- Dodając trochę do poprzedniego wpisu pod tym tytułem- moją tezą jest- nie potrzeba niczego ponadto, co już istnieje- może z odrobiną ulepszeń. Ale za to fizyki się nie przeskoczy. Ograniczenia są, jakie są i żadne pomysły rodem ze StarTreka tego nie zmienią. Ale poza tym, trzymając się ziemi i nie odlatując za daleko- można sobie wyobrazić parę rzeczy:
- Przypuśćmy, że na poziomie elit biznesowych, finansowych i politycznych zapada konsensus- wobec wyzwań obecnej sytuacji energetycznej przebudowujemy w całości gospodarkę na źródła odnawialne i działamy konsekwentnie w tym kierunku. Nawet tego typu deklaracje się zdarzają.
- Więc pewien technologiczny opis stanu docelowego. Akurat konkretne miejsce nie ma za dużego znaczenia. To, że sieć energetyczną można w dużej części oprzeć na źródłach odnawialnych jest w miarę oczywiste- czy w całości- to oczywiście inne pytanie. Widziałem badania (oczywiście nie pamiętam gdzie- był to jakiś niemiecki instytut), w których wyliczano, że przy zabezpieczeniu potrzeb rzędu 9% z niezawodnych elektrowni wodnych można całą sieć oprzeć na źródłach odnawialnych i da się to jakoś zbilansować. Kluczem do wszystkiego jest jednak transport. Jeśli będzie istnieć nowoczesna sieć transportowa, cywilizacja pozostanie.
- Słoniem w menażerii jest tu samochód osobowy. Każdy może sam zobaczyć jaką część wydatków na ogólnie pojęte wyroby przemysłowe przeznacza na samochód i rzeczy z nim związana, a jaką na całą resztę. Ale tylko przemysłowe- nieprzetworzona żywność i energia nimi nie są (paliwa w sporej części- tej rafineryjnej).
- Otóż, pomimo prób, dobry i sensowny samochód na energię odnawialną można zrobić tylko jako zasilany bateriami, w których to wypadku obecna technologia nie jest wcale taka odległa od teoretycznych limitów. Problem polega na tym, że do utrzymania jazdy samochodem osobowym po dobrej drodze z prędkością, gdzie opór powietrza jeszcze nie stanowi dużego problemu potrzeba ok. 10 kW, czyli na taką jazdę (znaczy powiedzmy 90 km/h na autostradzie) przez godzinę potrzeba 10 kWh (można to zmniejszyć zwężają opony- ale kosztem drogi hamowania)- ok. 70-100 kg dobrych baterii litowych. Dodawszy do tego gorsze drogi, jazdę pod górę, a zwłaszcza miejską (choć odzysk energii przy hamowaniu trochę tu może pomóc) mamy to co mamy i żadne sztuczki marketingowców tego nie zmienią. Ale przede wszystkim właśnie ta ilość zużywanej energii wygląda nieco nierealnie i też trudno wyobrazić sobie działanie przemysłu na takim poziomie w oparciu o źródła odnawialne- przynajmniej w początkowym okresie. Choć z drugiej strony oczywiście należy wykorzystać możliwie jak najbardziej istniejąca infrastrukturę, zanim zbuduje się nową, bardziej efektywną.
- Ale dalej- obecne ceny fotowoltaiki są już tak niskie, że można sobie wyobrazić przejście całej energetyki na energię odnawialną, dodawszy do tego oczywiście wiatr- ale jego zasoby zaczynają być, zwłaszcza w Europie, ograniczone. Oczywiście problemem jest to, że wiatr wieje kiedy chce, a słońce świeci tylko w dzień, a w warunkach zimowej Europy i to nie bardzo. Oczywiście jako dodatek może działać smart grid, słuszna ilość elektrowni szczytowo-pompowych, kiedy już zabraknie miejsc na tamy, itp.- ale żadnych złudzeń, chyba przez długi czas nawet najbardziej udanej przebudowy sieci energetycznej sojusznikiem pozostanie 20 stopień zasilania...
- Podsumowując- to wszystko da się zrobić- ale koszty zarówno inwestycyjne, jak też poziomu życia muszą być spore. Droższy i zawodny prąd w sieci w miejsce dostępnych paliw, drastyczne zmniejszenie produkcji przemysłowej i przebudowa jej struktury to są spore wyzwania. Bez kompletnego zawału państwa i struktury społecznej możliwe tylko w krajach relatywnie bogatych, a i to tylko pod warunkiem zgody społeczeństwa. Alternatywą jest co prawda funkcjonowanie w warunkach pogłębiającego się kryzysu i stopniowe staczanie się w stronę Kongo, ale przy braku zaufania społecznego i tak większość oceniałaby takie działania jako złodziejstwo i brak jest jakichkolwiek szans na sukces.
