a przy okazji coraz trudniej się troluje, bo tacy amatorzy jak ja mamy proste możliwości i narzędzia aby tak szeroką akcję skutecznie psuć. Co przy okazji całkiem zabawnie dezorganizuje resztki rosyjskiej gospodarki, bo nagle są problemy z przesyłaniem maili z biurowców w których są firmy spamerskie. Hehe....
Trochę się tego towarzystwa jeszcze znajdzie, ale dyskusja powoli wraca do kulturalnego poziomu, czego się spodziewam w dalszym ciągu, nie tylko tutaj, ale i na innych polskich blogach i forach. 

Przy okazji okazało, że wyrzucanie ewidentnego moskiewskiego spamu skutkuje też automatycznym blokowaniem miłośników Korwina oraz Brauna. Kto by pomyślał?

Kacapia w przykładach- propaganda i technika

Jednym ze sposobów działania Kacapii jest promowanie swojej religii. Trudno nazwać wiarą prawosławie z okresu późnego Imperium Rosyjskiego, a jeszcze bardziej dzisiejsze. Ale prawosławie w wydaniu kacapskim właściwie ocenili nasi dziadowie. Którzy, odnosząc się w II RP z szacunkiem do wielu wyznań, prawosławne świątynie po prostu wysadzili w powietrze.
Ale to nie prawosławie jest religią kagiebistów. Prawdziwa religia opiera się na Cudzie Pokonania Faszystów.
 
Historia II w.ś. według radzieckiej religii brzmi tak, że po zdradzieckim ataku dzielna Armia Czerwona została zaskoczona i cofała się zadając potężnemu wrogowi wielkie straty. Następnie mobilizacja społeczeństwa i przemysłu pozwoliła na formowanie kolejnych jednostek i wyposażanie ich w nowoczesną broń, która powstrzymała faszystów pod Moskwą. Błyskotliwi radzieccy inżynierowie opracowali wspaniałe konstrukcje, które produkowane w tysiącach i milionach przez zmobilizowany radziecki przemysł pozwoliły zwycięskiej Armii Radzieckiej dotrzeć do Berlina, pomimo zawodności i nierzetelności zachodnich sojuszników.
 
Ta historyjka ma tyle dziur, że nie jest w stanie obronić się badaniami i logiką. Inną sprawą jest oczywiście mentalność Kacapii, czyli absolutna podległość wiedzy o świecie i historii wobec bieżących potrzeb polityki i propagandy. Nam, cywilizowanym ludziom, retuszowanie zdjęć i wycinanie z nich postaci w niełasce może się wydawać śmieszne, ale w Kacapii takie zdjęcie ze Stalinem to była śmiertelnie poważna sprawa.
 
Tak samo musiała się zgadzać pozostała część narracji, a tam gdzie były prawdziwe słabe jej punkty, cały aparat państwowy podporządkowany propagandzie wspólnym głosem i przez lata przekonywał wszystkich o absolutnej prawdziwości historyjki i całej kacapskiej wersji. Bez żadnego miejsca na obiektywne badania, prawdę, nic. Zatrudnienie wszystkich łącznie, dyplomatów, budżetów reklamowych firm i wszystkich dostępnych propagandzistów na papierze i taśmie filmowej. Przecież nie mówimy o żadnej sztuce, Mówimy o podporządkowaniu wszystkiego naczelnym celom Kacapii, czyli ekspansji za wszelką cenę.
 
Sposób tej ekspansji opracował Gengis Khan (a właściwie to jego synowa). Propaganda musi mieć na celu szerzenie mitu o niezwyciężoności i wielkiej przewadze technicznej i liczebnej. Wszystkimi metodami. To opisywałem w poprzednim odcinku.
 
Wracamy do mitu o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Służy on zarówno jako własna religia, jak też do argumentacji politycznej i propagandy o niezwyciężoności. Czyli jest centralnym punktem mitologii Kacapii. Co zresztą łatwo zauważyć. Wszystko, co robią władze Rosji w taki lub inny sposób odwołuje się do mitu Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Czy to pilnowanie pomników kacapskich generałów, czy poszukiwanie faszystów na Ukrainie i większości pozostałych sąsiednich krajów. Definicja faszystów w wydaniu Kacapi to temat, który został dobrze opracowany. Komu brakuje może poczytać Sergiusza Piaseckiego. On co prawda nie opisywał jak zwalczano faszystów, a"polskich panów", ale definicja jest ta sama.
 
W samym opisie jest mowa o wielkim poświęceniu narodu radzieckiego. Raczej bym to nazwał wielką rzezią wspólnie urządzoną przez Stalina i Hitlera. W rzeczywistości w ZSRR zginęło od 20 do 40 mln ludzi. Tej liczby nie da się w żaden bezpośredni sposób potwierdzić, bo świadomie sfałszowano spis powszechny. Nawet dla władz. Oficjalne dane mówią chyba o 11 mln ofiar, ale to właśnie była propaganda mająca dla odmiany sugerować, że we wczesnej fazie zimnej wojny ZSRR miał jakikolwiek potencjał militarny. Nie miał.
 
Najważniejsza sprawa w kacapskim micie dotyczy techniki. Liczba ofiar może podlegać dyskusji, populacja i możliwości mobilizacyjne są mniej- więcej znane. Ale jeśli przekonamy przeciwnika, że dysponujemy superbronią, która jest niedościgniona/niewykrywalna/nie do pokonania przez antykacapów to zwiększa się chęć do negocjacji. Albo przynajmniej łatwiej podzielić społeczeństwo na obóz oporu i braku wiary w opór. Aktualnym przykładem jest głupio powtarzana przez prawicowe media wrzutka o nieskuteczności armat Leopardów na pancerz T-90. Nie ma takiej możliwości
 
Po dodaniu dwóch do dwóch, a to nawet kacapy potrafią, wychodzi, że trzeba właśnie stworzyć mity niezwyciężonych broni z 2 w.ś., które zostały stworzone przez radziecki przemysł i wygrały wojnę.
Jakie mity, ktoś się zapyta, przecież takie rzeczy były naprawdę: czołgi T-34, automat PPS, samolot IŁ- 2 i inne.  Nie, nie było. Żadna z tych rzeczy nie spełniała łącznie warunku radzieckiego pochodzenia, znaczenia militarnego i dobrej jakości. O niezwyciężalności i przełomowym znaczeniu już nie będę wspominał, choć do tego się posuwa kacapska propaganda.
 
Mity PPS, T- 34  i IŁ-2 są dokładnym centrum całej wiary radzieckiej. Dlatego tym gadżetom do zabijania trzeba przyjrzeć się bardzo dokładnie.
Karabin PPS był po prostu dokładną kopią fińskiego Suomi KP 31. Niezupełnie dokładną, bo jakościowo wykonaną w skrajnie zły sposób, ale działał. Sporo gorzej niż oryginał, ale jakoś. Zresztą i tak nie było mowy o żadnym masowym wyposażeniu, dobrze ponad 90% Armii Czerwonej i później Radzieckiej było uzbrojonej w Mosiny, które już w czasie I w.ś. okazały się wyraźnie gorsze niż niemieckie Mausery (gdyby się okazały lepsze to by nie było rewolucji i ZSRR...).
Możemy przyjrzeć się IŁ-2. To jest dopiero kopanie leżącego. Koncepcja opancerzonego samolotu może nie wygląda tak głupio. Ale połączenie tej koncepcji w jednosilnikowym samolocie z opancerzeniem ważącym tyle, że likwidującym jakąkolwiek zwrotność i manewrowość już jest po prostu... kacapskie. Pancerz był przebijany przez każde działko 20 mm i większość CKM, w jedyny silnik zawsze się dawało jakoś trafić i go uszkodzić, a przeciw jakimkolwiek myśliwcom był bezbronny. Później dodano stanowisko tylnego strzelca, co do którego Wiktor Suworow twierdził, że byli to żołnierze batalionów karnych. Nie sądzę. To nie miało znaczenia, gdzie się w tym samolocie siedziało to i tak była latająca trumna. Najlepszym dowodem jest to, że Luftwaffe, po wstępnym szkoleniu, wysyłała pilotów na szkolenia zaawansowane po prostu na front wschodni, skąd niektórzy wracali asami jeszcze przed oficjalnym zakończeniem szkolenia. Na front zachodni i do obrony Rzeszy trafiali tylko "prawdziwi" piloci, którzy na zachodzie sobie nie poradzili. Z lotnictwem radzieckim sobie radzili, nawet z amerykańskimi samolotami. 
 
