Egipt cz. 2

Przy okazji- już po napisaniu poprzedniego wpisu znalazłem informacje o polityce właśnie obalonego prezydenta. Już w tym roku planował zwiększyć udział krajowego zboża w konsumpcji do 60%. Tu mała dygresja- z kontekstu zrozumiałem, że całość pszenicy jest skupowana przez państwo, i następnie w mieszance z importowanym sprzedawana młynom, które dalej sprzedają po ustalonej, państwowej i bardzo niskiej cenie. Bardzo podobnie ma się sytuacja z paliwami.
Wszystko było w miarę w porządku, dopóki zboże i ropa były po pierwsze tanie, a po drugie krajowa produkcja była w miarę wystarczająca. Ten sam problem, który jest ze zbożem jest także z paliwami. Obecnie już były rząd próbował także nieco rozwiązać problem paliwa- wprowadzając kartki (a konkretnie kartę elektroniczną- w końcu świat idzie do przodu...) Z limitem rocznym zakupu subsydiowanego paliwa- 1800 l, ale tylko dla samochodów poniżej 1600 cm pojemności- jeśli kogoś to interesuje. Rząd jak wiadomo, jest już były, więc pewnie nic z tego nie wyjdzie, a buce w mundurach, zrobią tyle co potrafią buce w mundurach- pokazali nie tylko w Polsce i Argentynie... Parę osób zamordują, parę wsadzą do więzień, zrujnują gospodarkę do cna i będą się chwalić jakie to wprowadzili „bezpieczeństwo”. Czyli zapewne będą mieć odpowiednik lat 80-tych w Polsce, aż się wszystko kompletnie nie zawali.
Ale nie o tym. Trochę się zastanowiłem, policzyłem i teoretycznie się da. Przyjmijmy prosty schemat- uprawy półpustynne- oliwki, daktyle i cytrusy. Inne uprawy na gruntach nawadnianych odsalaną wodą są moim zdaniem absurdem (jeszcze są agawy, ale mało znane w tym rejonie).
Dalej- najprostsza i najtańsza technologia nie używająca paliw kopalnych to destylacja przy użyciu próżniowych kolektorów słonecznych (klasyczne chyba nie są w stanie osiągać wystarczających temperatur). Minimalna ilość wody dla jakiejkolwiek uprawy to 300-400 mm rocznie, choć faktycznie dla sensowych i w miarę pewnych zbiorów w takim klimacie 2-3 krotnie więcej. Próżniowy kolektor słoneczny ma sprawność rzędu 80% (oczywiście, ze względu na odstępy pomiędzy rurami faktycznie mniejszą, ale to można pominąć). Dla uproszczenia pominę garść przeliczeń, które zrobiłem i podam wynik- z każdego metra kwadratowego kolektorów można uzyskać w tani inwestycyjne sposób 5 litrów wody dziennie, średniorocznie w usłonecznieniu Egiptu. Nie ma tu dużego znaczenia, czy parę z destylacji użyje się w maszynach/turbinach parowych do napędu pomp, czy skorzysta z fotowoltaiki.
