Konflikt o Malwiny- są pierwsze ofiary


Jedna z tych ofiar właśnie wylądowała u mnie na talerzu- ponieważ jest to kalmar. O co chodzi? Otóż w ramach zimnej wojny pomiędzy Argentyną i Wielką Brytanią, rząd argentyński sukcesywnie niszczy kolejne obszary gospodarki Malwinów. Jak wcześniej pisałem- wielkie statki wycieczkowe na linii południowoatlanyckiej mają obowiązkowe puntkty turystyczne w Buenos Aires, „na końcu swiata” w Ziemii Ognistej oraz dalej płyną przez Cieślinę Magellana i wzdłuż wybrzaża Chile. Zazwyczaj zawijały tez na Malwiny- do niedawna, kiedy argentyński rząd ogłosił, że coś takiego jest nielegalne- jako uznawanie brytyjskiej suwerenności nad wyspami, wobec czego statki które zawinęły do któregokolwiek portu na Malwinach (czyli praktycznie Port Stanley) nie będą wpuszczane do Argentyny. Kompanie żeglugowe dbają o swój interes, a w skali atrakcyjności turystycznej Buenos Aires, czy Ushuaia (na Ziemi Ognistej) bije na głowę wyspy, więc turyści znikli. Kompletnie i z dnia na dzień. Następna sprawą było poszukiwanie ropy i gazu wokół wysp (według oficjalnej propagandy brytyjskiej- jedyny powód konfliktu, g... prawda)- otóż z jednej strony, po nacjonalizacji YPF nowy program inwestycyjny tej firmy zakłada prowadzenie poszukiwań i wydobycia ze wspólnikami w poszczególnych złożach (czyli potencjalnie spore pieniądze dla poszukiwaczy ropy i to w relatywnie- jak na dzisiejsze czasy- łatwych złożach), a z drugiej zapowiedziano pozwy przeciwko kazdej firmie, która będzie bądz prowadziła prace poszukiwawcze lub wydobywcze na wyspach, bądź je finansowała. Cóż- argentyński sąd (generalnie uczciwy) raczej w tym wypadku odszkodowanie zasądzi- bo w myśl Konsytucji, jest to terytorium Argentyny, więc byłyby to po prostu nie zapłacone podatki i opłaty wydobywcze- i jeśli dana firma ma jakikolwiek majątek w Argentynie...., albo nawet w innych krajach z którymi Argentyna ma wystarczająco przyjazne stosunki (a to jest prawie cała Am. Południowa- w tym Wenezuela). Krótko mówiąc- racjonalnie zachowująca się firma naftowa nie będzie się dotykać Malwinów, bo ma drobną szansę trochę zarobić i prawie pewność sporo stracić. Pozostali tylko drobni spekulanci, których kapitał jednak jest zdecydowanie za mały na przeprowadzenie całości prac poszukiwawczych i wydobywczych spod dna morza na południowym Atlantyku (bo to spore pieniądze), zwłaszcza wśród problemów z finansowaniem. Nawet jeśli prace będą dalej prowadzone- to firmy poszukiwcze w takiej sytuacji poprosza o bardzo hojne zwolnienia podatkowe albo nawet dotacje. I wszystko w porządku- ale tak czy inaczej budżet wysp za dużo z tej ropy, nawet jeśli jest- to nie zobaczy.
I tu przechodzimy do budżetu. Falklanczycy chwala się, że wyspy maja zdrowe finanse, są samowystarczalne, oraz wysoki PKB, itp. To wszystko prawda, ale tenże wysoki dochód budżetowy nie bierze się z produktywności gospodarki, a redystrybucji wysokich dochodów (przynajmniej na głowę) z opłat połowowych. I, co więcej gospodarka rybna jest raczej rabunkowa, większośc gatunków ryb przełowiono, obecnie ponad połowa budżetu to są dochody z opłat za połowy tylko jednego gatunku- kalmara argentyńskiego- zresztą to nie rybacy z wysp, tylko obce przedsiębirstwa, głównie chińskie, ale do niedawna też Dalmor. Więc wracamy do zawartości mojego talerza. Tenże kalmar ma ciekawy (politycznie) cykl rozrodczy. Rozmnaża się w delcie La Platy (czyli obok Buenos Aires), a następnie dorastając powoli migruje w stronę Malwinów. Rozwiązanie jest proste- Presidenta poprosiła rybaków o odłowienie jak największej ilości kalmarów zanim dotrą do wód terytorialnych Malwinów. Stąd właśnie cena kalmara w okolicach kurczaka (ok. całego w lodzie w porównaniu do rozebranych części kurczaka).
