Zmiany klimatu- drobny update


Dotychczas byłem sceptykiem. Zmieniłem zdanie. Sceptycyzm wynikał z różnych dziwnych zabiegów politycznych wokół praw do emisji CO2, protokołu z Kioto, tudzież skandalu z manipulowaniem danymi o klimacie. Wszystko to było oczywiście wystarczające do kompletnej nieufności, ponieważ czuć było na kilometr machloje wielkiej spekuły.
Ale- ktoś mądry mi wyjaśnił jedną ciekawą zależność. Otóż wiadomo, że w czasach ocieplenia klimatu, Ziemia się robi cieplejsza, ale też bardziej wilgotna i w sumie bardziej urodzajna, a także większa masa roślin absorbuje większą ilość dwutlenku węgla, więc istnieje mechanizm sprzężenia zwrotnego i nie ma się czym przejmować. Niestety, w sytuacji jaka jest obecnie- to twierdzenie jest nieprawdziwe. Znaczy, jest prawdziwe, ale po uzyskaniu nowej stabilności- czyli po fazie przejściowej. Bardzo nieprzyjemnej.
Co w tym nieprzyjemnego i dlaczego- potrafi zrozumieć każdy, komu się zdarzyło na wakacje wyjechać nad morze, zwłaszcza południowe- czyli całkiem sporo osób (kto nie wie niech się zapyta :)). Czyli- woda nagrzewa się znacznie wolniej niż ziemia, w upalne lato jest znacznie chłodniej nad wodą i goręcej w głębi lądu. W zimie jest dokładnie odwrotnie. Istotnym drobiazgiem jest także to, że woda słodka paruje w danej temperaturze znacznie szybciej niż słona- o czym na przykład doskonale wie każdy z 13 milionów mieszkańców aglomeracji Buenos Aires (w tym i ja...), leżącej nad najszerszą rzeką świata (bez liczenia wysp i szerokości delty- dla czepialskich) i związaną z tym wilgotnością bardziej sprzyjającą karaluchom niż ludziom.
I co z tego wszystkiego wynika? Otóż- przy szybkim ocieplaniu się klimatu, z którym najwyraźniej mamy do czynienia, lądy ocieplają się znacznie szybciej niż morza. Co powoduje znacznie szybsze wysychanie terenów lądowych przy podobnej wielkości opadów. I to już jest przepis na katastrofę- znaczy długie i katastrofalne susze. Jakby ktoś się pytał- właśnie z tym mamy do czynienia mniej- więcej od początku wieku. I zaczyna się ciekawe konsekwencje. W pierwszej fazie szybkiego ocieplenia klimatu temperatura lądu rośnie znacznie szybciej niż temperatury oceanów. Konsekwencją tego jest mniej- więcej ten sam poziom parowania oceanów i przyspieszone parowanie lądów. Wydaje się, że te różnice temperatur są niewielkie- ale w skali całego globu są to olbrzymie ilości. Prostą konsekwencją tego zjawiska jest susza o globalnym zasięgu- jakby to co obecnie obserwujemy. I będzie gorzej. Później oczywiście będzie lepiej- jak temperatura oceanów „dogoni” poziom ocieplenia klimatu, ale to zajmie co najmniej 50-100 lat, może więcej- nikt tego dokładnie nie wie. Czyli należy się przygotować na to samo co obecnie- gwałtownie drożejącą żywność, nieprzewidywalność pogody i obniżanie poziomu życia. To ostatnie oczywiście w połączeniu ze spadkiem wydobycia ropy i beznadziejnym uzależnieniem od niej obecnej cywilizacji.
Ale to wszystko to są, wbrew oficjalnej propagandzie- truizmy, z którymi nawet nie ma co dyskutować. Tak jest i tyle. Interesujące mogą być co najwyżej wskazówki gdzie może być mniej źle- czyli wracamy do tej samej fizyki. W okolicach większych obszarów parowania słodkiej wody będzie oczywiście mniej problemów z opadami- czyli wielkie jeziora, duże rzeki, itd., zwłaszcza w cieplejszym klimacie. Choć i w tym zakresie mogą nastąpić pewne ekstrema- np. w zeszłym tygodniu trochę popadało i zalane zostało 12% prowincji Buenos Aires (dla wyjaśnienia- powierzchnia prowincji to mniej- więcej Niemiec lub Kalifornii). Oczywiście tu w grę wchodzi parowanie z La Platy, gdzie sama rzeka to w przybliżeniu trójkąt o boku 150 km, czyli mniejszego europejskiego kraju.