Wielkość inwestycji- przy szacunkowej cenie 200$ za metr kwadratowy paneli (taką znalazłem na ebay- chyba ją przyjmijmy) potrzeba w przybliżeniu 1/3 powierzchni paneli do powierzchni nawadnianej, czyli 66 $ na hektar, dodajmy do tego dwukrotnie więcej na koszty pomp, systemu irygacji, sterowania, itp., wychodzi 200$ inwestycji na m2, czyli 2.000.000 $ na hektar. Kwota obłędna patrząc na dzisiejsze ceny ziemi rolnej gdziekolwiek. Czyli od strony czysto ekonomicznej, neoliberalnej, itd.- bez sensu. Patrząc od strony samowystarczalności narodu to oczywiście inna sprawa- więc konieczny jest ekonomiczny system dopłat, ulg, subwencji, itp. Co najmniej do wysokości 90% tego typu inwestycji. Faktycznie w całości musi być sponsorowana przez rząd, i tak mający problemy z wypłacalnością- ale jesteśmy optymistami. Kolejnym problemem jest czas. Zanim potencjalne drzewa oliwne, czy palmy daktylowe zaczną owocować mija kilka lat. Czyli znów wracamy do potencjalnej polityki państwowej. Koszty odsalania są obłędne, ale sensowne jako długoterminowa polityka. Nawet w proponowanym schemacie na dłuższą metę jedynym zużywalnym elementem jest rura w której zachodzi parowanie i osadzanie kamienia- można to właściwym projektowaniem zminimalizować. Ale nadal pytane brzmi- jak to sensownie zrobić? System dopłat, itd. może działać- do pewnego czasu. Jeśli uruchomi się zasoby i przekona lokalne elity do inwestowana- sprawa wygrana, jeśli nie- porażka. Czyli wszystko zależy od propagandy- jeśli się uda przekonać lokalną klasę wyższą i średnią co do sensowności i stabilności inwestycji w nowe ziemie zasilane odsalaną wodą – to wszystko w porządku, jeśli nie- kraj się zawali. Weźmy paczkę chipsów rękę i zobaczymy...
Czyli- problemem polityki Egiptu nie jest brak zasobów, ale brak państwowej polityki ich wykorzystania i oszczędzania. W tym punkcie zgadzam się z tymi, którzy mówią, że Egipt ma potencjał- tylko nie umie go wykorzystać. Ale- pytanie nadal brzmi- jak wykorzystać ograniczone zasoby- jak skłonić ludzi do poświęcenia tej odrobiny luksusu która posiadają dla potencjalnie szalonego projektu dopłat do zazieleniania pustyni? Ten projekt jest pozbawiony ekonomicznego sensu- to już chyba wykazałem. Politycznie sens jest jasny- zmiana diety, koniec importu i cutting edge technology w zakresie użytkowania pustyń. Pytanie, czy elity Egiptu chcą to zrobić. To jest chyba pytanie bez odpowiedzi, choć moja osobista ocena proamerykańskich wojskowych jest z definicji jak najgorsza. Ale miejmy nadzieję, że się mylę.

Egipt- poligon doświadczalny

Świat, a przynajmniej ta jego część, która wie gdzie leży Egipt nieco się interesuje obecną sytuacją tamże. Od strony niedawnego zamachu stanu i rozważań, która strona jest narodowa, a która banksterska nic się tam co prawda nie zmieni i zmienić nie może. Ale obserwacja w miarę dokładnie rozwoju wydarzeń jest interesująca- Egipt to w pigułce i do kwadratu zestaw problemów, które czekają świat niedługo. Posiada także dość oczywiste możliwości wyjścia z tych problemów- które, uprzedzając dalszą część- są raczej mrzonką i wszyscy miejmy nadzieję, że się mylę.
Zaczynając od opisu sytuacji- Na jednego mieszkańca Egiptu przypada 150 m2 ziemi uprawnej. Pomimo legendarnej urodzajności tej ziemi i 2-3 zbiorów rocznie, jest to powierzchnia absolutnie niewystarczająca do samowystarczalności. Tą samowystarczalność można szacować biorąc pod uwagę, że od czasów rzymskich do czasów nowoczesnych populacja Egiptu była w miarę stabilna i wynosiła w granicach 4-7 mln. To można przyjąć jako granicę możliwości wyżywienia populacji Doliny Nilu. Pod koniec XIX w. zaczęło się to zmieniać- rozpoczął się import taniej pszenicy z Rosji, USA i Argentyny a rozwijał eksport bawełny- bawełna jako towar eksportowy straciła sens po 2 w.ś., kiedy dotychczasowe, bardzo pracochłonne metody uprawy zostały wyparte przez uprawy chemiczno- zmechanizowane.