- Teraz- co jest możliwe, zakładając powyższe warunki? Po pierwsze- generalnie transport szynowy. W warunkach miejskich oczywiście klasyczny tramwaj- jest dobry, sprawdzony i względnie tani. Dla pewnego wyobrażenia- opory ruchu na szynach dla przeciętnego nowoczesnego (czyli dość dużego) tramwaju to 4 kW (porównajmy to z samochodem!!!). Patrząc oczywiście na trwałość samego taboru i czas eksploatacji wyposażenia linii mamy ten sam problem- budowanie porządnych rzeczy na dekady zamiast wyrzucania na śmietnik po kilku latach. W warunkach kryzysu to oczywiście zaleta, ale przeniesienie zasobów na inwestycje w takiej sytuacji jest problematyczne. Sensowna sieć tramwajowa może oczywiście tez służyć do transportu towarów- tylko znów- to jest trudność przede wszystkim ze strony biznesowej- jak właściwie to rozliczać? Tego typu rozwiązania jak najbardziej istnieją, ale są wyjątkami i oczywiście najpierw musi istnieć dobra sieć tramwajowa, a dopiero potem można myśleć o adaptacji jej do transportu towarowego.
- Dlatego tez znacznie większym problemem jest transport międzymiastowy i zwłaszcza podmiejski. Międzymiastowy- to właściwie jest całkowicie dzisiejszy model- zelektryfikowana kolej jest czymś co jest i działa. Problemem jest zarządzanie i logistyka, ale generalnie jest zupełnie dobrze- dodatkiem zastępującym samoloty na krótszych trasach oczywiście jest szybka kolej. Znów- to tylko kwestia zgody społecznej na inwestycje.
- Najbardziej problematycznym miejscem są przedmieścia i mniejsze miejscowości. Właściwie zawsze transport w tym zakresie był nieopłacalny. W 19 w. rozwiązywano to tak, że wielkie firmy budujące główną siec kolejową zawierały porozumienia z lokalnymi biznesmenami dopłacając do eksploatacji bocznych linii, które służyły jako feeders (brakuje mi dobrego polskiego słowa) dla głównej linii. Pojawienie się transportu motorowego znakomicie zniszczyło tą ekonomię i następnie boczne linie zaczęły znikać, wszędzie na świecie. I tu pojawia się dość ciekawa konstrukcja pewnej argentyńskiej firmy- Tecnotren. Założenie biznesowe jest ciekawe- stworzyli pojazd do transportu pasażerów po opuszczonych liniach kolejowych. Ten pociąg nie spełnia oficjalnych wymogów bezpieczeństwa dla pojazdów kolejowych, w związku z czym waży 1/4 tego co by musiał ważyć spełniając te wymogi. Maksymalna prędkość 40 km/h, czyli żałosna (ale właściwa dla torów w złym stanie), ale za to silnik 1.7 D fiata (który tu naprawi każdy kowal) i zużycie paliwa, jak podają 16 litrów ropy na 100 km. Oczywiście dostosowanie tego do logistyki towarowej to inny problem, ale sprzęt jest i zdaje się, że staje się całkiem popularny, bo opuszczonych torów akurat w Argentynie nie brakuje. Pojazd ten jest tak mało energożerny, ze po obłożeniu go panelami słonecznymi powinien działać nawet bez doładowywania baterii.
- Oczywiście- zupełnie lokalny transport, czy to ludzi czy towarów, pozostanie domeną samochodów elektrycznych- i tu jest ich nisza- dowóz do lokalnej stacji kolejowej, załadunek, wyładunek. Tak to może działać. Ale o dziwo nie widziałem na rynku żadnego pojazdu elektrycznego o właśnie takim przeznaczeniu. Co nie zmienia faktu, że skonstruowanie go jest raczej łatwe i poradziłby sobie z tym prawie że pan Wiesio co ma garaż. To tak w skrócie- zużycie paliwa bezpośrednio w rolnictwie to jest w najlepszym wypadku traktor elektryczny i wymiana zespołów baterii, a w transporcie morskim na dziś sprawa mało realna- w rzecznym zupełnie inna sytuacja- barka napędzana ogniwami słonecznymi wydaje się dość realnym pomysłem. W ten sposób realnie można zmniejszyć, w miarę postępu inwestycji zużycie paliw kopalnych do powiedzmy 5-10% dzisiejszego. Tylko... Wymaga to oczywiście zgody społecznej, pokonania lobbys zyskujących na utrzymaniu status quo- czyli realnie przekonania stosownych oligarchów, że po zmianach też zarobią. I to jest tak naprawdę największy problem. A jeśli uda się stworzyć system, gdzie zarabia na takim przekształceniu także klasa średnia- co w dużym stopniu się udało w Niemczech, to właściwie sukces jest zapewniony.
- Przekształcenie to oczywiście koszty inwestycji- efektywnie zmniejszenie konsumpcji i dług. Ale z nadzieją na wyjście. Wymaga jedynie wspólnego działania i spójności społecznej, ewentualnie oświeconego zamordyzmu- ale jest on znacznie gorszy niż społeczna zgoda.
Jeszcze o tajnych laboratoriach co mają zbawić świat
Syria- o co właściwie chodzi?
- Poczytałem trochę i mam jakiś obraz sytuacji. Choć o co chodzi w całej tej awanturze nadal nie mam pojęcia- to wszystko nie ma sensu, albo raczej ja wolę wierzyć, że nie ma- bo wszystkie logiczne wyjaśnienia są dość ponure.
- Po pierwsze- oczywiście trudno się dowiedzieć co się naprawdę dzieje. Po przejrzeniu propagandy przeciwników mogę jednak zaryzykować garść twierdzeń. Pierwszy i najważniejszy wniosek- Armia Syryjska absolutnie świadomie prowadziła wszystkie operacje tej wojny domowej tak powoli, jak tylko się dało, maksymalnie oszczędzając siły własnej armii. Także, dość ewidentne było świadome oddanie sporej części terytorium- acz pozbawionego strategicznej wartości przez armię syryjską.
