Peak Oil- wyjście technologiczne

Jak uparcie twierdzę, peak oil jest największym wyzwaniem przed jakim stoi obecnie ludzkość, a być może też największym w całej jej historii. Jednocześnie przy każdym tekście pojawiają się komentarze, jak najbardziej słuszne, że ludzkość dysponuje znacznymi możliwościami, zarówno ograniczenia zużycia paliw kopalnych, jak też technologiami pozwalającymi na zastąpienie ich w olbrzymim stopniu.
Tylko jest parę „ale”. Oczywiście- można i to dość łatwo zmniejszyć ilość paliwa niezbędnego do indywidualnego transportu (praca bliżej miejsca zamieszkania, komunikacja zbiorowa, rowery, itp...). To jest oczywiście drobiazg, choć zmieni już sporo. Problem jest jednak znacznie szerszy- peak oil oznacza, że osiągnęliśmy (osiągniemy?) szczyt wydobycia i następnie zacznie ono spadać- w dłuższej perspektywie do zera, przy jednocześnie i stale rosnących kosztach tego wydobycia (bo trzeba sięgać coraz głębiej, w coraz bardziej nieprzyjaznych ludziom i technologii miejscach do coraz mniejszych złóż), więc pytanie też brzmi czy dysponujemy technologią pozwalająca na całkowite uniezależnienie się od paliw kopalnych przy zachowaniu czegoś podobnego do obecnej cywilizacji (przecież całkiem przyjemnej- nieprawdaż?), czyli w pewnym uproszczeniu dzisiejszego poziomu bezpieczeństwa, pewności i stabilności życia.
Zakładam (myślę, że to nie wymaga dowodu), że proste rezerwy zostaną wyczerpane dość szybko- mniejsza ilość energii wystarczy na tej samej lub nieco mniejszej ilości domów i mieszkań z nieco zmniejszoną temperaturą, przejechanie nieco mniejszej ilości kilometrów nieco oszczędniejszymi samochodami, itd... To pewnie pozwoli zaoszczędzić, nie tylko w Polsce, ale całym zachodnim świecie powiedzmy, że z 10-20% zużywanej energii. Następne, już nieco boleśniejsze kroki, to oczywiście ograniczanie konsumpcji dóbr przemysłowych, a szczególnie tych wytworzonych z dużym nakładem energii/kosztownym transportem. Kombinowanie jak naprawiać rzeczy, na których wymianę nas zwyczajnie nie stać może być zabawne- ale to w rzeczywistości oznacza dylemat pomiędzy zwykłym utrzymaniem, a przyzwyczajeniami konsumpcji dóbr przemysłowych. Oczywiście gdzieś po drodze są jeszcze ogniwa paliwowe, które mogą zastąpić klasyczne silniki cieplne- ale to IMO, jest ślepa uliczka. To są jedynie nieco efektywniejsze sposoby przetwarzania kopalin w energię elektryczną i dalej mechaniczną. Jedyne co mogą nam dać to wzrost sprawności z 40 do 60% za cenę olbrzymich nakładów na rozwój i upowszechnianie nowej technologii, przy i tak kurczących się zasobach. Bez sensu.
Po tym przydługawym wstępie- czas na trochę obliczeń. Oczywiście kompletne wyliczenie energetycznej przyszłości świata jest zadaniem raczej nierealnym, więc przyjmę pewne uproszczenia. Wśród obecnie zużywanych kopalin energetycznych jak wiadomo, dominuje węgiel, zaraz potem ropa naftowa i na dalszym trzecim miejscu jest gaz ziemny. Co do węgla praktycznie nie istnieją rzetelne dane, ale załóżmy, że jest możliwe utrzymanie obecnego poziomu wydobycia jeszcze przez jakiś czas- oczywiście za cenę rosnących kosztów tego wydobycia i pewnej degradacji infrastruktury- ale przyjmuje też, że nie jest możliwe w żadnym wypadku zwiększenie wydobycia do stopnia zastąpienia innych kopalin. Z gazem sytuacja zapowiada się w najbliższych latach całkiem optymistycznie i tu możemy spodziewać się nie tylko utrzymania, ale też zwiększenia jego dostępności w najbliższych latach, a nawet dziesięcioleciach. Co prawda nie zastąpi on w całości ropy naftowej, ale pozwoli częściowo załatać dziurę.
Pozostaje „tylko” problem ropy. Więc przyjmijmy dość optymistyczne założenie, że po uzupełnieniu tego co się da zwiększonym wydobyciem gazu ziemnego roczny ubytek energii kopalnej wyniesie zaledwie ekwiwalent 2 mln baryłek ropy dziennie. Czyli co roku średnie wydobycie będzie mniejsze o te 2 mln b/d. Teraz należy to czymś zastąpić. Możliwości rozwoju energetyki wodnej na świecie już praktycznie nie ma (przynajmniej na większa skalę), wiatr to są naprawdę drobne ilości, a jego potencjał tez jest skończony. Jak słusznie sceptyczni wobec mojego czarnowidztwa komentatorzy podnoszą- mamy praktycznie niewyczerpane źródło energii pod ręką- znaczy słońce. I mamy dziś technologię, która pozwala światło słoneczne zamienić w użyteczna dla cywilizacji formę energii- czyli fotowoltaikę. I to jest właściwie wszystko, czym jako cywilizacja dysponujemy. Energia atomowa ma też ładnych parę znaków zapytania (realne koszty utylizacji zużytego paliwa, prawdziwie ryzyko i braki uranu na rynku), więc jej specjalnie nie liczę.