To też pokazuje skalę obecnych problemów i miejsca, gdzie będą one mniejsze. Otóż będą mniejsze, tam, gdzie skrapla się parowane ze zbiorników słodkiej wody. To, jeśli by komuś się chciało spojrzeć na mapę- jest Kanada, zachodnia Argentyna oraz Syberia (z odparowującej zmarzliny). Większość pozostałych regionów świata ma przechlapane. Na tym tle jeszcze całkiem przyzwoicie wyglądają okolice płytkich mórz- czyli np. Bałtyku, gdzie można przyjąć średnią wielkość opadów jako zbliżoną do dotychczasowej. Znaczy, w sumie Polska jest jedną z oaz spokoju- nie licząc oczywiście problemów dookoła. Zgodnie z tą wykładnią problemy będą w dużej części obejmować basen Morza Śródziemnego- relatywnie słonego, czyli o małym parowaniu, zamkniętego i z niewielką ilością zbiorników słodkowodnych dookoła. Zaraz, ale to już się dzieje- właściwie w całym tym zakresie. Hiszpania, Włochy, Grecja, Syria, Egipt, Libia. Można się pobawić w listę krajów, gdzie jeszcze nie ma problemów i to obstawiać inwestycyjne- jeśli mam rację to będą, i to niedługo.
Ale najważniejsze dla całego obecnego systemu są niestety prognozy długotrwałych suszy w regionach najbardziej uprzemysłowionego rolnictwa- midwest USA, wybrzeża Morza Czarnego, Australia. Na tym tle wyróżnia się jedynie Brazylia i Argentyna- ale przy polityce rządów tych krajów- ceny za pozwolenia eksportowe będą coraz wyższe i na rynkach światowych nic to nie zmieni.
Oczywiście- jak zwykle- zobaczymy, ale ja już zagłosowałem, w tym wypadku nieco przypadkowo znalazłem się w najbardziej perspektywicznym miejscu, choć oczywiście starej Ojczyźnie życzę jak najlepiej.

Update:
Znalazłem akurat taki piękny wykres. Znaczy- ubytek pokrywy lodowej nie jakby posuwał sie liniowo, a przyspieszał. Istotne jest to o tyle, że to kolejne sprzężenie zwrotne- im więcej lodu ubedzie, tym więcej światał (i ciepła) zostanie zaabsorbowane, a mniej odbite. A jeśli mówimy o przyspieszeniu i następnym sprzężeniu zwrotnym, to właściwym będzie stwierdzenie, że i tak nie ma co z tym walczyć, bo sytuacja już się wymknęła spod kontroli.

Alternatywna rzeczywistość medialna


Tradycyjnie przy rozmowach o Argentynie, ktoś w komentarzach wyskakuje z różnistymi informacjami- najczęściej podawanymi przez Clarin, ewentualnie La Nacion, później cytowanymi przez anglojęzyczne media. Co prawda ja Clarin nie czytam, bo to nie ma sensu- istotnych informacji najczęściej tam nie ma, i oprócz tego stos bzdur, La Nacion jest nieco lepsze, ale też nie należy go uznawać za wiarygodne źródło informacji. Ale sobie zajrzałem na stronę Clarin i po prostu padłem. Alternatywną rzeczywistość medialną podnieśli na tak wybitne wyżyny, że Wyborcza pisząca o Kaczyńskim powinna się od nich uczyć.
W skrócie- tankowiec z gazem sprężonym (LNG) stał na redzie portu Bahia Blanca 4 dni- to jest jedyny port z instalacją regazyfikacji. To jest informacja być może prawdziwa.
Dalszy zestaw z gazety- stał, bo wskutek bałaganu w AFIP nie została zatwierdzona transakcja zakupu dolarów, więc firma importująca gaz nie mogła zapłacić, a wskutek tego postoju został zablokowany cały ruch statków pomiędzy Buenos Aires a Rosario i, co za tym idzie eksport zbóż.
Taaak- historyjka nawet piękna, każdy leming zrozumie tylko dwa słowa- bałagan w AFIP i Urzędzie Celnym oraz zablokowanie eksportu zbóż, bo po drodze pełno skomplikowanych terminów, wyliczeń i milionów dolarów.