A przy okazji- to nie chodzi o drobne ilości- połowy kalmara argentyńskiego (z czego większość dotychczas na wodach brytyjskich) to prawie 1/4 ogólnych połowów głowonogów na świecie. Oczywiście- jeśli zostaną odłowione przed uzyskaniem optymalnej wielkości- łaczne połowy będą mniejsze. Cóż, taka jest dla zwykłych ludzi cena polityki. Za to budżet wysp po obecnym sezonie połowowym się prawdopodobnie załamie. Z potencjalnych źródeł dochodów pozostaną tylko owce, a to nie są duże pieniądze- zważywszy na konieczność transportu niewielkich ilości, czyli przeładunku w jakimś porcie przed przesłaniem na inny kontynent. I właśnie takich portów brak. W praktycznie całej Am. Południowej to jest niemozliwe (no, chyba ze ktoś zapłaciłby również argentyńskie podatki, uznając tym suwerenność), gdziekolwiek indziej jest wystarczająco daleko, aby zabić jakąkolwiek opłacalność.
Czyli wojna handlowa w pełni, na razie ja się mogę cieszyć tanimi kalmarami, a od przyszłego roku brytyjska metropolia będzie musiała zasypywać rosnący deficyt budżetowy wysp- albo je pozostawić samym sobie. W pierwszej wersji padnie mit o samowystarczalności, w drugiej spadający poziom życia skłoni wielu mieszkańców do wyjazdu. Oczywiście- oba te rozwiązania są rządowi Argentyny bardzo na rękę. Teoretycznie jest też możliwy „stimulus” w postaci inwestycji w infrastrukturę- ale tu znów- jeśli będzie ona o charakterze militarnym, lub nadającym się do wykorzystania wojskowego, Wielka Brytania musi się realnie liczyć z embargiem ze strony całej Am. Południowej (niekoniecznie nastąpi w takim wypadku, ale to realna opcja)- a jeśli o przeznaczeniu czysto cywilnym- to po pierwsze potem będzie trzeba tą infrastrukturę utrzymać, a po drugie- przyda się na czas po przekazaniu wysp Argentynie. Tak czy inaczej- realnie rząd JKM ma wybory pomiędzy opcjami złymi i gorszymi. Jak dotychczas postępuje tak samo jak z kryzysem- czyli stara się ignorować problem i kontrolować propagandę, ale niestety- propaganda to tylko słowa, a kalmar na moim talerzu, którym także wygryzłem kawek dziury w budżecie wysp- był jak najbardziej prawdziwy.
Czyli- zupełnie wyraźnie widać pierwsze efekty polityki- do której argentyński rząd jest zresztą zobowiazany konstytucją, coraz bardziej stan gospodarki wysp nie zalezy od nich samych, ani od Londynu- tylko od Buenos Aires. A że na razie to destrukcja? I tak bywa. I to tez jest ostrzeżenie- zmiany na świecie zawsze się odbywają czyimś kosztem, a często równiez koszem niepotrzebnej destrukcji- choć z mojego punktu widzenia kalmar był na zupełnie własciwym miejscu- obok szklanki wysmienitego wina.

Bankructwa przewoźników i przedsiębiorców a kryzys


Przy obecnej komplikacji świata i infrastruktury potrzebnej do jego sprawnego działania, długotrwałe niedokapitalizowanie (faktycznie z braku zasobów) powoduje dekapitalizację infrastruktury i jej powolną degradację. W pewnym momencie -niemożliwym do precyzyjnego określenia kluczowe elementy tej infrastruktury zaczną się po prostu zawalać i tak jak nie było środków na ich przyzwoite utrzymanie, tak nie będzie na żadną odbudowę. A że problem dotyczy energii- to tym gorzej, bo efektywniejszy energetycznie sprzęt o dotychczasowych parametrach użytkowych wymaga po prostu większych nakładów kapitałowych- i nie chodzi tu o pieniądze, a o rzeczy realne.

Dla przykładu- wyobraźmy sobie dwa miasta połączone drogą- nowoczesną, dwie jezdnie, pełno wiaduktów i tuneli. Powiedzmy, że miasto A jest centrum wielkiego, żyznego regionu rolniczego, acz o relatywnie niewielkim zaludnieniu, co najwyżej z odrobiną surowców mineralnych ale bez przemysłu oraz miasto B- port i przemysł. Ze względu na otoczenie i klimat bez terenów rolniczych w sąsiedztwie. Jeśli ktoś jechał np. z Zagrzebia do Rijeki- jest to dobry przykład do ilustracji tego o czym myślę. Zakładam w tej historyjce przy okazji dość dobry rynek- bez praktyk monopolistycznych.