Więc przechodząc do konkretów- w miarę wystarczy uzupełniać co roku system energetyczny o panele słoneczne dające efektywnie równowartość 2 mln baryłek dziennie i po długotrwałym kryzysie jakoś z tego bagna wyjdziemy w całości- jednocześnie oczywiście przebudowując system energetyczny i transportowy.
Dobrze- więc ile to naprawdę jest? Zgodnie z Wikipedią 1 baryłka ropy równa się 1,7 MWh. Energii cieplnej, ale na razie to pomińmy. Czyli należy zastąpić 3,4 TWh dziennie. Dzieląc przez 24h otrzymujemy wymagane średnio 0,1416 TW mocy. Piękna liczba, bo akurat mieści się w realnym przedziale wydajności paneli fotowoltaicznych (pomiędzy 0,12 a 0,15). Tak, wiem, że sprzedawcy zwykle mówią coś innego, ale jakoś przyzwoite opracowanie nowozelandzkiego rządu wydaje mi się bardziej wiarygodnie....
A wracając do obliczeń- może nie do końca rozwiązanie, ale pozwoli na przebudowę infrastruktury i utrzymanie dzisiejszego pięknego świata montowanie co roku paneli fotowoltaicznych o nominalnej mocy 1 TW. Czyli- ile to właściwie jest?
Najprostsza odpowiedź- 10^12 W. Zakładając instalację w miejscu korzystniejszym niż północna Europa, zajmie to obszar 5*10^12 m2, czyli 500 000 km2. Sporo.... Ale da się zrobić. Chyba. Miejsca na Ziemi na jakiś czas wystarczy. Np. Sahara ma powierzchnie 9,4 mln km2. Czyli jeśli CAŁĄ Saharę zabudujemy szczelnie panelami słonecznymi to rozwiążemy problem spadku wydobycia ropy na 19 lat. Nie jest źle- pozostałych pustyń i innych nieużytków w strefie dobrego nasłonecznienia powinno wystarczyć. Czyli od tej strony ludzkość jest w stanie sobie poradzić. W istocie sceptycy mieli rację.
Ale- to nie koniec równania. W 2010 roku wyprodukowano rekordową ilość paneli fotowoltaicznych- bo 20,5 GW mocy nominalnej. Imponująca liczba- tylko porównajmy ją do potrzeb. Jest to w bliskim przybliżeniu 2% optymistycznego szacunku utraty energii z ropy....
Oczywiście- chyba nie ma realnych przeszkód dla zwiększenia produkcji 50-krotnie. Przeszkodą jest jedynie pazerność rządów, istniejąca infrastruktura dostosowana wyłącznie do energii kopalnej i ogólnie pojęty socjalizm- co w połączeniem z kurczącym się czasem na przeprowadzenie takiej zmiany jest przepisem na katastrofę. Ale jestem przekonany, że jeśli w ogóle istnieje szansa na zachowanie naszej pięknej cywilizacji w obecnym kształcie- to właśnie ta.
A wracając do wyliczenia opartego na energii ze spalania ropy, choć przekształcenie energii cieplnej w mechaniczną jest zdecydowanie mniej efektywne niż elektrycznej w mechaniczną- odpowiedź jest prosta- niestabilność i mała przewidywalność takiego źródła energii i obłędnie wysokie koszty jej składowania, nawet chwilowego.
Ja niestety i tak jestem sceptykiem- uważam, że obecne rządy (z kilkoma drobnymi wyjątkami) nie będą w stanie zrozumieć tej zmiany i doprowadzi to prędzej do katastrofy na skalę wojny światowej niż do sprawnego przekształcenia infrastruktury...

Zadziwiajacy artykuł

Świadomość kryzysu energetycznego przebija się do mainstreamowych mediów nawet w krajach trzeciego świata. Możliwe wyjaśnienia tego zadziwiającego zjawiska są trzy:
  1. Albo problem nie jest poważny i został już rozwiązany, a teraz się szuka resztek leszczy, jak z bańką kredytową i budowlaną. Nie bardzo się domyślam jak, ale niestety nie wiem wszystkiego...  Może ktoś tylko nagania na fundusze inwestujące w ropę, albo Petrolinvest?