- Patrząc na to dziś- był w tym dość głęboki strategiczny sens. Assad sprawiał wrażenie przegrywającego wojnę- przez co nie dawał pretekstu do otwartej interwencji, oraz wykorzystywał ten czas bardzo intensywnie na przygotowania do ataku przez USA. W jakim stopniu się zdążył przygotować- zapewne dowiemy się wkrótce, niestety. Oraz- co też bardzo ważne- mieszkańcy kraju może i rządu specjalnie nie kochali, ale po bliższym zapoznaniu się z Czeczenami i mieszkańcami muzułmańskich przedmieść UK w znacznym stopni zmienili zdanie, nawet Kurdowie, jak zawsze chętni do separacji, zmienili w ostatnim czasie zdanie i uprzejmie poprosili (a może mniej uprzejmie) o wyniesienie się bojowników z ich terenu. Oczywiście- z drugiej strony Assad prowadząc przewlekłe walki też znakomicie pomaga swoim sojusznikom- Iranowi, bo dopóki trwa awantura w Syrii, Iran jest bezpieczny, a z drugiej strony Rosji- bo spokojnie i metodycznie wyrzynając „Wolnych Syryjczków” częściowo rozwiązuje rosyjski problem Czeczenii. Więc w to, że siły Assada zbyt wielu schwytanych z bronią nie pozostawiają przy życiu- także uważam za wiarygodne.
- Za prawdziwością tego przemawia też drobny fakt- Syria obecnie ściąga amunicję, potrzebną w codziennych walkach, ale przede wszystkim możliwe nowoczesne systemy obrony przeciwlotniczej i przeciwokrętowej- co żadną tajemnicą nie jest. Znaczy broń i możliwości poradzenia sobie z bojownikami mają- to co jest potrzebne to obrona przed USA, UK i Izraelem. A Rosjanie i Persowie ponoć wstrzymują planowe przezbrojenia swoich armii, wysyłając do Syrii co tylko mogą. I o ile Rosjanie nie mają większych zagrożeń i mogą sobie na to pozwolić- o tyle Iran pozbywając się jakiejkolwiek broni ryzykuje swoje istnienie. Gra toczy się o dużą i coraz większą stawkę- podbijaną przez kolejne oświadczenia dyplomatyczne państw zachodnich. Co USA mogą osiągnąć dzięki tej wojnie- nie mam zielonego pojęcia. Co najwyżej może na tym zyskać armia i producenci broni, ale to by znaczyło, że władze i dyplomacja USA już nie panują nad generalicją. Teza, jakkolwiek prawdopodobna- jest dość przerażająca, oznaczałaby bowiem kolejne bezmyślne wojny, tak długo, aż generalicja by już oficjalnie przejęła władzę w USA (i wtedy się uspokoją, zadowalając się tępieniem i łupieniem własnego kraju)- albo z drugiej strony tak długo, aż powstanie światowa koalicja zdolna ich powstrzymać.
- W pierwszym wypadku trochę szkoda takiego ładnego kraju, drugi jest jednak sporo gorszy, bo obawiam się, że większość rakiet nuklearnych jest w lepszym stanie niż przeciętny most w USA.
- Na szczęście jest też możliwe inne wyjaśnienie- czyli zupełnie oficjalna polityka popierania Izraela, gdzie oczywiście destabilizacja jego sąsiadów jest żywotnym interesem tego państwa. Jeśli tak- to w miarę wszystko w porządku. Co prawda prowadzi to nas do smutnego wniosku, że jeśli Izrael potrzebuje wsparcia USA do samej destabilizacji w Syrii to jest także kolosem na glinianych nogach i państwem, którego przywódcy mają wątpliwości co do możliwości obronnych. Ciekawe. Pewną poszlaką jest tu w miarę wiarygodna informacja, że nowe rakiety przeciwpancerne w arsenale Hezbollahu niszczyły czołgi Merkava 2, które w dziedzinie opancerzenia uznawane są za szczyt zachodniej technologii- w trakcie ostatniej interwencji w Libanie, po której istocie dość wojowniczy zwykle Izrael podkulił ogon. Opowieść była z drugiej reki, ale dość wiarygodnego źródła.
- Inna teoria- nastąpiło w niezauważalny sposób pewne odwrócenie sojuszy. Bardzo niebezpieczne. Koalicja USA, UK i Francji pierwszy raz od czasów 2 w.ś. mówi jednym głosem, podczas gdy Niemcy sprzeciwiają się interwencji, stając po stronie Rosji. Przy okazji jest to sprawa, która Chin nie bardzo dotyczy i gdzie nie mają specjalnych możliwości interwencji i wpływów (choć już w wypadku stabilności w Iranie jak najbardziej). Mają co najwyżej roszczenia terytorialne do Rosji, ale z nimi mogą jeszcze sporo poczekać- im się nie śpieszy.
- To jest zdecydowanie najgorsza hipoteza- oznacza ona bowiem już ustalony zestaw sojuszy do wybuchu wojny światowej i szukanie pretekstu. To niestety jest całkowicie racjonalne z punktu widzenia USA- rozwalić i zdominować słabszych konkurentów zanim się całkowicie utraciło przewagę technologiczną, jednocześnie nie wchodząc w strefę zainteresowania Chin.
