Wieści z końca świata, czyli trochę o policji w Montevideo

Policja w Montevideo, jak każda policja na świecie woła o więcej pieniędzy. Akurat całkiem słusznie, bo poziom przestępczości w mieście jest zbyt duży.
O tyle ciekawie, że jest to robione metodą urugwajską. Czyli radiowóz młodszy niż 30 lat to jeszcze może jeździć, a potem wymieni się na najtańszą chińszczyznę. A jeśli jednak nie będzie najtańszy z możliwych, to będzie zapewne elektryczny. Za to wyposażenie informatyczne ma być w czołówce światowej, w miarę możliwości na krajowym sofcie, a jak się nie da to z licencjami na krajową obsługę i rozbudową. Taka polityka. Oprócz tego poważna niechęć do śmiercionośnych broni i chęć ich znacznego uzupełnieni przez lepszą komunikację w policji.
Z najnowszych gadżetów policja w Montevideo zakupiła algorytm przewidywania miejsc ryzyka przestępstw. Algorytm robiony przez matematyków z Kalifornii, a licencja kupiona za 140 tys USD (jakby ktoś się pytał gdzie matematyka jest dochodowym zajęciem), reszta softu na miejscu. Podobno się znakomicie sprawdził w Atlancie, ale czy zadziała w Montevideo to się dopiero okaże. Możliwe że jest zbyt sfokusowany na amerykański typ urbanizacji. Na wszelki wypadek zaimpementowano go w części stref, a w pozostałej części działa stary system patroli.
Nieco więcej w tym artykule


Jak się robi zmiany ustroju?

Rafał Bauer napisał bardzo, ale to bardzo ważny tekst. Tekst, który mógłby i powinien trafić do podręczników szkolnych. Zwłaszcza historii, jeśli w ogóle zacznie się w szkołach nauczanie najnowszej historii.

Dla tych, którym kompletnie nie chce się zajrzeć do linka, albo co ja uważam w nim za najważniejsze:
Wskazanie kolejnych poszlak dla tezy, że w połowie lat 80-tych trwała pełną parą akcja przygotowywania zmiany ustrojowej. Była ona rozgrywana i reżyserowana z Kremla, wykonywana przez lokalnych zarządców. 

Najważniejsza w tym tekście rzeczą jest wskazanie nowych poszlak dla tezy, że przemiany lat 89-90 były wcześniej zaplanowane, ale nie miały na celu żadnej demokratyzacji, etc. Celem była metamorfoza imperium moskiewskiego i oparcie kontroli nad satelitami na nowych zasadach, jednocześnie zwiększając strefę wpływów. 

Odważna teza, nieprawdaż. A w jaki sposób miało się to odbyć?

Dokładnie tak jak się odbyło. Poprzez zbudowanie i zorganizowanie całej infrastruktury energetycznej w bardzo konkretny sposób. Mianowicie możliwie kompletnie uzależniający transport i energetykę od dostaw ze wschodu. Za tym szła możliwość nacisków, żądania koncesji i manipulowania cenami, czyli normalne zachowania  monopolisty. Dokładnie po to, aby utrzymać prokremlowski system rządów w całym obszarze poradzieckim oraz w miarę możliwości tę sferę rozszerzyć. 

Terytorialnie mówmy w pierwszej kolejności od odwiecznych celach strategicznych- dostępu do niemieckiej technologii i cieśninie Bosfor, do czego celem pośrednim są wpływy na Bałkanach. Wystarczy spojrzeć na kierunki rozbudowy sprzedaży rosyjskich surowców- i niespodzianka, pokrywa się. Inna sprawa, że specjalnych alternatyw i tak nie ma.

Jeśli rozszerzyć- to tą samą metodą co zawsze. Czyli podstawionych ludzi jako pośredników, decydentów utrzymujących dotychczasową zależność lub ją umacniających. Ci ludzie już zupełnie dobrze orientują się w lokalnej polityce i mogą wspomagać polityków odpowiednio lojalnych i głupich.
Co nas niestety prostą droga prowadzi do podejrzenia, że częścią tego planu przestawienia się Kremla na dominację energetyczną jest odpowiednia propaganda, wpływająca zarówno na opinie publiczną, jak tez decydentów. 

Przecież skoro cała operacja zmiany systemu została tak znakomicie przygotowana medialnie i propagandowo, to dlaczego druga jej część miałaby być odpuszczona?

Jestem pewien, że nie została. Że absolutnie dominujący przekaz ma na celu przekonanie jak najszerszej publiki decydentów o konieczności i celowości prowadzenia polityki w zakresie energii zgodnej z celami Kremla. 

Te cele można dość łatwo zdefiniować- zwiększanie zależności od paliw, zwłaszcza tych, w których trudniej znaleźć alternatywnych dostawców. To oznacza na przykład promowanie gazu ziemnego. Ale tylko tam, gdzie to jest bez sensu. W zwykłych elektrowniach, i spalaniu w  kotłowniach. Jeszcze lepiej- promowanie oleju opałowego jako łatwego i czystego paliwa. I tym podobne. W tym na przykład połączenie konieczności likwidacji górnictwa węglowego i  promowania budowania nowych elektrowni węglowych. Efektywnie to jest naganianie do zakupu rosyjskiego węgla i dalsze uzależnianie się. Niekoniecznie nawet dla rozgrywania polskiego rynku. Równie ważne jest utrzymywanie globalnego popytu, stąd obowiązkowo ideologiczne zwalczanie energetyki odnawialnej,  serwowanie przekazu o bezsensowności, etc. Same oczywiste rzeczy. Jeśli ktoś ma wątpliwości, proponuję posłuchać Korwina Mikke. WSZYSTKO co on wygaduje jest wypowiadane w interesie Kremla. Czasem tylko jako podgrzewanie wewnętrznych konfliktów w Polsce, czasem właśnie jako promowanie celów rosyjskiej polityki w Polsce. 