Kolejną znaczą zmianą była tama w Asuanie, która zakończyła dotychczasowy cykl corocznych wylewów Nilu, co umożliwiło 2-3 krotne zbiory w ciągu roku, ale jednocześnie spowodowało konieczność używania znaczących ilości nawozów sztucznych. Dopóki te nawozy razem z ropą i żywność były w miarę tanie- nie stanowiło to takiego wielkiego problemu. Szacuję, że tama w Asuanie razem z chemią rolniczą zwiększyła możliwość produkcji żywności 5-10 krotnie. Problem polega na tym, że populacja Egiptu wynosi obecnie ok 85 mln mieszkańców. Kraj jest beznadziejnie uzależniony od importu żywności- importuje ok 40% żywności, w tym 60% spożywanej pszenicy (co by mniej- więcej potwierdzało wcześniejszy szacunek o możliwości utrzymania populacji).
Do przełomu 20 i 21 w. dochody z turystyki, Kanału Sueskiego, eksportu ropy i coroczna dotacja wojskowa z USA pozwalały całkiem sprawnie związać koniec z końcem. Relatywny dobrobyt doprowadził do gwałtownego wzrostu populacji, dochody z eksportu ropy się skończyły (bo złoża się wyczerpują i eksport się skończył), drastyczny wzrost cen żywności akurat skorelowany z lokalnym peak oil spowodował faktyczne przewrócenie się budżetu, od dobrych kilku lat utrzymywanego na powierzchni wyłącznie solidnym deficytem. Rozdawnictwo chleba pomaga jako-tako utrzymać najbiedniejsze warstwy społeczeństwa w spokoju, ale wszystko razem spowodowało inny problem- w ledwo trzymającej się powierzchni gospodarce niezaspokojone aspiracje „młodych, wykształconych, z wielkich miast” spowodowały bunt tychże. Niezależnie od udziału lub jego braku wywiadów obcych i spisków własnych- skądś się te kolejne tłumy obalające władzę biorą. I brać się nadal będą- bo wydobycie ropy spada i nic nie wskazuje na żadną szansę zmiany tej sytuacji- co oznacza tylko i wyłącznie hamowanie gospodarki. W permanentnie niestabilnym kraju o turystyce na masową skalę niedługo będzie można zapomnieć, a Kanał, choć ma się dobrze (no, prawie- wskutek recesji w Europie ilość ładunków także musi spadać) i tak nie wystarczy, nawet gdyby całość dochodów przeznaczyć na import tylko pszenicy. Reszta to drobny przemysł, nie mający szans na znaczące dochody eksportowe- zwłaszcza, że w końcu problemy z paliwami kopalnymi będą wkrótce (czy może już) oznaczać także problemy z energią elektryczną, a w tych warunkach nic nie może na większą skalę działać. Obecnie budżet funkcjonuje na Saudyjsko- amerykańskiej kroplówce i bez zmiany paradygmatu nic się nie zmieni- znaczy w miarę dalszego spadku wydobycia krajowych paliw, wzrostów cen żywności i wzrostu populacji- tylko na gorsze. Rozwiązaniem w tym wypadku mógłby wyłącznie być rząd który doprowadzi do jakiejś, znaczącej redukcji populacji (tu oczywiście trafne będą skojarzenia z najobrzydliwszymi rzeźniami 20 w.). Brutalnie mówiąc- czy będzie to rzeź o charakterze cywilnym, czy wojskowym- tego nie przewidzimy. Jeśli nie- to zwyczajny rozpad społeczeństwa.