  2. Możliwe też, że jest już tak poważny, że świadomość dotarła nawet tutaj, a sytuacja jest dużo gorsza niż się wydaje i w rzeczywistości nie jesteśmy na etapie kryzysu energetycznego tylko już dalej (czyli w przededniu załamania cywilizacji)
  3. Oczywiście teoerytycznie jest też mozliwość, że artykuł został zamieszczony, ponieważ redakcja Onetu idzie z duchem czasu i zamieszcza na głównej stronie teksty o dzisiejszych poważnych problemach. Jednakże krótkie spojrzenia na pozostałe teksty te podejrzenia rozwiało.
Cóż- przyznam, że zwyczajnie po stronie głównej Onetu nie spodziewam się omawiania dzisiejszych problemów w rzetelny sposób. Więc jeśli problem jest tam opisany- to coś nie gra....
Dla pewnego mojego usprawiedliwienia mogę podać, że w końcu jako chyba jedyny po polsku pisałem o wybuchu w Hiszpanii zanim jeszcze nastąpił- za to o płonacej Barcelonie dowiedziałem się od podwożonych autostopowiczów bo jakby do głównych mediów to jeszcze nie dotarło. Więc jakoś bardziej wierzę w moje własne przewidywania sytuacji niż w informacje medialne....

Peak Oil – podstawy- czyli co to mnie obchodzi?

Ropa naftowa jest najważniejszym źródłem energii dostępnej człowiekowi. Nawet jeśli nie jest zupełnie niezastąpiona, jest z cała pewnością najbardziej uniwersalnym źródłem energii. Właściwie w transporcie nie można jej dziś zastąpić niczym innym, nadaje się także do wytwarzania prądu elektrycznego. Praktycznie w transporcie drogowym i morskim jedynym substytutem dla ropy naftowej są biopaliwa. Kolej przynajmniej może być zasilana prądem, który oczywiście może być produkowany z całkiem szerokiej gamy nośników energii. Ale to nie ma większego znaczenia- z prostego powodu: substytucji. Skoro zaczyna brakować ropy naftowej, dopóki mamy wolny handel surowcami energetycznymi, ceny ropy naftowej będą rosnąć i ceny pozostałe nośników energii dotrzymają im kroku... Choć przynajmniej w podstawowym zakresie transport ma szanse przetrwać....
Ale przechodząc do konkretów: czyli skali problemu. Najpierw oczywiste założenie: wydobywana ropa naftowa służy zaspokajaniu ludzkich potrzeb i komfortowi naszego życia, tak samo jak pozostała energia kopalna. Spadek ilości dostępnej energii albo będzie zrównoważony większą wydajnością energetyczną, albo spowoduje po prostu obniżenie średniego poziomu życia. Średniego na całej Ziemi, więc niekoniecznie od razu tak samo i wszędzie.
Ale właśnie garść liczb dla pokazania skali problemu:
Światowe wydobycie ropy naftowej to coś w okolicach 88 mln baryłek dziennie. Oficjalne liczby są nieco wyższe- ale jest tak parę haczyków. Po pierwsze- ostatnio do danych zostały włączone biopaliwa I tak jest podawane w zbiorczych zestawieniach (dane bez bio są jak najbardziej dostępne, ale wskazuję dla potencjalnych czepialskich), a po drugie i ważniejsze- dane dotyczące wewnętrznej konsumpcji w typowych krajach naftowych, z Arabia Saudyjską na czele, są hmm.., mało wiarygodne. Ale to nie jest tak istotne- przyjąłem te 88 mln baryłek, z całą pewnością prawdziwa liczba mieści się w przedziale +/- 5% od tego. Czyli przeliczając jednostki- daje to około 4 380 mln ton ropy naftowej rocznie. Sporo...
Teraz druga część- czyli ile światowe rolnictwo produkuje oleju? Z podstawowych roślin oleistych (soja, kokosy, oliwki, bawełna, itp.) łącznie w 2007 r. wyprodukowano 45 mln ton oleju (dane za http://faostat.fao.org – nowszych nie ma, a produkcja zdaje się, że szybko rosła w ostatnich latach). Należy do tego oczywiście dodać produkcje, która nie istnieje z różnych powodów w statystykach oraz regionalne i mniej popularne rośliny oleiste. Oczywiście szacowanie szarej strefy poza statystyką jest zawsze mocno niepewne- więc równie dobrze może to być dwukrotnie więcej. Ale z całą pewnością rząd wielkości jest właściwy. Dla porównania też- łączna produkcja podstawowych zbóż i ziemniaków wyniosła nieco ponad 1 mld ton.
Pokazuje to dwie rzeczy- skalę produkcji energii kopalnej (bo pamiętajmy też, że ropa stanowi „zaledwie” 1/3 ze zużywanych surowców kopalnych) i co za tym idzie- skalę naszego uzależnienia. I oczywiście pokazuje to też, że biopaliwa przy obecnym poziomie zużycia są pomysłem kompletnie poronionym. Owszem- mogą działać i wspomóc funkcjonowanie społeczeństwa w świecie kończącej się ropy. Ale pozwolą utrzymać co najwyżej kilka procent obecnego transportu. Utrzymanie obecnego stylu życia w sytuacji zmniejszających się z roku na rok zasobów energii przypomina grę w rosyjską ruletkę. Większości się uda, ale za każdym razem ktoś wypadnie i nie wróci- a to Egipt, a to Białoruś, albo kolega z pracy którego zredukowano i po np. rocznym poszukiwaniu czegokolwiek ograniczył swoje zużycie energii trochę, mocno lub do zera (A jak to zrobił: tu niech każdy, zależnie od nastroju wstawi sobie odpowiednią na to opowieść: optymistyczną, depresyjną lub taką zwyczajną...)