Jako dygresja ciekawostka- Niezwyciężone lotnictwo radzieckie w 1944 kilkukrotnie urządziło wielkie naloty na Helsinki. Skali takiej, jaka była użyta do spalenia Drezna.  Jeśli ktoś widział te miasta, to wie, że w Helsinkach, w przeciwieństwie do Drezna przedwojenne budynki stoją i mają się dobrze. Generał zwycięskiej Armii Radzieckiej, wizytujący Helsinki po kapitulacji ponoć dostał apopleksji jak zobaczył, że w sumie naloty uszkodziły zaledwie kilkanaście budynków. Adding insult to injury, jednym z nich była ambasada radziecka.
 
Pozostaje T-34. Pojazd- legenda, w bloku wschodnim każdy przynajmniej raz w życiu obejrzał "Czterech Pancernych". Znakomicie zrobiony serial, dokładnie promujący te wyżej opisane tezy. Czysta propaganda pod płaszczykiem dobrej rozrywki. Dziś Kacapia nie ma do swych usług zbyt wielu ludzi zachodniej kultury, to zamiast propagandą w rozrywce bardziej zajmują się tą w biznesie, ale w stylu naprawdę niewiele się zmieniło. Depardieu najwyraźniej chlał na okrągło zamiast zaprosić kolegów i zrobić jakiś dobry film o wybitnych kagiebistach.
To wszystko pokazuje jak centralny punkt w tej układance zajmuje mit superczołgu T-34. I też pokazuje dokładnie słaby punkt Kacapii.
Co by pozostało z mitu, gdyby się okazało, że cała Armia Radziecka żywiła się konserwami z USA, używała wyłącznie Jeepów i Studebakerów, nieliczne lotnictwo w całości opierało się na samolotach z USA i to nie najmłodszych konstrukcji, a najważniejsze jednostki uderzeniowe Armii Radzieckiej używały Shermanów,  bo T-34, czy IS-3 to były kompletne kupy złomu?
Otóż by się okazało, ze Armii Radziecka, walcząca na amerykańskim sprzęcie z Wermachtem ponosiła straty w przybliżeniu 10 krotnie większe niż armia amerykańska, używająca tego samego sprzętu do walki z tym samym Wermachtem. A to by mogło zrodzić podejrzenia, że radziecka kadra oficerska to była banda niekompetentnych durni i pijaków nie mających pojęcia o swojej robocie od chorążego aż po, aż strach pomyśleć, samego Generalissimusa!!!
 
A w środku tego mitu czy religii stoi, z wyprężoną lufą, T-34
 
Ale jak się dobrze przypatrzeć to ta lufa trochę zwiędnie. Zaczynając od źródeł informacji. Większość dostępnych to jest kacapska propaganda. To pomińmy, co najwyżej możemy się później pośmiać. W poważny sposób ten czołg badano 3 razy. Pierwszy raz, w 1942 na poligonie testowym w Aberdeen. Stalin łaskawie zgodził się wysłać na zachód kilka egzemplarzy. Prawdopodobnie wtedy albo bał się o przyszłość lend- lease albo chciał się pochwalić doskonałym sprzętem. Już więcej takich rzeczy nie robił. Nic dziwnego, bo przez angielskich inżynierów ten pojazd został uznany za tak pełny wad i głupich rozwiązań konstrukcyjnych, że nie wart długiego zastanawiania się. Ponadto po 300 km rozpadł się w sposób niemożliwy do naprawy. A były to specjalnie zmontowane i starannie wykończone egzemplarze. Niemcy także bardzo starannie przetestowali zdobyte egzemplarze i doszli do podobnych wniosków. A dokładniej takich, że ten czołg kompletnie nie nadaje się do zastosowania jako pojazd bojowy i był użytkowany przez nich jako ciągnik artyleryjski, itp.
 
Ostatnie badanie dotyczyło egzemplarza zdobytego w Korei przez wojska ONZ i badanego przez inżynierów z USA. Niezwykle ciekawe i obszerne badanie, powołujące się też na poprzednie ustalenia. Tu link. Przy okazji można zobaczyć też jak wygląda prawdziwa praca dla wywiadu, można dla pewnego porównania sięgnąć po "Raport z likwidacji WSI" i dojść do wniosku, że towarzystwo z GRU w porównaniu do CIA nie miało zielonego pojęcia o swojej robocie, za to bardzo pięknie opowiadali historyjki jacy to oni są piękni i kompetentni i robią wspaniałe i ważne rzeczy. Słuchać ich, to jakby się "Czterech Pancernych" oglądało. Wszystko wygląda ładnie, a w rzeczywistości jest bujdą na resorach. Bez amortyzatorów.
 
Tymczasem ten raport inżynierski dla CIA obejmuje w miarę wszystko, analizę mechaniczną, projektową i metalurgiczną każdego elementu. Razem z bardzo ciekawymi uwagami dotyczącymi standardów wykonania każdego z elementów. Oraz większość podzespołów okazała się bardzo znajoma, podali nawet numer katalogowy pompy paliwa z T-34. Z katalogu niemieckiego producenta, łatwo się domyślić, że chodzi o Boscha.. To samo dotyczy prawie wszystkich części mechanicznych. Najciekawsze jest to "prawie", ale o tym za chwilę.
 
Zaczynając od początku. Coś około 1930 roku ZSRR zakupiło od niejakiego Waltera Christie projekt czołgu. Amerykański wynalazca, który wymyślił jak poprzez zmianę ustawienia elementów zawieszenia zwiększyć skok kół czołgu, co miało poprawić właściwości terenowe, a przede wszystkim zwiększyć prędkość w terenie. Pomysł ciekawy, ale nie działał. Po pierwsze i najważniejsze, nowe rozplanowanie zawieszenia zajmowało bardzo dużo miejsca w kadłubie. Czołg musiał być znacznie większy. Po drugie, w samym zawieszeniu nie przewidział amortyzatorów, co oznaczało potężne bujanie przy nieco większych prędkościach i w praktyce zwiększało prędkość tylko na drogach. Po trzecie wreszcie, sam sposób rozmieszczenia elementów zawieszenia sprawiał, że przy pojeździe przekraczającym 10-12 ton masy to zawieszenia zaczynało sprawiać problemy i w ruchu i w eksploatacji. Ten kupiony od Christiego czołg nazwali BT-2, ważył około 10 ton, był przeznaczony do szybkiej jazdy po drogach  i w ogóle był konstrukcja w miarę spójną. Nie najlepszą, właściwie to zupełnie nieprzydatną w prawdziwych warunkach bojowych, ale spójną i logiczną. Zresztą na początku lat 30-tych jeszcze nie do końca było wiadomo jak ma wyglądać i co robić w walce czołg, więc pojazd ten można uznać za posiadający jakiś sens.  Zawieszenie Christie stosowali też Brytyjczycy, ale oni je mocno zmodyfikowali i używali w specjalistycznych, szybkich pojazdach, a nie ogólnego zastosowania.
 