Zdecydowanie warto posłuchać/ poczytać. Śmiało można założyć, że od strony technicznej i ekonomicznej wszystko co wygaduje ten człowiek jest kompletną bzdurą, ale to nie ma znaczenia. Znaczenie ma sposób przekonywania i wpływ na opinię publiczną. A był on nie taki mały. Spora część dzisiejszych 30-40 latków aktywnych w życiu społecznym gdzieś po drodze przeszła przez UPR, a co najmniej się zetknęła. Spora część przesiąkła tymi poglądami (w tym i ja), nie każdy potrafi je w całości zweryfikować.

W każdym przypadku odsyłam. JKM publikuje w wielu miejscach, opinie wygłasza wszędzie, można znaleźć bez trudu, choć rzadko konkretne. O tyle, o ile wypowiada się jasno coś promując lub zniechęcając- jest to dokładna prezentacja kremlowskiego planu. Zresztą zawsze można wybrać się na spotkanie i zadać pytania. 

Niestety, to nie jest jeden, ani jedyny. Jest bardzo ładnym probierzem, ale śmiało można przyjąć, że zestaw poglądów chroniących rosyjską dominację w energetyce jest takim samym dogmatem, jak przewodnia rola Partii w pierwszym PRL. W skrócie- nikt, kto ma do powiedzenie coś rozsądnego na temat alternatyw dla rosyjskich surowców nie może się przebić do salonowego dyskursu publicznego, dokładnie tak samo jak nie mogła się w 1975 roku pojawić w telewizji informacja, że ZSRR jest głównym sponsorem światowego terroryzmu. Bo wicie-rozumicie, widzów to nie interesuje.

Ta, powoli sączona z wielu źródeł propaganda okazała się nieporównywalnie bardziej skuteczna od wychwalania przyjaźni ze Związkiem Radzieckim. W toczonych dyskusjach widzę właściwie tylko dwie postawy-  albo przekonanie o konieczności zwiększania zużycia paliw kopalnych bo to jedyna możliwość postępu- i to jest narracja zarówno "strony patriotycznej" jak też większości "salonowej", albo drugą postawą jest negacja uprzemysłowienia i postępu technicznego, a przy okazji promocja pełnego zestawu idei społecznych, czyli w skrócie- pozbawione kultury technicznej lewicowe oszołomy.
W kolejnej grupie jestem ja. Jako dużą wartość uznaję spójne solidarne społeczeństwo, czego moim zdaniem nie da się uzyskać bez odpowiedniej równości społecznej, wskazana jest szeroko rozpowszechniona wiedza techniczna i bardzo ważna dbałość o środowisko na każdym poziomie. Wygląda na to, ze z takimi poglądami w Polsce jestem sam. Mógłbym to mieć gdzieś, ale nie mam.
Problem polega na tym, że dzisiejsza, nowoczesna energetyka oparta o energie wiatrową i słoneczną jest absolutnie konieczna dla rozwoju nowoczesnego przemysłu, który potrzebuje taniego i niezawodnego prądu. Którego nie zapewni ani rosyjski gaz, ani węgiel. Za to zapewnia go energetyka odnawialna. Co jest rzeczą starannie pomijaną w polskiej dyskusji publicznej.

Krótkie wieści i ciekawostki z Urugwaju

Dziś krótko i ciekawostki.
Ogłoszenie o sprzedaży samochodu:
Zacznę od tłumaczenia opisu. Staram sie utrzymać styl i poprawność pisowni:
"samochód jest z detalami blacharki jeździ dobże cena to 25 tys. peso lub zamienię na motor jakiekolwiek uwłagi telefonować ***"
Prawda, że ładnie? Dla wyjaśnienia- "z detalami blacharki" oznacza zasadniczo do drobnych poprawek, a nie że zostały fragmenty blachy. Przynajmniej tak mi się dotychczas wydawało....Cena 25 tys peso to 3300 zł. Jest to niezwykle tanio za jakikolwiek jeżdżący i zarejestrowany samochód, ale w ogłoszeniu jeszcze jest wzmianka o niezapłaconym podatku od tego samochodu. A to śmiało może być sporo więcej niż jego cena, bo wszystkie podatki majątkowe w Urugwaju są dość wysokie. Inna sprawa, że tego od samochodów do niedawna można było zupełnie bezkarnie nie płacić.

Kolejna ciekawostka- wszyscy, a przynajmniej większość czytelników wie, że w Urugwaju uprawa i spożycie marihuany jest legalne. W istocie tak jest, ale nie znaczy to, że nie ma żadnych przepisów, ani nadzoru. 
Otóż każdy obywatel i chyba tez cudzoziemiec z prawem pobytu (nie wiem, nie sprawdzałem) może uprawiać na własne potrzeby do 6 roślin. Są sklepy, każdy może kupić nasiona, etc., nawet w supermarketach jest ziemia "para autocultivo". Ale nie znaczy to, że w każdej chwili można rozpocząć dowolną plantację. Najpierw trzeba ją zgłosić, nie potrzeba żadnego pozwolenia, wystarczy pójść na... pocztę z dowodem osobistym i jakimś dowodem miejsca zamieszkania (nie ma w dokumentach, dowodem jest rachunek za prąd, wodę, etc.). Uprawiać można tylko w miejscu do którego ma się jakieś prawa, absolutnie nie można rozpocząć uprawy przed zgłoszeniem, ani przekroczyć liczby roślin. To może być nadal traktowane jako nielegalne posiadanie narkotyków. Ze znikomą szkodliwością i takimi też sankcjami, ale zawsze. Inna sprawa, że legalnie kupić jeszcze nie można, przepis na to zezwalający został zawieszony przez obecny rząd.