Łatwego wyjścia z sytuacji nie ma. A dzisiejsze czasy są decydujące- dopóki jako ludzkość jeszcze mamy cud energii kopalnej, dopóty milionami indywidualnych i paroma rządowymi decyzjami możemy w miarę powoli schodzić do społeczeństwa z minimalnym zużyciem kopalin energetycznych i całkiem przyjemnym życiem i społeczeństwem (a to przecież wymaga inwestycji i to potężnych, czyli energii, czyli paliw kopalnych) lub też zużywać to co mamy na dalsze utrzymywanie tego co mamy, a jak będzie problem to zabieranie tym co jeszcze mają.... I tutaj- ewentualnie mogę być w pewnym zakresie optymistą co do zachowania ludzi, ale niestety nie wierzę w jakąkolwiek racjonalność zachowania rządów (może z baaardzo nielicznymi wyjątkami). A niestety to władza jest pojedynczym największym konsumentem energii i co ważniejsze, przez kształtowanie infrastruktury, a i tzw. „politykę energetyczną” ma olbrzymi wpływ na kierunek w którym będziemy podążać. A i też największe możliwości zabierania tym, co jeszcze mają....
Kolejnego prostego wyjścia, czyli zwiększania produkcji rolnej też już jest mało. Łączny areał ziemi uprawnej na świecie od kilku lat spada- co przecież przy rosnącej (jeszcze...) liczbie ludności już powoduje gdzieniegdzie głód i bunty. Ze wzrostem wydajności z hektara też chyba wyczerpaliśmy proste rezerwy- jeśli to jest jeszcze możliwe to już naprawdę w niewielkim stopniu.
I to jest cała skala problemu. Ale dobrego wyjścia, w które uwierzą nie tylko niepoprawni optymiści, chyba nie ma....


Dalej o przyszłości USA


Kilka razy wspomniałem, ze moim zdaniem USA się rozpadną. Oczywiście nie podejmuję się w najmniejszym stopniu przewidzieć, kiedy to nastąpi. Ale widzę dość wyraźnie połączenie czynników, które to spowodują.
Otóż- zaczynając od początku: USA łączy w całość konstytucja i amerykański mit (traktując to łącznie), dolar oraz armia.
Konstytucja w praktyce już prawie nie obowiązuje. Oczywiście formalnie jak najbardziej- tu nic, jak powszechnie wiadomo się nie zmieniło. Ale w rzeczywistości rząd federalny ma ją głęboko gdzieś. Sąd Najwyższy również. Zajmuje się bardziej polityką i w praktyce wyinterpretowywaniem z Konstytucji swoich nowych pomysłów, nie mających oparcia w praktycznie niczym- oprócz oczywiście fantazji sędziów. A z przykładów- proszę bardzo: jedynie Kongres posiada prawo wypowiadania wojny, a ostatni raz z tego prawa skorzystał w 1941 roku. Zgodnie z konstytucją wojen w Korei, Wietnamie, Grenadzie, Panamie, Kuwejcie i Iraku, Somalii, Jugosławii, kolejnej w Iraku oraz Afganistanie nie było (OK- przyznam się, nie jestem pewien, że we wszystkich tych wypadkach wojna nie była wypowiedziana), ale z drugiej strony wojny te istniały naprawdę (znaczy media nie zawsze kłamią :))- bo w jednym z tych wypadków sam widziałem amerykańskie wojsko. I z praktycznie wszystkimi pozostałymi zapisami jest podobnie... Więc o konstytucji zapomnijmy.
Amerykański mit jeszcze istnieje- ale dla odmiany nie ma nic wspólnego z istnieniem Stanów Zjednoczonych jako takich, a wręcz przeciwnie. Przepisy federalne, faworyzujące wielkie korporacje są powszechnie uważane za poważną przeszkodę w bogaceniu się, rząd federalny za pijawkę wysysającą pieniądze na głupie wojny oraz przerośniętą i nieefektywną biurokrację. Dawno temu był to pewien łącznik- dziś raczej jest to raczej pożywka dla separatyzmów.
