Niemcy, Szwajcaria i kurs franka

Pod poprzednim wpisem, w komentarzu, padło bardzo ciekawe pytanie. Skoro Niemcy mają na horyzoncie problemy w wielu dziedzinach, to jak to w przyszłości wpłynie na gospodarkę Szwajcarii, mocno z Niemcami powiązaną? I co będzie dalej z kursem franka?

To nie jedno pytanie, a całkiem sporo różnych. Z pierwszym i podstawowym założeniem, że Der Schwindel realnie wpłynie na niemiecką gospodarkę. To założenie jest niekoniecznie prawdziwe. VW na rynku USA nie ma czego szukać, a to dla producentów europejskich zawsze była żyła złota. Ale sprawa z Porsche i Audi jeszcze nie jest przesądzona. One, w przeciwieństwie do marki VW nie opierały swojej sprzedaży na dieslach. 

Osłabienie pozycji niemieckich koncernów motoryzacyjnych, zarówno finansowe, jak też polityczne jest pewne. Jakieś, niekoniecznie na skale implozji finansowej. Tu wróćmy do początków roku 2009, dna spowolnienia. czy kryzysu.  Pomińmy brednie o polsko-greckiej  zielonej wyspie i możemy spojrzeć realnie na gospodarkę Europy. Wyglądała ona tak, że siła nabywcza w całej Europie gwałtownie się załamała, nawet jeśli konsumenci mieli środki, to ich nie wydawali. Najmocniej to uderzyło w gospodarkę Niemiec, stojącą przemysłem ciężkim i eksportem. Zresztą nie mają innego wyjścia, są uzależnieni od importu surowców. Ale dzięki spadkowi cen surowców nagle mocno wzrosła opłacalność inwestycji w energetykę odnawialną. To był potężny niemiecki stymulus, którego skutki są dziś bardzo mocno odczuwalne. należą do nich obniżenie kosztów energetyki słonecznej do poziomu konkurującego z prądem ze źródeł kopalnych, wprowadzenie wiatrowej na drogę do bycia najtańszym źródłem elektryczności, a przede wszystkim problemy tradycyjnych koncernów energetycznych oraz powstanie znacznie większej ilości miejsc pracy niz w tradycyjnej energetyce. To ostatnie spowodowało spadek bezrobocia w krytycznym dla gospodarki momencie i powrót optymizmu. Dziś sytuacja jest inna. Ale jedna cecha jest bardzo podobna- inwestycje w energetykę odnawialną mają całkiem spory potencjał wzrostu. Tylko z zupełnie innego powodu. Energetyka wiatrowa i słoneczna są tradycyjnie bojkotowane przez "układowe" koncerny, ale to koncerny dziś są na przegranej pozycji i musza zabiegać o parasol polityczny aby przetrwać. Lub się przystosować. Na szczęście jest w Niemczech wicepremier z partii która się nazywa PSL (czy jakoś podobnie), który dzielnie broni interesów Gazpromu, zwalcza energetykę odnawialną pod pretekstem jej wspierania itp. Premier Merkel stara się w miarę możliwości nie zajmować jasnego stanowiska w żadnej sprawie, ani nie podejmować żadnych zdecydowanych ruchów. Takie metody w stabilnej sytuacji są całkiem niezłe, gorzej jak zaczynają się problemy. 
Podsumowując- niemiecka gospodarka dziś ma się dobrze, czarne chmury dopiero się zbierają. Możliwość ominięcia burzy jest dość łatwa, a problem się nazywa nawet nie tyle polityka, co osobowość i poziom liderów. Tam nie ma problemu z jakością administracji jako całości, czy korupcją na poziomie sądów lub średniej administracji. Tak, ja wiem, że z polskiej perspektywy Merkel może wyglądać na światłego i zdecydowanego lidera. Ale nie zapominajmy, że polska perspektywa nazywa się Ewa Kopacz i na jej tle nawet blacha do pieczenia wygląda jak Żelazna Dama.
Kwestię imigrantów możemy pominąć, bo to jest problem jakości przywództwa, a nie aktualnej ekonomii. A jak widać choćby przeciętna jakość przywództwa może bez trudu pozwolić na ominięcie raf ekonomicznych. Tak samo przecież w kwestii kryzysu imigracyjnego wystarczy sensowna inicjatywa w UE dla jego szybkiego zażegnania. Przez przestrzeganie traktatów i autentyczną pomoc tam gdzie jest potrzebna- co oznacza również Turcję i przede wszystkim Liban.

W takim razie pozostaje do omówienia Szwajcaria. Tu znów są dwie kwestie. Pierwszą jest wpływ potencjalnego kryzysu niemieckiego na gospodarkę Szwajcarii, czyli prawdziwy wpływ w kategoriach aktywności handlowej i przemysłowej, a druga to skutek dla waluty. W przypadku Szwajcarii to są dwie różne sprawy. 
Zacznijmy od kwestii walutowej, bo jest ona najprostsza. Frank szwajcarski jest dobrą i stabilną walutą, mającą zabezpieczenie w solidnej gospodarce stabilnego politycznie kraju. To oznacza, że jego wartość w sytuacjach kryzysowych rośnie. Tak, wiem, że jeszcze rządząca partia o Polsce opowiada to samo, ale ludzie decydujący o pieniądzach uważają inaczej.Od tego można było właściwie rozpocząć i na tym zakończyć. Ale na dłuższą metę decydują nie sentymenty a fundamenty. 
Aby je dokładnie zrozumieć cofnijmy się 70 lat. Ponure czasy 2 w.ś.  Rok 1939, jeszcze przed atakiem na Polskę, szwajcarskie władze realnie obawiają się, że mogą stać się celem inwazji. W końcu był to ostatni duży niemieckojęzyczny obszar nie zjednoczony w ramach Rzeszy. Zarządzono mobilizację i skoszarowano 600 tys żołnierzy. W kraju o 5 mln ludności!! Do tego otwartym tekstem zapowiedziano zniszczenie praktycznie całej infrastruktury w razie inwazji. Linie kolejowe przez Alpy były Niemcom absolutnie potrzebne i ich utrata równałaby się praktycznie zatrzymanej wymianie handlowej z Włochami. Jedyna następna linia, przez przełęcz Brenner w Austrii była właściwie w całości zajęta przez transporty wojskowe. Materiały i surowce o podwójnym przeznaczeniu musiały iść tranzytem przez Szwajcarię. To był jeden z powodów dla których zdanie o "zjednoczeniu wszystkich Niemców" miało drugą część "chyba, że się będą bronić".