Tylko to wszystko jest jedną wielką bzdurą. Otóż- po pierwsze aby ten gaz został w ogóle załadowany na statek- musiano za niego albo zapłacić, albo (co bardziej prawdopodobne) musiała zostać otwarta akredytywa. Co oznacza, że jakiekolwiek zezwolenie dewizowe (jeśli w tej sprawie było) musiało zostać wydane tygodnie lub miesiące temu. Także- firma już zapłaciła lub płatność jest nie ich problemem a banku. Jakby oskarżanie o ten postój AFIP, czy Urzędu Celnego traci jakikolwiek sens i jest po prostu piramidalną i wyssaną z palucha bzdurą.
Ale jedziemy dalej- otóż gaz, wiadomo, ładunek niebezpieczny, ale dopóki statek jest sprawny i normalnie płynie czy stoi na redzie lub w porcie- nie ma żadnych powodów do jakiegokolwiek wstrzymywania żeglugi na takim akwenie. Ale nawet nie to jest najlepsze- jak wspomniałem, gazoport jest w Bahia Blanca- to jest południe prowincji Buenos Aires, ok 700 km na poł. od miasta Buenos Aires- które znajduje się przy ujściu Parany, 400 km w górę której, na północny zachód jest Rosario.
Żegluga w okolicach Bahia Blanca nie ma nic a nic wspólnego z Paraną i przejściem z portu Rosario, czy Buenos Aires na otwarty ocean. Jako analogię można podać „gazowiec stojący w porcie w Lizbonie zablokował żeglugę na Dunaju”- mniej więcej to samo.
Aaa- żeby nie było- ja naprawdę otworzyłem po prostu stronę Clarinu, otworzyłem prawie przypadkowy artykuł- prawie, bo związany z żeglugą i ekonomią i zacząłem czytać. Nie było to żadne szukanie dziury w całym, otworzyłem pierwszy raz od dłuższego czasu- bo szkoda czasu na to. Pewien problem polega na tym, że to głównie Clarin i La Nacion są tłumaczone i cytowane w anglojęzycznych mediach- i stąd tak piękny światowy obraz Argentyny
I dlatego konkluzja- proszę, dyskusja na podstawie takich mediów nie ma sensu. Jeśli ktoś znajdzie coś sensownego, wartego weryfikacji, itp.- to jak najbardziej, ale to co wyprawia Clarin (który w sumie jest posiadaczem ogółem prawie 300 koncesji medialnych) przechodzi naprawdę granice czegokolwiek co jeszcze można nazwać dziennikarstwem lub informowaniem.  

Uphill Battle



Co do tytułu- dla nieznających- jest to wyrażenie oznaczające toczenie walki w niesprzyjających warunkach. Wzięło się oczywiście od znacznej niedogodności tradycyjnej walki rycerzy i łuczników jeśli musieli atakować pod górę. Nie mam pomysłu na polskie wyrażenie tak dokładnie oddające to samo- może ktoś podrzuci?
Otóż zimna wojna Latynosów z USA postępuje i USA jest tu stroną coraz bardziej przegrywająca. Właśnie się rozpoczęły rozmowy FARC (podobno lewicowej- choć jak pisałem, nie należy się tymi etykietkami kierować)- partyzantki w Kolumbii z rządem. Oczywiście mainstreamowe media poinformowały o tym na zasadzie „że Jaś, że koń, że drzewo” i dla przeciętnego czytelnika z tej informacji nic nie wynika. A jest to niesamowicie ciekawa informacja- patrząc na okoliczności tych rozmów i wcześniejszych wydarzeń. Wcześniejsze wydarzenia to- walki wspomaganej przez USA armii kolumbijskiej z FARC, wtargnięcia tejże armii na teren Wenezueli- co spowodowało chwilowe zerwanie stosunków dyplomatycznych i embargo handlowe. Pojawiły się też zarzuty (zapewne prawdziwe), że FARC utrzymuje się z handlu narkotykami, jest dofinansowywany i dozbrajany przez rząd Wenezueli. Równie prawdopodobne są oskarżenia FARC, że tereny przez nich kontrolowane są regularnie atakowane z użyciem broni chemicznej dostarczanej przez USA (tak, ponoć właśnie użycie broni chemicznej wobec własnych obywateli było jedną z największych zbrodni Saddama Husaina, hehe)
A już oczywistym jest to, że rząd Kolumbii jest bardziej marionetką USA niż instytucją zajmująca się rozwojem kraju i poprawą jakości życia jego mieszkańców. Co więcej- jest już prawie ostatnim takim rządem w Ameryce Południowej (obok Chile i zapewne chwilowo- Paragwaju)- znaczy pozwalającym robić co chcą banksterom i korporacjom górniczym i rolnym.