W "normalnych" czasach opłaty za ruch na drodze pokrywały jej koszty utrzymania. Toczył się zwyczajny handel- płody rolne jechały sobie spokojnie z A do B, w drugą stronę towary przemysłowe, maszyny rolnicze i paliwa. Wskutek samego wzrostu cen paliw- przewoźnicy muszą albo podwyższyć stawki- i część ładunków zniknie, bo przestaną się opłacać, albo nie podnieść i w pewnym momencie rozpocznie się dekapitalizacja taboru (a w rzeczywistości to pośrodku tych dwóch możliwości- wzrost cen frachtu, ale mniejszy niż by to nakazywał rachunek ekonomiczny). W tym samym czasie rosną ceny stali i cementu- zwiększając ceny zarówno odnowienia taboru, jak też remontów drogi. Część ładunków przestaje się opłacać- czyli w rejonie rolniczym (A) należy po prostu porzucić niektóre uprawy- bo ich cena w porcie nie pokrywa kosztów produkcji i transportu (dobry przykład- koszt transportu w Argentynie z rolniczej prowincji Salta do najbliższego portu morskiego- Rosario to ponad 200 dol za tonę- co już czyni eksport czegokolwiek poza ziarnem soi, wełną i koncentratami metali faktycznie nieopłacalnym- a soja na granicy opłacalności)
Wracając- spada liczba pojazdów, więc suma przychodów z drogi spada- pierwszym remedium jest podwyżka opłat (to oczywiście tylko pogarsza sytuację). Więc koszty przewozu dalej rosną, samochody coraz bardziej wyeksploatowane i klejone taśmą, na drodze coraz więcej dziur- coraz dłuższy czas przejazdu, coraz więcej paliwa i np. wymiany zawieszenia (skąd my to znamy....). Proste rezerwy- jak obniżanie realnych wynagrodzeń się w pewnym momencie kończą i następuje nieuchronna dekapitalizacja. To jest po obu stronach- maszyny rolnicze w regionie A się zużywają, przy jednoczesnym niewykorzystaniu mocy fabryk w regionie B. Coraz mniejsze zyski rolnictwa oznaczają biedę w regionie rolniczym i zmniejszony popyt na towary przemysłowe. Koszty utrzymania fabryk pozostają te same, przy zmniejszonej skali produkcji- czyli jednocześnie zwolnienia grupowe, obniżki płac i spadek zysków oraz- oczywiście dekapitalizacja maszyn. Normalnym i racjonalnym postępowaniem każdego z uczestników jest strategia na przetrwanie tego, co uważają za chwilowy kryzys- czyli redukcja kosztów i zaciąganie kredytów „na przetrwanie”. Tylko sytuacja się nie poprawia. I oczywiście po pewnym czasie- przyspieszonym przez konieczność spłaty kredytów następuje zawał. W optymistycznej wersji bankrutuje część przewoźników, pozostali mają wystarczająco ładunków i stawki na tyle rozsądne aby powstrzymać destrukcję produkcyjnego kapitału i płacić podwyższone koszty utrzymania drogi. Ale skoro stawki za transport wzrosły, spadła siła nabywcza w A, to także spada oczywiście siła nabywcza w B i rosną tam ceny żywności. Najzabawniejsze jest to, że z różnych punktów widzenia problemy wyglądają inaczej- przewoźnicy, producenci i konsumenci widza inflację, robotnicy i właściciel drogi- kryzys, banki- problem z płynnością, firmy wydobywające surowce energetyczne i częściowo inwestorzy- widza tylko boom. Co widzi rząd- zależy od tego dla kogo pracuje.... A tak naprawdę to jest po prostu kryzys energetyczny, a nie finansowy. Gdyby to był tylko kryzys finansowy- ceny nośników energii by także spadały- to było na przełomie 2008/2009- ale jak widać nie jest. Ceny ropy i za ty całej reszty wróciły na swoje wysokie poziomy, za to końca kryzysu nie widać.
Można ten system utrzymać na kroplówce, oczywiście, ale kosztem reszty gospodarki. Ta dekapitalizacja kiedyś musi oczywiście doprowadzić np. do zderzenia dwóch zdezelowanych ciężarówek w tunelu, albo zawalenia się wiaduktu. W takiej sytuacji oczywiście nie ma i nie będzie pieniędzy na odbudowę tego w dotychczasowej postaci. Jakoś pewnie da się zastąpić kawałek żelbetowego mostu- drewnianym, ale znowu obniżamy bezpieczeństwo, zwiększając koszt transportu. W końcu nadejdzie krytyczny moment, w którym zawali się coś nie do zastąpienia- i to będzie koniec. Koszty transportu- które stopniowo wzrastały i coraz bardziej utrudniały gospodarowanie polecą w kosmos i już stanie się niemożliwym sprowadzanie produktów z B do A po jakikolwiek rozsądnych kosztach. Przeładowywanie w połowie drogi z ciężarówek na juczne zwierzęta i z powrotem (albo nawet konieczność używania ciężarówek 4x4) dość skutecznie podwyższy koszty czegokolwiek.
Wtedy dość łatwo sobie wyobrazić, że bezrobocie w B będzie dość wysokie- z braku dostępu do rynków, za to w A może nawet brakować rąk do pracy- ale zdobycze współczesnej techniki będą zdecydowanie mniej dostępne- co dość łatwo sobie wyobrazić- konieczność transportu samochodu osobowego ciężarówką terenową znakomicie powyższy jego cenę do poziomu dostępnego tylko dla najbogatszych.
I to tyle historyjki. Jak działa wolny rynek w takiej sytuacji opisałem. Efekt jest mniej- więcej taki, jaki obserwujemy obecnie w skali światowej- zresztą taki zestaw można łatwo ekstrapolować na cały świat. I to jest pewne uproszczenie umysłowe obecnego kryzysu- to nie jest ani inflacja, ani kryzys płynności, ani zwykła recesja- tylko zwyczajny kryzys energetyczny. Najpoważniejsza rzecz z możliwych i skończy się jak zwykle- robotnicy, przedsiębiorcy, bankierzy i rząd dojdą do najmniejszego wspólnego mianownika- kryzys „wywołali obcy”- kto akurat będzie ten „obcy” nie ma większego znaczenia- trzeba go zniszczyć.