Pozostaje dolar. Bardzo ważna rzecz. Dzięki statusowi waluty rezerwowej świata pozwala żyć Amerykanom mocno ponad stan, eksportując inflację i żyjąc na koszt reszty świata. Dopóki to będzie trwać, nie ma realnego powodu nic zmieniać. A dolar łaczy się dość dokładnie z US Army- gdyż oczywiście bezkarnie (w miarę) drukowane dolary idą w swej dużej części właśnie na utrzymanie tejże. I z drugiej strony, dzięki temu federalny rząd może utrzymywać tą potężną siłę militarną będąc światowym żandarmem. Ale te dwie rzeczy są doskonale powiązane. Kiedy przyjdzie rachunek za druk (a w końcu przecież musi przyjść), to na armię pieniędzy też zacznie brakować. Kiedy dolar utraci rolę (a przynajmniej wyłączność) waluty rezerwowej, wtedy zacznie się poważna inflacja w USA (inflacja i to wyraźna już jest- choć w statystykach jej nie widać- pewnie staniały parowozy...)
Tak, czy inaczej- zaraz po dolarze musi się zawalić amerykańska machnia wojenna. A przynajmniej federalna. Bo pamiętajmy o pewnym drobiazgu- poszczególne stany też mają własne siły zbrojne- w istotnej części oddane do dyspozycji rządu federalnego- ale na polecenie władz stanowych mogą wrócić z dnia na dzień. Z czego np. Teksańskie są dość poważne. A to akurat jest stan z bardzo mocnym poczuciem odrębności (można nawet powiedzieć, że narodowej), w miarę zdrową ekonomią i wystarczająco duży dla mozliwości samodzielnego funkcjonowania. Następna na tej liście jest Kalifornia (i razem z Kalifornią reszta zachodniego wybrzeża). Społeczeństwo tu jest zupełnie inne niż w pozostałych częściach Stanów, a na pytanie o tozsamość narodową najpierw się słyszy odpowiedź “Kalifornijczyk”, czy “Teksańczyk”, a dopiero potem “Amerykanin”. Niechęć do rządu federalnego jest potężna.
A od strony gospadarczo- militarnej: można jedynie napomknąć, że znaczna cześć (jak nie większość) przemysłu zbrojeniowego znajduje się właśnie w zachodnich stanach- i to tych najbardziej separatystycznych.
Oczywiście- zapewne po drodze przejdzie to jeszcze przez etap otwartego buntu. Może ktoś zarzucić, że jest to mało prawdopodobne. Dziś owszem- ale głównym elementem tradycji tego państwa jest właśnie bunt przeciw władzy. Dziś on także już trwa. Ruch w obronie konstytucji (moim zdaniem spoźniony o jakieś 100 lat) rozwija się dość prężnie. Ci ludzie jeszcze wierzą, że to ma sens I da się zrobić. W pewnym momencie przestaną I odwrócą się do rządu federalnego plecami- szukając nadziei na przyszłość w lokalnym rządzie i gospodarce.
Dopóki trwa dolar- wszystko zostanie jak jest, powoli staczając się w dół. Jak dolar w obecnej postaci zniknie- sytuacja rozwinie się zapewne bardzo szybko. A Niepodległa Republika Kalifornijska będzie naprawdę pięknym krajem.

Swiat po Peak Oil

Peak Oil jest realna rzeczywistoscia naszych czasow. Co wiecej, dokladna data nie ma zadnego znaczenia, a jedynie to, ze od poczatku obecnego wieku, a najwyzej od 2005 r., znajdujemy sie na szczycie tego wydobycia z chwilowymi skokami w jedna i w druga strone,  ale dlugoterminowy, staly wzrost wydobycia energii kopalnej nalezy do bezpowrotnie minionej przeszlosci. Obecnie jeszcze mozemy spodziewac sie pewnego, chwilowego wzrostu wydobycia gazu ziemnego i byc moze wegla- ale ropy naftowej juz raczej nie. A przy okazji swiatowa populacja ciagle jeszcze rosnie- czyli ilosc dostepnej energii kopalnej na mieszkanca ziemii spada. Ten proces juz trwa od pewnego czasu. Na razie ogladamy jego skutki w telewizji, wiec nie ma czym sie martwic....
Ale- pamietajmy o tym, ze to dopiero poczatek tego procesu. Mozna i nalezy zadac sobie pytanie- co dalej?
Otoz mozliwe dalszych scenariuszy jest piec:
Pierwszym jest hipotetyczna mozliwosc zastapienia dotychczasowych zrodel energii nowymi i utrzymanie dzisiejszej cywilizacji przemyslowej, dalszy jej wzrost i rozszerzenie na kolejnych mieszkancow naszej pieknej planety. Brzmi to pieknie- ale mam tylko jedno pytanie- jakie zrodlo energii moze zapewnic zastapienie paliw kopalnych w stosownej skali i czasie? Realne odpowiedzi sa tylko dwie- fotowoltaika i reaktory atomowe pracujace na torze. Sama fotowoltaika nie wystarczy do utrzymania obecnych sieci energetycznych- bo nie dostarcza pradu kiedy jest potrzebny, a mozliwosci przechowywania go nie ma. I tyle. Po ostatniej katastrofie w Japonii widac, ze energia atomowa w kazdej postaci stwarza wiecej zagrozen niz zwykle sie spodziewamy. Mysle, ze rzady i spoleczenstwa beda sie jej na calym swiecie teraz mocno sprzeciwiac. Wiec ta sciezka jest juz zamknieta- bo zanim bedzie mogla ruszyc budowa nowych reaktorow, nasze zasoby wyczerpia sie do takiego stopnia, ze ta budowa bedzie juz niemozliwa... Poza tym eksploatacja tego co juz mamy w maksymalnym stopniu zapewne zaowocuje kolejnymi katastrofami i coraz wiekszym, zupelnie juz uzasadnionym sprzeciwem wobec nich.