I teraz- co ciekawego jest w rozpoczęciu rozmów? Otóż bojownicy FARC ponoć je świętują, ze strony rządu aż takiego entuzjazmu nie widać. Ale jeszcze lepiej- rozmowy mają się odbywać w Hawanie. Jak w miarę wiadomo- rozmowy pokojowe i traktaty są zawierane najczęściej na terytorium zwycięskiej strony. Oczywiście Kuba w tym konflikcie nie uczestniczyła- ale- jest to, jak powszechnie wiadomo dość zawzięty przeciwnik USA (albo raczej odwrotnie- to USA są wrogie Kubie) i jako taki bliski sojusznik Wenezueli. Zresztą dopiero dzięki pomocy Chaveza udało się w końcu podłączyć Kubę do Internetu inaczej niż łączami satelitarnymi- bo w końcu powstał światłowód do Caracas (więc informacje o żałośnie powolnym i drogim Internecie tam są już trochę nieaktualne).
To wszystko złożone w całość wygląda na kapitulację rządu Kolumbii, a nie żadne „pokonanie partyzantów”. Regularne protesty i zamieszki w Chile nadal sobie spokojnie trwają- tamtejszy rząd ma z dnia na dzień coraz bardziej związane ręce, popularność prezydenta ociera się o dno i oczywiście zobaczymy co będzie dalej.
A tymczasem była wschodząca gwiazda probanksterskiej polityki w Argentynie, czyli burmistrz Macri ma kolejne problemy- za każdym razem, kiedy próbuje cokolwiek zrobić- zamienia się to w katastrofę- chciał mieć własny wywiad i podsłuchy organizując policję miejską- komendant w areszcie, on także oskarżony, chciał przynajmniej infolinię do zawiadamiania o wpływach młodzieżówki partii kirchnerowskiej- sąd go rozjechał, kontrolowany przez miasto Banco de la Ciudad zaczął udzielać kredytów na zakup mieszkań- ładnie rozgrzewając bańkę na nieruchomosciach- kongres federalny zmienił ustawę o depozytach sądowych- które były głównym źródłem kapitałów tego banku. Po prostu uphill batlle.
I tak samo jest z wszystkim co by chciało lobby bankstersko- górniczo- rolnicze robić w krajach Ameryki Południowej.
A to wszystko własciwie spowadza się do upadku modelu gospodarki USA zapoczątkowanej przez Nixona- czyli Chiny produkują, Am. Poł. i Afryka dostarczają surowce, a korporacje z USA wydobywają te surowce niszcząc środowisko i przekupując lokalnych polityków i w razie czego wojsko.
Czyli- to co się odbywa od kilkunastu lat w Am. Poł. to jest efektywnie eliminowanie pośrednika. Lokalne firmy sprzedają surowce bezpośrednio Chińczykom, dopływ pieniędzy do USA się drastycznie zmniejsza, tamtejsza spekuła traci, a kasa pozostaje u latynosów i jest przeznaczana na splatę starych długów (co trzyma jeszcze banksterke na powierzchni) oraz rozwój społeczeństwa, nauki i przemysłu (co już dokładnie podcina banksetrską gałąź)
I to by było na tyle- aby rozumieć dzisiejsze możliwości inwestycyjne- przede wszystkim trzeba rozumieć geopolitykę- a tu sytuacja jest jasna- anglosaska banksterka gwałtownie traci wpływy, w górnictwie i rolnictwie w Am. Poł. trzeba się zacząć liczyć z ochroną środowiska i wyższymi kosztami pracy- za to jest to raj dla przemysłu, choć trudno na tym zarobić przez giełdę. I to są nowe reguły. Kto ich nie zna ten będzie toczyć uphill battle.