- Za to jedynie USA zależy na szybkim zakończeniu wojny w Syrii. Czas działa na ich niekorzyść, ale na razie przynajmniej nie zanosi się na poważniejszą awanturę w Europie- choć jest źle, Niemcy i Francja jeszcze nie doszły do fazy retoryki wojennej. Do tego jeszcze daleko i być może obecna różnica zdań to tylko incydentalna sprawa. Nie mam zielonego pojęcia, ale oczywiście posiadanie innego zdania na temat ewentualnej wojny co sojusznik i przez przypadek takiego samego co oficjalny przeciwnik (Iran) to trochę inna sprawa. Oczywiście w tym wszystkim oświadczenie Ryżego dotyczące udziału w wojnie brzmi śmiesznie- bo przy takim układzie sił opina RP nikogo nie obchodzi, ale przyznam, że w potencjalnie światowym konflikcie akurat w wypadku Polski lepiej nie mieć opinii innej niż ta podzielana wspólnie przez Niemcy i Rosję.
- Jest zabawnie- przynajmniej jak się to obserwuje z daleka.
- Niezależnie od tego, która hipoteza jest prawdziwa jeśli zostaną spełnione 3 warunki:
- 1. oficjalna interwencja USA się rozpocznie.
- 2. w jej trakcie siłom syryjskim uda się zadać przeciwnikom solidne straty (znaczy więcej niż kilka strąconych samolotów lub/i zatopiony większy okręt)
- 3. Niemcy nie zmienią zdania co do popierania Rosji przeciwko USA
To także polecam obserwację tego konfliktu z daleka. Bardzo
daleka.
- P.S.
- Pisząc to zupełnie zapomniałem o „masakrach cywili” i „broni chemicznej”. Teraz dopisuję- bo dla obrazu sytuacji nie ma to żadnego znaczenia. Jeśli ktokolwiek jakiś masakr i ataków chemicznych dokonywał, na pewno nie był Assad atakujący mieszkańców własnego kraju. On toczył walkę i to najwyraźniej wygraną ,o pozytywna opinię o swoim reżimie i jeśli ktoś zginął to prędzej przypadkiem i z wielkimi rządowymi przeprosinami, niż w odwrotny sposób. To po prostu już kompletnie bez sensu i jak widać- bez znaczenia.
O tajnych labolatoriach co mają uratować planetę
- Wielokrotnie pisałem, że dość nieuniknionym skutkiem beznadziejnego uzależnienia naszej cywilizacji od paliw kopalnych jest ciężkiego kryzysu w obliczu ich wyczerpywania się i utrudnionej dostępności oraz globalna recesji połączonej z rozpadem władzy w co poniektórych państwach i regionach świata w sytuacji zmniejszania się ich dostępności. Co do dostępności- nawet wydobycie może się zwiększać, ale jeśli nakłady na to wydobycie będą rosnąć szybciej- ilość energii dostępnej do konsumpcji będzie się zmniejszać. Pomimo pewnych prób dokładne wyliczenie tego rodzaju wydaje się niemożliwe, więc kiedy to nastąpi- i tak nie wiemy. Ale co ciekawe- pod każdym takim wpisem pojawiają się dwa rodzaje komentarzy „w tajnych laboratoriach znajdują się rzeczy o których nam się nie śniło i wszystko jakoś się załatwi” oraz „nie jest to żaden problem bo rynek wszystko rozwiąże, tylko może gdzieś nam tego wolnego rynku brakuje”. Co do drugiego- jest to oczywiście szalona idea neoliberałów. Rynek działa, ale zawsze wybiera najbardziej efektywne rozwiązania NA DZIŚ- co oznacza minimum inwestycji, maksimum zysków. I w porządku, ale rozsądnie przewidując kryzys w przyszłości można być praktycznie pewnym, że nawet efektywna wolnorynkowa gospodarka sprawi, że będzie po prostu większy i głębszy. Znakomitym przykładem jest tu porównanie sytuacji USA, Europy oraz Brazylii w trakcie ostatniego kryzysu. Cofnąć się należy do szoków naftowych lat 70-tych i reakcji na nie. W USA była ona w największym stopniu rynkowa. Szał wierceń i badań nad ulepszonymi sposobami wydobywania ropy z jednej strony i reakcja konsumentów w postaci pokazania żółtej kartki kartelowi z Detroit z drugiej. Jednakże żadnych szczególnych działań rządu nie było- oprócz nieco późniejszej dyplomacji Reagana przekonywującej Saudyjczyków do zwiększonego wydobycia. Szybkie i proste kapitalistyczne działania, nawet przyniosły pewien efekt- przynajmniej przedłużył czasy potęgi USA o dobre dekady, ale później, w czasie dzisiejszego kryzysu cała trójka z Detroit się ustawiła po kasę podatników (a samo miasto za mini...), ale uderzenie z końca poprzedniej dekady prawie rzuciło resztki amerykańskiej gospodarki na kolana. Nie rzuciło całkowicie tylko dzięki dalszej deindustrializacji i wyciskania resztek oszczędności z klasy średniej.