Po co komu zwiazki zawodowe?


Korwin głosi swoje hasło- „Wszystkie Związki na Powązki!”. Hasło jest bardzo dobre- jeśli ktoś chciałby budować bananową republikę. Otóż- związki dla normalnego społeczeństwa są potrzebne. Teraz przez chwilę opiszę jak wyglądają tam, gdzie działają jak należy- otóż zmieniają układ sił i dochodów w przemyśle na korzyść pracownika. Wymuszają wyższe płace, stabilność zatrudnienia i większy szacunek dla robotnika. Co w efekcie powoduje znacznie większy popyt krajowy i stabilność społeczeństwa. Taki model- nazwijmy to „zdrowych” związków zawodowych panuje w Niemczej , Szwajcarii oraz w Japonii. Nieprzypadkowo są to akurat kraje o potężnym przemyśle- zresztą wcale poziom przynależności do związków nie jest wielki, ale same organizacje związkowe posiadają dość potężną władzę. Za to istnieje społeczny konsensus co do ochrony praw pracownika, z jednej strony i nie uciekania się do strajków z drugiej. Efektem są relatywnie wysokie wynagrodzenia i zwiększona siła nabywcza robotników- co daje większy popyt na wyroby przemysłowe i korzyść dla całości gospodarki- oczywiście, możliwość konkurowania niższymi kosztami pracy przez pracodawców jest w dużej części wyłączona- co jednak, jak widać odbywa się z korzyścią dla wszystkich.
Oczywiście, koszty pracy są w takim państwie wyższe- co widać na przykładzie Niemiec, czy właśnie Japonii lub Szwajcarii. I co z tego? Jest to z pełną nawiązką wyrównywane przez siłę nabywczą klasy niższej, co właśnie tworzy rynek wewnętrzny- co, jeszcze ważniejsze, możliwość oszczędzania i akumulacji kapitału nawet przez klasę niższą- akurat to w Japonii dało efekt, jak wiadomo, dość patologiczny- wskutek pakowania tych oszczędności w państwowe obligacje- ale to zupełnie inna sprawa. Oszczędności były, i formalnie nadal są...
Przy istniejącej szerokiej klasie średniej- łatwo zacząć biznes, bo potencjalna klientela jest bardzo szeroka i dopóki się pracuje samemu lub z rodziną- problemy z siłą nabywczej potencjalnych klientów nie będą powodem do przewrócenia się- choć inne zawsze moga być.
Istnienie i siła takich związków zawodowych najbardziej szkodzi zyskom przedsiębiorstw nastawionych na eksport wyrobów przemysłowych- ale tylko tych pracochłonnych, o niewielkiej wartości dodanej- ubrań z dolnej półki, montowni wszelkiego rodzaju, itp. W praktyce oczywiście takie miejsca pracy są w krajach, w których klasa niższa żyje na granicy biologicznego przetrwania i/lub same koszty życia są niższe. W takiej np. Polsce pierwszy warunek jest już jak najbardziej spełniony, ale drugi- nie bardzo- i nigdy nie będzie, bo w przeciwieństwie do np. Indii, w zimie jakoś się trzeba ogrzać.
Wbrew pozorom, drugim podmiotem, który poważnie traci na istnieniu realnej siły nabywczej klasy niższej są banki. Otóż znacznie łatwiej wciska się kredyty konsumpcyjne komuś, kto może ze zwykłego życia, ale na styk ograniczyć swoja konsumpcję do poziomu nędzy, niż komuś, kto zwyczajnie żyjąc jest w stanie odłożyć cokolwiek i rzeczy, które, jak uważa, są mu niezbędne do życia, kupić nieco później, ale za gotówkę.
Zresztą na podstawie paru wskaźników można się pokusić o próbę udowodnienia korelacji- stopa oszczędności gospodarstw domowych (w miarę możliwości bez górnych np. 25%) udział usług finansowych w PKB i wzrost/spadek nierówności społecznych (współczynnika Giniego)- nie samą wartość współczynnika, bo to ma podłoże głównie historyczne- ale właśnie jego zmianę. Podejrzewam bardzo mocną korelację pomiędzy, ale chyba jestem zbyt leniwy na opracowywanie tabelek. Znaczy korelacja by wyglądała tak- im większa stopa oszczędności klasy niższej i średniej, tym niższy udział usług finansowych w PKB i tym mniej się zwiększają/bardziej zmniejszają nierówności społeczne. Jak przypuszczam, to by się zgadzało, ze znacznie trudniej mierzalną, realną siłą związków zawodowych (lub podobnych organizacji- jak jakieś reprezentacje pracowników w zarządach- nawet jako akcjonariat pracowniczy, jeśli w skali gospodarki jest to powszechne, itp.), przy relatywnie niewielkiej ilości strajków.