Czyli- absolutnie nie wierze, abysmy mogli z peak oil wyjsc przez technologie- znaczy w sposob w jaki ludzkosc pokonywala poprzednie kryzysy energetyczne.
Drugi scenariusz- zapewne wsrod zludzen o realizacji pierwszego, trwa rozwoj przemyslu, wydobywa sie coraz wiecej, coraz brudniejszej energii, coraz wiekszym kosztem- widzimy piaski roponosne, gaz lupkowy, itp., co jest uzywane dla utrzymania zludzenia rozwoju cywilizacji- choc w rzeczywistosci coraz wieksza czesc dostepnych zasobow jest zuzywana tylko dla pozyskiwania tej i tak malejacej ilosci energii. To jest scenariusz obecnie przerabiany w dominujacej czesci swiata, ktory musi sie skonczyc kompletnym zalamaniem. Po prostu w ktoryms momencie dojdziemy do przepasci. I nie bedzie zadnej mozliwosci ruchu. Zasoby stana sie zwyczajnie zbyt kosztowne energetycznie do pozyskania. Ceny wszystkich nosnikow energii najpierw poszybuja w kosmos a potem rynek zaniknie zupelnie, zapewne razem z papierowym pieniadzem.  I moze sie to stac w dosc krotkim czasie- czego przedsmak mielismy w 2008 r. To jeszcze nie byl koniec, ale smialo koniec swiata jaki znamy moze tak wygladac. 
Wiec mamy potencjalna trzecia mozliwosc- swiat w miare swiadomie stopniowo odchodzi od paliw kopalnych w strone bardziej zrownowarzonego dzialania, transport publiczny, jako bardziej wydajny energetycznie stopniowo zastepuje prywany (w sensie wozenia d... jednoosobowo samochodem), nasze domy i zagrody stopniowo ograniczaja zuzycie paliw kopalnych, a ogrodki produkuja coraz wyrazniejsza czesc potrzebnej nam zywnosci. Czyli wyglada to czesciowo jak polski koszmar lat 80-tych, czesciowo jak Kuba po upadku ZSRR, a czesciowo jak sen milosnikow permakultury. Stopniowo dzialajac w ten sposob mozemy zachowac calkiem znosny poziom, choc calkowicie zmienionego zycia. W mniejszych spolecznosciach, z jedynie sporadycznym przemieszczaniem sie na wieksze odleglosci i lokalnym zbytem swoich uslug i towarow. W tym ukladzie jedynie duze scentralizowane panstwa przestana byc potrzebne do czegokolwiek...., ale poza tym to moze dzialac. Niestety- do tego potrzeba by bylo duzej samoswiadomosci spoleczenstwa i olbrzymich, czesto wymuszonych systemem panstwowym i prawnym inwestycji. Krotko mowiac- przytomnego i swiatlego rzadu, potrafiacego dzialac w dlugiej perspektywie, a do tego jeszcze sprzyjajacych warunkow.... To moze sie zdarzyc w niektorych miejscach na swiecie- i co poniektore kraje bede rowniez pod tym katem jeszcze opisywac. Niestety, przytomny rzad i sprzyjajace warunki wystepuja przewaznie w roznych miejscach, wiec moze byc dylemat co wybrac. Na szczescie w Polsce takiego dylematu nie ma- tu nie wystepuje ani jedno, ani drugie- no, ale to juz temat na Agepo.
Wiec doszlismy do scenariusza czwartego- nazywajac go w skrocie "odbiciem po upadku", czyli sytuacji w ktorej dotychczasowa struktura i panstwa zwyczajnie sie zawalaja (albo funkcjonuja formalnie nadal, ale kompletnie ignorowane), jednakze pozostaje wystarczajaca ilosc zasobow dla utrzymania na podstawowym przynajmniej poziomie wiekszosci spoleczenstwa, a dalej spolecznosc jest w stanie sie lokalnie zorganizowac, zapewnic bezpieczenstwo i funkcjonowanie w lokalnych ramach. Oczywiscie finanse i handel miedzynarodowy w takiej sytuacji- jesli w ogole pozostana, to tylko w szczatkowej postaci, wielkie miasta w znacznym stopniu sie wyludnia, a zycie bedzie ciezkie i poza lokalnymi spolecznosciami niebezpieczne, ale po raczej krotkim okresie zalamania spora czesc cywilizacji ma szanase sie odbudowac na nowych zasadach- wiec mozna to tez nazwac "wielkim resetem"
I wreszcie piaty scenariusz- po prostu Mad Max. Niestety w pewnym zakresie calkiem realny. Zalamuja sie zarowno panstwa, jak tez spolecznosci lokalne. Tworzy sie od zera nowy porzadek, ale w poczatkowym jego okresie nikt nie jest w stanie zapewnic bezpieczenstwa rolnikom- co oznacza po prostu rabunek tego co sie da i brak w zwiazku z tym jakiekolwiek stalosci produkcji zywnosci, gwaltownie zmniejszajaca sie liczba ludnosci przez etap rabunku przechodzi do zbieractwa-lowiectwa i dopiero pozniej znow do drobnego rolnictwa opatrego o umocnione osady. 