- Europa- wyciągnięto trochę wniosków i rządy co poniektórych państw aktywnie zaangażowały się w zmniejszanie ropożerności gospodarki, przy możliwym zachowaniu poziomu życia- flagowym przykładem jest tu sieć szybkiej kolei najpierw we Francji, później w innych krajach. Ilości paliwa zużywanego przez samoloty i samochody które zostały zastąpione przez pociągi nie są aż tak wielkie (w porównaniu do całości zużycia), ale są. Zgodnie z tą samą filozofią od dłuższego czasu na powrót buduje się linie tramwajowe, metra, itd. w całej Europie. I chyba nigdzie nie dopuszczono do rozkładu transportu publicznego do stopnia, który jest normą w USA. To wszystko oczywiście szło z pieniędzy podatników, bo inaczej się nie dało. Tam gdzie funkcjonowała ideologia kapitalizmu wg wzoru USA- rozkład transportu publicznego jest widoczny gołym okiem- czy jest on niewydolny, czy też obłędnie drogi, czy obie te rzeczy naraz. Dlatego nie stanowi realnej konkurencji dla prywatnego spalania paliw kopalnych i dlatego też uderzenie kryzysu było mocne- choć akurat w wypadku dwóch najdokładniej odpowiadających temu opisowi krajów złagodzone olbrzymiej skali zadłużaniem się w najtrudniejszym okresie- mowa tu o UK i Polsce. Choć obecnie zużycie paliw spada, ale odbywa się to kosztem poziomu życia, a nie oszczędnością dzięki inwestycjom i technologii- bo ich po prostu nie było. Południe Europy to trochę inna historia nie mieszcząca się w tej narracji.
- I teraz Brazylia- w latach 70-tych, po uderzeniu kryzysów naftowych podjęto decyzję o maksymalnym możliwym uniezależnieniu się od paliw kopalnych. Wobec faktycznego braku sieci kolejowej i raczej nierealności jej stworzenia na takim obszarze (przynajmniej wtedy) zrobiono co się dało- oparcie energetyki w olbrzymiej części o wodę i stworzenie ogólnokrajowej sieci (nie wiem, czy ogólnokrajowa już istnieje- to naprawdę duży kraj...) oraz uniezależnienie się przynajmniej od benzyny- przez program bioetanolu, który solidnie subsydiowany przez 30 lat, obecnie stoi już na własnych nogach i w razie potrzeby Brazylia może w krótkim czasie wyeliminować zużycie benzyny bez problemów (oprócz nadmiaru dystrybutorów na stacjach...). Tak samo program rozwoju krajowego przemysłu przyniósł owoce- wydobycie ropy pozwala na zaspokojenie krajowych potrzeb i choć w brazylijskie miasta są pod względem komunikacji raczej koszmarem (trochę przesada, ale w porównaniu do średniej europejskiej czy Argentyny) to jednak uderzenie kryzysu paliwowego nie spowodowało takiej dziury w kieszeniach konsumentów jak w USA i nie zahamowało gospodarki.
- Czyli rynek jest dobry, ale po prostu w tym wypadku nie działa i działać nie może. Sprawdzone i dokładnie przetestowane- gdzie następowały inwestycje państwowe, tam są jakiekolwiek bufory i środki ratunkowe przed zawałem gospodarki. Gdzie ich nie było- nadal nie ma.
- To tyle na temat korwinistów (nie żebym miał dużo przeciwko korwinistom, ale dzięki ogłupiającym tekstom JKM mnóstwo rozsądnych skądinąd i sympatycznych wykazuje się absolutnym niezrozumieniem najprostszych zjawisk społecznych i ekonomicznych).
- Co do zawartości tajnych laboratoriów- nie trzeba szukać tak daleko, wyjście nazywa się elektryczność i jest znana od pewnego czasu. Drobnym problemem jest jej wytwarzanie, ale znów możemy zajrzeć nie do tajnych laboratoriów a wystarczy na półki sklepowe- ogniwa fotowoltaiczne, po stworzeniu masowego rynku i masowej produkcji za niemieckie oszczędności są tanie. Znów- nie tak tanie, aby były kapitalistycznie lepszą inwestycją niż elektrownia gazowa czy węglowa, bo nie są. Ale są wystarczająco tanie, aby prawie się opłacało konsumentom. Mniej więcej to samo można powiedzieć o energetyce wiatrowej- choć tu już konieczne inwestycje zaczynają się od znacznie większej skali. Cały czas drobiazg- na dziś już nie tak wielkie inwestycje, których jednakże wolny rynek sam nie załatwi- aż do momentu, kiedy kryzys paliw kopalnych stanie się mocno dotkliwy, a prąd zacznie być naprawdę drogi. Tylko wtedy będzie już sporo za późno, dokładnie jak teraz, w obliczu sypiących się budżetów wielkie inwestycja zaczynają być nierealne. To jest właśnie jedyny problem- rozpocząć przebudowę infrastruktury wtedy, kiedy są na to pieniądze i wydać je w jakiś rozsądny sposób. A dziś rozsądny oznacza- jak najszybsze zmniejszanie uzależnienia od paliw kopalnych, w pierwszej kolejności ropy naftowej. To się całkowicie da zrobić- pod właśnie tym warunkiem- że jest robione wtedy, kiedy jest jeszcze na to czas. Choć ja osobiście przypuszczam, że został on już przespany. Skala koniecznych wydatków jest tak astronomiczna, że jest to zwyczajnie niemożliwe, bo zbliżające się wielkimi krokami i już widoczne koszty szaleństw klimatycznych zjedzą całą resztkę kapitałów która pozostała.