Update

Jeden z Anonimowych (jak to teraz dwuznacznie brzmi...) podesłał bardzo dobry link- nawet do tekstu po polsku- jako rozwiniecie tematu zdecydowanie polecam link tu 

Julian Assagne i azyl w Ekwadorze, czyli zmierzch imperium


Sprawa autora WikiLeaks, tak jak obecnie sytuacja wygląda ma ciekawe implikacje globalne. W Londynie odbywa się szopka pt. ekstradycja i azyl, ale przyjrzeć się aktorom tego spektaklu jest znacznie zabawniej.
Otóż- Assagne, mniej lub bardziej ma przez swoją wiedzę, kontakty i organizację sporo informacji przydatnych dla wywiadów. Oczywiście- zasadniczo są one publikowane na stronie WikiLeaks, ale zapewne nie muszą być, a zresztą wiedza o tym co dopiero będzie opublikowane i kiedy, czy znajomość materiału przed publikacją jest sama w sobie przydatna i może być dość cenna dla potrafiących to wykorzystać wywiadów.
I teraz spójrzmy na tenże maleńki Ekwador, który odważnie się postawił światowym mocarstwom. Prezydenr Correa także jest z opcji „narodowej”, co jak wspominałem realnie w Am. Poł. oznacza antyamerykanizm w polityce zagranicznej, antykorporacjonizm w wewnętrznej i maksymalnie uniezależnianie się od światowej banksterki (takie rządy w krajach latynoamerykańskich są określane jako „lewicowe”, w Europie jako „skrajna prawica”- np. Orban, chyba, że tak jak grecka Syriza też jako „skrajna lewica”- co przy okazji pokazuje idealny bezsens kierowania się takimi etykietkami) Kraje, które realizują mniej-więcej taką politykę dość mocno współpracują ze sobą- choć oczywiście pewne różnice w polityce wewnętrznej istnieją. Część tego sojuszu jest sformalizowana jako ALBA(Sojusz Boliwiarański dla Naszej Ameryki), Pozostała część to dotychczasowi członkowie Mercosur (Argentyna, Brazylia, Urugwaj i Paragwaj- choć ten ostatni od zamachu stanu 2 miesiące temu już nie). Czyli faktycznie jakąkolwiek pro-USA i pro-banksterką politykę prowadzą już tylko dwa kraje w regionie- Chile i Kolumbia (no i Paragwaj, ale raczej chwilowo, zwłaszcza jak wyszło na jaw, że w ciągu pierwszych kilku godzin od zmiany władzy rozpoczęły się rozmowy na temat bazy USA w Paragwaju). W Chile sytuacja się też zmienia- ale od strony ulicy- od jakiś dwóch miesięcy trwają tam regularne demonstracje i zamieszki studenckie, dość brutalnie rozpędzane przez policję.
Ale wracając do rzeczy- to są wszystko demokratyczne rządy, wybrane w normalnych wyborach- choć skądinąd chyba większość zaliczyła przynajmniej jedną próbę zamachu stanu, prawie wszyscy prezydenci chorowali na raka w trakcie sprawowania urzędu (ale na szczęście tępe ciołki z CIA, czy skąd-tam, nie mają zielonego pojęcia o poziomie medycyny na Kubie, czy w Argentynie- więc wszyscy żyją i mają się dobrze)
Co prawda- prawie wszystkie te kraje, czy ich prezydenci mają bardzo złą prasę „w kręgach opiniotwórczych”, ale na szczęście znalazł się mały, sympatyczny Ekwador, na świecie znany głównie z nalepek na bananach. Więc dało się to od strony propagandowej całkiem dobrze załatwić. Pogróżki Wielkiej Brytanii o wtargnięciu na teren ambasady mocno im zaszkodziły i znów wyszli na aroganckich imperialistycznych dupków, którzy chcą agresją na ambasadę małego, biednego państewka załatwiać interesy USA.
Ale- sprawa ma raczej drugie dno. Od pewnego czasu podkreślam, że argentyński rząd jest zadziwiająco dobrze zorientowany w szczegółach bieżącej polityki zarówno wielkich banków, jak też USA i UK, podczas kiedy te ostatnie mają spore problemy z realizowaniem dotychczasowej polityki tutaj.
Więc- przyznam, że wygląda mi to na bardzo dobrze zaplanowaną akcję- bo choć zarówno obecnemu rządowi Ekwadoru, jak też pozostałym członkom tej latynoskiej grupy jest z Asagnem bardzo po drodze, to pewnie jakąś pomocą on też się odwdzięczy, czy już odwdzięczył.