Inne aspekty roli Szwajcarii w 2 w.ś. sa jeszcze ciekawsze. Otóż wówczas dla silników dużych mocy w konstrukcji łożysk potrzebne były stosownie oszlifowane diamenty. Dokładnie tak to wyglądało. Samolot bojowy, cud ówczesnej techniki. Jego najbardziej skomplikowaną i bardzo zaawansowaną technicznie częścią był silnik. Najmocniej obciążoną częścią silnika jest wał napędowy. Ten wał jest podparty na łożyskach. Dla wytrzymałości przy jak najmniejszej wielkości i wadze elementami tocznymi były diamenty. Bez nich nie dało się zbudować nowoczesnego samolotu. A diamenty w taki sposób szlifowano tylko w Szwajcarii. 

Dokładnie tak. Wspaniałe, romantyczne sceny pojedynków Spitfiirerów i Hurricanów broniących Londynu z Me 109 nigdy by się nie odbyły gdyby nie anonimowy szwajcarskich szlifierz diamentów, który sprzedawał swoje wyroby obu stronom. Te diamenty po zajęciu Francji dla aliantów były po prostu przemycane. W bagażu dyplomatycznym państw trzecich, etc., ale cały czas to Szwajcarzy zarabiali.
Charakterystycznym drobiazgiem jest to, że w 1944 roku, kiedy dla Luftwaffe liczył się każdy możliwy sprzęt, Szwajcarzy po prostu zażądali dostarczenia ponad 100 Me 109. Oczywiście, zapłacili, ale alternatywą było nie podpisanie umowy handlowej i zgody na tranzyt. Na to Niemcy nie mogli sobie pozwolić. W taki sposób te bardzo potrzebne Luftwaffe samoloty trafiły do szwajcarskich pilotów, którzy przez całą wojnę dość radośnie i regularnie do niemieckich strzelali.

Ale nie chodzi o opisywanie tradycyjnej przyjaźni niemiecko- szwajcarskiej, a podkreślenie podstaw szwajcarskiej gospodarki. Jeśli dokładnie przejrzymy dowolny ciąg technologiczny związany z mechaniką precyzyjną to prawie zawsze gdzieś na dnie całego łańcucha jest przedmiot którego nie można niczym zastąpić, dla zbudowania którego jest potrzebny element wytwarzany wyłącznie w Szwajcarii. Wracając do naszego samolotu- własnie ten kompletny samolot każdy widzi i bierze go za obraz potęgi przemysłu. Niektórzy sobie zdają sprawę, że bardziej chodzi o silnik. Ale nikt z publiki nie zastanawia się z czego ten silnik się składa. Co najwyżej potem z ust piewców rozwoju są zachwyty jakie ci Niemcy i Japończycy robią dobre łożyska. 

Tak samo jest dziś np. z banknotami. Drukarni jest sporo, fabryk farb też kilka. Ale dodatki do tych farb zapobiegające barwieniu palców i rozmazywaniu produkuje jedna firma na świecie. Przynajmniej te dobrej jakości. Łatwo zgadnąć z jakiego kraju...

W skrócie- Szwajcaria stoi przemysłem, wbrew pozorom i powszechnej opinii, a ten przemysł jest praktycznie niewrażliwy na koniunkturę lub jej brak w konkretnym kraju lub regionie świata. Zbyt mocna waluta psuje nieco lokalny handel i usługi, ale w żaden sposób nie jest w stanie podważyć fundamentów szwajcarskiej gospodarki, tak samo jak nawet kompletne załamanie gospodarcze Niemiec. 

A odpowiadając na początkowe pytanie. Kurs franka szwajcarskiego prawie wcale nie zależy od sytuacji w Niemczech, a jedyna zależność jaka realnie istnieje to ucieczka do bezpiecznego portu w sytuacji problemów w Niemczech. Odwrotnie jak kurs złotówki.

Co dalej z VW?

Volkswagen, czyli największy na świecie producent samochodów. W swoim wizerunku kreujący się na ikonę niemieckiej rzetelności. Rzetelności, która pozwala na zaufanie do jakości wyrobów i uczciwości ich producenta.  Oraz światowego lidera w technologii małych diesli.. Po prostu "Das Auto"

Dziś to nieaktualne. Cały świat dowiedział się o tym, że ta technologii oszczędnych diesli opierała się na pospolitym kanciarstwie. Technologii w celu kanciarstwa. Po prostu "Der Schwindel"

Sytuacja na dziś jest bardzo zła. Zszarganą opinię ma VW i reszta grupy, to oczywiste. Ale także niemiecki przemysł, bo VW przez lata starał się, aby go z nim utożsamiano. Diesle w samochodach osobowych, co najmniej w USA też raczej nie odzyskają dobrego imienia. Z punktu widzenia kraju w którym zajeżdża się nastoletnie Passaty TDi jako symbol prestiżu, a synonimem samochodu służbowego jest Skoda trudno zrozumieć o co w tych USA może chodzić. Ale tam profil nabywcy osobowego diesla jest zupełnie inny. Po pierwsze, europejskie samochody kupuje się raczej na wybrzeżach, gdzie troska o środowisko jest zdecydowanie większa. I tam właśnie była kierowana reklama diesli jako samochodów emitujących mniej CO2, zużywających mniej paliwa i jednocześnie zachowujących poziom zanieczyszczeń w spalinach taki jak samochody benzynowe. To się okazało po prostu kłamstwem. Bardzo możliwe, że jeśli ma być zachowana czystość spalin, to spalanie wzrośnie do poziomu wyższego niż w podobnych samochodach benzynowych. Ale to spekulacje. Po szczegóły techniczne mogę co najwyżej odesłać na Rewolucję Energetyczną .

Pytanie brzmi- jak dalekie będą skutki? To oczywiście zależy od damage control i tego jak bardzo się koncernowi uda przekonać publikę, że było to jednorazowe nieporozumienia, innym niemieckim producentom samochodów, że nie mają z tym nic wspólnego, a reszcie niemieckiego przemysłu, że VW to nie jest firma z Niemiec, tylko od jakiś Nazistów, którzy mają obozy pracy w Polsce i że o odszkodowania to mogą Polskę pozywać, jak zawsze. Czy coś w tym stylu.