Wieści z Ameryki Południowej
- W porównaniu do reszty świata jest tu na tyle egzotycznie, że warto podać choć trochę najnowszych wiadomości:
-
- Urugwaj
- W trakcie uchwalania jest właśnie prawo dotyczące legalizacji marihuany. Zgodnie z projektem ustawy już uchwalonej przez niższą izbę parlamentu każdy Urugwajczyk (i tylko Urugwajczyk- w celu zapobieżenia narkoturystyce), po uprzedniej rejestracji będzie mógł zakupić do 40 gramów marihuany miesięcznie z zatwierdzonych przez rząd aptek- żadnych ściem o medycznej trawie, czy coś- po prostu- kto chce to kupuje. Tak samo każdy kto chce może jakąś ograniczoną ilość uprawiać, tak samo można będzie założyć spółdzielnię do wspólnej uprawy i konsumpcji, a rząd planuje udzielić koncesji na uprawę ok 40 ha i działać jako pośrednik pomiędzy plantacjami i aptekami. Zamierzeniem takiej regulacji jest oczywiście zniszczenie nielegalnego handlu narkotykami i też w uzasadnieniu tego projektu są znacznie ciekawsze informacje- dokładniej jak rząd zamierza konkurować z obecnymi handlarzami i że celem tej legislacji jest zapewnienie mieszkańcom kraju narkotyków wysokiej jakości, lepszej niż ta która proponują przemytnicy i za niższą cenę. A wszystko, jak zwykle tutaj- w imię walki z wpływami USA. W tym zakresie nikt akurat nie ma złudzeń- legalizacja narkotyków jest równoznaczna z kolejnym ograniczeniem wpływów Waszyngtonu na tym kontynencie. Co prawda Urugwaj to mały kraik, bez większego znaczenia, ale ewentualny sukces tego pomysłu i skopiowanie go przez Argentynę, Brazylię lub Kolumbię będzie mięć spore konsekwencje polityczne- to znaczy definitywne załamanie jedego z ostatnich narzędzi wpływu USA na kraje tego kontynentu. A dalsza (co prawda na dziś w sferze fantazji) ewentualna legalizacja nawet tylko marihuany przez Meksyk by oznaczała ostateczną klęskę polityki Reagana czyli zdobywania wpływów za pośrednictwem mafii narkotykowych i kreowania polityki przyjaznej amerykańskim koncernom. Dla Wall Street perspektywa dość przerażająca- więc warto obserwować co dalej.
- Chile
- Tutaj zwana prawicą partia miłośników sprzedawania wszystkiego zagranicznym „inwestorom” po raz kolejny musiała urządzić łapankę na kandydata na prezydenta. Problem polega na tym, że tenże kandydat (obecnej partii rządzącej) nie ma najmniejszych szans wygrać wyborów i dotychczas dwóch zrezygnowało, w końcu znaleźli kobietę która zgodziła się kandydować.
- Zresztą nic dziwnego- obecne rządy prezydenta Pinery doprowadziły do poziomu konfliktów społecznych nie widzianych tam od 40 lat. Regularne zadymy studentów z policją w stolicy z jednej strony i prześladowania białych przez Mapuchów na południe od rzeki Bio Bio z drugiej. A że właśnie południe Chile było tradycyjnie miejscem gdzie przenosili się ludzie mający problemy z bankami (bo tylko tam można w ogóle dostać pracę mając np. zadłużenie na karcie kredytowej...) to zostają w stolicy i przyłączają się do zadym, a rząd jest postrzegany jako ekspozytura banksterki.
- Z ważnych- choć zdecydowanie spekulacyjnych przewidywań- wiadomo, że nowy rząd będzie znacznie gorzej postrzegany na Wall Street, zresztą pewnie słusznie bo dociśnięcie śruby jest raczej pewne- co najmniej w zakresie bezpieczeństwa pracy (co oczywiście wpłynie na zyski), a być może także zwiększenia podatków od górnictwa lub/i wprowadzenia restrykcji walutowych. Przy dzisiejszym poziomie manipulacji rynkami przez dużych chłopców, uznaję za zupełnie prawdopodobny solidny spadek cen miedzi tylko po to, aby uderzyć finansowo w nowy chilijski rząd.
- Boliwia
- Po głośnym zatrzymaniu samolotu z Evo Moralesem na pokładzie wszystkie cztery kraje tzn. Hiszpania (jako pierwsza), Portugalia, Francja i Włochy grzecznie przeprosiły, a Boliwia przeprosiny przyjęła. Nie było to żadne wykręcanie się i udawanie, że sprawy nie ma, tylko formalne przeprosiny, co w języku dyplomatycznym jest relatywnie poważną sprawą. Wydaje się drobiazgiem- ale pokazuje zmianę światowego układu sił. Wciąż dość potężne i bogate europejskie kraje Boliwię może by jeszcze mogły olać, ale jak taka subtelna prośba została jednoznacznie , wystosowana także przez Argentynę i zwłaszcza Brazylię- pozostało im tylko zjeść tą żabę, co też uczynili. To jakoś światowy mediom umknęło...
- Stay tuned....
Czytanka
- Całkiem nieźle napisane, ale przede wszystkim autorzy mają zmysł obserwacji zdecydowanie przewyższający przeciętne „opowieści podróżnicze”
- Do rzeczy- zwykły raport na forum podróżniczym o przejeździe przez Kongo (DRC) w 2008 r. Gdyby ktoś chciał kręcić nowego Mad Maxa zdecydowanie lektura obowiązkowa...