Zasadniczym problemem jest zrównoważenie bilansu handlowego- czy przez wzrost eksportu (czego kosztem obniżenia poziomu życia praktycznie nie da się zrobić- bo spora część populacji i tak jest na granicy biologicznego przeżycia), albo zmniejszenie importu. Oczywiście takie drobiazgi jak elektronika konsumpcyjna czy samochody to stosunkowo łatwa sprawa- dewaluacja (która trwa) i z głowy- ale jak podkreślałem tu kilkukrotnie najważniejszym problemem jest import podstawowej i najtańszej żywności. Czyli po prostu gwałtowne i wszelkimi możliwymi sposobami dążenie do samowystarczalności żywnościowej. Teoretycznie, w wypadku Egiptu to jest możliwe. Problemem nie jest ani powierzchnia, ani temperatury a woda- której praktycznie jednym dostawcą jest Nil. Szczegółów polityki rolnej tam nie znam, ale bez trudu można sobie wyobrazić taki zestaw działań, który doprowadzi do maksymalizacji produkcji rolnej, przy jednoczesnej minimalizacji zużycia wody- aż do poziomu, kiedy Nil nie będzie dopływać do morza. Obecnie sytuacja nie jest od tego tak bardzo odległa- więc tych rezerw nie pozostało za wiele. Dalszym krokiem musi być zazielenienie pustyni odsalaną wodą. To przy obecnie istniejącej technologii jest jak najbardziej możliwe- tylko.... wymaga olbrzymich ilości energii, której Egipt nie ma, a to co jest będzie musiał w coraz większym stopniu eksportować, aby związać koniec z końcem. Jedynym wyjściem wydaje się odsalanie za pomocą energii słonecznej- co jak najbardziej jest możliwe- tylko wymaga właśnie olbrzymich nakładów inwestycyjnych. Czyli w praktyce połączenia wysiłków i organizacji państwa z możliwie dużymi inwestycjami prywatnymi (w końcu można coś takiego zrobić na niewielką skalę). Tylko to dla odmiany wymaga stabilności- po jaką cholerę inwestować olbrzymie pieniądze w niewielką działeczkę rolniczą w niestabilnym kraju? Lepiej kupić dolary czy złoto i schować pod poduszkę. Aby taka próba (niekoniecznie udana...) w ogóle mogła być możliwa potrzebny jest rząd mający wystarczające zaufanie społeczeństwa i który jakimś cudem przetrwa pierwsze kilka lat, zanim taka polityka zacznie przynosić jakiekolwiek widoczne efekty. Do tego potrzeba zupełnie innego nastawienia społeczeństwa niż robienie rewolucji co roku i głęboki jego podział. Z takiego szamba mogłaby wyjść część społeczeństw północnej Europy (ze Szwajcarią na czele), ale Egipt- nie sądzę. Dlatego mamy okazję obserwować w zwolnionym tempie poligon doświadczalny zawału cywilizacji. Zapewne w następnej rundzie (a może już) wobec problemów lokalnych rolników z zakupem nawozów lokalna produkcja żywności jeszcze spadnie, po kolejnej rundzie greckiego kryzysu Egipt przestanie być już tak bardzo konkurencyjny cenowo w turystyce i będzie po herbacie- bo na spadek cen żywności na światowych rynkach raczej bym nie liczył- w końcu paliwo i nawozy kosztują i mniej kosztować nie będą. A na koniec będzie pytanie- co z tamą w Asuanie. W rozpadającym się państwie nie będzie sił, ani środków aby to utrzymać. I w końcu sie rozpadnie. A za kilkaset lat ktoś odkopie Kair....
I swoją droga ten wpis dedykuję też wszystkim, którzy uważają, że peak oil to coś jak upadek asteroidu- wielkie buuum i nowa rzeczywistość. No nie bardzo. Wiele lat kryzysu i syfu, a potem jeszcze gorzej. Więc chrupki w ręce i przed telewizory oglądać katastrofę....  

Obraz polskiej administracji, czyli akurat zróbmy coś pożytecznego dla Kraju

Właśnie przeczytałem dość sensacyjne pismo wystosowane bezpośrednio od Specjalnego Komisarza ds. koordynacji projektów infrastruktury Alpine Bau do PO Dyrektora Generalnego GDDKiA. Alpine Bau jest kolejną firmą, która złożyła wniosek o ogłoszenie upadłości po wtopieniu na polskich inwestycjach w infrastrukturę- ale co jest ciekawe w tym liście, wynika z niego pewien obraz PO Dyrektora, niestety wielce symptomatyczny dla obecnej władzy.