Skoro już jesteśmy przy odszkodowaniach. Zanim dojdziemy do absurdów amerykańskiego systemu sądowego, zauważmy, że odszkodowania za nadmierną emisję NOx żądane przez rząd i władze lokalne sa kompletnie legitymowane. Tlenki azotu są potężnymi gazami cieplarnianymi, truciznami (takimi zwyczajnymi truciznami) i gazami mającymi niemały udział w powstawaniu smogu. To wszystko są rzeczy, za które jest odpowiedzialny każdy cywilizowany rząd i jeśli ktoś w kryminalny sposób powoduje szkody dla środowiska, zdrowia publicznego, etc., to powinien za to zapłacić. Drugą sprawą jest utrata wartości pojazdów. Znów, w kraju niedolnego palenia węgla i wycinania katalizatorów to jest trudne do zrozumienia, ale naprawdę utrata wizerunku producenta, może spowodować utratę wartości. Kwestia czy samochód będzie czy nie przechodzić przeglądy techniczne po prostu jest utratą wartości. Za którą w kompletnie legitymowany sposób można żądać odszkodowania. To są sumy idące w miliardy dolarów. A zauważmy, że ogólne zanieczyszczenie środowiska jest dużo większe niż w przypadku platformy BP.

W skrócie- nie sądzę, aby VW się od tej sprawy przewrócił, tak jak BP przetrwało. Ale kilka skutków jest więcej niż pewnych. Spadek wartości akcji i zmniejszenie lub zawieszenie dywidend. To razem oznacza, że przestanie być postrzegany jako pewna i bezpieczna inwestycja kapitałowa. Zapewne ta sama ocena ryzyka przejdzie, przynajmniej częściowo na wszystkich producentów samochodów spalinowych. Przecież dokładnie ten sam problem dotyczy wszystkich producentów małych diesli, czyli wszystkich producentów samochodów. To oznacza, że wszyscy producenci samochodów spalinowych staną się nieco bardziej podejrzanymi inwestycjami. Spalinowych, ale nie elektrycznych. Na niektórych rynkach samochody elektryczne stają się zbliżone atrakcyjnością. Już teraz. Sentyment inwestorów, ryzyko postrzegane przez banki i fundusze inwestycyjne może przeważyć szalę. Zupełnie realny wydaje mi się scenariusz, w którym w ciągu 2-3 lat samochody elektryczne, zwłaszcza plug-in-hybrids będą postrzegane jako zupełnie normalny wybór. W takiej sytuacji cały dotychczasowy biznes koncernów może stanąć pod znakiem zapytania. Przestawią się na nowe technologie lub zginą. W międzyczasie VW nie będzie mieć pieniędzy na badania, bo będzie spłacać odszkodowania. Co prawda dziś ma w ofercie nawet całkiem ciekawe hybrydy, ale za kilka lat mogą one być równie nowoczesne co Garbus w 1970 roku. Tesla sprzedaje obłędnie drogie samochody, ale są one dobre i własnie nowoczesne. Wspominam tu Tesle, bo to jest bezpośrednia konkurencja dla najbardziej dochodowych na VW samochodów- czyli Porsche Cayenne i Panamera sprzedawanych na amerykańskim rynku. Jeśli PR nie uda się przekonać klientów, że Porsche nie ma nic wspólnego z aferą VW, to ta część tortu- luksusowych samochodów, które nie są z Detroit ma szanse trafić dokładnie do Tesli. 

Kolejną konsekwencją będzie powrót do postrzegania diesli jako "brudnego" paliwa. To ma szanse odwrócić tren dieselizacji samochodów osobowych, co osobiście postrzegam jako pozytywne zjawisko. Jednak to Europa i europejscy producenci są kojarzeni z dieslami w samochodach osobowych i na pewno straci nie tylko VW, ale mniej lub bardziej wszyscy. Co najmniej tę przewagę nad konkurencją. A szczerze- jeśli kupowanie diesla nie ma sensu to dlaczego kupować samochód europejski a nie japoński?

W najgorszym (a może najlepszym?) scenariuszu wszyscy producenci samochodów spalinowych będą postrzegani przez inwestorów jak dziś górnictwo węglowe. Czyli jak zombie. Chodzące trupy, chodzące tak długo aż w końcu padną i wszyscy odetchną, a tymczasem w tle rosną i kwitną nowe technologie nie mające z nimi nic wspólnego. Przypominam, że przez jakiś czas to koncerny naftowe były największymi inwestorami w technologie PV, szukając nowego modelu biznesu. W końcu się okazało, że się do tego nie nadaja, a nowym biznesem zajęli się ci, którzy wiedzieli z czym się go je. Tak samo nowe technologie transportu będą działać po nowemu?