Kupiony projekt był bez silnika i uzbrojenia. Uzbrojenie jakieś wsadzili, takie jakie mieli, czyli dużo gorsze niż tej samej wagi i kalibru armaty i karabiny niemieckie czy amerykańskie, o brytyjskich nie wspominając. Ale działało. Tak przynajmniej widziałem w "Czterech Pancernych".
 
Silnik to był dokładnie Hispano- Suiza 12Y, podstawowy silnik lotniczy francuskiej armii końca lat 30-tych. Twórczością radzieckich, a prawdopodobnie niemieckich inżynierów został przerobiony na zapłon samoczynny, czyli diesla. Pewną poszlaką jest pompa paliwa i filtr oleju identyczny jak seryjnie produkowane niemieckie.
 
Kto chce sobie przeczyta, skracając temat, naprawdę radzieckiego projektu były filtr powietrza, skrzynia biegów, sposób mocowania układu napędowego i przeróbka konstrukcji pancerza z nitowanej na spawaną. Fragmenty tego dotyczące naprawdę polecam przeczytać. Pomimo suchego inżynierskiego języka są całkiem zabawne. Każdy z tych elementów to po prostu popis absolutnego braku rozumienia tematu przez kogokolwiek mającego związek z projektem lub wykonaniem. Filtr powietrza po prostu nie działa (jak można aż tak spieprzyć tak prostą rzecz?- przeczytajcie), Skrzynia biegów bez synchronizatorów i z przesuwnymi kołami z prostopadłymi zębami to jedno, ale nadmierne utwardzanie zębów w celu  poprawy wytrzymałości tej źle działającej skrzyni to drugie. Efektem były nadłamane prawie wszystkie zęby w skrzyni biegów czołgu z przebiegiem 720 km. Nie jako wyjątek, ta konstrukcja musiała tak działać. A wymiana skrzyni to około 3 dni pracy, bo trzeba cały zespół napędowy rozmontować, z bardzo złym dostępem oczywiście, bo jak inaczej mogło być w ruskim czołgu? Dla porównania w brytyjskich czołgach z tego samego okresu skrzynia biegów była konstrukcji ze wstępnie wybieranymi biegami, gdzie zmiana biegu trwała 2-3 sekundy, a wymiana skrzyni kilkadziesiąt minut. Oczywiście ułamane fragmenty zębów nie wyfrunęły w żaden tajemniczy sposób. Spokojnie nadal przebywały w oleju w skrzyni biegów, bo po co montować filtr czy jakąkolwiek możliwość wymiany oleju? I dalej mieliły przekładnie. Bardzo skutecznie, bo te odłamane jako pierwsze to były najtwardsze fragmenty kół zębatych....
 
Spawy pancerza były prawdopodobnie błędnie zaprojektowane, choć trudno to ocenić przy skrajnie niskiej jakości wykonania. Na pewno zupełnie wadliwa była organizacja pracy, bo przy braku wykwalifikowanych spawaczy (ewidentnym przy takiej jakości) spawano blachy bez przygotowania, czyli z krawędzią jaką dał palnik. To oznacza oszczędność pracy niewykwalifikowanych szlifierzy i zwiększoną ilość pracy deficytowych spawaczy. Kacapska organizacja pracy.
 
Przy tym wszystkim już chyba nikogo nie zdziwi informacja, że silnik był przykręcony wprost do konstrukcji, bez poduszek?
 
Są jeszcze ciekawsze fragmenty- normalni inżynierowie nie mogą się nadziwić jakości silnika. Tylko w drugą stronę. Wykonany z niezwykłą dbałością o wytrzymałość poszczególnych elementów i ich trwałość. Tolerancje wykonania i obróbka jakie są potrzebne w silniku lotniczych. Na przykład końcówka rury wytoczona wraz z flanżą z jednego kawałka stali. Takie rzeczy robi się tylko w wyczynowych silnikach i do samolotów myśliwskich. Do pojazdów lądowych, nawet wojskowych, można i obniża się wymagania, aby oszczędzić poważne pieniądze na dokładności obróbki. Nieeee- tu silnik był jakości lotniczej, ze skrzynią biegów w 18-wiecznym stylu i nie działającym filtrem powietrza, co ten silnik potrafiło zabić w kilkanaście godzin w zapylonej atmosferze....
 
Jeśli się zwróci uwagę na to, że jakby straty radzieckie były wielokrotnie wyższe niż niemieckie, to następnie słyszy się argument- no tak, ale ich czołgi były bardzo drogie w produkcji, a nasze tak proste, że mogliśmy wyprodukować 5 za każdy ich jeden. Cóż, przynajmniej w odniesieniu do silnika to nieprawda. Radziecki był wykonywany według ostrzejszych norm i to zupełnie niepotrzebnie. W przypadku sporej części innych elementów to twierdzenie jest równocześnie prawdziwe, jak też nieprawdziwe. Mianowicie, w porównaniu do podobnych konstrukcji z tych czasów, używano bardzo dużej ilości odlewów aluminiowych. Wymagających następnie znacznie mniejszej ilości i znacznie tańszej obróbki maszynowej, co miało wpływ na ilość roboczogodzin i zużycie maszyn. Czyli był tańszy. Tylko najpierw trzeba było mieć to aluminium. W czasach 2 w.ś. skrajnie deficytowe, a zawsze dużo droższe od stali. Którego nawet według oficjalnych danych radzieckich ponad połowa pochodziła z USA. Zapewne większość reszty to był recycling dokładnie tego samego amerykańskiego aluminium. Z tego punktu widzenia było to bardzo tanie rozwiązanie, bo ZSRR nigdy nie się z lend lease nie rozliczył. A dla Niemców bardzo dobre źródło deficytowego metalu. Z ich punktu widzenia używanie paliwożernego ciągnika, który i tak nie jest w stanie jechać ponad pół godziny jednym ciągiem albo wyciągnięcie z niego ponad pół tony aluminium było bardzo łatwym rachunkiem.
A dla nas polecam z Kacapii i ich pomysłów po prostu śmiech. On jest najlepszą odtrutką na propagandę. Bo przy Słynnym Radzieckim Czołgu Który Pokonał Faszystów W Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej pozostaje tylko śmiech, bo i cała konstrukcja jest śmieszna. A w rzeczywistości ZSRR otrzymał działających i poprawnie zaprojektowanych amerykańskich czołgów ilość podobną do całej niemieckiej produkcji czołgów w 2 w.ś. Nawet jeśli nie były to pojazdy wybitne, to poprawnie spełniały swoje zadanie.  
A Niemcy po swojej ocenie konstrukcji używali po prostu ciężkich pocisków strzelając do radzieckich czołgów, nie przejmując się nawet kwestią przebicia pancerza, bo i tak albo spawy puszczały i czołg się rozpadał, albo uderzenie przeniesione na konstrukcję niszczyło silnik połączony bez amortyzacji, albo po trafieniu wpadał do środka błędnie zaprojektowany właz kierowcy, albo blokowała się wieża, albo zbyt mocno hartowany pancerz raził odpadającymi od niego odłamkami załogę. Niestety dla III Rzeszy, Armia Radziecka miała także Shermany w niemałej ilości.
 
Wracając do sprawy polskiej. Potężny problem polega na tym, że rozwiązania takie i podobne prezentowano jak sensowne i słuszne, ludzie którzy to uważali za normalne, projektowali maszyny, wykładali na politechnikach i w zawodówkach. Oraz nadal to robią. Kacapami nie mamy się co przejmować. Oni i tak albo kupią projekt w całości razem z fachowcami potrafiącymi go sensownie zaadoptować albo utopią w bagnach razem ze swoim złomem. Mamy i powinniśmy się przejmować kacapskim myśleniem, którego jest wszędzie dużo za dużo. A ogłupiającej propagandy wszędzie także wystarczająco.
 