Zresztą polityka wobec marihuany jest tylko wypadkową częścią dość szerokiej i przemyślanej polityki wobec narkotyków. Cele tej polityki są dwa- zlikwidować przestępczość narkotykową i także jej wpływ na gospodarkę, a drugiej strony zminimalizować wpływ narkotyków na populację. 
Dlatego właśnie bezproblemowy narkotyk, jakim jest marihuana jest bardzo powszechnie dostępny. Nawet jeśli handel jest formalnie nielegalny, praktycznie nie jest ścigany. Dlatego ceny i marże na drobną skale są tak niskie, że gangom nie opłaca się dotykać tego interesu. Policja też się nie interesuje, dopóki ktoś sprzedaje plon ze swoich 6 krzaków. Za hurtową ilość można uzyskać kilka lat państwowego urlopu, za przemyt także, za próbę wywozu do Europy, nawet małej ilości- obowiązkowo, jako polityka pilnowania wizerunku państwa.
Drugim obecnym narkotykiem jest pasta base, czyli tańsza odmiana kokainy. Dla samych narkomanów są programy pomocy, nawet bez obowiązku abstynencji, ale jak ktoś się zdecyduje na odstawienie, to państwo sponsoruje nawet programy relokacji i zmiany tożsamości (bez operacji, nie przesadzajmy). Za to handlarze, a jeszcze bardziej organizatorzy i przemytnicy naprawdę sporo ryzykują. W każdym przypadku utrata mienia związanego z przestępstwem jest automatyczna, do tego dochodzą długoletnie odsiadki i solidne grzywny.
Co prawda nie do końca wygląda to tak sprawnie, bo w Urugwaju zwyczajnie brakuje miejsc w więzieniach oraz mocy przerobowych sądów karnych. 
Inna sprawa, że wydawałoby się niemożliwa do zapchania część, czyli licytacje przejętego majątku też się zapchała. Agencja od zwalczania narkomanii ogłosiła, że nie mogli znaleźć nabywcy na kolejny skonfiskowany samolot, więc przekazali go wojsku. 

Czarne chmury nad lepszą Ameryką

W lepszej Ameryce polityka się odezwała. Konkretnie się odezwała głosem ludu. Tydzień temu miała miejsce 2 tura wyborów prezydenckich w Argentynie, a w ostatnią niedzielę wybory parlamentarne w Wenezueli. W obu przypadkach wygrali kandydaci prawicowi.

A teraz po raz kolejny przypomnę czytelnikom, że jeśli kojarzą co to jest prawica a co lewica w Polsce to absolutnie nie powinni tego przekładać na realia  pozostałej części świata. Może z wyjątkiem niektórych innych państw postkomunistycznych.

Otóż w Polsce kryterium prawicowości jest stosunek do Kościoła (częściowo i juz coraz mniej) i stosunek do tradycji i ideałów Solidarności, a co za tym idzie też do dyktatury, która tę Solidarność i solidarność łamała. Bardzo podobną do Spawacza politykę rozbijania wspólnoty społeczeństwa dekapitalizacji przemysłu, niszczenia innowacyjności i oczywiście skrytobójstwa prowadzili dyktatorzy wojskowi w Ameryce Południowej i Afryce. Tylko wszędzie tam nazywali się prawicowymi i okazywali ostentacyjną pobożność, jaka religia akurat dominowała w kraju, co w warunkach Ameryki Południowej oznaczało katolicyzm. Przy okazji to było dla dyktatorów bardzo wygodne, bo Kościół nie ma w zwyczaju nikogo wyrzucać ze świątyń, nawet państwowej telewizji filmującej dyktatora w odświętnym mundurze. To się własnie nazywa w Ameryce Południowej prawicą. Jaruzel w kościele. Ktoś jeszcze pała sympatią do latynoskiej prawicy? No tak, narodowcy, korwiniści i inni fani kacapów. 

Dlatego dość szybko po obaleniu dyktatur w większości krajów wybory wygrały formacje zwane lewicą. Niekoniecznie reprezentujące podobnych ludzi, czy nawet takie samo podejście. Ale wszędzie, czy to Partia Robotnicza w Brazylii, czy Zjednoczona Partia Socjalistyczna w Wenezueli, Front dla Zwycięstwa w Argentynie, czy Szeroki Front w Urugwaju tak samo postrzegał problemy kraju. Zresztą trudno ich było nie dostrzegać. 

Problemy, które postrzegała lewica południowoamerykańskie to istnienie dość szerokie rzesze społeczeństwa praktycznie nie uczestniczących w konsumpcji, po prostu żyjących na granicy fizycznej egzystencji. Na terenach wiejskich z płodów jakiego skrawka ziemi, do którego niekoniecznie mają prawo własności, a w miastach w latynoskich slumsach, wśród milionów ludzi żyjących ze zbierania śmieci, drobnych kradzieży, żebractwa, dorywczych prac i ogólnego kombinowania. Na drugim biegunie wszędzie znajdowała się idealnie bezużyteczna i absolutnie bezmyślna klasa wyższa, żyjąca z ochłapów eksploatacji kolonialnej uprawianej przez międzynarodowe koncerny. Surowce były rożne, ale model dokładnie ten sam. 
Te własnie lewicowe partie łączyło jedno- chęć zmiany tego systemu gospodarczego. Tyle miały ze sobą wspólnego. W każdym z krajów zakres władzy międzynarodowej i własnej oligarchii był zupełnie różny. 
Tak samo różna była wizja i kierunek rozwiązywania tak zdefiniowanego problemu.

Właściwie każda z tych partii zgadzała się, że na dłuższą metę kluczem do modernizacji kraju i wyrównania szans jego mieszkańców jest edukacja. Zwyczajne danie szansy najbiedniejszym warstwom społeczeństwa na awans. W dłuższej perspektywie stworzenie nowych elit, które uzupełnią lub zastąpią dotychczasowy układ skorumpowanych buców. To w każdym z krajów także się różniło. O ile w Urugwaju problem polegał na stworzeniu przez rzad cieplarnianych warunków dla rozwoju sektora IT i przekonaniu młodzieży, że powinna wybrać się na studia techniczne zamiast olewać liceum, w Argentynie problematyczna była kwestia jakości szkół średnich i odbudowy szkolnictwa technicznego, tak w Brazylii i Wenezueli najpierw trzeba było zająć się analfabetyzmem i podstawowymi kwalifikacjami istotnej części społeczeństwa.