Uchodźcy w Urugwaju

Próbuję sobie wyrobić jakąś spójną opinię co do fali uchodźców z Syrii i innych krajów ogarniętych konfliktami.
Właściwie wszystkie informacje, które są oficjalnymi danymi nie zgadzają się z powszechną percepcją, a relacje podawane przez świadków są wzajemnie całkowicie sprzeczne. Jedni mówią o tłumach biednych uchodźców, którzy dziadują w drodze do bezpiecznego świata, drudzy zauważają brak szacunku do państw przyjmujących uchodźców, pogardliwe traktowanie zarówno ofiarowanej pomocy, jak też samych mieszkańców przyjmujących krajów Europy.
To rodzi z jednej strony niechęć do uchodźców, a z drugiej stwarza piękny grunt dla spiskowego poszukiwania drugiego dna, którym może być wszystko od inwazji muzułmanów, przez spisek terrorystów, plany załamania gospodarek Europy przez obciążenie systemu zasiłków aż do akcji mającej na celu rozbicie UE.
Na szczęście znów na końcu świata dzieją się dziwne rzeczy rzucające nowe światło na mętną wodę.
Otóż jakiś, dłuższy czas temu wiceprezydent Urugwaju wybrał się m.in. do obozu syryjskich uchodźców w Jordanii. Jak zobaczył tamte warunki, to zadeklarował, że Urugwaj przyjmie uchodźców. Zgłosiło się 7 rodzin, razem 73 osoby. Nie wiem, czy taki przedstawiono limit, czy zaledwie tyle się zgłosiło.
Dalej było śmiesznie. Rząd poinformował, że zapewni uchodźcom domy i pracę. Uchodźcy dowiedzieli się w ambasadzie, ze przeciętne dochody gospodarstwa domowego w Urugwaju to około 1500 USD miesięcznie, więc się wybrali.
Przewijamy do dziś i co widzimy? Protest. Przed pałacem prezydenckim w Montevideo dziś byli uchodźcy syryjscy i domagali się.... biletów i dokumentów pozwalających na wjazd do Libanu. Właściwie od tego miejsca dla mnei się rozpoczęła ta historia, bo ja po prostu to dziś przeczytałem w gazecie. Informacja była tak absurdalna, że również dziennikarze chyba nie do końca wiedzieli co napisac, więc i artykuł wyszedł mętny. Można zapoznać się samemu- tu jest link do El Obsevador,, tu do El Pais  Zdaje się, że dziennikarze z obu tych gazet byli na miejscu i osobiście wypytywali się protestujących, więc historyjki sa różne i wzajemnie się uzupełniają. Choć nadal nie bardzo wiadomo o co tym imigrantom chodzi.
Z powyższych opisów zrekonstruowałem historię. Uchodźcy twierdzili, że zostali oszukani i teraz chcą wrócić. Twierdzą, ze w Libanie będzie im lepiej. Kto zna hiszpański szczerze polecam posłuchać wywiadu, który jest w artykule pod pierwszym linkiem. Jeszcze chętniej- jeśli ktoś zna arabski bardzo bym prosił o komentarz z tłumaczeniem.
Dla wyjaśnienia wszystkim pozostałym: dziennikarz przeprowadzał wywiad, ale na pytania odpowiadał tylko jeden z uchodźców, czy ich tłumacz lub rzecznik (zupełnie nie wynikało to z kontekstu). Reszta najwyraźniej nie znała hiszpańskiego w ogóle. Twierdzili, że zostali oszukani, bo rząd im powiedział, że dostaną domy i pracę. To usłyszeli. Na miejscu okazało się, ze nie domy a mieszkania, i w ogóle to rząd im nie dał a tylko jakoś zapłacił, a za dwa lata to oni będą musieli płacić albo ich wyrzucą na ulicę. Warto dodać, że osobnik posługujący się hiszpańskim nie użył słowa najem, co oznacza, ze bezpośrednio tłumaczył rozmówcę, który nie zna takiego konceptu lub on sam nie znał. Dać dom, to dać dom. Trochę się nabijam, ale w sumie to ludzie wychowani w PRL, a jeszcze bardziej w ZSRR też niekoniecznie rozumieli koncepcję rynkowego najmu.
Następne pretensje dotyczyły strasznej drożyzny i tego, że na nic ich nie stać, strasznej przestępczości i tego, że można być pobitym i okradzionym na ulicy oraz tego, że społeczeństwo ich nie lubi.
WTF???
Zaczynając od najprostszych rzeczy- w kwestii bezpieczeństwa brakuje do najspokojniejszych krajów Europy, ale nie jest źle. Bardzo dobrze na tle Am. Łac., choć różne przykrości mogą się wydarzyć, niestety. Ale nadal jest to bezpieczny kraj, a ci ludzie ponoć uciekali od wojny i następnie beznadziei obozu dla uchodźców.
Ceny żywności są zbliżone do polskich, za to otrzymuje sie produkty nieporównywalnie lepszej jakości. Ceny wyrobów przemysłowych są wyższe, z jakością bywa różnie. W porównaniu do Bliskiego Wschodu być może to jest drogo. Nie wiem. Na tle Am. Łac. na pewno jest drogo, na tle Europy Zach- nie bardzo..
Społeczeństwo Urugwaju generalnie jest dość egalitarne, większość Urugwajczyjków ceni sobie spokój i wspólnotę. W pewnym sensie przypominają Skandynawów, ale mimo wszystko ze sporą dawką latynoskiej ekspresyjności (choć mniejszą niż gdziekolwiek indziej). Aby tacy ludzie zaczęli okazywać niechęć, to naprawdę trzeba być nieprzeciętnym bucem. Lub człowiekiem, który nie bardzo potrafi to ocenić, oczekując większej ekspresji, którą nie do końca znajdzie w Urugwaju. Nie znam tych konkretnych uchodźców, nie wiem jacy akurat to są ludzie, nie bedę tego oceniać.
Wracając do niedotrzymanych obietnic- migrant narzekał, że podobno pensje wynoszą 1500 USD, a on zarabia 11000 $ (to symbol peso), czyli niecałe 400 USD miesięcznie, a ma niepracującą żonę i trójkę dzieci na utrzymaniu. Prawda, 1450 zł na pięcioosobową rodzinę, nawet bez kosztów mieszkania to jest straszne dziadostwo. Ale skąd mu się wzięło to 1500 USD? To jest przeciętny, miesięczny dochód gospodarstwa domowego. W kraju, gdzie praca kobiet jest normą, stąd ta wielkość. Co więcej, w kraju, gdzie młodzi dość szybko rozpoczynają pracę, ale wyprowadzają sie z domu dopiero w celu małżeńskim. Stąd dochody gospodarstwa domowego mocno przekraczają jedną pensję, co dla arabskiej głowy domu jest dość egzotyczne. Poza tym mówimy o średniej, a nie nawet medianie, czyli kwalifikacjach powyżej średnich. Osoba bez zawodu (jak przypuszczam z kontekstu), a nawet znajmości j.hiszpańskiego nie ma kwalifikacji, które można określać jako średnie. W dość oczywisty sposób nadaje się tylko do najprostszych prac fizycznych i te 11000 $ jest za to normalnym wynagrodzeniem. To z dużym trudem wystarczy na oszczędne ogarnięcie podstawowych potrzeb rodziny i praktycznie nic więcej. Ma zupełną rację, że te pieniądze na wynajem czegokolwiek do mieszkania i wyżywienie rodziny już nie wystarczą. Nawet w najbardziej dziadowski sposób, a co mówić o reszcie? Do tego w Urugwaju zasiłki na dzieci są bardzo niskie. Nie pamiętam dokładnie ile, ale jak z ciekawości sprawdzałem, były to sumy bez większego znaczenia ekonomicznego.
Do tego miejsca powiedzmy, że wzajemnie się rozumiemy. Niska pensja, dziadowskie życie, rodzina na utrzymaniu. Ale- jeśli jest prawdą, że ten człowiek uciekał przed wojną i przemocą, a obecnie ma dach nad głową, stałą pracę, dokumenty i perspektywę życia w nowym kraju i to wszystko odrzuca domagając się następnego transferu w strefę przywojenną to ja tego nie rozumiem. Doświadczeniem milionów Polaków w obecnym i poprzednim pokoleniu jest emigracja. Moim też. Każdy z nas miał swoje powody, którym częściej był ogólny syf i beznadzieja dookoła niż konkretne zagrożenie. Ale większość z polskich uchodźców lat 80-tych, którzy trafiali na miesiące i lata do obozów internowania w rozpadających się hotelach całowałaby po rękach tych, którzy zaproponowali takie warunki. Od razu samodzielne mieszkanie za darmo na 2 lata, załatwiona praca pomimo braku znajomości języka, kurs tego języka (o ile dysfunkcjonalna urugwajska administracja potrafiła to zrobić...), pełna (i niezła) opieka zdrowotna dla rodziny. To jest mało? Prawda, nie ma żadnych zasiłków socjalnych. Ale Urugwajczycy też ich nie mają. Choć właściwie- dostają pieniądze na czynsz. I są strasznie obrażeni, że jak ich nie przekażą dalej to wyrzuci się ich z mieszkania....
W tym kontekście widać różnice kulturowe. Europejczyk, ba, nawet mieszkaniec któregokolwiek z zakątków byłego ZSRR, tym bardziej wschodni Azjata po prostu by się wziął do pracy. Najpierw nauczyć się języka, jeśli potrzeba pieniędzy brać nadgodzin ile się da. Potem myśleć dalej. Może się poddać i kobitę też wysłać do pracy, może walczyć samemu i wziąć drugi etat. Może kombinować i jak najszybciej pójść na swoje? To są pytania jakie zadaje sobie Polak na emigracji.  Każdy przedstawiciel cywilizacji Zachodu lub Wschodu.
Wracając do naszych migrantów. Kolejna rodzina. Od nich zaczęło się to absurdalne zadanie dokumentów pozwalających na przejazd do Libanu. Dlaczego tak? Otóż wszyscy otrzymali urugwajskie dokumenty uchodźców. Jest to odpowiednik paszportu, z którym można podróżować po świecie tak samo jak na urugwajskim paszporcie. No i tej rodziny, która sobie poleciała do Turcji, po prostu tam nie wpuszczono. Spędzili 20 dni na lotnisku w Istambule, po czym ich deportowano do Urugwaju. W końcu mieli urugwajskie dokumenty. Stąd pojawiło się żądanie dostarczenia przez rząd Urugwaju dokumentów, wystarczających do dotarcia do Libanu. Zasadniczo dość absurdalne, bo to państwo-gospodarz decyduje o tym kogo wpuścić a kogo nie i jaki reżim wizowy wprowadzać. Na te żądania, wiceminister odpowiedział bardzo przytomnie, mianowicie, że wyśle zapytanie do ONZ, władnego w sprawach uchodźców. To sie zapewne skończy odbiciem piłeczki, ale rząd Urugwaju zrobi swoje i przynajmniej nie będzie męczony przez dziennikarzy. 
Wspominam o dziennikarzach, bo zdaje się, że poziom wiedzy o kraju i rozumienia czegokolwiek przez tych uchodźców zupełnie wyklucza ogarnięcie prostego faktu, że to państwo na którego granicy się znajdują decyduje kogo wpuścić, a kogo nie.