Oczywiście to nie całość obrazu- w momencie, kiedy działacze związkowi, pracodawcy lub rząd są nastawieni konfrontacyjnie te zalety nie mają miejsca. Rozpoczyna się zabawa- strajki z absurdalnych powodów, aby tylko udowodnić swą wyższość, walka ze związkami, aby udowodnić wyższość zysków przedsiębiorcy nad roszczeniami pracowników, itd..
Przyczyny takich działań mogą być najróżniejsze- od najprostszego- przyzwyczajenia i braku wyobraźnie („bo zawsze tak było”) przez ambicje polityczne szefa związku, lub też konfrontacyjne nastawienie przedsiębiorców i/lub rządu- albo oczywiście destabilizująca agentura.
Znów- obecnie w Argentynie trwa bardzo ciekawa zmiana. Dotychczas związki były nastawione raczej konfrontacyjne, co akurat historycznie ma swoje poważne przyczyny- przez dziesięciolecia po 2 w.ś. był to kraj taniej produkcji i eksportu surowców, konfliktów społecznych i olbrzymich nierówności. Nowa władza od 2003 roku ścisłe współpracowała ze związkami- za cenę olbrzymich przywilejów i pieniędzy- ale był w miarę zapewniony spokój. W 2009 r. nastąpił rozpad tegoż rządzącego triumwiratu i szef związku miał wybór- albo zająć się tylko działalnością związkową, albo spróbować sięgnąć po pełnię władzy. Wybrał to drugie i przegrał. Przesilenie było w zeszłym miesiącu (teoretycznie jeszcze trwa, ale sytuacja jest już zupełnie jasna) i obecnie, wśród pozostałych działaczy związkowych panuje właściwie konsensus, że rząd ma rządzić, a oni reprezentują pracowników, aby jak najlepiej się dogadywać dla dobra kraju- czyli właściwie taka sama mentalność jak w Niemczech, czy Japonii.
W związku z tym- co do Polski bardzo pozytywne na mnie wrażenie robi sposób działania Piotra Dudy, obecnego przewodniczącego Solidarności. Właśnie dlatego, że odcina się od polityki jak może, jednocześnie starając się (choć w Polsce to bardzo trudne) chronić prawa, a przede wszystkim godność pracowników.
Ale cóż- pożyjemy, zobaczymy.

Dziś krótko, ale optymistycznie- czyli niewidomi żeglarze


Otóż znalazłem taki artykulik- otym, jak to są na Zawiszy Czarnym organizowane rejsy dlaniewidomych. Przyznam się, że jest absolutnie fascynujące czytanie o tego typu przełamywaniu własnych słabości. Jakoś nadal nie potrafię sobie wyobrazić niewidomego w załodze statku- ale jak widać się da i kto chce, ten potrafi.
Co prawda- oczywiście jak to dziennikarz, coś musiał wyssać z palca, bo „Zawisza Czarny” ma ożaglowanie gaflowe i w żadnych normalnych sytuacjach nie wchodzi się tam na maszty, ale cóż- tak jeszcze ładniej to brzmi.
Zresztą, sam statek jest sporą ciekawostką- przebudowany z wyjątkowo nieudanego trawlera, zbudowanego zaraz po wojnie z tajemniczych blach, które zostały po Niemcach w Gdańsku- prawdopodobnie pancernych, przeznaczonych do budowy U-bootów. Silnik zresztą też jest z U-boota, niesamowita ciekawostka dla miłośników.
A przy okazji- przy ożaglowaniu gaflowym, drobnej stałej załodze i dodatkowej obsadzie 28 osób tam naprawdę nie ma wiele do roboty na pokładzie, a jeśli ktoś ma ochotę, statek można bez problemów wyczarterować i to, jeśli odpowiednio się wynegocjuje istniejącą „dziurę w grafiku”, za naprawdę małe pieniądze. Więc- jak ktoś potrafi się dogadać, zebrać te dwadzieścia kilka osób- to kilka dni na już bardziej prawdziwym statku, a nie jachcie, pod żaglami- fantastyczna przygoda. Miałem wielką przyjemność żeglować na tymże i polecam- zwłaszcza na pierwszy kontakt z morzem i żaglami- bo dość łagodny (mój raz pierwszy to nie był- więc była raczej zwykła przejażdżka), ale na początek- doskonałe. Jak się dobrze pokombinuje, powinno wyjść poniżej 150 zł za dobę (z wszystkim oczywiście, kuka też można chwalić), choc oczywiście to jest bardzo orientacyjne, nie mam zielonego pojęcia, ile wyjdzie w konretynym wypadku, ale wskazuję rząd wielkości, na który naprawdę prawie kazdego stać- ale cóż, kto chce coś mieć musi popracować- choćby nad organizacją.
Dla zainteresowanych- tu strona armatora.

Imperium Kontratakuje- update


Kilkukrotnie pisałem, że dominacja USA i banksterów w Ameryce Południowej jest mocno zachwiana i zaczyna się kruszyć. Wygląda na to, że jestem bezpośrednim świadkiem kontrataku. Naraz w trzech sąsiadujących krajach- Paragwaju Boliwii i Argentynie widać mocne działania w celu destabilizacji kraju i władzy.