To ma dwie konsekwencje- po pierwsze najsłynniejsza, a być może też jedna z najlepszych grup hakerskich na świecie będzie mniej lub bardziej realizować interesy „sojuszu boliwiarańskiego”- czyli wpływy USA w Amerykach będą jeszcze bardziej osłabiane.
I po drugie- a może nawet ważniejsze- że ktokolwiek solidnie zaszkodzi rządowi USA, będzie mile widziany w sympatycznej i przyjemnej Ameryce Południowej (bo poprzednio musiał zwiewać do szarej i ponurej Moskwy...)
Z takimi konsekwencjami- ciężka wściekłość Anglosasów jest oczywiście zrozumiała. Imperium im trzeszczy w szwach i się sypie i nie mogą dopaść nawet pojedynczego człowieka, który im gra na nosie.
Oczywiście zobaczymy co będzie dalej. Typuję, że Julian Assagne wkrótce zapadnie na raka, niestety, ale jeśli w tym czasie już będzie w Ameryce (ale tej lepszej)- to oczywiście będzie miał duże prawdopodobieństwo wyleczenia.

Zaczyna się jazda


Wszystko wskazuje na to, że najbliższe 12 miesięcy będzie bardzo gorące i to z dość zasadniczego powodu- żywności, a konkretnie jej cen. W USA trwa dość katastrofalna susza i wygląda na to, że zbiory podstawowych plonów będą rekordowo niskie- co również dotyczy sporej części Kanady. Zbiory kukurydzy i pszenicy już są zupełną katastrofą, soi- to się jeszcze okaże- czy będą bardzo złe czy katastrofalne. W Rosji sytuacja nie aż taka zła, choć zbiory też nie najlepsze, ale to i tak nie ma znaczenia, bo Putin już wydal zakaz eksportu do końca roku. Jakiekolwiek znaczenie ma jeszcze Ukraina, lecz tam też trwa susza- choć nie w całym kraju, więc jest nadzieja na tylko nieco zmniejszone plony.
I to jest kompletna lista największych eksporterów zbóż i soi na półkuli północnej- gdzie żniwa trwają mniej-więcej teraz. Na półkuli południowej- od grudnia (Brazylia, ale tam nie rosną zboża) do marca-kwietnia), i ostatni sezon także nie był najlepszy, więc poziom zapasów jest dość napięty. Więc oczywiście ceny już zaczęły wariować, a najprawdopodobniej będzie jeszcze zabawniej. Argentyński rząd już podwyższył cła eksportowe (do 32%) na biopaliwa (co tu oznacza głównie biodiesla z oleju sojowego). I na to chciałbym starannie zwrócić uwagę- bo tutejszy rząd nie jest głupi i zazwyczaj jest doskonale poinformowany (często nawet podejrzanie dobrze), a zupełnie jawna informacja to to, że dwa argentyńskie satelity służące głównie do monitorowania pogody i zbiorów swoją orbitą przelatują także nad USA. Więc przypuszczam, że wiedzą sporo więcej niż dociera do publiki i inwestorów. Skądinąd- w ramach represji za nacjonalizację YPF rząd hiszpański dwa miesiące temu zakazał importu biopaliw z Argentyny i został tutaj, zupełnie oficjalnie wyśmiany- dziś widać kto ma lepsze informacje...
Teraz- kogo obchodzi pszenica, kukurydza i soja- odpowiedź brzmi- niestety wszystkich. Jest to mniej lub bardziej podstawa wyżywienia większości ludzi w przemysłowym świecie. Nawet jeśli ktoś nie jada żadnego z tych produktów bezpośrednio, są one podstawowymi składnikami pasz dla zwierząt. Nawet jeśli w polskich warunkach większe znaczenie ma rzepak- jego cena jest dokładnie uzależniona od ceny soi- bo zarówno olej, jak i wytłoki są praktycznie w całości zastepowalnymi produktami- więc substytucja wpływa na ceny. Czyli mamy praktycznie całość powszechnie używanej żywności.
Oczywiście skutki już widać w cenach i zapewne będzie widać jeszcze bardziej. Dalsze konsekwencje będą zupełnie proste- w krajach, w których wydatki na żywność są istotną pozycją budżetu życie nie będzie wesołe. Tam gdzie ta żywność jest importowana (czyli ceny muszą być światowe i związane z dostępnością na światowych rynkach) będzie jeszcze mniej wesoło. I właściwie nie ma o czym mówić- po prostu przez świat przetoczy się kolejna fala buntów, zaczynając być może znów od Egiptu, który jest na pierwszym miejscu tej listy.