Już całkiem zabawnie wyszło z ta rodziną, którą deportowano z Turcji. W Urugwaju tez mają kłopoty. Mianowicie nie posłali dzieci do szkoły. Jak na razie tylko wszczęto dochodzenie w tej sprawie, ale w socjalistycznym kraju jest to dość poważna sprawa. Tego też najwyraźniej nie rozumieją.

To jest właśnie w pigułce większość problemu uchodźców syryjskich i chyba nie tylko syryjskich. Otrzymują możliwość startu, wsparcie i opiekę na początku. Zakres tego wsparcia my, ludzie z cywilizacji zachodniej uważamy za rozsądny i uczciwy. Uważamy, że jest naszym obowiązkiem pomóc bliźnim w potrzebie. Problem polega na tym, że zarówno Arabowie jak i Kacapowie tego konceptu nie rozumieją. Oni innym nie pomogą, więc nie bardzo rozumieją, jak taka pomoc normalnie wygląda. Dlatego też nie wiedzą, czego mogą się spodziewać. A przecież traktowanie tych ludzi w Urugwaju jest znacznie lepsze niż było Polaków w latach 80-tych.
A dziś minister odpowiedział, że Urugwaj przyjmuje i będzie przyjmować uchodźców, będzie im wydawać dokumenty zgodnie z konwencjami, ale nie będzie sponsorować przejazdów, które by sobie imigranci życzyli. Co jest zupełnie uczciwym postawieniem sprawy.
Jak przypuszczam takie postawienie sprawy wydaje się przyzwoite i uczciwe dla olbrzymiej większości, jak nie prawie całości społeczeństwa Urugwaju. Obszar tego kraju całkiem niedawno przestał być bezludny, prawie każdy z mieszkańców znał osobiście swojego przodka, który zszedł ze statku, zazwyczaj z niczym i musiał sobie radzić w nowym miejscu. Bardzo wielu Żydów uciekło tu z Europy, bo pod koniec lat 30-tych nie było zbyt dużego wyboru krajów do których w ogóle zostaliby przyjęci. To są wszystko znane powszechnie historie rodzinne. Stąd zupełnie oczywiste nastawienie społeczeństwa- pomoc tak, zapewnienie uchodźcom uczciwego startu- też, jak najbardziej. Przez rok, może dwa. Aż nauczą się języka, zrozumieją podstawowe zasady społeczne i będą mogli normalnie funkcjonować. A zachowanie jak tych uchodźców jest dla Urugwajczyków po prostu szokiem.
To jest sedno problemu. Szok kulturowy. W obie strony. Nie żaden spisek, najazd kogokolwiek. Z naszego, europejskiego punktu widzenia to jest postawa ekstremalnie roszczeniowa. A dokładniej tak bardzo, że zastanawiamy się czy ci ludzie naprawdę są uchodźcami, czy są zdrowi psychicznie i skąd się w ogóle wzięli?

A na koniec zabawny drobiazg. Wiadomo, że marzeniem każdego syryjskiego uchodźcy jest dostać się do Niemiec. Ale nawet nie próbują tam jechać, chcieli przecież przez Turcję. Tylko, że urugwajski paszport uchodźcy jest traktowany tak samo jak paszport obywatela Urugwaju. To znaczy, że do strefy Schengen mogą wjechać BEZ WIZY. Dokładnie, całe to towarzystwo może się wybrać na lotnisko, wsiąść w samolot i wysiąść w Berlinie beż żadnych problemów. No, chyba, że straż graniczna ich zatrzyma...

P.S.
Sporo zmienia obraz rzeczy informacja, jaką podał minister w związku z tym protestem. Te 5 rodzin to była druga grupa uchodźców. Pierwsza, 8 rodzin nie sprawia problemów. Róznica polegała na tym, że pierwsza spędziłanajpier 8 tygodni w osrodku dla uchodźców, gdzie uczono ich języka i podstaw funkcjonowania w społeczeństwie, drugą od razu wysłano do mieszkań i pracy. 
To oznacza, że najpierw kurs z języka i kultury jest absolutnie konieczny i on nawet może załatwić większość sprawy.