Po odcedzeniu pewnego żalu, wychodzi z tego obraz urzędnika, który za wszelką cenę, na trudnym stanowisku stara się nie dać żadnego powodu do wsadzenia go za kraty po zdjęciu ze stanowiska. Jest to oczywiście w wypadku urzędnika cecha dość chwalebna, ale na takim stanowisku potrzebne jest trochę więcej. Mówiąc szczerze to chyba, obok prezesa PZPN jedno z najtrudniejszych stanowisk w Polsce. Potrzeba, oprócz umiejętności urzędniczych także pewnej orientacji inżynierskiej i co najważniejsze, przynajmniej podstawowej wiedzy o organizacji wielkich projektów. Tej wiedzy obecny PO Dyrektora najwyraźniej nie ma i nigdy nie miał zamiaru jej nabyć, albo oczywiście nie może lub nie potrafi jej wykorzystać- ale to oczywiście tworzy byty w tej sytuacji niepotrzebne.
Tak czy inaczej pismo nieco odbiega od zwyczajów biznesowych na tym poziomie- i choćby dlatego warto je przeczytać, a robiąc coś pożytecznego dla kraju- także możliwie szeroko rozpropagować.
List tutaj     

Dość ważne wybory

Jutro nowe władze miasta wybierają mieszkańcy Elbląga. Poprzednie zostały odwołane w referendum. Normalnie- zdarza się. Czasem nawet władze miasta są skorumpowane i nieudolne powyżej poziomu tolerancji mieszkańców. Ale- to chyba jest pierwszy wypadek ważności referendum w sprawie odwołania władz miasta na tyle dużego. Znaczy większego niż gmina w której każdy zna każdego, a przynajmniej może i znać i orientować się co do osobowości i umiejętności wójta (raczej niż burmistrza czy prezydenta). Nadal to jest sprawa lokalna, albo by była, gdyby nie parę drobiazgów. Po pierwsze prezydent był na tyle nieudolny, że zamiast założyć własne „bezpartyjne ugrupowanie lokalne”, startował pod szyldem PO, którego notowania nieco słabną ostatnio. Ma to oczywiście związek z widoczną gołym okiem chęcią pozbycia się ryżego jako persony ciągnącej w dół notowania całego salonu. Ryży trzyma się stołka jak przyspawany, bo i co ma zrobić, ci którzy polecą razem z nim walczą o przetrwanie i dociągnięcie do końca kadencji. A na horyzoncie referendum w Warszawie. I to jest zasadnicza sprawa. Jeśli wybory w Elblągu wygra antysalonowa opozycja (czytaj PiS), da to dodatkową mobilizację w Warszawie. Mobilizację, która może przeważyć szalę. A utrata władzy lokalnej w stolicy i najważniejszym ośrodku miejskim w kraju w wyniku referendum o odwołanie władz lokalnych to dla partii rządzącej ciężki cios. W atmosferze zwalniającej gospodarki, chwiejących się notowań rządu, itd., oczywiście rząd może trwać do końca kadencji i liczyć na cud, ale co rozsądniejsi z jego zaplecza będą woleć na jakiś czas odpuścić, niż skompromitować się dokumentnie. Nowych szyldów oczywiście nie zabraknie, ale chwilę czasu zajmie skopiowanie skądś nowych numerów propagandowych. Które muszą być tym lepsze, im bardziej skompromitowane towarzystwo się chce wypromować. Racjonalnie- dla okolic władzy najlepiej jest teraz odpuścić, wycofać się na chwilę i wrócić- za 2, 4 lata. Sam rząd, jak widać ma inne zdanie i jeśli będzie próbował trwać to obali go ulica, a jeśli nie- to trwając (bo już nie rządząc) do końca kadencji, skompromituje siebie i całą resztę towarzystwa na lata, a na pewno zniknie z pierwszej ligi, jak SLD. Czyli scena polityczna podzieli się pomiędzy PiS i narodowców z rozbitą opozycją salonową. To będzie ciekawe- bo zacznie się na większą skalę rozgrywanie interesów mocarstw ościennych w Polsce, ale już z udziałem lokalnego rządu. A to jest sytuacja pod każdym względem niebezpieczna- odzyskiwanie suwerenności w państwie kolonialnym ma duże szanse skończyć się wojną i/lub kolejną podległością.
A jutro głupie lokalne wybory w relatywnie małym miasteczku...   