Coz- swiat sie zmienia- i to zmienia w strone opisana powyzej. Zapewne bedzie tak, ze w roznych miejscach, moze nawet w roznych regionach obecnych panstw zaistnieja rozne scenariusze z powyzszych. Mozna smialo przypuszczac, ze np. polnocna Afryka (a moze i cala) i Haiti stoczy sie w Mad Maxa, a tez ze rozne regiony USA beda wygladac zupelnie roznie po rozpadzie tego panstwa (im dluzej sie nad tym zastanawiam, tym bardziej pewnym mi sie to wydaje)
Ale mnie samego interesuja i tak tylko dwie rzeczy- jaka moze byc przyszlosc Polski- i po to jest Agepo (nieco przygaslo niestety ostatnio, przez ogolne przeciazenie calej naszej trojki- ktos moze ma ochte cos napisac?) oraz jako druga rzecz- gdzie znalezc najlepsze perspektywy na przyszlosc.

La ciudad loca

Kolejne piekne miejsce na swiecie. Jesli ktos lubi urok poludniowoeuropejskiej kultury, razem z jej niewiatpliwymi zaletami, a i wszystkimi wadami, a przy okazji kocha wielkomiejskie zycie- takie miasto jest tylko jedno:  Buenos Aires. Wiekszosc opisow Paryza sprzed 100 lat tu pasuje. Miasto, ktore nie spi i mozna tu zapewne znalezc wszelkie rozrywki jaki tylko da sie wymyslic. Wlacznie ze znakomitym polskim pubem (dla zainteresowanych- bar "Krakow", San Telmo, Venezuela 474). Zreszta pub ten jest pewnym przykladem nowej polskiej emigracji. Oczywiscie niezbyt licznej, ale zupelnie roznej od tej sprzed 100 lat- kiedy przyjezdzala tu wiejska biedota i tej po II w.s., gdzie dotarli licznie porozrzucani po swiecie Polacy z wojsk na zachodzie, itp. Dzis cala Argentyna, ale zwlaszcza Buenos Aires (jak zwykle) znow sciaga tlumy imigrantow. Z ta poprawka, ze nowa imigracja z Europy czy USA sa to w wiekszosci ludzie, ktorzy tu przyjezdzaja z jakims kapitalem i rozpoczynaja, najczesciej raczej drobne, interesy. Jest to zreszta bardzo latwe (niekoniecznie od strony biurokratycznej, ale biznesowej), gdyz podstawowe slowa opisuja sposob funkcjonowania poludniowcow to oczywiscie "fiesta, siesta i manana", wiec jesli tylko ktokolwiek potrafi wzglednie przyzwiocie wykonywac swoja prace i ma do niej polnocnoeuropejskie podejscie, to jest wrecz skazany na sukces tutaj. 
Ale wracajac do miasta- nalezy pamietac o jednej rzeczy. Jest wielkie. Jadac z centrum w dowolna strone 40 km dalej jestesmy w miescie. Oficjalnie ma niecale 13 mln mieszkancow, nieoficjalnie nalezy do tego dodac przynajmniej milion- w tym sporo nielegalnych imigrantow z pobliskiego Paragwaju i Boliwi. Ich dla odmiany mozna rozpoznac na pierwszy rzut oka- Argentynczycy sa biali, a Paragwajczycy to w wiekszosci metysi, Boliwiczycy- indianie. Zajecia tez nieco ich roznicuja- z grubsza rzecz biorac indianie zajmuja sie recyclingiem (tj. grzebia w smietnikach), a metysi prostymi pracami fizycznymi. Zreszta lokalna mieszanka rasowa jakby wzrasta- ogolne sklepy coraz czesciej prowadza Chinczycy, sprzedawcy bizuterii oczywiscie sa w jarmulkach, a murzyni sprzedaja blizej nie okreslona tandete na chodnikach. W tym zestawie zupelnie nie zdziwilem sie slyszac o Polaku, ktory zalozyl tu firme budowlana i dosc szybko zaczal niezle prosperowac- w koncu wszedzie budowlanka i transport to polskie specjalnosci. 