Lodołamacz

Do dość skromych kompetencji Prezydenta Rzeczypospolitej należy m.in. reprezentowanie państwa w stosunkach zagranicznych. Styl w jakim rozpoczynanie tych obowiązków rozpoczął obecny prezydent jest... mocny.
Pokazuje to, co wie każdy, kto potrafi obserować i nie jest zaczadzony propagandą. Że Andrzej Duda jest człowiekiem mającym niezłe kontakty, rozeznanie i świetnie przygotowanym co najmniej do polityki europejskiej. Co każe przypuszczać, że w PE pracował i wyrabiał kontakty, a nie spał i wyłudzał kilometrówki. Dziś, na nowym stanowisku widać jak ładnie i szybko to zaprocentowało. Wizyta w Estonii w rocznicę paktu Ribbentrop- Mołotow to maksymalne możliwe wsparcie, jakiego teraz może państwom nadbałtyckim udzielić. Oraz, przy okazji, dyplomatyczny sygnał pod adresem Litwy. Pamiętajmy, że są to małe kraje, zakompleksione jak wszyscy po komunie. Do tego dokładamy neurotyczne podejście Litwy do polskiej mniejszości i mamy przepis na natychmiastową awanturę wewnętrzną w polityce litewskiej. Która już nastapiła. Przynajmniej w takim zakresie, że w atakach medialnych na władzę punktem odniesienia jest nieudolna politka wobec Polski, bo Duda najpierw jedzie do Tallina. Tak, wiadomo, media histeryzują, jak zawsze, ale także narzucają pewną narrację. I to właśnie jest już olbrzymim sukcesem- narzucenie jako istotnej części sporu politycznego relacji z Polską. Jako relacji zasadniczych dla bezpieczeństwa Litwy. Komorowski był ignorowany, w końcu zupełnie słusznie, Duda jest zawodnikiem wagi ciężkiej, który już zmienił kurs polityki. 

Następną niespodziankę jest spotkanie głów państw Europy Srodkowej przed szczytem NATO. Jak  oficjalnie zapowiedziano "zorganizowane wspólnie przez prezydentów Polski i Rumunii". Cóż, takich zaproszeń się nie odrzuca (w końcu Polska i Rumunia razem stanowią jakieś 80% potencjału NATO w Europie Środkowej). To pokazuje, kto liczy się dyplomatycznie, czego skutkiem była natyhmiastowa burza, dla odmiany w czeskich mediach. W końcu to gospodarczo trzeci kraj regionu. Z prorosyjskim prezydentem, który właśnie został odizolowany dyplomatycznie. I jest grilowany z tego powodu przez wspomniane czeskie media.
To wszystko nastąpiło tak szybko i sprawnie, że propaganda Kremla jeszcze nie zdążyła wymyslić żadnej narracji, a co najmniej nie rozesłali jej na czas. Nawet Korwin- Mikke jeszcze nie ma żadnej opinii na te tematy (chyba, ale żadna z kacapskich tub nic nie wrzeszczała, więc on chyba też nie)

Mnie zaskoczyło, choć tylko na początku, że nie zapowiedziano żadnego terminu wizyty na Ukrainie. Wyjaśnienie jest dość proste- zaufanie i wspólnota interesów są na tyle duże, że żadne kurtuazyjne wizyty nie sa potrzebne. Pojedzie wtedy, gdy będzie mieć konkrety w ręku. Na razie te konkrety mogą obejmować co najmniej działania sojuszników, bo na jakiekąkolwiek wiarygodność w polityce wewnętrznej lub zagranicznej obecnego polskiego rządu przecież za bardzo liczyć nie mozna. Za bardzo, to nie znaczy, że nie można kompletnie, co mniej oderwani od rzeczywistości członkowie PO zdają sobie sprawę z istnienia sądów i prokuratur i obecnie nie zrobią zbyt wielu rzeczy mogących zahaczyć o zdradę stanu. W skrócie- czasy Sikorskiego i Komorowskiego na szczęście minęły, miejmy nadzieję, że bezpowrotnie. Choć rozumiem, ze akurat tych dwóch panów można w całości wytłumaczyć kwestiami zdrowotnymi.
Polska, reprezentowana praktycznie samodzielnie przez prezydenta, w ciągu dwóch tygodni stała się głównym rozgrywającym w Europie Srodkowej. Przy całkowitej bierności rządu. Po prostu realne i kompetentne podejście do polityki. Żadne próby samodzielnego udawania europejskiego mocarstwa i żadne wylizywanie butów kanclerza, realna polityka w nieprawdopodobnie sprawnym wykonaniu. W polityce, jak w każdym zawodzie bywaja lenie, partacze, wyrobnicy i wirtuozi, Duda jak na razie pokazuje, należy do tej ostatniej kategorii. Zobaczymy jak dalej pójdzie.
Ale na to trzeba nałożyć całkiem sprzyjającą Polsce koniunkturę miedzynarodową. Na dziś, dla rozpoczęcia prawdziwego czasu prosperity Polski, potrzeba jedynie kilku rzeczy: powstrzymania Rosji. Powstrzymania, a nie pokonania, zaznaczam. Oprócz tego jakiegoś neutralizowania nadmiernych wpływów Niemiec w UE i wreszcie reform państwa. Patrząc na powyższe działania w polityce zagranicznej o dwie pierwsze rzeczy prawie nie ma się co obawiac. Reforma państwa to będzie problem rządu, a nie prezydenta. I to bedzie zabawne. Wszędzie chodza plotki jak to obecny rząd, wzorem Komorowskiego, wyrywa sedesy i zostawia pustą kasę oraz miny budżetowe. Jak się trzymamy prezydentów to posłuchajmy jeszcze Kwaśniewskiego, który bardzo ładnie i jednym tchem wymienił trzy najbardziej skorumpowane instytucje w Polsce, czyli telewizję publiczną, służby specjalne i Prokuraturę trzeba jakoś załatwić. Do tego mamy szczekanie psiarni za pieniądze miedzynarodowych koncernów (jak się kasa budżetowa dla Agory i okolic skurczy) i mamy bardzo zabawną sytuację. Ale na pocieszenie mozna dodać, że Polska jest relatywnie w dużo lepszej sytuacji niż Czechy. Obecnie różnica w poziomie rozwoju prawie całkowicie zanikła, a przecież jeszcze pod koniec komuny była całkiem spora. Ale u nich towarzystwo poststalinowców w stylu Unii Wolności rządziło na zmianę z postkomuną praktycznie cały czas ostatnich 25 lat, a w Polsce tylko 20 z nich. Przyglądając się dokładnie ten krótki czas innej polskiej polityki spowodował tę różnicę w rozwoju- poprzez brak w Polsce kuponowej prywatyzacji, zachowanie kluczowej infrastruktury, stworzenie jakiś warunków dla nowych inwestycji. Czechy w międzyczasie dokańczały swoją drogę z zamożnej przemysłowo-handlowej europejskiej demokracji z poczatków 20 w. do kraju tanich wyrobników w montowniach. Polska w tym samym czasie pokonała drogę z kraju małorolnych analfabetów do kraju tanich wyrobników w montowniach.  I nie cała gospodarka jest w rękach kilku byłych ubeków.