W każdym z tych krajów ten program spotykał się z dzikim oporem dotychczasowych elit. I tu także odpowiedzi były różne. Skrajnie różne. Od poziomu konfliktu w Wenezueli, gdzie kolejne próby zamachów stanu, powiązania oligarchii z gangsterami i plaga morderstw wyznaczały standardy polityki. W Argetnynie i Brazylii było pod tym względem zdecydowanie lepiej, bo zaledwie chore z nienawiści do rządu prywatne media promowały jakieś banksterskie męty na "nowych zbawicieli narodu", a rządzące partie musiały się uciekać do regularnej korupcji politycznej aby utrzymać się przy władzy i coś robić dla kraju.

Jedynie w Urugwaju sytuacja miała się trochę inaczej. Już po tym, jak prezydent Argentyny, De la Rua w pamiętny sposób opuszczał helikopterem Casa Rosada, a argetnyński kryzys był potężnie odczuwalny w gospodarce Urugwaju, lewicowy burmistrz Montevideo podjął dość brzemienną w skutkach decyzję. Mianowicie, kiedy wszyscy spodziewali się powtórki scenariusza argentyńskiego, a prezydent z dobrej starej rodziny (4 prezydent z tej rodziny) już się zaczynał pakować, przyszedł do niego tenże burmistrz. Wszyscy spodziewali się, że zostanie prezydentem po wymuszonej demonstracjami rezygnacji poprzedniego, a tymczasem Tabare Vazquez zapowiedział, że Jorge Battle dokończy swoją kadencję i tylko ma nadzieje, że nie będzie robił niczego sprzecznego z zasadami demokracji i interesami Urugwaju. ta, swego rodzaju umowa została dotrzymana, Tabare Vazquez i tak został wybrany następnym prezydentem w 2005 roku (i następnie 2015) Spowodowało to znakomite wrażenie, jakby Urugwaj był dobrą i stabilną demokracją, co w połączeniu ze spłacanie długów po Battle i jego poprzednikach świetnie ułatwia relacje handlowe i napływ kapitału kiedy jest potrzebny.

Tak spokojnego oddania władzy przez dotychczasową skorumpowaną oligarchie nie było jednak w żadnym innym kraju. Wszędzie były większe lub mniejsze awantury, które dziś odbijają się czkawką. I niestety wyglądają na skuteczne. Po wielu latach każdego możliwego sabotażu, negowania legitymacji i oczerniania międzynarodowego swojego kraju i jego władz opozycja w Wenezueli wygrała wybory parlamentarne.  

Po prawie ponad dziesięcioleciu codziennej dawki bredni i kłamstw przez główny koncern medialny w Argentynie, promowany przez tenże koncern pupilek wygrywa wybory prezydenckie. Rzecz jasna, natychmiast ogłasza obniżki ceł eksportowych i zaciąganie nowych kredytów. I tak dalej. 

Pozostaje podstawowe pytanie, czy miliony ludzi włączonych do masowego społeczeństwa będzie rozumieć co się dzieje, budować nową gospodarkę i domagać się równości społecznej, czy jednak model postkolonialny wygra. To pytanie jest otwarte. Tak samo otwarte pozostaje w stosunku do Polski. Zachowanie dotychczasowej oligarchii jest dość jasne. Poziom kontaktów z gangsterami jest (chyba niższy niż w Wenezueli, na zbrojny zamach stanu też się raczej nie odważą (choć kto wie czy katastrofa smoleńska nie była własnie polskim zamachem stanu). Ale widać też, że na poziom przyzwoitości reprezentowany przez Jorge Battle nigdy nie można było liczyć.

P.S. 
To jest jedynie liźnięcie tematu, opis całości wymagałby doktoratu. Niestety, ostatni człowiek o którym słyszałem, że chce napisać po polsku doktorat o strukturze społecznej postkolonialnej Ameryki Łacińskiej został wyrzucony z uczelni. A szkoda, bo znał nie tylko język hiszpański ale i keczua. Za organizowanie jakiegoś Komitetu. Macierewicz się nazywał, Antoni, czy jakoś tak, ale dziś ma poważniejszą fuchę.

Dzień Niepodległości, czyli mały śpiewnik rewolucyjny

Minął Dzień Niepodległości Polski. Był normalny. Własnie taki- normalny. I to, jakże piękna zmiana do promocji wyrobów czekoladowych przez analfabetę zamiast obchodów święta, czy udawania przez władze, że niepodległość Tenkraju ich nie dotyczy.

Dziś było normalnie. Prezydent Rzeczypospolitej dostaje pensję za godne reprezentowanie kraju i narodu. Tak na zewnątrz jak też wewnątrz kraju. Ta robota polega na przykład na tym, że od święta przypomina się o bohaterach. Aby stawiać ich za wzór dla nas, zwykłych śmiertelników. I czasem przypomnieć o tym, że razem łatwiej przeżyć, przetrwać i się rozwijać. Właśnie do tego służy państwo, a dziś także naród.
Są to zupełnie podstawowe rzeczy, o których zdążyliśmy zapomnieć. A przynajmniej wielu z nas. Nie o narodzie. Zdążyliśmy zapomnieć o tym, że władza własnie takie ma obowiązki i ich wykonywanie jest dokładnie tym za co im płacimy.

W ramach tych obowiązków generał Gryf otrzymał Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski. Jest to najwyższe odznaczenie jakie mógł otrzymać, bo już jest kawalerem Orderu Virtuti Militari. Na to odznaczenie także ciężko zapracował. Jeszcze w trakcie wojny obrona pałacyku stała się legendą i tematem piosenek. Tą obroną dowodził nie kto inny jak Gryf, a piosenka, w trochę lepszym wykonaniu jest tu:

Gdzieś po tej samej stronie bohaterstwa, ale w znacznie mniejszym natężeniu był mój sąsiad. Mianowicie w czasie stanu wojennego i "powojennego" na półhurtową skalę wytwarzał on kwas masłowy. Nic szczególnego, oprócz dość solidnego smrodu. Jakoś tak się składało, że fiołki i słoiki z tą substancją często pękały w okolicach oddziałów ZOMO. Rzecz jasna nikt nic nie widział, nikt nic nie wiedział. Nikogo także samo wytwarzanie nie interesowało. Może SB by zainteresowało, gdyby mieli pojęcie o prostocie wytwarzania. Ale oni zapewne szukali kanałów przemytu gazów bojowych z USA. A tymczasem biedni zomowcy mdleli w maskach gazowych w środku lata. A wszyscy im współczuli jak Kiszczakowi zakopanemu jak pies pod płotem.