- Ze smaczków- na środku „drogi” spotkali ciężarówkę, przy niej dwóch ludzi- po krótkiej pogawędce (co mało gdzie tam było w ogóle możliwe- i to nie ze względu na barierę jezykową), dowiedzieli się, że silnik się zepsuł, ładunek przełożono na inną, a kierowca z pomocnikiem pilnują jej do czasu nadejścia z powrotem wyremontowanego silnika i za kilka tygodni może już będzie. W tym czasie czekali tak, w tym miejscu ponad rok. I takie tam inne.
- Swoją drogą już wtedy, a dziś ponoć dużo bardziej widać, że rolę kolonizatorów przejmują Chińczycy i idzie im to całkiem sprawnie.
- A z informacji praktycznych- jesli ktoś ma zamiar wybrać się na tego typu wyprawę- to w wypadku czarnej Afryki wybór rozsądnych samochodów ogranicza się do Toyoty Land Cruiser serii 70 (tej bez bajerów, niedostępnej w USA i Europie)
- W jednym miejscu tego opisu jest fragment wyraźnie zaznaczony, aby nie czytały go osoby bardziej wrażliwe- i potwierdzam, do własnego uznania, ale raczej należy go pominąć.
- Miłej lektury, oto link.
O znaczeniu głupoty w dziejach świata, czyli efekt motyla
Jeśli wszyscy ludzie się zachowują zwyczajnie i racjonalnie-
sporo można przewidzieć. Ale są oczywiście zachowania, które są
głupie. Zwyczajna, ludzka głupota wynikająca z arogancji i/lub
kompletnego braku umiejętności niezbędnych w danym miejscu i
czasie- i prowadzić to może do całkiem nieoczekiwanych efektów.
A ileż późniejsi historycy- determiniści muszą się namęczyć,
aby coś z tego złożyć, aby się nie wydało, że własny
narodowy generał (może niekoniecznie bohater) był zwyczajnym
idiotą, albo, że wielkie zwycięstwo nie było wcale tak wielkie,
bo mając za przeciwnika kompletnego durnia to było jak kopanie
leżącego.
Znakomitym przykładem tego jest inwazja brytyjska na Buenos Aires w
roku 1807, wówczas jeszcze części Korony Hiszpańskiej i w tym
czasie sojusznika napoleońskiej Francji. Dowódcy floty brytyjskiej
(a może zaokrętowanej armii- nikt się później nie chciał tym
chwalić), która właśnie wracała z udanej inwazji Afryki
Południowej postanowili z rozpędu zająć jeszcze kolonie
hiszpańskie w dorzeczu La Platy. Medal i awans zawsze się
przyda....
Na początku szło dobrze- bez większego trudu zajęto Montevideo i
pokonano większość oddziałów hiszpańskiej armii w tym
regionie. Akurat Montevideo było (i właściwie nadal jest) dość
kluczowym miejscem w tym rejonie świata- ponieważ był to jedyny głębokowodny port w rejonie, zresztą Stare
miasto jest położone na półwyspie, trudnym do obrony przed
inwazją z morza, a zajęcie go i utworzenie bazy wypadowej i
zaopatrzeniowej jest niezbędne przed jakimkolwiek atakiem na Buenos
Aires (przynajmniej w ówczesnej technologii).
A kwestia technologii ma właśnie w tej sprawie spore
znaczenie- trzonem ekspedycji brytyjskiej był regiment 95. Bardzo
ciekawa jednostka, wyprzedzająca pod każdym względem swoje czasy.
Regulamin kładł duży nacisk na umiejętność korzystania z
terenu i jego osłony, nie walczono w ścisłym szyku (co w tamtych
czasach było powszechną normą), wzajemne krycie się ogniem,
nacisk na celność strzelecką, itp. Znacznie zmniejszony dystans
pomiędzy oficerami i żołnierzami- brak kar cielesnych, a nawet
wspólne posiłki. Z widocznych różnic- były to zielone
mniej-więcej maskujące mundury zamiast czerwonych i, co
najistotniejsze dla sytuacji- Baker`s Rifle. Była to pierwsza
seryjnie produkowana, z częściami zamiennymi, gwintowana broń.
Wyposażono w nią do tego czasu jeden z batalionów regimentu 60 i
właśnie regiment 95. Zarówno zasięg jak i celność rifle była
nieporównywalnie lepsza niż używanych wówczas muszkietów- w
wypadku niegwintowanego muszkietu trafienie w sylwetkę człowieka z
odległości 50 m było raczej kwestią przypadku, w wypadku rifle
normalny zasięg celnego strzału to 200- 300 m. Za to ładowanie
(do czasu wymyślenia nowego typu pocisku w latach 30-tych XIX w.)
trwało ok 2 min. i nie można było założyć do tego bagnetu
(przynajmniej do pierwszych modeli produkcyjnych, a o tych tu
mówimy).