Dla sukcesu teraz potrzebny jest etap budowania wpłwów politycznych, własnego przemysłu i ekspansji. I znów widać różnicę. Budowa wspólnoty środkowoeuropejskiej, z realnym wpływem polskiej gospodarki i armii to jest doskonały PR i ułatwienie działania polskich firm. Czesi w tym czasie właśnie skazuja się na izolację polityczną, po tym jak już sprzedali całość własnej myśli technicznej i pozbawili się możliwości rozwoju (a przecież w 1990 r. te możliwości były jeszcze nieporównywalne).

Ja oczekuję jeszcze tylko jednej rzeczy- wyrzucenia z życia politycznego całości postkomunistycznego układu (a dziś już prawie planktonu) i zrobienia miejsca na scenie politycznej dla prawdziwej lewicy. Stąd z niemałą życzliwością obserwuję powstawanie partii "Razem". Ze swoim podejściem mogą stać sie tą prawdziwą lewicą. Albo ktoś inny. Jakieś ochłapy neoliberałów mogą zawsze zostać, czy bedzie to nowa partia banksterów, czy dotychczasowa PO to żadna różnica. Jeszcze tylko brakowałoby prawdziwej partii Zielonych i polska demokracja byłaby taką jak zachodnia. A i razem z tym i kraj. Ale najpierw to PiS musi wygrać wybory. Jak lodołamacz, który oczyści pole i dopiero za nim mogą przejść ci którzy są krajowi potrzebni. A zamiast Sejmu działacze SLD mogą zawsze zwiedzać Domy Starców, a działacze PSL Zakłady Karne.

Grecy i oligarchia

Referendum w Grecji. Było, skończyło się. Grecy odpowiadali na pytanie czy zgadzają się na warunki bailuotu zaproponowane przez wierzycieli negocjujących z greckim rządem. Obywatele nie zgodzili się. 

Do teraz historia toczyła się w miarę normalnie. Klasyczna pułapka zadłużenia w jaką wpadło lub zostało wpakowanych dziesiątki państw wcześniej. I niejedna firma. Zupełnie klasyczna skorumpowana sitwa rządowo-oligarchiczna, która z jednej strony tworzy klimat administracyjny i regulacyjny dla pasienia się oligarchów, a z drugiej z tej oligarchii korzysta dla utrzymania się przy władzy. Mechanizm jest dość prosty i powszechnie znany. Powstają jakieś zmiany w przepisach, niezauważone dla większości, korzystne dla jakiś biznesmenów. Ostateczną wersją takiej metody jest kryzys płynności rządu i sektora bankowego, który umożliwia przygotowanym na to inwestorom wykupienie co bardziej interesującego majątku produkcyjnego za ułamek wartości. 

Taką metodę z powodzeniem stosowali Brytole w szczycie swojego imperium. Nie oni pierwsi, ani ostatni, ale ze względu na dominację na morzach, interesu dookoła świata oraz dominację prywatnego, a raczej oligarchicznego kapitału- robili to szczególnie spektakularnie. Otóż, brytyjscy kupcy byli wszędzie. Kupując lokalne towary, sprzedając swoje wyroby przemysłowe. Promując wolny handel i nowoczesność. Nowoczesność polega na tym, że kupuje się wyroby brytyjskiego przemysłu, o których kupcy informują, że są nowoczesne. A wolny handel na tym, że nie pobiera się ceł od importu brytyjskich towarów ani od eksportu surowców. W całym tym schemacie najważniejsze jednak były banki. Brytyjskie banki udzielające pożyczek na zakup brytyjskich towarów, zwykle nisko oprocentowanych. Gospodarki krajów Ameryki Łacińskiej i Azji  rozwijały się. Na modelu eksportu surowców bogaciła się elita, która także miała dostęp do importowanych towarów luksusowych. Wspaniały model dla lokalnej elity. Nic dziwnego, ze przekładał się także na władzę polityczną. Czasem był to kacyk, a czasem fasadowa demokracja, z jakimiś partiami a bywa, że i wyborami. A jak władca lub elita sprzeciwiły się braniu kredytów, to wysyłano kanonierki.

Klasycznych przykładów takiej polityki najwięcej można znaleźć chyba w historii Argentyny. Praktycznie całe 200 lat to kolejne próby uniezależnienia się od obcej i własnej oligarchii i kolejne mniej lub bardziej udane ludowe projekty polityczne ku temu zmierzające. Za pierwszym podejściem, kiedy dopiero co pozbyto się kolonizatorów z Hiszpanii i naród autentycznie chciał jakiegoś rozwoju, a wśród elit było wielu idealistów, to udało się obronić niezależność polityczną i ekonomiczną, za cenę utraty poważnej części terytorium (dzisiejszego Urugwaju i Malwinów). Któreś z następnych podejść miało miejsce w 1889 roku. Kryzys w Argentynie w tym roku wybuchł z potężną siłą, kiedy ogólnoświatowa panika giełdowa pozbawiła kraj płynności. Rządy oligarchów nie musiały się przejmować takimi rzeczami. W końcu nie oni zbankrutowali więc sprzedali za drobne sieć kolejową Brytyjczykom. To miało znaczenie znacznie większe niż dziś, bo pod koniec 19 wieku kto kontrolował kolej, ten kontrolował gospodarkę. Taryfy przewozowe, czasu przewozów, a nawet w ogóle możliwość przewiezienia danych towarów decydował o opłacalności każdej produkcji, rolnictwa czy górnictwa. Nic dziwnego zatem, że po tym kryzysie Argentyna stała się krajem wyłacznie surowcowym, a co ciekawsze sektory gospodarki bardzo szybko znalazły się w rękach brytyjskich inwestorów. Jednak w trakcie kryzysu powstał zorganizowany opór społeczny- pierwsza nowoczesna partia polityczna, czyli Union Civica Radical. Na początku sprzeciwiali się nie do końca politycznymi metodami, bo od 1891 do 97 trwało faktycznie powstanie zbrojne przeciw rządom oligarchii. Zresztą politycznymi metodami za dużo nie dało się zrobić. Wybory były, prawdopodobnie nawet kandydaci UCR je regularnie wygrywali, tylko ogłaszane wyniki utrzymywały oligarchów przy władzy. A politycy i oligarchowie byli bezkarni, bo w ostateczności zawsze były brytyjskie kanonierki dla "zapewnienia porządku". Sytuacja zmieniła się w 1916 roku, kiedy brytyjskie kanonierki były chwilowo zajęte poszukiwaniem U-bootów i prezydentura przypadła przedstawicielowi UCR. Który natychmiast rozszerzył prawa wyborcze i zmienił sposób przeprowadzania wyborów wprowadzając tajne głosowanie i wiarygodny system liczenia głosów. Do upodmiotowienia ludu jeszcze było daleko, ale to był bardzo poważny krok. Od tego czasu oligarchia dla zachowania status quo musiała wspomagać się wojskiem, ale to zupełnie inna historia.