Ale skutki dla reszty tez nie będą różowe- w skali gospodarki zwiększenie wydatków na żywność (z której przecież się nie rezygnuje) oznacza zmniejszenie tych, które jeszcze można ograniczyć- czyli na większość usług, wyroby przemysłowe, itd.- to zwyczajnie oznacza spowolnienie każdej gospodarki i gdzieniegdzie recesję- i wszystko z tym związane- bezrobocie, bankructwa, spadek wartości aktywów, itd. Kto ma gotówkę ten wkrótce będzie miał okazję na fajne zakupy, kto nie ma.....
Cóż- zawsze istnieje druga strona lewara. Dla spekulantów już wskazałem, dla przeciętniaków to są kraje eksportujące żywność, a jednocześnie posiadające rząd, który potrafi ten eksport czasem kontrolować dla dobra narodu. Ta lista jest dość krótka- Rosja, Brazylia Argentyna.
A pozytywniej- niewiele można powiedzieć, ale najbliższe zbiory będą w Brazylii od grudnia do lutego (soja) jeśli będą dobre, po odrobinie chaosu cały ten bałagan pociągnie jeszcze trochę. Jeśli nie- ostatnim ratunkiem pozostanie Paragwaj, Argentyna i Australia- bo do następnego sezonu na półkuli północnej zapasów już z pewnością zacznie poważnie brakować. W takim wypadku można z dużą dozą prawdopodobieństwa zakładać, że handel podstawowymi płodami rolnymi stanie się rynkiem sprzedawcy, prawdopodobnie opartym o barter lub złoto- i konsekwencje będą bardzo poważne- przede wszystkim dalszy spadek roli dolara w świecie, więc drastyczny spadek poziomu życia w USA. To jest pozytywna wiadomość dla Euro i Unii Europejskiej (odpadnięcie największego konkurenta do zasobów), ale bardzo złą wiadomość dla większości świata- bo USA się tak łatwo nie poddadzą, a ostatnim aktywem pozostanie całkiem potężna armia...

Wojny i powstania, czyli chichot historii


Najpierw polecę lekturę znakomitego tekstu o Powstaniu, z bogactwem informacji i analizy- tutaj. Jeśli ktoś będzie mieć w moim tekście wątpliwości co do okoliczności wybuchu i sposobu dowodzenia w Powstaniu- proszę właśnie tamto przeczytać.
Znów z perspektywy Argentyny niektóre rzeczy widać znacznie wyraźniej. Z bardzo prostego powodu- mechanizmy władzy są wszędzie mniej-więcej podobne, ale tu jedyny istotny konflikt od dziesięcioleci trwa pomiędzy rządami narodowymi- proprzemysłowymi a koalicją proamerykańską- czyli banksterką i wielką produkcją rolną. Sojusze się zmieniają, aktorzy też, ale oś konfliktu pozostaje ta sama. W Polsce różne konflikty i interesy różnych mocarstw i grup je wspierających się na siebie nakładają i śmiem zaryzykować twierdzenie, że nie istnieje nikt, kto by miał w tym pełne rozeznanie. Za to te interesy są przez długie dziesięciolecia niezmienne. Czasem się zmieniają metody- ale cele? Rzadko.