A byłbym zapomniał- jakość gumy w T-34 była taka, że stawała się krucha i przestawała amortyzować i uszczelniać już przy lekkim mrozie. Z punktu widzenia amerykańskich norm to w ogóle nie był wyrób który można dopuścić do użytku. Co jest dość zabawne jeśli mówimy o warunkach klimatycznych ZSRR. A przy tym wszystkim mówimy o dość później, powojennej produkcji z której usunięto bardzo dużą część usterek.
 
 

Pożar w magazynie Iron Mountain ciąg dalszy

Witam kochanych i tych mniej kochanych czytelników po długiej przerwie.
Niestety tym razem tylko sprawozdanie ze starej sprawy, czyli pożaru w magazynie Iron Mountain. Co gorsza bez linków, bo większość wiadomości jest nieco nieświeża, a przemknęła mi w gazetach.
 
W poprzednich odcinkach:
 
Pożar w magazynie dokumentów prowadzonym przez firmę archiwizacyjną Iron Mountain spowodował śmierć kilku strażaków. To spowodowało w miarę poważne potraktowanie sprawy i śledztwo, które można określić jako skrupulatne. Od początku pojawiały się podejrzenia, że pożar mógł być wywołany umyślnie i mieć związek z nielegalnymi transferami dewizowymi i oszustwami podatkowymi organizowanym przez niektóre banki, w szczególności HSBC i być może także Citibank.
 
Najnowsze wiadomości
 
W miejscu rozpoczęcia pożaru znaleziono pozostałości metalowej skrzynki, ślady spalania węglowodorów i układów elektronicznych. W skrócie- spalony mechanizm zapalający. Znajdował się on w części, gdzie była składowana dokumentacja- nigdy nie zgadniecie.... HSBC i Citibank.
 
Jak wiadomo ostatnimi czasy szwajcarska prokuratura rozdaje wszystkim zainteresowanym odpisy protokołów które elegancko wysypali członkowie gangu pracownicy banku HSBC  w Szwajcarii. Polska prokuratura zainteresowana nie była, ale argentyńska jak najbardziej. Dostali listę ponad 4 tysięcy nazwisk i firm. Na liście jest ponoć komplet członków zarządu i spółek grupy Clarin. Tak, tej samej dominującej w Argentynie grupy medialnej, która ze względu na swoją wielkość ma także olbrzymi wpływ na przekaz wydobywający się z kraju.
 
Tymczasem na innym froncie, czyli procesu o odszkodowania wytoczonego przez spekulacyjnych obligatariuszy, w kolejnym zwrocie akcji, sędzia Griesa z Nowego Jorku zabronił bankom z grupy Citi obsługi argentyńskich obligacji denominowanych w peso, emitowanych według prawa argentyńskiego. Citibank poprosił o zgodę na obsługę najbliższych płatności. A następnie próbował wypowiedzieć umowę w Buenos Aires. Próbował, bo w odpowiedzi usłyszał, że to zerwanie umowy, czyli niewywiązanie się z obowiązków banku, czyli podstawa do cofnięcia licencji bankowej. Na razie któryś z ministrów cofnął prawo do wykonywania praw członka zarządu banku prezesowi Citibank Argentina, co zostało uchylone przez sąd. CDN.
 
 
 

Zamach na AMIA, akt oskarżenia przeciwko Cristinie Fernandez de Kirchner i mnóstwo znaków zapytania.

Streszczając sprawę od początku.
W 1992 i 1994 roku miały w miejsce w Buenos Aires dwa zamachy terrorystyczne. Najpierw wyleciała w powietrze ambasada Izraela, następnie siedziba AMIA (Associacion Mutual Israelita Argentina). Łącznie w tych zamachach zginęło ponad sto osób, więc nie były to drobne incydenty. Z tego w tym drugim zamachu 85 osób i ponad 300 zostało rannych. Własnie ta druga sprawa ma obecnie reperkusje w polityce Argentyny i przetoczyła się przez światowe media,  nawet polskie.

Najpierw historia śledztwa. Oczywiście zaraz po zamachu rozpoczęło się śledztwo. Społeczność Żydów w Argentynie jest piątą co do wielkości społecznością żydowską na świecie, więc ta sprawa była dość poważna.

W zupełnym przeciwieństwie do powagi sprawy, śledztwo toczyło się bardzo dziwnym torem. W skrócie, po kilku latach powstała parlamentarna komisja śledcza, która miała się przyjrzeć sposobowi prowadzenia śledztwa. Komisja powstała, przeprowadziła śledztwo parlamentarne, do niczego interesującego nie doszła. Zgłoszono tylko jedno zdanie odrębne, w którym jedna z członkiń komisji wskazała, że sędzia nadzorujący to śledztwo starał się raczej je utrudniać, oraz zainteresowanymi w utrudnianiu tego śledztwa był ówczesny prezydent Carlos Menem oraz przewodniczący DAIA, drugiej dużej organizacji żydowskiej.  Wobec wszystkich z tych osób nadal toczy się śledztwo. O tyle interesujące, że Carlos Menem jest oskarżony o sprawstwo kierownicze wybuchu w fabryce broni Rio Tercero w 1995 (także w trakcie trwania jego kadencji prezydenckiej). Jest już w miarę jasnym, że wybuch miał na celu zniszczenie dowodów uwikłania Menema w eksport broni do Chorwacji i Ekwadoru, gdzie ówcześnie toczyły się wojny.Te sprawy niekoniecznie są powiązane, ale pokazują, ze Menem i jego otoczenie miało w zwyczaju niszczyć dowody przestępstw i wysadzać budynki. W Rio Tercero zginęło 7 osób. Jaka w tym wszystkim miała być rola prezesa DAIA to nie bardzo wiem. Ale cóż, Żydzi mają taki zwyczaj, że jak jest ich trzech to zaraz zakładają dwa bardzo starannie zwalczające się stowarzyszenia. A w samym Buenos jest ich kilkaset tysięcy (Żydów). Inna sprawa, że zupełnie nie mają zwyczaju nawzajem się wysadzać w powietrze. Ani nikogo innego.

Jak widać sprawa od samego początku była bardzo mętna i ocierała się o elity polityczne. Zwłaszcza, że deputowana, która w 2001 roku wysunęła te oskarżenia nazywała się Cristina Fernandez de Kirchner.

Wkrótce część tych oskarżeń stała się na tyle prawdopodobna, że dotychczasową ekipę śledczą odsunięto i wszczęto osobne dochodzenie w sprawie utrudniania śledztwa. W tym czasie CFK była deputowaną opozycji. Jak wspomniałem wyżej w dochodzeniu postawiono zarzuty Carlosowi Menemowi i kilku innym osobo, a poza tym nie przyniosło żadnych przełomowych rozstrzygnięć.
Następnie przyszedł kryzys, w jego wyniku rezygnacja prezydenta, po kilku przejściowych następnym został wybrany Nestor Kirchner, a jego żona Cristina, nadał była deputowaną. Nestor mianował specjalnego prokuratora do prowadzenia tylko tego jednego śledztwa, czyli wyjaśnienia sprawy zamachów na AMIA. Prokurator nazywał się Alberto Nisman

Głównym jego osiągnięciem w trakcie śledztwa było wskazanie, że prawdopodobnymi sprawcami byli zamachowcy z Hesbollahu, wspomagani przez dyplomatów irańskich (czy też inne osoby, ale z irańskimi paszportami dyplomatycznymi). Jedną z sześciu osób podejrzanych jest Ahman Vahidi, obecny minister obrony Iranu. Wcześniej na tej liście znajdował się także ówczesny prezydent Iranu, minister spraw zagranicznych i ambasador Iranu w Buenos Aires. Jednakże Interpol, po proteście Iranu uznał, że nie zamieści tych osób na liście poszukiwanych. Tak czy inaczej, Iran oczywiście nie miał zamiaru wydawać swoich obywateli, a tym bardziej członków swojego rządu.  Sprawa utknęła.