A transport w takim miescie to oczywiscie zupelnie inna bajka. Samo przejscie przez ulice wymaga pewnej wprawy i rozumienia zasad. Dla kogos z Polski nie jest to az taki wielki problem, ale przeniesienie sie z USA czy Wielkiej Brytani moze spowodowac poczucie pewnego zagubienia... Swiatel ulicznych pojazdy przestrzegaja, ale pieszych one raczej nie dotycza- i to w obie strony. Z tego, ze widzi sie na przejsciu swiecacego sie bialego ludzika nie wynika, ze mozna przejsc bezpiecznie. Stado motocyklistow raczej nas ominie, ale w to, ze samochod czy autobus sie zatrzyma aby przepuscic pieszego nie nalezy wierzyc. Prawde mowiac, jak wczoraj samochod sie zatrzymal przed przejsciem, aby mnie przepuscic to nie wiedzialem jak zareagowac. 
Odrebna historia za to jest transport publiczny- generalnie kierowcom autobusow chyba nikt nie powiedzial, ze gaz lub hamulec w ogole mozna wcisnac inaczej niz do oporu. I to wlasciwie opisuje wszystko. Oprocz tego poza godzinami nocnymi, jezdza po dwa lub nawet cztery tej samej linii, jeden za drugim i na przystanku zatrzymuje sie ten, ktory nie jest zaladowany do oporu. Metro jest jeszcze zabawniejsze. Jako kompletnie zatloczone mozna je okreslic poza godzinami szczytu. Za to w godzinach szczytu dalo sie zaobserwowac kolejna umiejetnosc samoorganizacji normalnego spoleczenstwa. Otoz w dzwiach wagonow metra staja zwykle dosc rosli mezczyzni i zwyczajnie dopychaja siebie i reszte pasazerow w momencie zamykania drzwi. Oczywiscie musza sie zamknac wszystkie drzwi w pociagu aby ruszyl, co zwykle sie nie udaje za pierwsza proba- ale ogolnie dziala. 
Choc oczywiscie znow- miasto jest wielkie. Poszczegolne dzielnice roznia sie od siebie chyba bardziej niz np. poszczegolne miasta w Polsce. Zaczynajac np. od takiego Puerto Madero, ktore trudno odroznic od amerykanskiej metropolii, przez Palermo, juz prawdziwe Buenos, ale gdzie rownie czesto jak tutejszy mozna uslyszec angielski na ulicach (nie od turystow, tylko mieszkancow) do nedznej villa misera, pelnej metysow i indian- ktora przypomina, ze jednak jestesmy w Ameryce Poludniowej. 
A dalej opisujac- generalnie miasto jest jednak dla ludzi, a nie dla samochodow. I prawde mowiac, malo kto ma tutaj samochod. Jest on po pierwsze drogi w eksploatacji (i to wcale nie chodzi o paliwo, ubezpieczenie, czy cos- po prostu o parkingi, ktore jak na tutejsze warunki sa naprawde drogie), a po drugie w miescie praktycznie niepotrzebny- komunikacja publiczna, pomimo zwyczajowego zatloczenia dziala swietnie a tez tanich taksowek jest mnostwo (konkretnie to najwiecej na swiecie na mieszkanca). A i tak wychodzac z domu wlasciwie nie trzeba prawie nigdzie jezdzic. Wszystko zawsze jest blisko. Czy to restauracja, czy kafejka, sklep taki czy owaki- zawsze sie znajdzie w zasiegu dziesieciominutowego spaceru. A zakupow tez nie trzeba nosic- wiekszosc sklepow je dostarcza wlasnym transportem.
Oczywiscie- z pracy do domu jednak bywa daleko. Jak komus jednak sie nie podobaja zwykle srodki transportu- moze tez zrobic jak inny znajomy. Dzieki dobrym relacjom z lokalna policja, zwykle wraca do domu... radiowozem.
A policji generalnie jest sporo i generalnie jest bezpiecznie. Jednak, jakby ktos nie zauwazyl w tym opisie wczesniej- to jest wielkie miasto. Oczywiscie mozna sie tu pozbyc portfela, torebki lub plecaka. I znow- w roznych miejscach w rozny sposob. W lepszych dzielnicach dzialaja najwyzszej klasy kieszonkowcy, w srednich juz stosuja metody bardziej w stylu podstepu niz finezji, a w najgorszych pewnie mozna dostac w czape po prostu. Ale i tak, ja przynajmniej czuje sie tu bezpieczniej niz np. w San Francisco, nie mowiac juz o polskich miastach. Choc moze ma na to wplyw to, ze miasto nie zasypia i nie dziczeje po zmroku. W rzeczywistosci zyje dokladnie cala dobe przez wszystkie dni tygodnia. 
Wiec, podsumowujac- jesli ktos lubi poludniowoeuropejska kulture, lub chocby dobrze sie czuje w takiech miejscach, a przy okazji lubi zyjace wielkie miasta- jest to wlasciwe miejsce na ziemi, i jak najbardziej rownie, a moze bardziej cywilizowane niz przynajmniej niektore regiony poludniowej Europy. Warto co najmniej je odwiedzic i sprobowac poznac.