Nędza w kraju na P

Wróciłem do żywych i aktywnych, mam nadzieję użytkowników blogów wszelakich po pewnym czasie dość wytężonej pracy. Na razie czas na chwilę wakacji, co pozwoli np. na częstsze pisanie (mam nadzieję).
A tymczasem, z racji ewidentnej potrzeby odpoczynku i fali antarktycznego powietrza w Buenos Aires przynajmniej poczytałem sobie nieco o Paragwaju. Zima, czyli właściwie pora-mniej-deszczowa tam jest całkiem przyjemna- ot, tak jak większość roku w Buenos Aires (za wyjątkiem fal zimnego powietrza w zimie i tropikalnego w lecie...) .
Więc- program o kosztach życia w Paragwaju. Całkiem łatwo zrozumiały, co prawda po hiszpańsku, ale spora część jest na obrazkach. Ceny i zarobki są podane w Guarani- informacyjnie- 1 mln Gs to ok 230 US$, czyli ok 750 zł. Cały program jest raczej robiony pod z góry założona tezę- że przeciętnej rodziny nie stać na utrzymanie, ale... Teza ta jest nieco naciągana- co prawda główną część wydatków stanowi żywność, ale- mowa jest o przeciętnej rodzinie, czyli dwójka dorosłych z pensją minimalną, trójka dzieci, żywiąca się głównie wołowiną, a właściwie cała ta „niemożność związania końca z końcem” pokrywa się z pozycją „zakup napojów gazowanych”
Prawda- to wszystko mniej-więcej odpowiada zwyczajom południowoamerykańskim i na tle przeciętnej np. argentyńskiej jest to opis nędzy, skoro dwie pensje starczają ledwo na styk
Ale skrajne jest dopiero porównanie z Polską- krajem teoretycznie znacznie bardziej rozwiniętym i znacznie bogatszym. Pensja minimalna to w Paragwaju ok 1050-1100 zł na rękę, w Polsce teoretycznie nieco więcej, praktycznie z epidemią „śmieciówek” różnie to bywa. Zamiar wychowywania trójki dzieci w PL przez rodziców z takimi dochodami... cóż, jet dość karkołomnym przedsięwzięciem, by nie rzec, że można w dziób zarobić od wypruwających sobie żyły aby jakoś związać koniec z końcem, za pytanie np. „Dlaczego dzieci nie jedzą mięsa przynajmniej dwa razy w tygodniu?”.
Czasem dopiero w takim porównaniu, nie z zamożną częścią świata, tylko właśnie z biedniejszymi krajami, gdzie standardem przemieszczania się jest komunikacja publiczna (czytaj jeżdżące zabytki, czyli 20 lat temu sprowadzane z Argentyny 20-letnie Mercedesy 1114, skądinąd chyba niezniszczalne) widać dopiero autentyczną nędzę sporej części polskiej populacji i oczywiście łatwo w ten sposób zrozumieć przyczynę jej zanikania...
Na to wszystko tylko się przypominają słowa słabego muzyka i wybitnego poety „Coście skurwysyny uczynili z tą krainą”
Ale odrobina optymizmu- ponoć w IT poziom płac w stosunku do wydajności pracy w Indiach jest już wyższy niż w Polsce, więc istnieje szansa na nastepne działy testowania, call center i księgowania i następne "znakomite stanowiska pracy w zachodnich korporacjach".

Wojna w Meksyku


Dziś nie będzie o Cyprze- i tak wszyscy już pisali na ten temat, trudno coś dodać, a tak naprawdę trudno się dziwić.