To jest mało istotny drobiazg, ale pokazuje część znacznie szerszego i bardzo długiego zjawiska. Wspólną rzeczą polskich powstań i konspiracji prawie zawsze była przewaga organizacja, technologiczna i przede wszystkim taktyczna. Idealnym przykładem jest cała historia Solidarności Walczącej. Od pierwszych akcji, kiedy dzięki wyposażeniu drobnej grupy dywersyjnej w azbestowe rękawice udało sie spalić trubunę honorową na pochodzie pierwszomajowym. I zmusić da rączej ucieczki ambasadora NRD i radzieckiego generała. Granaty z gazem łzawiącym dostarczyło nieocenione ZOMO. Były ciepłe po wystrzeleniu, stąd potrzeba azbestowych rękawic. Ale kiedy za plan i logistykę odpowiadał Kornel Morawiecki to właściwie nic nie mogło pójść źle. Choć to tylko moja spekulacją, że dziwne wydarzenia pochodu 1 maja 1982 roku we Wrocławiu miały coś wspólnego z SW. Nikt nic nie wie, nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Na rękawicach się świat nie kończy. To SW prowadziło stały nasłuch częstotliwości MO, dzięki czemu złamali szyfry. Opracowali i produkowali w podziemiu sprzęt do druku, nadawania,  a w razie potrzeby także strzelania i wybuchów. Gdyby nawet SB wiedziała o tym cokolwiek (a nie wiedzieli) to i tak by szukali kanałów przemytu z Zachodu.A to proszę, własna polska myśl techniczna. Gdzieś u szczytu założycielem i spoiwem tego był właśnie Morawiecki. Bardzo symbolicznie- kilka dni po pochowaniu pod płotem bandziora "generała" Kiszczaka, to własnie Morawiecki zostaje marszałkiem seniorem.

Tu wracamy do 11 listopada

Dnia przejęcia władzy przez Józefa Piłsudskiego. Zanim to przejęcie nastąpiło, zanim doszło do dnia niepodległości i pierwszego dnia jej obrony jednocześnie, najpierw trzeba było ją wywalczyć.

Pierwsza próba nie była najlepsza. Wiadomo, że jednym z wrogów był carat. Stąd warto było wyeliminować cara. Pomysł dobry. Józef wszystko zaplanował, razem z bratem Bronisławem. Bomby dostarczył młody, zdolny (jak udowodniła późniejsza kariera) chemik Ignacy Mościcki. Ktoś musiał je dostarczyć jedynie do adresata. To oznaczało albo samobójcę, albo kogoś wystarczająco głupiego, aby nie rozumiał ryzyka. Nieszczęśliwie dla zamachowców prawdziwa się okazała ta druga wersja.  Niejaki Uljanow zamiast spokojnie i prosto załatwić co miał, to zachował się tak podejrzanie, że zwinęła go policja. Rzecz zupełnie oczywista- z rewolwerem i bombą w okolicy przejazdu cara to oznaczało śmierć. Przy okazji wyśpiewał wszystko, jak na głupka przystało. Na zesłaniu wylądował zarówno jego brat, Włodzimierz Uljanow, jak też Józef Piłsudski i jego brat, Bronisław. Bronisław pozostał przy nauce, Józef przy Polsce, a Uljanow przy Rewolucji. Józef od tego czasu miał pewną alergię na zadawanie się z durniami, co może tłumaczyć jego nastawienie do Sejmu z 1926 roku i endecji w ogóle. Przy najbliższej okazji, jak powszechnie wiadomo, Uljanow, już wtedy zwany Leninem, rozpoczął najazd na kraj założony i rządzony przez Piłsudskiego. Rządzony właśnie od 11.11.1918 roku.. MOże to rewolucja a może tylko zemsta za brata? A może zwykły kacapski imperializm. Który własnie ten Piłsudski i jemu podobni rozbili i ośmieszyli?

W 1905 roku

Roku starannie zakopywanym i zapominanym. A tymczasem bez znajomości wydarzeń z 1905 nie da się zrozumieć historii polskiej części Europy w 20 w. Józef Piłsudski był już z jedną z ważniejszych osób w PPS. To własnie PPS była najważniejsza polską organizacją niepodległościową wówczas. Tak naprawdę jedyną. A jednocześnie w samej Rosji rozpoczął się proces rozkładu caratu.
W tym czasie za sprawą Piłsudskiego, PPS zyskał sporo pieniędzy oraz najnowocześniejszej dostępnej broni. Pieniądze wzięły się z Japonii, a broń z Anglii, wówczas sojusznika Japonii.
Jednocześnie zastosowano całkiem innowacyjną taktykę walk ulicznych. O czym carska armia i żandarmeria nie miała zielonego pojęcia. C oznaczało, że przez następne kilka lat kolejne szwadrony kozaków zawsze nabierały się na to samo- pozorowaną demonstrację, która rozpraszała się w obliczu szarży, następnie ostrzał z wysokości i odcięcie odwrotu. Bardzo podobnie zginęła większość 4 dywizji pancernej Wermachtu w tej samej Warszawie w 1939 roku. Weszli jak w masło, a potem nie wrócili...
Ta własnie rewolucja stworzyła podstawy nowoczesnego narodu- polskiego. A może polsko- żydowskiego? W 1905 powstały nie tylko zasady partyzantki miejskiej. Powstało postawienie sprawy polskiej wśród klocków międzynarodowych. Jedno i drugie jest zasługą Józefa Piłsudskiego. Co najwyżej paru pajaców kilkanaście lat później próbowało się pod ten sukces podwiesić. Jeden z tych paców był dokładnie ta samą personą, która w tymże 1905 roku próbowała wywęszyć jakiekolwiek przejawy współpracy polskiej konspiracji z wojskiem lub władzami Japonii i przy okazji zablokować pomoc Japonii dla sprawy polskiej. Na szczęście to okazało się niemożliwe, ale temu pajacowi zbudowano w Warszawie pomnik. Ale cóż, w Warszawie zbudowano pomnik nawet śpiącym żołnierzom radzieckim..