Do czasu. W 2013 roku rząd Argentyny podpisał porozumienie z Iranem. Na jego mocy poszukiwani funkcjonariusze irańskiego reżimu mogliby być przesłuchani przez powołaną ad hoc komisje składającą się z prawników o międzynarodowym prestiżu, nie będących obywatelami żadnego z krajów. Porozumienie zostało ratyfikowane, po dużej burzy politycznej przez Argentynę i podpisane przez prezydenta, ale nie ratyfikowane w Iranie. Oczywiście nie wiadomo, czy ze strony Iranu to była tylko gra, czy autentycznie chcieli tego porozumienia. Ale wiadomo, że w Argentynie mocno krytykowało je DAIA (to drugie stowarzyszenie żydowskie) i sam prokurator Nisman. To są właśnie dziwne rzeczy. Atak opozycji i nieprzytomne łgarstwa Clarinu są zupełnie oczywiste. Ale dlaczego porozumienie, które sprawie nie szkodziło, a mogło pomóc, było krytykowane przez organizację żydowską, czyli DAIA? Potem też przez samą AMIA, ale to dopiero wtedy, gdy było jasne, że nic z tego nie wyjdzie. Co więcej -- prokurator prowadzący sprawę krytykował jedyną możliwość realnego postępu w śledztwie? To było bardzo dziwne.

Następny akt dziwnych zdarzeń nastąpił niedawno i jego kulminacyjnym momentem była właśnie śmierć prokuratora Nismana.

Zaczęło się od publikacji jego raportu, która też obiegła światowe media. Oskarżył w nim o udział w utrudnianiu śledztwa Cristynę Fernandez de Kirchner oraz jej (i Nestora) syna, Maximo.

Po chwilowej burzy medialnej, wspomaganej oczywiście przez Clarin, temat w opozycyjnych mediach zdechł. Po prostu trochę osób przeczytało ten raport i Nisman stał się pośmiewiskiem. Clarin szybciutko wyciszył sprawę, a sama Presidenta i prorządowe media zaczęły się nad tym znęcać. Tak czy inaczej nie było tam śladu nie tylko dowodów, ale nawet poszlak. Co więcej, Prezydenta stwierdziła, że jest oczywistym dla każdego, kto miał styczność z praktyką prawniczą, że tego raportu nie pisał prawnik (Prezydenta trochę się zna, bo wraz z mężem prowadziła kancelarię adwokacką przez kilkanaście lat). Nikt nie podejrzewa Nismana o aż taki nieprofesjonalizm, więc oczywiście powstało pytanie skąd się ten raport w ogóle wziął. Na to pytanie także nie ma odpowiedzi. Może jeszcze nie ma, a może nie jest publicznie znana.

Kolejnym i zasadniczym pytaniem jest też, co w ogóle prokurator Nisman robił przez te wszystkie lata i gdzie są jakiekolwiek dowody i kierunki śledztwa. Następnym pytaniem jest gdzie był nadzór nad tym śledztwem. Zwłaszcza to ostatnie pytanie jest bardzo poważne, bo obecnie wygląda na to, że Nisman posiadał wyłącznie dwa źródła informacji. Jednym był attache ambasady USA, który był w cąłości informowany o śledztwie i wskazywał jego kierunki. M.in. to ze źródeł USA pochodziły informacje o osobie zamachowca- samobójcy, jego tożsamości i powiązaniach. Informacje, których Nisman w żaden sposób nie weryfikował, dodajmy.
Tą wątpliwą jakość dowodów potwierdziło też Home Office UK w sprawie ekstradycji jednego z poszukiwanych, zatrzymanego na terenie UK. Uznali, że tak bardzo nie ma dowodów, że nawet nie pójdą do sądu z wnioskiem ekstradycyjnym i wypuścili zatrzymanego.

Drugim jego źródłem informacji był już były szef wywiadu. Zresztą po całej aferze już byłego wywiadu. Od niego pochodziły informacje dotyczące Kirchnerów i innych polityków argentyńskich oraz dane, na podstawie których uzyskał zgodę na podsłuchy. Oczywiście, może być tak, że istnieją gdzieś  mocne dowody, które wskazują na rzeczywiste utrudnianie śledztwa przez obecny rząd. Ale powszechnie znane informacje (udział CFK w pierwszej komisji śledczej, porozumienie z Iranem) raczej wskazują na zamiar wyjaśnienia sprawy. A rzucanie się z oskarżeniami bez dowodów na prezydenta i członków rządu stawia następne pytania. Byłoby bardzo dobrze, gdyby prokurator Nisman mógł na nie odpowiedzieć. Niestety to jest niemożliwe, bo nie żyje. Kilka dni po publikacji tego raportu oskarżającego Prezydentę i innych, popełnił samobójstwo lub został zastrzelony u siebie w mieszkaniu, na kilka godzin przed tym jak miał zeznawać w Kongresie na temat raportu.

Oczywiście w sprawie śmierci mamy co najmniej trzy możliwości.

1.  Albo oskarżenia miały podstawy, Nisman dysponował dowodami lub co najmniej mocnymi poszlakami i miał je przedstawić w Kongresie, albo zaledwie się tego obawiano i został zamordowany przez osoby powiązane z rządem.
2. Albo miał uczestniczyć próbie destabilizacji kraju, przez nagłośnienie oskarżeń wobec najwyższych władz, po wykonaniu swojej części zadania został zamordowany, lub zrozumiał swoją rolę i popełnił samobójstwo. W tym przypadku całe podrzucanie dowodów przez dyplomatów USA i wątpliwej lojalności wywiad Argentyny perfekcyjnie łączy się ze sprzeciwem wobec porozumienia z Iranem.
3. Wreszcie uznał, że cała jego praca dała tak kompromitujące wyniki, że i tak jest skończony i to wszystko dalej nie ma sensu. Może wiedząc o wynikach swojej pracy próbował narobić takiego dymu, aby być z hukiem odwołanym i rozpocząć karierę polityka. Ale zrozumiał, że to też nie wyszło?

Na dziś każde z tych wyjaśnień jest możliwe, ale tylko co do drugiego istnieją jakieś poszlaki.

A kilka dni temu, wyszła informacja, że w śmietniku w mieszkaniu Nismana, przy przeszukaniu po jego śmierci, znaleziono akt oskarżenia wobec Cristiny Fernandez de Kirchner i innych osób. Z czego Clarin zrobił tak wielką aferę, że aż było przedrukowane w sporej części światowych mediów, a nawet polskich.
I co? I nic. Clarin się czepia, że prokurator prowadząca sprawę nie poinformowała o tym opinii publicznej. Szczerze mówiąc, podejrzewam, że nawet jeśli by miała informować o wszystkich postępach śledztwa to ten fakt by uznała za pozbawiony znaczenia. Otóż konstytucja Argentyny jest dość podobna do konstytucji USA. Procedura skazywania głowy państwa wygląda formalnie tak samo. Oskarżającym jest izba niższa parlamentu, w roli sędziego występuje izba wyższa (Senat). Jakby kogoś interesowało art. 53, 59 i 60 Konstytucji Republiki Argentyny. Najwyraźniej ani dziennikarze Clarinu (z trudem, ale da się zrozumieć) ani ten kto pisał Nismanowi ten tekst (pytanie kto) ani sam Nisman nie miał zbyt dokładnego pojęcia o tych treściach. A może Nisman miał, dlatego spokojnie wyrzucił do kosza ten tekst, który może ktoś mu przysłał. Zresztą była na nim data z czerwca zeszłego roku. I wniosek o odebranie immunitetu, co ciekawe. Czyli użyto takiej instytucji prawnej jaka istnieje np. w Polsce, a nie tej która funkcjonuje w Argentynie. To nieco narzuca podejrzenie, że mógł to pisać prawnik, ale nie argentyński. Co więcej, także nie z USA, tylko z państwa z kręgu prawa kontynentalnego. 
Co oczywiście dostarcza następnych pytań bez odpowiedzi.