Co do Paragwaju sytuacja jest w miarę prosta i już ją opisała Futrzak. Parlament zdjął prezydenta, jego obowiązki przejął wiceprezydent, praktycznie cała Am. Poł. uznała, że był to zamach stanu. Odmienne zdanie miały tylko kraje z rządami popierającymi USA- czyli Chile i Kolumbia.
W tym samym czasie w Boliwii rozpoczął się strajk policji- to nie żarty, ale z poparciem sąsiednich krajów- zwłaszcza Argentyny i Brazylii, prezydent zapewne utrzyma się przy władzy.
Największy zakres destabilizacji jest we właściwym celu- czyli Argentynie, ale już w miarę widać, że całość raczej spaliła na panewce. Otóż- jak już pisałem, na dziś (środę, 27.06.2012) Hugo Moyano, sekretarz centrali związkowej CGT zapowiedział strajk generalny i manifestację. W praktyce okazało się, że strajkować będą prawie wyłącznie kierowcy ciężarówek- który to związek jest kierowany przez jego syna Pablo Moyano. Długotrwały strajk kierowców ciężarówek mógłby rzeczywiście sparaliżować kraj, ale pozycja polityczna klany Moyano została w ciągu ostatniego tygodnia złamana. Strajk kierowców cystern okazał się polityczną katastrofą- w oczach argentyńskiej opinii publicznej atak na dostawy paliw był równoznaczny z atakiem na suwerenność Argentyny. Do tego w piątek ujawniono „drobny” układ pomiedzy burmistrzem Buenos Aires (Macrim) a Moyano. Więc mieszkańcy Capital Federal płacą trzykrotnie więcej za wywóz śmieci niż innych wielkich miast i okazało się, że ma to spory związek z układem politycznym- gdzie sporo kasy otrzymały zarówno firmy powiązane z burmistrzem, jak tez związek kierowców ciężarówek. A Macri jest właśnie przywódcą „opozycji”. A tak dokładniej to banksterskiej agentury, pozując się na „nowoczesnego” i ”liberała”. Oczywiście w tym samym dniu policja miejska rozpoczęła akcje eksmisji handlarzy z turystycznych deptaków. Na nic się to zdało, na szczęście. Większych rozrób nie było. Za parę godzin jedynie strajk i demonstracja, ale nic z tego nie jest w stanie zagrozić stabilności władzy.
Oprócz tego gubernatorzy (Argentyna jest republika federalną, więc jest to podobnie jak stany w USA) prowincji wystosowali apel o automatyczny podział dochodów federalnych na prowincje. La Presidenta jasno odpowiedziała, że dla spisków w Argentynie nie ma miejsca, a w sprawie strajku, że „w czasie kiedy cały świat płynie na Titaniku, z mentalnością skorpiona- my budujemy Arkę, na której już jest 9 mln legalnych pracowników” i dalej w takim sensie, że dla demokracji i protestów a Argentynie jest miejsce, ale dla działań antypaństwowych go nie ma. W skrócie- Moyano i Macri zostali oskarżeni o współpracę z obcymi mocarstwami (co w warunkach argentyńskich oznacza po prostu USA), zresztą zapewne słusznie, co oznacza dyskwalifikację z życia politycznego w razie uprawdopodobnienia tych oskarżeń. Znów- pożyjemy, zobaczymy, ale znając umiejętności prowadzenia polityki przez rząd i wręcz nieprawdopodobną skuteczność wywiadu przewiduję raczej kolejną spektakularną klęskę „opozycji”.
Czyli podsumowując- oprócz niewyjaśnionej sytuacji w Paragwaju, pozostałe próby destabilizacji i zmian władzy skończyły się klęską (OK- w Argentynie sprawa jeszcze nie jest wyjaśniona, ale IMO układ sił jest jasny). Dość wyraźnie był to konflikt pomiędzy międzynarodówką banksterską (czyli właściwie USA) a narodowymi rządami Ameryki Południowej.
Dla możliwości zarobkowych ma to też pewne znaczenie- otóż jeśli wygrają „narodowi” (na co wygląda) to jeszcze bardziej niż teraz będzie się opłacało inwestować zgodnie z linią rządową rozwoju kraju. Jeśli przegrają- to warto natychmiast ładować forsę w akcje spółek zajmujących się kolonialną eksploatacją tego regionu (znaczy rolniczych i górniczych).
UPDATE
Strajk i manifestacja okazały się totalną klapą.W strajku nie dość, że uczestniczyli właściwie tylko kierowcy ciężarówek (choć miał być generalny), to jeszcze sam widziałem pracowników stacji benzynowej (którzy mieli stajkować od południa przez trzy godziny) obsługujących klientów. Manifestacja to było ok 5-10 tys osób (co jak na 13-milionową metropolię i przewodniczącego największej centrali związkowej jest wynikiem żałosnym), a do tego zaraz przed jej rozpoczęciem przedstawiciele większości zrrzeszonych związków- ją potępili!! To jest oczywiście koniec kariery politycznej Moyano. Ale to nie wszystko- wczesnym popołudniem (czyli jak wszystko było jasne) prokurator "odnalazł" rządowe zawiadomienie o przestępstwie "naruszenia suwerenności energetycznej" przez Hugo Moyano i jego syna i wszczął śledztwo.