Więc- tak wyposażony i wyszkolony pułk najpierw na przedmieściach
Buenos Aires (obecna Plaza Miserere) prawie rozstrzelał ostatnie
hiszpańskie oddziały w tym regionie, zdobywając część
artylerii, ale kosztem odłożenia zajęcia miasta o dwa dni. W tym
czasie dowództwo obrony Buenos Aires zdołało przygotować plany,
organizację (ok, ta już istniała) i rozkazy dla lokalnej milicji,
a także przekuć przejścia pomiędzy domami. 5 lipca 1807 roku
wojska brytyjskie weszły do miasta- w myśl kompletnie idiotycznych
rozkazów podzielone na 12 kolumn (niecałe 3000 żołnierzy !!!)
mające poruszać się różnymi trasami w celu zajęcia kluczowych
obiektów, którymi były kościoły i siedziba wicekróla. Co jest
oczywiście do przewidzenia w wąskich uliczkach rifles były raczej
bezwartościowe i choć połowa żołnierzy była uzbrojona w
muszkiety i tak nic to nie dało wobec ciągłego ostrzeliwania z
okien i dachów, gdzie obrońcy swobodnie się przemieszczali
przejściami wykutymi w ścianach budynków. Skracając historię- 7
lipca generał Whitelocke poddał wszystkie jeszcze pozostałe
oddziały, które po rozbrojeniu i odebraniu sztandarów zostały
zwolnione. Trzeba tu oddać sprawiedliwość brytyjskiej armii- po
powrocie na wyspy tenże generał został przez sąd wojskowy
pozbawiony stopnia i wydalony z wojska jako „nieprzydatny dla
służby Koronie”, co chyba stanowi dość rzadki przykład tak
drakońskiej kary za same błędy w dowodzeniu.
Ale historia ta by była drobnym incydentem, gdyby nie jeden
drobiazg- po tym dniu największy na świecie skład
najnowocześniejszej wówczas broni znajdował się w Buenos Aires.
Wystarczyło ich, aby w armii generała San Martina wyposażyć
kompanię snajperów na każdy batalion. Dalsze konsekwencje już są
olbrzymie- otóż w pewnym momencie 1816 roku Hiszpanii udało się
prawie całkowicie zdusić rebelię w amerykańskich koloniach- z
dwoma wyjątkami- armii San Martina w dzisiejszej północno-
zachodniej Argentynie i Buenos Aires. Następnie to San Martin
przeszedł do ataku i po błyskotliwym przekroczeniu Andów
(naprawdę- przejście armią takich gór w szyku bojowym poprzednio
chyba się udało Hannibalowi) właściwie rozniósł w drzazgi
większość hiszpańskiej Armii na terenach dzisiejszego Chile i
Peru, co praktycznie zakończyło wojny o niepodległość Ameryki
Południowej- a straty jego armii były we wszystkich bitwach
podejrzanie niskie- co narzuca tezę o konsekwentnym użytkowaniu
snajperów do radzenia sobie z artylerzystami i łańcuchem
dowodzenia. Należy zaznaczyć, że przez sporą część swojej
kampanii nie miał przewagi liczebnej, a armia nie mogła się
równać dyscypliną z królewską- nawet jeśli to tylko Królestwo
Hiszpanii.
Dokańczając- kto wie, czy gdyby nie idiotyczny rozkaz generała
Whitelocke`a z ranka 5 lipca 1807, mapa świata nie wyglądałaby dziś
zupełnie inaczej....
Przykład ten jest dla mnie przynajmniej bardzo ciekawy- bo wielokrotnie, analizując podobne sytuacje mam nierozwiązywalny dylemat- czy to głupota, czy sabotaż. Przynajmniej w tej sytuacji sprawa jest praktycznie w 100% jasna- tak przeprowadzony atak na ufortyfikowane miasto to była głupota, bo nikt nie wiedział, że ostatecznie przekazanie tej broni będzie miało takie a nie inne skutki- poza tym utrata ponad 1000 elitarnych żołnierzy byłaby ciosem dla każdego państwa, a jednocześnie Whitelocke w żaden sposób korzyści od rządu jeszcze nie istniejącego państwa (Argentyny znaczy) otrzymać nie mógł.
Swoją drogą- sam widziałem drzewiec akurat 71th Higlanders- także elitarnej jednostki, w muzeum w Lujan. Liczne ślady na nim wskazują, że bohaterstwu brytyjskich żołnierzy i ich woli walki do końca nie można nic zarzucić.
Tu dość słabe zdjęcie, ale cóż- był zakaz fotografowania...
Przykład ten jest dla mnie przynajmniej bardzo ciekawy- bo wielokrotnie, analizując podobne sytuacje mam nierozwiązywalny dylemat- czy to głupota, czy sabotaż. Przynajmniej w tej sytuacji sprawa jest praktycznie w 100% jasna- tak przeprowadzony atak na ufortyfikowane miasto to była głupota, bo nikt nie wiedział, że ostatecznie przekazanie tej broni będzie miało takie a nie inne skutki- poza tym utrata ponad 1000 elitarnych żołnierzy byłaby ciosem dla każdego państwa, a jednocześnie Whitelocke w żaden sposób korzyści od rządu jeszcze nie istniejącego państwa (Argentyny znaczy) otrzymać nie mógł.
Swoją drogą- sam widziałem drzewiec akurat 71th Higlanders- także elitarnej jednostki, w muzeum w Lujan. Liczne ślady na nim wskazują, że bohaterstwu brytyjskich żołnierzy i ich woli walki do końca nie można nic zarzucić.
Tu dość słabe zdjęcie, ale cóż- był zakaz fotografowania...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