Jest inna sprawa- wojna narkotykowa w Meksyku. Niedawno, zastanawiając się nad tym, smutnym wydarzeniem ciągnącym się od dobrych 5 lat, doszedłem do ciekawych wniosków. Otóż- przypominając fakty- od tychże kilku lat trwa sobie faktyczna wojna na północy Meksyk, rzekomo pomiędzy gangami narkotykowymi o szlaki przerzutowe do USA i strefy wpływów. Ale jest parę wątpliwości. Dotychczasowe problemy w ramach mafii narkotykowych były zwykle załatwiane wewnętrznymi zamachami stanu- zabiciem dotychczasowego lidera i przejęciem jego struktur, a następnie biznes się toczył jak zwykle. Obecna sytuacja jest inna. Ta awantura najwyraźniej odbywa się na poważnie. Ginie sporo ludzi i są to zarówno żołnierze mafijni, wodzowie (co jeszcze jest w miarę normalne), ale też średniacy (czyli nazwijmy to oficerowie)- co już jest zupełnie nienormalne- takich się ceni i próbuje przekręcić na swoją stronę. To także wskazuje na jakieś drugie dno, ponad zwykłą walkę o podział łupów. Kolejne fakty- rząd meksykański wygląda na całkowicie bezsilny (co prawdopodobnie wskazuje na poziom korupcji/przeżarcia agenturą zwalczających się stron), a rząd USA otwarcie interweniuje w tym konflikcie (na razie wysyłając drony). Czyli to nie żarty- a prawdziwa wojna. Na taką stać tylko rządy i tak dochodzimy do mojej tezy- dotychczasowe mafie powiązane z CIA/DEA (a że są powiązane to tajemnica Poliszynela na tym kontynencie) są fizycznie i całkowicie eksterminowane przez kogoś innego. Lista rządów otwarcie wrogich USA jest z każdym rokiem coraz dłuższa, a w Ameryce Łacińskiej wystarczająco długa. Podejrzewam po prostu akcję sponsorowaną przez rządy Wenezueli, Kuby, Argentyny czy Boliwii, albo razem w dowolnej kombinacji. Ma to wszystko dalej idące implikacje. Jest to faktyczna wojna, przedzierająca się na terytorium USA, ale jeszcze bardziej niszcząca (fizycznie, używając eufemizmu) agenturę USA w Ameryce Łacińskiej. Widzę to także po mediach- największa grupa medialna w Argentynie, będąca współwłasnością Goldman Sachs, najwyraźniej coraz mniej sobie zdaje sprawę z tego co się tu dzieje. Nadal oczywiście uprawiają tradycyjną antyrządową propagandę, ale z biegiem czasu jest ona coraz głupsza.
W tym wszystkim pewne znaczenie ma oczywiście śmierć Hugo Chaveza- choć nie przypisywałbym mu tego znaczenia tak wielkiego jak robi to banksterka i oligarchia upijająca się z radości. Obecnie nie ma żadnych szans na zwycięstwo wyborcze w Wenezueli kogokolwiek innego niż czawerzysta. Pozostaje oczywiście czekać tylko na dość zmasowany atak propagandowy i gospodarczy na Wenezuelę po wyborach- choć osobiście myślę, że nowa/stara administracja okże się na tyle mocna, że wszystko skończy się na fali artykułów w maistreamowej prasie dookoła świata i tradycyjnym wyrzuceniem ambasadora USA. W międzyczasie z rozpoczęciem nowego roku akademickiego na południowej półkuli, znów się rozpoczęły regularne zadymy z policją w Chile- które jak wiadomo z neoliberalnej propagandy jest krajem mlekiem i miodem płynącym i nikt nie ma powodu narzekać na wszechobecny dobrobyt. Co prawda chilijscy imigranci w Buenos Aires przedstawiają trochę inny obraz- ale emigranci to tylko narzekają.
P.S. Jakby ktoś miał wątpliwości co do wspólności interesów i powiązań bankterki z producentami i handlarzami narkotyków- polecam np. historię rządów tego pana w Boliwii http://en.wikipedia.org/wiki/Gonzalo_S%C3%A1nchez_de_Lozada
Wprowadził on, autorstwa doradcy Jeffreya Sachsa,  program gospodarczy, znany póżniej jako Plan Menema w Argentynie i Plan Balcerowicza w Polsce- efekt był zresztą taki sam- przejęcie kluczoych elementów gospodarki przez międzynarodowe korporacje i następne niesamowite zaniedbania w utrzymaniu infrastruktury oraz zniszczenie większości produkcji, z wyjątkiem rozkwitającej produkcji kokainy- który to rynek ówcześnie Boliwia zdominowała.  Obecny rząd Boliwii nie może się doprosić o eksradycję go z USA...