Marzenie pionierów kolei staje się faktem, czyli tory łączą cały świat

Dzisiejszy wpis tematyką bardziej pasuje do Rewolucji Energetycznej, ale tu mnie dawno nie było, a sprawa ma więcej aspektów politycznych, niż technicznych, więc zostawiam.

Brytyjscy pionierzy kolei, a raczej biznesmeni kolejowi, mieli wielkie marzenie -- połączyć koleją Wyspy Brytyjskie z perłą w koronie Imperium, czyli Indiami. A jeszcze lepiej -- także z Hongkongiem. Teoretycznie takie połączenie istnieje od lat, ale z kolejnymi przeprawami promowymi, zmianami rozstawu szyn i innymi ulepszeniami jest całkowicie bezużyteczne jako środek taniego i szybkiego transportu.

Cóż, obecnie sytuacja się zmienia. Co prawda ani brytyjski kapitał, ani nawet inżynierowie nie maja z tym praktycznie nic wspólnego i też droga niezupełnie będzie prowadzić do Indii.  
Otóż właśnie trwa lub rozpoczyna się budowa lub poprawianie paru odcinków linii kolejowych. Zadziwiającym zbiegiem okoliczności jest lista tych odcinków, gdzie wszystkie przeszkody znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a problemy z finansowanie są nieistniejące. 

Niedawno (jakoś w listopadzie) oddano do użytku nowy dworzec kolejowy we Wiedniu. Dzięki temu wzrosła przepustowość całego węzła, w tym możliwość przejazdu pociągów szybkiej kolei na liniach południkowej i równoleżnikowej. Oraz przepustowość towarowa. Dalej na zachód oczywiście mamy rozbudowana sieć połączeń kolei klasycznej i szybkiej, na zachód aż do Szkocji, na południe niedługo ruszy linia standardu 320 km/h Tangier- Casablanca (choć tunelu pod Gibraltarem nie ma i będzie najwcześniej za 15 lat). Ale ruszamy z Wiednia. Na wschód. Teoretycznie linia do Budapesztu jest częścią projektowanego europejskiego korytarza szybkiego ruchu i jako taka będzie trzymana w wysokim standardzie a tory do Budapesztu zawsze będą w dobrym stanie, o co ma dbać UE.

Także w zeszłym roku rozpoczęto budowę kolejowej towarowej obwodnicy Budapesztu. Pociągi towarowe już nie będą przejeżdżać przez centrum miasta i blokować węzła. Także na Węgrzech jest modernizowany tor w kierunki Belgradu. Do tego miejsca oczywiście większość inwestycji jest dofinansowywana przez Unię Europejską, a pomoc organizacji spoza UE jest bardzo trudna do uzyskania, by nie rzecz niemożliwa.

Jedziemy dalej, najlepsze ukształtowanie terenu dla kolei jest w stronę Belgradu. Linia w trakcie ulepszania. Jesteśmy na granicy UE, w Serbii, od granicy węgierskiej do Belgradu, to inna sprawa. Także trwa modernizacja, co prawda do nie tak wielkich prędkości, bo maksymalnej 160 km/h. Ale za to Serbom udało się ją sfinansować w sporej części z grantów. Co dość zadziwiające granty pochodziły z Chin. Chińczycy mają raczej zwyczaj pożyczać pieniądze i jeszcze te kredyty trafiają w całości do chińskich firm zatrudniających wyłącznie chińskich robotników, czyli kredytobiorcy mają co prawda zbudowana infrastrukturę, zazwyczaj dobrze i  tanio, ale żadnego impulsu dla gospodarki, tylko odsetki do spłacania. Cóż, zapewne skośnookim trochę zależało.

A dlaczego mogło im zależeć na połączeniu prowincjonalnego Budapesztu z zadupiem Belgradu? Bo linia kolejowa idzie dalej. Z powrotem do Unii Europejskiej, czyli Bułgarii, gdzie co prawda nic nie jest robione, ale i  odcinek wkrótce dociera do nowej granicy, Turcji. Już poza UE, więc można brać kasę od Chińczyków. I biorą. Chińska forsa się szybko i łatwo znajduje na całą główną linię, od granicy z Bułgarią do granicy z Iranem.. Akurat sami wpadli na pomysł, że potrzeba zbudować tunel pod Bosforem, linię szybkiej kolei ze Stambułu do Ankary i następnie dalej do Kars. Oraz połączenie stałą linią kolejową do Iranu. Obecnie istnieje tylko prom przez jezioro Van. Ale linia je omijająca jest w budowie. Z forsą nie ma żadnych problemów, to budują....
 W taki sposób po zakończeniu obecnych inwestycji dotychczasowa linia będzie mogła być w całości towarowa, a pociągi osobowe trasę 2000 km od jednej granicy do drugiej będą pokonywać w mniej niż 10 godzin.

W Iranie jest jeszcze zabawniej. Od dobrych kilkunastu lat trwa tam wielka rozbudowa sieci kolejowej. Ale z racji olbrzymich odległości pomiędzy miastami i trudnego terenu większość to są jednotorowe niezelektryfikowane linie, łączące tylko ważniejsze miasta. Ale jest wyjątek. Linia Tabriz -- Teheran -- Mashad jest dwutorowa, obecnie jest elektryfikowana, a ponadto na tej trasie jest budowana równoległa linia szybkiej kolei. W samym Teheranie w zeszłym roku oddano do użytku kilkukilometrowy tunel linii średnicowej, czterotorowy, drastycznie podwyższający przepustowość węzła. Tu można się domyślić, że prace są sfinansowane chińskimi kredytami i opierają sie na chińskiej technologii.
Ale najciekawsze jest dalej. Z Iranu do Chin droga jeszcze daleka. A co więcej, zachodnie rejony Chin są same w sobie miejscem raczej mało przyjaznym i doskonale pozbawionym jakiejkolwiek infrastruktury. 
To przejdźmy zobaczyć co u Smoka słychać. A słychać to, że najważniejsze połączenie w zachodniej części Chin, czyli linię kolejową do Urumczi zwolniono z ruchu pasażerskiego i będzie przeznaczona w całości do przewozu towarów, ponieważ zakończono budowę 1500 km trasy szybkiej kolei z centralnych Chin. Dotychczasowa linia, jak najbardziej dwutorowa i zelektryfikowana, będzie obsługiwać tylko ruch towarowy. Który z Urumczi może toczyć się dalej do Kazachstanu, gdzie jest przeładowywany na szerokie tory i dalej przez Rosję do Europy, lub za kilka lat nową linią do Iranu. Następna jest linia kolejowa z Urumczi do Aksu, obecnie ulepszana i budowana dalej do Kashgar (to ciągle Chiny, choć nazwy brzmią jak z języków tureckich, i słusznie bo to tereny zamieszkałe przez Ujgurów, czyli Kazachów).
 Ale jeszcze zabawniej jest dalej. Jest planowany tunel i już zaczęło się doprowadzanie linii kolejowej do niego, łączący Chiny przez Kirgistan z Tadżykistanem. (tu już pewnie najtwardsi sprawdzą w końcu na mapie gdzie to właściwie jest). Linia połączy chińska sieć z Duszanbe. Oprócz tego znalazł się chiński kredyt na sfinansowanie linii z Duszanbe przez przełęcz na południe od miasta, w stronę Qurgonteppa. Tą umowę podpisano w grudniu. 