Ta właśnie rewolucja była tak naprawdę kolejnym powstaniem. Zorganizowanym głównie przez PPS, Piłsudski zorganizował na nie niemałe pieniądze od Japonii i supernowoczesne wówczas brytyjskie karabiny. W tym samym czasie polscy oficerowie w armii carskiej na froncie japońskim popełniali zadziwiające i poważne błędy w dowodzeniu, dzięki czemu, pomimo przewagi liczebnej, doświadczenia i jakości sprzętu, armia rosyjska ponosiła jedną żenującą klęskę za druga. Ci sami oficerowie w polskiej armii znakomicie wiedzieli jak walczyć. Cóż, zdarza się.
Sam Piłsudski w 1905 nie bardzo mógł być w Warszawie, czy Łodzi. W końcu minęło zaledwie kilka miesięcy od jego ucieczki z celi śmierci. Pamiętajmy jednak o tej właśnie typowo polskiej przewadze taktycznej. Bojówki PPS to była tak naprawdę pierwsza w historii nowoczesna partyzantka miejska. Jedyne co dziś można powiedzieć, to to, że w stronę żandarmów i kozaków leciały rzeczy znacznie bardziej szkodliwe dla zdrowia niż głupi kwas masłowy czy gaz łzawiący. Leciały skutecznie i bezkarnie.  Wbrew powszechnej opinii nie przez kilka miesięcy 1905 roku, a przez kolejne lata. 
Ostatni akt tego powstania był jednocześnie pierwszym aktem następnego.  W 1912 roku wielka europejska wojna już była widoczna na horyzoncie. Aby Polska mogła być niepodległa, najpierw potrzebna była armia. Choćby mała, ale prawdziwa. A na to były potrzebne pieniądze. Duże pieniądze. Piłsudski zupełnie słusznie zauważył, że podatki z Królestwa Polskiego (czyli kongesówki) powinny być przeznaczone na utrzymanie polskiego wojska, a nie cara. W związku z tym on i jeszcze trzech innych późniejszych premierów Niepodległej zajęło się naprawą tej nieprawidłowości. Zaopiekowali się zawartością wagonu bankowego z pociągu Warszawa- Petersburg. Przeliczając to na dzisiejsze pieniądze było kilka-kilkanaście milionów dolarów. Na zorganizowanie i utrzymanie przez dwa lata Drużyn Strzeleckich wystarczyło. A gorącego lata 1914 roku wystarczyło pójść do Austriaków, poinformować ich, że jest się dowódczą polskiej armii ochotniczej i zaraz po podpisaniu umowy sojuszniczej trzy brygady będą do dyspozycji CK sztabu generalnego. Reszta jest historią, której finał nastąpił z przyjazdem Józefa Piłsudskiego do Warszawy. 
Prawie wszystko, bo jeszcze pozostało uhonorować powstańców. Tak jak dziś żyją ostatni żołnierze Powstania Warszawskiego, tak wtedy to byli ostatni z Powstania Styczniowego. 
Oraz stoczyć wojnę z tym samym państwem co zwykle, ale akurat kierowanym przez brata tego głupka, który dał się złapać z bombą przygotowaną przez Mościckiego.  Ale w tym przypadku przewaga w lotnictwie, broni pancernej, łączności, technik szyfrowania i deszyfrowania zrobiła swoje, pomimo znacznie mniej liczebnych sił. Ale też dużo lepszej polskiej taktyki i planowania operacji. 

A rewolucja 1905 jest jakaś niewygodna dla wszystkich. Najgorsze w tym jest, to, że Kacapstwo próbuje ukraść nie tylko tradycję lewicową, ale także historię jedne z polskich antyrosyjskich powstań. Otóż po przeszukaniu Youtuba stwierdziłem, że nie ma żadnego przyzwoitego wykonania Warszawianki 1905 roku.Za to ma ją w repertuarze... chór Armii Radzieckiej.

Na szczęście zawsze istniała dość intensywna wymiana idei i melodii rewolucyjnych między Polską a Hiszpania. Dzięki temu można posłuchać przynajmniej melodii, a i słowa są właściwie tłumaczeniem z wyciętymi wstawkami o Warszawie (te by nie były zrozumiałe). 
Już nie przedłużając- najbardziej podoba mi się ta wersja, może dlatego, że jest jedyna jaką znalazłem wykonywaną crescendo. 

I jako bonus- kolejny utwór, tym razem znajomy z rewolucji w Polsce, ale w oryginalnej wersji. Też wieszczył już zbliżający się koniec dyktatury.