Przy okazji - La Presidenta oczywiście nie mogła sie spotkać z demonstrantami, bo w tym czasie otwierała wzorcową farmę świń tysiąc kilometrów dalej (serio!). Zresztą sami demonstranci, choć działaji według scenariusza, zdecydowanie byli pozbawieni woli walki- czyli znó katastrofa- z której oczywiście osobiście się cieszę i prognozuję, że jest to na dłuższy czas koniec agresywnych strajków w Argentynie- ale to akurat temat na całkiem długi i osobny wpis o związkach zawodowych w ogóle.

Dalej o polityce- czyli warto czytać książki- update


Był sobie w Argentynie strajk. Właściwie to jest sezon i na przyszłą środę zapowiadany jest strajk generalny kierowców ciężarówek (co przy prawie kompletnym uzależnieniu tego kraju od transportu samochodowego jest poważna sprawą). Historia tego konfliktu jest ciekawa. Otóż Hugo Moyano, poprzedni prezes Związku Kierowców Ciężarówek i obecny centrali związkowej CGT ma wspaniałe ambicje polityczne. A może już miał, tylko jeszcze o tym nie wie. W ich ramach nawiązał dobrą współpracę najpierw z Kirchnerami (co się skończyło w ok. 2009), a następnie z gubernatorem prowincji Buenos Aires (czyli części Argentyny wielkości Niemiec i odpowiadającej za ponad 1/3 PKB i zaludnienia). Ale ostatnio przesadził. Na konfrontację z rządem zbierało się od dawna, teraz nastapiła. Sytuacja bardzo przypomina sytuację Margaret Thatcher i jej starcia z górnikami i dokerami. Stąd reszta tytułu- kto czytał „Lata na Downing Street”, ten wie. Opis walki ze związkami jest tam dobry i szczegółowy- a właściwie jest to gotowy przepis do zastosowania w praktyce wobec antypaństwowych związków. A że na konfrontację zanosiło się od trzech lat, to zapewne i tutejszy rząd był przygotowany- czego jestem właściwie pewien.
Tak czy inaczej, obecnie Hugo Moyano jest prezesem centrali związkowej, a prezesem Związku Kierowców Ciężarówek jest.... jego syn, Pablo Moyano. Więc, klan Moyano wpadł na pomysł uzyskania władzy politycznej poprzez działalność związkową. Najpierw zgłosili dość absurdalne żądania- podwyżki dla kierowców o 30% (ok, to w warunkach tutejszej inflacji i ogólnego wzrostu jest tylko trochę odlotowe), ale- jeszcze ZNIESIENIA podatku dochodowego od wynagrodzeń, zwrotu już pobranego i zwiększenia dodatków rodzinnych. Oprócz podwyżki- cała reszta to postulaty czysto polityczne, skierowane do rządu, a nie pracodawców. Za to Moyano i sp. rozpoczęli akcję jako postulaty czysto płacowe. Kiedy nie mogli się dogadać z pracodawcami, minister pracy- zgodnie z przepisami wezwał obie strony do siebie- nawet kilka razy, do porozumienia nie doszło. Związek ogłosił pogotowie strajkowe. Najpierw trzydniowy strajk kierowców samochodów opancerzonych- czyli nie rozwożenie pieniędzy, choć gotówki w bankomatach raczej nie brakowało. Za to przedwczoraj, 20 czerwca ogłosił strajk kierowców cystern, połączony z blokadą rafinerii. I to był problem. Za to rozegrany przez związki jak najgorzej- choć pozornie rozsądnie. Zarówno Presidenta, jak też większość gubernatorów prowincji była w tym czasie w delegacjach zagranicznych. Przy okazji- 20.06 to jest w Argentynie Dzień Flagi- czyli święto narodowe. Można się było więc spodziewać słabej i nieskoordynowanej reakcji rządu. Ale jak ktoś nie czyta książek- to się może przeliczyć. Rząd najwyraźniej był przygotowany, choć wręcz udawał że nie jest. Paradoks? Nie do końca- tak właśnie się robi politykę.
Wczoraj (21.06) był główny dzień kryzysu. Od rana informacje, jak to w kolejnych regionach brakuje paliwa, rząd ogłasza, że jest dobrze, bo dla transportu miejskiego w Aglomeracji BA diesla wystarczy aż do soboty, prosi o ograniczenie podróży, informuje o zmniejszeniu częstotliwości autobusów międzymiastowych, itd. W międzyczasie wyjazd 8 cystern obsadzonych przez wojsko z rafinerii pod BA pod osłona policji (a właściwie żandarmerii- która tu jest przede wszystkim „lepszą” policją), itd.- czyli tak naprawdę, co nawet Moyano zauważył i w swej nieprzebranej mądrości powiedział publiczne- rząd eskalował konflikt. 8 cystern oczywiście nie zmieniło sytuacji na rynku w ogóle, za to pokazało, że związek nie jest wszechwładny. W międzyczasie mister pracy uznał, że należy obciążyć Związek Kierowców Ciężarówek grzywną 4 mln peso (ok 900 tys dolarów) za faktyczne nieprowadzenie negocjacji z pracodawcami. Następnie rząd złożył zawiadomienie o przestępstwie przeciwko suwerenności energetycznej popełnionemu przez Moyano. Sam nie wiem z którego artykułu kodeksu- w różnych mediach były sprzeczne informacje- ale to z całą pewnością dość poważne oskarżenie.