I tu się zaczynają poważne sprawy

Ponieważ między Tadżykistanem a Iranem bezpośredniej granicy nie ma. Lądowe połączenie istnieje albo przez Uzbekistan i Turkmenistan, albo przez Afganistan. Uzbekistanem rządzi bliżej nieznana banda prorosyjskich buców, którzy nic nie rozumieją, jak to kacapy i mają fatalne relacje z wszystkimi sąsiadami, regularnie zamykając granice dla tranzytu. Nawet Chińczycy nie potrafią się z nimi dogadać. Pozostała jedyna możliwość - Afganistan. Cóż, wydaje się, że niestabilny, ogarnięty wojną kraj. A tymczasem z Mashad w Iranie do Herat w Afganistanie nowiutka linia kolejowa już jest i dalej będzie budowana do Mazar i Szarif. Skąd do wyżej wymienione Quronteppe juz brakuje zaledwie około 200 lub 300 kilometrów i jednego mostu. Co prawda jest dopiero wstępne porozumienie, ale tu raczej nikt się nie wyłamie

Z tej linii teoretycznie w Tadżykistanie obowiązuje rosyjski rozstaw torów, ale w praktyce oczywiście to chińczycy zdecydują jaki będzie. A będzie oczywiście chiński, czyli europejski, jak na całej reszcie tej trasy. To oznacza, ze za kilka lat, po raz pierwszy w historii, będzie można przejechać pociągiem ze Szkocji do Chin, nie wysiadając z tego pociągu, który cały czas będzie się toczył na tym samym rozstawie torów. 
Cóż, powie ktoś, przecież od czasów ukończenia transsyberyjskiej jest połączenie lądowe z Chinami. Tak, ale po pierwsze wymaga zmiany wagonów lub wózków jezdnych, co trwa i kosztuje, a po drugie przez długi czas łączyło się z wysokim ryzykiem kradzieży, a do dziś trwają problemy z chorymi praktykami cenowymi i nieprzewidywalnymi czasami tranzytu. To są wszystko problemy, które występują tylko w Rosji i nic dziwnego, że również Chiny potrzebują alternatywnych tras. Co prawda od połowy zeszłego roku, czyli początku dewaluacji rubla, koleje rosyjskie zachowują się znacznie racjonalniej, ale mleko się rozlało. Praktycznie całość tej południowej linii Europa -- Chiny istnieje, jest w budowie lub planowaniu z zapewnionym finansowaniem.
Co ciekawe, widać, że docelowa przepustowość tej linii będzie olbrzymia. Dwutorowa linia, której elektryfikacja na wszystkich odcinkach idzie pełną parą, a w Turcji, Iranie i Chinach istnieje, lub jest w budowie z  równoległą linia szybkiej kolei pasażerskiej. 

Konsekwencje powstania tej linii będą potężne

Brak zmiany rozstawu torów oznacza znacząco tańszy transport towarów. Docelowo można liczyć, że będą to kwoty takie jak koszty frachtu na bardziej konkurencyjnych rynkach przewozów kolejowych, czyli w okolicach 0,01 dolara za tonokilometr. To oznacza ceny za fracht tylko nieco wyższe niż transportu morskiego licząc całą trasą, a na odcinkach do Iranu czy Turcji -- tańsze. Ba, koszty transportu np z Chin na Kaukaz wyraźnie spadną.
Oraz, co ciekawe -- kiedy zostanie zbudowana tylko ta już dziś budowana lub planowana na poważnie część szybkiej kolei, to pociąg pasażerski od granicy bułgarsko -- tureckiej do granicy chińskiej będzie jechać niewiele ponad 24 godziny. Co oznacza pierwszą realną konkurencję dla linii lotniczych w podróżach międzykontynentalnych. Ale sam ruch pasażerski to naprawdę pikuś. Chodzi o towary.
Oznaczać to też będzie, że w tranzycie lądowym Daleki Wschód -- Europa, Rosja przestaje być niezbędnym pośrednikiem. Co patrząc na koszty zmiany rozstawy kół, rosyjską nieudolność w zarządzaniu, złodziejstwo i pozostałe problemy, prawdopodobnie w ogóle przestaną być pośrednikiem.

Dalej konsekwencje też są niemałe. Tadżykistan to najbiedniejsze państwo poradzieckie, którego władza trzyma się na rosyjskich bagnetach, a społeczeństwo jest językowo i kulturowo bardzo bliskie Persom. W momencie jakiegokolwiek osłabienia dzisiejszego reżimu, partia proirańska natychmiast przejmuje władzę i wyrzuca rosyjskie wojska albo rozpoczyna się na nowo wojna. Trudno ja nazwać domową, jak to rosyjskie wojska strzelają do cywilnych powstańców....Stąd zapewne władza już liczy na uzyskanie odrobiny wsparcia dla siebie od Chińczyków, za spokojny tranzyt. A po ewentualnym przejęciu władzy opozycja zapewne jeszcze chętniej i szybciej będzie budować połączenie z Iranem, a zapewne zupełnie chętnie zmieni rozstaw szyn w całym kraju.

Ale jeszcze potężniejsze będą konsekwencje następnego odcinka. Od Mazar-i-Szarif do Herat, czyli Afganistan. To będzie najpoważniejsza inwestycja infrastrukturalna w historii Afganistanu. I pierwsza w historii możliwość taniego wywozu minerałów z tego kraju. Są tam potężne i bogate złoża wszystkiego -- z bardzo prostego powodu, przy geologicznym bogactwie są to jedne z niewielu na świecie nigdy nie eksploatowanych złóż. Bo nigdy nie było infrastruktury. Teraz będzie kolej. Prosto do Chin. I patrząc realnie nigdzie indziej. Chyba, że zachodnie firmy górnicze będą mieć zgodę na tranzyt przez Iran....
Przy okazji, należy subtelnie zauważyć, że w niezbyt odległej perspektywie całość tej trasy będzie zelektryfikowana, a co ciekawe, większość już przebiega przez tereny bardzo zasobne w potencjał energii odnawialnej, a w zachodniej części Chin to energia wiatrowa jest podstawą sieci energetycznej. Iran tak samo przebudowywuje energetykę na odnawialna w całkiem sprawny sposób, Turcja dopiero zaczyna. Czyli można śmiało powiedzieć, ze przy okazji jest to bardzo poważna perspektywa istotnego odstawienia paliw kopalnych w ruchu towarowym i późnej pasażerskim między Europą a Środkowym i Dalekim Wschodem. 
A następną konsekwencją jest, z punktu widzenia Chin, bezpieczeństwo ich szlaków handlowych przed blokadą morską. Co znacząco zmniejsza możliwość ewentualnego szantażu ze strony USA lub Japonii. Dotychczas do kompletności blokady handlowej Chin potrzeba blokady morskiej i utrudnienia tranzytu przez Rosję. Teraz do tej listy dojdzie jeszcze Iran. 