Zbudujemy nową Polskę i nowy Świat

W Polsce za kilka dni wybory. Zupełnie niezwykle dla świata, akurat te wybory w prowincjonalnym kraju są ważne dla świata i bardzo ważne dla Polski.
Pierwszy raz od lat. Nie, wróć. Od stuleci Pierwszy raz od stuleci Polska ma szansę dorównać w rozwoju zachodnim społeczeństwom. Nie materialnie. W tym zakresie nic nie zmieni z dnia na dzień, choć miliony tego oczekują i potrzebują. Ale pierwszy raz od osiemnastego wieku Polska ma szanse na ustój dokładnie taki, jaki jest podstawą sukcesu Europy Zachodniej.
W tymże 18 w. ustrojem skutecznego i dobrego państwa była monarchia absolutna. Jakkolwiek nieefektywna i tak lepsza od dostępnych wówczas alternatyw. Wyjątkiem była pędząca do światowej dominacji Wielka Brytania która była sprawna republiką szlachecką. Konstytucja 3 maja właśnie tak zmieniała ustrój Rzeczypospolitej i przez to potencjalnie układ sił w Europie Środkowej. Cała sprawa zakończyła się źle. Zwłaszcza dla Rzeczypospolitej, jak wiadomo. Następnie republiki szlacheckie stopniowo i w bólach zmieniały się w nowoczesne masowe społeczeństwa obywatelskie, razem z demokratycznym systemem politycznym. Ale nowoczesny system polityczny to nie demokracja, a przynajmniej nie tylko. To jest właśnie społeczeństwo obywatelskie, które przez sieci powiązań pomiędzy wolnymi ludźmi zarówno rozwiązuje problemy społeczne, ja też tworzy nowe przedsięwzięcia gospodarcze. Między innymi dlatego industrializacja całkowicie odgórna nie powiodła się i powieść nie mogła. Ale dla całkowicie oddolnego powstania dobrobytu właśnie trzeba powszechności i wspólnoty działań. Umiejętność zbudowania lokalnego mostku, spółdzielni mieszkaniowej, czy stałej zrzutki na lokalną straż pożarną jest tą samą umiejętnością, która jest potrzebna dla rozmowy i podejmowania decyzji o kierunku działania lokalnego samorządu czy całego państwa. Bez tego każda demokracja będzie tylko fasadą. 
A własnie fasada demokracji jest znakomitą przykrywką dla neokolonializmu, czyli ustroju opartego na eksploatacji lokalnych zasobów przez obce podmioty, pod nadzorem lokalnej elity żyjącej przy i dzięki wsparciu tych podmiotów. I współpracującej w tej eksploatacji. 
To jest opis pasujący do bardzo dużej części świata, w tym praktycznie całej strefy postradzieckiej. Większą patologią bywa jedynie bezwzględna eksploatacja przez krajowe elity, w stylu niektórych krajów Azji Środkowej, czy tez Rosji. To wszystko generalnie nie prowadzi do żadnego rozwoju kraju. Owszem, powstaje infrastruktura, ale w lwiej części sprofilowana na ułatwienie tej kolonialnej eksploatacji. Ale cała infrastruktura społeczna konieczna do samoorganizacji albo nie może powstać, albo jest starannie niszczona. 
To jest dość dokładny opis prawie każdego kraju Ameryki Łacińskiej, co najmniej do końca 20 wieku. To jest też w dużej części opis większości obszaru poradzieckiego. Gdzie ta samoorganizacja była przez dziesięciolecia systemowo niszczona, a w ostatnim ćwierćwieczu te procesy przybrały inny model. Właśnie latynoski.

Dlatego warto opisać odrobinę latynoskiej polityki w bardzo "czystej" postaci. Znów można wrócić do Urugwaju, co jest o tyle proste, że ten kraj był zawsze unitarny, w większości pozostałych państw latynoskich spór polityczny często ogniskował się wokół kwestii federalizmu. Osoba nie wprowadzona głęboko w lokalną politykę i historie po prostu nie wie o co chodzi. Stąd Urugwaj. 

Od uzyskania niepodległości w tym kraju były dwie partie polityczne. I tylko dwie (przynajmniej z liczących się). Byli to "Blancos" i "Colorados" (po prostu : "Biali" i "Czerwoni"). Obie te partie istnieją nadal i obie sprawnie pomagały w budowaniu neokolonialnej gospodarki. Obie składały się głownie z przedstawicieli oligarchii (co w realiach latynoskich oznaczało latyfundia), dokładnie takich samych aroganckich dupków bez zielonego pojęcia o świecie, choć fantastycznie przekonanych o własnej mądrości i nieomylności.

To dlaczego były dwie partie a nie jedna? Otóż całe to towarzystwo głęboko nie zgadzało się co do roli Kościoła w państwie, kwestii religijności, itp. Nie wiem, czy po drodze był spór o religie w szkole, ale bym się nie zdziwił. Konflikt między nimi był tak ostry, że  władza w 19 wieki była przekazywana głównie metodą wojen domowych. W których oczywiście mieszały sąsiednie kraje i Brytyjczycy, jak wszędzie w 19 w. W 20 wieku sytuacja się trochę poprawiła, bo powstał zwyczaj organizowania wyborów i dobrowolnego oddawania władzy (a nawet pozostawiania żyrandoli w pałacu prezydenckim). Ten podział na tle religii też wcale nie był taki wyraźny. Pomimo tego, że Biali to byli nacjonalistyczni katolicy, a Czerwoni to liberalni agnostycy, w poszczególnych partiach te postawy znakomicie się ze sobą mieszały. 

Realna zmiana zaszła w 1973 roku, kiedy jeden z demokratycznie wybranych prezydentów po prostu rozwiązał parlament, dobrał generałów do rządu i został dyktatorem. Uprzednio wsadziwszy za kraty (chyba bez żadnej nawet imitacji procesu) garść pozapartyjnej opozycji, m.in. późniejszego prezydenta Mujicę.

Własnie Mujica i jego kompani są tu kluczowi. To oni, od początku mieli dość tego oligarchicznego systemu i zwyczajnej nędzy większości swoich współobywateli. Od początku tworzyli ruch, którego celem była nie tylko inna dystrybucja dóbr, ale przede wszystkim te włączanie społeczne. I modernizacja kraju. Opodatkowanie eksportu wytwarzania surowców, niezależność energetyczna, jakaś polityka mieszkaniowe, etc. Normalny program normalnej partii normalnego zachodniego kraju. Za taki program odsiedzieli po swoje 10 lat, dyktatura się skończyła, wróciła oligarchia Biało-Czerwona, ale dni tejże oligarchii były już policzone. W 1990 burmistrzem Montevideo został Tabare Vasquez. W czasie załamania gospodarczego na początku obecnego wieku był na tyle uprzejmy, ze prezydentowi z oligarchii pozwolił dotrwać do końca kadencji, choć ze swoją popularnością i poparciem mógł go po prostu zmusić do rezygnacji ze stanowiska. Ale zamiast tego zwyczajnie wygrał kolejne wybory. Od tego czasu Urugwaj stopniowo przekształca się z oligarchii surowcowej w nowoczesny kraj. 
Zauważmy, że identyczny podział możemy zauważyć w Polsce.Po dyktaturze wojskowej pozostały faktycznie dominujące dwie partie oligarchiczne. Które bardzo sprawnie uniemożliwiły wykształcenie się oddolnych ruchów obywatelskich i równie sprawnie umocniły typowy model gospodarki peryferyjnej. 