Można wrócić do Grecji. Przecież ten schemat jest dokładnie ten sam. Wmuszone pożyczki, które w istocie trafiły do kieszeni koncernów powiązanych z kredytodawcami i lokalnej oligarchii (a kto niby budował cąłą tę infrastrukturę, zwłaszcza na Olimpiadę?) współpraca lokalnej oligarchii z międzynarodową banksterką. Następnie kryzys finansowy i programy ratowania wymuszające prywatyzację najważniejszych elementów infrastruktury i likwidację konkurencji dla koncernów powiązanych z pożyczkodawcami (w Grecji chodziło o małą, ale dochodową zbrojeniówkę). Przerzucanie kosztów na społeczeństwo i obronę oligarchów. Przecież Trojka nie chciała zatwierdzić planu, który by polegał na uszczelnieniu systemu podatkowego, choć jest zupełnie oczywistym, że właśnie minimalne opodatkowanie oligarchów może wystarczyć spięcie planu spłaty długów. 
Powstanie i sukces Syrizy był dokładnie tym samym co UCR 125 lat wcześniej w Argentynie. 

A co będzie dalej?

W najbardziej optymistycznym wariancie rząd przetrwa i przeprowadzi swój plan reform. Dziś już nie związany pomysłami IMF i okolic Ale to wymaga spokoju, dojrzałości politycznej zarówno rządzących, jak też narodu. Oraz braku interwencji militarnej. Swojej lub obcej. W ten sposób Grecy mają szansę wyjść z upodlenia 25% bezrobociem i emeryturami po 400 euro. 
Znacznie ciekawsza jest sytuacja drugiego z graczy, czyli IMF. Instytucja, której każdy chce unikać juz dziś. Przynajmniej każdy kto ma jakąś alternatywę (np. Ukraina nie ma..). Ich biura są likwidowane w kolejnych krajach. Ale jeszcze nikt się nie postawił tak mocno przed spłatą długów. Jeśli obecny grecki rząd wyjdzie z tego kryzysu, przeprowadzi swój plan reform i kiedyś odda forsę dla Trojki olewając ich rady- to będzie bardzo blisko końca tej instytucji. 
Jest to także bardzo zła informacja dla wszelkich wielkich koncernów przemysłowych i budowlanych z pierwszego świata. Czyli Siemensa, Alstomu i całego pozostałego zestawu z listy najbardziej korumpujących firm świata. Nie to, że stracą szczególnie dużo. Ale to, że czas wielkich żniw się skończył.
Co ważniejsze- to Grecy policzyli głosy. 

Aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas

I z pieśnią, że już blisko świt szli ulicami miast

Wyjaśnieniu hejtu dla Kacapii

Poprzedni post, oprócz technicznego omówienia świętej relikwii Armii Radzieckiej charakteryzował się jeszcze dość obfitym stosowaniem określenia, które wschodnia propaganda najchętniej by usunęła ze słownika. To mogło razić jako pewne nadużycie, ale miało zupełnie racjonalny i sensowny cel.

Otóż liczyłem na to, że tekst ten będzie wysoko w rankingach kremlowskich trolli. Jako miejsce do niszczenia dyskusji, tradycyjnego hejtu i całego innego szmaciarstwa, które to bydło uprawia. 

Oni działają według bardzo prostych algorytmów, wiec się nie pomyliłem, ściągnąłem sporo takich komentarzy. Blogger i pozostałe serwisy blogowego też działają według całkiem prostego algorytmu. Jeśli wystarczająco wielu blogerów oznaczy jako spam wiadomości wychodzące z konkretnego adresu IP (albo klasy adresów, jeśli działa według starszego systemu), to w końcu ten adres zostanie od razu rozpoznany jako podejrzany we wszystkich serwisach i z zasady najpierw wrzucany do spamu. Co więcej, Blogger, Aksimet i inne uczą się także zwrotów i słów kluczowych pojawiających się w spamie. Następnie konkretne adresy IP są oznaczane z definicji jako spamerskie i bardzo trudno jest z nich przesłać jakąkolwiek wiadomość. Czasem nawet zwykłego maila.

Z tego opisu już chyba wszystko jest jasne. Z przyjemnością czekałem na stada moskiewskich trolli i się nie zawiodłem. Oczywiście wy tych komentarzy już nie zobaczycie. Nikt ich już nie zobaczy.
Tak samo jak setek innych na wielu innych blogach w ładnych paru językach. 

W sumie to wyszło zabawnie. Wielki rosyjski plan zdominowania internetu, na który wyłożyli naprawdę duże pieniądze. Kto był wystarczająco pozbawiony przyzwoitości i mający odrobinę sprytu mógł całkiem ładnie zarobić. Dziś kończą się pieniądze, a przy okazji coraz trudniej się troluje, bo tacy amatorzy jak ja mamy proste możliwości i narzędzia aby tak szeroką akcję skutecznie psuć. Co przy okazji całkiem zabawnie dezorganizuje resztki rosyjskiej gospodarki, bo nagle są problemy z przesyłaniem maili z biurowców w których są firmy spamerskie. Hehe....
Trochę się tego towarzystwa jeszcze znajdzie, ale dyskusja powoli wraca do kulturalnego poziomu, czego się spodziewam w dalszym ciągu, nie tylko tutaj, ale i na innych polskich blogach i forach. 

Przy okazji okazało, że wyrzucanie ewidentnego moskiewskiego spamu skutkuje też automatycznym blokowaniem miłośników Korwina oraz Brauna. Kto by pomyślał?