W tym wszystkim właśnie Iran zyskuje status kraju tranzytowego i dopóki Ajatollachowie nie narobią zbyt dużo głupot, tylko na tym zyska. A straci zarabiający na tym samym Kazachstan, bo stamtąd pociągi dalej muszą iść przez Rosję....
To wszystko nie zdarzy się jutro. Zanim powstanie bezpośrednia, całkowicie przejezdna linia minie jeszcze kilka lat, a zanim cały opisany zakres prac będzie zakończony, to zapewne kilkanaście. 
Ale rozwój chińskiej sieci kolejowej jest największym obecnie, a może i w historii świata projektem infrastrukturalnym. I czy nam się podoba, czy nie, ukształtuje ten świat na następne co najmniej dziesięciolecia.

Mecz Real Madryd- San Lorenzo

Jakby ktoś nie wiedział, trwają klubowe mistrzostwa świata w piłce nożnej. Ja prawdę mówiąc też nie wiedziałem o istnieniu czegoś takiego, ale tak się składa, że zespół, którego jestem fanem jutro gra w finale. 

Co prawda wynik zapewne nie będzie szczegółnym zaskoczeniem, zapewne wygra przedstawiciel Europy, czyli Real Madryd, a drugie miejsce w takim starciu zespołowi z Ameryki Południowej należy się jak psu micha.

Real Madryd znają wszyscy, za to o jego przeciwniku nikt w Polsce nie słyszał. Przynajmniej jeszcze dwa lata temu. 

San Lorenzo de Almagro, bo tak brzmi nazwa przeciwnika Realu jest obecnym zwycięzcą Copa de Libertadores, czyli klubowym mistrzem Ameryki Południowej, stąd właśnie walczy z pozostałymi mistrzami kontynentów w Marakeszu.

Mecz polecam, może nawet go sam obejrzę, bo pewnie widowsko będzie tego warte. Zresztą jeszcze w Polsce czasem zdarzało mi się ogladać mecze południowoamerykańke, a przy europejskiej piłce najwyżej szybko zasnąć. Zdanie podtrzymuję, mniej taktycznej skuteczności, ale więcej widowiska i jest co oglądać. Czasem.

A czytelników pewnie bardziej zainteresuje dlaczego z takim dość letnim nastawieniem okreslam się jako fan. Otóż, odpowiedź jest prosta -- bycie kibicem w Argentynie jest obowiązkowe. Noo, prawie. Ale regularnie można usłyszeć pytanie jakiego klubu się jest kibicem. I to pytanie bynajmniej nie dotyczy sportu. Przynajmniej nie tylko.

Cofając się do początków 20 wieku

W Argentynie nowa fala imigrantów juz się częsciowo zakorzeniła, ciągle napływają nowi, tworzy się masowe społeczeństowo, a jednocześnie władza jest w rękach dośc wąskiej kliki głównie powiązanej z oligarchią ziemską i prowadzącej liberalną politykę (czytaj- udzielania wszelkich koncesji przemysłowych kapitalistom z Wielkiej Brytanii lub Francji) i dzielnie się utrzymywała przez kilkadziesiąt lat u władzy dzięki ograniczonemu prawu wyborczemu i zwyczajowi masowych fałszerstw.  Zakładanie zwykłych partii politycznych i stowarzyszeń było mozliwe, ale mocno utrudnione i narażone na represję ze strony władz. W takim klimacie politycznym powstała garść klubów sportowych, które funkcjonują do dziś. Są to bardziej znane Boca Juniors i River Plate oraz właśnie San Lorenzo. I kila innych, ale jak kogoś tak bardzo interesuje, to znajdzie bez trudu osoby bardziej kompetentne w piłce kopanej niż ja.
Te zespoły zostały założone w podobnym czasie, ale w różnych miejscach. Znaczy, wszsytkie trzy w Buenos Aires, ale w róznych cześciach tego miasta. 

River Plate

Klubpowstał w zamozniejszej cześci miasta, założony przez brytyjczyków pracujących w kolonialnych firmach, na kolei, chłodniach i podobnych instytucjach kontrolowanych przez kapitalistów z UK i przechwytujących solidną częśc dochodu narodowego (krowy można było sprzedać komu się chce, ale chłodnie i koleje były tylko jedne...). Stąd od samego początku jest to towarzystwo przepełnione wewnętrznym przekonaniem o kolonialnej wyższości. I, pomimo tego, że zwartego środowiska brytyjskich kolonizatorów już dawno nie ma, klub jest całkowicie argentyński -- mentalność pozostała. 

Boca Juniors 

Wywodzi się z dzielnicy La Boca, czyli dosłownie "Ujście". Tereny, które stanowiły bezpieczne kotwicowisko i które służyły jako port zanim wybudowano porządny. Tam też mieszkali typowi mieszkańcy portowych slumsów. Oczywiście jedynym sposobem awansu społecznego z takich miejsc jest szczeście i cwanictwo. Słynnym przykładem tego był zaliczony gol strzelony ewidentnie ręką na mundialu 1986 przez najwybitniejszego piłkarza w histori Baca Juniors, czyli Diego Maradone. Jest ubóstwiany nie pomimo takich zagrywek i iścia w zaparte, ale właśnie dlatego. Oczywiście, znów, czas mija, La Boca to już nie są slumsy, tylko byla jak dzielnica, nisko połozona i często zalewana, a część slumsów przerobiono na pułapkę na turystów. 

San Lorenzo de Almagro 

Założony, nie zgadniecie -- w dzielnicy Almagro. Była to dzielnica typowo robotniczna, niezbyt zamożna i właściwie taką pozostała do dziś. Ale w dość szybko rozwijającej sie gospodarce, zasilanej tłumami imigrantów, którzy przynajmniej mogli się wyżywic na poziomi niepostykanym wśród biedoty Starego Kontynentu, o awans społeczny było dość łatwo. Wystarczyło solidnie pracować, przestrzegać zasad etyki i przyzwoitości. Wyrwać się z dna La Boca było  znacznie trudniej, Zostać drobnym przedsiębiorcą w Almagro było dość łatwo. Do tego należy dołożyc drobiazg- ten klub został założony m.in, przez księdza, Lorenzo Massa, który pózniej także organizował początki harcerstwa argentyńskiego i inne tego typu przedsięwzięcia. 
Połączenie etyki biedniejszej klasy średniej i społecznego współdziałania Kościoła wyjaśnie dla odmiany warości dookoła tego klubu.
Także przez dzisięciolecia nic się nie zmieniło, wobec czego nie należy być zdziwionym, że dyktatura wojskowa zrobiła wiele, aby akurat ten klub zniszczyć. Włącznie z wywłaszczeniem i zburzeniem stadionu. Na cele budownictwa socjalnego, ale jakoś pieniądze znikły, więc powstał tam supermarket Carrefoura. Ksiądz Massa już od wielu lat nie żył, bo pewnie też by go wrzucili do rzeki. Tak, junta wojskowa w Argentynie od polskiej różniła się głównie tym, że dyktator Videla zmarł w więzieniu a Ponury Spawacz na wolnosci...A obecne władze miasta uchwaliły wywłaszczenie Carrefoura i oddanie terenu klubowi.

Oczywiście, powyższe generalizacje nie odnoszą się, bo i nie mogą do kazdego pojedynczego fana tych zespołów. A zresztą tą klubową etykietkę można uzyskać dość przypadkowo, przez grupę znajomych, miejsce zamieszkania, itp. Ale jakimś wyznacznikiem to jak najbardziej jest.

A wracając do jutrzejszego meczu, nie stawiałbym na San Lorenzo, ale należy pamiętać, że również obecny papież jest jego fanem. A już w tym tygodniu Raul Castro mu dziękował za załatwienie nawiązania stosunków dyplomatycznych z USA. Może się okazać, że w przyszłym tygodniu będzie się mu dziękować za załatwienie zwycięstwa nad Realem...