W międzyczasie w Urugwaju dotychczasowe partie właściwie przestały istnieć. Wybory zaczęły być dość nudne, bo ogólnokrajowe i w najważniejszych samorządach wygrywają tylko kandydacie Frente Amplio (czyli koalicji grupującej Mujicę, Vazqueza, kolejnych burmistrzów Montevideo i całą lewicową opozycję wobec dawnej oligarchii. Choć sukcesy wyborcze mają też związek z tym, że można glosować na różne listy w ramach koalicji i jest tam wewnętrzna konkurencja o wyborców, oraz z drugiej strony przedstawiciele Białych i Czerwonych naprawdę są tak głupi jak polski były prezydent lub jeszcze obecna premier.

W Polsce mamy bardzo zbliżona sytuację. Oderwijmy się od sporów ideologicznych, one dokładnie do niczego nie prowadzą, oprócz 200 lat rządów skretyniałej oligarchii. W Urugwaju ta bardziej liberalna partia (Czerwoni) już prawie zakończyła swoją działalność, Nacjonalkonserwatyści się trzymają, bo bardziej się różnią od FA. Zresztą obie regularnie tworzą koalicje gdzie mogą.

To jest właśnie nowocześniejsza scena polityczna. Mamy większość obywateli popierających partię obywatelską, czyli włączania do uczestnictwa w życiu społecznym, eliminacji nędzy, powstrzymywania nadmiernej pazerności oligarchów i korporacji. To w miarę działa. Podobne procesy miały miejsce w obecnym stuleciu w innych krajach latynonamerykańskich, z różnym skutkiem, ale wszędzie ten poziom obywatelskości wzrósł, wszędzie dawna oligarchia traci przywileje polityczne (choć często zwiększa majątki). To są procesy bardzo podobne do tych, które przechodziła Europa Zachodnia w 19 w. i u progu których stoi teraz Polska.

Na szczęście w miarę działający system wyborów w Polsce już jest. Pomijając wyniki PSL, oczywiście...To jest zupełnie dobre narzędzie do wytworzenia nowoczesnej sceny politycznej, a co za tym idzie nowoczesnego ustroju i państwa. Pierwszy raz od 200 lat. Po pierwsze i najważniejsze, dotychczasowa oligarchia musi znaleźć się w mniejszości. Na tyle mało istotnej, aby musieli współpracować ze sobą dla jakiegokolwiek wpływu na władzę. To dotyczy również partii o programie prooligarchicznym, ale nie uczestniczących dotyczas we władzy, czyli Nowoczesnej i korwinistów. Najważniejsze jest to, aby te wszystkie partie albo zawarły koalicję albo zostały łącznie zepchnięte do poziomu "jakiejś tam opozycji". Na szczęście jakikolwiek wynik obecnych wyborów nie będzie, Polska już wygrała. 

To co jest więcej do zrobienia, to jak najskuteczniejsze pozbycie się jak największej części zidiociałej oligarchii. Jak wspominam o idiotach, to zapewne wszystkim się od razu kojarzy z Ewą "zabierzcie stąd te kobietę", ale przecież to nie tylko ona. Całe towarzystwo PO, SLD i PSL bardzo dokładnie udowodniło, że nie ma zielonego pojęcia na temat działania sprawnego państwa i wydaje im się, że służy ono do pasienia oligarchów. Jak posłuchać Korwina to mówi dokładnie to samo, bo też taki poziom wiedzy i intelektu reprezentuje.

Z litanii partii pozostaje PiS, znak zapytania jakim jest Kukiz i jego dziwna zbieranina oraz Razem. PiS jako siła mogąca unowocześnić kraj jest oczywistością. Pytanie jak dalej może wyglądać scena polityczna? Przy polskiej ordynacji wyborczej dwie siły to za mało. Dlatego te wybory są fantastyczną szansą na własnie modernizację państwa. A przynajmniej ustroju. Nowoczesna, propaństwowa centroprawica, którą jest PiS, zdychająca powoli koalicja oligarchiczna. I właśnie brakuje nowoczesnej lewicy. Stąd najpierw trzeba SLD posłać do śmietnika, w ostateczności do koalicji z PO (co na jedno wyjdzie) i zamiast nich zobaczyć Razem. Nie u władzy. Ale w przestrzeni publicznej i w dyskusji. A jeśli w Sejmie zamiast Millera i Palikota to jeszcze lepiej.

To jest ta szansa na modernizację kraju. Której niezbędnym warunkiem jest zjednoczenie partii oligarchicznych. Albo eliminacja PSL i jeszcze jednej z nich. PO czy SLD- żadna różnica.Kiedy pozostanie jedna, w jakikolwiek sposób by się to nie stało, to powstanie na scenie politycznej miejsce dla dwóch partii propaństwowych, czy obywatelskich. Jedną jest PiS, drugą może być Razem (bo akurat jest), albo cokolwiek podobnego. 

To jest stawka obecnych wyborów. PO pozostanie w parlamencie, może potem się pożre do poziomu dezintegracji, los PSL zależy od Ruchu Kontroli Wyborów, a SLD- cóż. Oni popełnili strategiczny błąd zawierając koalicję i potrzebują 8% głosów aby dostać się do Sejmu. A są na granicy. Każdy głos odebrany ZLEWowi jest głosem za lepszą Polską. Jeśli ktoś nie zamierza głosować na PiS, warto zagłosować przynajmniej przeciw SLD.