Jedną z takich spraw, o których zupełnie wyjątkowo jest wiadomo, to sabotaż (to jest właściwe słowo) dokonany przez juntę wojskową Argentyny w czasie wojny o Malwiny. Sabotaż w kilku kluczowych elementach. Były to decyzje podjęte przez rząd wbrew sztabowi generalnemu w trakcie kampanii, oraz wcześniejsze przygotowania. Np.- na początku wojny Argentyna miała 5 (pięć!) sztuk nowoczesnych rakiet przeciwokrętowych Exocet. Następne 20 (czy coś około) leżało sobie spokojnie we Francji w oczekiwaniu na transport. Oczywiście jeszcze dzień przed rozpoczęciem wojny można je było spokojnie odebrać i przewieźć samolotem- ale tego nie zrobiono. Była to jedyna skuteczna broń argentyńska przeciwko Royal Navy. Jeszcze zabawniej- zapalniki w bombach lotniczych nie działały. Bomby zwyczajnie nie wybuchały. Kolejna rzecz- Argentyńskie lotnictwo nie posiadało samolotów przewagi powietrznej o wystarczającym zasięgu, aby startować z kontynentu. Za to rząd nie pozwolił na przeniesienie wystarczającej ilości obrony przeciwlotniczej na wyspy, aby można było je bezpiecznie tam bazować. I już zupełnie kuriozalne- do obrony wysp, po ich zajęciu wyznaczono dywizję pancerną. Wszystko w porządku- ale bez ciężkiego sprzętu- czyli czołgistów bez czołgów, dział a nawet ciężarówek. I aby nie było- w tym czasie (i chyba nadal obecnie) argentyńska armia posiada znakomicie wyszkolone oddziały górskie- które były oczywiste i właściwe, itd., następne takie kwiatki- obraz po prostu sabotażu. Za te decyzje był odpowiedzialny, przypomnę rząd- a nie sztab generalny, czy zwykli dowódcy!!!- tym dla odmiany niedużo można zarzucić. Jedni byli lepsi, inny gorsi- ale wykonywali swoje obowiązki. Za to ze strony działań rządu (wojskowych, przypominam) jest to po prostu obraz kompletnego sabotażu.
Co więcej- zarówno wojna jak i powstanie były z punktu widzenia interesu państwowego nie tylko kompletnie niepotrzebne, ale też szkodliwe. Na dziś w miarę wiadomo, że decyzja o ataku Argentyny na Malwiny zapadła w USA, a ówczesny argentyński rząd wojskowy, w istocie marionetki CIA po prostu ja wykonał, a następnie jej przygotowanie i przebieg po prostu sabotował.
I wracając do głównego tematu- sam początek Powstania wyglądał w dużej mierze tak samo. Zaczynając od wyznaczenia idiotycznej godziny rozpoczęcia, przez pozbawiony sensu i racjonalności wojskowej wybór celów ataku do kompletnego zaniedbania sprawy uzbrojenia w poprzedzających dniach. Sprawę uratowały zdolności i bohaterstwo dowódców liniowych i żołnierzy- ale ta bitwa była przegrana od początku.
Teraz- kto skorzystał? W wypadku wojny o Malwiny- zwycięzca był jeden- Margaret Thatcher i ówczesny rząd torysów- prowadzący politykę bliską USA, a przede wszystkim korzystna dla międzynarodowej banksterki. I sprawa jest prosta. Bez tej wojny torysi by przegrali wybory z kretesem, dzięki niej w UK zapanowała patriotyczna euforia i wszystko się zmieniło. Tu polecam jak lekturę nawet jej oficjalne wspomnienia- po polsku „Lata na Downing Street”
Teraz- kto skorzystał na Powstaniu Warszawskim? Zazwyczaj się tu wymienia Stalina, ale mam pewne wątpliwości. Czy skorzystał, czy nie- to najbardziej zależy od możliwości Armii Radzieckiej kontynuowania ofensywy. Jeśli tak a możliwość była- w takim razie Stalin i ZSRR na powstaniu stracili- i to bardzo dużo Jeśli jej nie było- w pewnym stopniu także. Co prawda nie miał czym w tamtym czasie ruszyć frontu, ale by przejął znacznie mniej zniszczone tereny, więcej przemysłu, itp. W końcu to było spore miasto- a że problem z eksterminacją elit patriotycznych, co załatwiło powstanie? Stalin nie raz udowodnił, że sobie z tym całkiem sprawnie radził.
Za to- jeśli Armia Radziecka mogła kontynuować ofensywę- to Powstanie, powstrzymując ją, jednoznacznie działało na korzyść zachodnich aliantów (USA i UK), kosztem ZSRR oraz niemieckich elit- gdyż bez jego wybuchu ZSRR zająłby całe Niemcy (albo przynajmniej znacznie większą, niż w rzeczywistości jego część). Niemieckie elity- dzięki temu zachowały swój majątek, który mogły po wojnie wykorzystać, a który inaczej by wpadł w ręce radzieckie. Więc jeśli ktokolwiek na powstaniu skorzystał- to w tej kolejności- USA, powojenne Niemcy i UK.
A wszyscy odpowiedzialni za podjęcie o nim decyzji powinni wylądować przed sądem i mieć uczciwy proces o zdradę stanu.