Ewidentnie wczorajszy dzień związek przegrał. Strajk został zawieszony, porozumienie płacowe osiągnięte- natychmiast i bez problemów, na warunkach kompromisu, opinia publiczna i nawet antyrządowe media są jednoznacznie przeciw związkom. Tu zaważyła kwestia rozpoczęcia strajku w święto narodowe i to jeszcze przez blokadę rafinerii YPF- z takim trudem odzyskanego narodowego koncernu. Sprawa w prokuraturze (tu w przeciwieństwie do Polski, to nie są żarty) i solidna grzywna. Cóż- należy czytać książki, o co osobiście klanu Moyano nie podejrzewam, za to jestem pewien, że Presidentna i większość ministrów taki zwyczaj posiada.
Więc dalej sprawdziłem moje podejrzenia, że rząd jest przygotowany. Oczywiście rafinerie i magazyny paliw to znane miejsca, więc po prostu sprawdziłem położenie tankowców (zwłaszcza produktowców) argentyńskich. I co- oczywiście sobie spokojnie stały w strategicznych portach. Tego nie mogłem ustalić, ale jestem praktycznie pewien, że były zapakowane „pod korek” dieslem- czyli w rzeczywistości to ten strajk mógł sobie trwać...
Za to dalsza zapowiedziana eskalacja jest ciekawa- czekam z zapartym tchem, choć raczej bez obaw. Otóż CGT zapowiedziało strajk generalny na najbliższą środę, połączony z demonstracją pod siedzibą rządu. Pożyjemy, zobaczymy. Ja obstawiam, że zarówno strajk, jak też demonstracja się odbędą, za to Presidenty i być może nikogo z rządu w tym czasie w BA nie będzie. Rząd już zapowiedział, że w strategicznych miejscach paliwo będzie, bo zadba o to wojsko, a tak w ogóle to kto to ten Moyano jest, bo ją wybrało 54% Argentyńczyków w pierwszej turze (wybory są tu obowiązkowe) i będzie realizować politykę jaką uważa za słuszną.
Przy okazji- gubernator Buenos Aires (prowincji, nie mylić z miastem), ostatni sojusznik polityczny Moyano, się wyraźnie od niego odciął, prosząc swój rząd o pełną współpracę z rządem federalnym. Czyli jak zwykle- tak się robi politykę. Zresztą, nawet jeśli ktoś się nie zgadza, trudno powstrzymać się przed słowami podziwu dla umiejętności prowadzenia polityki przez La Presidentę. Oczywiście jej cele to inna sprawa- ja akurat się zgadzam, jak cały czas podkreślam, choć to moje prywatne zdanie- ale co do strategii i taktyki- każdy, kto chce zaistnieć powinien brać przykład. Więc spokojnie czekam na koniec związkokracji w Argentynie
P.S.
Zabawa się jednak zaczyna szybciej. I niestety groźniej niż myślałem. Związkowcy na południu kompletnie zdemolowali jedną z większych kopalni gazu. To nie jest śmieszne- bo jest początek zimy, trzeba ogrzewać mieszkania w większości Argentyny, a prąd w szczycie zużycia też jest z gazu. Dzisiaj też Policia Metropolitana (czyli miasto Buenos Aires) rozpoczęło geałtowne wyrzucanie handlarzy z ulic w centrum i były jakieś względnie poważne starcia. Czyli po prostu obraz zschynchronizowanej destabilizacji. Oprócz tego- co mnie kompletnie nie zaskoczyło, wyszło na jaw porozumienie pomiędzy Mauricio Macrim (burmistrz miasta Buenos Aires ponoć wielki liberał i antyzwiązkowec (a w rzeczywistość ambasador banksterów) oraz Hugo Moyano (wspomniany już szef centrali związkowej), na mocy którego większość z trzykrotnie wyższych niż w reszcie Argentyny kosztów wywozu śmieci trafia do- oczywiście Związku Kierowców Ciężarówek- kierowanego przez syna Hugo Moyano. 
Istnienie takiego porozumienia było w miarę oczywiste- ale zwłaszcza sprawa gazu pokazuje, że to jest praktycznie próba zamachu stanu. Cóż- najbliższe dwa tygodnie pokażą co będzie. Ja mimo wszystko obstawiam rząd.
Trudno jest tu zdadywać co się stanie, ale na logikę bym przewidywał rajdy policji na domy Moyanów i Macriego i zapewne znalezienie jakiś mocno kompromitujących rzeczy jeszcze przez zapowiadanym na środę strajkiem.